Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leopold tyrmand. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leopold tyrmand. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Gorzki smak czekolady Lucullus i inne opowiadania

Wydawnictwo MG, Moja ocena 5,5/6
Kolejna książka ubóstwianego przeze mnie bezkrytycznie Tyrmanda.
Tym razem podczytywałam od kilkunastu dni, po trochu, opowiadania. Bo tym jest Gorzki smak..., zbiorem 14 opowiadań.
Wiem, opowiadania nie należą do najbardziej lubianych form literackich, gro czytelników woli dłuższe utwory. Ale opowiadania same w sobie maja to coś, ukazują wielkość (albo płyciznę) ich autora. Sztuką jest bowiem na kilkudziesięciu stronach zawrzeć wiele, tyle ile normalnie znajduje się na kilkuset (w normalnej, pełnowymiarowej powieści).

Rzadko któremu autorowi uda się tak zainteresować czytelnika, żeby nie mógł od lektury się oderwać. Tyrmandowi i jego opowiadaniom udało się to trudne zadanie. Czemu należy to przypisać? Moim zdaniem przede wszystkim talentowi Tyrmanda i tak unikalnej dla niego umiejętności posługiwania się piórem i operowania nim. Opowiadania są proste, a jednocześnie zawierają swoistą głębie, sporo w nich porównań, przenośni, ironii, obnażania absurdu ówczesnego okresu, czyli tego, co tak w Tyrmandzie cenię i co mnie już dawno ujęło w jego twórczości.
Dodatkowym atutem tego zbioru jest jego autor, niepokorny, nonkonformista, o życiu bujnym, niebanalnym, niepokornym i takim samym stylu pisania.
Gdy dodamy do tego fakt, iż Gorzki smak... to zbiór opowiadań, których bohaterem jest... życie samego Tyrmanda. To więcej moim zdaniem już nie potrzeba, żeby zachęcić do lektury.

Każde z opowiadań powstało w innym okresie, na innym etapie twórczości, rozwoju, życia pisarza. To nie oznacza, że dzielił je jakiś obłędny okres czasu, ale pisząc każde z tych opowiadań Tyrmand był inny.
Chociaż jestem (jak zwykle zresztą) zachwycona tym zbiorem, to jednak dostrzegam sporą różnicę między nimi, a np. Złym, czy Dziennikiem 1954. Opowiadania powstały zaraz po II wojnie światowej, w różnym odstępie czasu, ale jednak w przeciągu kilku lat po jej zakończeniu, czyli w zasadzie na początkowym etapie kształtowania się Tyrmanda, jako pisarza. Wydaje mi się, że były one swoistą wprawką do póżniejszej twórczości. Ale za to, jaka wprawką:)
Nie znaczy to, że opowiadania są złe, wręcz przeciwnie - są bardzo dobre, ale inne niż póżniejsze dzieła i odrobinkę, ale na prawdę odrobinkę gorsze od np. Siedmiu dalekich rejsów. Opowiadaniom zawdzięczamy jednak możliwość obserwowania, jak kształtował się Tyrmand, jako pisarz i poznania go, jako człowieka w tym okresie.  
I to jest moim zdaniem w całym zbiorze najlepsze, najbardziej fascynujące. Bo (jak podkreślałam przy okazji innych recenzji dzieł Tyrmanda) w twórczości Leopolda Tyrmanda najlepszy jest sam Tyrmand:).
Opowiadania są wyjątkowo niebanalne, pomysłowe, niezwykłe, jak sam ich autor, a bohaterowie...majstersztyk. Dodatkowym atutem jest różnorodność tematyki. 
Część z nich traktuje o końcówce II wojny światowej (choć grozy wojennej w nich nie czuć), a część o latach tuż po wojnie, o życiu, o sporcie, o miłości.
Do tego wszystko opisane tak wspaniałym, przepięknym, charakterystycznym dla pisarza  językiem z wyjątkowym smakiem i spostrzegawczością.  
Innym znakiem rozpoznawczym (oprócz języka) jest narracja w pierwszej osobie. Niezbyt ją lubię, muszę to przyznać. Lecz u Tyrmanda wyjątkowo mnie ona nie razi. Ba, wręcz jest niezbędna do wniknięcia w klimat tyrmandowskich utworów.
Opowiadania, podobnie, jak i pozostała twórczość Tyrmanda są ponadczasowe i takie, do których wraca się wielokrotnie. 

Tych, którzy znają i jak ja uwielbiają dzieła autora, do lektury zachęcać nie trzeba. 
Pozostałym pozostaje tylko sięgnąć po którekolwiek z dzieł Leopolda Tyrmanda i poznać tego niezwykłego człowieka, którego dzieła są niejako przedłużeniem i zwierciadłem jego życia. 


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Wędrówki i myśli porucznika Stukułki, czyli uwielbiany przeze mnie Tyrmand w akcji

Wydawnictwo MG, Moja ocena 6/6
Uwielbiam, kocham twórczość Leopolda Tyrmanda. Jak dla mnie był człowiekiem niezwykłym zarówno jeżeli chodzi o talent, jak i podejście do życia, szeroko pojęty nonkonformizm i to przez duże N. Współcześni mu różnie go odbierali. Dla niektórych był nikim, człowiekiem przegranym, któremu podwinęła się noga. Wariatem, co nie chce zrozumieć dziejowej konieczności i nie bierze udziału w realizacji postulatów socrealizmu. Dla niektórych był barwną postacią Warszawki, cynicznym bikiniarzem w kolorowych skarpetkach, arbitrem elegancji, propagatorem zachodnich nowinek. Dla niektórych był wzorem postawy niezłomnej, człowiekiem, który niedostatek i brak możliwości publikowania przedłożył nad ewentualną karierę i zaszczyty – z lojalności dla swoich przekonań. 
Ja cenię zarówno jego podejście do życia, postawę, jak i twórczość. 
Wędrówki i myśli... zaczęłam czytać, gdy tylko dostałam książkę w swoje ręce. Przepadłam od 1. strony i dawno tak świetnie, ale i inteligentnie nie bawiłam się w trakcie lektury. 
Tytułowy porucznik Stukułka to młody człowiek, niezwykle inteligentny, urodzony w pamiętnym, tak ważnym dla Polski A.D. 1920, wychowany na patriotę. Wynosząc  z domu pewne ideały, pielęgnując w sercu patriotyzm, tuż przed wybuchem II wojny światowej Stukułka zaciąga się do armii, konkretnie do 305 pułku piechoty, zostaje oficerem w czym pomagają mu na równi wykształcenie, bystrość i talenty organizacyjne. Jan Franciszek Stukułka, jak pisze Tyrmand, jest (...) cząstką drugiego dnia wojny, kiedy to Polska stała się początkowym natchnieniem świata (...). Już pierwsze dni służby (gdy Stukułka stoi w dymniku przyjemnej, chłopskiej chaty nieopodal Lidzbarka) weryfikują poglądy naszego bohatera, ba zmieniają je diametralnie. I zaczyna się problem, zarówno dla armii, jak i Stukułki. Ten ostatni, w przeciwieństwie do pozostałej części wojskowej kadry, rozumie, iż oszczędzanie podkomendnych jest ważniejsze niż ich tracenie. W tym poglądzie jest jednak raczej osamotniony. Nie będę opisywać poczynań, myśli i przygód porucznika S. Nadmienię tylko, iż jest on swoistym połączeniem Franka Dolasa ze znanego filmu Jak rozpętałem II wojnę światową z człowiekiem od mission impossible i kilkorga  innych filmowo-książkowych bohaterów. Bo Stukułka moi drodzy to typowy anty wzór bohatera narodowego. Stukułka nie chce walczyć, nie chce ginąć, nie rzuca się na wroga z patriotycznym okrzykiem na ustach, unika walki, jak może, ma w poważaniu w ten sposób objawiany patriotyzm. Jednak los kpi z niego w żywe oczy i Stukułka nie chce, ale musi. 
Jedna z tytułowych myśli porucznika brzmi tak..(...)  Niczego tak nie cierpię, jak bezcelowego i bezskutecznego bohaterstwa (...).
Tyrmand przeszedł sam siebie. Przemyślenia Stukułki, jego ucieczka z pola walki, analizowane przez niego porywy serca, to po prostu mistrzostwo literackie. Tyrmand nie bał się zajrzeć w głąb naszych serc, umysłów i obnażyć to co większość z nas Polaków przykrywała wielkimi, wzniosłymi patriotycznymi tekstami. W głębi duszy większość z nas była jest i będzie tchórzami, którzy za wszelką cenę chcą przeżyć. I nie ma w tym nic złego. Trzeba umieć tylko przyznać się do tego. Książka napisana wspaniale, lekko, ironicznie, z ogromnym wyczuciem i umiejętnością głośnego napisania niezbyt popularnych prawd. Twórczość Tyrmanda była wyjątkowa, była klasą sama w sobie. Jak podkreślałam przy okazji innych recenzji dzieł Tyrmanda, w twórczości Leopolda Tyrmanda najlepszy jest sam Tyrmand:). Jego teksty to prawdziwe perełki w zalewie większych i mniejszych literackich gniotów i gniotków. Szkoda, że takie teksty już nie powstają.
Znawców i miłośników twórczości Tyrmanda nie trzeba zachęcać do lektury. To niewątpliwie jeden z najbardziej utalentowanych i mało docenianych (poza wąskim gronem wielbicieli) pisarz powojennej Polski.Gorąco zachęcam do lektury i do wzięcia udziału w konkursie Wydawnictwa MG na dokończenie Wędrówek i myśli porucznika Stukułki. Szczegóły na stronie Wydawnictwa MG www.wydawnictwo.mg. Chociaż nie jestem pewna, czy komuś się to uda. Styl Tyrmanda, jego podejście do życia, do różnorodnych jego aspektów były jednak unikalne.

Moje recenzje książek Leopolda Tyrmanda:
Opowiadania wszystkie (klik)
Dziennik 1954. Wersja oryginalna (klik)  
Siedem dalekich rejsów (klik) 


poniedziałek, 1 października 2012

Tyrmandowie. Romans amerykański - Agata Tuszyńska

Wydawnictwo MG, Okładka twarda, 272 s., Moja ocena 6/6
Książkę przeczytałam „w odcinkach” już kilka dni temu, ale z recenzją czekałam do tygodnia, gdy nastąpi jej premiera.
Leopold Tyrmand, to jeden z najbardziej lubianych i cenionych przeze mnie pisarzy, to już wiecie. Jego książki recenzowałam tutaj i tutaj i tutaj też.
Miał niezwykle bujne życie, które mogłoby się śmiało stać kanwą nie jednego, a nawet kilku arcyciekawych filmów, czy biografii. Niestety, jak dotąd nie doczekał się swojej biografii. Coś tam próbował kilka lat temu na polu biograficznym działać Mariusz Urbanek, ale to wg mnie nie biografia, a jedynie wyimki z życia Tyrmanda. 

Dlatego z taką radością przyjęłam ukazanie się na naszym rynku książki Tyrmandowie, romans amerykański.
Kto czytał dzieła Tyrmanda, ten wie, że w Ameryce poznał młodziutką oczarowaną nim dziewczynę, wpatrzoną w niepokornego Polaka, jak w obrazek. Co innego wiedzieć, a co innego przeczytać tak intymną książkę, jaką jest właśnie omawiana pozycja. Mary Ellen Tyrmand zrobiła wielką i odważną rzecz, udostępniła nam fanom (ale także przeciwnikom Tyrmanda) fragmenty swojego życia w postaci listów i opowieści. A są to spore fragmenty,z  których wyłania się obraz wielkiego, płomiennego, choć niełatwego uczucia między 23 letnią studentka, a dojrzałym polskim pisarzem. Trąci trochę Pigmalionem B. Shawa, prawda? Ale na ile ten związek jest podobny do związku bohaterów Pigmaliona, musicie się przekonać sami w trakcie lektury.

Młodziutka Mary Ellen.

Tyrmandowie.


Nie chcąc za bardzo streszczać książki nadmienię tylko, że spotkanie Tyrmanda z Mary Ellen nastąpiło w bardzo trudnym dla pisarza okresie. Jako zagorzały i niepokorny antykomunista opuścił ojczyznę, przybył do Ameryki i po początkowym zachwycie Amerykanów jego osobą,  nagle wielka cisza, nic się nie dzieje. I wtedy spotykają się- on po przejściach, a ona...no właśnie...tego nie zdradzę, nie zdradzę tego, kto kogo w zasadzie uwiódł, poderwał, zauroczył...jak zwał tak zwał.
To opowieść o wielkim, uczuciu, takim, jakie zdarza się raz w życiu, a i to tylko nielicznym, szczęśliwym wybrańcom losu. Takimi wybrańcami byli Mary Ellen i Leopold Tyrmandowie. Żyli wspólnie przez 15 lat i doczekali się dwójki dzieci. Na punkcie bliźniąt Tyrmand oszalał, stał się wspaniałym ojcem, o co nikt nigdy by go nie podejrzewał, tym bardziej, że ojcem został w wieku 61 lat.
Tyrmandowie z dziećmi.
Po latach pisarz przyznał żonie: Stałaś się ważniejsza niż pisanie, to niezwykły komplement z ust byłego playboya (jego podboje są licznie wspomniane m.in. w Dzienniku 1954  moja recenzja tutaj) i człowieka, który przez lata twierdził wszem i wobec, że nigdy żadna kobieta nie będzie dla niego ważniejsza niż pisanie.
Z opowieści Mary Ellen wyłania się obraz trudnego, ale bardzo przez nią kochanego człowieka, który nawet po ślubie, mając u boku cudowną, młodą kobietę nie wyrzekł się romansów, a ona je przeczekiwała. Czy cierpliwie? Tego nie zdradzę:).
Tyrmandowie. Romans amerykański to świetna pozycja skomponowana z rozmów, listów, fotografii oraz szkicu Henryka Daski Archiwum Tyrmanda. Tak dobra kompozycja to zasługa Agaty Tuszyńskiej, która po raz kolejny potwierdziła swój talent w gromadzeniu i redagowaniu materiałów biograficznych. Tutaj  recenzowałam wspaniałą biografię pióra Agaty Tuszyńskiej, Oskarżona Wiera Gran.

Tuszyńska stworzyła wespół z Mary Ellen swoisty kolaż myśli, rozmów, listów, wspomnień, zdjęć i uczuć o wielu barwach.
Na początku książki znajdziemy także dedykacje, bardzo zresztą osobiste:
Dla Leopolda i Henryka, którzy zmienili nasze życie - Mary Ellen Tyrmand, Agata Tuszyńska. Henryk to Henryk Dasko, mąż Tuszyńskiej, a Leopold to wiadomo...niepokorny, ale jakże wspaniały Tyrmand.
Gorąco zachęcam do lektury, do wejścia w świat trudów i wielkiej miłości.

A poniżej zaproszenie od Wydawnictwa MG, Agaty Tuszyńskiej i Mary Ellen Tyrmand na promocje książki.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Opowiadania wszystkie - Leopold Tyrmand

Wydawnictwo MG, Okładka twarda, 384 s., Moja ocena 5,5/6
Opowiadania wszystkie Leopolda Tyrmanda czytałam od...kilku miesięcy. Książka nie jest gruba, opowiadanie doskonałe (zresztą, jak cała twórczość pisarza, którego jestem bezkrytyczną fanką, wręcz wielbicielką), ale nie jest to pozycja, którą można przeczytać „na raz”, „na jedno posiedzenie",  jak to mawiała moja babcia.
Wydawnictwo pokusiło się o zebranie (po raz pierwszy od ich powstania) w jeden tom opowiadań Tyrmanda.
Jest to zbiór 14 opowiadań. Może się wydawać, że nie dużo, a jednak dużo. Przede wszystkim dlatego, że tematyka jaką autor w nich porusza jest bardzo różnorodna. Tyrmand opisuje swoje przeżycia wojenne, fascynację sportem, snuje rozważania nad naturą ludzką. Ale przede wszystkim pisze o sobie, a czyniąc to – opisuje otaczający go świat, a był to świat niezwykle barwny, ciekawy, fascynujący, bzdurny, kuriozalny, ale na pewno nie nudny.
Poza tym każde z opowiadań powstało w innym okresie, na innym etapie twórczości, rozwoju, życia pisarza. To nie oznacza, że dzielił je jakiś obłędny okres czasu, ale pisząc każde z tych opowiadań Tyrmand był inny.
Chociaż jestem (jak zwykle zresztą) zachwycona Opowiadaniami...to jednak dostrzegam sporą różnicę między nimi, a np. Złym, czy Dziennikiem 1954. Opowiadania powstały zaraz po II wojnie światowej, w różnym odstępie czasu, ale jednak w przeciągu kilku lat po jej zakończeniu, czyli w zasadzie na początkowym etapie kształtowania się Tyrmanda, jako pisarza. Wydaje mi się, że były one swoistą wprawką do póżniejszej twórczości. I to wprawianie się pisarza w profesji widać. 
Nie znaczy to, że opowiadania są złe, wręcz przeciwnie - są bardzo dobre, ale inne niż póżniejsze dzieła i odrobinkę, ale na prawdę odrobinkę gorsze od np. Siedmiu dalekich rejsów. Opowiadaniom zawdzięczamy jednak możliwość obserwowania, jak kształtował się Tyrmand, jako pisarz i poznania go, jako człowieka w tym okresie.
Autor w ogóle należał do fascynujących osób, spójrzcie chociażby na moją recenzję jego Dziennika 1954  o tutaj (kliknij). 
Tą jego barwną, fascynującą i w okresie PRL-u unikalną osobowość, niechęć do poddania się oczekiwaniom otoczenia, widać dokładnie także w Opowiadaniach wszystkich.
Dzięki temu zbiór ten to swoisty kolaż, kolaż zarówno Tyrmanda, jego uczuć i charakteru (a charakterek miał, oj miał), jak i kolaż ówczesnej Polski.
Opowiadania, jako forma literacka cieszą się dużo mniejszym powodzeniem niż np. powieść. Rzadko któremu autorowi uda się tak zainteresować czytelnika, żeby nie mógł od lektury się oderwać. Tyrmandowi i jego opowiadaniom udało się to trudne zadanie. Czemu należy to przypisać? Moim zdaniem przede wszystkim talentowi Tyrmanda i tak unikalnej dla niego umiejętności posługiwania się piórem i operowania nim. Opowiadania są proste, a jednocześnie zawierają swoistą głębie, sporo w nich porównań, przenośni, ironii, obnażania absurdu ówczesnego okresu, czyli tego, co tak w Tyrmandzie cenię i co mnie już dawno ujęło w jego twórczości.
Poza tym cechą charakterystyczną tego zbioru opowiadań jest ich ogromna różnorodność tematyczna, pisze o pracy, o sporcie, o wojnie, dolach i niedolach codziennego życia, a przede wszystkim o sobie. Ten tom opowiadań na pewno ucieszy nie tylko wielbicieli Tyrmanda, jako pisarza, ale także Tyrmanda, jako człowieka.  W opowiadaniach znajdziemy sporo odniesień oraz  opisów wprost dot. życia pisarza.  I to jest moim zdaniem w całym zbiorze najlepsze, najbardziej fascynujące. Bo (jak podkreślałam przy okazji innych recenzji dzieł Tyrmanda) w twórczości Leopolda Tyrmanda najlepszy jest sam Tyrmand:).
Znawców i miłośników twórczości Tyrmanda nie trzeba zachęcać do lektury, a przeciwników opowiadań i nieznających Tyrmanda, gorąco zachęcam, dajcie szansę pisarzowi, na prawdę warto. Jego teksty to prawdziwe perełki w zalewie większych i mniejszych literackich gniotów i gniotków.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Gratka dla miłośników Tyrmanda, takich jak ja:)


Razem z Wydawnictwem MG mam przyjemność zapowiedzieć najnowszą książkę Agaty Tuszyńskiej
Tyrmandowie. Romans amerykański.
Książka ukaże się 3 października.
Latem 2010 roku Mary Ellen Tyrmand, wdowa po Leopoldzie Tyrmandzie, zajrzała do dziewiętnastowiecznej japońskiej komody w swoim nowojorskim mieszkaniu. Znalazła zaginiony – jak sądziła – pakiet listów z pierwszego okresu ich znajomości. I korespondencję z późniejszych lat. Ciągle się zastanawia, skąd się tam wzięły.
Tak zaczyna się opowieść o spotkaniu, miłości i małżeństwie Mary Ellen i Leopolda Tyrmanda.
Dziś Ona tak mówi o sobie: Jakkolwiek dziwnie mogłoby to zabrzmieć, czuję się bardziej Polką niż Żydówką. Całe pokolenia moich dziadków i pradziadków pochodzą z tamtych stron, z Europy Wschodniej.
30 września Mary Ellen Tyrmand po raz pierwszy przyjedzie do Polski!
Mary Ellen Tyrmand spędzi w Warszawie ponad tydzień, plus jeden dzień w Krakowie. W tym czasie spotka się z Czytelnikami książki o niej oraz książek jej męża.
  • Kalendarz spotkań autorskich Agaty Tuszyńskiej i Mary Ellen Tyrmand: 1 października 2012, godz. 19:00,
    Wrzenie Świata, ul. Gałczyńskiego 7, Warszawa, prowadzenie Karolina Głowacka

    2 października 2012, godz. 18:00,
    Muzeum Literatury, Rynek Starego Miasta 20, Warszawa, prowadzenie Jerzy Kisielewski

    4 października 2012, godz. 18:00,
    Empik Junior, ul. Marszałkowska 116/122, Warszawa, prowadzenie Jerzy Kisielewski

    5 października 2012, godz. 18:00,
    Biblioteka Narodowa, Warszawa, prowadzenie Tomasz Makowski

    6 października 2012, godz. 16:00,
    Księgarnia Matras, ul. Nowy Świat 41, Warszawa, prowadzenie Joanna Laprus-Mikulska

    7 października 2012, godz. 16:00,
    Księgarnia Matras, Rynek Główny 23, Kraków, prowadzenie Dorota Malinowska-Grupińska

O czym jest najnowsza książka Agaty Tuszyńskiej? Najkrócej mówiąc, o miłości.
On miał 50 lat, gdy ją poznał. Za sobą wojnę, legendę playboya w komunistycznej Polsce, literackie laury i gorycz politycznego wygnania. Autor pierwszego powojennego bestsellera w swoim kraju, sensacyjnej powieści o Warszawie Zły, był wówczas dwukrotnym rozwodnikiem, autorem kontrowersyjnym i zakazanym u siebie, rozpoczynającym nowy etap kariery w nieznanym kraju i języku. W Ameryce, stawał się właśnie znaczącą postacią w intelektualnych kręgach Nowego Jorku. Jego teksty zaczął drukować prestiżowy „New Yorker”, jeździł z wykładami po uniwersytetach. Jako człowiek zza żelaznej kurtyny, z wielką pasją tłumaczył Amerykanom sposób funkcjonowania komunizmu. 
Ona, studentka iberystyki Yale, czytała z młodzieńczym zachwytem jego artykuły, które jak niczyje inne wyrażały jej poglądy na świat. Marzyła o poznaniu owego niezwykłego moralisty. Miała 23 lata, kiedy napisała do niego pierwszy list i doprowadziła do spotkania. Zdziwiła się, że okazał się niski. Zakochała od razu, od chwili, kiedy starł jej z policzków nadmiar pudru. W jego inteligencji, wiedzy, poczuciu humoru. Nazywała go: Lolek. 
Jestem wielką fanką, ba maniaczką Tyrmanda, ale nie tylko, jako autora, ale jako człowieka, więc tym bardziej niecierpliwie oczekuję nowej książki o tym pisarzu. 
Autorkę, Agatę Tuszyńską znam ze świetnych biografii. Recenzowałam na blogu książkę o Wierze Gran, która bardzo mnie poruszyła.  Recenzja tutaj.      
Wierzę w profesjonalizm Tuszyńskiej, ale jestem ciekawa ile Tyrmanda uda jej się zawrzeć w opowieści o Tyrmandzie:).
Moje recenzje książek Tyrmanda  znajdziecie tutaj  i tutaj kolejna recenzja.


 

poniedziałek, 26 marca 2012

Dziennik 1954 wersja oryginalna. - Leopold Tyrmand

Wydawnictwo MG Okładka twarda, 544 s., Moja ocena 6/6
Właściwie to nie wiem od czego zacząć, a to bardzo rzadko mi się zdarza. Napiszę jednym słowem - REWELACJA. Fanką twórczości Tyrmanda byłam już wcześniej, ale po lekturze Dziennika... jestem fanką Tyrmanda także, jako człowieka. Jako pisarza cenię go za to, że wspaniale bawił się słowem, był jego mistrzem i genialnie wykorzystywał w swoich utworach otaczającą go rzeczywistość. Przykładem morze być recenzja Siedmiu dalekich rejsów, którą zamieściłam tutaj. Lubię i to bardzo biografie, autobiografie, ale Dziennik... jest czymś więcej, jest przede wszystkim studium epoki socjalistycznej, a w zasadzie jej wycinka - I połowy 1954r. Jest to także studium ukazujące wspaniałego (choć nie pozbawionego wad) człowieka, jakim był Tyrmand. Co ciekawe  w Dzienniku... spotkamy wiele słynnych osób, które były bliższymi lub dalszymi znajomymi autora, np. Herberta, Jasienicę, Kisiela, Turowicza. Poznajemy też prozę i poezję pisarza, świetnego obserwatora, znakomitego stylisty, którego wkrótce pozbyto się z Polski na stałe.
Sam tytuł może wydawać się niektórym dziwny lub co najmniej zastanawiający, mnie np. od razu nasunęło się pytanie - dlaczego 1954?  Przede wszystkim dlatego, że Dziennik 1954 jest kroniką określonego czasu, i to czasu jak na dziennik wyjątkowo krótkiego. Zapiski pisarza nie obejmują nawet okresu jednego roku, dot. zaledwie jednego kwartału, okresu od 1 stycznia do 2 kwietnia 1954r. Stało się tak też dlatego, że rok 1954 był w biografii i twórczości Tyrmanda rokiem przełomowym. Kim był Leopold Tyrmand przed rokiem 1954? Ur. się 16 maja 1920r.  w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Ojciec, Mieczysław Tyrmand, posiadał hurtownię skór. Matka, Maryla Oliwenstein, była jedną z najpiękniejszych kobiet w stolicy. Dzieciństwo i dorastanie Leopolda Tyrmanda upływało w dostatku, lecz nie w bogactwie. Po latach, w Dzienniku 1954, wspominał:
(...)  Uczuciowo wyniosłem z domu niewiele: kochałem mych rodziców, lecz szybko nauczyłem się żyć bez nich, nie odczuwać ani ich potrzeby, ani braku. Dom był dla mnie niegdyś ciepłem i bezpieczeństwem, lecz moje pokolenie w moim kraju wcześnie przekonało się, że dzięki temu, co zwie się w naszych okolicach historią, rodzinne ciepło i bezpieczeństwo trzeba między bajki włożyć. (...) Mój dom rodzinny nie budził we mnie ambicji innych poza powodzeniem finansowym, stąd nigdy nie stanowił dla mnie autorytetu. Dziś tedy myślę o nim z sentymentem, lecz bez przywiązania. Dom rodzinny rehabilitował się, łożąc na naukę i studia. Były to nieudane inwestycje. Skończyłem dobre warszawskie gimnazjum, nie bez upokorzeń na skutek chronicznych zaległości w opłatach, jako nader przeciętny uczeń. (...) Po gimnazjum miałem zostać dobrze zarabiającym architektem i w tym celu udałem się do Paryża, by na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych osiągnąć zawód i położyć podwaliny pod dorobek. Historia, już wspomniana tu niezbyt pochlebnie, chciała inaczej. Po pierwszym roku studiów, który klasycznie przegłodowałem, żywiąc się frytami i fasolą, moją pracą zarobkową stało się przemytnictwo. Jeśli nie liczyć korepetycji z polskiego udzielanych w gimnazjum zamożniejszym chłopcom, kandydatom na lekarzy i prawników, moim pierwszym znacznym zarobkiem okazało się honorarium za przeprowadzenie kobiety z dzieckiem i pakunkami ciemną nocą przez rzekę Bug, na linii Włodawa - Luboml, czyli od hitlerowców do bolszewików.(...)
Po maturze Leopold Tyrmand  wyjechał do Paryża, żeby w tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych studiować architekturę (1938-39). Ten zaledwie roczny pobyt w Paryżu okazał się jednak bardzo owocny - we Francji Tyrmand zetknął się po raz pierwszy z zachodnioeuropejską kulturą i amerykańskim jazzem, co miało głęboki wpływ na jego światopogląd i póżniejszą twórczość. Zobaczył, że można żyć inaczej, można żyć barwnie, być wolnym. I do tego przez resztę życia dążył.  Z początkiem wojny znalazł się w Wilnie. Aresztowany w kwietniu 1941, został skazany na dwadzieścia pięć lat więzienia za „konspirację antylitewską”. Z wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej mógł więzienie zamienić na roboty przymusowe. Imał się różnych prac: był robotnikiem i kelnerem, kreślarzem i palaczem, wreszcie marynarzem. W tej ostatniej roli spróbował ucieczki; schwytany w Norwegii, trafił do obozu koncentracyjnego. Pobyt w Norwegii przyniósł Tyrmandowi znajomość języka norweskiego i materiał do pierwszej książki – Hotel Ansgar (Poznań, 1947). 
(...) W Rzeszy - w Moguncji, Wiesbaden, Frankfurcie nad Menem - i w Wiedniu Tyrmand przebywał do połowy roku 1944. Pracował między innymi jako tłumacz i robotnik kolejowy, wiosną 1943 roku był pomocnikiem bibliotekarza we frankfurckim Kulturamcie, a następnie kelnerem w restauracji 'Königshof'. Pod koniec tego roku wyjechał do Wiednia, gdzie pracował w hotelu 'Minerwa' jako posługacz, a do jego obowiązków, jak podaje zachowane zaświadczenie, należało zamiatanie podwórza i trotuarów, a także czyszczenie butów gości hotelowych w godzinach 6:30 - 16:30, z wyjątkiem niedziel'.(...) Dziennik 1954 wersja oryginalna - wstęp Henryka Dasko. 
Losy wojenne rodziny Tyrmanda były dramatyczne -  ojca zamordowano na Majdanku, matka przeżyła i po wojnie wyemigrowała do Izraela. Z rodziny ojca ocalała czwórka rodzeństwa. Cała rodzina matki zginęła w warszawskim getcie. Po powrocie do kraju (1946) Tyrmand pracował najpierw jako dziennikarz w Expresie Wieczornym i Słowie Powszechnym. W latach 1947-49 był członkiem redakcji Przekroju, w roku następnym rozpoczął stałą współpracę z Tygodnikiem Powszechnym. Praca ta skończyła się z chwilą odebrania pisma prawowitym redaktorom i przejęcia go przez Jana Dobraczyńskiego (1953). Ale zmierzamy do tytułowego 1954r. Kim wtedy był Leopold Tyrmand? Wg. mnie po lekturze Dziennika...przede wszystkim był nonkonformistą i to przez duże N. Ale współcześni różnie go odbierali. Dla niektórych był nikim, człowiekiem przegranym, któremu podwinęła się noga. Wariatem, co nie chce zrozumieć dziejowej konieczności i nie bierze udziału w realizacji postulatów socrealizmu. Dla niektórych był barwną postacią Warszawki, cynicznym bikiniarzem w kolorowych skarpetkach, arbitrem elegancji, propagatorem zachodnich nowinek. Dla niektórych był wzorem postawy niezłomnej, człowiekiem, który niedostatek i brak możliwości publikowania przedłożył nad ewentualną karierę i zaszczyty – z lojalności dla swoich przekonań. 
Dlaczego przez wielu uważany był za człowieka o niezłomnej postawie? Z wielu powodów, ale wg. mnie najbardziej jaskrawym tego przykładem może być powód, dla którego stracił pracę w Tygodniku Powszechnym - wraz z całą redakcją – odmówił druku nekrologu Stalina w wersji podyktowanej przez władze. Został wtedy, podobnie jak inni pracownicy Tygodnika obłożony nieoficjalnym zakazem druku. Utrzymywał się z przypadkowych zajęć: korepetycji, pisania reklam i sprzedaży własnych opowiadań na scenariusze filmowe. Tyrmand był człowiekiem z twardym karkiem i twardym charakterem, w żadnym wypadku nie był chorągiewką wiejącą zgodnie z wiatrem komunistycznym. Chyba był jedynym takim człowiekiem (pośród panteonu mniej lub bardziej znanych), jakiego mieliśmy po wojnie. Zastanówmy się - ilu z nas potrafiłoby się w tamtych czasach, w tamtej rzeczywistości nie ugiąć się, wytrwać w swoich poglądach? A Tyrmand wytrwał.  Przy tym był postacią niezwykle barwną - wielbicielem jazzu, kolorów, wolności i życia po prostu. W momencie pisania Dziennika... miał 34 lata i chodził w kolorowych skarpetach, bajeranckich marynarkach oraz w pomalowanym w różne, najdziwaczniejsze wzory krawacie. Działo się to  w czasach, gdy wszyscy mniej lub bardziej pozowali na udręczony lud pracujący miast i wsi lub takim ludem w wręcz byli. Był więc Tyrmand barwnym, na prawdę żyjącym nonkonformistą. I za to cenię jego jedną połówkę, a drugą za świetne pisarstwo i spostrzegawczość. Był także człowiekiem kochającym życie we wszystkich jego przejawach i człowiekiem mającym w nosie co o nim myślą i mówią, m.in. miał szesnastoletnią kochankę, która w dodatku była od niego o głowę wyższa. Wiedziało o tym całe miasto i wszyscy „postępowi pisarze” (jak sam pisze )zazdrościli mu tego i nienawidzili go za to z całej duszy. Tyrmand zerwał z córką Iwaszkiewicza, bo nie zależało mu na karierze w środowisku, którą zapewniłby ewentualny ożenek. Córka Iwaszkiewicza po prostu mu się nie podobała i koniec.Taki był Tyrmand i taki jest Dziennik...
I ja mu zazdroszczę. Czego? Tego, że potrafił żyć tak, jak sam chciał, a nie tak, jak tego od niego oczekiwano.  To ogromny dar, a wolność, którą wybrał jest najważniejsza. Każdy z nas ma wielkie plany, marzenia, ale niewielu ma możliwość i odwagę je realizować i żyć po swojemu. Tyrmand potrafił. I chwała mu za to.
Co moim zdaniem istotne i mówiące wiele o Tyrmandzie, to fakt, iż w trakcie pisania dziennika sam – zależnie od nastroju – postrzegał siebie z różnych perspektyw. Warto zajrzeć do Dziennika 1954 wersji oryginalnej, żeby poznać kilka miesięcy z życia tego niezwykłego człowieka. Na prawdę warto tym bardziej, że wydany przez wydawnictwo MG Dziennik 1954, jak sam tytuł głosi - jest wersją oryginalną, obejmuje całość notatek, jakie Tyrmand prowadził w okresie od 01 stycznia do 02 kwietnia 1954r. Ta wersja jest o wiele bardziej barwna i bogatsza w porównaniu do wcześniejszych wydań. Jeżeli chodzi o życie Leopolda Tyrmanda nie warto czytać wersji nieoryginalnej, to tak jak jedzenie cukierka czekoladopodobnego zamiast czekoladowego. Tyrmand był jak czekolada w 100% i warto o tym pamiętać:). 
Leopold Tyrmand 1958r.
Leopold Tyrmand 1983r.



środa, 11 stycznia 2012

Siedem dalekich rejsów- Leopold Tyrmand

Oprawa twarda, Wydawnictwo MG  192 s., Moja ocena 6/6 
Powieść skrojona po mistrzowsku. Wartka, choć kameralna akcja, błyskotliwe dialogi, barwne niejednoznaczne postacie. A wszystko rozgrywa się na tle malowniczego portowego miasteczka, Darłowa, zanurzonego w powojennej atmosferze niepewności i strachu w obliczu nowej władzy, likwidującej krok po kroku prywatną własność. W centrum zaś dwoje bohaterów przypadkowo zainteresowanych tym samym zaginionym dziełem sztuki: tryptykiem Eryka Pomorskiego.
Ona – historyk sztuki z Warszawy, on – człowiek bez imienia, zwany Nowakiem, właściwie znikąd, dziennikarz, myślący o ucieczce z komunistycznego kraju i potajemnym wywiezieniu obrazu. Miłość komplikuje wszystko, tym bardziej, że chwilami można odnieść wrażenie, iż cicha zawzięta rywalizacja między zakochanymi zniweczy ledwo rodzące się uczucie. Tyrmand stworzył bohaterów, których przeżycia budzą u czytelników rosnące z kartki na kartkę pragnienie – aby im się powiodło, aby potrafili przełamać wszelkie bariery, a kapryśny los nie pokrzyżował ich planów…
To moje drugie zetkniecie z Tyrmandem. Kilka lat temu przeczytałam kultowy kryminał Zły. Książka Siedem dalekich rejsów jest bardzo podobna do Złego jeżeli chodzi o klimat. Mistrzowsko odmalowane szczegóły, łącznie z detalami ubioru bohaterów, emocje, wygląd budynku, rozmowy między bohaterami o z pozoru nieistotnych sprawach- to wszystko tworzy bardzo specyficzny klimat. Jest to klimat Tyrmanda i powojennej Polski, którą możemy zobaczyć już tylko w filmach sprzed kilkudziesięciu lat, albo zanurzyć się w niej u Leopolda Tyrmanda. Gdy poznajemy głównych bohaterów Siedmiu dalekich rejsów mamy wrażenie, że idziemy obok nich uliczką z dworca w Darłówku do Rynku. Dwójka głównych bohaterów to Ewa  –  piękna, 24-letnia historyk sztuki, typ nowoczesnej, niezależnej kobiety i Nowak – tajemniczy mężczyzna z nieznaną kartą życiorysu, błyskotliwy i ujmujący są bezpośredniością, nawiązują bliższą znajomość. Oboje zatrzymują się w darłowskim hotelu- motelu. Oboje są sobą zafascynowani, mamy wrażenie, że z każdą przeprowadzoną rozmową, ba z każdym wypowiedzianym zdaniem, z każdym gestem- coraz bardziej się sobą interesują. Wzajemna fascynacja szybko przeradza się w zauroczenie, a miedzy bohaterami toczy się specyficzna gra. Ewa ma narzeczonego i nie chce go zdradzić. Z drugiej jednak strony jest wyraźnie zainteresowana dopiero co poznanym adoratorem.Nowak angażuje się w uczucie do Ewy tak bardzo, że na dalszy plan zepchnięte zostają jego plany dot. szybkiego wzbogacenia się na handlu przemytniczym, a przecież po to przyjechał po sezonie do Darłowa. Ostatecznie zrządzenie losu – przypadkowo odnowiona kontuzja kolana uniemożliwia mu i jedno i drugie. Ewa wyjeżdża bez pożegnania, przekornie zostawiając mężczyznę z myślami z rozbudzoną żądzą. Ewa zostawia Nowaka także z niedomówieniami, pełnego namiętności i pożądania. Statek duńskiego armatora, którym Nowak miał przetransportować cenny tryptyk Eryka Pomorskiego, opuszcza port bez niego. 
Co najbardziej podobało mi się u Tyrmanda?  Przede wszystkim język- prosty, ale przemawiający do czytelnika. Czytając Siedem dalekich rejsów miałam wrażenie, że stoję obok i obserwuje akcję. Czułam się, jakbym cofnęło się o kilkadziesiąt lat do powojennego Darłowa. Język, jaki posługuje się Tyrmand jest prosty, ale jego opisy i dialogi dają więcej niż wiele współczesnych książek- dają prostą rozkosz czytania. Już zapomniałam, ze można tak po prostu czytać powieść, w której niewiele się dzieje, a jednak jest wciągająca, trzyma w napięciu. Majstersztyk pisarski i rozkosz czytelnicza w jednym. 
Na koniec, żeby zachęcić do przeczytania Siedmiu dalekich rejsów, powtórzę za autorem, który zapytany, dlaczego wydaje tą powieść, odpowiedział:  Dlaczego ją wydaję … ? Wydała mi się zabawna. Powód tak dobry, jak każdy inny.
Na prawdę warto sięgnąć po prozę Leopolda Tyrmanda, gorąco zachęcam.
 Leopold Tyrmand ur. się 16 maja 1920 roku w Warszawie, w drobnomieszczańskiej żydowskiej rodzinie. Po skończeniu szkoły, w 1938 roku, wyjechał do Paryża studiować architekturę, w czym jednak przeszkodził mu wybuch II wojny światowej, który zastał go na wakacjach w Warszawie. Po ucieczce do Wilna, które i tak niedługo potem zajęte zostało przez Armię Czerwoną, w roku 1940 podjął się pierwszej poważnej pracy pisarskiej w polskojęzycznej „Prawdzie komsomolskiej”, gdzie pisywał codzienne felietony i zajmował się tematyką sportową (m.in. boksem).Po wojnie, po krótkim przebłysku prawdziwej popularności, w czasie którego publikował artykuły w m.in. „Przekroju” i „Tygodniku powszechnym”, został uznany przez cenzurę za pisarza ‘niepolitycznego’, a jego dzieła zostały objęte nieoficjalnym zakazem publikacji. Bezczynność w latach 1953 – 1955, przerywaną pisaniem słynnego „Dziennika 1954” skończyła się wraz z opublikowaniem pierwszej powieści, p.t. „Zły”, dzięki której z pariasa artystycznego światka stał się jednym z najwybitniejszych i najbardziej znaczących twórców tamtego okresu. Niestety dobra passa skończyła się w 1958 roku, kiedy to gomułkowskie represje pobudziły cenzurę do działania. Kolejne książki Tyrmanda były wstrzymywane i kiedy w 1965 roku otrzymał on możliwość wyjazdu za granicę, skwapliwie z niej skorzystał, by już więcej nie wrócić do kraju.Osiadł w końcu w Stanach Zjednoczonych, gdzie wydawał kolejne książki, zarówno te poprzednio wstrzymane w Polsce, jak i nowo pisane, udzielał się na łamach The New Yorkera i wykładał. W miarę upływu czasu coraz bardziej skłaniał się ku skrajnemu konserwatyzmowi, co stało w sprzeczności z jego reputacją wichrzyciela i osoby przecierającej nowe szlaki w ojczyźnie. Zmarł na zawał serca 19 marca 1985 roku podczas wakacji na Florydzie. Sam Tyrmand zawsze utrzymywał, że jego życie nie było barwne, a jedynie stanowiło pewną ‘wypadkową epoki’, jednak współczesny czytelnik ma całkowite prawo się z tym twierdzeniem nie zgodzić.
Poniżej trailery z filmu Jana Rybkowskiego Naprawdę wczoraj (1963). Obraz powstał na podstawie książki Leopolda Tyrmanda Siedem dalekich rejsów. Plenery filmu to przede wszystkim Darłowo.