środa, 15 kwietnia 2026

Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne - Katarzyna Rzehak

 


Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 6//6
Ta książka zachwyca od pierwszych stron. Napisana prostym, przystępnym językiem, a jednocześnie pełna treści, emocji i niezwykłych historii. Katarzyna Rzehak stworzyła opowieść nie tylko o jednej kobiecie, ale o całej epoce – o Polsce, która po wojnie podnosiła się z ruin i próbowała na nowo zdefiniować siebie poprzez sztukę, przedmioty codziennego użytku i… piękno.
Bohaterką książki jest Wanda Telakowska – postać absolutnie wyjątkowa, choć zapewne wielu jej nie zna. Pionierka, wizjonerka, kobieta z ogromną charyzmą i odwagą. To właśnie jej zawdzięczamy powstanie w 1950 roku Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Instytut stał się miejscem niezwykłym – kuźnią pomysłów, szkołą projektantów, przestrzenią nowoczesnego myślenia o przedmiotach, które nas otaczają. Telakowska wierzyła, że piękno nie jest luksusem dla wybranych. Powtarzała, że „piękno na co dzień dla wszystkich” powinno być dostępne każdemu – w mieszkaniu, w ubraniu, w talerzu, z którego jemy, i w krześle, na którym siedzimy. Dla polskiego powojennego designu Telakowska to po prostu najważniejsza postać, ikona, mistrzyni.
Autorka wspaniale pokazuje, jak ogromny wpływ miała Telakowska na to, jak dziś żyjemy i jak wygląda nasze otoczenie. Jeśli mówimy o „polskim stylu narodowym”, to w dużej mierze jego współczesna forma narodziła się właśnie dzięki niej. To ona stworzyła nowy zawód – projektanta wzornictwa – i nadała mu rangę ważnej społecznie misji. Uważała, że dobrze zaprojektowane przedmioty kształtują człowieka, uczą wrażliwości i budują lepsze społeczeństwo.
Książka zachwyca również tym, jak ciekawie i barwnie ukazana jest powojenna Polska. To żywy, pełen detali obraz kraju, który zmaga się z biedą, zniszczeniami i ograniczeniami systemu, a mimo to próbuje tworzyć rzeczy piękne i nowoczesne. Rzehak pokazuje, że nawet w trudnych czasach można było marzyć, projektować, eksperymentować. Instytut Wzornictwa Przemysłowego jawi się jako miejsce niemal magiczne – nowoczesne, otwarte, przyjazne kobietom, wyprzedzające swoje czasy. Poza tym to Telakowska w 1949 roku, wymyśliła Cepelię. Chyba mało kto o tym wie, a szkoda.
Ogromnym atutem jest sposób, w jaki autorka opowiada o samej Telakowskiej. To nie pomnikowa postać z podręcznika, lecz żywa, barwna kobieta z poczuciem humoru, temperamentem i ostrym językiem. Przyjaźniła się z Iwaszkiewiczem, Miłoszem, Krzywicką. Potrafiła snuć fascynujące opowieści, sypać anegdotami i żartami, czasem bardzo pikantnymi. Wokół niej narosły dziesiątki historii – prawdziwych i zmyślonych – które budują legendę „wielkiej Wandy”. Rzehak z ogromnym wyczuciem łączy fakty z anegdotą, tworząc portret kobiety silnej, odważnej i niepokornej.
To książka, która inspiruje. Pokazuje, że jedna osoba z wizją może realnie zmienić świat – nawet jeśli jest to świat filiżanek, tkanin, mebli czy zabawek. A może właśnie przede wszystkim ten świat, bo to on towarzyszy nam każdego dnia.
Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich to opowieść mądra, ciepła i niezwykle potrzebna. Uczy, że estetyka ma znaczenie. Że piękno może być demokratyczne. I że za tym, jak wygląda nasza codzienność, stoją konkretni ludzie z pasją i odwagą.
To książka, którą czyta się z przyjemnością i dumą – dumą z polskiej kultury, polskiego wzornictwa i z kobiety, która wyprzedziła swoje czasy i miała odwagę marzyć o pięknie dla wszystkich. Wspaniała bohaterka i świetna książka. Polecam. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

niedziela, 12 kwietnia 2026

Królewska Wysokość - Thomas Mann

 



Wydawnictwo MG, Moja ocena 4,5/6
Powieść Królewska wysokość to niezwykła i głęboka opowieść o dojrzewaniu, samotności oraz poszukiwaniu własnej tożsamości w świecie pełnym konwenansów i pieniądza. To książka, która zachwyca nie tylko swoją treścią, ale także formą — styl autora jest wręcz cudowny: elegancki, pełen finezji i przenikliwej obserwacji ludzkiej natury. 
Mann opowiada historię młodego księcia Klaudiusza, który dorasta na dworze niewielkiego niemieckiego księstwa. Od najmłodszych lat podporządkowany jest rygorystycznym zasadom etykiety i protokołu, co sprawia, że jego życie staje się uporządkowane, lecz pozbawione spontaniczności i bliskości. Wychowywany w atmosferze chłodnego dystansu, książę doświadcza głębokiego osamotnienia i czuje się oddzielony od zwyczajnego świata oraz ludzi żyjących poza murami pałacu. 
Prawdziwy przełom następuje w momencie, gdy na jego drodze pojawia się osoba, która wnosi do jego życia powiew autentyczności. Dzięki tej relacji nasz bohater zaczyna inaczej postrzegać zarówno innych ludzi, jak i samego siebie. Uczy się dostrzegać emocje, których wcześniej nie dopuszczał do głosu, a także kwestionować narzucone mu schematy. 
Bardzo ciekawa powieść, która w piękny sposób ukazuje wewnętrzną przemianę bohatera — od wycofanego, zdystansowanego arystokraty do człowieka bardziej świadomego swoich uczuć i potrzeb. To także refleksja nad trudną sztuką pogodzenia życia prywatnego z obowiązkami wynikającymi z pełnionej roli społecznej. Mann pokazuje, że bycie władcą nie wyklucza bycia człowiekiem, choć znalezienie równowagi między tymi dwiema sferami bywa niezwykle wymagające.
Mimo, iż od powstania książki minęło ponad 100 lat, nadal jest ona aktualna, a jej wymowa, sens aż biją w czytelnika w kontekście tego, co dzieje się teraz na świecie, co wyprawiają miliarderzy itd. Zdecydowanie warto przeczytać. 
Królewska wysokość to książka pełna uroku, melancholii i mądrości. Zachwyca nie tylko swoją fabułą, ale także głębią psychologiczną postaci oraz mistrzowskim językiem autora. To lektura, która pozostaje w pamięci na długo i skłania do refleksji nad własnym życiem, wyborami i relacjami z innymi ludźmi.

 

sobota, 11 kwietnia 2026

Beatlesi - Lars Saabye Christensen

 


Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 6/6
Beatlesi to powieść, która na pierwszy rzut oka opowiada o czterech chłopcach z Oslo. Jednak tak naprawdę jest to książka o dorastaniu, przyjaźni i o tym, jak muzyka potrafi stać się tłem i sensem całego życia. To jedna z najważniejszych książek w dorobku Larsa Saabye Christensena i zarazem jego największy międzynarodowy sukces.
Głównymi bohaterami są Gunnar, Seb, Ola i Kim. Poznajemy ich jako nastolatków w latach 60. XX wieku, gdy świat ogarnia Beatlemania. Muzyka zespołu The Beatles towarzyszy im w codziennym życiu, wyznacza kolejne etapy dorastania, pierwsze miłości, rozczarowania i bunty. Każdy nowy album Wielkiej Czwórki z Liverpoolu staje się dla nich jak znak czasu – przypomina o tym, kim byli i kim chcieliby się stać. Chłopcy chodzą do szkoły, grają w piłkę, kłócą się z rodzicami i próbują odnaleźć swoje miejsce w świecie. Z czasem dorastają. Pojawiają się alkohol, poważniejsze problemy, trudne decyzje i pierwsze bolesne straty. Lata 60. są pełne energii i nadziei. Powoli ten okres ustępuje miejsca bardziej gorzkim latom 70. Kończy się niewinność, a rzeczywistość przestaje być tak kolorowa jak kiedyś.
Największą siłą tej powieści jest pokazanie przyjaźni. Czterech bohaterów różni się charakterami, marzeniami i temperamentem, ale łączy ich silna więź. Razem śmieją się, przeżywają pierwsze miłości i wspólnie mierzą się z problemami. Autor pokazuje jednak, że przyjaźń nie jest czymś łatwym. Wymaga lojalności, wybaczania i zrozumienia. Z czasem okazuje się, że nie każdy potrafi udźwignąć ciężar dorosłości w taki sam sposób.
Muzyka The Beatles w tej książce nie jest tylko dodatkiem. Jest jak piąty bohater. Piosenki pomagają chłopcom wyrazić to, czego nie potrafią powiedzieć wprost. Dają im poczucie wspólnoty i nadziei. Kiedy świat wokół zaczyna się zmieniać i komplikować, muzyka pozostaje czymś stałym. 
Autor w piękny sposób pokazuje, że muzyka może ocalić człowieka – dać mu siłę i poczucie sensu. Ale jednocześnie przypomina, że nie zawsze wystarczy, by rozwiązać wszystkie problemy.
Książka jest napisana prostym, przystępnym językiem, ale jednocześnie pełnym emocji. Wiele w niej humoru, szczególnie w opisach młodzieńczych przygód i szkolnych sytuacji. Jednak pod tą lekkością kryje się melancholia i smutek. Christensen bardzo dobrze oddaje klimat Oslo lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Miasto jest ważnym tłem wydarzeń – zmienia się razem z bohaterami. Społeczne przemiany i napięcia wpływają na ich życie, pokazując, że dorastanie odbywa się nie tylko w sercu, ale i w konkretnym czasie historycznym.
Beatlesi to powieść uniwersalna. Choć opowiada o konkretnym miejscu i czasie, jej przesłanie jest ponadczasowe. Każdy kiedyś dorastał, każdy miał swoich przyjaciół i swoje „piosenki młodości”. To książka, która przypomina, że młodość jest piękna, ale krucha – i że nie da się jej zatrzymać. 
Nie bez powodu powieść została wybrana przez czytelników gazety „Dagbladet” najważniejszą powieścią ostatniego ćwierćwiecza. Zdobyła ogromną popularność w Skandynawii i Niemczech, została przetłumaczona na wiele języków i osiągnęła milionowe nakłady.
Beatlesi to wzruszająca, pełna humoru i nostalgii opowieść o czterech chłopcach, którzy próbują odnaleźć siebie w zmieniającym się świecie. To książka o sile przyjaźni, o dorastaniu i o muzyce, która potrafi nadać sens życiu. Czyta się ją z uśmiechem, ale i z lekkim smutkiem – bo przypomina, że czas płynie szybciej, niż byśmy chcieli.

 Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)

środa, 8 kwietnia 2026

Isola - Allegra Goodman

 


Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 5/6
Kiedy sięgnęłam po Isolę, nie spodziewałam się, że to będzie tak ciekawa lektura. To jedna z tych książek, które czyta się z zapartym tchem, a jednocześnie co chwilę zatrzymuje, żeby pomyśleć, poczuć. Dla mnie była to przede wszystkim opowieść o sile – tej cichej, rodzącej się w człowieku wtedy, gdy zostaje zupełnie sam.
Historia Marguerite od początku porywa czytelnika. Z jednej strony mamy świat bogactwa, piękna i przywilejów – zamki, winnice, życie, które wydaje się bezpieczne i przewidywalne. Z drugiej strony bardzo szybko okazuje się, jak kruche są te rzeczy, jak nic nie znaczą. Pewnego dnia nasza bohaterka traci wszystko, rodziców, dom, majątek. A to dopiero początek. To, co najgorsze dopiero przed Marguerite. Mimo tragizmu sytuacji, podobało mi się, jak autorka pokazała, że los potrafi zmienić się nagle i bez ostrzeżenia, a człowiek musi odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości.
Najbardziej poruszyła mnie jednak przemiana głównej bohaterki. Marguerite nie jest od początku „silną heroiną” – jest młodą kobietą, trochę zagubioną, zależną od innych, wychowaną w określonych realiach XVI-wiecznej Francji. Kiedy zostaje pozbawiona wszystkiego, porzucona na bezludnej wyspie, widzimy, jak krok po kroku uczy się przetrwać – nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Jej walka z naturą, samotnością i własnymi lękami była dla mnie pasjonująca.
Bardzo doceniam też sposób, w jaki książka porusza temat miłości. To nie jest cukierkowa, infantylna opowieść, nic z tych rzeczy. Uczucie, które się pojawia jest piękne, ale też tragiczne w skutkach. Pokazuje, że miłość potrafi być zarówno siłą, jak i źródłem cierpienia. Dla mnie to jeden z najbardziej przejmujących wątków tej historii.
Nie mniej ważna jest wiara – rozumiana nie tylko religijnie, ale też jako wewnętrzne przekonanie, że warto walczyć dalej. W najtrudniejszych momentach Marguerite nie poddaje się i to właśnie daje nadzieję czytelnikowi. Ta książka przypomina, że nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach można znaleźć w sobie coś, co pozwala przetrwać.
Ogromne wrażenie zrobił na mnie również klimat całej opowieści. Surowa przyroda, zimno, głód, cisza wyspy – wszystko to jest opisane tak sugestywnie, że momentami miałam wrażenie, jakbym sama tam była. Autorka świetnie buduje napięcie i emocje, nie potrzebując do tego przesadnych środków. Dodatkowo Goodman bardzo zręcznie splata fakty, które miały miejsce z fikcją literacką. W ten sposób powstałą wyjątkowa historia. Na minus zasługuje nie najlepszy moim zdaniem język, odrobinę niepasujący do tej historii. Ale to minus, który mimo wszystko nie przeszkadza w odbiorze i fascynacji historią. 
Isola to dla mnie książka o buncie – przeciwko narzuconym rolom, przeciwko niesprawiedliwości, ale też przeciwko własnym ograniczeniom. To historia, która pokazuje, że nawet jeśli świat próbuje nas złamać, zawsze mamy wybór, jak na to zareagujemy.
Rozumiem, dlaczego ta powieść została tak doceniona na świecie. Jest ponadczasowa, poruszająca i bardzo ludzka. Po jej przeczytaniu zostałam z wieloma przemyśleniami i poczuciem, że była to naprawdę wartościowa lektura.
Poleciłabym Isolę każdemu, kto lubi historie o silnych emocjach, przemianie i walce o przetrwanie – ale przede wszystkim tym, którzy szukają książki, która zostaje w głowie i sercu na dłużej.

 

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Kolory tęsknoty - Natalia Thiel

 


Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 4,5/6
Kolory tęsknoty to spokojna opowieść o emocjach, które nie zawsze znajdują ujście w słowach. To książka, która nie próbuje szokować ani przyspieszać wydarzeń, ale konsekwentnie prowadzi czytelnika przez życie bohaterów, pokazując, jak bardzo potrafi ono odbiegać od wcześniejszych wyobrażeń i jak podobne jest do naszego. 
Fabuła koncentruje się na dalszych losach Wiktorii i Luizy. Autorka dobrze pokazuje, jak trudne emocje – zazdrość, żal i niespełniona miłość – potrafią zniszczyć nawet silną więź. Nie ma tu jednak przesady – wszystko rozwija się naturalnie, bez sztucznego dramatyzowania. 
Ważnym elementem książki jest także postać Franciszka. Jego wewnętrzny konflikt między uczuciem a obowiązkiem został przedstawiony w sposób wiarygodny i stonowany. To bohater, który nie podejmuje łatwych decyzji, a jego wybory mają konsekwencje nie tylko dla niego, ale i dla obu kobiet. Dzięki temu historia nie jest czarno-biała – każdy z bohaterów ma swoje racje i ograniczenia.
Tytułowe „kolory tęsknoty” można rozumieć jako szeroką gamę uczuć, które towarzyszą bohaterom na każdym etapie ich życia. To nie tylko smutek po stracie bliskiej osoby, ale też żal za niewykorzystanymi szansami, poczucie niespełnienia i potrzeba życia w zgodzie ze sobą. W książce wyraźnie widać dążenie do szczerości, bliskości i prawdziwego uczucia – nawet jeśli relacje, w których znajdują się bohaterowie, często okazują się jedynie namiastką tej jednej, utraconej miłości.
To historia, która potrafi wciągnąć i zatrzymać uwagę, jednocześnie zmuszając do przejrzenia się w lustrze. Emocje, przeżycia bohaterów są bardzo podobne do tych, jakie my przeżywamy. Wiele czytelniczek utożsami się z bohaterkami i tym, co one przeżywają. Na uwagę zasługują też realia XIX wieku, które zostały oddane z wyczuciem i dbałością o szczegóły. Kolory tęsknoty to powieść dla osób, które cenią historie o relacjach i wewnętrznych przeżyciach. Nie oferuje zaskakujących zwrotów akcji, ale w zamian daje coś innego – obraz życia, w którym nie wszystko układa się zgodnie z planem. To lektura, która może skłonić do zastanowienia się nad własnymi wyborami i nad tym, jak często milczymy tam, gdzie warto byłoby powiedzieć prawdę.

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

niedziela, 5 kwietnia 2026

Dziwna pogoda w Tokio - Hiromi Kawakami

 


Wydawnictwo Znak Literanova, Moja ocena 5,5/6
Książka Hiromi Kawakami to powieść, która szczególnie mocno trafi do osób zafascynowanych Japonią i jej literaturą. Taką osobą jestem ja, od lat pasjonatka wszystkiego, co japońskie i z Japonią związane. Jeśli ty czujesz, że japoński sposób opowiadania – spokojny, uważny, skupiony na tym, co niewypowiedziane – ma w sobie coś wyjątkowo bliskiego, jest to lektura dla ciebie Historia, którą opowiada Kawakami potrafi wciągnąć nie przez akcję, ale przez atmosferę i emocje, które rozchodzą się powoli, jak fale. 
Japonia z tej opowieści, to nie kraj znany z pocztówek ani dynamicznych obrazów wielkiego miasta. Tokio u Kawakami jest ciche, intymne, spokojne, pełne samotności w tłumie. To przestrzeń małych barów z sake, spokojnych spacerów i mieszkań, w których wieczory płyną bez pośpiechu. Właśnie w tej zwyczajności kryje się coś niezwykłego. Autorka bardzo subtelnie oddaje ducha japońskiej estetyki, bliskiej ideom przemijania i piękna ukrytego w prostocie. Dzięki temu łatwo poczuć, że obcuje się z czymś autentycznym, a nie wykreowanym pod oczekiwania czytelnika. 
W centrum tej historii znajduje się relacja Tsukiko i Senseia, która rozwija się powoli, niemal niezauważalnie. Ich znajomość zaczyna się od przypadkowego spotkania i przez długi czas opiera się na drobnych rytuałach – wspólnym jedzeniu, rozmowach, a czasem po prostu milczeniu. To właśnie to milczenie jest tu niezwykle znaczące, bo nie jest puste, tylko pełne napięcia, niepewności i delikatnej bliskości. Kawakami pokazuje, że uczucie nie musi być głośne ani oczywiste, że może być nieporadne, trochę niezręczne i rozwijać się w swoim własnym tempie. Taka forma budowania relacji może przypominać twórczość Harukiego Murakamiego, choć tutaj wszystko jest bardziej przyziemne i oszczędne. 
Dużą rolę odgrywa w tej książce samotność, ale nie jest ona przedstawiona jako coś dramatycznego. To raczej stan, do którego można się przyzwyczaić, który staje się częścią codzienności. Samotność na codzień jest bardzo charakterystyczna dla Japonii i Japończyków.  Tsukiko żyje spokojnie, bez większych oczekiwań wobec świata, a spotkanie z Senseiem nie wywraca jej życia do góry nogami, tylko delikatnie je porusza. To bardzo charakterystyczne dla japońskiej literatury podejście – zmiana nie musi być gwałtowna, może przyjść cicho i prawie niezauważalnie. Za takie drobiazgi kocham japońską literaturę.
Ciekawym elementem powieści jest sposób, w jaki autorka wykorzystuje jedzenie. Wspólne posiłki nie są tylko tłem wydarzeń, ale stają się sposobem ukazania emocji. To przy jedzeniu bohaterowie zbliżają się do siebie, uczą się swojej obecności, oswajają swoją nieśmiałość. Styl Kawakami jest bardzo prosty, ale jednocześnie wymagający. Nie dlatego, że jest trudny językowo, lecz dlatego, że wymaga uważności. Wiele rzeczy pozostaje niedopowiedzianych, ukrytych między zdaniami. Czytelnik musi sam wyczuć emocje, domyślić się znaczeń, zatrzymać się na chwilę. To książka, którą najlepiej czytać powoli. 
Jeśli fascynuje Cię Japonia i jej kultura, styl życia Japończyków, to jak i co odczuwają, ta powieść działa jeszcze mocniej, bo nie epatuje egzotyką, tylko pokazuje codzienność w sposób bardzo naturalny. Dzięki temu ta fascynacja nie jest karmiona obrazkami, ale pogłębia się poprzez doświadczenie – spokojne, refleksyjne i bardzo osobiste. 
Dziwna pogoda w Tokio zostaje w czytelniku na długo, bo dotyka rzeczy prostych, ale ważnych. Pokazuje, że bliskość może rodzić się z drobiazgów, że samotność nie zawsze musi być czymś złym i że najważniejsze momenty często przychodzą wtedy, gdy się ich nie planuje. To jedna z tych książek, po których ma się ochotę zwolnić, spojrzeć uważniej na codzienność i docenić to, co ciche i pozornie nieistotne. Polecam. Poruszająca, arcyciekawa historia. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

sobota, 4 kwietnia 2026

Wszystko, co wiem o miłości - Dolly Alderton

 


Wydawnictwo Poznańskie, Moja ocena 4,5/6

Kiedy sięgnęłam po Wszystko, co wiem o miłości nie spodziewałam się, że ta książka aż tak mnie wciągnie. Myślałam, że będzie to lekka, może trochę zabawna opowieść o randkach i życiu uczuciowym. I rzeczywiście, jest w niej dużo humoru, trochę infantylnego, ale jednocześnie ta lektura okazała się czymś znacznie głębszym. 
Największe wrażenie zrobiła na mnie szczerość autorki. To jedna z tych książek, w których czuje się, że ktoś naprawdę mówi prawdę – nawet jeśli nie zawsze jest ona wygodna. Czytając, miałam wrażenie, jakbym słuchała bardzo bliskiej osoby, która opowiada o swoich błędach, rozczarowaniach i nadziejach. Dzięki temu łatwo było mi się w tej historii odnaleźć i momentami naprawdę się z nią utożsamić. 
Ogromnie podobało mi się to, jak Dolly Alderton pisze o miłości – nie tylko tej romantycznej, ale też o przyjaźni. Właśnie ten drugi aspekt poruszył mnie najmocniej. Pokazanie, jak ważne są relacje z ludźmi, którzy są przy nas na co dzień, było dla mnie niezwykle ciepłe i prawdziwe. To książka, która przypomina, że miłość ma wiele form i że często to właśnie przyjaźń jest tym najtrwalszym fundamentem. 
Bardzo doceniłam też lekkość stylu. Książkę czyta się szybko, momentami z uśmiechem, a innym razem z nagłym wzruszeniem. Są tu sceny zabawne, niezręczne, czasem wręcz absurdalne i kilka jest mocno infantylnych, ale obok nich pojawiają się cenne refleksje. To połączenie sprawia, że trudno się oderwać od tej lektury. 
Czytając, często miałam poczucie, że ta książka „rozumie” pewne doświadczenia – szczególnie te związane z dorastaniem, relacjami i szukaniem swojego miejsca. To nie jest poradnik ani zbiór gotowych odpowiedzi, ale raczej zapis drogi, pełnej potknięć i prób. I właśnie to czyni ją tak wartościową. 
Po skończeniu zostało mi bardzo ciepłe uczucie. To jedna z tych książek, które nie tylko się czyta, ale też trochę przeżywa. Daje poczucie bliskości, zrozumienia i tego, że nie trzeba mieć wszystkiego poukładanego, żeby iść dalej. 
Dla mnie to była naprawdę ciekawa lektura – szczera, mądra i jednocześnie bardzo przyjemna. Zdecydowanie to jedna z tych książek, do których chce się wracać, choćby po to, żeby przypomnieć sobie, co w relacjach jest naprawdę ważne.

 Zapraszam na mój profil na Instagramie (klik)

środa, 1 kwietnia 2026

Kto sieje wiatr - Donna Leon



Wydawnictwo Noir sur Blanc, Moja ocena 6/6
Kto sieje wiatr to już 32. tom bestsellerowej serii kryminałów z komisarzem Guido Brunetti, osadzonej w niezwykłej scenerii Wenecja. Od wielu lat jestem zagorzałą fanką tej serii i przeczytałam wszystkie tomy, dlatego na najnowszą część czekałam z ogromną ciekawością i pewnym napięciem. 
Ta książka – jak zresztą niemal każdy tom cyklu – jest ona czymś więcej niż tylko opowieścią o zbrodni. To jednocześnie przenikliwa powieść społeczna, studium psychologiczne, subtelna opowieść obyczajowa, a momentami wręcz moralitet. Donna Leon po raz kolejny udowadnia, że wątek kryminalny jest dla niej jedynie punktem wyjścia – pretekstem do pokazania świata w całej jego złożoności: niesprawiedliwości, hipokryzji, moralnych dylematów i cichych dramatów zwykłych ludzi. 
Jeśli ktoś sięga po tę książkę w oczekiwaniu dynamicznej akcji, pościgów czy spektakularnych zwrotów fabularnych, może poczuć się zaskoczony. Tutaj zbrodnia jest cicha, niemal niezauważalna, a napięcie budowane jest nie przez wydarzenia, lecz przez refleksję i stopniowe odkrywanie prawdy. Nie znajdziemy tu efektownych scen akcji ani sensacyjnej dramaturgii typowej dla współczesnych thrillerów. Zamiast tego otrzymujemy powolne, uważne przyglądanie się rzeczywistości – i właśnie w tym tkwi największa siła tej powieści. Zbrodnia w tej serii ma niezwykle silną, wręcz krzyczącą wymowę, mimo że przedstawiona jest w sposób stonowany i pozbawiony sensacyjnej otoczki. 
Ale wracajmy do Kto sieje wiatr...Fabuła rozpoczyna się na początku listopada w czarującej Wenecji. Komisarz Brunetti, po kilku spokojniejszych miesiącach, ponownie zostaje wciągnięty w śledztwo – tym razem dotyczące śmierci niezarejestrowanego imigranta ze Sri Lanki. Mężczyzna znalazł schronienie u zamożnej weneckiej rodziny, co samo w sobie budzi szereg pytań. W jego mieszkaniu Brunetti odkrywa intrygującą mieszankę: włoskie kryminały, książki o buddyzmie oraz materiały dotyczące terroryzmu z czasów tzw. „lat ołowiu”. Już ten zestaw wskazówek sugeruje, że sprawa nie będzie oczywista. Szybko okazuje się, ze tak naprawdę nic nie jest jasne, proste i łatwe do rozszyrowania. 
Ważną rolę w śledztwie odgrywają również takie elementy jak Palazzo Zaffo dei Leoni, zaniedbany ogród, sympatyczna suka Sara oraz nierozwiązana zagadka sprzed lat. Każdy z tych szczegółów ma znaczenie – choć nie od razu wiadomo, co jest fałszywym tropem, a co kluczową wskazówką. Leon mistrzowsko prowadzi czytelnika przez labirynt pozornie nieistotnych detali, które z czasem układają się w spójną całość. 
Jednak to nie sama intryga kryminalna robi największe wrażenie. Najciekawszym aspektem powieści jest jej wymiar refleksyjny. Rutynowe dochodzenie szybko przeradza się dla Brunettiego w podróż w przeszłość. Komisarz wraca myślami do swojej młodości – czasu pełnego ideałów, wiary w możliwość zmiany świata i moralnej jednoznaczności. Konfrontacja tych wspomnień z teraźniejszością, pełną kompromisów i szarości, nadaje książce głęboko osobisty wymiar, jeszcze większy niż wcze sniejsze tomy. 
Nasz ulubiony wenecki policjant w tym tomie wydaje się jeszcze bardziej wyciszony, refleksyjny, momentami wręcz melancholijny. Jego rozważania dotyczą nie tylko sprawy, którą prowadzi, ale także sensu sprawiedliwości, odpowiedzialności i granic ludzkiej empatii. To sprawia, że powieść staje się czymś więcej niż kryminałem – staje się opowieścią o dojrzewaniu, przemijaniu i utracie złudzeń. 
Osobnym bohaterem jest Wenecja. Jak zawsze u Leon nie jest ona jedynie tłem wydarzeń. Miasto na wyspach żyje własnym rytmem. Jest ono piękne, ale jednocześnie naznaczone problemami społecznymi, zaniedbaniami i kontrastami. Autorka z niezwykłą wrażliwością pokazuje jego mniej oczywiste oblicze, dalekie od turystycznych pocztówek.
Nie sposób mówić o tej powieści – ani o całej serii – bez zatrzymania się na chwilę przy życiu prywatnym Guido Brunetti. To właśnie ono stanowi jeden z najważniejszych i najbardziej wyjątkowych elementów twórczości Donna Leon. 
Rodzina Brunettiego od lat jest dla czytelników czymś znacznie więcej niż tylko tłem dla policyjnych spraw. Jego żona Paola, inteligentna, przenikliwa i bezkompromisowa w swoich poglądach, niejednokrotnie pełni rolę moralnego kompasu – zarówno dla niego, jak i dla czytelnika. Ich rozmowy, często prowadzone przy wspólnych posiłkach, należą do najbardziej wyczekiwanych fragmentów książki. To właśnie wtedy pojawiają się refleksje na temat sprawiedliwości, polityki, historii czy ludzkiej natury. 
Równie ważne są ich dzieci – dorastające, zmieniające się, ale wciąż obecne w życiu Brunettiego w sposób naturalny i nienachalny. Relacje rodzinne przedstawione są z niezwykłą czułością i autentycznością. Nie ma tu patosu ani przesadnej idealizacji – jest codzienność, drobne napięcia, troska i bliskość. 
W Kto sieje wiatr te domowe sceny ponownie stanowią przeciwwagę dla trudnych tematów poruszanych w śledztwie. W świecie pełnym niejednoznaczności i moralnych szarości, dom Brunettiego pozostaje przestrzenią względnego spokoju, refleksji i uporządkowania.
Ogromną siłą tej części – podobnie jak całej serii – jest także obecność dobrze znanych, powracających bohaterów, którzy dla stałych czytelników są niczym rodzina. Claudia Griffoni, Lorenzo Vianello czy niezastąpiona Signorina Elettra wnoszą do fabuły nie tylko profesjonalizm, ale też charakterystyczny humor, lojalność i indywidualny rys osobowości. Od lat pozostaje ona jedną z najbardziej lubianych przeze mnie postaci cyklu. Jej inteligencja, spryt i nieoczywiste metody działania stanowią często klucz do rozwiązania sprawy. Z kolei Vianello, wierny współpracownik Brunettiego, wnosi do historii spokój i pragmatyzm, a Griffoni – świeżość spojrzenia i empatię. 
Dla czytelników, którzy od lat śledzą losy tej serii, spotkanie z tymi bohaterami ma niemal intymny charakter. To trochę jak powrót do dobrze znanego miejsca i ludzi, których się zna, rozumie i lubi. Ich obecność buduje poczucie ciągłości i sprawia, że każda kolejna książka nie jest tylko nową historią kryminalną, ale kolejnym rozdziałem większej, wieloletniej opowieści.
Właśnie dlatego Kto sieje wiatr działa tak silnie – nie tylko jako samodzielna powieść, ale jako część świata, do którego chce się wracać. Świata, w którym zbrodnia jest ważna, ale jeszcze ważniejsi są ludzie – ich relacje, wybory i codzienne życie. Częścią tego świata jest jeszcze jeden charakterystyczny element - „książka kucharska”. Opisy weneckiej kuchni, kolacji i prostych domowych potraw, wizyt w barach, mają w sobie coś kojącego i sprawiającego, iż ma się ochotę spakować walizki i ruszyć do weneckich zaułków, sklepików i knajpek. Dzięki nim czytelnik na chwilę odpoczywa od ciężaru sprawy. 
Podsumowując – Kto sieje wiatr to powieść subtelna, refleksyjna i głęboko humanistyczna. Nie epatuje akcją, lecz zmusza do myślenia. To książka dla tych, którzy w kryminale szukają czegoś więcej niż zagadki do rozwiązania – dla czytelników ceniących atmosferę, psychologię postaci i społeczną wnikliwość. 
Jako wieloletnia czytelniczka serii mogę powiedzieć jedno: Donna Leon wciąż trzyma wysoki poziom i nadal potrafi zaskakiwać – nie zwrotami akcji, lecz głębią spojrzenia na świat. Polecam.

 Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)

poniedziałek, 30 marca 2026

Korespondentka - Virginia Evans

 


Wydawnictwo Filia, Seria: Literacka, Moja ocena 5/6
Kiedy zaczęłam czytać Korespondentkę miałam wrażenie, że trafiam na historię bardzo spokojną, może nawet zbyt zwyczajną. Listy, codzienność, kobieta, która porządkuje świat słowami. Nic spektakularnego. A jednak z każdą kolejną stroną czułam, że ta książka robi ze mną coś zaskakującego. 
Najbardziej uderzyło mnie to, jak bardzo intymna jest ta opowieść. Forma listów sprawia, że nie czyta się jej jak klasycznej powieści, tylko raczej jak czyjeś życie rozłożone na kawałki, bardzo osobiste i momentami aż niewygodne. Miałam poczucie, jakbym podglądała cudze myśli, takie, których normalnie się nie wypowiada. I w tym wszystkim było coś niezwykle prawdziwego, bo przecież każdy z nas ma w sobie rzeczy, których nie mówi na głos, tylko zapisuje gdzieś w środku. 
Sybil jako bohaterka nie jest kimś, kogo można łatwo zaszufladkować. Z jednej strony wydaje się poukładana, dojrzała, funkcjonująca w świecie wg. zasad i oczekiwań innych. Z drugiej strony widać w niej ogrom emocji, które przez lata były odkładane, zamiatane pod dywan, odkładane na „kiedyś”. I to „kiedyś” w końcu nadchodzi. To, co mnie poruszyło najmocniej, to właśnie moment konfrontacji z przeszłością. Ta konforntacja jest powolna, czasem bolesna, jest to też dochodzenie do prawdy. To zarys. A jak jest dokłądnie? I co z tego wynika? Tego nie zdradzę. Zachęcam was za to do sięgnięcia po tę bardzo ciekawą książkę. 
W trakcie lektury kilka razy łapałam się na tym, że przestaję skupiać się na fabule, a zaczynam myśleć o sobie. O relacjach, które nie zostały domknięte. O słowach, które nigdy nie padły. O tym, jak długo potrafimy unikać rzeczy trudnych, nawet jeśli wiemy, że prędzej czy później i tak do nas wrócą. Ta historia nie daje prostych odpowiedzi, ale bardzo delikatnie zmusza czytelników do zadawania pytań. 
Język tej opowieści jest prosty, ale nie banalny. Nie ma tu przesady ani patosu, a jednak emocje są bardzo wyraźne. Wzruszenie przychodzi niespodziewanie, czasem jedno zdanie potrafi zatrzymać na dłużej. 
Jednocześnie rozumiem, że nie każdemu to się spodoba. Tempo jest spokojne, momentami wręcz bardzo powolne. Niewiele się „dzieje” w klasycznym sensie. Jeśli ktoś szuka akcji, napięcia, zwrotów fabularnych, może poczuć znużenie. Dla mnie jednak to spowolnienie było wartością, bo pozwalało naprawdę wejść w emocje bohaterki. 
To nie jest historia, która mnie rozbiła czy przytłoczyła, ale raczej taka, która dotknęła czegoś ważnego. Pomyślałam o tym, jak trudno jest wybaczać, zwłaszcza sobie. I jak długo potrafimy odkładać moment, w którym w końcu spojrzymy prawdzie w oczy. Korespondentka to książka, która trafia dokładnie tam, gdzie powinna, ale robi to bez hałasu. Nie narzuca się, nie próbuje być wielka na siłę. Jest cicha, uważna i bardzo ludzka. I może właśnie dlatego zostaje na dłużej.

 

 

sobota, 28 marca 2026

Księga z San Michele - Axel Munthe

 


Wydawnictwo MG, Moja ocena 5/6
Księga z San Michele to książka, która zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Czytając ją, miałam poczucie, że nie obcuję tylko z historią życia jednego człowieka, ale z czymś znacznie głębszym — z opowieścią o wrażliwości, empatii i potrzebie pomagania innym. To porywająca autobiograficzna opowieść szwedzkiego lekarza Axela Munthego. Opisuje ona życie, marzenia, pracę autora, jego podejście do bliżnich, walkę z epidemią w Neapolu i budowę wymarzonego domu na Capri. 

Najbardziej poruszyło mnie to, jak nasz bohater podchodził do ludzi. Widać wyraźnie, że najbardziej kochał tych biednych, chorych i opuszczonych, którym często nikt inny nie chciał pomóc. Leczył ich za darmo, nie z obowiązku, ale z wewnętrznej potrzeby serca. Opisy jego pracy wśród chorych na różne epidemie, jak cholera czy tyfus, pokazują ogromne poświęcenie i odwagę. Czytając te fragmenty, czułem podziw, ale też pewien smutek, bo uświadamiają, jak wiele cierpienia było wokół niego. To był po prosty dobry człowiek, a tacy zawsze niestety byli w mniejszości. 
Autor pokazuje też swoje życie wśród bogatych pacjentów, których nie darzył taką samą sympatią, ale musiał ich przyjmować, bo taka była rzeczywistość. Ten kontrast między światem biednych i bogatych jest bardzo wyraźny i sprawia, że książka wydaje się prawdziwa i szczera, bez upiększania czegokolwiek. 
Bardzo ważnym elementem tej książki jest również miłość do zwierząt. Autor pisze o nich z ogromną czułością i szacunkiem, co bardzo mnie poruszyło. Widać, że traktował je jak równych sobie, co dodaje całej opowieści jeszcze więcej ciepła i pokazuje jego wyjątkową osobowość. 
Duże znaczenie ma motyw spełnienia marzenia o własnym miejscu na ziemi. Willa w San Michele staje się symbolem spokoju, odpoczynku i nagrody za całe życie pełne pracy i poświęceń. Czytając o tym, miałem wrażenie, że to nie tylko opis miejsca, ale też pewnego stanu ducha — odnalezienia swojego „raju”. 
Jest to naprawdę ciepła, mądra, ciekawa opowieść z dużą dozą humor, który dobrze równoważy bardziej smutne i refleksyjne fragmenty. Dzięki temu książkę czyta się lekko, mimo że porusza poważne tematy. 
Podsumowując, Księga z San Michele to dla mnie wyjątkowa opowieść, pełna ciepła, refleksji i prawdziwego człowieczeństwa. Pokazuje, że warto pomagać innym i że wrażliwość nie jest słabością, tylko ogromną siłą. To nie jest historia pełna akcji, ale spokojna, mądra opowieść o życiu, która naprawdę daje do myślenia. Polecam te zapiski mądrego, dobrego lekarza z drugiej połowy XIX i początku XX wieku, to lektura, którą każdy powinien przeczytać. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)