wtorek, 21 maja 2024

Krwawa Toskania - Grzegorz Kapla

 


Wydawnictwo Sonia Draga
Rzadko nie daję oceny książce. Z Krwawą Toskanią mam spory problem. Z jednej strony główna oś fabuły bardzo mi się podobała, daję 5. Wykonanie niezłe, ale ma swoje minusy i wady, daję 4-. Najniższa ocenę daję fragmentom, które zupełnie nie pasowały do książki, do intrygi, do zagadek. Nie jest tych fragmentów dużo, ale są. Dłużą się, są bez sensu i spokojnie można by je usunąć z treści.
Generalnie cała książka na plus. Zdecydowanie warto ją przeczytać.
Największym atutem jest umiejscowienie fabuły we włoskim Salem, czyli mieście czarownic. Oryginalna, włoska nazwa tego miejsca to Triora, miasteczko położone na terenie Ligurii. To tam w roku 1587 miał miejsce największy proces czarownic, jaki odnotowała historia Italii. Dlaczego właśnie tam? W końcu Triora to była niewielka wioska?
Odpowiedź na to i inne pytania znajdziecie w tej wartej lektury książce.
Wplecenie ciekawe, większości nieznanego fragmentu historii Włoch jest bardzo ciekawym zabiegiem.
Dodatkowym atutem jest klimat całej książki. Elementy dawnego procesu czarownic, wspaniały włoski klimat, opuszczony, zabytkowy i jakże mroczny dom, ukrywający się zwyrodnialcy, rytualne morderstwa dostępne w darknecie i wiele innych kwestii. To wszystko sprawia, iż z pozoru lekka lektura zamienia się w mroczną, klimatyczną i bardzo zaskakującą.
Wątki są trzy, z pozoru zupełnie ze sobą niepowiązane. Musi upłynąć trochę czasu żeby dostrzec zależność pomiędzy wszystkimi trzema kwestiami. Gwarantuję wam, że one się łączą.
Do tego spora garść niezwykle inteligentnego humoru i bardzo ciekawy wątek Polaka, Feliksa.
I to tyle dobrego. Na minus zasługują wspomniane przeze mnie nudne, nie pasujące do niczego wstawki. Jest ich niewiele, ale są. Poza tym dochodzenie, które powinno być wiodącym elementem kryminału. Jest, owszem, ale jest zbyt niedopracowane. Można było zrobić więcej, lepiej je poprowadzić.
Minusy, niewielkie, ale są. Plusy, atuty przewyższają wady. Klimat i kwestia mrocznej historii Włoch są wielkimi zaletami. I chociażby dlatego warto przeczytać Krwawą Toskanię.


sobota, 18 maja 2024

Szept - Weronika Mathia

 



Wydawnictwo IV Strona, Moja ocena 5/6
Po świetnym debiucie Żar i tym razem autorka nie zawiodła.
Szept to historia, która wciąga od pierwszych stron, od samego początku lektury. Akcja rozpoczyna się w momencie, gdy w Iławie, nad brzegiem Jezioraka zostaje znalezione ciało nastolatki. Zabójca zostaje szybko aresztowany. I wydawałoby się, że to koniec. Nic bardziej mylnego. To dopiero początek historii, która w wielu aspektach zadziwi czytelnika.
Wiele kwestii przemawia za tym, iż Piotr, aresztowany zbrodniarz, jest niewinny. Jaka jest prawda? Co z tym i wieloma kolejnymi wydarzeniami, ma wspólnego zaginiona blisko pół wieku temu ciotka Piotra?
Pytania, wątpliwości mnożą się w lawinowym tempie. Odpowiedź na nie próbuje znaleźć prowadząca śledztwo policjantka, Dominika Sajno.
Tym, co od początku chwyta w swoje objęcia jest klimat powieści, mroczny, duszny, przerażający i ze wszystkich stron oblepiający. Cała książka jest duszna, mocno klaustrofobiczna i bardzo emocjonalna, chwyta za gardło, porusza wyobraźnię i sprawia, że chcemy jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej. Mrok i urok jeziora Jezior i specyficzny klimat wyspy Wielka Żuława robią swoje. Całość autorka traktuje niczym drobiazgowy obraz, krok po kroku oddając szczegóły krajobrazu, ale i samego specyficznego klimatu tych miejsc. Przyszło mi do głowy, że warto by zrobić taki szlak podróżniczy po miejscach opisanych w Szepcie. Mathia opisuje wszystko z dbałością o każdy detal,, warto dać się porwać i krok po kroku poznawać miejsca z książki.
Dodatkiem jest bardzo ciekawa zagadka kryminalna i świetnie prowadzone dochodzenie rozłożone na różne płaszczyzny czasowe, które bardzo zręcznie się przenikają i konsekwentnie utrzymany ciąg przyczynowo- skutkowy. Co ważne, mimo wielu tropów, sporej porcji tajemnic, autorce nic nie umyka, nic nagle nie znika, wszystko zostaje konsekwentnie doprowadzone do finału. Do tego świetnie nakreśleni bohaterowie, bardzo realni, z własnymi problemami, nie idealni, a przez to bardzo rzeczywiści i niejednoznaczni. Jak sie okaże, nie każdy zły jest złym faktycznie.
Podsumowując, dobre tempo akcji, liczne, często fałszywe tropy, ciekawie nakreśleni bohaterowie, konsekwentnie prowadzone dochodzenie i przeskoki w narracji, to wszystko wymaga uwagi czytelnika, ale sprawia także, iż Szept naprawdę dobrze się czyta.
Autorka zabrała nas w mroczną, duszną i pełną tajemnic podróż, której finał mocno mnie zaskoczył...a byłam pewna, że wiem jakie jest zakończenie, że wiem, kto jest katem, oprawcą.


środa, 15 maja 2024

Imperium. Cykl: Złoty wiek (Conn Iggulden) (tom 2) - Conn Iggulden

 



Wydawnictwo Rebis, Moja ocena 5/6
Naprawdę dobra, świetnie napisana i niezwykle wciągająca książka. Polecam wszystkim miłośnikom powieści historycznych i osób tak kochających antyczną Grecję, jak ja. To doskonała powieść historyczna.
Jak zwykle autor porwał mnie niezwykle barwną, bardzo działającą na wyobrażnię narracją. Brawa także dla tłumacza. Dobry przykład jest równie ważny, jak dobre pióro autora.
Nie będę opowiadać treści. Jak to w przypadku książek traktujących o antyku i w ogóle powieści Igguldena, sporo się dzieje. Mnóstwo w niej także bohaterów, wydarzeń.
Jednak spokojnie. Całość jest tak świetnie prowadzona, iż nawet osoby niezbyt orientujące się w dziejach antycznej Grecji spokojnie się w fabule odnajdą.
To drugi tom cyklu. Tom 1. Lew, skupiał się głównie na potyczkach spartańsko-ateńskich, a głównym bohaterem był Kimon, żyjący na przełomie VI i V w. p.n.e. wódz i polityk ateński.
W tym tomie serii śledzimy głównie losy Peryklesa, który jest przywódcą Aten i chce w swoim polis wprowadzać zmiany, reformy, budować, działać. Tym razem to właśnie Perykles wysuwa się na pierwszy plan. Należy pamiętać, iż to on rozbudował, wzmocnił Ateny, rozbudował Pireus, to on stworzył demokrację i za jego panowania Ateny założyły najwięcej kolonii.
Niby w Imperium mamy okres powojenny, niby Ateny i Sparta są w okresie pokoju. Jednak nad ateńskim polis nadal wiszą chmury niebezpieczeństwa. W tamtych czasach nigdy nie można było być niczego pewnym, a spokój i pokój często były ułudą. Mają miejsce mniejsze starcia, których ogniwem zapalnym jest decyzja Peryklesa o budowie wokół Aten potężnych murów obronnych. Na to Sparta nie mogła się zgodzić.
Ta opowieść to przede wszystkim ukazanie szybko postępującego rozwoju polis ateńskiej i powstawania oraz kształtowania się ówczesnej demokracji, która po kilkunastu wiekach stała się podłożem do powstania demokracji, którą mamy i znamy obecnie.
Do tego sporo bardzo udanych, szczegółowych opisów życia codziennego w V w. p.n.e. Oj dzieje się Imperium, dzieje się. Największą ozdobą książki są historyczne szczegóły i wspaniale nakreśleni bohaterowie z Peryklesem na czele.
Do tego liczne grono wielu pomniejszych autentycznych bohaterów oraz spora gromada postaci fikcyjnych. Wszyscy świetnie nakreśleni, żyjący pełnią literackiego życia, pełnokrwiści, waleczni, ambitni.
Uwielbiam książki Igguldena. Chociaż są one tylko powieściami i z założenia nie należy ich traktować, jako książek naukowych, czy choćby w przybliżeniu książek historycznych to jednak wiele z nich można się dowiedzieć.
Autor bazując na prawdziwych wydarzeniach, opierając się na wielu faktach historycznych stworzył niesamowicie wiarygodna, warta uwagi bardzo ciekawą opowieść. W historii antycznej V w. p.n.e. jest wiele znanych faktów, ale i nadal, mimo licznych badań archeologicznych, wiele białych plam.
Nie wiem, jak wyglądało kilka spraw. Dlaczego więc nie oddać się lekturze i nie uznać, iż wypełnione przez Igguldena białe plamy są wiarygodne?!
Gorąco zachęcam do lektury. Wrażenia niezapomniane.

niedziela, 12 maja 2024

Juno - Anna Dziewit-Meller

 



Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 5,5/6
Książka, która mnie zaskoczyła. To wspaniała, pełna bardzo inteligentnego humoru opowieść, a w zasadzie historia dwóch sióstr, Aleksandry i Marianny. Bohaterki, w których życiu, wyborach wielu z nas odnajdzie siebie.
Każda z sióstr jest inna, różnią się od siebie, jak to tylko jest możliwe. Każdej z nich brakuje tego, co ma ta druga.
Aleksandra zbliża się do czterdziestki, pracuje i wychowuje trzech synów. Jej codzienność to tony obowiązków i problemy finansowe. A chciałaby od życia znacznie więcej. Marzy o uznaniu czytelników i sławie, próbuje swych sił jako pisarka. Jej młodsza siostra Marianna mieszka w rodzinnej wsi na Mazurach. Jest popularną instagramerką, królową socjali. Z pozoru szczęśliwa i spełniona, pragnie macierzyństwa i zmaga się z poczuciem winy, które nosi w sobie od dzieciństwa. Każda z nich z pozoru jest spełniona, szczęśliwa, ma wszystko. To jednak tylko pozory. Pisarka i macierzyństwo to nie słodki raj, a życie z instagrama to fikcja dla mas. Siostry bardzo różnią się od siebie i nie mogą się porozumieć.
Tym, co może je w końcu połączyć, zjednoczyć jest choroba ich ojca. Nowotwór najbliższej im osoby, pobyt w hospicjum może być spoiwem, którego siostrom brakowało. Ale czy tak się stanie?
Napisałam, że to książka pełna humoru. To prawda. Nie jest to jednak głupkowaty humor z jakim często mamy do czynienia w książkach. To bardzo inteligentny humor, wybitna ironia i krzywe spojrzenie na nas samych, na nasze wady, zalety, marzenia i to, jak podchodzimy do życia.
Tym, co od razu rzuca się w oczy jest fakt, iż Juno (podobnie, jak inne książki Anny Dziewit - Meller) to feministyczna książka. Kobiety są na każdej stronie na pierwszym planie. Ma się wrażenie, że bohaterki, ich sprawy i poglądy wyzierają wręcz z każdego zdania. Co z tego wynikło? Sami się przekonajcie.
To niezwykła, szczera, trafna, poruszająca, ale i bawiąca opowieść o tym, co w życiu ważne, co mija niczym błyskawica, co nas czeka, o konsekwencji niegdysiejszych i teraźniejszych wyborów. W sumie to trudno jednoznacznie powiedzieć o czym jest Juno. Na pewno o życiu widzianym z kobiecego punktu widzenia.
A co do tego ma umieszczona na okładce astronomka? Jak ona wpisuje się w treść Juno? Co do dwóch sióstr z mazurskiej wsi ma XVII-wieczna naukowczyni i obraz Rubensa? Tego nie zdradzę. Gwarantuję, że będziecie zaskoczeni. Gorąco raz jeszcze zachęcam do lektury.

piątek, 10 maja 2024

Za zasłoną milczenia - Żaneta Pawlik

 



Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 5/6
Bardzo dobra i bardzo poruszająca opowieść, w której autorka, Żaneta Pawlik po raz kolejny porusza trudne, niewygodne, uwierające i bardzo bolesne tematy.
10 lat temu Klara wstąpiła do zakonu. Decyzja zdawałoby się na całe życie. Ale czy na pewno? Od jakiegoś czasu kobieta coraz częściej myśli o opuszczeniu zakonu. Nie jest to łatwa decyzja. We wnętrzu, duszy i umyśle Klary, ma miejsce prawdziwa walka. Ostateczną decyzję nasza bohaterka podejmuje gdy umiera jej brat. Jej nowym miejscem na ziemi będzie pensjonat nad morzem, który poprowadzi wraz z owdowiałą szwagierką. Co z tego wyniknie? Jak będzie czuła się Klara? Czy zarządzanie pensjonatem będzie, tym co da jej spokój i ukojenie?
Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedź w tej doskonale napisanej książce, do lektury której gorąco zachęcam. Będziecie zadowoleni z lektury jeżeli szukacie dobrze napisanej powieści z przesłaniem, mądrej, nieinfantylnej, pokazującej wnętrze człowieka.
Bohaterowie książki są trudni, przeczołgani przez los, mocno doświadczeni. Takich postaci w literaturze jest sporo. Wszystko zależy od tego, jak się ich przedstawi, banalnie czy w sposób niezwykły. Pawlik poszła na szczęście tą druga drogą. Dzięki temu mamy do czynienia z naprawdę niezwykłą historią, która porywa od pierwszych kartek.
Bez wątpienia Za zasłoną milczenia porusza bolesne sprawy, odczarowuje tabu, sprawia, iż czytelnik czyta tę historię na jednym wdechu i jest niesamowicie poruszany oraz czuje się jak rozjechany emocjonalnie. Żaneta Pawlik potrafi pisać o trudnych sprawach, potrafi wyjątkowo działać na czytelnika.
Niespieszna akcja, życiowe problemy, w których wielu z nas odnajdzie siebie i ciepło, które bije z każdej kolejnej strony i ogrzewa także czytelnika. Wspaniała, bardzo dobrze napisana opowieść, idealna lektura na wiosnę.
Nie ukrywam, bardzo poruszyła mnie ta historia. Ze 2x otarłam łzę wzruszenia i długo będę pamiętać o tym, co przeczytałam i o czym w trakcie lektury myślałam. Polecam.

 

środa, 8 maja 2024

Hitra - Samuel Bjørk

 

 

Wydawnictwo Sonia Draga, Moja ocena 5/6
Samuel Bjørk to pseudonim artystyczny norweskiego pisarza Frode Sander Øiena, który pierwszą książkę wydał w 2013 roku. Był to 1. tom serii (bardzo dobrej) z detektywami z Oslo Mią Krüger i Holgerem Munchem. Tytuł tej książki to Sezon niewinnych.
Hitra to 4. tom serii i wg. autora ostatni. Można tą część czytać samodzielnie, bez powiązania z wcześniejszymi książkami. Jednak zdecydowanie ciekawiej będzie czytać każdy tom po kolei, tym bardziej, że to naprawdę doskonałe książki.
Tytułowa Hitra to wyspa, na której Mia kiedyś chciała popełnić samobójstwo. Po latach pani detektyw wraca na Hitrę. Ma nadzieję na spokojny pobyt. Jednak praca i zagadki kryminalne oraz zbrodnie zawsze ją odnajdą. Tym razem do Mii zwraca się o pomoc dziewczynka, która prosi o odnalezienie zaginionego kilka lat temu przyjaciela.
Zdawałoby się bzdura, wymysł nastolatki, urojenia po latach. Jak się szybko okaże nic bardziej mylnego, sama Mia wraz z Munchem wkraczają do świata wyjątkowego zła.
Nic więcej wam nie zdradzę, nie chcę spojlerować, nie chce zdradzać żadnych szczegółów. Napisze tylko, że Hitra to bardzo tajemnicza wyspa, miejsce na którym każdy skrywa mniejsze lub większe sekrety, wszyscy wszystko wiedza, a brudy pierze się we własnym gronie. Hermetyczna, niewielka społeczność jest świetnie przez autora ukazana. Do tego wspaniale zaprezentowana sama historia, z punktu widzenia kilku osób, kilku pokoleń. W trakcie narracji autor bardzo mocno skupia się na kolejnych postaciach, mocne ukazanie każdej z osób.
Ze strzępów informacji, tajemnic skrywanych w osadzie, śladów Mia i Holger muszą zbudować logiczny ciąg wydarzeń i odkryć prawdę. Sprawę komplikuje popełnione współcześnie zabójstwo.
Polecam. Naprawdę dobry miks powieści społeczno-obyczajowej i mocnego skandynawskiego kryminału.


wtorek, 7 maja 2024

Jęk zamykanych bram - Wojciech Wójcik

 



Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 5/6
Naprawdę mocna, dobra książką. Znając twórczość autora, wiele sobie po Jęku... obiecywałam. I nie zawiodłam się.
Wszystko rozpoczyna się, gdy na oddział chirurgii w wyniku pobicia trafia Arek Maj. Wkrótce inny pacjent znajduje jego ciało z poderżniętym gardłem. Dyżurująca lekarka postanawia powiadomić bliskich ofiary. Okazuje się jednak, że osoba, którą Maj wskazał do kontaktu, dwa lata temu zaginęła. To dopiero początek, bardzo obiecujący i konsekwentnie doprowadzony przez autora do końca. Śledztwo prowadzi były policjant Mateusz Krysiak, który szybko odkrywa, iż kwestia kto i dlaczego zabił Maja jest jakby drugorzędna. Tzn. zabójstwo oczywiście się liczy, ale jest ono droga do zaprezentowania innej kwestii. Tak naprawdę liczy się coś znacznie ważniejszego, coś co niespodziewanie zostanie odkryte w toku dochodzenia.
Każda kolejna strona odkrywa inne fakty, tajemnice. Sekretów jest tyle, że dałoby się nimi obdarować kilka rodzin lub kilka pokoleń.
Przy takim zagęszczeniu sekretów i tajemnic bardzo łatwo nad nimi nie zapanować, popaść w przesadę, nie umieć ich sensownie doprowadzić do końca. Na szczęście autorowi udało się tego uniknąć. Całość jest sprawnie i inteligentnie prowadzona i dobrze zakończona. Może brak w finale wielkiego wow, ale nie o to w tej książce chodzi. Liczy się coś więcej, ukazanie nas samych, ludzi, społeczeństwa i tego jakie sekrety każdy z nas skrywa.
Autor rzetelnie podszedł do swojej pracy. Intrygi są ciekawe, niebanalne. Z każdym kolejnym rozdziałem ujawniane są kolejne elementy układanki, które z pozoru wydają się bezsensowne, nie mające jedne z drugimi nic wspólnego. Ale to tylko pozory. Wojciech Wójcik stworzył kolejną, dobra, mocną i przemawiającą do wnętrza czytelnika książkę.

Zachęcam was do lektury tej niebanalnej i dobrze napisanej książki. Będziecie usatysfakcjonowani. Kolejna obszerna i bardzo dobra książka w sumie mało u nas znanego pisarza. Czas na poznanie dzieł Wojciecha Wójcika. Czas na zrozumienie, że nikt z nas tak naprawdę nie zna swoich najbliższych. Ta książka wam to udowodni. Zapraszam do lektury.

wtorek, 30 kwietnia 2024

Monte Cassino - Matthew Parker

 


Dom Wydawniczy Rebis, Moja ocena 5/6
Monte Cassino to nie tylko opowieść o najsłynniejszej bitwie II wojny światowej. To także historia traktująca o otoczce, o tym, co doprowadziło do takiego starcia, jak krok po kroku Alianci zdobywali Półwysep Apeniński, a także analiza czy walczono właściwie.
Historia opowiadana przez Matthew Parkera rozpoczyna się w 1943 roku. Jednak wszystko, każde kolejne słowo uparcie dąży do bez wątpienia najbardziej zaciętej bitwy II wojny światowej. Warto przypomnieć, że Bitwa o Monte Cassino to nie jedna potyczka, a w rzeczywistości cztery bitwy.
Książka jest dobrze poprowadzoną syntezą bitwy i przygotowań do niej, a także pewną oceną. Barwnie opowiedziana historia wzbogacona jest licznymi ilustracjami, mapami, dodatkami, wykresami. Pomaga to zrozumieć wiele opisywanych aspektów.
Dla nas Polaków bitwa ta ma szczególne znaczenie ze względu na generała Władysława Andersa oraz niewyobrażalną wprost odwagę żołnierzy 2. Korpusu Polskiego. Na bitwę, jej przebieg, znaczenie i zasadność patrzymy z narodowego, mocno emocjonalnego punktu widzenia. Czy to słuszne? Czy bitwa była zasadna?
Szczerze, nie mnie to oceniać. Nie mam do tego prawa, szczególnie gdy przynajmniej raz w roku jestem na Cmentarzu na Monte Cassino, widzę groby młodych chłopców poległych w tej walce. I choćbym nie wiem, jak się starała, nie potrafię odciąć się emocjonalnie od śmierci niejednokrotnie nastoletnich, bardzo młodych chłopców. Ich wiek na nagrobkach poraża. Ocenianie tak w ogóle Bitwy o Monte Cassino wydaje mi się tak nie na miejscu, jak ocena Powstania Warszawskiego.
Jednak uwaga, ta książka nie jest oceną bohaterstwa i poświęcenia żołnierzy, a znaczenia militarnego. I to ma ogromne znaczenie. Dla Amerykanina czy Anglika Bitwa o Monte Cassino jest jedną z wielu bitew II wojny światowej, nie ma jakiegoś wielkiego znaczenia. Stąd inne spojrzenie autora. Warto je poznać.
Polecam. Bardzo dobra książka, ukazująca inne, z zewnątrz spojrzenie na Bitwę o Monte Cassino. Czyta się ją doskonale. Matthew Parker to świetny badacz i gawędziarz.

czwartek, 25 kwietnia 2024

Symfonia potworów - Marc Levy

 



Wydawnictwo Sonia Draga, Moja ocena 5,5/6
Bardzo dobra i bardzo pouczająca książka. Jednocześnie to straszna opowieść, o tym, jak w umysłach dzieci wymazuje się ich rodzinę, język, historię i narodowość. Z czymś takim mieliśmy do czynienia w trakcie II wojny światowej, gdy Niemcy zabierali Polakom malutkie dzieci i robili z nich "prawdziwych Niemców". Levy opisał to, ale w kontekście toczącej się wojny w Ukrainie.
Setki, a może tysiące ukraińskich dzieci zostały uprowadzone przez Rosjan, żeby zniszczyć w nich ukraińską świadomość. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, co czują rodziny porwanych dzieci.
Pewnego dnia ten los spotyka 9-letniego chłopca Wałyka.Chłopiec i jego kolega zostają porwani. Co dzieje się dalej? Tego wam nie zdradzę. Zachęcam za to do lektury tej niezwykłej i bardzo poruszającej książki.
Akcja książki rozgrywa się gównie w miejscowości Rykowe, czyli na okupowanych przez Rosję terenach Ukrainy. Oprócz historii Wałyka, Marc Levy niezwykle poruszająco opisał codzienność Ukraińców, którzy będąc pod rosyjską okupacją próbują jakoś sobie radzić, próbują przetrwać. Serce ściska, gdy się o tym czyta.
Dodatkiem do poruszającej treści są wspaniali bohaterowie. Levy nakreślił zapadające w pamięć, poruszające, wręcz niezwykłe postaci, które sprawiają, iż książkę czyta się z jeszcze większym zaangażowaniem.
Fikcji literackiej jest niewiele. Sam autor wyrażnie oddziela fikcję od prawdziwych wydarzeń. Większość opisów to niestety prawda, która sprawia, że łzy same cisną się do oczu. Jest to ten rodzaj literatury, o którym ciężko cokolwiek napisać. Żadne słowa nie oddadzą uczuć, które miotają czytelnikiem w trakcie lektury. A każdy opis czy próba scharakteryzowania, ocenienia Symfonii potworów brzmią po prostu nijako i infantylnie. Mogę tylko zachęcić was do tej lektury. Gorąco polecam. Symfonia potworów na bardzo długo pozostanie w waszej pamięci.




poniedziałek, 22 kwietnia 2024

Ulotne pragnienia. Cykl: Komisarz Brunetti (tom 30) - Donna Leon

 



Wydawnictwo Noir sur Blanc, Moja ocena 6/6
To już 30. tom przygód rodziny Brunettich. Przeczytałam wszystkie książki i niezmiennie jestem wielką fanką serii i kocham Wenecję, tę opisaną przez Donnę Leon i tę do której co kilka miesięcy wracam w realnym świecie.
Co prawda autorce odrobinę nie zgadza się (wg. moich wyliczeń) czas, chronologia...dzieci Brunettich są na studiach, a biorąc pod uwagę okres na przestrzeni którego rozgrywają się kolejne tomy serii, Chiara i jej brat Rafi dawno sami powinni mieć dzieci co najmniej w przedszkolu jeżeli nie w zaawansowanym wieku szkolnym, a ich rodzice Paola i Guido Brunetti powinni dawno być na emeryturze. 1. tom serii ukazał się ponad 30 lat temu :). Ale to nic. To nadal świetna, wręcz mistrzowska i warta przeczytania seria.
Ukryte pragnienia to kryminał i doskonała powieść socjologiczno-obyczajowa w jednym. Tak jest z każdym tomem serii. Książka ta łączy w sobie cechy powieści społecznej, psychologicznej, obyczajowej, wątki moralizatorskie oraz elementy...przewodnika turystycznego po mieście kanałów i okolicznej lagunie i książki kucharskiej. Sam wątek kryminalny jest śladowy, jest ukazany w tle, a w zasadzie jest pretekstem do pokazania czegoś innego, czegoś więcej. Próżno więc czekać na dramatyczny rozlew krwi, pościgi, spektakularne zbrodnie.
Owszem zbrodnia jest, ale cicha, niepozorna, niezbyt widowiskowa. Na początek mamy dwie mocno poturbowane amerykańskie turystki, które nocą ktoś porzuca przed wejściem do weneckiego szpitala. Wydawałoby się, że w sumie nic takiego. Poturbowanych turystów jest w Wenecji sporo. Brunetti wiedziony swoją słynna intuicją czuje, że za tym zdarzeniem kryje się coś zdecydowanie gorszego, coś czym on sam musi się zająć. Pomaga mu znana z wcześniejszych tomów Claudia Griffoni.
Brunetti nie myli się. Jest niby zbrodnia ale przez jej pryzmat autorka prezentuje nam dużo więcej.
Ponownie sprawa, a właściwie sprawy, które pod pozorem śledczych zmagań ukazuje Donna Leon, są bardzo na czasie i tak niestety uniwersalne, że można je dopasować do wielu miast, krajów na świecie, nie tylko do książkowej Wenecji.
Gdy skończyłam czytać Ulotne pragnienia, zadumałam się na dłuższą chwilę.
Leon ma dar poruszania najbardziej drażliwych dla społeczeństwa włoskiego tematów, często takich, które Włosi wypierają ze świadomości, ew. chcieliby ukryć przed światem. Dotyczy to zarówno kwestii światopoglądowych jak i społecznych czy religijnych. Ot Włochy, Włosi, ich charaktery, często coś co my nazywamy dulszczyzną, zakłamanie i istota człowieka ukazane i świetnie wplecione w naprawdę doskonałą i godną uwagi powieść.
Ulotne pragnienia to ponownie dobry kryminał, ale jeszcze lepsza, moim zdaniem mistrzowska książka o ludziach, ich dążeniach, najgłębiej skrywanych demonach, obawach i tym czym złym co drzemie na dnie duszy każdego człowieka. Tylko od nas zależy, czy to coś dojdzie do głosu czy nie, czy zrobimy coś złego, czy nie.
Kolejny tom przygód weneckiego komisarza to także możliwość odwiedzenia Wenecji, poznania tego wspaniałego miasta niejako "od kuchni" oraz niezwykle inteligentna rozrywka.
Niezmiennie zachęcam do lektury całej serii o komisarzu Guido Brunettim. Jednak ostrzegam, nie jest to lektura dla wszystkich. To pozycje, dla tych, którzy od kryminału oczekują czegoś więcej, lubią pomyśleć nie tylko nad zagadką kryminalną, ale także nad problemami otaczającego nas świata. Polecam.

czwartek, 18 kwietnia 2024

Confessio - Natalia Kruzer

 




Wydawnictwo Filia, Moja ocena 4,5/6

Confessio to debiutancka książka Natalii Kruzer. Jest to całkiem zręcznym miks kryminału z powieścią psychologiczno-obyczajową. Daje ona nadzieję na ciąg dalszy i na to, iż z każdą kolejną książką autorka będzie pisała coraz lepiej.
Owszem, w Confessio jest kilka drobnych błędów, ale biorąc pod uwagę, iż to literacki debiut oraz całość historii, można te drobne błędy wybaczyć.
Bohaterką jest samotnie wychowująca dziecko pani prokurator, która pewnego dnia zostaje wezwana na miejsce zabójstwa chłopca. Komu mogło zależeć na śmierci małego, upośledzonego dziecka? Co się za tym kryje?
Odpowiedź na te i inne pytania będzie ciekawa. Może samo rozwiązanie nie jest jakimś majstersztykiem, ale dochodzenie do finału, wmieszanie w historię prywatnych spraw bohaterki, sprawia iż Confessio to ciekawa opowieść, w której możemy poznać kulisy pracy prokuratora, prowadzenia dochodzenia, a także prywatnego życia samotnej matki. Natalii, naszej bohaterki, los nie oszczędza. Autorce w śledztwo dot. zbrodni na małym dziecku, udało się zręcznie wpleść prywatne perypetie ostro doświadczonej przez los kobiety. Natalia Kruzer kreśli przytłaczający obraz życia samotnej, zapracowanej matki. Dodatkowo w trakcie prowadzonego dochodzenia, Paulina będzie musiała zmierzyć się z demonami drzemiącymi głęboko w niej samej. Będzie to bardzo trudne i traumatyczne.
Wiele z nas, czytelniczek, w historii Pauliny, jej elementach, odnajdzie samą siebie.
Mimo prywatnych problemów Natalia stara się wykonywać swoje obowiązki niezwykle rzetelnie. A nie jest łatwo. Kwestia ciężko chorego dziecka, zbrodnia, która początkowo wcale nią nie jest, naciski, dążenie Natalii do odkrycia prawdy i jej upór. Do tego coś głębszego, rozterki i kwestie tego, co tak naprawdę kryje się w ludzkim umyśle, co jest w umyśle ludzkim kogoś kto wyrządza krzywdę niewinnym dzieciom. Prawda i rzeczywistość nie okażą się jednowymiarowe, biało- czarne.
Bardzo ciekawa, nieoczywista bohaterka, szczerze ukazane blaski i cienie zarówno samotnego macierzyństwa, jak i pracy prokuratora, poruszająca zbrodnia na małym dziecku, wszystko zręcznie połączone, to sprawia, iż warto tej debiutanckiej książce dać szansę.
Z jednej strony to fabuła bazująca na zdartym, zdawałoby się wyeksploatowanym schemacie, a z drugiej strony coś zupełnie nowego, oryginalnego. Polecam.




niedziela, 14 kwietnia 2024

Domek z piernika - Jennifer Egan

 



Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5,5/6
Po lekturze przed 6 laty, książki Manhattan Beach tej autorki, wiedziałam, ze muszę nastawić się na niezwykłą lekturę. I nie zawiodłam się.
Jest to bardzo dobra i bardzo poruszająca opowieść o ożywianiu pogrzebanych w pamięci wspomnień, ich idealizowaniu i tym, co w związku z nimi czujemy teraz, po latach. Jednak to jest tylko początkowa, wierzchnia warstwa. Tak naprawdę chodzi o coś znacznie ważniejszego, coś do czego trzeba się krok po kroku dokopać.
Główny bohater Bix, geniusz nowych technologii, chciał odzyskać wspomnienia z pewnego dnia swojej młodości. Żeby to osiągnąć stworzył aplikację, dzięki której użytkownicy mogli uzyskać nieograniczony dostęp do wspomnień innych.
Jest jeden haczyk, żeby mieć dostęp do wspomnień innych, należy najpierw wgrać w aplikację swoje wspomnienia.
Zadziwiające i jakieś takie surrealistyczne. Ale czy naprawdę? W dobie wszechobecnych mediów społecznościowych, zatarcia granicy pomiędzy tym co publiczne, a co prywatne, intymne.
Co z tego wyniknie? Jak daleko posunie się Bix i korzystający z aplikacji? Czy wspomnienia i intymność są ważne? Odpowiedż was zaskoczy, podobnie, jak lektura książki. Pod pozorem zwyczajnych spraw, Egan pokazuje nam dużo więcej. Autorka płynnie przechodzi z jednej kwestii do drugiej, miesza je ze sobą, zręcznie nimi żongluje. Efekt jest zachwycający i zadziwiający. A całość zdecydowanie ubarwia narracja, która jest inna od znanych nam i wnosi niezwykłą perspektywę wszystkich wydarzeń oraz sprawia, iż obraz społeczeństwa jest wielowymiarowy.
Gorąco zachęcam do lektury. Niezwykła, nieoczywista książka, która jest opowieścią, a jednocześnie przestrogą przed otaczającym nas wirtualnym, nowoczesnym światem, zatracaniem się człowieczeństwa. To także książka o której trudno coś więcej napisać. Polecam.


wtorek, 9 kwietnia 2024

Rykowisko - Julia Halladin

 



Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 4/6
Mimo kilku naprawdę drobnych uwag, udany debiut. Jestem przekonana, że z każdą kolejną książką będzie lepiej. Julia Halladin ma potencjał i dobre pióro, a do tego także bardzo ciekawe pomysły.
Wszystko zaczyna się gdy w starym internacie wybucha pożar. Nieszczęście, ale z pozoru to zwyczajna rzecz, która każdemu może się przydarzyć. Jednak to tylko z pozoru tak normalnie wygląda.

W tym samym czasie w budynku zostają znalezione zwłoki męźczyzny. Ofiara wcale nie zginęła od pożaru czy zatrucia dymem, jak można by sądzić. Ktoś męźczyznę wcześniej zamordował.
Sprawą pożaru i zabójstwa interesuje się nauczyciel i religioznawca Darek Moskal oraz dwie uczennice szkoły policealnej. Rozpoczyna się dwutorowe dochodzenie ponieważ także policja bierze się do pracy. Prowadzący śledztwo muszą ustalić kto i dlaczego wywołał pożar w internacie i jak zginął męźczyzna. A to dopiero początek zawiłej intrygi i tajemnic, które ciekawie odkryje przed nami autorka.
Więcej z fabuły wam nie zdradzę żeby nie psuć elementu zaskoczenia. Musze przyznać, iż debiutująca pisarka miała bardzo ciekawy pomysł na fabułę i zastosowała kilka niebanalnych zabiegów. Co prawda potencjał fabuły nie został wg. mnie wykorzystany w 100%, ale to nie szkodzi. Pamiętajmy, iż Rykowisko to debiut. Mimo tego drobnego minusu lektura dostarczy wam wiele pozytywnych wrażeń, a atmosfera Rogatego Lasu zadziwi. Włączenie w to starosłowiańskiej sekty i postaci bez twarzy... bardzo ciekawe i nietypowe. Doda to dodatkowego dreszczyku i tak mrocznej fabule.
Pomysł, jak wspomniałam ciekawy, w niego wplecione liczne retrospekcje, a tempo fabuły nie zwalnia ani na moment. Rykowisko to zręczne połączenie kryminału z thrillerem psychologicznym i elementami powieści grozy. Jesteście ciekawi, jak to wszystko wyszło, jak Julia Halladin sprostała zadaniu? Zachęcam do lektury. Warto dać tej książce szansę.



sobota, 6 kwietnia 2024

Ani słowa o rodzinie - Alicja Filipowska

 




Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 4,5/6
Ciekawa, dobrze napisana i dająca nadzieję, że w życiu wiele się może zmienić opowieść. Główną bohaterką jest 20-letnia Kaja.
Po śmierci matki dziewczyna postanawia odnaleźć swoją rodzinę w Polsce. Krok po kroku odkrywa kolejnych krewnych, poznaje ich losy, koleje rodziny.
Plejadę bliskich Kai rozpoczyna nietuzinkowy dziadek, z pozoru nieufny, stroniący od ludzi. To na pozór dziadek taki jest. Powoli okaże się, iż senior jest wyjątkowym człowiekiem i w jego przypadku nic nie jest takim jakim się wydaje. Każdy z kolejnych członków rodziny udowodni Kai i nam, co tak naprawdę w życiu się liczy. Nie jest to sielankowa rodzina. Daleko jej do rodzin z familijnych seriali. Jednak to ludzie niezwykli, wartościowi i Kaja ma szczęście, że ich odnalazła.
W książce jest mnóstwo poruszających momentów, jednak najbardziej za serce chwyciły mnie listy dziadka, które pisał do zmarłej żony. Są one pełne tęsknoty, wspomnień i miłości. Wyjątkowo poruszająca lektura.
Pod pozorem lekkiej, błahej historii autorka ukazuje nam głęboki, wartościowy świat, ludzi z problemami, którzy pod swoją skorupą skrywają przecudowne, bogate i jakże wrażliwe wnętrze. Ta opowieść jest doskonałym dowodem na to, że każdemu warto dać szansę, warto poznać drugiego człowieka, warto choć na chwile zatrzymać się.
Jednak Ani słowa...to nie tylko opowieść o rodzinie, o jej poznawaniu, odkrywaniu przeszłości i teraźniejszości. To także wiele innych, bardzo współczesnych tematów, które Alicja Filipowska zręcznie wplotła w familijną opowieść. Całość, bardzo ciekawie poprowadzona, tworzy cudowną lekturę, którą ze wzruszeniem pochłania się w kilka godzin. Idealna lektura na czas wiosny, na to żeby na chwilę zatrzymać się w pędzie i pomyśleć. Polecam.


wtorek, 2 kwietnia 2024

Ruth - Elizabeth Gaskell

 



Wydawnictwo MG, Moja ocena 5,5/6

Powrót po 10 latach do powieści Ruth Elizabeth Gaskell. Kolejny raz jestem zachwycona. Muszę jednak przyznać, że Ruth najbardziej przypadła mi do gustu, popłakałam się niesamowicie w trakcie lektury.
Północy i południu czy Żonom i córkom oczywiście nic nie można zarzucić, ale Ruth po prostu chwyciła mnie za serce.Jest to moim zdaniem najdojrzalsza powieść Gaskell.
Kolejny raz autorka w magiczny sposób zabiera nas do Anglii okresu wiktoriańskiego. Ruth jest młodziutką, bo zaledwie 16-letnią, ubogą sierotą. Jej opiekun oddaje ją do krawcowej żeby dziewczyna nauczyła się zawodu. Ponieważ o otaczającym ją świecie i jego zepsuciu oraz czyhających na nią niebezpieczeństwach ma bardzo mgliste pojęcie dochodzi do nieuniknionego w takiej sytuacji. Zwraca na nią uwagę zamożny panicz, dziewczyna zakochuje się w nim. Jednak szczęście nie trwa długo. Po pewnym czasie na skutek przeciwności losu następuje kres miłości. Nad dziewczyną wisi okrutne fatum. Nie dość, że bez mieszkania, pracy, pieniędzy, ukochanego, to na dodatek z nieślubnym dzieckiem. W dzisiejszych czasach panna z dzieckiem nie jest już skandalem, ale ponad 150 lat temu...Na szczęście na drodze naszej bohaterki pojawiają się ludzie, którzy chcą jej pomóc. Czy im się to uda? Czy Ruth znajdzie drogę do szczęścia?
Elizabeth Gaskell udało się mnie po raz kolejny zachwycić. Może nie tyle samą tytułową bohaterką, która denerwowała mnie na początku książki i to strasznie  infantylna dziewczyna, ale podejrzewam, że taki był standard intelektualny niewykształconej panny w tamtej epoce), ale wspaniałymi opisami świata, który dawno odszedł. Wszystkie szczegóły życia, wykreowane postacie, ich charaktery, to istny majstersztyk. Gaskell udało się także po mistrzowsku ukazać mechanizmy, które rządziły ówczesną Anglią, zakłamanie, obłudę żyjących wtedy ludzi.
Ogromnym plusem są także wyraziste sylwetki bohaterów, które autorka wspaniale nakreśliła oraz ukazanie ich postępowania i motywacji, które do niego prowadziły,
Jeżeli do wszystkich w/w zalet dodamy piękny, plastyczny język, będziemy mieli wyborne dzieło literackie, po które koniecznie trzeba sięgnąć.
Ruth to wspaniała, mądra i ponadczasowa opowieść ze smaczkami w tle. Gorąco zachęcam do lektury.

Inne powieści Elizabeth Gaskell, które recenzowałam:
Północ i południe
Żony i córki 

niedziela, 31 marca 2024

Kiedy ptaki powrócą - Fernando Aramburu

 


Wydawnictwo Sonia Draga, Moja ocena 5,5/6
Fernando Aramburu jest wielkim pisarzem. Wiem o tym od lektury niezapomnianej Patrii. Byłam ciekawa, jaka jest jego nowa książka.
Nie zawiodłam się. Tym, co najbardziej porusza jest genialnie stworzona postać głównego bohatera, który jednocześnie jest narratorem. To postać, która niczym na linie, balansuje na granicy naszej sympatii i antypatii.
Toni to 50-latek, który rozczarowany światem, zupełnie nagle postanawia zakończyć swoje życie. Jak sam twierdzi (...) 50 lat oddychania tlenem na planecie Ziemia powinno wystarczyć (...)
Z jednej strony chce żyć, a z drugiej kocha swojego psa i jest do niego bardzo przywiązany, nie chce go zostawiać. Kroku Toniemu otrzymuje także jego ludzki przyjaciel, Kulas. Tu autor dał popis. Każdy z jego bohaterów jest wyjątkowy, wyrazisty i na długo zapada w pamięć. Taki jest Toni taki jest też Kulas, zrezygnowany, złośliwy, rozczarowany życiem jeszcze bardziej niż Toni.
Dwóch takich bohaterów w jednej książce to dużo, jednak nie za dużo. Aramburu stworzył wyjątkowych bohaterów, ale potrafił zaserwować ich odpowiednią dawkę. Toni i Kulas na równi bawią, złoszczą, zmuszają do przemyślenia kilku spraw, ale nie nudzą, nie zniesmaczają, nie irytują. W sumie, trudno ich nie polubić. Na swój dziwny sposób są bardzo ciekawi. Zdecydowanie są trzonem tej historii.
Ale wracajmy do głównego bohatera. Toni zdecydował. Dał sobie jeszcze rok i powoli, symbolicznie, ale i z idącymi za tym czynami, zaczyna żegnać się ze światem. Ten rok postanawia także upamiętnić w skrupulatnie prowadzonym dzienniku. W pamiętniku w tak charakterystyczny dla siebie sposób, cynicznie, bez ogródek informuje o tym, co jak, gdzie, dlaczego i o swoich przemyśleniach. Toni mnóstwo miejsca poświęca dniu codziennemu, ale i czasom dzieciństwa, dorastania i nieudanego małżeństwa. Ot takie gorzkawe rozliczenie z dotychczasowym życiem.
Oj ciekawe to jest i to bardzo. Odrobinę złośliwe, ironiczne, gorzkawe wywody stojącego nad grobem 50-latka zdają się być gorzką lekturą. I tak i nie. Jest to bez wątpienia bardzo ciekawa, warta przeczytania i poruszająca historia. Ironia, cięty język, spostrzegawczość autora, a tym samym głównego bohatera, sprawiają, iż książkę czyta się błyskawicznie. Nie wiadomo kiedy czytamy ostatnią stronę, mimo, iż jest ich ponad 700. Nie przeszkadza nawet fakt, iż całość to monolog, introspekcja jednego człowieka. Analiza własnych stanów psychicznych wyszła Toniemu po mistrzowsku.
Kiedy ptaki powrócą to nie jest gorzka, ponura książka. To raczej życiowa opowieść o wielu z nas i wielu z nas odnajdzie się w wywodach głównego bohatera. Polecam.

wtorek, 26 marca 2024

Półbrat - Lars Saabye Christensen

 

Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 6/6
Powrót po latach do wspaniałej lektury. Uwielbiam literaturę skandynawską, dlatego po każdą nową książkę z tego kręgu sięgam z ciekawością, ale i sporą dozą zaufania. Tak się bowiem złożyło, że poza niektórymi kryminałami, żadna skandynawska powieść nie zawiodła mnie. Nie inaczej było i w tym przypadku. Książkę czytałam 9 lat temu. Po upływie tego czasu byłam ciekawa, jak tę lekturę odbiorę.
Półbrat, to w każdym tego słowa znaczeniu arcydzieło, wielka powieść. Chodzi mi o wymowę, treść, sposób w jaki Christensen bawi się słowem, jak i o gabaryty. Książka liczy bowiem 720 stron i została wydana w twardej oprawie.
Autor przedstawia dzieje czteropokoleniowej rodziny Nilsenów z Oslo. Nie jest to jednak zwyczajna rodzina. Ilość tragicznych postaci i zdarzeń, jakie na przestrzeni lat wydarzyły się w tym swoistym klanie, wręcz poraża. Początek tym wydarzeniom, dniom mroku dał moment, który powinien być dla wszystkich Norwegów świętem radości - dzień odzyskania niepodległości po zakończeniu II wojny światowej. Nie dla wszystkich był to jednak moment radości, uśmiechu. Dla jednej z nilsenowskich kobiet jest to dzień wstydu, hańby. Wydarzenia, jakich wtedy doznała przerodzą się w traumę, skrywane sekrety, zarówno te czające się tuż pod powierzchnią, jak i te głęboko schowane. To wszystko będzie skutkować życiem, jakiego nikt z nas nie chciałby wieść. A wystarczyłby jeden gest, jedno słowo ze strony najbliższych, żeby następne kilkadziesiąt lat potoczyło się inaczej.
Nie jest to prosta powieść. Jest to powieść trudna, skomplikowana, pełna smutku, sprzeczności, prawie bez dialogów, ale niezmiernie życiowa. Jest to także opowieść o braku i nieobecności. Bo przy głównych bohaterach ciągle kogoś brak, kogoś, kto swoim zachowaniem, być może wypełniłby wielka lukę, albo sprawiłby, że życie potoczyłoby się inaczej.
Jeżeli lubicie życiowe, trudne, wielopiętrowe (tak, to dobre określenie) sagi, powieści psychologiczne, pełne emocji, wieloetapowe, gdzie jedna czynność z przeszłości ma wpływ na życie kolejnych pokoleń, to sięgnijcie po Półbrata. Nie dziwi mnie, iż książka ta jest najważniejszą w dorobku Christensena i okrzyknięta została arcydziełem, powieścią kultową. Ja jestem nią zachwycona, chociaż zdaję sobie sprawę, iż nie wszystkim przypadnie do gustu.
Moje uznanie dla tłumaczki książki, Iwony Zimnickiej. Christensen ma specyficzny styl pisarski i podejrzewam, że przekład tylu stron jego prozy musiał być nie lada wyzwaniem.

Trudno cokolwiek więcej napisać o tej książce. Treści opowiedzieć się nie da, nie da się jej nawet bardziej zarysować. Pozostaje mi tylko zachęcić was do lektury. To trudna i specyficzna pozycja, ale warto sprawdzić jak odbierze się powieść norweskiego pisarza. Polecam.

czwartek, 21 marca 2024

Siostry pod wschodzącym słońcem - Heather Morris

 


Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 1/6
Liczyłam na coś poruszającego, prawdziwego, wszak fabuła dot. II wojny światowej, próby wydostania się z Singapuru, ewakuacji okrętami z których część została zatopiona. Ci, którym udało się przeżyć zostali złapani i doświadczyli okrutnego obozowego życia w dżungli.
Sami przyznacie, że fabuła jest ciekawa, poruszająca, rzadko opisywana w książkach. Miałam pełne prawo oczekiwać dobrej, dopracowanej, poruszającej lektury. Niestety, ale tego nie otrzymałam.
Rozbuchany marketing jeszcze podwyższył moje oczekiwania. Z tego powodu rozczarowanie jest jeszcze boleśniejsze.
Owszem okrucieństwo obozowego życia zostało pokazano, opisano wiele zła, głód, prześladowania, kary, przerażający strach, ale uczyniono to tak, jak w Czterech pancernych pokazano wojnę i jej okrucieństwa. Obozowa rzeczywistość Sióstr...to raczej kiepski film, lekka opowiastka, w której podtrzymywano się na duchu śpiewając i zawierając przyjażnie. Same bohaterki uśmiechnięte, pogodne, cierpliwe, zero złego humoru, zero załamań, żadnych kłótni. Istne anielice na obozie dla skautów. Do tego te sztuczne, wzniosłe, wręcz patetyczne dialogi. Litości. Po prostu coś niewyobrażalnego.
Doszło do tego, że w pewnym momencie musiałam się zastanawiać, czy to miejsce to naprawdę obóz jeniecki, czy raczej obóz harcerski, jakaś kolonia. Szczerze, taka książka, tak napisana to po prostu obraza dla osób, które tego typu miejsca przeżyły, doświadczyły zła, bólu, okrucieństwa. Tym bardziej jest to poruszające, iż opowieść powstała na podstawie wspomnień autentycznych osób, ich rodzin. Heather Morris swoją historią, tym jak ją napisała, wyrządziła więcej zła niż dobra.
Książka jest infantylna, naiwna, cukierkowa (mimo okrucieństwa opisywanej historii) i po prostu nie powinna zostać wydana. Odradzam zdecydowanie.


niedziela, 17 marca 2024

Spirala zła (Cykl: Martin Servaz (tom 8) ) - Bernard Minier

 


Wydawnictwo Rebis, Moja ocena 5,5/6
Kolejna bardzo dobra, mocna i przemawiająca do wyobrażni historia pióra Miniera. Przeczytałam wszystkie wydane u nas książki tego autora. I choć żadna nie dorównała genialnemu moim zdaniem Bielszemu odcieniowi bieli, to Minier nadal trzyma wysoki poziom i zapewnia kilka godzin dobrej, mocnej rozrywki. Szczerze zachęcam do lektury.
Spirala zła to już 8 cześć cyklu z Martinem Servazem. Jest to świetny, bardzo przeze mnie lubiany bohater, który trudne, bardzo nieoczywiste zagadki, zbrodnie rozwiązuje w inteligentny sposób.
Tym razem akcja rozpoczyna się w Tuluzie. W tamtejszym Zakładzie Psychiatrycznym znalezione zostają zwłoki, które mają mnóstwo ran.Mężczyzna zmarł jednak nie od tych ran, a od użądlenia pszczół, które znajdowały się...w jego gardle. Sprawa od początku jest dziwna, zagadkowa, taka jakie lubi Servaz.
Kolejny wątek przenosi nas w Pireneje, gdzie mieszka znany reżyser horrorów Morbus Delacroix. Jest on osoba skrytą, tajemniczą, żyjąca w wyjątkowym odosobnieniu. Pewnego dnia zaproszenie do jego samotni dostaje młoda doktorantka Judith. Co połączy tych dwoje? Jaką zagadkę skrywają? Czy będzie zbrodnia? Co ma do tego śmierć w Tuluzie? Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedż w trakcie lektury tej bardzo dobrze napisanej książki.
Już od pierwszej strony nasuwa się pytanie dokąd tym razem Servaza zaprowadzi to śledztwo? A gdy będziecie przekonani, iż wiecie, co i jak, szybko okaże się, że autor umiejętnie wodzi czytelnika za nos i tak naprawdę nie wiecie nic. Bardzo dobra, przerażająco realna książka, która od pierwszej strony chwyta w swoje macki i obezwładnia niepokojem, ale i mocno zaciekawia. Do tego ponura, mroczna, oblepiająca niczym smoła, gęsta atmosfera, tak charakterystyczna dla tego francuskiego pisarza.
Dochodzi do tego, iż w pewnym momencie sama zagadka kryminalna, prowadzone przez Servaza śledztwo są tylko tłem do zaprezentowania przemian zachodzących we francuskim społeczeństwie, zmian w ludziach i ukazania ich wynaturzonych poczynań. Trudno jednoznacznie określić czy Spirala zła to kryminał, czy bardziej powieść społeczno-obyczajowo-polityczna. Z pewnością to lektura mocna, aktualna, szokująca. Polecam.

piątek, 15 marca 2024

Kobiety, które śpiewały Młynarskiego - Joanna Nojszewska

 



Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 5/6
Bardzo ciekawy i bardzo dobry portret człowieka, artysty, którego znają wszyscy i który odcisnął ślad na życiu wielu osób, a jego utwory są słuchane, cytowane, śpiewane do dziś, mimo iż Jego już z nami nie ma.
Jest to zbiór wypowiedzi, wspomnień, anegdot, licznych dygresji, z których wszystkie toczą się wokół mistrza Młynarskiego i kobiet, którego śpiewały jego utwory, były w jego życiu ciągle obecne. Czyta się z wielką przyjemnością, tym bardziej jeżeli czytelnik (jak ja) choćby częściowo żył w tych samych latach.
Skarbem tej książki są wspomnienia, jakie wywołuje, uśmiech nostalgii i choćby chwile w innym świecie.
Świat Młynarskiego widziany oczyma kobiet jest ciekawy, wielowymiarowy, uśmiechnięty, choć nie pozbawiony nutki goryczy, nostalgiczny i taki, w którym większość z nas chciałaby się znaleźć, choćby przez chwilę.
Kobiety w życiu Wojciecha Młynarskiego to nie tylko te, które go otaczały, te żywe, namacalne. To także liczne bohaterki jego utworów, jak choćby te najsłynniejsze, jak np. panna Krysia czy prześliczna wiolonczelistka.
Książkę podczytywałam we fragmentach, a w tle brzmiały kolejne utwory bohatera. Przyznam, iż niejedna łza mi się w oku zakręciła. Cóż, to był inny świat, inne czasy. Wspomnienia, tęsknota jednak mają wielką moc.
Kobiety....czyta się fantastycznie. To świetna wyprawa w przeszłość, tę dalszą i bliższą, podróż do arcyciekawego świata. Joannie Nojszewskiej udało się zdobyć wyjątkowe wspomnienia, cudowne anegdoty, zanalizować teksty piosenek, a na dodatek wspaniale, zręcznie pobawić się słowem. Polecam. 


 



poniedziałek, 11 marca 2024

Asymetria Cykl: Alicja Mort (tom 1) - Bartosz Szczygielski

 


Wydawnictwo IV Strona, Moja ocena 5,5/6
Szczygielski po raz kolejny na równi zaskoczył jak i zachwycił. Różne są, nieraz skrajne, opinie o twórczości Szczygielskiego. Mnie niezmiennie satysfakcjonuje, zadziwia, a w wielu miejscach zachwyca. Doskonały, niejednoznaczny pisarz.
Każdą kolejną książką autor udowadnia, iż warto sięgnąć po Winni jesteśmy wszyscy, Nie chcesz wiedzieć, ale i np. Krok trzeci, Serce, Aorta. Każda książka Szczygielskiego jest zdecydowanie warta lektury, każda jest inna od poprzedniczek. Bartosz Szczygielski to zaskakujący i doskonale rokujący pisarz, którzy nie powiedział jeszcze ostatniego zdania.
Nie inaczej jest z Asymetrią. Autor lubuje się w bardzo ciekawych, nieszablonowych, zapadających w pamięć bohaterach. Na kartach Asymetrii pojawia się nowa bohaterka, Alicja Mort, która potrafi „czytać ludzi”. Co to oznacza? Alicja czyta z ludzi, ich mimiki, tonu głosu, gestów, nawet z mrugnięć okiem, wie kiedy ktoś mówi prawdę, a kiedy kłamie. Jak spożytkuje swoje niezwykłe zdolności? Dokąd ją to zaprowadzi? Gwarantuję wam, że będzie się działo i będzie zaskakująco, jak to u Szczygielskiego.
Narracja toczy się dwutorowo. Możemy naprzemiennie śledzić wydarzenia rozgrywające się w teraźniejszości oraz fakty z przeszłości. Pozwala to dopasować do siebie elementy, które same w sobie, osobno niewiele znaczą. Poprawia to dynamizm fabuły, zwiększa nasza wiedze, ale w żaden sposób nie ułatwia rozwikłania zagadki. To byłoby za proste.
Fabuły wam nie streszczę. Nie ma to sensu. Akcja, przebieg wydarzeń a zbyt skomplikowane z jednej strony, a z drugiej szkoda o nich pisać zdradzając w ten sposób najciekawsze. Nadmienię tylko, iż Asymetria to z jednej strony bardzo ciekawy kryminał i powieść obyczajowa w jednym, a z drugiej strony niezwykłe studium postaci, ludzi, ich zachowań i tego do czego są zdolni.
Wydarzenia ręcznie prowadzone przez autora nie czynią czytelnika bezwolnym czytaczem, a wręcz zmuszają do uruchomienia szarych komórek, do zadania sobie sporej porcji trudu, żeby zrozumieć. Czytelnik czuje się wręcz uczestnikiem wydarzeń, a z pewnością inteligentnym, równoprawnym pisarzowi i bohaterom uczestnikiem wydarzeń.
W treści znajdziemy także sporo elementów, które po dłuższej chwili okażą się fałszywymi. To może zirytować, bo w pewnym momencie jesteśmy pewni, że już, już wiemy, że to tak powinno być...a tu zdziwienie. Autor z nas jakby kpił, podsunął fałszywe tropy. I czytelnik się irytuje. Jak się okaże, wszystko to było czynione w jednym konkretnym celu. Czytelnik musi się wysilić, mocno napracować i wszystko jest konsekwentnie, bez udziwnień, bez pogubienia wątków, logicznie i zaskakująco doprowadzone do końca. A wtedy wielkie zaskoczenie i okaże się, że wszystko jest tak, jak powinno być, wszystko ma swój sens.
Mocna, doskonale napisana, niejednoznaczna książka, miks kryminału ( bo w końcu i trup i śledztwo są) z powieścią psychologiczną, obyczajową. Trudno jednoznacznie określić, co jest dominujące. Sami się przekonajcie. Warto.
To świetna, na każdej kolejnej stronie mocno zaskakująca i bardzo inteligentna powieść. Polecam i czekam niecierpliwie na kolejną książkę Bartosza Szczygielskiego.

piątek, 8 marca 2024

Podziemia - Don DeLillo

 



Wydawnictwo Noir sur Blanc, Moja ocena 6/6
Potężna zarówno jeżeli chodzi o ilość stron (920), jak i treść i uczucia, które kłębią się w czytelniku, książka.
Ogrom stron może przerażać, ale znałam twórczość Dona De Lillo i wiedziałam, że to świetny pisarz, który mistrzowsko włada piórem i jest fantastycznym gawędziarzem, inteligentnym, zmuszającym do uwagi, przykuwającym.
Można napisać, iż De Lillo to wręcz ikona amerykańskiej literatury,ikona- symbol całej Ameryki. Bo osią, sensem książek tego pisarza jest właśnie Ameryka, różna, daleka od tej reklamowanej w familijnych filmach, czasami, ba często, okrutna, brudna, porażająca. Warto książki DeLillo poznać choćby dla tej obdartej z lukru krainy. Ale nie tylko. DeLillo to po prostu świetny, genialny pisarz. Każda jego książka to niesamowita przygoda czytelnicza.
Podziemia to najbardziej monumentalna z książek tego pisarza. Akcja, treść rozpoczyna się od od meczu baseballowego z 1951 roku, a kończy na latach 90. Przy czym fabuła, chronologia ułożone są w innym porządku, są nieoczywiste, zadziwiają i zmuszają do pełni uwagi.
Trudno napisać o czym jest ta książka. To zbyt trudne, wielowątkowe, skomplikowane. Bez wątpienia to bardzo liczna w bohaterów opowieść. Postaci jest całe mnóstwo. Bohaterem jest Ameryka, ale są i ludzie, brudni, często odstraszający, nieoczywisty. Jedna postać przechodzi w drugą. Czynność oczywista, jak np. mecz baseballowy w próby atomowe. Wydaje się wam to bez sensu? Takim może być, do czasu gdy nie zagłębicie się w lekturę, nie poświęcicie jej 100% uwagi.
Nie ukrywam, to trudna książka, porywająca, ale trudna, wymagająca. Jednak mimo skomplikowania i nieoczywistości Podziemia zapierają dech w piersiach i zabierają na trudną, ale i wspaniałą przejażdżkę przez Amerykę, jej cudowności, brudy, przez miejsca naznaczone ludżmi, ich pragnieniami, zagubieniami. Polecam. Uznanie dla tłumacza Michała Kłobukowskiego, dokonał wg. mnie cudu translatorskiego.

sobota, 2 marca 2024

Kolczaste łzy - S.A. Cosby

 



Wydawnictwo Agora, Moja ocena 6/6
Powieść została wydana w USA trzy lata temu. Potwierdziła ona istniejąca już opinię, że S. A. Cosby to świetny pisarz.
Kolczaste łzy są specyficzne, bez subtelności, walące prosto z mostu, ostre, bezkompromisowe. Fabuła z dwoma bohaterami, białym i czarnoskórym, na różnych etapach życia, których połączy los. Jeden z nich, bo to dwóch męźczyzn, to lekkoduch, nie lubiący pracy, żyjący chwilą, obecnie żyjący w przyczepie i spędzający dzień na piciu. Drugi z bohaterów jest jego przeciwieństwem, dorobił się majątku, pozycji i twardej skóry, której nic, nawet najgorsze rasistowskie obelgi, nie rusza. Różnice nie do zatarcia, tak może się wydawać. Jednak to tylko pozory. Połączy ich śmierć młodego małżeństwa, dwóch wspaniałych młodych mężczyzn, którzy się kochali i zostali zabici bo byli homoseksualistami. To wydarzenie, ta tragedia zmieniają wszystko w ich życiu.
Niby znane, zdarte do bólu, ale wszystko zależy od tego, jak banał jest potraktowany, jak opisany. Autor świetnie włada piórem, napisał naprawdę mocną, przemawiająca do czytelnika historię.
Ike i Buddy, ludzie starej, konserwatywnej daty, nie rozumiejący, nie akceptujący zmian w świecie wokół nich, zderzają się z niewyobrażalna tragedią. Na największe brawa zasługują genialnie nakreśleni bohaterowie. Cosby stworzył mistrzowskie postaci, które na bardzo długo zapadną w pamięć czytelnika.
Cała historia będzie toczyć się wokół rozpaczy, dramatu i zemsty, oraz tego, że tak naprawdę niewiele nas dzieli. Zemsta w pewnym momencie wysuwa się na plan pierwszy. Ma być ostra, bezlitosna, ma być odegranie się na tym, na tych, którzy zabrali bohaterom, to co najważniejsze. Co z tego wyniknie? Tego nie zdradzę, Zachęcam za to do lektury. Wspaniała opowieść.
Kolczaste łzy udowadniają, iż nie istotne, jak banalny jest scenariusz. Faktycznie liczy się tylko wykonanie. Polecam. Wspaniała, chwytająca za gardło, serce, poruszająca historia z wątkiem moralizatorskim i przesłaniem do świata.



wtorek, 27 lutego 2024

Czarownica z Bostonu - Chris Bohjalian

 



Wydawnictwo Sonia Draga, Moja ocena 5/6
Każda książka tego autora jest inna, każda równie fascynująca, niebanalna, momentami nawet niezwykła. Nigdy nie wiadomo czego się po autorze spodziewać. Czarownica z Bostonu jest tego kolejnym dowodem.
Jest to książka różniąca się od poprzednich chociażby dlatego, że jej akcja rozgrywa się w I połowie XVII wieku. Jest to niezwykle poruszająca historia Mary, która chciała tylko prawa do decydowania o swoim losie, m.in prawa do rozwodu z okrutnym, brutalnym alkoholikiem. W XVII wieku było to nie do pomyślenia. Za to, za odwagę wyjścia z narzuconych ram, za bycie mądra kobietą Mary stanęła przed sądem. Ponieważ była młoda, piękna, waleczna i mądra, dużo mądrzejsza od oskarżających ją mężczyzn, został postawiony jej zarzut bycia czarownicą. Dla nas, żyjących w XXI wieku, to śmieszne. Mary z pewnością do śmiechu nie było. Jej walka o wolność i samostanowienie, szczęście szybko okazała się heroiczną walką o życie. Bardzo mocno jej kibicowałam.
Historia z pozoru banalna, jakich wiele. To fakt. Wielu autorów bazuje na znanych schematach, wydarzeniach, które ktoś inny opisał. Wszystko jednak zależy od tego w jaki sposób znana historia zostanie opisana, jaki autor to uczyni. Bohjalian jest wyjątkowym pisarzem. Jest świetnym, doskonale władającym piórem pisarzem, a jego książki są na najwyższym poziomie i zabierają czytelnika w niesamowitą podróż. Czyta się je genialnie, choć nie ukrywam, to książki dla cierpliwych, lubiących delektować się słowami, powoli snutą historią. W Czarownicy z Bostonu nie ma grama pospiechu, jakiegokolwiek elementu sensacji np. ala Dan Brown. To zupełnie inny rodzaj literatury.
Nie jest to lekka, łatwa książka, chociaż z pozoru taką może się wydawać. Bohjalian jak zwykle wiele wymaga od swoich czytelników, ale i wiele im daje. Przede wszystkim niesamowitą, inteligentną rozrywkę, niebanalną lekturę i sporą porcję zaskoczenia. Polecam. Gwarantuje czytelniczą satysfakcję i zaskoczenie.


 


piątek, 23 lutego 2024

Cywilizacja komunizmu - Leopold Tyrmand

 


Wydawnictwo MG, Moja ocena 6/6

Powrót po kilku latach do dzieł ubóstwianego przeze mnie bezkrytycznie (tak, przyznaję to) Leopolda Tyrmanda i ciągle odnajduję w jego dziełach coś nowego.
Tyrmand tak pisał w swojej książce (...) Życie w komunizmie jest piekłem, ale nie dla wszystkich. Jest piekłem dla ludzi dobrej woli. Dla uczciwych. Dla rozsądnych. Dla chcących pracować z pożytkiem dla siebie i dla innych. Dla przedsiębiorczych. Dla tych, którzy chcą coś zrobić lepiej, wydajniej, ładniej. Dla tych, którzy chcą rozwijać, wzbogacać, pomnażać. Dla wrażliwych. Dla prostolinijnych i skromnych. Natomiast dobrze prosperują w komunizmie głupcy niedostrzegający własnej marności i śmieszności. (...)
To tylko fragment Cywilizacji komunizmu, ale dokładnie obrazuje on, co autor sądził o komuniżmie i życiu w tym ustroju.
Losy wojenne rodziny Tyrmanda były dramatyczne - ojca zamordowano na Majdanku, matka przeżyła i po wojnie wyemigrowała do Izraela. Z rodziny ojca ocalała czwórka rodzeństwa. Cała rodzina matki zginęła w warszawskim getcie. Po powrocie do kraju (1946) Tyrmand pracował najpierw jako dziennikarz w Expresie Wieczornym i Słowie Powszechnym. Co i w jakich warunkach tworzyli wtedy dziennikarze, możemy się tylko domyślać. Daleko im było do wolności słowa. A, że Tyrmand był przede wszystkim nonkonformistą i to przez duże N, było mu wyjątkowo trudno.
Podejście pisarza do komunizmu, do życia w nim wynika z jego nastawienia i życiowych doświadczeń. Bunt na ile mógł wyrażała słowem pisanym, ale i ubiorem, stylem bycia. Współcześni mu różnie go traktowali. Dla niektórych był nikim, człowiekiem przegranym, któremu powinęła się noga, wariatem, co nie chce zrozumieć dziejowej konieczności i nie bierze udziału w realizacji postulatów socrealizmu. Dla niektórych był barwną postacią Warszawki, cynicznym bikiniarzem w kolorowych skarpetkach, arbitrem elegancji, propagatorem zachodnich nowinek. Dla niektórych był wzorem postawy niezłomnej, człowiekiem, który niedostatek i brak możliwości publikowania przedłożył nad ewentualną karierę i zaszczyty – z lojalności dla swoich przekonań.
Przez wielu uważany był jednak za człowieka o niezłomnej postawie. Dlaczego? Z wielu powodów, ale wg. mnie najbardziej jaskrawym tego przykładem może być powód, dla którego stracił pracę w Tygodniku Powszechnym - wraz z całą redakcją – odmówił druku nekrologu Stalina w wersji podyktowanej przez władze. Został wtedy, podobnie jak inni pracownicy Tygodnika obłożony nieoficjalnym zakazem druku. Utrzymywał się z przypadkowych zajęć: korepetycji, pisania reklam i sprzedaży własnych opowiadań na scenariusze filmowe. Tyrmand był człowiekiem z twardym karkiem i twardym charakterem, w żadnym wypadku nie był chorągiewką wiejącą zgodnie z wiatrem komunistycznym.
Zastanówmy się - ilu z nas potrafiłoby się w tamtych czasach, w tamtej rzeczywistości nie ugiąć się, wytrwać w swoich poglądach? A Tyrmand wytrwał. Przy tym był postacią niezwykle barwną - wielbicielem jazzu, kolorów, wolności i życia po prostu.
Trudno jednoznacznie ocenić, zaklasyfikować Cywilizację komunizmu. Nawet sam autor tego nie robi. Twierdzi za to, że książka ta (...) nie ma absolutnie pretensji naukowych, ani publicystycznych, ani dziennikarskich. Ma pretensje literackie. Mimo to nie jest ani beletrystyką, ani literackim esejem. Jest ona pamfletem na komunizm, zamierzonym przejaskrawieniem istniejącej rzeczywistości. (...)
Wg. mnie to niesłychane, kolejne, zdecydowanie warte poznania dzieło Leopolda Tyrmanda, człowieka wyjątkowego, niezwykłego, wartego zapamiętania. Polecam ze względu na wspaniały język, warsztat i celne oko autora.
Tych, którzy znają i jak ja uwielbiają dzieła autora, do lektury zachęcać nie trzeba.
Pozostałym pozostaje tylko sięgnąć po którekolwiek z dzieł Leopolda Tyrmanda i poznać tego niezwykłego człowieka, którego dzieła są niejako przedłużeniem i zwierciadłem jego życia. Leopold Tyrmand potrafił żyć tak, jak sam chciał, a nie tak, jak tego od niego oczekiwano. To ogromny dar, a wolność, którą wybrał jest najważniejsza. Każdy z nas ma wielkie plany, marzenia, ale niewielu ma możliwość i odwagę je realizować i żyć po swojemu. Tyrmand potrafił. I chwała mu za to.

środa, 21 lutego 2024

Wracam do domu - Karin Smirnoff

 



Wydawnictwo Poznańskie, Moja ocena 6/6
3. tom serii Saga Rodziny Kippów. Czy równie mocny, doskonały i poruszający, jak wcześniejsze części? Napisze jedno, Karin Smirnoff we wszystkich tomach umieściła absolutnie wszystkie ludzkie traumy, przywary, cechy negatywne (tych najwięcej) i pozytywne (tych dużo mniej), dała czadu, jak to się kolokwialnie mówi.
Literatura skandynawska słynie z wręcz wiwisekcji ludzkich charakterów, przywar, przeszłości. Jednak w Sadze Rodziny Kippów skumulowało się dosłownie wszystko. Może na tym tez polega siła tej trylogii, każdy, absolutnie każdy czytelnik w historii Jany znajdzie mniej lub więcej własnych przeżyć, uczuć, wahań, traum.
Dzieło, które stworzyła Smirnoff jest naprawdę genialne i koniecznie trzeba je poznać.
Sama Jana, postać dziwna, kuriozalna, ale też na swój sposób bliska czytelnikowi. Bez wątpienia to inna bohaterka niż te znane z wcześniejszej literatury. Pisarka na kartach trylogii powołała do życia niesamowitą kobietę, uosobienie nas samych, kogoś, kto jest dziwnie bliski większości z nas. Jana Kippo zapada w pamięć na bardzo długo, o ile nie na zawsze.
Od początku lektury Wracam do domu zastanawiałam się, czy w tym finałowym tomie Janę spotka coś dobrego, czy to czas na dobre zakończenie, na coś pozytywnego. Nie zdradzę wam, jaki będzie finał. Gorąco za to zachęcam do lektury tej książki i całej trylogii. Nadmienię tylko, iż Wracam do domu to najtrudniejszy ze wszystkich tomów.
Rozpacz, łzy, krzyki, cierpienie wyzierają z każdej kolejnej strony. Tak jest także w poprzednich tomach. Jednak w 3. części ogrom bólu, ale i nadziei jest wprost niewyobrażalny.
Trudno także czyta się ze względu na sposób pisania autorki. Brak interpunkcji to jedno, do tego przyzwyczaiły nas poprzednie tomy. Tutaj doszła przedziwna zabawa narracją. Sami zobaczycie o co chodzi. Polecam. Nastawcie się jednak na bardzo trudną lekturę.


środa, 14 lutego 2024

Popłynę przed siebie jak rzeka - Shelley Read

 



Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 5,5/6

Bardzo dobra, mocna i bolesna książka o dorastaniu, podejmowaniu trudnych decyzji, miłości, zyskach, stratach i tym, co tak naprawdę się w życiu liczy.
W to wszystko bardzo zręcznie wplecione są większe i mniejsze, tak naprawdę chyba wszystkie, bolączki XX wieku. Wielu z nas we fragmentach tej bardzo mocno działającej na czytelnika historii, odnajdzie elementy własnego życia.
Większość czytelników będzie solidaryzować się z Victorią, nastolatka, która zbyt szybko musi wejść w dorosłe życie, zajmować się farmą, na której jest jedyną kobieta, usługiwać, doglądać i spełniać wszystkie zachcianki męskiej części rodziny, w tym okrutnego w słowach, okaleczonego na wojnie wujka. Dlaczego Violetta się na to godzi? Po prostu nie zna innego życia. Pamiętajmy, to lata 50. XX wieku, mała, zabita dechami miejscowość gdzieś w USA, kwintesencja prowincji. Gdzie młoda, dorastająca dziewczyna mogła dowiedzieć się, że istnieje inne, normalne życie?
W trakcie całej lektury trzymałam kciuki za Victorię, współczułam jej, a jednocześnie podziwiałam za mocny charakter. Autorce udało się stworzyć niesłychanie ciekawą bohaterkę. Warto ją poznać.
Warto też zwrócić uwagę na fakt, iż pewne aspekty, pewne demony z jakimi zmaga się społeczeństwo, są ciągle aktualne. Co prawda akcja książki toczy się w połowie XX wieku w USA, jednak kwestie jakie omawia Read były i są nadal aktualne także dla nas żyjących w Europie. Pewne sprawy, kwestie nigdy nie ulegają przedawnieniu, są zawsze ważne. Polecam. Trzeba przeczytać. Nie dziwię się, że książka najpierw skradła serca czytelników w USA. Po krótkim okresie czasu identycznie było z czytelnikami Europy. Moje serce Shelly Read i jej bohaterka porwały na długo. Intensywność emocji, doznawanych przeżyć, to wszystko z kart książki przenika do naszego umysłu i serca.
Dajcie się porwać historii Violetty, ciągle aktualnej, ponadczasowej.





czwartek, 8 lutego 2024

Dwurnik. Robotnik sztuki - Małgorzata Czyńska



Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 5,5/6
Dwurnik...to bardzo ciekawy i świetnie skonstruowany, przeprowadzony wywiad - rzeka, który autorka przeprowadziła z artystą między kwietniem a wrześniem 2015 roku, czyli 3 lata przed śmiercią artysty.
Edward Dwurnik, jako rozmówca i artysta to niezwykle ciekawy człowiek, niebanalny, odrobinę nonszalancki, prowokujący, wymykający się jakimkolwiek szablonom i klasyfikacją. Był także ciekawym i bardzo płodnym, pracowitym artystom. Stworzył niewyobrażalną ilość ponad 6 tysięcy obrazów i 20 tysięcy rysunków, akwarel oraz kolaży. Bez wątpienia był, jest jednym z najbardziej znanych, rozpoznawalnych i charakterystycznych polskich artystów.
Wielu osobom jego nazwisko nic nie powie. Jednak gdy zobaczycie choćby jedną z prac Dwurnika, od razu będziecie wiedzieć o kogo chodzi. Dzieła tego artysty to swoista kronika ówczesnej Polski, siermiężności, założeń PRL, życia w tym okresie. Najlepiej o tym świadczą nazwy cykli obrazów, np. Podróże autostopem, Robotnicy, czy (bardzo nieoczywiste w nazwie) Sportowcy. Co ciekawe, Sportowcy nie dotyczą sporty w sensie wysiłku fizycznego, a sportów papierosów, które w tamtym okresie palono w każdym miejscu.
Co prawda w twórczości artysty można wydzielić pewne okresy, etapy, ale jednak twórczość Dwurnika jest jednolita (dla przeciętnego człowieka) i bardzo charakterystyczna. Jego prace są porównywalne w pewnym stopniu z twórczością Nikifora, od którego Dwurnik bardzo wiele przyjął, m.in. realizm i groteskę oraz tak charakterystyczną zabawę kreską i kolorem.
Książka - wywiad to niezwykła opowieść o życiu artysty, szczególnie o młodości, której najlepsze lata przypadły na siermiężny PRL. Ten wywiad to także wspaniała podróż w czasie, niezwykła kronika i barwna przygoda oraz okazja do poznania niebanalnego, ba wręcz niezwykłego człowieka, który zmarł w 2018 roku.
Tę podróż urozmaicają dowcipy, gagi, anegdotki, które opowiadają o chorych latach, odnajdywaniu się w nich, życiu i twórczości niebanalnego człowieka. Cennym uzupełnieniem są też liczne zdjęcia, ilustracje.
Gorąco zachęcam, niezwykła, świetnie poprowadzona rozmowa, wspaniała lektura.

 

 


niedziela, 4 lutego 2024

Jedziemy z matką na północ - Karin Smirnoff

 



Wydawnictwo Poznańskie, Moja ocena 5,5/6
2. tom serii Saga Rodziny Kippów. Czy równie mocny, doskonały i poruszający, jak część 1.?
Mimo, iż po lekturze Pojechałam do brata na południe wiedziałam, że może to być mocna lektura, to jednak 2. część ponownie mnie zaskoczyła.
Jest to niezwykle bolesna książka, pełna cierpienia, rozdrapywania ran, ale i nadziei.
Literatura skandynawska słynie z analizy człowieka, jego wnętrza, rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze. Jestem do tego przyzwyczajona.
Jednak książka Jedziemy z matką na północ nawet mnie zaskoczyła i wręcz zabolała, mnie starą wyjadaczkę skandynawskiej prozy i wiwisekcji człowieka.
Od razu zaznaczę, trzeba tę serię czytać w całości. Bez sensu jest czytanie jednego tomu w oderwaniu od kolejnego czy poprzedniego. Ta seria musi być czytana w kolejności całościowo. To, co poznamy, czego dowiemy się w Pojechałam do brata na południe, te trupy w szafie, duszna atmosfera, drążenie duszy, ma to to ogromny wpływ na odbiór Jedziemy z matka na północ i na zrozumienie co, jak i dlaczego.
W tej części autorka za główną bohaterkę wybiera sobie córkę, jej umysł, dusze, doznania. Szczegółowa analiza i wiwisekcja dotyczy tym razem jej. Liczne retrospekcje z domu zła, miejsca, w którym dorastała bohaterka, gdzie kształtował się jej charakter umysł, gdzie toczyła się walka. Szczerze, to jest porażające. Smirnoff wręcz epatuje złem, wynaturzeniem, wszelaką dysfunkcją. Różnicą jeżeli chodzi o tom 1., jest fakt, iż tym razem akcja nabiera mocnej, ostrej dynamiki.
Rozpacz, łzy, krzyki, cierpienie wyzierają z każdej kolejnej strony. Ogrom bólu, ale i nadziei jest niewyobrażalny. Mimo, iż jest to doskonała proza, świetne pióro, sama fabuła wciąga, nie byłam w stanie czytać książki na jedno posiedzenie, dawkowałam ją sobie, we fragmentach. Poza tym nie spotykany w innych książkach brak interpunkcji, wszystko, nawet imiona i nazwy pisane małą literą i wiele innych hmmm smaczków, które nie ułatwiają lektury.
Oprócz niesamowitego obrazu patologicznej, krzywdzącej rodziny, traumy dwojga poranionych ludzi, niesamowitej wiwisekcji ich dusz, reakcji, uczuć, na uwagę zasługuje także genialny obraz niewielkiej, zamkniętej społeczności, w której każdy cierpi i nikt nie ma nadziei. Polecam. Trudna doskonała książka.


wtorek, 30 stycznia 2024

Gorzki smak czekolady Lucullus - Leopold Tyrmand

 



Wydawnictwo MG, Moja ocena 6/6

Powrót po kilku latach do dzieł ubóstwianego przeze mnie bezkrytycznie (tak, przyznaję to) Leopolda Tyrmanda.
Tym razem podczytywałam od kilku dni, po trochu opowiadania. Bo tym jest Gorzki smak..., zbiorem 14 opowiadań.
Wiem, opowiadania nie należą do najbardziej lubianych form literackich, gro czytelników woli dłuższe utwory. Ale opowiadania same w sobie maja to coś, ukazują wielkość (albo płyciznę) ich autora. Sztuką jest bowiem na kilkudziesięciu stronach zawrzeć wiele, tyle ile normalnie znajduje się na kilkuset (w normalnej, pełnowymiarowej powieści).
Rzadko któremu autorowi uda się tak zainteresować czytelnika, żeby nie mógł od lektury się oderwać. Tyrmandowi i jego opowiadaniom udało się to trudne zadanie. Czemu należy to przypisać? Moim zdaniem przede wszystkim talentowi Tyrmanda i tak unikalnej dla niego umiejętności posługiwania się piórem i operowania nim. Opowiadania są proste, a jednocześnie zawierają swoistą głębie, sporo w nich porównań, przenośni, ironii, obnażania absurdu ówczesnego okresu, czyli tego, co tak w Tyrmandzie cenię i co mnie już dawno ujęło w jego twórczości.
Dodatkowym atutem tego zbioru jest jego autor, niepokorny, nonkonformista, o życiu bujnym, niebanalnym, niepokornym i takim samym stylu pisania.
Gdy dodamy do tego fakt, iż Gorzki smak... to zbiór opowiadań, których bohaterem jest... życie samego Tyrmanda. To więcej moim zdaniem już nie potrzeba, żeby zachęcić do lektury.
Każde z opowiadań powstało w innym okresie, na innym etapie twórczości, rozwoju, życia pisarza. To nie oznacza, że dzielił je jakiś obłędny okres czasu, ale pisząc każde z tych opowiadań Tyrmand był inny.
Chociaż jestem (jak zwykle zresztą) zachwycona tym zbiorem, to jednak dostrzegam sporą różnicę między nimi, a np. Złym, czy Dziennikiem 1954. Opowiadania powstały zaraz po II wojnie światowej, w różnym odstępie czasu, ale jednak w przeciągu kilku lat po jej zakończeniu, czyli w zasadzie na początkowym etapie kształtowania się Tyrmanda, jako pisarza. Wydaje mi się, że były one swoistą wprawką do póżniejszej twórczości. Ale za to, jaka wprawką:)
Nie znaczy to, że opowiadania są złe, wręcz przeciwnie - są bardzo dobre, ale inne niż póżniejsze dzieła i odrobinkę, ale na prawdę odrobinkę gorsze od np. Siedmiu dalekich rejsów. Opowiadaniom zawdzięczamy jednak możliwość obserwowania, jak kształtował się Tyrmand, jako pisarz i poznania go, jako człowieka w tym okresie.
I to jest moim zdaniem w całym zbiorze najlepsze, najbardziej fascynujące. Bo (jak podkreślałam przy okazji innych recenzji dzieł Tyrmanda) w twórczości Leopolda Tyrmanda najlepszy jest sam Tyrmand:).
Opowiadania są wyjątkowo niebanalne, pomysłowe, niezwykłe, jak sam ich autor, a bohaterowie...majstersztyk. Dodatkowym atutem jest różnorodność tematyki.
Część z nich traktuje o końcówce II wojny światowej (choć grozy wojennej w nich nie czuć),a część o latach tuż po wojnie, o życiu, o sporcie, o miłości.
Do tego wszystko opisane tak wspaniałym, przepięknym, charakterystycznym dla pisarza językiem z wyjątkowym smakiem i spostrzegawczością.
Innym znakiem rozpoznawczym (oprócz języka) jest narracja w pierwszej osobie. Niezbyt ją lubię, muszę to przyznać. Lecz u Tyrmanda wyjątkowo mnie ona nie razi. Ba, wręcz jest niezbędna do wniknięcia w klimat tyrmandowskich utworów.
Opowiadania, podobnie, jak i pozostała twórczość Tyrmanda są ponadczasowe i takie, do których wraca się wielokrotnie.
Tych, którzy znają i jak ja uwielbiają dzieła autora, do lektury zachęcać nie trzeba.
Pozostałym pozostaje tylko sięgnąć po którekolwiek z dzieł Leopolda Tyrmanda i poznać tego niezwykłego człowieka, którego dzieła są niejako przedłużeniem i zwierciadłem jego życia.