czwartek, 30 kwietnia 2026

Życie za życie - Aneta Kisielewska

 


Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 4/6
Powieść Życie za życie to historia, która jest prozą obyczajową i zawiera porcję kryminalnych elementów. Autorka koncentruje się przede wszystkim na emocjach, relacjach i wewnętrznych konfliktach bohaterek. Niestety, ale wątek sensacyjny pełni raczej funkcję uzupełniającą niż dominującą. Przynajmniej ja tak to odebrałam, choć w sieci widziałam różne opinie. 
Fabuła oparta na losach trzech kobiet – Diany, Julii i Kai – rozwija się równolegle, stopniowo odsłaniając ich przeszłość, motywacje i pragnienia. Każda z nich reprezentuje inny etap życia i inne potrzeby: Diana mierzy się z ciężarem własnego wizerunku, sławy i niespełnienia, Julia walczy o coś dla niej niezwykle ważnego, a Kaja próbuje odnaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości. Ich historie są stosunkowo dobrze poprowadzone, a sposób, w jaki autorka splata ich losy, tworzy spójną, choć niezbyt zaskakującą całość. Niestety, ale ten brak zaskoczenia jest sporym minusem. Mimo to warto tę książkę przeczytać, bo ma sporo zalet. 
Największą aututem jest warstwa obyczajowa. Kisielewska porusza w książce kilka ważnych społeccznie tematów. Poza tym autorka trafnie obrazuje mechanizmy rządzące relacjami międzyludzkimi, zwłaszcza w kontekście trudnych doświadczeń, takich jak przemoc, ale nie tylko. To nie sztuka żyć dobrze, zachowywać się poprawnie gdy wszystko idzie gładko. Ciekawe jest jak każdy z nas zachowa się w obliczu problemów, stresu, niebezpieczeństwa. W książce mamy okazję spojrzeć, jak z problemami zmierzą sie bohaterowie. Postaci w tej historii są zróżnicowane, przez co potrafią utrzymać zainteresowanie czytelnika, choć momentami można odnieść wrażenie, że ich decyzje wpisują się w dość znane schematy. Ale wierzę, że decyzje, reakcje bohaterek pomogą wielu czytelniczkom, pozwolą im na spojrzenie na pewne sytuacje z boku. 
Jeśli chodzi o element kryminalny, wypada on średnio, niestety bez większego napięcia. Intryga bywa miejscami zbyt przewidywalna, przez co nie zawsze angażuje w takim stopniu, jak mogłaby. Uważam, że w przecwieństwie do wątku obyczajowego, pisarka wątek kryminalny potraktowałą po macoszemu. Czytelnik stosunkowo szybko może domyślić się kierunku, w jakim zmierza fabuła, co osłabia efekt zaskoczenia.
Podsumowując, Życie za życie to dobra powieść obyczajowa, która porusza bardzo ważne tematy i oferuje solidną, choć niezbyt odkrywczą historię. Jako kryminał pozostaje raczej na bardzo średnim poziomie, ale jako opowieść o wyborach, konsekwencjach i ludzkich słabościach – spełnia swoją rolę. To lektura odpowiednia dla osób szukających historii o emocjach i relacjach, z delikatnym dodatkiem napięcia.

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

wtorek, 28 kwietnia 2026

Linia lojalności - Natalia Sońska

 



Wydawnictwo IV Strona, Moja ocena 4-/6
Powieść Linia lojalności to historia osadzona w realiach prawniczych, ale w gruncie rzeczy skupiona przede wszystkim na emocjach, relacjach i trudnych wyborach. Nie będę streszczać fabuły, sami ją poznajcie. Dodam tylko kilka słów od siebie. Autorka pokazuje, jak cienka bywa granica między życiem zawodowym a prywatnym oraz jak łatwo można zostać wciągniętym w czyjeś problemy. 
Nie jest to jednak książka, która na długo zapada w pamięć. To raczej  jedna z tych pozycji, po które można sięgnąć, gdy szuka się lektury niezbyt wymagającej, ale jednocześnie osadzonej w realnych problemach. Motyw wyboru między lojalnością wobec innych a wiernością samej sobie jest uniwersalny i łatwy do zrozumienia, dlatego wielu czytelników może odnaleźć w tej historii coś dla siebie. 
Niestety, mimo ciekawego punktu wyjścia, książka nie w pełni wykorzystuje swój potencjał. Największym minusem okazała się dla mnie przewidywalność całej historii. Choć akcja rozwija się płynnie i spokojnie, to brakuje w niej momentów zaskoczenia czy zwrotów akcji, które naprawdę przyciągają uwagę i budują napięcie. W wielu momentach łatwo domyślić się, w jakim kierunku potoczą się wydarzenia, co nieco odbiera przyjemność z lektury. 
Podobnie jest z bohaterami – są przedstawieni poprawnie, ich dylematy są wiarygodne i życiowe, jednak trudno się z nimi mocniej zżyć. Nie wywołują większych emocji, przez co niektóre sceny, które mogłyby być poruszające, pozostają raczej obojętne. Zabrakło mi głębszego wejścia w ich psychikę i bardziej wyrazistych cech, które sprawiłyby, że zostaną w pamięci na dłużej. 
Mimo tych niedociągnięć Linia lojalności nie jest książką złą. To umiarkowanie dobra, spokojna powieść obyczajowa, która może umilić wieczór, ale raczej nie zostawi po sobie silnych wrażeń. Sprawdzi się szczególnie dla osób, które lubią historie o relacjach międzyludzkich, dylematach moralnych i codziennych problemach, ale nie oczekują intensywnej akcji czy głębokiej analizy psychologicznej. 
Podsumowując – to przyjemna, choć dość przewidywalna lektura, która ma kilka ciekawych momentów, ale nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych książek tego gatunku.

 

niedziela, 26 kwietnia 2026

Czarny Trójkąt - Bianka Kunicka

 


Wydawnictwo Skarpa Warszawska, Moja ocena 5/6
Czarny Trójkąt to powieść, która buduje napięcie wokół tematów trudnych i niewygodnych. To książka skupiona na doświadczeniu kobiet – ich ciał, pamięci oraz dziedzictwa, które nie kończy się wraz z jednym pokoleniem, lecz przechodzi dalej, często w sposób nieuświadomiony. 
Autorka przedstawia historię, w której kobiece ciało ma znaczenie wielowymiarowe. Z jednej strony jest pełne harmonii i życia, daje życie. Z drugiej strony staje się przedmiotem cudzych żądzy, oczekiwań, jest zawłaszczane, brutalnie odzierane z godności. 
Narracja prowadzona jest dwutorowo – współczesne wątki przeplatają się z powrotami do czasów II wojny światowej, w tym realiów nazizmu i Holokaustu. Ten zabieg nie jest jedynie tłem historycznym, lecz fundamentem całej opowieści. Przeszłość wpływa bezpośrednio na teraźniejszość, a decyzje i doświadczenia wcześniejszych pokoleń kształtują tożsamość kolejnych kobiet. 
Ważnym elementem książki jest motyw dziedziczonej traumy. Kunicka pokazuje, że nieprzepracowane doświadczenia matek i babć pozostają obecne – w relacjach, emocjach, a nawet w sposobie postrzegania siebie. Jednocześnie pojawia się wątek poszukiwania prawdy o własnym pochodzeniu i próby odzyskania kontroli nad własnym życiem.
Postacie kobiece są centralnym punktem powieści. Nie są idealizowane – wręcz przeciwnie.  Są one przedstawione jako osoby zmagające się z własnymi ograniczeniami, lękami i konsekwencjami cudzych wyborów. Ich historie pokazują, jak różne mogą być reakcje na podobne doświadczenia: od wycofania po próbę konfrontacji z przeszłością. 
Relacje międzyludzkie również nie są jednoznaczne. Książka stawia pytania o granice poświęcenia, o to jak bardzo brak miłości może nie tylko zmieniac, ale wręcz deformować człowieka, oraz jak wiele ktoś jest w stanie oddać w imię uczucia.
Czarny Trójkąt to opowieść bolesna, ale nie przytłaczająca. Autorka unika nadmiernego dramatyzmu, dzięki czemu przekaz pozostaje bardziej wiarygodny. To książka, która skłania do myślenia o pamięci, tożsamości i sposobach radzenia sobie z przeszłością. 
Kunicka nie daje prostych odpowiedzi – raczej otwiera przestrzeń do zadawania pytań. Jednym z nich jest to, jak daleko sięga nasza zdolność akceptowania inności i czy jesteśmy w stanie naprawdę zrozumieć doświadczenia innych ludzi.
Powieść Bianki Kunickiej można odczytać jako konsekwentnie prowadzoną analizę kobiecego doświadczenia na tle historii. To książka o kobietach, które poniosły największą ofiarę, o pamięci zapisanej nie tylko w opowieściach, lecz także w ciele i emocjach. To także książka o prawdzie. Siłą Czarnego Trójkątu jest powściągliwość i brak uproszczeń – dzięki temu zostawia trwały ślad, nie narzucając jednocześnie jednej interpretacji. I pamiętajmy, przeszłość nigdy nie znika. Ona zawsze zostaje w nas. Polecam.

 

sobota, 25 kwietnia 2026

Afterparty - Dorota Wellman, Paulina Młynarska

 



Wydawnictwo Znakliteranova, Moja ocena 5/6
Afterparty autorstwa moich dwóch ulubionych dziennikarek, to książka, która nie tyle opowiada o dojrzałości, ile ją redefiniuje. To szczera, momentami bezczelna, a przy tym niezwykle ciepła i mądra rozmowa dwóch kobiet, które nie zamierzają wpisywać się w społeczne oczekiwania dotyczące wieku, kobiecości i „stosowności”.
Już od pierwszych stron czuć, że nie mamy do czynienia z klasycznym poradnikiem ani autobiografią. To raczej spotkanie przy stole — takie, na którym padają słowa, których często boimy się wypowiedzieć nawet przed samymi sobą. Wellman i Młynarska nie moralizują, nie ustawiają się w roli mentorek. One dzielą się doświadczeniem — czasem bolesnym, czasem absurdalnym, ale zawsze prawdziwym.
Największą siłą tej książki jest jej autentyczność. Autorki mówią wprost o menopauzie, starzeniu się, zmianach w ciele i psychice — ale robią to bez patosu i bez udawania, że wszystko jest łatwe. Zamiast tego proponują coś znacznie cenniejszego: dystans, humor i zgodę na siebie. Pokazują, że można przejść przez ten etap życia nie tylko z godnością, ale też z radością i ciekawością.
Szczególnie poruszające są fragmenty dotyczące relacji — zarówno tych romantycznych, jak i przyjacielskich. Dziennikarki odważnie rozprawiają się z mitem, że „w pewnym wieku” trzeba zadowolić się tym, co jest, albo że bliskość traci swoją intensywność. Wręcz przeciwnie — według nich dopiero wtedy zaczyna mieć prawdziwą głębię, bo znika presja, a pojawia się świadomość własnych potrzeb. 
Wspaniały jest język książki. Jest żywy, błyskotliwy, pełen ironii i celnych obserwacji. Znamy obie autorki, wiemy, jaki mają styl. W ksiażce jest to skomasowane i całość wręcz eksploduje inteligencją, ironią, mądrością i cieplem. To sprawia, że Afterparty czyta się z przyjemnością — nawet wtedy, gdy porusza tematy trudne czy niewygodne. 
Ta książka nie daje gotowych odpowiedzi, ale zadaje właściwe pytania. Inspiruje, prowokuje do refleksji i — co najważniejsze — dodaje odwagi. Pokazuje, że dojrzałość nie musi oznaczać rezygnacji, a wiek nie jest ograniczeniem, tylko kontekstem.
Afterparty to lektura szczególnie ważna dla kobiet, które stoją gdzieś pomiędzy „już” a „jeszcze” — między tym, co było, a tym, co dopiero może się wydarzyć. Ale tak naprawdę to książka dla każdego, kto chce spojrzeć na życie z większą lekkością i uważnością.


Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

czwartek, 23 kwietnia 2026

Zieleniak - Anna Augustyniak



Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 6/6
Powieść Zieleniak całkowicie mnie zaskoczyła. To jedna z tych książek, które trudno ocenić w tradycyjnym sensie. Jest to lektura będąca konfrontacją z traumą, pamięcią i przemilczeniem. To utwór niezwykle bolesny, bezkompromisowy, a zarazem niezwykle potrzebny.
Zieleniak to próba odtworzenia dramatycznych wydarzeń, które rozegrały się na warszawskim targowisku podczas Powstanie Warszawskie. W ciągu kilkunastu sierpniowych dni 1944 roku miejsce to zostało zamienione przez Niemców w obóz przejściowy dla ludności cywilnej – przestrzeń chaosu, przemocy i całkowitej bezkarności sprawców. 
Oddziały SS-RONA, formalnie podporządkowane Erichowi von dem Bach-Zelewskiemu, odpowiedzialnemu za tłumienie oporu na terenach okupowanych, zapisały się w historii jako sprawcy szczególnie brutalnych zbrodni. Augustyniak nie opisuje ich jednak językiem suchego raportu. Wszystko jest pokazane poprzez doświadczenie jednostek.
Centralną postacią powieści jest Alicja – młoda służąca, która wraz z mieszkańcami kamienicy trafia na Zieleniak. Jej perspektywa staje się dla czytelnika punktem wejścia do ukazania rzeczywistości obozu. To świat skrajnego upodlenia, braku wody, głodu, wszechobecnego strachu i ciągłego zagrożenia przemocą. Nie potrafimy sobie wyobrazić, co Alicja musiała przeżywać, co czuć. 
Autorka przerażająco realistycznie oddaje atmosferę sierpniowego upału, tłoku, zagrożenia i narastającej paniki. Ludzie walczą o przetrwanie w najbardziej podstawowym sensie – o łyk wody, o miejsce do leżenia, o bezpieczeństwo najbliższych. Szczególnie przejmujące są fragmenty ukazujące desperackie próby ukrywania kobiet i dziewczynek przed żołnierzami. Wystarczy bowiem drobny gest, spojrzenie czy wyróżniający się element ubioru, by stać się ofiarą. Szok. Dla nas żyjących teraz w miarę bezpiecznej Europie, coś trudnego do wyobrażenia. 
Największą siłą Zieleniaka jest to, komu autorka oddaje głos. W przeciwieństwie do wielu narracji o Powstaniu Warszawskim, które koncentrują się na bohaterstwie żołnierzy, Augustyniak kieruje uwagę na cywilów. Jej bohaterkami są kobiety. Są to bohaterki anonimowe, pozbawione ochrony, poddane przemocy, często wymazane z oficjalnej pamięci historycznej. Zieleniak jest  przestrzenią ukazania masowych gwałtów, tortur i mordów – aktów przemocy, które bywały dokonywane z niewyobrażalnym okrucieństwem. Autorka prezentuje coś o czym z reguły nie wiemy. Mało kto wiedział do tej pory o Zieleniaku. Uważam, że przeczytanie tej książki powinno być wręcz obowiązkiem każdego myślącego człowieka. 
Pisarka nie epatuje brutalnością dla efektu. Mamy tu coś przeciwnego. Styl książki jest oszczędny, chwilami niemal dokumentalny. Dzięki temu groza wydarzeń jest jeszcze mocniejsza. Wierzcie mi, ta opowieść zapada w pamięć na bardzo długo.
Jednym z najważniejszych walorów książki jest mistrzowskie połączenie rzetelności historycznej z literacką wrażliwością. Augustyniak korzysta z licznych materiałów źródłowych, relacji świadków i wiedzy historycznej, ale nie zatrzymuje się na poziomie rekonstrukcji faktów. 
Pisarka stworzyła narrację, która pozwala czytelnikowi w pewien sposób „wejść” w doświadczenie ofiar – poczuć ich strach, bezradność i rozpacz. Niezwykłe doświadczenie. Jednocześnie unika uproszczeń i patosu, ale sprawia, że czytelnik jest przerażony przez całą lekturę. Niewyobrażalnie szokuje brutalna rzeczywistość, w której człowieczeństwo bywa wystawione na najcięższą próbę.
Zieleniak to książka trudna, ale niezwykle potrzebna. Nie oferuje ukojenia ani łatwych odpowiedzi – zamiast tego zmusza do konfrontacji z jednym z najbardziej mrocznych epizodów Powstania Warszawskiego. 
To literatura, która przywraca godność zapomnianym ofiarom i rozszerza naszą perspektywę patrzenia na historię. Dla czytelnika gotowego zmierzyć się z jej ciężarem będzie to doświadczenie głęboko poruszające.

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

 

 

 

 

środa, 22 kwietnia 2026

Trzeci kraj - Karina Sainz-Borgo

 



Wydawnictwo Noir sur Blanc, Moja ocena 5,5/6
Książka Trzeci kraj zrobiła na mnie ogromne wrażenie. To jedna z tych historii, które zostają w człowieku na długo po przeczytaniu ostatniej strony.
Czytając ją miałam wrażenie, że wchodzę w świat okrutny, bezlitosny, a jednocześnie niezwykle prawdziwy. Taki świat może się znaleźć tuż obok nas. Autorka wspaniale i poruszająco pokazuje, jak cienka jest granica między codziennością a katastrofą. Mamy tu motyw choroby, który jest symbolem utraty tożsamości, korzeni, wszystkiego, co nas definiuje, co było pewnikiem. Niesmowicie porusza historia Angustias. Jej ból po stracie dzieci jest opisany w sposób niezwykle oszczędny, ale przez to jeszcze bardziej przejmujący. Natłok słów sprawiłby, że poruszająca historia byłaby przegadana. Sainz - Borgo nie używa wielu słów. Nie ma tu także przesady ani patosu. Mamy niewiele zdań, ewidentną pustkę i ogromną samotność. I nagle, mimo samotności, zaczyna rodzić się coś nowego. 
Co istotne, ta opowieść nie bazuje tylko na tragedii. Autorka idzie o krok dalej – pokazuje, że nawet w najbardziej beznadziejnych warunkach człowiek potrafi odnaleźć sens. Mamy jeszcze jedną bardzo ciekawą postać. To Visitación Salazar. Jest ona dla mnie jednym z najjaśniejszych punktów tej lektury. To bohaterka pełna siły. Ta siłą wynika na równi z tego, jaki bagaż doświadczeń ma Salazar, ile przeżyła i jak bardzo jest zdeterminowana. Dzięki niej Trzeci kraj przestaje być tylko opowieścią o śmierci i tragedii.
Bardzo podobało mi się też, jak autorka pokazuje Mezquite, osadę przy granicy. Jest to miejsce brutalne, rządzone przez chaos i przemoc, a jednocześnie pełne ludzi, którzy mimo wszystko próbują zachować człowieczeństwo. Jest to także miejsce, w którym nasi bohaterowie próbują zacząć na nowo, rozpocząć coś mimo przeżytej tragedii. 
W trakcie lektury nasuwa się wiele pytań, np. czy po największej tragedii jest szansa na przyszłość, na coś nowego? Nie otrzymamy odpowidzi na to i wiele innych pytań. Nie o to w ksiażce chodzi. Pisarka pozostawia nas z kłębiącymi się myślami, nie ma ulgi, nie ma łatwych odpowiedzi.
Trzeci kraj to nie tylko opowieść o migracji czy stracie. To historia o wielu z nas, o byciu „pomiędzy” – między przeszłością, a przyszłością, między stratą, a nadzieją, między utratą życia, a czymś nowym. Każdy z nas, kto przeżył jakąś stratę zna ten moment zawieszenia. 
Bez wątpienia to książka trudna, momentami bolesna, ale przy tym niezwykle potrzebna i piękna w swojej szczerości. Zostawia czytelnika z refleksją, ale też z cichą nadzieją. I właśnie za to cenię ją najbardziej. Polecam.

 

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Rodzina Channingów - Ellen Wood

 


Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 5/6
Rodzina Channingów to prawdziwa uczta dla czytelnika. 
Już od pierwszych stron powieść chwyta za serce niezwykłą atmosferą. Helstonleigh to miasteczka, które zdaje się być kwintesencją tradycji, spokoju, życia według zasad i moralnego porządku. W tym uporządkowanym świecie wszystko jest jasne i klarowne, zasady sa niezmienne, a rodzina Channingów jest symbolem uczciwości i społecznego zaufania. To taki filar, na którym opiera się lokalna harmonia, taki miejscowy pewnik. Rodzina od pokoleń idealna, wyjątkowa. Każdy z mieszkańców marzy żeby wejść do tej rodziny, mieć z nimi bliski kontakt.
I właśnie dlatego moment, w którym ta nieskazitelna reputacja zaczyna się chwiać, a fasada pękać, wywołuje w mieszkańcach miasteczka prawdziwy szok i wstrząs. 
Ellen Wood ciekawie ukazuje, jak krucha potrafi być ludzka opinia i jak łatwo może zostać zniszczona przez jedno pochopne oskarżenie. To, co zaczyna się od niewinnego, chłopięcego wybryku, szybko staje się dramatem. Tragiczne wydarzenia zmieniają mieszkańców sielskiego miasteczka i wystawiają na próbę nie tylko dobre imię rodziny, ale także jej wewnętrzną siłę i jedność. Autorka z mistrzowską precyzją prowadzi narrację, stopniowo odsłania kolejne warstwy napięcia i emocji. Oj dzieje się, dzieje. Fabula jest świetnie prowadzona i wciąga od pierwszych stron. 
Największą siłą tej powieści jest jednak jej przesłanie. Channingowie nie są bohaterami wyidealizowanymi – są ludźmi z krwi i kości, którzy popełniają błędy, cierpią i walczą o prawdę. Ich droga do oczyszczenia z zarzutów staje się opowieścią o odwadze zakorzenionej w miłości, o lojalności, która nie chwieje się pod naporem plotek, oraz o wierze – zarówno religijnej, jak i tej najprostszej, w drugiego człowieka. 
Wood w sposób niezwykle ciekawy przypomina, że największe dramaty często rodzą się nie z wielkich katastrof, lecz z drobnych sekretów, niedopowiedzeń i ludzkich uprzedzeń. To co przemyślane wychodzi na jaw i to w najmniej oczekiwanym moemncie. To wszystko potrafi doprowadzić do lawiny emocji i nieodwracalnych konsekwencji. Póżniej nic już nie jest takie, jakie było wcześniej. 
Co cenne w fabue każde zdanie jest przemyślane, każda scena ma swoje znaczenie. Taki sposób pisanie sprawia, iż historia Channingów porusza i pozostaje w pamięci na długo po zakończeniu lektury. 
Rodzina Channingów to nie tylko opowieść o utraconej reputacji i walce o prawdę. To przede wszystkim piękna, pełna światła historia o tym, że nawet w obliczu niesprawiedliwości człowiek może odnaleźć siłę w tym, co najważniejsze – w miłości, lojalności i wierze.

 

piątek, 17 kwietnia 2026

Do Pana kieruję moje milczenie - Anna Arno

 



Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5,5/6

Książkę podczytywałam we fragmentach przez ostatnie 2 tygodnie. Nie jest to ksiażka prosta, zwyczajna. Jest to lektura, która wymyka się prostym klasyfikacjom. Nie jest ani klasycznym esejem historycznym, ani literacką fikcją, ani biografią. Mimo to ksiażka ta zawiera w sobie elementy wszystkich tych form. Anna Arno stworzyła dzieło głęboko refleksyjne, oparte na historii i bardzo ciekawe.
Punktem wyjścia są pytania z pozoru banalne: co by było, gdyby? Jestem pewna, że każdy z nas choć raz zadał sobie takie pytanie. Autorka idzie dalej, przywołuje konkretne postaci, jak np. Ludwig Wittgenstein, Georg Trakl, Lew Tołstoj, Adolf Hitler czy Rainer Maria Rilke – i zestawia ich losy w punktach, gdzie mogły się przeciąć, ale tego nie zrobiły. Nie chodzi jednak o banalną historię alternatywną. Arno nie konstruuje fabularnych wariantów świata, lecz bada napięcie między możliwością a rzeczywistością. Autorka zadaje przy tym findamentalne pytanie - co by było, gdyby? Np. co by było, gdyby Adolf Hitler dostał się do Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu? Sama zastanawiałam się nad tym wiele razy. Jednym z kluczowych tematów książki jest przypadek. Arno pokazuje, jak drobne zdarzenia – spóźnienie, zmiana decyzji, wyjazd – mogą zaważyć na losach jednostek, a nawet całych epok. 
Autorka nie popada jednak w uproszczenia. Nie sugeruje, że jeden moment mógł całkowicie zmienić bieg dziejów. Raczej ukazuje historię jako gęstą sieć zależności, w której jednostkowe losy splatają się z szerszym kontekstem kulturowym i społecznym. 
To pytanie jest osią całej książki. Autorka pokazuje, że historia nie składa się wyłącznie z wydarzeń, które zaszły, lecz także z tych, które mogły się wydarzyć – i które, choć niezaistniałe, pozostawiają po sobie ślad w naszej wyobraźni. Zawiłe? Tak, ale tylko z pozoru. Nie przerażajcie się. Dajcie tej ksiażce szansę. Warto.
Esej przybiera momentami formę niemal filozoficznej medytacji. Arno nie spieszy się z konkluzjami, raczej prowadzi czytelnika przez kolejne warstwy znaczeń, historii, rozważań. Jej narracja przypomina spacer – zatrzymuje się w konkretnych miejscach: Linz, Kraków, Jasna Polana. Autorka robi to w celu pokazania nam, ile drobiazgów kryje się w miejscach, które znamy które często mijamy. Będziecie zaskoczeni. Jednocześnie autorka bardzo ciekawie  prezentuje miejsca, historię, jako sieć, ciąg przypadków. 
Książka jest również sugestywnym portretem przełomu XIX i XX wieku – czasu, gdy rodziły się nowe idee, ale też nowe zagrożenia. W tle pojawiają się narodziny totalitaryzmów, kryzys wartości, rozwój nowoczesnej filozofii i sztuki. Znacie to skądś?
Postaci takie jak Ludwig Wittgenstein czy Rainer Maria Rilke symbolizują próbę znalezienia języka dla świata, który traci swoje dotychczasowe fundamenty. Arno zestawia ich z innymi bohaterami epoki. Dzieki temu otrzymujemy wielowymiarowy obraz czasu, w którym wszystko wydaje się możliwe, ale jednocześnie nic nie jest pewne. Prawie, jak teraz, tuż obok nas.
Do Pana kieruję moje milczenie to książka wymagająca, ale niezwykle satysfakcjonująca. Nie oferuje prostych odpowiedzi ani linearnej, prostej w odbiorze narracji. Zamiast tego otrzymujemy głęboką refleksję nad losem, przypadkiem i naturą historii. 
To literatura dla czytelników cierpliwych, otwartych na niejednoznaczność i gotowych na intelektualne wyzwanie. Arno udowadnia, że to, co nie wydarzyło się, może być równie znaczące jak to, co się wydarzyło – a czasem nawet bardziej. 
Ogromny plus za oryginalność, erudycję i niezwykłą zdolność uchwycenia tego, co ulotne i niewypowiedziane. Polecam. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (kl9k)  

 

środa, 15 kwietnia 2026

Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne - Katarzyna Rzehak

 


Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 6//6
Ta książka zachwyca od pierwszych stron. Napisana prostym, przystępnym językiem, a jednocześnie pełna treści, emocji i niezwykłych historii. Katarzyna Rzehak stworzyła opowieść nie tylko o jednej kobiecie, ale o całej epoce – o Polsce, która po wojnie podnosiła się z ruin i próbowała na nowo zdefiniować siebie poprzez sztukę, przedmioty codziennego użytku i… piękno.
Bohaterką książki jest Wanda Telakowska – postać absolutnie wyjątkowa, choć zapewne wielu jej nie zna. Pionierka, wizjonerka, kobieta z ogromną charyzmą i odwagą. To właśnie jej zawdzięczamy powstanie w 1950 roku Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Instytut stał się miejscem niezwykłym – kuźnią pomysłów, szkołą projektantów, przestrzenią nowoczesnego myślenia o przedmiotach, które nas otaczają. Telakowska wierzyła, że piękno nie jest luksusem dla wybranych. Powtarzała, że „piękno na co dzień dla wszystkich” powinno być dostępne każdemu – w mieszkaniu, w ubraniu, w talerzu, z którego jemy, i w krześle, na którym siedzimy. Dla polskiego powojennego designu Telakowska to po prostu najważniejsza postać, ikona, mistrzyni.
Autorka wspaniale pokazuje, jak ogromny wpływ miała Telakowska na to, jak dziś żyjemy i jak wygląda nasze otoczenie. Jeśli mówimy o „polskim stylu narodowym”, to w dużej mierze jego współczesna forma narodziła się właśnie dzięki niej. To ona stworzyła nowy zawód – projektanta wzornictwa – i nadała mu rangę ważnej społecznie misji. Uważała, że dobrze zaprojektowane przedmioty kształtują człowieka, uczą wrażliwości i budują lepsze społeczeństwo.
Książka zachwyca również tym, jak ciekawie i barwnie ukazana jest powojenna Polska. To żywy, pełen detali obraz kraju, który zmaga się z biedą, zniszczeniami i ograniczeniami systemu, a mimo to próbuje tworzyć rzeczy piękne i nowoczesne. Rzehak pokazuje, że nawet w trudnych czasach można było marzyć, projektować, eksperymentować. Instytut Wzornictwa Przemysłowego jawi się jako miejsce niemal magiczne – nowoczesne, otwarte, przyjazne kobietom, wyprzedzające swoje czasy. Poza tym to Telakowska w 1949 roku, wymyśliła Cepelię. Chyba mało kto o tym wie, a szkoda.
Ogromnym atutem jest sposób, w jaki autorka opowiada o samej Telakowskiej. To nie pomnikowa postać z podręcznika, lecz żywa, barwna kobieta z poczuciem humoru, temperamentem i ostrym językiem. Przyjaźniła się z Iwaszkiewiczem, Miłoszem, Krzywicką. Potrafiła snuć fascynujące opowieści, sypać anegdotami i żartami, czasem bardzo pikantnymi. Wokół niej narosły dziesiątki historii – prawdziwych i zmyślonych – które budują legendę „wielkiej Wandy”. Rzehak z ogromnym wyczuciem łączy fakty z anegdotą, tworząc portret kobiety silnej, odważnej i niepokornej.
To książka, która inspiruje. Pokazuje, że jedna osoba z wizją może realnie zmienić świat – nawet jeśli jest to świat filiżanek, tkanin, mebli czy zabawek. A może właśnie przede wszystkim ten świat, bo to on towarzyszy nam każdego dnia.
Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich to opowieść mądra, ciepła i niezwykle potrzebna. Uczy, że estetyka ma znaczenie. Że piękno może być demokratyczne. I że za tym, jak wygląda nasza codzienność, stoją konkretni ludzie z pasją i odwagą.
To książka, którą czyta się z przyjemnością i dumą – dumą z polskiej kultury, polskiego wzornictwa i z kobiety, która wyprzedziła swoje czasy i miała odwagę marzyć o pięknie dla wszystkich. Wspaniała bohaterka i świetna książka. Polecam. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

niedziela, 12 kwietnia 2026

Królewska Wysokość - Thomas Mann

 



Wydawnictwo MG, Moja ocena 4,5/6
Powieść Królewska wysokość to niezwykła i głęboka opowieść o dojrzewaniu, samotności oraz poszukiwaniu własnej tożsamości w świecie pełnym konwenansów i pieniądza. To książka, która zachwyca nie tylko swoją treścią, ale także formą — styl autora jest wręcz cudowny: elegancki, pełen finezji i przenikliwej obserwacji ludzkiej natury. 
Mann opowiada historię młodego księcia Klaudiusza, który dorasta na dworze niewielkiego niemieckiego księstwa. Od najmłodszych lat podporządkowany jest rygorystycznym zasadom etykiety i protokołu, co sprawia, że jego życie staje się uporządkowane, lecz pozbawione spontaniczności i bliskości. Wychowywany w atmosferze chłodnego dystansu, książę doświadcza głębokiego osamotnienia i czuje się oddzielony od zwyczajnego świata oraz ludzi żyjących poza murami pałacu. 
Prawdziwy przełom następuje w momencie, gdy na jego drodze pojawia się osoba, która wnosi do jego życia powiew autentyczności. Dzięki tej relacji nasz bohater zaczyna inaczej postrzegać zarówno innych ludzi, jak i samego siebie. Uczy się dostrzegać emocje, których wcześniej nie dopuszczał do głosu, a także kwestionować narzucone mu schematy. 
Bardzo ciekawa powieść, która w piękny sposób ukazuje wewnętrzną przemianę bohatera — od wycofanego, zdystansowanego arystokraty do człowieka bardziej świadomego swoich uczuć i potrzeb. To także refleksja nad trudną sztuką pogodzenia życia prywatnego z obowiązkami wynikającymi z pełnionej roli społecznej. Mann pokazuje, że bycie władcą nie wyklucza bycia człowiekiem, choć znalezienie równowagi między tymi dwiema sferami bywa niezwykle wymagające.
Mimo, iż od powstania książki minęło ponad 100 lat, nadal jest ona aktualna, a jej wymowa, sens aż biją w czytelnika w kontekście tego, co dzieje się teraz na świecie, co wyprawiają miliarderzy itd. Zdecydowanie warto przeczytać. 
Królewska wysokość to książka pełna uroku, melancholii i mądrości. Zachwyca nie tylko swoją fabułą, ale także głębią psychologiczną postaci oraz mistrzowskim językiem autora. To lektura, która pozostaje w pamięci na długo i skłania do refleksji nad własnym życiem, wyborami i relacjami z innymi ludźmi.

 

sobota, 11 kwietnia 2026

Beatlesi - Lars Saabye Christensen

 


Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 6/6
Beatlesi to powieść, która na pierwszy rzut oka opowiada o czterech chłopcach z Oslo. Jednak tak naprawdę jest to książka o dorastaniu, przyjaźni i o tym, jak muzyka potrafi stać się tłem i sensem całego życia. To jedna z najważniejszych książek w dorobku Larsa Saabye Christensena i zarazem jego największy międzynarodowy sukces.
Głównymi bohaterami są Gunnar, Seb, Ola i Kim. Poznajemy ich jako nastolatków w latach 60. XX wieku, gdy świat ogarnia Beatlemania. Muzyka zespołu The Beatles towarzyszy im w codziennym życiu, wyznacza kolejne etapy dorastania, pierwsze miłości, rozczarowania i bunty. Każdy nowy album Wielkiej Czwórki z Liverpoolu staje się dla nich jak znak czasu – przypomina o tym, kim byli i kim chcieliby się stać. Chłopcy chodzą do szkoły, grają w piłkę, kłócą się z rodzicami i próbują odnaleźć swoje miejsce w świecie. Z czasem dorastają. Pojawiają się alkohol, poważniejsze problemy, trudne decyzje i pierwsze bolesne straty. Lata 60. są pełne energii i nadziei. Powoli ten okres ustępuje miejsca bardziej gorzkim latom 70. Kończy się niewinność, a rzeczywistość przestaje być tak kolorowa jak kiedyś.
Największą siłą tej powieści jest pokazanie przyjaźni. Czterech bohaterów różni się charakterami, marzeniami i temperamentem, ale łączy ich silna więź. Razem śmieją się, przeżywają pierwsze miłości i wspólnie mierzą się z problemami. Autor pokazuje jednak, że przyjaźń nie jest czymś łatwym. Wymaga lojalności, wybaczania i zrozumienia. Z czasem okazuje się, że nie każdy potrafi udźwignąć ciężar dorosłości w taki sam sposób.
Muzyka The Beatles w tej książce nie jest tylko dodatkiem. Jest jak piąty bohater. Piosenki pomagają chłopcom wyrazić to, czego nie potrafią powiedzieć wprost. Dają im poczucie wspólnoty i nadziei. Kiedy świat wokół zaczyna się zmieniać i komplikować, muzyka pozostaje czymś stałym. 
Autor w piękny sposób pokazuje, że muzyka może ocalić człowieka – dać mu siłę i poczucie sensu. Ale jednocześnie przypomina, że nie zawsze wystarczy, by rozwiązać wszystkie problemy.
Książka jest napisana prostym, przystępnym językiem, ale jednocześnie pełnym emocji. Wiele w niej humoru, szczególnie w opisach młodzieńczych przygód i szkolnych sytuacji. Jednak pod tą lekkością kryje się melancholia i smutek. Christensen bardzo dobrze oddaje klimat Oslo lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Miasto jest ważnym tłem wydarzeń – zmienia się razem z bohaterami. Społeczne przemiany i napięcia wpływają na ich życie, pokazując, że dorastanie odbywa się nie tylko w sercu, ale i w konkretnym czasie historycznym.
Beatlesi to powieść uniwersalna. Choć opowiada o konkretnym miejscu i czasie, jej przesłanie jest ponadczasowe. Każdy kiedyś dorastał, każdy miał swoich przyjaciół i swoje „piosenki młodości”. To książka, która przypomina, że młodość jest piękna, ale krucha – i że nie da się jej zatrzymać. 
Nie bez powodu powieść została wybrana przez czytelników gazety „Dagbladet” najważniejszą powieścią ostatniego ćwierćwiecza. Zdobyła ogromną popularność w Skandynawii i Niemczech, została przetłumaczona na wiele języków i osiągnęła milionowe nakłady.
Beatlesi to wzruszająca, pełna humoru i nostalgii opowieść o czterech chłopcach, którzy próbują odnaleźć siebie w zmieniającym się świecie. To książka o sile przyjaźni, o dorastaniu i o muzyce, która potrafi nadać sens życiu. Czyta się ją z uśmiechem, ale i z lekkim smutkiem – bo przypomina, że czas płynie szybciej, niż byśmy chcieli.

 Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)

środa, 8 kwietnia 2026

Isola - Allegra Goodman

 


Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 5/6
Kiedy sięgnęłam po Isolę, nie spodziewałam się, że to będzie tak ciekawa lektura. To jedna z tych książek, które czyta się z zapartym tchem, a jednocześnie co chwilę zatrzymuje, żeby pomyśleć, poczuć. Dla mnie była to przede wszystkim opowieść o sile – tej cichej, rodzącej się w człowieku wtedy, gdy zostaje zupełnie sam.
Historia Marguerite od początku porywa czytelnika. Z jednej strony mamy świat bogactwa, piękna i przywilejów – zamki, winnice, życie, które wydaje się bezpieczne i przewidywalne. Z drugiej strony bardzo szybko okazuje się, jak kruche są te rzeczy, jak nic nie znaczą. Pewnego dnia nasza bohaterka traci wszystko, rodziców, dom, majątek. A to dopiero początek. To, co najgorsze dopiero przed Marguerite. Mimo tragizmu sytuacji, podobało mi się, jak autorka pokazała, że los potrafi zmienić się nagle i bez ostrzeżenia, a człowiek musi odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości.
Najbardziej poruszyła mnie jednak przemiana głównej bohaterki. Marguerite nie jest od początku „silną heroiną” – jest młodą kobietą, trochę zagubioną, zależną od innych, wychowaną w określonych realiach XVI-wiecznej Francji. Kiedy zostaje pozbawiona wszystkiego, porzucona na bezludnej wyspie, widzimy, jak krok po kroku uczy się przetrwać – nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Jej walka z naturą, samotnością i własnymi lękami była dla mnie pasjonująca.
Bardzo doceniam też sposób, w jaki książka porusza temat miłości. To nie jest cukierkowa, infantylna opowieść, nic z tych rzeczy. Uczucie, które się pojawia jest piękne, ale też tragiczne w skutkach. Pokazuje, że miłość potrafi być zarówno siłą, jak i źródłem cierpienia. Dla mnie to jeden z najbardziej przejmujących wątków tej historii.
Nie mniej ważna jest wiara – rozumiana nie tylko religijnie, ale też jako wewnętrzne przekonanie, że warto walczyć dalej. W najtrudniejszych momentach Marguerite nie poddaje się i to właśnie daje nadzieję czytelnikowi. Ta książka przypomina, że nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach można znaleźć w sobie coś, co pozwala przetrwać.
Ogromne wrażenie zrobił na mnie również klimat całej opowieści. Surowa przyroda, zimno, głód, cisza wyspy – wszystko to jest opisane tak sugestywnie, że momentami miałam wrażenie, jakbym sama tam była. Autorka świetnie buduje napięcie i emocje, nie potrzebując do tego przesadnych środków. Dodatkowo Goodman bardzo zręcznie splata fakty, które miały miejsce z fikcją literacką. W ten sposób powstałą wyjątkowa historia. Na minus zasługuje nie najlepszy moim zdaniem język, odrobinę niepasujący do tej historii. Ale to minus, który mimo wszystko nie przeszkadza w odbiorze i fascynacji historią. 
Isola to dla mnie książka o buncie – przeciwko narzuconym rolom, przeciwko niesprawiedliwości, ale też przeciwko własnym ograniczeniom. To historia, która pokazuje, że nawet jeśli świat próbuje nas złamać, zawsze mamy wybór, jak na to zareagujemy.
Rozumiem, dlaczego ta powieść została tak doceniona na świecie. Jest ponadczasowa, poruszająca i bardzo ludzka. Po jej przeczytaniu zostałam z wieloma przemyśleniami i poczuciem, że była to naprawdę wartościowa lektura.
Poleciłabym Isolę każdemu, kto lubi historie o silnych emocjach, przemianie i walce o przetrwanie – ale przede wszystkim tym, którzy szukają książki, która zostaje w głowie i sercu na dłużej.

 

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Kolory tęsknoty - Natalia Thiel

 


Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 4,5/6
Kolory tęsknoty to spokojna opowieść o emocjach, które nie zawsze znajdują ujście w słowach. To książka, która nie próbuje szokować ani przyspieszać wydarzeń, ale konsekwentnie prowadzi czytelnika przez życie bohaterów, pokazując, jak bardzo potrafi ono odbiegać od wcześniejszych wyobrażeń i jak podobne jest do naszego. 
Fabuła koncentruje się na dalszych losach Wiktorii i Luizy. Autorka dobrze pokazuje, jak trudne emocje – zazdrość, żal i niespełniona miłość – potrafią zniszczyć nawet silną więź. Nie ma tu jednak przesady – wszystko rozwija się naturalnie, bez sztucznego dramatyzowania. 
Ważnym elementem książki jest także postać Franciszka. Jego wewnętrzny konflikt między uczuciem a obowiązkiem został przedstawiony w sposób wiarygodny i stonowany. To bohater, który nie podejmuje łatwych decyzji, a jego wybory mają konsekwencje nie tylko dla niego, ale i dla obu kobiet. Dzięki temu historia nie jest czarno-biała – każdy z bohaterów ma swoje racje i ograniczenia.
Tytułowe „kolory tęsknoty” można rozumieć jako szeroką gamę uczuć, które towarzyszą bohaterom na każdym etapie ich życia. To nie tylko smutek po stracie bliskiej osoby, ale też żal za niewykorzystanymi szansami, poczucie niespełnienia i potrzeba życia w zgodzie ze sobą. W książce wyraźnie widać dążenie do szczerości, bliskości i prawdziwego uczucia – nawet jeśli relacje, w których znajdują się bohaterowie, często okazują się jedynie namiastką tej jednej, utraconej miłości.
To historia, która potrafi wciągnąć i zatrzymać uwagę, jednocześnie zmuszając do przejrzenia się w lustrze. Emocje, przeżycia bohaterów są bardzo podobne do tych, jakie my przeżywamy. Wiele czytelniczek utożsami się z bohaterkami i tym, co one przeżywają. Na uwagę zasługują też realia XIX wieku, które zostały oddane z wyczuciem i dbałością o szczegóły. Kolory tęsknoty to powieść dla osób, które cenią historie o relacjach i wewnętrznych przeżyciach. Nie oferuje zaskakujących zwrotów akcji, ale w zamian daje coś innego – obraz życia, w którym nie wszystko układa się zgodnie z planem. To lektura, która może skłonić do zastanowienia się nad własnymi wyborami i nad tym, jak często milczymy tam, gdzie warto byłoby powiedzieć prawdę.

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

niedziela, 5 kwietnia 2026

Dziwna pogoda w Tokio - Hiromi Kawakami

 


Wydawnictwo Znak Literanova, Moja ocena 5,5/6
Książka Hiromi Kawakami to powieść, która szczególnie mocno trafi do osób zafascynowanych Japonią i jej literaturą. Taką osobą jestem ja, od lat pasjonatka wszystkiego, co japońskie i z Japonią związane. Jeśli ty czujesz, że japoński sposób opowiadania – spokojny, uważny, skupiony na tym, co niewypowiedziane – ma w sobie coś wyjątkowo bliskiego, jest to lektura dla ciebie Historia, którą opowiada Kawakami potrafi wciągnąć nie przez akcję, ale przez atmosferę i emocje, które rozchodzą się powoli, jak fale. 
Japonia z tej opowieści, to nie kraj znany z pocztówek ani dynamicznych obrazów wielkiego miasta. Tokio u Kawakami jest ciche, intymne, spokojne, pełne samotności w tłumie. To przestrzeń małych barów z sake, spokojnych spacerów i mieszkań, w których wieczory płyną bez pośpiechu. Właśnie w tej zwyczajności kryje się coś niezwykłego. Autorka bardzo subtelnie oddaje ducha japońskiej estetyki, bliskiej ideom przemijania i piękna ukrytego w prostocie. Dzięki temu łatwo poczuć, że obcuje się z czymś autentycznym, a nie wykreowanym pod oczekiwania czytelnika. 
W centrum tej historii znajduje się relacja Tsukiko i Senseia, która rozwija się powoli, niemal niezauważalnie. Ich znajomość zaczyna się od przypadkowego spotkania i przez długi czas opiera się na drobnych rytuałach – wspólnym jedzeniu, rozmowach, a czasem po prostu milczeniu. To właśnie to milczenie jest tu niezwykle znaczące, bo nie jest puste, tylko pełne napięcia, niepewności i delikatnej bliskości. Kawakami pokazuje, że uczucie nie musi być głośne ani oczywiste, że może być nieporadne, trochę niezręczne i rozwijać się w swoim własnym tempie. Taka forma budowania relacji może przypominać twórczość Harukiego Murakamiego, choć tutaj wszystko jest bardziej przyziemne i oszczędne. 
Dużą rolę odgrywa w tej książce samotność, ale nie jest ona przedstawiona jako coś dramatycznego. To raczej stan, do którego można się przyzwyczaić, który staje się częścią codzienności. Samotność na codzień jest bardzo charakterystyczna dla Japonii i Japończyków.  Tsukiko żyje spokojnie, bez większych oczekiwań wobec świata, a spotkanie z Senseiem nie wywraca jej życia do góry nogami, tylko delikatnie je porusza. To bardzo charakterystyczne dla japońskiej literatury podejście – zmiana nie musi być gwałtowna, może przyjść cicho i prawie niezauważalnie. Za takie drobiazgi kocham japońską literaturę.
Ciekawym elementem powieści jest sposób, w jaki autorka wykorzystuje jedzenie. Wspólne posiłki nie są tylko tłem wydarzeń, ale stają się sposobem ukazania emocji. To przy jedzeniu bohaterowie zbliżają się do siebie, uczą się swojej obecności, oswajają swoją nieśmiałość. Styl Kawakami jest bardzo prosty, ale jednocześnie wymagający. Nie dlatego, że jest trudny językowo, lecz dlatego, że wymaga uważności. Wiele rzeczy pozostaje niedopowiedzianych, ukrytych między zdaniami. Czytelnik musi sam wyczuć emocje, domyślić się znaczeń, zatrzymać się na chwilę. To książka, którą najlepiej czytać powoli. 
Jeśli fascynuje Cię Japonia i jej kultura, styl życia Japończyków, to jak i co odczuwają, ta powieść działa jeszcze mocniej, bo nie epatuje egzotyką, tylko pokazuje codzienność w sposób bardzo naturalny. Dzięki temu ta fascynacja nie jest karmiona obrazkami, ale pogłębia się poprzez doświadczenie – spokojne, refleksyjne i bardzo osobiste. 
Dziwna pogoda w Tokio zostaje w czytelniku na długo, bo dotyka rzeczy prostych, ale ważnych. Pokazuje, że bliskość może rodzić się z drobiazgów, że samotność nie zawsze musi być czymś złym i że najważniejsze momenty często przychodzą wtedy, gdy się ich nie planuje. To jedna z tych książek, po których ma się ochotę zwolnić, spojrzeć uważniej na codzienność i docenić to, co ciche i pozornie nieistotne. Polecam. Poruszająca, arcyciekawa historia. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

sobota, 4 kwietnia 2026

Wszystko, co wiem o miłości - Dolly Alderton

 


Wydawnictwo Poznańskie, Moja ocena 4,5/6

Kiedy sięgnęłam po Wszystko, co wiem o miłości nie spodziewałam się, że ta książka aż tak mnie wciągnie. Myślałam, że będzie to lekka, może trochę zabawna opowieść o randkach i życiu uczuciowym. I rzeczywiście, jest w niej dużo humoru, trochę infantylnego, ale jednocześnie ta lektura okazała się czymś znacznie głębszym. 
Największe wrażenie zrobiła na mnie szczerość autorki. To jedna z tych książek, w których czuje się, że ktoś naprawdę mówi prawdę – nawet jeśli nie zawsze jest ona wygodna. Czytając, miałam wrażenie, jakbym słuchała bardzo bliskiej osoby, która opowiada o swoich błędach, rozczarowaniach i nadziejach. Dzięki temu łatwo było mi się w tej historii odnaleźć i momentami naprawdę się z nią utożsamić. 
Ogromnie podobało mi się to, jak Dolly Alderton pisze o miłości – nie tylko tej romantycznej, ale też o przyjaźni. Właśnie ten drugi aspekt poruszył mnie najmocniej. Pokazanie, jak ważne są relacje z ludźmi, którzy są przy nas na co dzień, było dla mnie niezwykle ciepłe i prawdziwe. To książka, która przypomina, że miłość ma wiele form i że często to właśnie przyjaźń jest tym najtrwalszym fundamentem. 
Bardzo doceniłam też lekkość stylu. Książkę czyta się szybko, momentami z uśmiechem, a innym razem z nagłym wzruszeniem. Są tu sceny zabawne, niezręczne, czasem wręcz absurdalne i kilka jest mocno infantylnych, ale obok nich pojawiają się cenne refleksje. To połączenie sprawia, że trudno się oderwać od tej lektury. 
Czytając, często miałam poczucie, że ta książka „rozumie” pewne doświadczenia – szczególnie te związane z dorastaniem, relacjami i szukaniem swojego miejsca. To nie jest poradnik ani zbiór gotowych odpowiedzi, ale raczej zapis drogi, pełnej potknięć i prób. I właśnie to czyni ją tak wartościową. 
Po skończeniu zostało mi bardzo ciepłe uczucie. To jedna z tych książek, które nie tylko się czyta, ale też trochę przeżywa. Daje poczucie bliskości, zrozumienia i tego, że nie trzeba mieć wszystkiego poukładanego, żeby iść dalej. 
Dla mnie to była naprawdę ciekawa lektura – szczera, mądra i jednocześnie bardzo przyjemna. Zdecydowanie to jedna z tych książek, do których chce się wracać, choćby po to, żeby przypomnieć sobie, co w relacjach jest naprawdę ważne.

 Zapraszam na mój profil na Instagramie (klik)

środa, 1 kwietnia 2026

Kto sieje wiatr - Donna Leon



Wydawnictwo Noir sur Blanc, Moja ocena 6/6
Kto sieje wiatr to już 32. tom bestsellerowej serii kryminałów z komisarzem Guido Brunetti, osadzonej w niezwykłej scenerii Wenecja. Od wielu lat jestem zagorzałą fanką tej serii i przeczytałam wszystkie tomy, dlatego na najnowszą część czekałam z ogromną ciekawością i pewnym napięciem. 
Ta książka – jak zresztą niemal każdy tom cyklu – jest ona czymś więcej niż tylko opowieścią o zbrodni. To jednocześnie przenikliwa powieść społeczna, studium psychologiczne, subtelna opowieść obyczajowa, a momentami wręcz moralitet. Donna Leon po raz kolejny udowadnia, że wątek kryminalny jest dla niej jedynie punktem wyjścia – pretekstem do pokazania świata w całej jego złożoności: niesprawiedliwości, hipokryzji, moralnych dylematów i cichych dramatów zwykłych ludzi. 
Jeśli ktoś sięga po tę książkę w oczekiwaniu dynamicznej akcji, pościgów czy spektakularnych zwrotów fabularnych, może poczuć się zaskoczony. Tutaj zbrodnia jest cicha, niemal niezauważalna, a napięcie budowane jest nie przez wydarzenia, lecz przez refleksję i stopniowe odkrywanie prawdy. Nie znajdziemy tu efektownych scen akcji ani sensacyjnej dramaturgii typowej dla współczesnych thrillerów. Zamiast tego otrzymujemy powolne, uważne przyglądanie się rzeczywistości – i właśnie w tym tkwi największa siła tej powieści. Zbrodnia w tej serii ma niezwykle silną, wręcz krzyczącą wymowę, mimo że przedstawiona jest w sposób stonowany i pozbawiony sensacyjnej otoczki. 
Ale wracajmy do Kto sieje wiatr...Fabuła rozpoczyna się na początku listopada w czarującej Wenecji. Komisarz Brunetti, po kilku spokojniejszych miesiącach, ponownie zostaje wciągnięty w śledztwo – tym razem dotyczące śmierci niezarejestrowanego imigranta ze Sri Lanki. Mężczyzna znalazł schronienie u zamożnej weneckiej rodziny, co samo w sobie budzi szereg pytań. W jego mieszkaniu Brunetti odkrywa intrygującą mieszankę: włoskie kryminały, książki o buddyzmie oraz materiały dotyczące terroryzmu z czasów tzw. „lat ołowiu”. Już ten zestaw wskazówek sugeruje, że sprawa nie będzie oczywista. Szybko okazuje się, ze tak naprawdę nic nie jest jasne, proste i łatwe do rozszyrowania. 
Ważną rolę w śledztwie odgrywają również takie elementy jak Palazzo Zaffo dei Leoni, zaniedbany ogród, sympatyczna suka Sara oraz nierozwiązana zagadka sprzed lat. Każdy z tych szczegółów ma znaczenie – choć nie od razu wiadomo, co jest fałszywym tropem, a co kluczową wskazówką. Leon mistrzowsko prowadzi czytelnika przez labirynt pozornie nieistotnych detali, które z czasem układają się w spójną całość. 
Jednak to nie sama intryga kryminalna robi największe wrażenie. Najciekawszym aspektem powieści jest jej wymiar refleksyjny. Rutynowe dochodzenie szybko przeradza się dla Brunettiego w podróż w przeszłość. Komisarz wraca myślami do swojej młodości – czasu pełnego ideałów, wiary w możliwość zmiany świata i moralnej jednoznaczności. Konfrontacja tych wspomnień z teraźniejszością, pełną kompromisów i szarości, nadaje książce głęboko osobisty wymiar, jeszcze większy niż wcze sniejsze tomy. 
Nasz ulubiony wenecki policjant w tym tomie wydaje się jeszcze bardziej wyciszony, refleksyjny, momentami wręcz melancholijny. Jego rozważania dotyczą nie tylko sprawy, którą prowadzi, ale także sensu sprawiedliwości, odpowiedzialności i granic ludzkiej empatii. To sprawia, że powieść staje się czymś więcej niż kryminałem – staje się opowieścią o dojrzewaniu, przemijaniu i utracie złudzeń. 
Osobnym bohaterem jest Wenecja. Jak zawsze u Leon nie jest ona jedynie tłem wydarzeń. Miasto na wyspach żyje własnym rytmem. Jest ono piękne, ale jednocześnie naznaczone problemami społecznymi, zaniedbaniami i kontrastami. Autorka z niezwykłą wrażliwością pokazuje jego mniej oczywiste oblicze, dalekie od turystycznych pocztówek.
Nie sposób mówić o tej powieści – ani o całej serii – bez zatrzymania się na chwilę przy życiu prywatnym Guido Brunetti. To właśnie ono stanowi jeden z najważniejszych i najbardziej wyjątkowych elementów twórczości Donna Leon. 
Rodzina Brunettiego od lat jest dla czytelników czymś znacznie więcej niż tylko tłem dla policyjnych spraw. Jego żona Paola, inteligentna, przenikliwa i bezkompromisowa w swoich poglądach, niejednokrotnie pełni rolę moralnego kompasu – zarówno dla niego, jak i dla czytelnika. Ich rozmowy, często prowadzone przy wspólnych posiłkach, należą do najbardziej wyczekiwanych fragmentów książki. To właśnie wtedy pojawiają się refleksje na temat sprawiedliwości, polityki, historii czy ludzkiej natury. 
Równie ważne są ich dzieci – dorastające, zmieniające się, ale wciąż obecne w życiu Brunettiego w sposób naturalny i nienachalny. Relacje rodzinne przedstawione są z niezwykłą czułością i autentycznością. Nie ma tu patosu ani przesadnej idealizacji – jest codzienność, drobne napięcia, troska i bliskość. 
W Kto sieje wiatr te domowe sceny ponownie stanowią przeciwwagę dla trudnych tematów poruszanych w śledztwie. W świecie pełnym niejednoznaczności i moralnych szarości, dom Brunettiego pozostaje przestrzenią względnego spokoju, refleksji i uporządkowania.
Ogromną siłą tej części – podobnie jak całej serii – jest także obecność dobrze znanych, powracających bohaterów, którzy dla stałych czytelników są niczym rodzina. Claudia Griffoni, Lorenzo Vianello czy niezastąpiona Signorina Elettra wnoszą do fabuły nie tylko profesjonalizm, ale też charakterystyczny humor, lojalność i indywidualny rys osobowości. Od lat pozostaje ona jedną z najbardziej lubianych przeze mnie postaci cyklu. Jej inteligencja, spryt i nieoczywiste metody działania stanowią często klucz do rozwiązania sprawy. Z kolei Vianello, wierny współpracownik Brunettiego, wnosi do historii spokój i pragmatyzm, a Griffoni – świeżość spojrzenia i empatię. 
Dla czytelników, którzy od lat śledzą losy tej serii, spotkanie z tymi bohaterami ma niemal intymny charakter. To trochę jak powrót do dobrze znanego miejsca i ludzi, których się zna, rozumie i lubi. Ich obecność buduje poczucie ciągłości i sprawia, że każda kolejna książka nie jest tylko nową historią kryminalną, ale kolejnym rozdziałem większej, wieloletniej opowieści.
Właśnie dlatego Kto sieje wiatr działa tak silnie – nie tylko jako samodzielna powieść, ale jako część świata, do którego chce się wracać. Świata, w którym zbrodnia jest ważna, ale jeszcze ważniejsi są ludzie – ich relacje, wybory i codzienne życie. Częścią tego świata jest jeszcze jeden charakterystyczny element - „książka kucharska”. Opisy weneckiej kuchni, kolacji i prostych domowych potraw, wizyt w barach, mają w sobie coś kojącego i sprawiającego, iż ma się ochotę spakować walizki i ruszyć do weneckich zaułków, sklepików i knajpek. Dzięki nim czytelnik na chwilę odpoczywa od ciężaru sprawy. 
Podsumowując – Kto sieje wiatr to powieść subtelna, refleksyjna i głęboko humanistyczna. Nie epatuje akcją, lecz zmusza do myślenia. To książka dla tych, którzy w kryminale szukają czegoś więcej niż zagadki do rozwiązania – dla czytelników ceniących atmosferę, psychologię postaci i społeczną wnikliwość. 
Jako wieloletnia czytelniczka serii mogę powiedzieć jedno: Donna Leon wciąż trzyma wysoki poziom i nadal potrafi zaskakiwać – nie zwrotami akcji, lecz głębią spojrzenia na świat. Polecam.

 Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)

poniedziałek, 30 marca 2026

Korespondentka - Virginia Evans

 


Wydawnictwo Filia, Seria: Literacka, Moja ocena 5/6
Kiedy zaczęłam czytać Korespondentkę miałam wrażenie, że trafiam na historię bardzo spokojną, może nawet zbyt zwyczajną. Listy, codzienność, kobieta, która porządkuje świat słowami. Nic spektakularnego. A jednak z każdą kolejną stroną czułam, że ta książka robi ze mną coś zaskakującego. 
Najbardziej uderzyło mnie to, jak bardzo intymna jest ta opowieść. Forma listów sprawia, że nie czyta się jej jak klasycznej powieści, tylko raczej jak czyjeś życie rozłożone na kawałki, bardzo osobiste i momentami aż niewygodne. Miałam poczucie, jakbym podglądała cudze myśli, takie, których normalnie się nie wypowiada. I w tym wszystkim było coś niezwykle prawdziwego, bo przecież każdy z nas ma w sobie rzeczy, których nie mówi na głos, tylko zapisuje gdzieś w środku. 
Sybil jako bohaterka nie jest kimś, kogo można łatwo zaszufladkować. Z jednej strony wydaje się poukładana, dojrzała, funkcjonująca w świecie wg. zasad i oczekiwań innych. Z drugiej strony widać w niej ogrom emocji, które przez lata były odkładane, zamiatane pod dywan, odkładane na „kiedyś”. I to „kiedyś” w końcu nadchodzi. To, co mnie poruszyło najmocniej, to właśnie moment konfrontacji z przeszłością. Ta konforntacja jest powolna, czasem bolesna, jest to też dochodzenie do prawdy. To zarys. A jak jest dokłądnie? I co z tego wynika? Tego nie zdradzę. Zachęcam was za to do sięgnięcia po tę bardzo ciekawą książkę. 
W trakcie lektury kilka razy łapałam się na tym, że przestaję skupiać się na fabule, a zaczynam myśleć o sobie. O relacjach, które nie zostały domknięte. O słowach, które nigdy nie padły. O tym, jak długo potrafimy unikać rzeczy trudnych, nawet jeśli wiemy, że prędzej czy później i tak do nas wrócą. Ta historia nie daje prostych odpowiedzi, ale bardzo delikatnie zmusza czytelników do zadawania pytań. 
Język tej opowieści jest prosty, ale nie banalny. Nie ma tu przesady ani patosu, a jednak emocje są bardzo wyraźne. Wzruszenie przychodzi niespodziewanie, czasem jedno zdanie potrafi zatrzymać na dłużej. 
Jednocześnie rozumiem, że nie każdemu to się spodoba. Tempo jest spokojne, momentami wręcz bardzo powolne. Niewiele się „dzieje” w klasycznym sensie. Jeśli ktoś szuka akcji, napięcia, zwrotów fabularnych, może poczuć znużenie. Dla mnie jednak to spowolnienie było wartością, bo pozwalało naprawdę wejść w emocje bohaterki. 
To nie jest historia, która mnie rozbiła czy przytłoczyła, ale raczej taka, która dotknęła czegoś ważnego. Pomyślałam o tym, jak trudno jest wybaczać, zwłaszcza sobie. I jak długo potrafimy odkładać moment, w którym w końcu spojrzymy prawdzie w oczy. Korespondentka to książka, która trafia dokładnie tam, gdzie powinna, ale robi to bez hałasu. Nie narzuca się, nie próbuje być wielka na siłę. Jest cicha, uważna i bardzo ludzka. I może właśnie dlatego zostaje na dłużej.

 

 

sobota, 28 marca 2026

Księga z San Michele - Axel Munthe

 


Wydawnictwo MG, Moja ocena 5/6
Księga z San Michele to książka, która zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Czytając ją, miałam poczucie, że nie obcuję tylko z historią życia jednego człowieka, ale z czymś znacznie głębszym — z opowieścią o wrażliwości, empatii i potrzebie pomagania innym. To porywająca autobiograficzna opowieść szwedzkiego lekarza Axela Munthego. Opisuje ona życie, marzenia, pracę autora, jego podejście do bliżnich, walkę z epidemią w Neapolu i budowę wymarzonego domu na Capri. 

Najbardziej poruszyło mnie to, jak nasz bohater podchodził do ludzi. Widać wyraźnie, że najbardziej kochał tych biednych, chorych i opuszczonych, którym często nikt inny nie chciał pomóc. Leczył ich za darmo, nie z obowiązku, ale z wewnętrznej potrzeby serca. Opisy jego pracy wśród chorych na różne epidemie, jak cholera czy tyfus, pokazują ogromne poświęcenie i odwagę. Czytając te fragmenty, czułem podziw, ale też pewien smutek, bo uświadamiają, jak wiele cierpienia było wokół niego. To był po prosty dobry człowiek, a tacy zawsze niestety byli w mniejszości. 
Autor pokazuje też swoje życie wśród bogatych pacjentów, których nie darzył taką samą sympatią, ale musiał ich przyjmować, bo taka była rzeczywistość. Ten kontrast między światem biednych i bogatych jest bardzo wyraźny i sprawia, że książka wydaje się prawdziwa i szczera, bez upiększania czegokolwiek. 
Bardzo ważnym elementem tej książki jest również miłość do zwierząt. Autor pisze o nich z ogromną czułością i szacunkiem, co bardzo mnie poruszyło. Widać, że traktował je jak równych sobie, co dodaje całej opowieści jeszcze więcej ciepła i pokazuje jego wyjątkową osobowość. 
Duże znaczenie ma motyw spełnienia marzenia o własnym miejscu na ziemi. Willa w San Michele staje się symbolem spokoju, odpoczynku i nagrody za całe życie pełne pracy i poświęceń. Czytając o tym, miałem wrażenie, że to nie tylko opis miejsca, ale też pewnego stanu ducha — odnalezienia swojego „raju”. 
Jest to naprawdę ciepła, mądra, ciekawa opowieść z dużą dozą humor, który dobrze równoważy bardziej smutne i refleksyjne fragmenty. Dzięki temu książkę czyta się lekko, mimo że porusza poważne tematy. 
Podsumowując, Księga z San Michele to dla mnie wyjątkowa opowieść, pełna ciepła, refleksji i prawdziwego człowieczeństwa. Pokazuje, że warto pomagać innym i że wrażliwość nie jest słabością, tylko ogromną siłą. To nie jest historia pełna akcji, ale spokojna, mądra opowieść o życiu, która naprawdę daje do myślenia. Polecam te zapiski mądrego, dobrego lekarza z drugiej połowy XIX i początku XX wieku, to lektura, którą każdy powinien przeczytać. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

piątek, 27 marca 2026

Floren - Magdalena Parys

 


Wydawnictwo Agora, Moja ocena 6/6
Kiedy sięgałam po powieść Floren, spodziewałam się przede wszystkim dobrego thrillera politycznego. Wiedziałem, że to finał Berlińskiej trylogii, więc liczyłam na sprawną fabułę i ciekawą intrygę. Mimo to nie spodziewałam się , że książka zrobi na mnie aż tak duże wrażenie – nie tylko jako historia sensacyjna, ale też jako opowieść, która w niepokojący sposób przypomina rzeczywistość. Spodziewałam się czegoś wyjątkowego, bo twórczość Magdaleny Parys znam i podziwiam. Jednak nie spodziewałam się aż takiej eksplozji uczuć, przemyśleń i nie ukrywam - strachu. Floren jest przerażająco realny. 
Jest to political fiction, które czyta się jak thriller, ale jednocześnie jak przenikliwy komentarz do współczesnej polityki i kondycji Europy. Książka jest finałem berlińskiej trylogii autorki, a zarazem jedną z tych historii, które zostają w głowie jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony. To powieść gęsta od emocji, napięcia i pytań o przyszłość demokracji.
Historia rozpoczyna się w momencie przełomowym dla Niemiec i – w pewnym sensie – dla całej Europy. Popularna kanclerz Niemiec postanawia przejść na emeryturę. Naturalnym następcą wydaje się jej polityczny protegowany – człowiek młody, ambitny i cieszący się dużym poparciem społecznym.
Sytuacja komplikuje się, gdy na jaw zaczynają wychodzić informacje o niepokojącej przeszłości jego rodziny. Z pozoru prywatne fakty zaczynają mieć poważne konsekwencje polityczne. Wkrótce okazuje się, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, niż ktokolwiek przypuszczał. A to dopiero początek. 
Podczas czytania miałam wrażenie, że autorka prowadzi czytelnika przez prawdziwy labirynt informacji, plotek i manipulacji. W świecie przedstawionym w książce niemal każdy fakt może być podważony, a prawda często ginie w natłoku fake newsów. Bohaterowie – dziennikarka Dagmara Bosch, były szef berlińskiej policji Tschapieski oraz komisarz Kowalski – próbują odnaleźć się w tym chaosie i oddzielić prawdę od dezinformacji. Czytając, miałam momentami poczucie, że to nie jest już tylko fikcja literacka. Opisywany świat jest bardzo podobny do naszego – świata, w którym informacja może zostać użyta jako narzędzie walki politycznej, a granica między faktami a manipulacją staje się coraz bardziej rozmyta. Nie ukrywam, Floren mnie przeraził, podobnie jak przeraża mnie, to co dzieje się wokół nas teraz. Może jestem starej daty, ale to co dzieje się teraz jest dla mnie szokujące. 
Ale wracajmy do Florena
Bardzo ciekawy jest wątek historyczny. Autorka wplata w fabułę wydarzenia z czasów tuż przed II wojną światową, związane z poszukiwaniami prowadzonymi przez nazistów na Półwyspie Arabskim. Początkowo wydaje się to odległe od współczesnej historii, ale z czasem okazuje się, że przeszłość i teraźniejszość są ze sobą zaskakująco mocno powiązane. 
Dzięki temu książka nabiera dodatkowej głębi. Pokazuje, że historia nigdy nie znika całkowicie – jej echo może powracać po latach w nowych kontekstach i nowych konfliktach.
Podobał mi się również sposób, w jaki pisarka prowadzi narrację. Fabuła jest bardzo dynamiczna. Akcja przenosi się między krajami, bohaterowie odkrywają kolejne tropy, a napięcie rośnie z każdym rozdziałem. To jedna z tych książek, które czyta się szybko, bo cały czas chce się wiedzieć, co wydarzy się dalej. Floren przeraża, intryguje i sprawia, iż mimo pewnego lęku trudno oderwać się od lektury.
Jednocześnie nie jest to tylko powieść sensacyjna. W trakcie lektury pojawia się sporo refleksji o kondycji współczesnej Europy. Autorka pokazuje kontynent pełen napięć, sporów i rosnących wpływów skrajnych środowisk politycznych. To wizja trochę niepokojąca, ale niestety bardzo wiarygodna.
Floren to książka, która pozostawia czytelnika z wieloma pytaniami. Nie jest to tylko thriller czy powieść sensacyjna. To przede wszystkim refleksja nad tym, w jakim kierunku zmierza współczesna Europa. 
Najsilniejsze wrażenie robi świadomość, że przedstawiona historia – choć fikcyjna – wydaje się niezwykle realna. Autorka pokazuje, jak łatwo system demokratyczny może zostać zachwiany przez manipulację informacją, ukryte interesy i historyczne demony powracające w nowych formach.
Floren to powieść ambitna, wielowątkowa i bardzo aktualna. Łączy w sobie elementy thrillera, political fiction i powieści historycznej. 
Magdalena Parys stworzyła historię, która jednocześnie wciąga jak sensacja i zmusza do poważnej refleksji nad przyszłością Europy. To książka dla czytelników, którzy lubią dynamiczną fabułę, ale też cenią literaturę podejmującą ważne, współczesne tematy. 
To jedna z tych powieści, które pokazują, że literatura może być nie tylko rozrywką, lecz także ostrzeżeniem i protestem. Gorąco zachęcam do lektury i przemyśleń.

 Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)

środa, 25 marca 2026

Ciała niebieskie. Powieść o Annie Schilling i Mikołaju Koperniku - Maja Wolny

 


Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 5/6
Ciała niebieskie to powieść historyczna, która przenosi czytelnika do Gdańska w 1529 roku. Autorka, Maja Wolny, sięga po bardzo ciekawy i rzadko poruszany temat – pokazuje postać Mikołaja Kopernika nie tylko jako wielkiego uczonego, ale przede wszystkim jako człowieka zdolnego do głębokich uczuć. Jednocześnie w centrum opowieści stawia kobietę – Annę Schilling – i jej wewnętrzny świat. Sam fakt, iż w centrum powieści z okresu renesansu jest kobieta, sprawia że warto sięgnąć po Ciała niebieskie. Brawo dla autorki. 
Wracamy do naszych bohaterów. Anna żyje w dostatnim domu, ale jej małżeństwo jest pozbawione miłości. Mąż traktuje ją okrutnie, a ona sama czuje się samotna i nieszczęśliwa. Choć ma dopiero trzydzieści kilka lat, doświadczenia, które nosi w sobie, sprawiają, że wydaje się znacznie starsza. Jej jedynym oparciem jest Johana – rudowłosa, niezależna kobieta, która szuka odpowiedzi nie w naukach Kościoła, lecz w kartach tarota i w naturze. To postać barwna, odważna, ale też narażona na niechęć i plotki. W świecie pełnym zabobonów i surowych zasad wystarczy bowiem niewiele, by zostać uznaną za zagrożenie. 
Przełom w życiu Anny następuje, gdy poznaje Mikołaja Kopernika. Ich relacja rodzi się niespodziewanie, ale szybko nabiera intensywności. To uczucie staje się dla obojga szansą na prawdę – zarówno w miłości, jak i w myśleniu o świecie. Autorka pokazuje, że poznanie naukowe i miłość mogą być aktami odwagi. W renesansowym świecie, który z jednej strony zachwyca barwami i zmysłowością, sztuką, a z drugiej jest bezwzględny wobec tych, którzy przekraczają granice, każda próba życia „po swojemu” wymaga ogromnej siły. 
Ogromnym atutem książki jest właśnie temat. Połączenie historii kobiety uwięzionej w konwenansach z postacią Kopernika sprawia, że powieść czyta się z wielkim zainteresowaniem. To nie jest sucha opowieść o wielkim astronomie, lecz historia ludzi z krwi i kości – z ich lękami, pragnieniami i słabościami. Bardzo ciekawie pokazany jest też klimat epoki: napięcie między nauką a religią, między wolnością a społeczną kontrolą, między rozumem a zabobonem. 
Jeśli chodzi o język, można odnieść wrażenie, że w kilku momentach bywa on trochę naiwny. Niektóre dialogi wydają się zbyt proste, a emocje opisane w sposób dość bezpośredni. Brakuje czasem subtelności i głębi, które mogłyby nadać tej historii jeszcze większą siłę. Jednak to absolutnie nie wpływa na odbiór książki i na fakt, iż to naprawde dobra, dopracowana powieść z bardzo ciekawymi bohaterami i świetnie nakreślonym okresem renesansu. 
Ciała niebieskie to powieść, po którą zdecydowanie warto sięgnąć. To historia o kobiecej sile, o odwadze myślenia inaczej i o miłości, która może zmienić życie. To także przypomnienie, że świat zmieniają ci, którzy nie boją się patrzeć dalej – w niebo, w głąb siebie i poza granice narzucone przez innych. To bardzo ciekawy temat i ważna opowieść, która zostaje w pamięci na długo po zakończeniu lektury. Polecam.

Zapraszam na mój profil na Instagramie (klik)  

 

poniedziałek, 23 marca 2026

Karawele - António Lobo Antunes

 


Wydawnictwo Noir sur Blanc, Moja ocena 6//6
Kiedy sięgnęłam po Karawele, nie spodziewałam się, że ta książka aż tak mnie poruszy, nawet zszokuje. Znam styl pisarski Antunesa, czytałam wszystkie jego książki, ale mimo to Karawele mnie zaskoczyły. Już od pierwszych stron poczułam, że wchodzę w świat trudny, gęsty, momentami chaotyczny – ale jednocześnie niezwykle prawdziwy. To nie jest powieść, którą się „czyta dla przyjemności”. To raczej doświadczenie, które się przeżywa i które zostaje gdzieś głęboko w środku. 
António Lobo Antunes to jeden z najważniejszych współczesnych pisarzy portugalskich. Jego twórczość od lat angażuje się w analizę historii i psychologii społeczeństwa Portugalii. Ma to miejsce głównie w kontekście burzliwej XX-wiecznej historii tego kraju. Autor stworzył dzieła, które są refleksją nad przeszłością, ale także próbą zrozumienia mechanizmów władzy, przemocy i traumy. W jego książkach często przewijają się wątki dotyczące dyktatury, wojen, a także konsekwencji tych wydarzeń na poziomie osobistym i społecznym. 
Zachęcam do lektury wyjątkowych książek autor, np. Podręcznika inkwizytorów czy Nie wchodź tak szybko w tę ciemną noc. Każda z nich porusza, zapada na zawsze w pamięć. Jednak w Karawelach autor idzie jeszcze dalej niż w poprzednich ksiażkach. Wszystko, treść, przesłanie, styl są jeszcze odważniejsze, a Antunes jeszcze brutalniej rozprawia się z historią swojego kraju. 
Ta powieść to prowokacja, bezkompromisowy atak na narodowe mity Portugalczyków wykorzystywane i uświęcone przez propagandę salazarowskiej dyktatury. Autor bierze pod lupę historię Portugalii, obnaża jej imperialną wielkomocarstwowość, zaangażowanie w krwawe wojny i handel niewolnikami — wszystko, co czyniono w imię Boga i Wielkości Ojczyzny. 
Czytając to, czułam momentami ogromny dyskomfort. Antunes zmusza do patrzenia – nawet wtedy, gdy to, co widzimy, jest brzydkie i trudne do zaakceptowania. Brak wygodnej narracji, brak wszystkiego, co daje czytelnikowi komfort i sprawia, że lektura jest relaksem. Wszystko, co otrzymujemy w Karawelach jest przeciwieństwem lekkich, miłych książek. 
Opowieść rozpoczyna się w 1975 roku, kiedy upada zamorska potęga Portugalii. Do Lizbony karawelami i samolotami wracają retornados, czyli koloniści, a wraz z nimi... legendarni odkrywcy i misjonarze. I zaczyna się... W barokowo-groteskowym świecie wykreowanym przez Antunesa 400 lat historii skupia się w jednej chwili: karawele cumują obok tankowców, a targi niewolników sąsiadują ze sklepami wolnocłowymi. Przeszłość spotyka teraźniejszość w najbardziej nikczemnym i obrzydliwym wymiarze. Wielcy bohaterowie narodowi schodzą z kart podręczników: Vasco da Gama jest nieuleczalnym hazardzistą, a król Sebastian to żałosna karykatura ginąca na ciemnej ulicy. 
Ten zabieg zrobił na mnie ogromne wrażenie. Początkowo czułam lekkie zagubienie, wszystko się miesza, czas nie istnieje, postaci pojawiają się i znikają. Ale szybko zrozumiałam, że ten chaos jest celowy. To nie bałagan – to sposób pokazania prawdy. Chodzi o prawdę dot. wyjątkowego i bardzo trudnego kraju, jakim jest Portugalia. O co dokładnie chodzi przekonacie się w trakcie lektury, do której gorąco zachęcam. Nadmienie tylko, iż z tego pozornego chaosu wyłania się obraz Portugalii odartej z iluzji wielkości, zanurzonej w moralnej zgniliźnie. Jego sugestywność sprawia, że czytelnicy Karawel już zawsze będą patrzeć na lizboński pomnik odkrywców oczami Antunesa. A ten pomnik to jeden z głównych punktów do zwiedzania, miejsce którym zachwycają się turysyści. Czy słusznie? Sami osądżcie. 
To, co mnie najbardziej zachwyciło, to język. Trudny, momentami bardzo trudny. Zdania płyną bez wyraźnych granic. Nie ukrywam, to trudna i wymagająca lektura, ale wyjątkowa, poruszająca i warta zmierzenia sie z nią. Po skończeniu czytanie słoneczna Portugalia nigdy nie będzie już taka sama. 
Myśląc szerzej o literaturze portugalskiej, która od dawna jestem zafascynowana, widzę, jak bardzo jest ona przesiąknięta historią i melancholią. U takich autorów jak José Saramago czy właśnie Antunes czuć ciągłe zmaganie z przeszłością. Ale Antunes wydaje mi się bardziej brutalny, mniej metaforyczny, a bardziej bezpośredni. On nie tyle opowiada historię – on ją rozrywa na kawałki i pokazuje od środka. A w środku jest....sami sprawdźcie co. 
Po przeczytaniu Karawel zostało we mnie coś niepokojącego. To nie jest książka, którą się odkłada i zapomina. Ona zmienia sposób patrzenia – nie tylko na Portugalię, ale w ogóle na historię, na narodowe mity, na to, jak bardzo lubimy wierzyć w wygodne wersje przeszłości. 
I chyba właśnie dlatego uważam ją za wyjątkową. Gorąco polecam. Tylko żal pozostaje, że mistrz Antunes juz niczego nie napisze :(

 Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)

sobota, 21 marca 2026

Grom z jasnego nieba. Opowieść o sztuce, życiu i nagłej śmierci - Laura Cumming


Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 5,5/6
Kiedy sięgnęłam po książkę Grom z jasnego nieba. Opowieść o sztuce, życiu i nagłej śmierci, spodziewałam się przede wszystkim opowieści o sztuce. Byłam pewna, że to opowieść o malarstwie, o dawnych mistrzach, o obrazach, które znam z reprodukcji w albumach. Tymczasem dostałam coś znacznie więcej – historię pełną emocji, zadumy nad kruchością życia, a także bardzo osobistą refleksję o tym, jak sztuka potrafi przetrwać wszystko, nawet nagłą śmierć. 
Już pierwsze strony zrobiły na mnie duże wrażenie. Autorka zaczyna od dramatycznego wydarzenia, które miało miejsce 12 października 1654 roku w holenderskim mieście Delft. Dochodzi tam do potężnej eksplozji magazynu prochu. To wydarzenie – dziś znane jako Eksplozja prochu w Delft w 1654 roku – zniszczyło sporą część miasta i zabiło wielu mieszkańców. Wśród ofiar był także malarz Carel Fabritius, jeden z najbardziej obiecujących artystów swojego pokolenia. Ten moment – nagły, brutalny i ostateczny – staje się dla autorki punktem wyjścia do opowieści o sztuce, pamięci i przemijaniu. 
Najbardziej poruszyło mnie to, jak Cumming potrafi pisać o malarstwie. Jej opisy nie są suche ani akademickie. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że prowadzi mnie za rękę przez obrazy i pokazuje detale, których sama nigdy bym nie zauważyła. Szczególnie zapadł mi w pamięć fragment o słynnym obrazie Szczygieł. Ten niewielki obraz Fabritiusa przedstawia ptaka przywiązanego do małego karmnika. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo prosty. Autorka pokazuje jednak, jak niezwykłe jest światło, sposób malowania piór, a także cisza i delikatność całej sceny. Czytając ten fragment, poczułam, jakby obraz naprawdę ożył przede mną. 
Cumming nie skupia się jednak wyłącznie na Fabritiusie. Wędruje po świecie sztuki holenderskiego złotego wieku, przywołując innych wielkich mistrzów: Johannes Vermeer, Rembrandt van Rijn, Frans Hals czy Pieter de Hooch. Bardzo podobało mi się to, że autorka nie opisuje ich jedynie jako wielkich nazwisk z podręczników historii sztuki. Pokazuje raczej świat, w którym żyli: ciche ulice Amsterdam, kanały, zwyczajne domy, codzienne życie mieszkańców. Dzięki temu zaczęłam lepiej rozumieć, skąd w tych obrazach tyle światła, spokoju i zwykłych, ludzkich scen.
Jednym z najpiękniejszych elementów tej książki jest jej osobisty charakter. Autorka często wraca myślami do swojego ojca – szkockiego malarza James Cumming. Pisze o tym, jak uczył ją patrzeć na obrazy, jak pokazywał znaczenie koloru, światła i drobnych szczegółów. Te fragmenty są bardzo ciepłe i wzruszające. Czułam, że to właśnie dzięki tej relacji autorka potrafi tak wnikliwie i czule pisać o sztuce.
Ogromnym atutem książki są także kolorowe reprodukcje opisywanych dzieł. Dzięki nim mogłam od razu zobaczyć obrazy, o których pisze autorka. To bardzo pomaga, bo jej opisy są pełne szczegółów i odniesień do światła, barw czy kompozycji.
Moim zdaniem największą siłą tej książki jest to, że łączy kilka różnych historii. Z jednej strony jest to opowieść o Carelu Fabritiusie i o tragedii, która przerwała jego życie. Z drugiej – fascynująca podróż przez sztukę holenderskiego XVII wieku. A z trzeciej – bardzo osobista historia autorki i jej relacji z ojcem. Te trzy wątki splatają się ze sobą w sposób naturalny i sprawiają, że książka staje się czymś więcej niż tylko esejem o malarstwie.
Po skończeniu lektury poczułam przede wszystkim wdzięczność. Za to, że ktoś potrafi tak pięknie opowiadać o sztuce. Za to, że obrazy sprzed kilkuset lat nadal potrafią poruszać i inspirować. I za przypomnienie, że życie – tak jak w przypadku Fabritiusa – bywa nagłe i nieprzewidywalne, ale sztuka może przetrwać znacznie dłużej niż człowiek. Gorąco polecam. 
Grom z jasnego nieba. Opowieść o sztuce, życiu i nagłej śmierci to książka, którą poleciłabym nie tylko miłośnikom malarstwa. To lektura dla wszystkich, którzy lubią spokojne, refleksyjne opowieści i chcą spojrzeć na sztukę trochę inaczej – nie jak na muzealny eksponat, ale jak na część ludzkiego życia. 
Jeśli miałabym podsumować ją jednym zdaniem: to niezwykle piękna, mądra i poruszająca książka o tym, jak patrzeć – na obrazy, na świat i na życie.

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

wtorek, 17 marca 2026

Krew z kamienia. Cykl: Komisarz Brunetti (tom 14) - Donna Leon


Wydawnictwo Noir sur Blanc, Moja ocena 6/6
Od wielu lat jestem zagorzałą fanką serii o komisarzu Guido Brunettim. Przeczytałam wszystkie tomy. Teraz powrót do Krwi z kamienia, która została wydana w 2005r. Obecnie Wydawnictwo Noir sur Blanc wznawia wcześniejsze tomy serii. Jest to więc okazja do ponownego ich przeczytania. 
Krew z kamienia to czternasty tom znakomitej serii kryminalnej o weneckim komisarzu Guido Brunetti. Po lekturze tej powieści mam poczucie obcowania z książką, która tylko z pozoru jest klasycznym kryminałem. W rzeczywistości – jak zresztą niemal każdy tom cyklu – stanowi ona znacznie więcej niż opowieść o zbrodni. To jednocześnie przenikliwa powieść społeczna, studium psychologiczne, opowieść obyczajowa, moralitet, a chwilami także subtelny przewodnik po mieście laguny. Owszem, formalnie to kryminał, bo pojawia się zbrodnia i śledztwo. Jednak autorka od lat udowadnia, że sam wątek kryminalny jest często tylko pretekstem. Pretekstem do pokazania świata: jego niesprawiedliwości, hipokryzji, moralnych dylematów i codziennych dramatów zwykłych ludzi. 
Tak jest również w Krwi z kamienia. Jeśli ktoś sięga po tę książkę w oczekiwaniu pościgów, dramatycznych strzelanin czy spektakularnych zbrodni, może poczuć się zaskoczony. Tutaj zbrodnia jest cicha, niepozorna, niemal niezauważalna. Nie ma efektownych scen akcji. Nie ma też sensacyjnej dramaturgii znanej z wielu współczesnych thrillerów. Jest raczej powolne, uważne przyglądanie się rzeczywistości. I właśnie w tym tkwi siła tej powieści. Zbrodnia w tej serii ma niezwykle silną, wręcz krzyczącą wymowę.
Tym razem fabuła rozgrywa się w okresie Bożego Narodzenia, oczywiście w Wenecji. Autorka jak zwykle z niezwykłą wnikliwością opisuje atmosferę miasta: zimową wilgoć, mgłę nad kanałami, wąskie uliczki, place i targi. Spacerując z komisarzem Brunettim przez różne zakątki miasta, czytelnik ma wrażenie, że uczestniczy w czymś więcej niż w fabule – raczej w powolnym odkrywaniu jego prawdziwego oblicza. 
Ta Wenecja nie jest jednak pocztówkowa. To nie tylko gondole, zabytki i romantyczne widoki. Autorka pokazuje miasto pełne sprzeczności: piękne, a zarazem skorumpowane; fascynujące, lecz moralnie niejednoznaczne. Luksus i historyczna elegancja bywają tu jedynie fasadą dla bezwzględnych interesów, politycznych układów i cynizmu.
Punktem wyjścia dla całej historii jest zabójstwo czarnoskórego ulicznego handlarza na Campo Santo Stefano. Człowiek ten sprzedawał torebki i drobiazgi turystom, był jedną z wielu anonimowych postaci w tłumie. Jego śmierć nie wzbudza większego poruszenia. Dla wielu ludzi to tylko kolejny nielegalny sprzedawca, jeden z setek. I właśnie ta obojętność okazuje się jednym z najważniejszych tematów książki. 
Guido Brunetti nie potrafi przejść obok tej sprawy obojętnie. Prowadząc śledztwo, zaczyna odkrywać, że życie ofiary skrywało zaskakujące tajemnice. W mieszkaniu zamordowanego zostaje odnaleziony sekret wart ogromne pieniądze. Trop prowadzi w stronę potężnych ludzi i interesów, które wielu osobom bardzo zależy pozostawić w cieniu. Brunetti szybko orientuje się, że niektóre drzwi lepiej pozostawić zamknięte. A jednak – jak zwykle – nie potrafi zignorować własnego sumienia.
Najbardziej uderzającym elementem tej książki jest jej wymiar społeczny. Donna Leon z niezwykłą przenikliwością pokazuje stosunek europejskiego społeczeństwa do imigrantów i ludzi stojących na marginesie. Zamordowany handlarz nie jest dla większości mieszkańców pełnoprawnym człowiekiem – raczej problemem, drobną niedogodnością w turystycznym krajobrazie miasta. 
Autorka stawia czytelnikowi niewygodne pytania: Czy życie człowieka ma różną wartość w zależności od jego pochodzenia? Jak łatwo przychodzi nam ignorować cierpienie tych, których nie chcemy zauważać? Te i wiele innych pytan, pozostają z czytelnikiem na bardzo dlugo. 
Jedną z największych zalet serii jest postać samego komisarza. Guido Brunetti nie jest typowym bohaterem kryminałów. Nie jest twardym policjantem z kina akcji. To człowiek refleksyjny, czasem zmęczony, często sceptyczny wobec świata. W tej powieści szczególnie mocno odczuwa konflikt między moralnością a rzeczywistością systemu, w którym pracuje. Im dalej prowadzi śledztwo, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że prawda może być niewygodna dla wielu wpływowych ludzi. A w takim świecie sprawiedliwość rzadko jest absolutna.
Nie można też pominąć wątku rodzinnego. Żona komisarza, Paola, jak zawsze jest ważną przeciwwagą dla mrocznej rzeczywistości policyjnej pracy. Ich rozmowy przy stole, dyskusje o literaturze czy moralności, a także wspólne posiłki tworzą niezwykły kontrast wobec brutalności świata. 
W tych scenach pojawia się jeszcze jeden charakterystyczny element prozy Donna Leon – jakby „książka kucharska”. Opisy weneckiej kuchni, kolacji i prostych domowych potraw mają w sobie coś kojącego i sprawiającego, iż ma się ochotę spakować walizki i ruszyć do weneckich zaułków, sklepików i knajpek. Dzięki nim czytelnik na chwilę odpoczywa od ciężaru sprawy.
Właśnie dlatego seria o Brunettim bywa nazywana również literackim przewodnikiem po Wenecja i jej lagunie. Autorka z niezwykłą dokładnością opisuje place, mosty, targi rybne, małe bary i zakamarki miasta. Czytelnik poznaje Wenecję od środka – nie jako turysta, lecz jako mieszkaniec.
To, co najbardziej zapada mi w pamięć po lekturze Krwi z kamienia, to jej ton. Nie jest to powieść spektakularna. Nie epatuje brutalnością. Nie oferuje też łatwych rozwiązań. Ba, w wiekszości przypadków ta seria nie oferuje żadnych, nawet trudnych, rozwiązań. Autorka pokazuje za to, jak wiele zalezy m.in. od nas. Donna Leon pozostawia czytelnika z refleksją o świecie, w którym sprawiedliwość bywa krucha, a prawda często przegrywa z interesami silniejszych. 
Każdy tom jej serii jest kryminałem, ale jednocześnie czymś znacznie ważniejszym: literackim portretem społeczeństwa, w którym żyjemy. 
Krew z kamienia to spokojna, mądra i niezwykle przenikliwa powieść. Nie przyspiesza pulsu jak thriller, ale zostaje w głowie na długo – zmuszając do myślenia o ludzkiej obojętności, władzy i granicach moralności. I właśnie za to najbardziej cenię książki o komisarzu Brunettim. Zdecydowanie polecam wszystkie tomy serii. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

Recenzje wcześniej rpzeczytanych ksiażek Donny Leon:

Fundacja (klik) 

Ulotne pragnienia (klik) 

Pierwiastki śladowe (klik) 

Adopcja (klik)