Instytut Wydawniczy Erica, Okładka twarda, 221 s., Moja ocena 6/6
Po raz drugi mam okazję czytać książkę autorstwa Piotra Jaźwińskiego i po raz drugi jestem oczarowana. Rok temu czytałam pozycję Oficerowie i dżentelmeni, recenzja tutaj.
Tym razem autor w równie fascynujący sposób opowiada historie tyleż niezwykłe, co wzruszające, pełne ciepła, a momentami nawet zadziwiające. Takie uczucia wzbudziła we mnie ta opowieść o wyjątkowej przyjaźni ludzi i koni. Autor snuje opowieść o niezwykłych ludziach, jakimi byli Kawalerzyście Drugiej Rzeczypospolitej i zwierzętach, jakimi były ich wierne konie.
Jednak książka Piotra Jaźwińskiego to nie żadna ckliwa historyjka, tylko merytorycznie dopracowana, doskonała lekcja historii. Z książki dowiemy się m.in. skąd brały się konie w wojsku, jak je szkolono, w jaki sposób rodziła się wyjątkowa przyjaźń, taka na całe życie miedzy żołnierzami i ich towarzyszami broni, którymi były konie.
Sporo miejsca autor poświęca opowieści o wielu słynnych Polakach, jak np. Piłsudskim, Śmigłym Rydzu, Mościckim, Podhorskim i ich koniach.
W książce nie brak także wątków humorystycznych, zabawnych anegdot, wzruszających momentów w trakcie lektury których nieraz łza w oku mi się zakręciła.
Poczułem nagle jakieś ciepłe, choć mokre dotknięcie na karku;
odwróciwszy się ujrzałem wśród niebywałego zdumienia główkę Jarmułki
wydającą ciche radosne rżenie. Jarmułka przytulała się do mojej głowy, a
z jej pięknych i dużych oczu, spod opuszczonych w dół powiek leciały
łzy jak wielkie perły, wyrażające ogrom przywiązania do mnie. Ucieczka
Jarmułki z rąk bolszewickich, jej przedarcie się do mnie, jej łzy z
ponownego spotkania się ze mną, wstrząsnęły moimi uczuciami w ten
sposób, iż sam zacząłem płakać.
Opowieść kończy się we wrześniu 1939r. Był to w zasadzie ostatni miesiąc wspaniałych i pełnych bojowej chwały dokonań kawalerzystów. Był to też czas wielkich i tragicznych walk, ofiar zarówno po stronie ludzi jak i koni. Był to też okres pożegnania koni z wojskiem.
Autor kończy swoją opowieść w piękny sposób, wspaniałym wierszem Józefa Łobodowskiego i opowieścią o kościele św. Judy Tadeusza w Londynie i pewnej niezwykłej płaskorzeźbie, która się w nim znajduje.
Książkę podczytywałam fragmentami przez ostatnie 2 tygodnie. Była to lektura wspaniała, mądra, relaksująca, wzruszająca, ale także lektura, przy której wiele się nauczyłam i kilkakrotnie śmiałam aż do łez.
Polecam lekturę książki wszystkim lubiącym historię, ale także tym, którzy za nią nie przepadają. Wbrew pozorom autor wcale nie epatuje historią, jej elementy serwuje czytelnikowi ot tak po prosty, przy okazji, mimochodem. Dzięki temu lekcja historii pod kierunkiem Piotra Jaźwińskiego jest prawdziwą przyjemnością.
Doskonałym uzupełnieniem są: słownik końsko-żołnierskich pojęć, skorowidz osób i koni i bardzo bogata bibliografia, która osobom zainteresowanym tematem pozwoli sięgnąć po kolejne pozycje.
Ale prawdziwą ozdobą jest ogromna ilość zdjęć nierozerwalnego tandemu - kawalerzysty i jego konia.
Gorąco zachęcam do lektury.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo erica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo erica. Pokaż wszystkie posty
piątek, 11 stycznia 2013
środa, 14 listopada 2012
Panowie Północy - Bernard Cornwell
Instytut Wydawniczy Erica, Okładka miękka, 510 s., Moja ocena 5,5/6
Panowie północy to III tom serii opowiadającej o Wikingach.
I tom Ostatnie królestwo, recenzowałam o tutaj.
II tom Zwiastun burzy, recenzowałam o tutaj.
Muszę na samym początku przyznać, że ten tom najbardziej z całej sagi przypadł mi do gustu. Jest dużo spokojniejszy i dojrzalszy niż dwa wcześniejsze.
Mamy rok 878. Kolejny raz przenosimy się na wyspy brytyjskie. Anglia, którą prezentuje nam Cornwell w III tomie jest krainą względnego pokoju, zajętą lizaniem ran i odbudową zniszczonych walkami terenów. Bardzo szybko okaże się jednak, że ten spokój jest tylko pozorny. Uthred (którego losy śledzimy od I tomu) opuszcza dotychczasowe miejsce pobytu i udaje się na Północ, wraca do tych, którzy go wychowali. Wraca, żeby pomścić śmierć człowieka, który go wychowywał, przybranego ojca. Jednak droga na północ nie jest wcale taka prosta. Gdy Uthred w końcu dociera do dawnego domu, okazuje się, że tam wrze jak w kotle (powodów nie zdradzę, poznacie je w trakcie lektury książki). Jednak to dopiero początek przygód i problemów, które na niego czekają.
Wiem, wiem, dla niezaznajomionych z poprzednimi dwoma tomami ta recenzja jest mało zrozumiała, mogę śmiało rzec – bez większego sensu. Dlatego namawiam was do sięgnięcia po I i II tom.
Kolejny raz jestem pod ogromnym wrażeniem stylu pisarskiego Cornwella i umiejętności z jaką prowadzi nas przez meandry wczesnego angielskiego średniowiecza. Bernard Cornwell jest mistrzem powieści historycznych i oddania wszelkich szczegółów, zarówno jeżeli chodzi o sferę lingwistyczną, jak i wyznaniową, czy uzbrojenie i walki.
Sfera lingwistyczna to wzajemne przenikanie się dwóch dominujących w serii o Wikingach języków. Dodaje to takiego specyficznego smaczku książkom oraz czyni je bardziej wiarygodnymi.
Jeżeli chodzi o wyznania, religię to w każdym z przeczytanych przeze mnie dotychczas tomów, wyraźnie widać starcia, walkę pomiędzy wierzeniami pogańskimi, a chrześcijańskimi. Pamiętajmy, że jest to okres wczesnego średniowiecza, gdy nowe wypierało stare, a stare konsekwentnie się broniło. Bardzo zaciekawiło mnie ukazanie owego ścierania się starej wiary z nową, ukazane przez autora z punktu widzenia poganina, jakim jest główny bohater Uthred.
Największy jednak plus należy się autorowi za niesamowicie plastyczne odmalowanie scen bitew i wszystkich elementów strojów i uzbrojenia. Gdy czytałam o bitwach miałam wrażenie, jakbym brała w nich udział, jakbym słyszała szczęk broni, tak plastycznie Cornwell wszystko opisuje, takie literackie 3D:).
Natomiast jeżeli chodzi o stroje i życie codzienne to...miałam ochotę kilkakrotnie umyć się. Nic nie poradzę, że opisy codziennej egzystencji we wczesnym średniowieczu tak na mnie działają. To także ogromny plus autora. Minusów nie znajduję. Cornwell po raz kolejny udowodnił, że jest prawdziwym mistrzem powieści historycznej, a ja książkę (mimo sporej objętości) wręcz pochłonęłam.
Pozostaje mi czekać na kolejne trzy tomy serii o Wikingach (Sword Song, The Burning Land, Death of Kings) i prosić w wydawnictwie, żeby oczekiwanie nie trwało zbyt długo.
Panowie północy to III tom serii opowiadającej o Wikingach.
I tom Ostatnie królestwo, recenzowałam o tutaj.
II tom Zwiastun burzy, recenzowałam o tutaj.
Muszę na samym początku przyznać, że ten tom najbardziej z całej sagi przypadł mi do gustu. Jest dużo spokojniejszy i dojrzalszy niż dwa wcześniejsze.
Mamy rok 878. Kolejny raz przenosimy się na wyspy brytyjskie. Anglia, którą prezentuje nam Cornwell w III tomie jest krainą względnego pokoju, zajętą lizaniem ran i odbudową zniszczonych walkami terenów. Bardzo szybko okaże się jednak, że ten spokój jest tylko pozorny. Uthred (którego losy śledzimy od I tomu) opuszcza dotychczasowe miejsce pobytu i udaje się na Północ, wraca do tych, którzy go wychowali. Wraca, żeby pomścić śmierć człowieka, który go wychowywał, przybranego ojca. Jednak droga na północ nie jest wcale taka prosta. Gdy Uthred w końcu dociera do dawnego domu, okazuje się, że tam wrze jak w kotle (powodów nie zdradzę, poznacie je w trakcie lektury książki). Jednak to dopiero początek przygód i problemów, które na niego czekają.
Wiem, wiem, dla niezaznajomionych z poprzednimi dwoma tomami ta recenzja jest mało zrozumiała, mogę śmiało rzec – bez większego sensu. Dlatego namawiam was do sięgnięcia po I i II tom.
Kolejny raz jestem pod ogromnym wrażeniem stylu pisarskiego Cornwella i umiejętności z jaką prowadzi nas przez meandry wczesnego angielskiego średniowiecza. Bernard Cornwell jest mistrzem powieści historycznych i oddania wszelkich szczegółów, zarówno jeżeli chodzi o sferę lingwistyczną, jak i wyznaniową, czy uzbrojenie i walki.
Sfera lingwistyczna to wzajemne przenikanie się dwóch dominujących w serii o Wikingach języków. Dodaje to takiego specyficznego smaczku książkom oraz czyni je bardziej wiarygodnymi.
Jeżeli chodzi o wyznania, religię to w każdym z przeczytanych przeze mnie dotychczas tomów, wyraźnie widać starcia, walkę pomiędzy wierzeniami pogańskimi, a chrześcijańskimi. Pamiętajmy, że jest to okres wczesnego średniowiecza, gdy nowe wypierało stare, a stare konsekwentnie się broniło. Bardzo zaciekawiło mnie ukazanie owego ścierania się starej wiary z nową, ukazane przez autora z punktu widzenia poganina, jakim jest główny bohater Uthred.
Największy jednak plus należy się autorowi za niesamowicie plastyczne odmalowanie scen bitew i wszystkich elementów strojów i uzbrojenia. Gdy czytałam o bitwach miałam wrażenie, jakbym brała w nich udział, jakbym słyszała szczęk broni, tak plastycznie Cornwell wszystko opisuje, takie literackie 3D:).
Natomiast jeżeli chodzi o stroje i życie codzienne to...miałam ochotę kilkakrotnie umyć się. Nic nie poradzę, że opisy codziennej egzystencji we wczesnym średniowieczu tak na mnie działają. To także ogromny plus autora. Minusów nie znajduję. Cornwell po raz kolejny udowodnił, że jest prawdziwym mistrzem powieści historycznej, a ja książkę (mimo sporej objętości) wręcz pochłonęłam.
Pozostaje mi czekać na kolejne trzy tomy serii o Wikingach (Sword Song, The Burning Land, Death of Kings) i prosić w wydawnictwie, żeby oczekiwanie nie trwało zbyt długo.
czwartek, 2 sierpnia 2012
Pijana wojna - Kamil Janicki
Instytut Wydawniczy ERICA, Okładka miękka, 360 s., Moja ocena 4,5/6
Fascynująca, niebanalna pozycja. Autor podjął się niełatwego zadania, przede wszystkim odbrązowił dzielnego żołnierza walczącego na frontach II wojny światowej. Udowodnił nam, że niezależnie od wojny, w której brali udział, narodowości, stopnia wojskowego etc. większość żołnierzy w mniejszym lub większym stopniu nadużywała alkoholu.
Jak twierdzi sam autor Nie każdy żołnierz był bohaterem, nie każdy zabijał wrogów, nie każdy odniósł rany, nie każdy był dzielny. Ale każdy wojak pił.
Autor, historyk, publicysta z wielkim doświadczeniem (autor ponad 750 artykułów naukowych i popularnonaukowych) ukazuje nam nieznane oblicze przede wszystkim II wojny światowej. Udowadnia nam, że był to konflikt, podczas którego alkohol lał się przysłowiowym strumieniem i nawet zadeklarowani abstynęci sięgali po niego. Alkohol miał za zadanie podnieść morale żołnierza, ale przede wszystkim pomagał wytrwać, przeżyć koszmar, jakim była wojna.
Jak twierdzi sam autor Nie każdy żołnierz był bohaterem, nie każdy zabijał wrogów, nie każdy odniósł rany, nie każdy był dzielny. Ale każdy wojak pił.
Autor, historyk, publicysta z wielkim doświadczeniem (autor ponad 750 artykułów naukowych i popularnonaukowych) ukazuje nam nieznane oblicze przede wszystkim II wojny światowej. Udowadnia nam, że był to konflikt, podczas którego alkohol lał się przysłowiowym strumieniem i nawet zadeklarowani abstynęci sięgali po niego. Alkohol miał za zadanie podnieść morale żołnierza, ale przede wszystkim pomagał wytrwać, przeżyć koszmar, jakim była wojna.
(...) W końcu weszliśmy na terytorium Niemiec (...) [i kiedy] stanęliśmy
twarzą w twarz z rosyjskimi żołnierzami posuwającymi się na zachód,
uświadomiliśmy sobie, że to musi być wreszcie koniec wojny.
Świętowaliśmy pijąc ze sobą nawzajem. Alkohol okazał się być paliwem
używanym przez Niemców w ich straszliwych rakietach V2 (...)
Wódka zabijała także nudę i jednoczyła żołnierzy, stwarzała swoiste poczucie wspólnoty, a to w ogniu walki było niezmiernie ważne.
Przy pomocy alkoholu załatwiało się także na froncie różne istotne sprawy, zarówno oficjalne jak i nieoficjalne. Normą było nawet picie w towarzystwie przełożonych albo wręcz na ich wyrażne polecenie.
Jednym słowem, alkohol w trakcie trwania II wojny światowej był dosłownie wszędzie, lał się gęsto i często. Normą było racjonowanie alkoholu w armiach walczących po obu stronach. Żołnierze otrzymywali obowiązkowy przydział piwa, wina a często i wódki. Nie znaczy, to, iż alkohol dawano żołnierzom codziennie, ale wystarczająco często, żeby stał się nieodzownym elementem żołnierskiego życia.
Sporadycznie, ale zdarzali się zatwardziali abstynenci. Wytrwanie jednak w tym stanie, w stanie abstynencji wymagało od żołnierza nie lada hartu, samozaparcia i zdolności towarzyskich. Nawet najbardziej lubiany, taki delikwent musiał się liczyć z (co najmniej) niewybrednymi żartami kolegów.
Nie można jednak uogólniać, że wszyscy żołnierze pili. Były (nieliczne bo nieliczne, ale jednak) środowiska, w których picie było bardzo negatywnie oceniane, np. wśród powstańców warszawskich, przede wszystkim tych wywodzących się z wyższych warstw społecznych.
Z książki dowiadujemy się o wielu ciekawostkach, jak np. obchodzono w okopach Boże Narodzenie, co żołnierze pili w Paryżu, a co w partyzanckich obozach, jak traktowano pijaków w mundurach i wielu innych ciekawych faktach.
Jest to książka, która aż kipi od anegdot, pytań i fascynujących odpowiedzi na nie, ale przede wszystkim od solidnej porcji wstydliwej dotąd historii, którą autor serwuje nam w niesamowicie przystępny i ciekawy sposób.
Książka jest unikalna z dwóch powodów. Po pierwsze jej autor jest uznanym, cenionym naukowcem, a po drugie jak sam pisze – ograniczył się (jeżeli chodzi o żródłoznawstwo) tylko do opowieści samych żołnierzy. Przewertował kilkaset pamiętników, listów, wywiadów. Z tych materiałów zbudował fascynującą, momentami smutną, a momentami przezabawną opowieść, a w część informacji nie chce się po prostu wierzyć.
(…) Pewnego razu dostałam list wedle, którego pewien rolnik znalazł na środku jednego ze swoich pól czołg Sherman (…) Okazało się, że jeden żołnierz – tak trochę pijany – pojechał w to miejsce czołgiem, a potem kompletnie o nim zapomniał. (…)
(…) Na szerokich przestrzeniach Rosji i Syberii 40 km to żadna odległość, 40 stopni Celsjusza to żaden mróz, a 40% to żaden alkohol!
Co mnie najbardziej w książce ujęło, to fakt, iż autor bez żadnych ogródek porusza tematy dotąd skrzętnie omijane w historii (nie tylko polskiej). Czyni to przy tym w sposób bardzo subtelny, nie skupiając się tylko i wyłącznie na problemie picia alkoholu przez żołnierzy, ale także, a może przede wszystkim na przyczynach i konsekwencjach tego zjawiska.
Wódka zabijała także nudę i jednoczyła żołnierzy, stwarzała swoiste poczucie wspólnoty, a to w ogniu walki było niezmiernie ważne.
Przy pomocy alkoholu załatwiało się także na froncie różne istotne sprawy, zarówno oficjalne jak i nieoficjalne. Normą było nawet picie w towarzystwie przełożonych albo wręcz na ich wyrażne polecenie.
Jednym słowem, alkohol w trakcie trwania II wojny światowej był dosłownie wszędzie, lał się gęsto i często. Normą było racjonowanie alkoholu w armiach walczących po obu stronach. Żołnierze otrzymywali obowiązkowy przydział piwa, wina a często i wódki. Nie znaczy, to, iż alkohol dawano żołnierzom codziennie, ale wystarczająco często, żeby stał się nieodzownym elementem żołnierskiego życia.
Sporadycznie, ale zdarzali się zatwardziali abstynenci. Wytrwanie jednak w tym stanie, w stanie abstynencji wymagało od żołnierza nie lada hartu, samozaparcia i zdolności towarzyskich. Nawet najbardziej lubiany, taki delikwent musiał się liczyć z (co najmniej) niewybrednymi żartami kolegów.
Nie można jednak uogólniać, że wszyscy żołnierze pili. Były (nieliczne bo nieliczne, ale jednak) środowiska, w których picie było bardzo negatywnie oceniane, np. wśród powstańców warszawskich, przede wszystkim tych wywodzących się z wyższych warstw społecznych.
Z książki dowiadujemy się o wielu ciekawostkach, jak np. obchodzono w okopach Boże Narodzenie, co żołnierze pili w Paryżu, a co w partyzanckich obozach, jak traktowano pijaków w mundurach i wielu innych ciekawych faktach.
Jest to książka, która aż kipi od anegdot, pytań i fascynujących odpowiedzi na nie, ale przede wszystkim od solidnej porcji wstydliwej dotąd historii, którą autor serwuje nam w niesamowicie przystępny i ciekawy sposób.
Książka jest unikalna z dwóch powodów. Po pierwsze jej autor jest uznanym, cenionym naukowcem, a po drugie jak sam pisze – ograniczył się (jeżeli chodzi o żródłoznawstwo) tylko do opowieści samych żołnierzy. Przewertował kilkaset pamiętników, listów, wywiadów. Z tych materiałów zbudował fascynującą, momentami smutną, a momentami przezabawną opowieść, a w część informacji nie chce się po prostu wierzyć.
(…) Pewnego razu dostałam list wedle, którego pewien rolnik znalazł na środku jednego ze swoich pól czołg Sherman (…) Okazało się, że jeden żołnierz – tak trochę pijany – pojechał w to miejsce czołgiem, a potem kompletnie o nim zapomniał. (…)
(…) Na szerokich przestrzeniach Rosji i Syberii 40 km to żadna odległość, 40 stopni Celsjusza to żaden mróz, a 40% to żaden alkohol!
Co mnie najbardziej w książce ujęło, to fakt, iż autor bez żadnych ogródek porusza tematy dotąd skrzętnie omijane w historii (nie tylko polskiej). Czyni to przy tym w sposób bardzo subtelny, nie skupiając się tylko i wyłącznie na problemie picia alkoholu przez żołnierzy, ale także, a może przede wszystkim na przyczynach i konsekwencjach tego zjawiska.
Autor nie zapomina jednak o
podkreślaniu przeogromnej skali tego zjawiska.
Co bardzo cenię w tej
pozycji, to brak osądu. Janicki nie osądza pijących żołnierzy, nie
neguje ich postępowania, nie pochwala go także. I bardzo dobrze. Kto z
nas w obecnych czasach ma prawo oceniać tych ludzi? Nikt.
Brak jest w książce danych liczbowych, statystyk, tabelek porównań. Nie jest to także pozycja o wojnie. Jest to po prostu książka o ludziach, o ich problemach i tym, jak sobie z nimi radzili.
Gorąco polecam lekturę Pijanej wojny.
Brak jest w książce danych liczbowych, statystyk, tabelek porównań. Nie jest to także pozycja o wojnie. Jest to po prostu książka o ludziach, o ich problemach i tym, jak sobie z nimi radzili.
poniedziałek, 16 lipca 2012
Heretyk - Bernard Conrnwell
Instytut Wydawniczy Erica, Okładka miękka, 520 s., Moja ocena 5,5/6
W końcu recenzja na bieżąco, a nie zaległości:).
Bardzo lubię wszystko co z historią związane - od książek naukowych poczynając, poprzez trochę przystępniejsze opracowania, po powieści historyczne włącznie.
Bardzo lubię wszystko co z historią związane - od książek naukowych poczynając, poprzez trochę przystępniejsze opracowania, po powieści historyczne włącznie.
Wśród autorów tych ostatnich mam kilku faworytów, ale zdecydowanie ulubionym jest od dłuższego czasu Bernard Cornwell - mistrz historycznej narracji.
Heretyk, książka do lektury, której chciałabym was zachęcić, to ostatnia część Trylogii Świętego Graala autorstwa właśnie Bernarda Cornwella. I i II tom to Hellequin oraz Wagabunda.
Ponieważ pierwsze dwa tomy czytałam jeszcze przed założeniem bloga, chciałabym przybliżyć wam treść trylogii i bohaterów, łatwiej w ten sposób będzie zrecenzować III tom.
Ponieważ pierwsze dwa tomy czytałam jeszcze przed założeniem bloga, chciałabym przybliżyć wam treść trylogii i bohaterów, łatwiej w ten sposób będzie zrecenzować III tom.
Akcja w I tomie – Hellequin. Jeżdżcy z piekieł. rozpoczyna się w Wielkanoc w 1342r. Miejscem akcji jest niewielka rybacka wioska Hookton. Znajduje się ona na południowym wybrzeżu Anglii.
Świąteczny nastrój zostaje niespodziewanie przerwany przez francuskich piratów. Jednym z nielicznych ocalałych mieszkańców jest Thomas, młody adept łucznictwa. W ciągu kilku zaledwie godzin Hookton zostało splądrowane i zniszczone - nie oszczędzono nawet kościoła. Zrabowano relikwię, w której świętość chyba jednak nikt nie wierzył. Thomas, który miał do tej pory niewielkie pojęcie, kim jest i kim chciałby zostać, zyskał teraz nowy cel. Umierający ojciec nakazał mu odnalezienie sprawców mordu i grabieży. I wokół tych poszukiwań toczy się cała akcja książki.
Napaść ta jest początkiem serii zdarzeń, które łączą się z historią rodziny Thomasa. Krok po kroku dociera on do niezwykłych tajemnic, wiążących jego ród z mitycznym Graalem. Wędrując razem z Thomasem z Hookton, poznajemy historię początkowej fazy Wojny Stuletniej, której finałem była słynna bitwa pod Crécy, stoczona w 1346 r.
Bardzo podobały mi się niezwykłe dokładne opisy, ale to dot. wszystkich książek, których autorem jest Cornwell.
Cechą, która mnie najbardziej ujęła w przypadku Hellequina jest odbrązowienie rycerzy. Cornwell przedstawia wojnę, rycerstwo i bitwy w trochę innym świetle. Bohaterowie nie zawsze postępują po bohatersku, nie wszystkie ich czyny zasługują na pieśń, a skazy na honorze nie przyprawiają ich o cierpienia moralne i męki wiekuiste. Bitwy pełne są ludzi, którzy tak po ludzku boją się śmierci i wodzów podejmujących nieprzemyślane decyzje, a nie tylko (jak to ma miejsce w wielu innych książkach) wspaniałych, szlachetnych, bohaterskich.
Świąteczny nastrój zostaje niespodziewanie przerwany przez francuskich piratów. Jednym z nielicznych ocalałych mieszkańców jest Thomas, młody adept łucznictwa. W ciągu kilku zaledwie godzin Hookton zostało splądrowane i zniszczone - nie oszczędzono nawet kościoła. Zrabowano relikwię, w której świętość chyba jednak nikt nie wierzył. Thomas, który miał do tej pory niewielkie pojęcie, kim jest i kim chciałby zostać, zyskał teraz nowy cel. Umierający ojciec nakazał mu odnalezienie sprawców mordu i grabieży. I wokół tych poszukiwań toczy się cała akcja książki.
Napaść ta jest początkiem serii zdarzeń, które łączą się z historią rodziny Thomasa. Krok po kroku dociera on do niezwykłych tajemnic, wiążących jego ród z mitycznym Graalem. Wędrując razem z Thomasem z Hookton, poznajemy historię początkowej fazy Wojny Stuletniej, której finałem była słynna bitwa pod Crécy, stoczona w 1346 r.
Bardzo podobały mi się niezwykłe dokładne opisy, ale to dot. wszystkich książek, których autorem jest Cornwell.
Cechą, która mnie najbardziej ujęła w przypadku Hellequina jest odbrązowienie rycerzy. Cornwell przedstawia wojnę, rycerstwo i bitwy w trochę innym świetle. Bohaterowie nie zawsze postępują po bohatersku, nie wszystkie ich czyny zasługują na pieśń, a skazy na honorze nie przyprawiają ich o cierpienia moralne i męki wiekuiste. Bitwy pełne są ludzi, którzy tak po ludzku boją się śmierci i wodzów podejmujących nieprzemyślane decyzje, a nie tylko (jak to ma miejsce w wielu innych książkach) wspaniałych, szlachetnych, bohaterskich.
W II tomie trylogii – Wagabundzie, poznajemy dalsze losy Thomasa z Hookton. Po triumfie Anglików w bitwie pod Crécy w 1346 r. wojna stuletnia wyraźnie traci impet. Thomas zostaje obarczony przez swego króla niecodzienną misją, ma wyruszyć na poszukiwania świętego Graala. Legendarna relikwia, mocno związana z rodem bohatera, rozbudza wielkie namiętności ówczesnych władców, ponieważ, jak głosi legenda, stanowi źródło bogactwa i czyni jej posiadacza niezwyciężonym w walce. Tak cenny przedmiot cieszy się nie tylko zainteresowaniem monarchów, w ślad za Thomasem rusza również inkwizycja i rozpaleni chciwością złoczyńcy
III tom to recenzowany Heretyk. Tom ten jest swoista klamrą łączącą, spinającą wszystkie części w jedna całość. Nadal śledzimy losy Thomasa. Mamy XIV w., wojna stuletnia szaleje pomiędzy Anglią a Francją. Ku końcowi zmierza historia poszukiwań świętego Graala przez dziedziców rodu Astarac.
Wraz z całkiem sporą grupą oddanych kompanów oraz piękną kobietą oskarżoną o herezję, Thomas zostaje wysłany na południe Francji, gdzie w ruinach zamku Astarac może być ukryty największy skarb w dziejach chrześcijaństwa – Święty Graal. Jednak nie tylko Thomas chce odnależć Graala, takich, jak on chętnych jest wielu, zbyt wielu. Do tego samego celu zdąża m.in. jego zaprzysięgły wróg – mroczny Guy Vexill.
Czeka ich wiele momentami bardzo niebezpiecznych przygód. Żeby mogli osiągnąć cel, zdobyć ostateczną nagrodę czeka ich walka na śmierć i życie. Na scenie będzie się działo, a działo, pojawi się wielu mniej lub bardziej sympatycznych bohaterów, m.in. wyjątkowo paskudny, chciwy, obłudny kardynał Louis Bessieres.
Otoczony przez nieprzyjaciół, potęgę i chciwość Kościoła oraz bezlitosną czarną śmierć Thomas będzie musiał przejść krwawy szlak, aby stawić czoła prawdzie o historii swojego dziedzictwa i tajemnicy Graala.
Cała trylogia aż kipi od barwnych postaci, ale to żadne novum, jeżeli chodzi o twórczość Cornwella. Nasycenie niezwykle barwnymi, wielowymiarowymi postaciami jest bardzo charakterystyczne dla tego autora, podobnie jak niesamowicie barwne opisy, czego? Krótko napiszę - wszystkiego – od bohaterów poczynając, poprzez ich ubrania, broń, szczegóły z życia i walki, aż po sprawy wysoce intymne. Autor ma niesamowity wprost dar, jeżeli chodzi o tworzenie tak plastycznych opisów. Czytając kolejne tomy miałam wrażenie, że oglądam wspaniały film w 3D.
Otoczony przez nieprzyjaciół, potęgę i chciwość Kościoła oraz bezlitosną czarną śmierć Thomas będzie musiał przejść krwawy szlak, aby stawić czoła prawdzie o historii swojego dziedzictwa i tajemnicy Graala.
Cała trylogia aż kipi od barwnych postaci, ale to żadne novum, jeżeli chodzi o twórczość Cornwella. Nasycenie niezwykle barwnymi, wielowymiarowymi postaciami jest bardzo charakterystyczne dla tego autora, podobnie jak niesamowicie barwne opisy, czego? Krótko napiszę - wszystkiego – od bohaterów poczynając, poprzez ich ubrania, broń, szczegóły z życia i walki, aż po sprawy wysoce intymne. Autor ma niesamowity wprost dar, jeżeli chodzi o tworzenie tak plastycznych opisów. Czytając kolejne tomy miałam wrażenie, że oglądam wspaniały film w 3D.
Cornwell stworzył niezwykłą galerię bohaterów, nie ograniczając się tylko do wysoko postawionych, możnych i rycerzy. Bardzo spodobało mi się, że bohaterami uczynił także bogobojnych wieśniaków, wybitnie mądrego opata, porywczego acz z lekka głupkowatego młodziana czy niebanalną kobietę. No właśnie, cechą, która mnie w twórczości Cornwella bardzo ujęła jest fakt, że obojętnie, po którą z jego książek sięgniecie, zawsze jedną z głównych ról odgrywa niebanalna (piękna lub nie, mądra lub nie, ale zawsze niebanalna) kobieta. Autor, jako jeden z niewielu pisarzy specjalizujących się w powieściach historycznych, docenia rolę kobiet, jaką odgrywały one na przestrzeni wieków w różnych konfliktach i wydarzeniach.
W Trylogii Świętego Graala, Cornwell stworzył bohaterów, którzy idealnie wtapiają się w świat średniowiecza i to jest wg mnie sukcesem trylogii. Każdy z nas oglądał filmy o średniowieczu, czytał książki o walecznych rycerzach, czy pięknych królewnach i każdy z nas ma zapewne jakieś wyobrażenie, jak to w średniowieczu bywało:).
Czytając Trylogię Świętego Graala możemy wybierać, przebierać w bohaterach, dopasować sobie takiego, którego najbardziej polubimy, takiego który odpowiada naszym wcześniejszym wyobrażeniom. Na tym polega dar autora – tworzy książki porywające, z niebanalnymi postaciami i tak dopracowane w zakresie szczegółów, że my sami nic już nie musimy wymyślać, mamy wszystko podane na tacy, jak w przypadku najlepszego trójwymiarowego filmu.Gorąco zachęcam do lektury Trylogii Świętego Graala oraz pozostałych pozycji autorstwa Bernarda Cornwella. To prawdziwa uczta czytelnicza, nawet dla tych niezbyt lubiących powieść historyczną.
wtorek, 12 czerwca 2012
Niemcy bronią się przed Polską. Ewolucja taktyki Blitzkriegu 1918-1933 - Robert Citino
Instytut Wydawniczy Erica, Tytuł oryginalny:
The Evolution of Blitzkrieg Tactics: German Defends Itself Against Poland, 1918-1933, Oprawa miękka, 352 s., Moja ocena 5,5/6
Mimo, iż książkę przeczytałam już jakiś czas temu, postanowiłam zaprezentować ją wam dzisiaj, jako swoiste preludium, wstęp, uzupełnienie (jak zwał tak zwał) do kryminałów Izabeli Żukowskiej Teufel i Gotenhafen. Oczywiście kryminały da się zrozumieć bez lektury książki autorstwa profesora Citino, ale znając tło historyczne i jego genezę, na pewno lektura będzie pełniejsza, jeżeli oczywiście interesuje was historia Pomorza i Wolnego Miasta Gdańsk.
Ja przeczytałam więcej niż pół książki, pominęłam część o uzbrojeniu, przyznaję się. Jestem z tych osób, które interesują - geneza i konsekwencje. Jednak ta część, którą przeczytałam, mnie (jako historykowi z wykształcenia) bardzo przypadła do gustu, zarówno pod względem merytorycznym jak i sposobu "zaserwowania" czytelnikowi informacji. Mój mąż, który od lat interesuje się historią I i II wojny światowej przeczytał całą książkę i jest nią zachwycony:)
Autor
tej monografii jest amerykańskim badaczem, zajmującym się rozwojem
doktryny wojny błyskawicznej oraz siłami zbrojnymi Niemiec. Z tej
dziedziny opublikował szereg znanych prac.
Wielu
historyków ma tendencję do spychania historii wojskowości na boczny
tor, uznając ją za mniej ważną. Jak twierdzi autor, nie sposób
jednak zrozumieć pewnych zagadnień historii bez zbadania jej
aspektów militarnych. I ja się z nim w 100% zgadzam.
Jednym
z takich zagadnień są omawiane także w tej książce stosunki Republiki Weimarskiej z Polską.
Po
klęsce w I wojnie światowej Niemcy zostały rozbrojone i znacznie
osłabione, a tym samym zmuszone do oddania nowo powstającemu państwu
polskiemu większej części Górnego Śląska, Wielkopolski, Prus
Zachodnich. Niektóre z tych ziem, jak np. Wielkopolska były
etnicznie polskie, inne, jak np. Górny Śląsk wręcz przeciwnie.
Ponadto wielkim problemem dla Niemców był Gdańsk, w którym
niemieccy mieszkańcy zostali przekształceni w mieszkańców Wolnego
Miasta Gdańsk.
Taka
sytuacja spowodowała, że w okresie między I i II wojną światową,
Polska i Niemcy byli wrogami. Ponieważ wojska niemieckie traktatem
wersalskim zostały ograniczone do 100,000 żołnierzy nie było
najmniejszych szans na rewizję ustaleń z Wersalu przy użyciu siły.
Takie realia militarne, jak pisze prof. Citino, zmuszały armię
niemiecką do planowania obrony granic przed potencjalnym polskim
atakiem. Stąd pomysł na książkę i jej tytuł.
Podstawą
książki są materiały niepublikowane w postaci zmikrofilmowanych
po wojnie niemieckich dokumentów oraz raportów amerykańskich
oficerów, przyglądających się niemieckim manewrom. Oprócz tego
autor wykorzystał oczywiście szereg opracowań. Ze względu na
trudności z dotarciem do materiałów, jak i zapewne ze względu na
barierę językową, prof. Citino nie dotarł do polskich dokumentów
i publikacji. Jednak biorąc pod uwagę opisane we wstępie idee, jakie przyświecały autorowi – ukazaniu armii polskiej oczami niemieckich żołnierzy –
materiały te nie byłyby, aż tak ważne, na pewno nie wpłynęłyby na poziom książki.
Praca
prof. Citino składa się z czterech rozdziałów. W pierwszym
omówiony został okres przejściowy w dziejach armii niemieckiej ,
czyli lata 1918 – 1921, kiedy to z jednej strony trwała
demobilizacja starej armii cesarskiej, a z drugiej budowa nowej
Reichswehry. Autor ukazał, jakim szokiem dla Niemców były
przekazane im 7 maja 1919 r. warunki traktatu wersalskiego.
Drugą
część swojej pracy prof. Citino poświęcił na omówienie okresu
stabilizacji i wzmacniania spójności armii.
Trzeci
rozdział swojej pracy prof. Citino poświęcił na przedstawienie
armii polskiej w oczach niemieckich wojskowych. Informacje o niej
czerpali oni z dwóch standardowych źródeł – informacji
wywiadowczych i przesłuchań dezerterów.
Czwarty
rozdział przedstawia przekształcenia armii niemieckiej w latach
1927 – 1933, która już w tym okresie rozpoczęła swoją
rozbudowę.
Autor
w bardzo przystępny sposób ukazuje nam procesy zachodzące w
Niemczech w latach 1918-1933. Choć powstrzymywany, wręcz spętany
kajdanami traktatu wersalskiego, kraj był ośrodkiem, w którym
prężnie działały wielkie umysły wojskowości. Citino opisuje
ewolucję armii niemieckiej, zmiany zachodzące w taktyce i doktrynie
wojskowości w kontekście stosunków polsko – niemieckich.
Książka
oparta jest na bardzo bogatym i dokładnie przebadanym
żródłoznawstwie. Język, jakim operuje autor jest bardzo
przystępny i pozwala zrozumieć, w jaki sposób armia niemiecka
dochodziła do swojej potęgi, jaką prezentowała na początku i w
trakcie II wojny światowej.
Ogromnym
plusem są przypisy i liczne mapy oraz obraz Wojska Polskiego ukazany
w opowieściach niemieckich żołnierzy. Doskonałym uzupełnieniem jest także bardzo obszerna bibliografia, pozwalająca osobom zainteresowanym sięgnąć do kolejnych pozycji.
I taki mały dodatek, to doskonała jakość wydania na świetnym papierze. Mamy gwarancję, że książka nie rozleci się po kilkukrotnym jej przeczytaniu.
I taki mały dodatek, to doskonała jakość wydania na świetnym papierze. Mamy gwarancję, że książka nie rozleci się po kilkukrotnym jej przeczytaniu.
Ale najbardziej urzekły mnie specjalne: przedmowa i wstęp do wydania polskiego.
Osobom zainteresowanym polecam lekturę książki. Jest to pozycja rzetelna i unikatowa zarówno, jeżeli chodzi o tematykę, jak i część merytoryczną.
piątek, 25 maja 2012
Operacja Leopard - gorzkie zwycięstwo - Leo Kessler
Wydawnictwo Erica, Okładka miękka, 264 s., Moja ocena 5/6
To
moje pierwsze zetknięcie z twórczością tego autora. I muszę
przyznać, że jestem bardzo mile zaskoczona.
Leo
Kessler to jeden z kilku pseudonimów Charlesa Whitinga – bardzo
płodnego, uznanego brytyjskiego pisarza, a przy tym historyka i
germanisty oraz byłego żołnierza, który brał udział w II wojnie
światowej. Już samo to gwarantuje wysoki poziom i rzetelność historyczną jego dzieł. Jego dorobek liczy ponad 350 książek, z których
większość to beletrystyka, choć tworzył też niemało literatury
faktu. Powieść Operacja
Leopard. Gorzkie zwycięstwo
to pierwsza z serii Edelweiss
Strzelcy Alpejscy
poświęconej specjalnemu, niemieckiemu oddziałowi szturmowemu,
który specjalizuje się w realizacji "misji niemożliwych".
Akcja
książki rozgrywa się w 1943r. Hitler nie może już liczyć na
dotychczasowych sprzymierzeńców w postaci włoskich oddziałów.
Włochy praktycznie wycofały się z wojny, a tymczasem strategicznie
bardzo ważne stało się zdobycie i utrzymanie wysp greckiego
archipelagu Dodekanez. Ich podbój był tak istotny dla każdej ze
stron ze względu na położenie wysp. Wyspy Dodekanez znajdują się
u wybrzeża Turcji (położenie na mapce po lewo). Każda ze stron biorących udział w II wojnie
światowej zdaje sobie sprawę, że ich zdobycie i władza nad nimi
pozwoliłyby kontrolować trasy żeglugowe do i z Turcji. Dla Niemców
najcenniejsza jest wyspa Leros. Zdobycie archipelagu wysp będzie
jednak niełatwe – są one górzyste, nieprzyjazne, gęsto
zalesione... no i właśnie desantu na nie dokonali Brytyjczycy.
Sytuacja wymaga więc interwencji znakomicie wyszkolonych jednostek
niemieckich. Wybór pada na specjalny oddział spadochronowy o nazwie
Strzelcy Górscy Edelweiss.
To
oni są głównymi bohaterami książki Leo Kesslera.
Autor konsekwentnie przez całą książkę przy pomocy różnych zabiegów przekonuje nas, że jego bohaterowie mimo, iż są Niemcami, to przede wszystkim świetnymi żołnierzami, pełnymi fantazji, świetnie wyszkolonymi, profesjonalistami, doskonale znającymi się na swojej robocie, przez co budzili moją sympatie:).
Autor konsekwentnie przez całą książkę przy pomocy różnych zabiegów przekonuje nas, że jego bohaterowie mimo, iż są Niemcami, to przede wszystkim świetnymi żołnierzami, pełnymi fantazji, świetnie wyszkolonymi, profesjonalistami, doskonale znającymi się na swojej robocie, przez co budzili moją sympatie:).
Muszę
przyznać, że w trakcie lektury książki automatycznie nasuwało mi
się porównanie z serią powieści wojennych autorstwa Svena
Hassela. Podobne, ale jednak nie podobne. Niby ta sama tematyka –
okres II wojny światowej, akcja opowiedziana z punktu widzenia
żołnierza, ale.. Podczas gdy Hassel ukazuje wszystko oczami
szeregowca z karnego batalionu, Leo Kessler stworzył elitę i akcję
całej operacji śledzimy oczyma żołnierza z tej jednostki.
Bardzo
mi się podobało ukazanie fabuły w ten sposób w jaki uczynił to
Kessler. Wydarzenia są zaprezentowane niesamowicie wprost
realistycznie, obserwujemy szczere aż do bólu okrucieństwa wojny,
bólu i trudu walki. Opisy są niesamowicie plastyczne, często wręcz
brutalne, no ale cóż, taka była wojna. Dialogi głównych
bohaterów okraszone są także wulgaryzmami, jak to miało miejsce u
Hassela, ale tu u Kesslera, jakoś mniej to razi.
A do tego wartka i trzymająca w napięciu akcja. czego chcieć więcej?
A do tego wartka i trzymająca w napięciu akcja. czego chcieć więcej?
Bardzo
ważne jest też dokładne ukazanie pełnego tła historycznego, co
pozwala lepiej zrozumieć czytelnikowi treść książki. Dowiadujemy
się m.in., że kampania była wynikiem zajęcia przez aliantów
archipelagu Dodekanez po kapitulacji Włoch i rozbrajania włoskich
żołnierzy, którzy nie stawiali oporu. Brytyjczycy planowali używać
potem wysp jako bazy wypadowej do ataków na niemieckie pozycje na
Bałkanach. Niemcy, nie mogąc sobie pozwolić na stratę ważnych
strategicznie wysp, zaatakowali połączone wojska
brytyjsko-włosko-greckie. Po prawie dwumiesięcznej kampanii obrońcy
wysp się poddali, a III Rzesza rozpoczęła okupację Dodekanezu.
Książka
Kesslera bardzo przypadła mi do gustu.Czyta się ją dosłownie
jednym tchem. Operacja
Leopard
to powieść warta polecenia. A ja z niecierpliwością czekam na
kolejne części opowieści o Oddziale Strzelców Alpejskich.
sobota, 5 maja 2012
Zwiastun burzy - Bernard Cornwell
Wydawnictwo Erica, Tytuł oryginalny: The Pale Horseman, Okładka miękka, 560 s., Moja ocena 5/6
Zwiastun burzy to II tom świetnego cyklu o Wikingach. I tom Ostatnie królestwo, recenzowałam tutaj. Akcja zaczyna się w tym samym
momencie, w którym zakończył się poprzedni tom. Ponownie
przenosimy się wraz z głównymi bohaterami do IX wieku, do czasów owianych mrokiem i pełnych
okrutnych zdarzeń oraz rozlewu krwi. Po zwycięskiej bitwie, główny bohater, a jednocześnie narrator - Uthered czuje
się głęboko zraniony, ponieważ nikt nie chce przyznać, że to on zabił Ubbę,
przez co popełnia sporo piramidalnych błędów, które zdecydowanie będą rzutować na dalsze jego losy. Mężczyzna również nadal nie wie, po
której stronie opowiedzieć się, z kim walczyć. Z Duńczykami łączy go religia i
przyjaźnie, ale to królowi Alfredowi przysiągł wierność. Od jego
decyzji bardzo dużo zależy, m.in. kto zasiądzie na tronie Wessexu. W
wydarzenia opisane przez Cornwella po mistrzowsku wplecione są krwawe bitwy,
średniowieczne intrygi (których jest na prawdę niesamowita ilość) oraz prywatne życie głównego bohatera. A nasz bohater Uthred, to nie święty, waleczny wojownik tylko prawdziwy mężczyzna z krwi i kości, jednocześnie rozdarty pomiędzy dwoma światami, powinnościami honoru, a podszeptem serca, bohater mający także słabość do alkoholu, zabaw i pięknych (lub nie) kobiet. Sposób narracji, jaki zastosował Cornwell, czyli ukazanie wydarzeń i rozterek Uthreda z jego punktu widzenia bardzo dużo wnosi do książki, dokładnie
ukazuje przebieg wszystkich wydarzeń. Pozwala nam lepiej wczuć się
w klimat epoki i wydarzeń, oraz poznać świat Uthreda,który już nie jest
chłopcem ani młodzieńcem z I tomu cyklu, ale dorosłym mężczyzną. Postać Uthereda, podobnie, jak w I tomie, jest wspaniale narysowana, mogę śmiało napisać, że to istny majstersztyk. Ale nie jestem tym absolutnie zdziwiona, właśnie takie wyrażne zarysowanie sylwetki głównego bohatera przyciąga mnie do kolejnych powieści Bernarda Cornwella. Plusem książki jest także akcja, która toczy się błyskawicznie. Autor w niesamowicie plastyczny sposób opisuje bitwy, mamy nieodparte wrażenie uczestniczenia w toczących się walkach.
Bernard Cornwell po raz
kolejny udowodnił, iż jest mistrzem słowa.
Jest to świetnie napisana
książka w pełni wykorzystująca potencjał przedstawionego w niej
fragmentu historii Anglii IX wieku w okresie jej walk z duńskimi
najeźdźcami. Gorąco polecam lekturę cyklu o Wikingach, z niecierpliwością oczekuję na
kolejny tom - Panowie Północy.
czwartek, 5 kwietnia 2012
Ostatnie królestwo. - Bernard Cornwell
Wydawnictwo Erica Tytul oryginalny: The Last Kingdom, Okładka miękka, 534 s., Moja ocena 6-/6
Na
przełomie VIII i IX w. zaznaczyła się w całej niemal Europie
aktywność ludu, zwanego przez ówczesnych zachodnich kronikarzy
Normanami. W swoich podbojach dotarli także na teren dzisiejszej
Wielkiej Brytanii. I o tym fakcie w historii, o ich podbojach na
terenie Brytanii opowiada Ostatnie królestwo. Jest to pierwsza
część kolejnego po Trylogii Arturiańskiej cyklu poświęconego
historii Brytanii, autorstwa Bernarda Cornwella. Cykl określany jako
Wojny Wikingów składać się ma z pięciu części obejmujących
następujące powieści : Ostatnie Królestwo, Zwiastun Burzy,
Panowie Północy, Pieśń Miecza oraz Płonące Ziemie.
![]() |
| Ekspansja Wikingów na Brytanię. |
Razem z autorem przenosimy
się na wyspy brytyjskie. Jest wiek IX, okres wewnętrznych
niepokojów, głodu i bezpardonowej, okrutnej walki o władzę. Czas
największego najazdu Wikingów w historii. W
865 r. do Anglii przybywa Wielka Pogańska Armia z Danii i prowadzi
tam kampanie wojenne do końca X w.
Żródła historyczne i archeologiczne pokazują, iż natychmiast po zakończeniu
działań Wikingowie rozpoczynali akcję kolonizacyjną, osiedlając
się. W takim momencie i sytuacji społecznej rozpoczyna się akcja
powieści.
Syn jednego z angielskich wielmożów, Uthred, który cudem uniknął śmierci na polu walki zostaje porwany w wieku 10 lat. Jako jedyny ocalały z pogromu całego rodu dorasta pod
Syn jednego z angielskich wielmożów, Uthred, który cudem uniknął śmierci na polu walki zostaje porwany w wieku 10 lat. Jako jedyny ocalały z pogromu całego rodu dorasta pod
okiem
śmiertelnych wrogów. Choć nauczył się żyć w zgodzie z zasadami
i zwyczajami Wikingów, w głębi duszy pozostaje synem Brytanii.
Dorastając
obserwuje rzeczy krwawe, okrutne. Wikingowie w erze
swych najazdów uznawani byli w Europie za niezwyciężonych
wojowników, zarówno na morzu, jak i w starciu na lądzie. Przewagę
osiągali dzięki doskonałemu, jak na owe czasy uzbrojeniu,
organizacji, dyscyplinie i niespotykanej odwadze. Najczęstszym
zachowaniem wikingów podczas najazdu był niespodziewany napad na
dane miejsce, złupienie go do szczętu, szybki odwrót. Wikingowie poruszali się konno, co pozwalało im znaczne
przyspieszenie tempa przemarszów. Oddziałów konnych używali
następnie w bitwie, czym zaskakiwali nieprzyzwyczajonych do tego
typu wikińskich zachowań mieszkańców kontynentu. Uzbrojeniem
wojowników wikińskich były miecze, topory bojowe, włócznie,
oszczepy, toporki, noże bojowe, łuki i strzały. Do obrony używali
tarcz, hełmów i kolczug, ale także skórzanych kaftanów i innych
rodzajów osłon korpusu. W czasie oblężeń konstruowali katapulty
i tarany, a także osłony używane przy ataku, ponadto
podpalali zdobyte okręty i kierowali je na umocnione pozycje wroga.
![]() |
| Miecze, którymi walczyli Wikingowie. |
![]() |
| Rekonstrukcja łodzi Wikingów. |
I tu
jest pewien lekki dysonans jeżeli chodzi o fakty historyczne, za to
daję autorowi maleńki minus. Nie będę jednak zdradzać dokładnie
o co chodzi, ponieważ dosyć łatwo można to moim zdaniem zauważyć
czytając opisy, których Cornwell zamieścił w Ostatnim królestwie
bardzo dużo.Nie wiem, może zbytnio się czepiam, to w końcu tylko powieść, ale... Jednak ten malutki minusik absolutnie nie wpływa na doskonałą jakość powieści i jej odbiór. Książkę i tak czyta się znakomicie.
Wracajmy jednak do naszego młodego bohatera. Na
oczach Uthreda dzieją się rzeczy straszne - upadają kolejne
królestwa, dokonują się zdrady, przewroty i krwawe rzezie. Uthred
od kilku lat, od momentu porwania wychowuje się wśród wrogów,
wśród Wikingów. Jednak nad wyraz szybko asymiluje się w ich społeczeństwie,
ba można nawet uznać, że jest mu tam całkiem dobrze. Pewnego
dnia będzie musiał jednak podjąć decyzję, kim jest i któremu
panu będzie służył. Los zwiąże go z Alfredem, władcą
ostatniego opierającego się Wikingom królestwa, i da sposobność,
by stawił czoła legendarnym wikińskim wojom, przed którymi drży
cała średniowieczna Europa. Spętany więzami honoru, lojalności i
miłości, Uthred stanie się tym, od którego zależeć będą losy
całej Brytanii. Znajdzie się między przysłowiowym młotem, a
kowadłem. Jak się zachowa? Jaką podejmie decyzję? Zwycięży wychowanie czy honor? Tego dowiecie się czytając Ostatnie królestwo.
Naprawdę warto sięgnąć po tę książkę.
Kolejny raz jestem pod
ogromnym wrażeniem stylu pisarskiego Bernarda Cornwella. Książkę
(mimo sporej objętości) przeczytałam w 2 dni, co zdarza się tylko
w przypadku pozycji, które naprawdę mnie zachwycą i od których
nie mogę się oderwać.
Pisarz po raz kolejny urzekł mnie
językiem oraz lekkością i umiejętnością z jaką połączył fikcję literacką z
historią Brytanii. Mimo tego maleńkiego minusa, o którym wspominałam wcześniej, zrobił to po mistrzowsku. Podobnie, jak w przypadku trylogii arturiańskiej
mamy tu do czynienia z subtelnym miszmaszem fikcji historycznej i
autentycznej historii Brytanii. Zarówno fikcję jak i rzeczywistą
historię autor połączył wspaniale. Czytając powieść mamy
wrażenie, jakbyśmy żyli w IX w., mamy wrażenie magicznego
przeniesienia się w czasie.
Bardzo zainteresowały mnie wzmianki
autora o reliktach cywilizacji rzymskiej, jakich jeszcze w IX w.
całkiem sporo znajdowało się w Brytanii. Opisy ruin budowli ich
architektury czy choćby sieci dróg zbudowanych przez Rzymian są
bardzo dokładne i dają świadectwo nie tylko potędze cywilizacji
rzymskiej, która przed laty władała tymi ziemiami, ale także
kolejnym pokoleniom, które rządziły Brytanią po odejściu Rzymian i
które po najeżdżcach odziedziczyły wiedzę.
Sama książka jest podzielona na kilka
części. Najpierw mamy wstęp, jakby prolog, który
wprowadza nas w całą sytuację,
opowiada w jaki sposób Uthred dostał się do niewoli Wikingów. Po
wstępie następuje pierwsza część, w której śledzimy jego
życie, jego dzieciństwo i okres dorastania wśród Wikingów. Druga
część to przejście Uthreda od Wikingów na stronę "swoich", u boku których będzie walczyć w trzeciej części. Plusem
powieści jest bardzo ciekawie przedstawiony proces dojrzewania
głównego bohatera Uhtreda, który z nastolatka przemienia się na
naszych oczach w mężczyznę. Poznajemy też ówczesną Brytanię
widziana oczyma najpierw chłopca, pożniej młodzieńca, a na końcu
pełnokrwistego meżczyzny. Autor bardzo ciekawie przedstawia życie
ówczesnych ludzi ich smutki i radości oraz system klasowy. W powieści nie brak także dosyć
licznych elementów humorystycznych, jak chociażby zachwyt głównego
bohatera, gdy po raz pierwszy będąc nastolatkiem zażył kąpieli.
Takich wesołych wtrąceń znajdziemy w powieści jeszcze kilka.
Zdecydowanie rozlużnia to grożną atmosferę, w której prawie bez
przerwy słychać szczęk broni. Takie humorystyczne wstawki to
zdecydowana odmiana po bardzo poważnej trylogii arturiańskiej.
Do tego cudowne opisy, mroczny klimat,
wartka akcja, niezwykła dbałość o szczegóły zarówno postaci
jak i miejsc i wspaniale z dbałością o każdy szczegół ukazanie
bitew, sprawiają że Ostatnie królestwo po prostu trzeba
przeczytać. I ta dbałość o szczegóły po raz kolejny urzekła
mnie w stylu pisarskim Bernarda Conrwella i sprawiła, że na pewno
sięgnę po kolejne jego książki.
środa, 14 marca 2012
Wehrmacht kontra US Army 1939-1945. Porównanie siły bojowej. - Martin van Creveld
Wydawnictwo Erica Okładka miękka, 270 s., Moja ocena 5,5/6
Podsumuję jednym zdaniem - kawał doskonałej historycznej roboty:) stąd tak wysoka ocena. Książkę oceniam pod względem merytorycznym, ilości i jakości zebranego przez autora materiału, pracy, jaką w to włożył i przystępności przekazania faktów historycznych.
Jest to wieloaspektowa analiza porównawcza armii niemieckiej i amerykańskiej. Książka składa się z dwunastu rozdziałów, z których możemy się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. Poruszany jest np. temat, który naród (Niemcy czy Amerykanie) jest bardziej "waleczny i bojowo nastawiony", w jaki sposób kształcono oficerów w obu armiach, jak uzupełniano jednostki bojowe i czy medale są
ważne dla morale wojska. Poza tym widzę pewne novum, jeżeli chodzi o tematykę książki, dotychczas wszystkie pozycje, jakie miałam okazję czytać skupiały się przede wszystkim na otwartej walce, bitwach, okopach etc. Martin van Creveld poszedł dalej, a właściwie poszedł zupełnie inną, nowa drogą. Otóż autor wyszedł z typowego pola walki, wyszedł z okopów, samą walkę odsunął na dalszy plan, a skupił się na tym, co jego zdaniem prowadzi każdą armię do zwycięstwa. Porównuje m.in. doktryny i wizje prowadzenia i przebiegu wojen; zasady dowodzenia w obu armiach; organizację armii; cel i sposoby utrzymywania sprawności bojowej żołnierzy; porusza także temat nagród i kar, które bardzo licznie (stosując znaną metodę kija i marchewki) były praktykowane w obu armiach.
Oprócz przekazania czytelnikowi wielu ciekawych i unikatowych informacji, autor rozprawia się także lub próbuje się rozprawić, z wieloma pokutującymi dotychczas mitami, np. o istnieniu cech narodowych, które czyniły z Niemców wyjątkowych żołnierzy.
Autor spogląda na historię II wojny światowej przez pryzmat człowieka,
skupiając się na walorach i negatywach systemu doboru i kształcenia
kadr. To odmienne od zwyczajowego podejście prowokuje do głębszego
zrozumienia przebiegu tej wojny. W związku z tym książka jest unikatowa, ponieważ nikt tego typu analizy przed autorem nie
wykonał. Dzięki temu van Creveld pomaga w zrozumieniu wielu elementów i problemów dotychczas niezrozumiałych. Na koniec autor wysnuwa wielostronicowe wnioski, które także maja formę porównania. I co najważniejsze, wnioski te są spójne, logiczne i łatwe do zrozumienia, a nawet powiedziałabym "strawienia" także dla osób niezbyt obeznanych w tematyce okresu II wojny światowej.
Książka Martina van Crevelda skierowana jest
moim zdaniem nie tylko do osób interesujących się historią wojskowości i strategią,
ale też do wszystkich zainteresowanych psychologią, socjologią, jak też
sposobami działania i zarządzania różnymi typami organizacji oraz zadających sobie pytania - jak i dlaczego? Po lekturze książki van Crevelda wiele aspektów historii oraz przebieg działań wojennych na froncie zachodnim jest dużo bardziej zrozumiały i przystępny nawet dla laika w tej dziedzinie.
Autor udowadnia nam, że słuszne jest słynne powiedzenie Napoleona Bonaparte:
Na wojnie czynnik moralny ma się do fizycznego, jak trzy do jednego.
Wehrmacht kontra US Army 1939–1945 rozpoczyna
serię Biblioteki Wojskowej – wspólnego przedsięwzięcia Wydawnictwa
Tetragon i Instytutu Wydawniczego Erica, które ma przybliżyć polskiemu
Czytelnikowi dzieła najwybitniejszych światowych pisarzy wojskowych.
Martin van Creveld (ur. 1946) to wybitny naukowiec
zajmujący się strategią i historią wojskowości urodzony w Holandii,
obecnie mieszkający w Izraelu. Jest wykładowcą najważniejszych uczelni
cywilnych i wojskowych świata zachodniego, a na jego pisarski dorobek
składa się dwadzieścia jeden książek m.in. Dowodzenie na wojnie, Logistyka – od Wallensteina do Pattona,Transformacja wojny.
środa, 15 lutego 2012
Monte Cassino. - Sven Hassel
Wydawnictwo Erica Okładka miękka, 352 s., Moja ocena 5-/6
Razem z autorem przenosimy się do Włoch, jest rok 1944. Żołnierze Karnego Batalionu Wehrmachtu (w którym służył także autor) mają nadzieję, że
po koszmarze frontu wschodniego, ich kolejne zadanie będzie tylko
łatwiejsze. Nie zdają sobie jednak sprawy, że Włochy to nie tylko piękny
Rzym, lecz także długie i okrutne walki pod Monte Cassino. Sven i jego
kompani zamknięci zostają na szczycie wzgórza będą musieli stoczyć jedną z
najbardziej krwawych bitew II wojny światowej, w której po stronie aliantów
wsławili się polscy żołnierze pod dowództwem gen. Władysława Andersa.Ale nie o naszych żołnierzach opowiada Hassel w swojej książce. Po raz drugi miałam okazję spotkania z żołnierzami Karnego Batalionu Wehrmachtu. Pierwsze spotkanie miało miejsce podczas lektury Powstania warszawskiego recenzja tutaj.
W Monte Cassino autor opisuje dzień codzienny w specjalnym karnym batalionie SS. Jego opisy są o tyle realne i trafiające do serca, że sam przez dłuższy okres czasu był w takim batalionie. Hassel pisze o zwykłych ludziach, którzy nie wywołują wojen, ba nie znoszą jej, nienawidzą, ale muszą w niej walczyć. I to moim zdaniem stanowi mocny atut powieści Hassela. W Monte Cassino sporo mamy języka potocznego, momentami wulgarnego, ale czytając tą powieść należy pamiętać, że nie jest to opowieść o grzecznych chłopcach, ale o ludziach, którzy za różne przewinienia zostali wcieleni do karnego batalionu, a na co dzień stykali sie z okrucieństwami wojny. A to nie czyniło nikogo lwem salonowym...Nikt z nas się nie liczył, więc nienawidziliśmy wojny. Z drugiej jednak strony zapomnieliśmy o życiu przed wojną. Jedynym, który udawał że pamięta był Porta, ale on był natchnionym przez niebiosa kłamcą.(...)
W Monte Cassino autor opisuje dzień codzienny w specjalnym karnym batalionie SS. Jego opisy są o tyle realne i trafiające do serca, że sam przez dłuższy okres czasu był w takim batalionie. Hassel pisze o zwykłych ludziach, którzy nie wywołują wojen, ba nie znoszą jej, nienawidzą, ale muszą w niej walczyć. I to moim zdaniem stanowi mocny atut powieści Hassela. W Monte Cassino sporo mamy języka potocznego, momentami wulgarnego, ale czytając tą powieść należy pamiętać, że nie jest to opowieść o grzecznych chłopcach, ale o ludziach, którzy za różne przewinienia zostali wcieleni do karnego batalionu, a na co dzień stykali sie z okrucieństwami wojny. A to nie czyniło nikogo lwem salonowym...Nikt z nas się nie liczył, więc nienawidziliśmy wojny. Z drugiej jednak strony zapomnieliśmy o życiu przed wojną. Jedynym, który udawał że pamięta był Porta, ale on był natchnionym przez niebiosa kłamcą.(...)
Co jeszcze dla mnie było interesujące? Otóż spojrzenie na bitwę i przygotowania do niej z drugiej strony, możliwość poznania punktu widzenia niemieckiego żołnierza, przeciwnika, wroga. Dotychczas ilekroć czytałam książki o bitwie pod Monte Cassino, tylekroć poznawałam punkt widzenia, relację polskich żołnierzy. W przypadku lektury powieści Svena Hassela mamy do czynienia z zupełnie czym innym. Jednak jest jeden zasadniczy minus, otóż książka nie opisuje samej bitwy. Bitwa pod Monte Cassino to zaledwie szczątkowe informacje, kilka zdań o bombowcach, krążącej broni i wszechobecnych szczurach i biegunce. Bitwa jest jedynie tłem do ukazania losów bohaterów, ich wzajemnych relacji, problemów etc. Decydując się na lekturę książki Svena Hassela trzeba o tym pamiętać. Jest to powieść historyczna, a nie dokument i to powieść o dniu codziennym żołnierzy niemieckich, a nie powieść o samej bitwie.
Na 348 s. książki jest to jednak wyrażnie zaznaczone przez wydawcę. Niniejsza książka jest dziełem fikcji literackiej (…).
Nie mniej uważam, że warto sięgnąć po Monte Cassino Svena Hassela, jeżeli lubicie oczywiście tematykę wojenną. Książkę czyta się szybko i bez zbytnie angażowania umysłu. Opowieść momentami nawet bawi. Polecam osobom lubiącym powieści historyczne, ale nie oczekującym sprawozdania z samej bitwy.
Sven Hassel ur. w 1917 roku w Danii, wstąpił do wojska w wieku lat 14. Po odbyciu
przymusowej służby wojskowej, w obliczu bezrobocia wstąpił do armii
niemieckiej. Służył jako kierowca czołgu w liniowej jednostce pancernej.
Podjął nieudaną próbę dezercji, za co został przeniesiony do karnej
jednostki frontowej Wehrmachtu. Walczył na wszystkich frontach oprócz
afrykańskiego, dosłużył się stopnia porucznika. Ranny ośmiokrotnie wojnę
zakończył w niewoli radzieckiej. „Legion Potępieńców” napisał w będąc w
więzieniach w Ameryce, Anglii i Danii, jeszcze zanim rozpoczął nowe
życie w Hiszpanii. Napisał 14 powieści, które zostały przetłumaczone na
25 języków i wydane w nakładzie przeszło 56 milionów egzemplarzy.
poniedziałek, 6 lutego 2012
Excalibur - Bernard Cornwell
Tytuł oryginalny: Excalibur, Wydawnictwo Erica
Okładka miękka ze skrzydełkami, 580 s. Moja ocena 6/6
To III i niestety ostatni tom słynnej trylogii arturiańskiej. Recenzja I tomu Zimowy monarcha znajduje się tutaj. Recenzja II tomu Nieprzyjaciel Boga znajduje się tutaj
Nieprzyjaciel Boga kończy się zaskakującą sceną ujawnienia zdrady Ginewry, ale z kim, tego już nie zdradzę, musicie sami sięgnąć po trylogię. Gwarantuję tylko, że będziecie bardzo zaskoczeni. Świat Artura po zdradzie ukochanej legł w gruzach. Dzięki narracji Cornwell, która (jak to podkreślałam w poprzednich recenzjach)jest po prostu niesamowita, czujemy fizyczny ból, jakiego doświadcza Artur i dosłownie razem z nim mamy ochotę płakać i zemścić się na wiarołomnych. M.in. na takich opisach opiera się kunszt pisarski Bernarda Conrwella, ale nie tylko na nich.
Akcja Excalibura rozpoczyna się w zasadzie bezpośrednio po tym wydarzeniu. Rebelia Lancelota zostaje stłumiona, a małżeństwo Artura chyli się ku
upadkowi. Kolejną plagą nękającą Brytów, zwłaszcza tych, którzy nie chcą
rezygnować z dawnych wierzeń, jest szerzące się niczym zaraza
chrześcijaństwo. Wydaje się, że przejście starzejącego się Artura na
nową wiarę jest tylko kwestią czasu…Nic już nie jest w stanie ochronić Brytanii przed zalewem wrogów.
Rebelie rebeliami, wojny wojnami, zagrożenia zagrożeniami ale nie zapominajmy o Merlinie. Stary Druid w końcu odzyskuje Skarby Brytanii. Czarnoksiężnikowi towarzyszy Nimue. Jest ona owładnięta obsesją sprowadzenia do Brytanii dawnych Bogów i ta obsesja kieruje wszystkimi jej poczynaniami, a dodatkowo położy się cieniem na poczynaniach i życiu wielu innych osób.
Rebelie rebeliami, wojny wojnami, zagrożenia zagrożeniami ale nie zapominajmy o Merlinie. Stary Druid w końcu odzyskuje Skarby Brytanii. Czarnoksiężnikowi towarzyszy Nimue. Jest ona owładnięta obsesją sprowadzenia do Brytanii dawnych Bogów i ta obsesja kieruje wszystkimi jej poczynaniami, a dodatkowo położy się cieniem na poczynaniach i życiu wielu innych osób.
W międzyczasie wiarołomna małżonka Artura- Ginewra pędzi żywot w klasztornej celi, pod okiem swojej szwagierki Morgany, a w międzyczasie...
Po raz trzeci Bernard Cornwell przenosi czytelnika w niespokojne czasy Brytanii, rządzonej przez magię i starożytnych bogów, którym zagraża nowa wiara.
Po raz trzeci Bernard Cornwell przenosi czytelnika w niespokojne czasy Brytanii, rządzonej przez magię i starożytnych bogów, którym zagraża nowa wiara.
Po raz kolejny Cornwell pokazał, że jest mistrzem powieści historycznej. W Excaliburze, podobnie, jak w poprzednich tomach, najdziemy wszystko, bez czego doskonała powieść historyczna nie może się obejść. Pełno tu: miłości, nienawiści, śmierci, życie, i
bratobójczych walk. Znajdziemy też magię, szaleństwo, armię obłąkanych, okrutne morderstwa. Wszystko to, wymieszane i
odpowiednio doprawione przez autora, sprawia, że całą trylogie czyta się w mgnieniu oka, jak fascynującą baśń dla dużych i małych. Akcja powieści wciąga, jak wir, nie zwalnia ani na moment, a ilość wątków i postaci, które się nie tylko przez III tom, ale i przez całą trylogię przewijają, jest wprost niesamowita.
Najprawdopodobniej każdy z nas chociaż raz w życiu wyobrażał sobie, jaki był Artur, albo, ze sam jest Arturem. Czytając trylogię arturiańska Cornwella macie szansę porównać swoje marzenia i wyobrażenia z wyobrażeniami autora. Tym bardziej, iż Cornwell, podobnie, jak w I i II tomie, tak i w Excaliburze, opisuje wszystko bardzo, bardzo dokładnie. Znamy wszystkie cechy charakterystyczne uzbrojenia, ubioru, jedzenia, znamy także myśli i odczucia bohaterów. Pozwala nam się to poczuć, jakbyśmy byli w samym centrum akcji. I niejedna z pań czytających o zdradzie Ginewry będzie miała ochotę przytulić i pocieszyć Artura:).
Zakończenie powieści jest idealnym wprost zwieńczeniem całego cyklu. Co więcej, to najbardziej przesycony magią fragment trylogii.
Lekturę Excalibura skończyłam z wielkim żalem, że to już koniec całej trylogii.
Gorąco polecam całą trylogię arturiańską pióra Bernarda Cornwella i dziękuje p. Karolinie z Wydawnictwa Erica, za możliwość zapoznania się z tą niesamowita pozycją.
środa, 1 lutego 2012
Nieprzyjaciel Boga - Bernard Cornwell
Wydawnictwo Erica Tytuł oryginalny: Enemy of God, Okładka miękka ze skrzydełkami, 560 s., Moja ocena 6/6
Nieprzyjaciel Boga to II tom kultowego już dzieła Bernarda Cornwella, tzw. trylogii arturiańskiej.
Recenzję I tomu Zimowy monarcha znajdziecie tutaj.
I tom kończy się zwycięskim dla Artura starciem w Dolinie Lugg, Nieprzyjaciel Boga w tym miejscu się rozpoczyna, a stary mnich Derfel
kontynuuje swoją historię.
Nieprzyjaciel Boga został podzielony na 4 części: Ciemna droga (Merlin wraz z przyjaciółmi wyruszy na poszukiwania magicznego Kotła), Wojna (między oddziałami Brytanii a oddziałami saksońskich dowódców Alle i Cedryka), Camelot (w Dumnonii panował pokój)
i Misteria Izydy (najdłuższa i najważniejsza część książki, a kultem
Izydy parała się Ginewra – żona Artura). Tutaj również przed treścią
właściwą znajduje się spis osób i miejsc, które w większości były mi już
znane z I tomu.
Narratorem II tomu (podobnie, jak w przypadku Zimowego monarchy) nadal jest Derfel. Główni bohaterowie także nie ulegają zmianie, są nimi: Artura czarnoksiężnik Merlin, Lancelot i Derfla. Będą na nich czekały długie, krwawe wojny oraz krótkie okresy pokoju.
Chrześcijanie zaczynają wierzyć, że ich Pan przyjdzie już za parę lat
na ziemię i zaczynają nawracać siłą pogan. Artur pokaże swoje prawdziwe okrutne oblicze. Ta przemiana może się niektórym nie podobać, no ale cóż, takie były czasy.
Pozostali bohaterowie nie zmienią się. Czarnoksiężnik Merlin nadal poszukuje 13 Skarbów Brytanii, które –
jak wierzy – pozwolą mu oddać Brytanię w panowanie dawnych bogów. Jest
to także jego nadzieja na porządek i pokój w Dumnonii i Saksonii, oraz na powrót
pogańskich bogów i wyparcie chrześcijańskiego Boga. Czy uda mu się odnależć Skarby? O tym musicie się już przekonać sami czytając Nieprzyjaciela Boga. Lancelot ani na jotę nie zmieni się, w dalszym ciągu będzie
próżnym, kłamliwym zdrajcą, pałającym zemstą i żądzą władzy i bogactwa. Bardzo dużo będzie także: magii, czarów, uroków i klątw wszelakich. Kto lubi takie klimaty poczuje się w pełni usatysfakcjonowany. Do tego: walki, szczęk oręża, rozlew krwi i wiele, wiele bardzo szczegółowych opisów, które są tak charakterystyczne dla stylu pisarskiego Bernarda Cornwella, a które całkowicie mnie uwiodły, już przy lekturze I tomu trylogii. Uwielbiam takie plastyczne, wręcz w 3D odmalowanie szczegółów. Czytając oba tomy miałam wrażenie, jakbym znajdowała się w Brytanii obok Merlina i Artura. Czułam grozę magii, walk, które się w książce licznie toczą, miałam nawet odczucie, jakbym czuła ten lekki zapaszek tak charakterystyczny dla wczesnego średniowiecza- no nie czarujmy się, wtedy nie dbano zbytnio o higienę:). Cornwell podbił moje serce właśnie tymi szczegółowymi opisami. I co ciekawe te opisy wcale, ani przez moment nie są nużące, wręcz przeciwnie.
Nieprzyjaciel Boga podbił mnie jeszcze bardziej niż pierwsza część. W II tomie wszystko przeplata się ze wszystkim! Mamy misz masz, który idealnie do siebie pasuje.
Magia przeplata się z rzeczywistością, chrześcijaństwo z religią pogańską, legendy
arturiańskie z legendami o Tristanie i Izoldzie, a fabuła zdecydowanie nabiera tempa w porównaniu do I tomu.
Nieprzyjaciel Boga to pozycja, którą mogę szczerze polecić. Nic dziwnego, ze autor za swoje zasługi dla literatury otrzymał od królowej Elżbiety
Order Imperium Brytyjskiego.Jego książki są po prostu niezwykłe.
piątek, 9 grudnia 2011
Oficerowie i dżentelmeni. Życie prywatne i służbowe kawalerzystów Drugiej Rzeczypospolitej - Piotr Jaźwiński
Od zawsze lubiłam historię, ba uwielbiałam ją i uwielbiam nadal. Historia jest fascynująca, kwestia tylko, jak zostanie nam zaserwowana. Podejrzewam, że większości osób, które twierdzą, że nie znoszą historii, że jest nudna, przypadł w udziale w okresie edukacji szkolnej po prostu kiepski nauczyciel, który serwował historię, jako potrawę mdłą, niczym nie doprawioną, serwował jako przysłowiowe flaki z olejem... Tymczasem Piotr Jaźwiński zaserwował nam wspaniałe danie historyczne, odpowiednio doprawione, składające się z wielu warstw, z których każda odkrywa przed nami nowe smaki.
Książka, jak mówi sam tytuł, opowiada o kawalerzystach Drugiej Rzeczypospolitej, o ich dniu codziennym- tym służbowym, jak i tym prywatnym.W żadnym innym kraju kawaleria nie miała tak wielkiego wpływu na jego historię i nie cieszyła się takim szacunkiem, jak w Polsce.
Bycie kawalerzystą w II Rzeczypospolitej nie było zawodem, nie było nawet tylko i wyłącznie służbą, było przede wszystkim zaszczytem. Wymagało ogromu poświęceń, zaszczepienia w sobie tego czegoś, co możemy zdefiniować, jako zbiór cnót charakteru oraz obowiązków kawalerzysty. Oficerowie kawalerii, byli najbardziej uprzywilejowaną grupą zawodową w II Rzeczypospolitej, często stali ponad prawem, wybaczano im to, co innym nie uszło by na sucho.
Kawalerzysta przede wszystkim walczył i służył ojczyżnie. Autor szczegółowo opisuje organizacje i uzbrojenie kawalerzystów. Żołnierz jednak nie samą walką żyje. Kawalerzysta, który nie walczył, zajmował się wg. starych zasad- sportem. Była to reguła znana i ściśle przestrzegana we wszystkich pułkach. Z rozdziału VI dowiadujemy się, co robi kawalerzysta, gdy nie jest na służbie, po co mu były 2 konie etc. Każdy żołnierz musiał być w doskonałej formie. Celem ku temu było bardzo intensywne uprawianie sportu. Największy nacisk kładziono na jeżdziectwo. Oficerowie bardzo często brali udział w różnych zawodach i konkursach. Do najbardziej prestiżowych zawodów, należały tzw. Militari. Wymaganiom na zawodach niełatwo było sprostać. Jednak żołnierze wcielali w życie maksymę, że ćwiczenia czynią mistrza.
Jednak oprócz ogromu pracy kawalerzyści nie stronili od uciech i swawoli, a mieli ku temu wiele okazji. Było wiele świąt i okazji do mniej lub bardziej oficjalnego świętowania, warto wspomnieć o chyba najważniejszym balu z okazji Święta Pułku. Jak ważne było to święto i jak żołnierze lubili się bawić, może świadczyć fakt, że cały rok płacili wysokie składki, na pokrycie wydatków związanych z tym świętem. Kawalerzyści lubili dobrze się zabawić, a kobiety lgnęły do nich jak przysłowiowe muchy do miodu. Sprawdzało się powiedzenie za mundurem panny sznurem...
Owe zabawy, rauty, swawole autor opisuje fascynująco, przytaczając jednocześnie wiele zabawnych anegdot. Możemy dowiedzieć się m.in. skąd pochodzi powiedzenie ułańska fantazja, jak się po kawaleryjsku leczy syndrom dnia następnego, czy można było konno wjechać po schodach do pewnej restauracji i wiele innych ciekawostek.
Bardzo ciekawie opisane są także inne uroczystości, w których żołnierze brali udział- śluby, pogrzeby, sprawy honorowe... Cóż to za sprawy honorowe? Tego dowiecie się czytając książkę Piotra Jażwińskiego, do czego gorąco zachęcam. Dowiecie się także o Żurawiejce. Każdy o niej zapewne słyszał, ale chyba nie każdy w pełni orientuje się, co to jest i skąd pochodzi. Każdy z czterdziestu pułków jazdy w II Rzeczypospolitej, miał po kilka własnych żurawiejek, jak chociażby ta poniżej.
Zachęcam do lektury książki, za którą autorowi należą się gorące podziękowania, ponieważ dzięki Niemu poznajemy wielu wspaniałych ludzi, dla których honor i ojczyzna oraz...dobra zabawa były najważniejsze. Znajomość ta poparta jest wieloma fotografiami, a książka ucząc bawi i bawiąc uczy-wyjątkowa lekcja historii.
Po lekturze aż się łezka w oku kręci...gdzie ci żołnierze, gdzie ci mężczyżni...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















