niedziela, 4 października 2026

Mordercą nie jest Alice - Iris Starling

 


Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 4,5/6

Lubisz zagadki kryminalne, ale czasami masz ochotę nie tylko czytać o śledztwie, lecz samemu zostać detektywem? Jeśli tak, to książka Mordercą nie jest Alice jest idealną propozycją dla ciebie. 
To nie jest typowa powieść kryminalna. Tutaj to czytelnik dostaje najważniejsze zadanie – musi znaleźć mordercę. A łatwo nie będzie, ponieważ na początku mamy aż 46 600 podejrzanych, 18 wskazówek i tylko jednego sprawcę.
Alice Starling znika, a w jej mieszkaniu zostaje znalezione ciało, tajemnicza notatka oraz teczka pełna imion. Alice twierdzi, że jest niewinna i zostawia nam wskazówki, które mają pomóc w rozwiązaniu zagadki. Naszym zadaniem jest krok po kroku eliminować kolejnych podejrzanych, aż na liście zostanie tylko jedna osoba.
I właśnie to jest w tej książce najciekawsze. Nie możemy po prostu usiąść i przeczytać historii od początku do końca. Musimy się zaangażować, dokładnie czytać wskazówki, analizować informacje i… uzbroić się w cierpliwość. Każde kolejne skreślone imię daje poczucie, że jesteśmy coraz bliżej rozwiązania. Ale czy to prawda?
Podoba mi się również pomysł na tak nietypową formę. To wszystko sprawia, że ksiażka bardziej przypomina detektywistyczną grę lub łamigłówkę niż tradycyjną książkę. Dzięki temu można do niej wracać, pracować nad zagadką we własnym tempie i naprawdę poczuć satysfakcję, kiedy uda się dojść do rozwiązania.
Książka ta jest więc propozycją dla czytelników, którzy lubią myśleć podczas czytania. To książka dla osób spostrzegawczych, cierpliwych i lubiących logiczne wyzwania. Nie trzeba być oczywiście zawodowym detektywem ani mistrzem łamigłówek. Najważniejsza jest chęć zabawy i dokładnego analizowania informacji. 
To propozycja przede wszystkim dla osób, które lubią logiczne zagadki, szukanie szczegółów i samodzielne dochodzenie do odpowiedzi. Nie jest to książka na jeden szybki wieczór – wymaga skupienia, ale właśnie dzięki temu potrafi wciągnąć na dłużej. Opinie czytelników również zwracają uwagę na jej nietypową, angażującą formę i zabawę w detektywa.
Czy uda się odnaleźć mordercę? Tego oczywiście nie zdradzę. I zdecydowanie radzę, żeby przed rozpoczęciem lektury nie szukać rozwiązania w internecie. Nie warto... 
Mordercą nie jest Alice to ciekawy eksperyment z formą kryminału. Zamiast tylko obserwować śledztwo, sami stajemy się jego częścią. Jeśli lubicie łamigłówki i chcecie sprawdzić swoje detektywistyczne umiejętności, warto dać tej książce szansę. Polecam, świetna zabawa. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

sobota, 3 października 2026

O objętości czasu I - Solvej Balle

 


Wydawnictwo Poznańskie, Moja ocena 5,5/6
O objętości czasu I to bardzo ciekawa i nietypowa książka. Główna bohaterka, Tara Selter, pewnego dnia odkrywa, że utknęła w jednym dniu – 18 listopada. Każdego ranka wszystko zaczyna się od nowa, a tylko ona pamięta poprzednie dni.
Na początku sytuacja może wydawać się interesująca, ale z czasem staje się dla Tary coraz trudniejsza. Jej mąż nie pamięta wspólnych rozmów ani tego, co wydarzyło się wcześniej. Tara zaczyna czuć się samotna i coraz bardziej oddala się od normalnego życia. Tara próbuje zrozumieć, dlaczego znalazła się w tej dziwnej sytuacji. Nasza bohaterka zaczyna prowadzić dziennik, zapisuje swoje myśli i wydarzenia, które pamięta. Dzięki temu może śledzić upływ czasu, mimo że dla innych ludzi czas się nie zmienia. Tara zaczyna też inaczej patrzeć na zwykłe rzeczy. To, co wcześniej mogło wydawać się nudne lub nieistotne, teraz nabiera dla niej większego znaczenia.
Książka nie jest typową historią o podróży w czasie. Autorka bardziej skupia się na emocjach bohaterki i na tym, jak życie wciąż w tym samym dniu wpływa na jej psychikę, relacje z innymi ludźmi i sposób patrzenia na świat. Dzięki temu historia skłania do zastanowienia się nad tym, jak ważny jest dla nas czas i wspólne przeżywanie chwil z innymi. Możemy też lepiej poznać główną bohaterkę i zobaczyć, jak dziwna sytuacja wpływa na jej zachowanie. 
Podobało mi się, że książka jest trochę niepokojąca. Podczas czytania cały czas towarzyszyło mi poczucie tajemnicy. Chciałam wiedzieć, dlaczego właśnie Tara znalazła się w tej dziwnej pętli i co musi zrobić, żeby z niej wyjść. Autorka nie podaje odpowiedzi od razu, dzięki czemu książka jeszcze bardziej wciąga. Każda kolejna strona sprawiała, że miałam ochotę czytać dalej.
Szczególnie spodobało mi się to, że O objętości czasu I zmusza do zastanowienia się nad własnym życiem. Na co dzień często narzekamy na zwykłe dni i marzymy, żeby czas szybciej minął. Tara pokazuje nam jednak, jak wyglądałoby życie, gdyby jeden dzień naprawdę nigdy się nie skończył. Po przeczytaniu zaczęłam bardziej doceniać to, że każdy dzień jest inny i że niektórych chwil nie da się powtórzyć.
O objętości czasu I to książka spokojna, ale jednocześnie bardzo wciągająca. Nie jest to lektura dla osób, które szukają szybkiej akcji, ponieważ ważniejsze są tutaj przemyślenia, emocje i atmosfera. Mnie najbardziej zainteresował pomysł zatrzymania czasu i pokazanie, jak bardzo może to zmienić człowieka.
Polecam tę książkę osobom, które lubią nietypowe historie, tajemnice i powieści, które po przeczytaniu zostają w głowie na dłużej. Ta opowieść jest tajemnicza, piękna, momentami smutna, ale przede wszystkim niezwykle oryginalna. O objętości czasu I to jedna z tych książek, które zostają w głowie jeszcze długo po przeczytaniu.

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

Dwa światła - zapowiedź

 


Niektórzy są już po lekturze, a ja dopiero kupiłam książkę w empiku
Link do stronu Empiku (klik)
Nie ukrywam, wpływ na zakup miały doskonałe recenzje w sieci.
Zobaczymy czy moja opinia o Dwóch światłach będzie również pełna zachwytu. 

Recenzja za kilka dni.

Link do profilu Autorki (klik) 


 

czwartek, 1 października 2026

Czerwony krzyż - Sasza Filipenko

 


Wydawnictwo Noir sur Blanc, Moja ocena 5,5/6
Czerwony dom to bardzo poruszająca powieść o żałobie, pamięci i tajemnicach, które potrafią przetrwać całe pokolenia. Autor łączy historię dwojga samotnych ludzi z szeroką opowieścią o XX-wiecznej historii, pokazując, że przeszłość nie zawsze pozostaje przeszłością. Czasem wraca niespodziewanie – w słowach drugiego człowieka, w jego wspomnieniach i w prawdzie, której przez lata nikt nie miał odwagi wypowiedzieć.
Głównym bohaterem jest Sasza, młody wdowiec, który po śmierci żony musi nauczyć się żyć na nowo. Jego sytuacja jest szczególnie trudna – kobieta umarła poświęcając się, by urodzić ich córkę, a mężczyzna zostaje sam z niemowlęciem i ogromnym poczuciem straty. Przeprowadzka do Mińska ma być początkiem nowego życia Jednak nic z tego nie wychodzi. Nowe miejsce to pustka i samotność. Sasza musi odnaleźć się nie tylko w obcym mieście, lecz także w nowej roli – ojca, który nie może pozwolić sobie na rozpacz.
Wtedy pojawia się Tatiana – dziewięćdziesięcioletnia sąsiadka cierpiąca na chorobę Alzheimera. Początkowo ich relacja może wydawać się przypadkowym spotkaniem dwóch zupełnie różnych światów. Młody mężczyzna, pogrążony w żałobie i starsza kobieta z Alzheimerem. Szybko się okaże, że to szeroko rozumiana pamięć jest osią i sednem tej opowieści. 
Tatiana zaczyna opowiadać Saszy o swoim życiu. Jej wspomnienia przenoszą nas do wojennej Moskwy, czasów miłości, zdrady i stalinowskich represji. Filipenko pokazuje historię nie jako zbiór dat i wydarzeń, lecz jako doświadczenie pojedynczego człowieka. Wielka polityka i wielkie tragedie XX wieku zostają sprowadzone do tego, co najbardziej osobiste: strachu, utraconych bliskich, trudnych wyborów, poczucia winy i konieczności życia z konsekwencjami własnych decyzji.
Najbardziej poruszająca jest właśnie relacja Saszy i Tatiany. Oboje są na swój sposób samotni i obciążeni przeszłością. Ona nosi w sobie tajemnicę, której przez dziesięciolecia nie potrafiła lub nie chciała ujawnić. On próbuje poradzić sobie ze śmiercią żony i odpowiedzialnością za córkę. Autor bardzo ciekawie pokazuje, jak historia potrafi zmuszać ludzi do podejmowania decyzji, których konsekwencje odczuwają oni sami oraz kolejne pokolenia.
Dużą siłą powieści jest zestawienie dwóch perspektyw czasowych. Historia Tatiany należy do przeszłości, ale jej konsekwencje oddziałują na teraźniejszość Saszy. Dzięki temu książka staje się opowieścią nie tylko o tym, co wydarzyło się przed laty, lecz także o dziedziczeniu pamięci i emocji. To, co przemilczane przez rodziców i dziadków, może powrócić w życiu ich dzieci i wnuków. Bardzo poruszająca kwestia. 
Czerwony dom nie jest książką łatwą ani szczególnie lekką. To powieść o stracie, wojnie, represjach, samotności i konsekwencjach ludzkich decyzji. Najwięcej emocji rodzi się z relacji między bohaterami – z rozmów, drobnych gestów i stopniowo budowanego zaufania.
Sasza Filipenko stawia przy tym pytania, na które nie daje prostych odpowiedzi. Ile jesteśmy winni przeszłości? Czy można naprawdę zacząć życie od nowa, jeśli nie uporamy się z tym, co było? Czy poznanie cudzej historii może zmienić sposób, w jaki patrzymy na własne życie? I pytanie, które nurtuje mnie od dawna - czy prawda zawsze przynosi ulgę?
Czerwony dom pozostawia po sobie przede wszystkim refleksję nad tym, jak cienka jest granica między pamięcią a zapomnieniem oraz jak bardzo nasze życie może być związane z historiami ludzi, którzy żyli przed nami. To książka o dwóch samotnych osobach, które przypadkowo spotykają się w odpowiednim – choć bardzo trudnym – momencie. Gorąco polecam.

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 


 

niedziela, 27 września 2026

Niedom - Magdalena Katarzyna Bajor

 


Wydawnictwo Marginesu, Moja ocensa 5/6
Niedom to smutna, ale bardzo poruszająca książka o ludziach, którzy po wojnie próbują zacząć życie od nowa. Helena i Henryk wyjeżdżają z Małopolski na Dolny Śląsk. Zabierają ze sobą niewiele, ale mają nadzieję, że uda im się stworzyć spokojny dom dla swojej rodziny.
Szybko okazuje się jednak, że koniec wojny nie oznacza końca problemów. Nowe miejsce jest pełne obcych ludzi, różnych języków, lęku i trudnych wspomnień. 
Najbardziej poruszył mnie temat domu. W książce dom nie jest tylko miejscem, w którym się mieszka. To przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa, bliskość i rodzina. Bohaterowie bardzo chcą je mieć, ale los sprawia, że trudno im je odnaleźć. Szczególnie mocno pokazana jest więź między matką a dzieckiem oraz to, jak bolesne wydarzenia mogą wpływać na kolejne pokolenia.
Książka pokazuje też, że wojna nie kończy się w momencie, kiedy przestają strzelać. Jej skutki mogą zostać w człowieku na wiele lat i wpływać na jego rodzinę oraz życie dzieci.
Niedom nie jest łatwą i lekką lekturą, ale daje dużo do myślenia. To opowieść o stracie, nadziei, rodzinie i próbie ułożenia sobie życia mimo wszystkiego, co się wydarzyło. Myślę, że szczególnie zapadnie w pamięć osobom, które lubią historie rodzinne i książki pokazujące, jak wielka historia wpływa na zwykłych ludzi. A jest tej dużej historii sporo. Autorka pokazuje pierwsze lata po II wojnie światowej i ogromne zmiany, jakie wtedy zachodziły na Dolnym Śląsku. Pojawia się temat tzw. Ziem Odzyskanych, na które po wojnie przyjeżdżali Polacy z różnych części kraju, a wcześniejsi niemieccy mieszkańcy tych terenów byli wysiedlani. Ludzie musieli opuszczać swoje domy i zaczynać życie w zupełnie nowych miejscach. Autorka pokazuje również powojenny chaos i niepewność. Na jednym terenie spotykają się ludzie z różnych stron Polski, a także osoby, które mają za sobą bardzo różne doświadczenia wojenne. W książce obecne są więc problemy przesiedleń, utraty domu, obcości i trudności z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Ważnym elementem historii są także ślady II wojny światowej w psychice ludzi. Książka pokazuje też, że wojna nie kończy się w momencie, kiedy przestają strzelać. Jej skutki mogą zostać w człowieku na wiele lat i wpływać na jego rodzinę oraz życie dzieci. Jest to szczefólnie poruszające w kontekście czasów w jakich żyjemy. 
To wszystko splecione z małą, jednostkową historią tworzy wyjątkową opowieść. 
To książka o prostym marzeniu – żeby mieć swój dom i móc spokojnie żyć. I właśnie dlatego jej historia wydaje się tak bliska i prawdziwa.

 

czwartek, 24 września 2026

Cienie Turynu - Carlo Fruttero, Franco Lucentini

 



Wydawnictwo Noir sur Blanc, Moja ocena 5/6
Cienie Turynu to ciekawy i nietypowy kryminał. Książka łączy zagadkę morderstwa z humorem, ironią i obserwacją życia bogatych mieszkańców tytułowego miasta. Chociaż głównym tematem jest śledztwo, autorzy pokazują także, że ludzie z wyższych sfer nie zawsze są tak idealni, jak mogłoby się wydawać.
Akcja książki rozgrywa się w Turynie. Na początku miasto wydaje się spokojne i dobrze zorganizowane. Szybko okazuje się jednak, że pod tą spokojną powierzchnią kryje się wiele tajemnic. Dochodzi do morderstwa znanego architekta, który nie cieszył się dobrą opinią. Sam sposób jego zabójstwa jest bardzo nietypowy, ponieważ narzędziem zbrodni jest kamienny fallus. Już sam ten szczegół sprawia, że książka różni się od wielu innych kryminałów.
Śledztwo prowadzi komisarz Santamaria. Jest on spokojnym, poważnym i dokładnym policjantem. Nie daje się łatwo zwieść pozorom. Musi rozmawiać z wieloma osobami, które należą do bogatej i wpływowej części społeczeństwa. Każda z tych osób ma własne problemy, sekrety i powody, żeby nie mówić całej prawdy. Komisarz stopniowo odkrywa kolejne informacje i próbuje połączyć je w całość.
Jedną z ciekawszych rzeczy w książce są bohaterowie. Nie są oni przedstawieni jako osoby całkowicie dobre albo złe. Często zachowują się w sposób dziwny lub śmieszny. Widać, że bardzo zależy im na opinii innych ludzi, pieniądzach i swoim miejscu w społeczeństwie. Jednocześnie za eleganckim wyglądem i dobrymi manierami kryją się zazdrość, kłamstwa i różne konflikty.
Autorzy w zabawny sposób pokazują również bogatą burżuazję Turynu. Nie robią tego jednak wprost. Często posługują się ironią. Dzięki temu czytelnik może zauważyć, że niektóre zachowania bohaterów są po prostu śmieszne. Ludzie, którzy chcą wyglądać na bardzo inteligentnych i wyjątkowych, czasami zachowują się absurdalnie. Autorzy pokazują w ten sposób, że bogactwo i wysoka pozycja społeczna nie sprawiają, że człowiek staje się lepszy od innych.
Podobało mi się również połączenie kryminału z humorem. Z jednej strony mamy morderstwo, śledztwo i tajemnicę, a z drugiej wiele zabawnych sytuacji i dziwnych zachowań bohaterów. Dzięki temu książka nie jest cały czas ponura. Humor sprawia, że czyta się ją trochę lżej, mimo że opowiada o poważnej sprawie.
Ważną zaletą książki jest też atmosfera. Turyn został przedstawiony jako miasto, które ma dwie strony. Z jednej strony jest elegancki, spokojny i uporządkowany. Z drugiej strony kryje wiele tajemnic, konfliktów i dziwnych zachowań. Taki obraz miasta dobrze pasuje do całej historii. Pokazuje, że rzeczy nie zawsze są takie, jak wyglądają na pierwszy rzut oka.
Moim zdaniem największą zaletą Cieni Turynu jest oryginalność. To nie jest zwykły kryminał, w którym najważniejsze jest tylko znalezienie mordercy. Autorzy wykorzystują historię kryminalną, aby pokazać ludzi, ich słabości i problemy. Dzięki temu książka ma nie tylko ciekawą zagadkę, ale również drugie dno.
Cienie Turynu poleciłabym osobom, które lubią kryminały, ale szukają czegoś innego niż typowa historia o policjancie i mordercy. Polecam. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 


 

niedziela, 20 września 2026

Odzyskana. Namaluj słowami dobre życie - Agnieszka Kozak

 


Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 4,5/6

Agnieszka Kozak w książce Odzyskana. Namaluj słowami dobre życie zaprasza czytelniczki w podróż. Celem jest spotkanie z samą sobą i  namalowanie swojego życia od nowa. Napiszecie - banał. Nic bardziej mylnego.
To wartościowa i potrzebna książka, którą trudno potraktować wyłącznie jak poradnik. Jest raczej zaproszeniem do zatrzymania się, do wsłuchania w siebie. Chodzi także o zadanie sobie pytań, na które w codziennym pędzie często nie mamy czasu albo odwagi odpowiedzieć.
Autorka prowadzi czytelniczkę przez sześć doświadczeń: satysfakcję, miłość, radość, dumę, swobodę i nadzieję. To bardzo ciekawy kierunek, ponieważ książka nie koncentruje się wyłącznie na ranach, trudnościach i tym, co w naszym życiu wymaga naprawy. Pokazuje również, że dobre życie można budować poprzez świadome zauważanie tego, co daje nam energię, poczucie sensu i wewnętrzną zgodę.
Najbardziej podoba mi się to, że czytelniczka nie jest jedynie odbiorczynią gotowych rad. Staje się współautorką własnej historii. Książka nie jest tylko zbiorem porad. Czytelniczka ma w niej swoje miejsce – może zapisywać myśli, emocje i wspomnienia. Dzięki temu można lepiej przyjrzeć się sobie i temu, co czujemy.
W trakcie lektury miałam wrażenie, że autorka nie mówi do mnie jak do czytelniczki, ale jak do kobiety, która czasami jest zmęczona, pogubiona i zapomina o sobie. Agnieszka Kozak potrafi nawiązac z czytelniczką wyjątkową więź.
Odzyskana przypomina, że mamy prawo myśleć o sobie, swoich potrzebach i marzeniach. Że nie zawsze musimy być silne, zadowalać innych i robić wszystko tak, jak od nas oczekują.
Podoba mi się metafora malowania. Możemy mieć wrażenie, że ktoś inny przez lata trzymał pędzel i nakładał na nasze płótno kolejne kolory: „powinnaś”, „nie możesz”, „nie jesteś wystarczająco dobra”, „musisz być…”. Autorka zachęca, aby ten pędzel wziąć z powrotem do własnych rąk. Nie po to, by wymazać całą przeszłość, lecz by nadać jej nowe znaczenie i zdecydować, jakie kolory chcemy dodać teraz.
To również książka o sprawczości. O tym, że odzyskanie siebie nie musi oznaczać wielkiej rewolucji. Czasem zaczyna się od małego „tak” dla siebie, od zauważenia własnej potrzeby, od pozwolenia sobie na radość, odpoczynek, dumę czy swobodę. A czasem od nadziei – nawet bardzo kruchej.
Odzyskana jest publikacją skierowaną przede wszystkim do kobiet i ma charakter terapeutyczny oraz rozwojowy. Autorka, Agnieszka Kozak, jest psycholożką, terapeutką, coachem i nauczycielką akademicką, a jej wcześniejsze książki również koncentrują się wokół psychologii relacji, własnej historii i procesu uwalniania się od ograniczających przekonań. 
Kozak przypomina, że dobre życie nie musi być życiem idealnym. Może być życiem bardziej własnym. Bardziej świadomym. Takim, w którym jest miejsce zarówno na przeszłość i jej rany, jak i na radość, miłość, dumę, satysfakcję, swobodę oraz nadzieję.
I chyba właśnie dlatego tytuł tej książki jest tak trafny. Nie chodzi o to, żeby stać się kimś innym. Chodzi o to, żeby wrócić do siebie. Książka skłoniła mnie do zadania sobie kilku pytań: Czego naprawdę chcę? Co daje mi radość? Kiedy ostatnio zrobiłam coś tylko dla siebie? Czy żyję tak, jak chcę, czy tak, jak oczekują tego inni? Myślę, że wiele kobiet może odnaleźć w tej książce kawałek siebie. Szczególnie te, które przez lata były przede wszystkim dla innych i gdzieś po drodze zapomniały o sobie. To książka pełna ciepła i nadziei. Nie daje gotowych odpowiedzi na wszystkie problemy, ale zachęca, żeby samemu ich poszukać. Dla mnie Odzyskana jest przypomnieniem, że zawsze można zacząć od nowa. Można odzyskać siebie, swoje marzenia i radość z życia. Czasami wystarczy zrobić pierwszy krok. Polecam.


Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)  

 

sobota, 19 września 2026

Na tej ziemi - Theis Ørntoft

 


Wydawnictwo Poznańskie, Moja ocena 5,5/6
Nietypowa, obszerna książka, która nawet dla mnie - miłośniczki literatury skandynawskiej, była wyzwaniem. Bez wątpienia to trudna lektura, taka która na długo zostanie gdzieś z tyłu mojej głowy. Chaos, który początkowo może przerażać. Dodatkowo mnóstwo dygresji. Jednak warto zadać sobie trud. 
Wszystko zaczyna się od śmierci seniora. Pogrzeb staje się okazją do spotkania rodzeństwa – Rhei, Miriam i Joela – oraz ich matki Alice. Ale tak naprawdę jest to dopiero początek. Autor zabiera nas w podróż przez historię kilku pokoleń, pokazując, jak bardzo jesteśmy związani z tymi, którzy byli przed nami. I jak wiele z ich wyborów, miłości, tajemnic i błędów może w jakiś sposób stać się także częścią naszego życia.
Czy jest to saga? Tak i nie. Jest to książka o rodzinie, ale nie tylko. Najwięcej w treści jest o miłości, która potrafi przetrwać lata, o wybaczaniu, o powiązaniu z przeszłością. Bardzo duża część historii traktuje o tajemnicach, które czasem zamiast znikać, przechodzą z pokolenia na pokolenie.
Bardzo podobało mi się to, jak autor połączył prywatną historię bohaterów z większym obrazem świata. Mamy Danię lat 60., Hamburg, Nowy Jork po 11 września, współczesną Kopenhagę, a później rok 2036. Zmieniają się miejsca i czasy, ale pewne rzeczy pozostają takie same – potrzeba bliskości, miłości, bezpieczeństwa i szukania swojego miejsca na ziemi. Te asektym marzenia, potrzeby są uniwersaknem niezależnie od tego kiedy i gdzie żyjemy. 
Bardzo dużo (jeżeli nie najwięcej) jest też o ziemi, naszym domu, który bardzo szybko tracimy. Ørntoft pisze o naturze, kryzysie, kapitalizmie i lęku przed przyszłością. Te wielkie tematy przeplatają się z życiem zwykłych ludzi. Dzięki temu łatwiej poczuć, że problemy świata nie są czymś odległym. One dotyczą nas wszystkich tu i teraz.
Momentami ta książka jest smutna. Momentami niepokojąca. Nie ukrywam, jest też trudna i wymaga od czytelnika skupienia. Jednocześnie jest w niej mnóstwo ciepła, empatii, wrażliwości jeżeli chodzi o ukazanie relacji między ludźmi. Bo mimo wszystkich katastrof, lęków i niedoskonałości świata pozostaje coś bardzo prostego – jesteśmy sobie potrzebni. I to jest najważniejszy wniosek tej książki, nieomal jej przesłanie. 
Na tej ziemi to książka o świecie, który trochę się rozpada, ale także o tym, co mimo wszystko warto próbować ocalić. O miłości, rodzinie, pamięci, o drugim człowieku.
Po skończeniu lektury pozostałam z poczuciem niepokoju, ale też z myślą, że może właśnie w tych małych, bliskich rzeczach – w relacjach, wspomnieniach i miłości – kryje się coś, co naprawdę ma znaczenie.
To nie jest książka, którą tylko się czyta. To książka, nad którą jeszcze długo się myśli. Polecam.

 

środa, 16 września 2026

Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji - Maryla Laurent, Sylvie Aprile , Monika Salmon-Siama, Elżbieta Łątka-Likh, Janine Ponty




Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 5,5/6
Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji to książka ważna przede wszystkim dlatego, że pozwala usłyszeć głosy kobiet, które przez lata pozostawały na marginesie wielkich historycznych opowieści. Autorzy sięgają do niezwykle cennego źródła: listów polskich robotnic rolnych, które w latach 30. XX wieku wyjechały do pracy we Francji.
W tamtym okresie Francja nie była dla młodych Polek miejscem łatwym. Nasze bohaterki przyjeżdżały głównie z polskich wsi, na ogół bez znajomości języka i bez pewności, gdzie dokładnie trafią. Czekała na nie ciężka praca na farmach i w gospodarstwach, rozłąka z rodziną, samotność, a czasem także wyzysk i przemoc. W tych warunkach pisały listy do Julii Lachowicz-Duval, lwowianki, absolwentki Sorbony i inspektorki zajmującej się polskimi emigrantkami. Zwracały się do niej z zaufaniem – „Kochana Mamusiu”, „Droga Pani i Matko nasza” – prosząc o pomoc, radę i zwykłe ludzkie wsparcie.
To właśnie listy są największą siłą tej książki. Nie są jedynie materiałem historycznym, ale bezpośrednim świadectwem codziennego życia kobiet: ich pracy, tęsknoty, problemów rodzinnych, miłości, macierzyństwa i prób odnalezienia się w obcym kraju. Dzięki nim historia nabiera osobistego wymiaru. Zamiast anonimowej grupy „polskich emigrantek” widzimy konkretne kobiety, ich emocje, lęki, nadzieje i determinację.
Skala korespondencji, która zachowała się do naszych czasów, robi ogromne wrażenie. W Archiwum Departamentu Indre i Loary zachowało się około 1300 listów polskich imigrantek. Jest to jednak tylko część zbioru, ponieważ zachowana alfabetyczna lista nazwisk nadawczyń urywa się na literze „K”. Listy te zostały opracowane i przetłumaczone na język francuski przez zespół francuskich i polskich badaczek: Sylvie Aprile, Marylę Laurent, Elżbietę Łątkę-Likh, Monikę Salmon-Siamę i Janine Ponty. Wielkie podziękowania dla wszystkich pań badaczek i tłumaczek. Ich wkład jest nieoceniony. Dzieki nim mamy szanse poznać niezwykły fragmnt historii Polek na emigracji. 
W książce znalazło się 131 świadectw kobiet, które w pierwszej połowie lat 30. XX wieku szukały we Francji lepszego i bardziej godnego życia. Ich historie pokazują, jak wiele odwagi wymagało opuszczenie rodzinnej wsi i podjęcie pracy setki kilometrów od domu, w obcym kraju, w którym się nikogo nei zna i niczego nie rozumie. 
Polki w polu zdecydowanie warto przeczytać czytać. Podstawowy powód to oddanie hołdu tym niezwykłym kobietom oraz szansa na poznanie niezwykłego fragmentu historii naszych rodaczek. Gorąco zachęcam do lektury.
Jest to książka przede wszystkim dokumentalna i historyczna. Z tego też powodu nie należy oczekiwać klasycznej, wartkiej narracji. Jej siła tkwi gdzie indziej – w autentyczności zachowanych świadectw i możliwości obcowania z tekstami powstałymi niemal sto lat temu. Dzięki pracy badaczek listy, które mogły pozostać wyłącznie archiwalnym dokumentem, otrzymują nowe życie i trafiają do współczesnego czytelnika.
Polki w polu to książka spokojna, przejmująca, ale przede wszystkim potrzebna. Uzupełnia ona obraz i historię polskiej emigracji. Poznajemy jej wyjątkowy fragment. Poza tym oddajemy hołd prostym, ubogim i jakże odważnym kobietom ze wsi. Ówczesny los kobiet na wsi był okropny. Książka ta prezentuje bohaterki w innej, sprawczej roli, a nie tylko w charakterze biernych, podporządkowanych mężczyznom ofiar. To opowieść o ciężkiej pracy i tęsknocie, ale także o odwadze, solidarności i walce o własną godność. Warto po nią sięgnąć, szczególnie jeśli interesują nas historie zwykłych ludzi, kobiece doświadczenia oraz te fragmenty przeszłości, które przez długi czas pozostawały poza głównym nurtem opowieści. Zdecydowanie polecam. Polki w polu bardzo mnie poruszyły i na zawsze zostaną w mojej pamięci. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

niedziela, 13 września 2026

Zdrajcy, tchórze i kolaboranci. Portrety upadku - Krzysztof Drozdowski

 


Wydawnictwo Replika, Moja ocena 5/6
Historia II wojny światowej przez lata obrastała w symbole, pomniki i wielkie nazwiska. Pamiętamy bohaterów, powstania, bitwy i ludzi, którzy potrafili zachować godność w świecie pozbawionym niemal wszystkich normalnych zasad. Znacznie rzadziej zaglądamy jednak po drugiej stronie tej opowieści – tam, gdzie pojawiają się donosiciele, szmalcownicy, agenci, oportuniści i kolaboranci. Niestety, ale takich ludzi też było dużo. 
Krzysztof Drozdowski w książce Zdrajcy, tchórze i kolaboranci. Portrety upadku decyduje się właśnie na takie, inne spojrzenie. Autor stawia pytania, na które nie zawsze można odpowiedzieć jednym słowem i które oburzą wielu. I właśnie za tę odwagę należy tę książkę docenić.
Największą zaletą publikacji jest jej temat, ale jeszcze większą – sposób, w jaki go przedstawiono. Drozdowski nie ogranicza się bowiem do prostego wyliczenia osób, które zapisały się na kartach historii po jej ciemnej stronie. Próbuje przyjrzeć się mechanizmom, które prowadziły ludzi do zdrady, współpracy czy moralnego kompromisu. To ważne, gdyż często na wojnie nic nie jest tylko białe czy czarne.
W normalnym świecie łatwo powiedzieć, że należy być odważnym. W świecie okupacji odwaga oznaczała jednak często realne ryzyko śmierci – własnej lub najbliższych. Łatwo powiedzieć, że nie wolno współpracować z okupantem. Znacznie trudniej zrozumieć, gdzie kończyła się wymuszona uległość, a zaczynała świadoma kolaboracja. I właśnie ta granica interesuje autora najbardziej. Czy volksdeutsch był zawsze zdrajcą? Czy każdy funkcjonariusz policji granatowej był tylko narzędziem okupanta? Czy człowiek, który próbował ratować własne życie lub rodzinę, powinien być oceniany dokładnie tak samo jak ktoś, kto dla pieniędzy lub kariery świadomie wydawał innych w ręce wroga? Nie ma tu łatwych odpowiedzi. I bardzo dobrze.
Co ważne, już same pytania potrafią być bardziej interesujące niż gotowe odpowiedzi. Czy organizacje określane jako konspiracyjne rzeczywiście kierowały się wyłącznie walką z okupantem? A może część z nich myślała już wtedy przede wszystkim o Polsce, która miała powstać po wojnie?
Takie pytania burzą wygodny obraz przeszłości, jaki do tej pory nam serwowano.
Zrozumieć nie znaczy usprawiedliwić. Drozdowski stara sie zrozumieć, ale w najmniejszym nawet stopniu nie usprawiedliwia. Zrozumienie motywów nie oznacza usprawiedliwienia czynów.
Można próbować zrozumieć człowieka, który ze strachu podjął złą decyzję, i jednocześnie uznać tę decyzję za moralnie naganną. Można analizować okoliczności, które doprowadziły do zdrady, bez odbierania odpowiedzialności osobie, która jej dokonała. To rozróżnienie jest niezwykle istotne, szczególnie w przypadku historii wojennej.
Wspomniałam o ciekawych kwestiach, pytaniach, tematach. Jednym z nich jest problem policji granatowej oraz volksdeutschów – tematów, które doskonale pokazują, jak niebezpieczne jest stosowanie zbiorowych ocen.
Wojna wymuszała funkcjonowanie w systemach stworzonych przez okupanta. Nie każdy, kto znalazł się wewnątrz takiego systemu, miał identyczne motywacje i identyczny zakres odpowiedzialności. Jedni podporządkowywali się ze strachu, inni wykorzystywali sytuację dla własnych korzyści, jeszcze inni mogli próbować działać na rzecz swoich rodaków.
To nie oznacza, że odpowiedzialność znika. Oznacza natomiast, że historia wymaga od nas czegoś więcej niż szybkiego osądu.
I właśnie w tym miejscu książka staje się szczególnie interesująca. Zamiast pytać wyłącznie „kto był dobry, a kto zły?”, zachęca do zadania znacznie trudniejszego pytania: „jak doszło do tego, że ten człowiek znalazł się właśnie po tej stronie?”.
Wojna była również walką o przyszłą Polskę
Ważnym elementem tej historii jest także działalność Gwardii Ludowej i Armii Ludowej.
Okupowana Polska nie była politycznym monolitem. Różne środowiska konspiracyjne miały odmienne wizje przyszłości kraju, a walka z Niemcami nie oznaczała automatycznie zgody co do tego, jak powinna wyglądać Polska po zakończeniu wojny.
To szczególnie istotne w kontekście ruchu komunistycznego i jego powojennej roli.
Czy książka jest kontrowersyjna? Z pewnością może być. I nie jest to wada.
Tematy zdrady, agentury i kolaboracji zawsze będą wywoływać emocje, szczególnie gdy dotyczą postaci obecnych w polskiej pamięci historycznej. Każda próba zakwestionowania utrwalonej interpretacji spotka się zapewne zarówno z zainteresowaniem, jak i krytyką.
W przypadku takich książek szczególnie ważne jest więc zachowanie przez czytelnika zdrowego dystansu. Mocna teza nie jest jeszcze dowodem. Kontrowersyjna hipoteza nie staje się faktem tylko dlatego, że brzmi sensacyjnie.
Najlepszą reakcją na tego rodzaju publikację nie powinno być bezrefleksyjne przyjęcie jej tez ani automatyczne ich odrzucenie. Powinno nią być sprawdzenie, porównanie i własna refleksja.
I właśnie wtedy książka historyczna spełnia swoją najważniejszą funkcję.
Zdrajcy, tchórze i kolaboranci. Portrety upadku to książka dla czytelnika, który od historii oczekuje czegoś więcej niż gotowych odpowiedzi.
Jej największą siłą jest odwaga w podejmowaniu tematów trudnych i niejednoznacznych. To publikacja, która przypomina, że między bohaterstwem a zdradą istniała cała paleta ludzkich zachowań – a wojna była brutalnym egzaminem, którego nie wszyscy zdali.
Nie jest to książka, którą warto czytać po to, aby znaleźć kolejnych bohaterów do pomników albo kolejnych winnych do potępienia.
Warto ją przeczytać po to, by zrozumieć, jak cienka potrafi być granica między strachem a tchórzostwem, przetrwaniem a oportunizmem, lojalnością a zdradą.
I być może właśnie dlatego po zamknięciu książki najdłużej pozostaje nie pytanie o to, kto zdradził, lecz inne – znacznie bardziej niepokojące: Co ja bym zrobiła, gdybym musiała dokonać wyboru w świecie, w którym każda decyzja może kosztować życie? Polecam. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)