poniedziałek, 26 marca 2012

Dziennik 1954 wersja oryginalna. - Leopold Tyrmand

Wydawnictwo MG Okładka twarda, 544 s., Moja ocena 6/6
Właściwie to nie wiem od czego zacząć, a to bardzo rzadko mi się zdarza. Napiszę jednym słowem - REWELACJA. Fanką twórczości Tyrmanda byłam już wcześniej, ale po lekturze Dziennika... jestem fanką Tyrmanda także, jako człowieka. Jako pisarza cenię go za to, że wspaniale bawił się słowem, był jego mistrzem i genialnie wykorzystywał w swoich utworach otaczającą go rzeczywistość. Przykładem morze być recenzja Siedmiu dalekich rejsów, którą zamieściłam tutaj. Lubię i to bardzo biografie, autobiografie, ale Dziennik... jest czymś więcej, jest przede wszystkim studium epoki socjalistycznej, a w zasadzie jej wycinka - I połowy 1954r. Jest to także studium ukazujące wspaniałego (choć nie pozbawionego wad) człowieka, jakim był Tyrmand. Co ciekawe  w Dzienniku... spotkamy wiele słynnych osób, które były bliższymi lub dalszymi znajomymi autora, np. Herberta, Jasienicę, Kisiela, Turowicza. Poznajemy też prozę i poezję pisarza, świetnego obserwatora, znakomitego stylisty, którego wkrótce pozbyto się z Polski na stałe.
Sam tytuł może wydawać się niektórym dziwny lub co najmniej zastanawiający, mnie np. od razu nasunęło się pytanie - dlaczego 1954?  Przede wszystkim dlatego, że Dziennik 1954 jest kroniką określonego czasu, i to czasu jak na dziennik wyjątkowo krótkiego. Zapiski pisarza nie obejmują nawet okresu jednego roku, dot. zaledwie jednego kwartału, okresu od 1 stycznia do 2 kwietnia 1954r. Stało się tak też dlatego, że rok 1954 był w biografii i twórczości Tyrmanda rokiem przełomowym. Kim był Leopold Tyrmand przed rokiem 1954? Ur. się 16 maja 1920r.  w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Ojciec, Mieczysław Tyrmand, posiadał hurtownię skór. Matka, Maryla Oliwenstein, była jedną z najpiękniejszych kobiet w stolicy. Dzieciństwo i dorastanie Leopolda Tyrmanda upływało w dostatku, lecz nie w bogactwie. Po latach, w Dzienniku 1954, wspominał:
(...)  Uczuciowo wyniosłem z domu niewiele: kochałem mych rodziców, lecz szybko nauczyłem się żyć bez nich, nie odczuwać ani ich potrzeby, ani braku. Dom był dla mnie niegdyś ciepłem i bezpieczeństwem, lecz moje pokolenie w moim kraju wcześnie przekonało się, że dzięki temu, co zwie się w naszych okolicach historią, rodzinne ciepło i bezpieczeństwo trzeba między bajki włożyć. (...) Mój dom rodzinny nie budził we mnie ambicji innych poza powodzeniem finansowym, stąd nigdy nie stanowił dla mnie autorytetu. Dziś tedy myślę o nim z sentymentem, lecz bez przywiązania. Dom rodzinny rehabilitował się, łożąc na naukę i studia. Były to nieudane inwestycje. Skończyłem dobre warszawskie gimnazjum, nie bez upokorzeń na skutek chronicznych zaległości w opłatach, jako nader przeciętny uczeń. (...) Po gimnazjum miałem zostać dobrze zarabiającym architektem i w tym celu udałem się do Paryża, by na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych osiągnąć zawód i położyć podwaliny pod dorobek. Historia, już wspomniana tu niezbyt pochlebnie, chciała inaczej. Po pierwszym roku studiów, który klasycznie przegłodowałem, żywiąc się frytami i fasolą, moją pracą zarobkową stało się przemytnictwo. Jeśli nie liczyć korepetycji z polskiego udzielanych w gimnazjum zamożniejszym chłopcom, kandydatom na lekarzy i prawników, moim pierwszym znacznym zarobkiem okazało się honorarium za przeprowadzenie kobiety z dzieckiem i pakunkami ciemną nocą przez rzekę Bug, na linii Włodawa - Luboml, czyli od hitlerowców do bolszewików.(...)
Po maturze Leopold Tyrmand  wyjechał do Paryża, żeby w tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych studiować architekturę (1938-39). Ten zaledwie roczny pobyt w Paryżu okazał się jednak bardzo owocny - we Francji Tyrmand zetknął się po raz pierwszy z zachodnioeuropejską kulturą i amerykańskim jazzem, co miało głęboki wpływ na jego światopogląd i póżniejszą twórczość. Zobaczył, że można żyć inaczej, można żyć barwnie, być wolnym. I do tego przez resztę życia dążył.  Z początkiem wojny znalazł się w Wilnie. Aresztowany w kwietniu 1941, został skazany na dwadzieścia pięć lat więzienia za „konspirację antylitewską”. Z wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej mógł więzienie zamienić na roboty przymusowe. Imał się różnych prac: był robotnikiem i kelnerem, kreślarzem i palaczem, wreszcie marynarzem. W tej ostatniej roli spróbował ucieczki; schwytany w Norwegii, trafił do obozu koncentracyjnego. Pobyt w Norwegii przyniósł Tyrmandowi znajomość języka norweskiego i materiał do pierwszej książki – Hotel Ansgar (Poznań, 1947). 
(...) W Rzeszy - w Moguncji, Wiesbaden, Frankfurcie nad Menem - i w Wiedniu Tyrmand przebywał do połowy roku 1944. Pracował między innymi jako tłumacz i robotnik kolejowy, wiosną 1943 roku był pomocnikiem bibliotekarza we frankfurckim Kulturamcie, a następnie kelnerem w restauracji 'Königshof'. Pod koniec tego roku wyjechał do Wiednia, gdzie pracował w hotelu 'Minerwa' jako posługacz, a do jego obowiązków, jak podaje zachowane zaświadczenie, należało zamiatanie podwórza i trotuarów, a także czyszczenie butów gości hotelowych w godzinach 6:30 - 16:30, z wyjątkiem niedziel'.(...) Dziennik 1954 wersja oryginalna - wstęp Henryka Dasko. 
Losy wojenne rodziny Tyrmanda były dramatyczne -  ojca zamordowano na Majdanku, matka przeżyła i po wojnie wyemigrowała do Izraela. Z rodziny ojca ocalała czwórka rodzeństwa. Cała rodzina matki zginęła w warszawskim getcie. Po powrocie do kraju (1946) Tyrmand pracował najpierw jako dziennikarz w Expresie Wieczornym i Słowie Powszechnym. W latach 1947-49 był członkiem redakcji Przekroju, w roku następnym rozpoczął stałą współpracę z Tygodnikiem Powszechnym. Praca ta skończyła się z chwilą odebrania pisma prawowitym redaktorom i przejęcia go przez Jana Dobraczyńskiego (1953). Ale zmierzamy do tytułowego 1954r. Kim wtedy był Leopold Tyrmand? Wg. mnie po lekturze Dziennika...przede wszystkim był nonkonformistą i to przez duże N. Ale współcześni różnie go odbierali. Dla niektórych był nikim, człowiekiem przegranym, któremu podwinęła się noga. Wariatem, co nie chce zrozumieć dziejowej konieczności i nie bierze udziału w realizacji postulatów socrealizmu. Dla niektórych był barwną postacią Warszawki, cynicznym bikiniarzem w kolorowych skarpetkach, arbitrem elegancji, propagatorem zachodnich nowinek. Dla niektórych był wzorem postawy niezłomnej, człowiekiem, który niedostatek i brak możliwości publikowania przedłożył nad ewentualną karierę i zaszczyty – z lojalności dla swoich przekonań. 
Dlaczego przez wielu uważany był za człowieka o niezłomnej postawie? Z wielu powodów, ale wg. mnie najbardziej jaskrawym tego przykładem może być powód, dla którego stracił pracę w Tygodniku Powszechnym - wraz z całą redakcją – odmówił druku nekrologu Stalina w wersji podyktowanej przez władze. Został wtedy, podobnie jak inni pracownicy Tygodnika obłożony nieoficjalnym zakazem druku. Utrzymywał się z przypadkowych zajęć: korepetycji, pisania reklam i sprzedaży własnych opowiadań na scenariusze filmowe. Tyrmand był człowiekiem z twardym karkiem i twardym charakterem, w żadnym wypadku nie był chorągiewką wiejącą zgodnie z wiatrem komunistycznym. Chyba był jedynym takim człowiekiem (pośród panteonu mniej lub bardziej znanych), jakiego mieliśmy po wojnie. Zastanówmy się - ilu z nas potrafiłoby się w tamtych czasach, w tamtej rzeczywistości nie ugiąć się, wytrwać w swoich poglądach? A Tyrmand wytrwał.  Przy tym był postacią niezwykle barwną - wielbicielem jazzu, kolorów, wolności i życia po prostu. W momencie pisania Dziennika... miał 34 lata i chodził w kolorowych skarpetach, bajeranckich marynarkach oraz w pomalowanym w różne, najdziwaczniejsze wzory krawacie. Działo się to  w czasach, gdy wszyscy mniej lub bardziej pozowali na udręczony lud pracujący miast i wsi lub takim ludem w wręcz byli. Był więc Tyrmand barwnym, na prawdę żyjącym nonkonformistą. I za to cenię jego jedną połówkę, a drugą za świetne pisarstwo i spostrzegawczość. Był także człowiekiem kochającym życie we wszystkich jego przejawach i człowiekiem mającym w nosie co o nim myślą i mówią, m.in. miał szesnastoletnią kochankę, która w dodatku była od niego o głowę wyższa. Wiedziało o tym całe miasto i wszyscy „postępowi pisarze” (jak sam pisze )zazdrościli mu tego i nienawidzili go za to z całej duszy. Tyrmand zerwał z córką Iwaszkiewicza, bo nie zależało mu na karierze w środowisku, którą zapewniłby ewentualny ożenek. Córka Iwaszkiewicza po prostu mu się nie podobała i koniec.Taki był Tyrmand i taki jest Dziennik...
I ja mu zazdroszczę. Czego? Tego, że potrafił żyć tak, jak sam chciał, a nie tak, jak tego od niego oczekiwano.  To ogromny dar, a wolność, którą wybrał jest najważniejsza. Każdy z nas ma wielkie plany, marzenia, ale niewielu ma możliwość i odwagę je realizować i żyć po swojemu. Tyrmand potrafił. I chwała mu za to.
Co moim zdaniem istotne i mówiące wiele o Tyrmandzie, to fakt, iż w trakcie pisania dziennika sam – zależnie od nastroju – postrzegał siebie z różnych perspektyw. Warto zajrzeć do Dziennika 1954 wersji oryginalnej, żeby poznać kilka miesięcy z życia tego niezwykłego człowieka. Na prawdę warto tym bardziej, że wydany przez wydawnictwo MG Dziennik 1954, jak sam tytuł głosi - jest wersją oryginalną, obejmuje całość notatek, jakie Tyrmand prowadził w okresie od 01 stycznia do 02 kwietnia 1954r. Ta wersja jest o wiele bardziej barwna i bogatsza w porównaniu do wcześniejszych wydań. Jeżeli chodzi o życie Leopolda Tyrmanda nie warto czytać wersji nieoryginalnej, to tak jak jedzenie cukierka czekoladopodobnego zamiast czekoladowego. Tyrmand był jak czekolada w 100% i warto o tym pamiętać:). 
Leopold Tyrmand 1958r.
Leopold Tyrmand 1983r.



10 komentarzy:

  1. Brawo! Jesteś nieocenionym źródłem wskazówek, co warto czytać w biograficzno-historycznym tygielku. A sam Tyrmand - wielu z tych faktów nie znałam. Świetna postać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyrmand jest booooski:)A Dziennik błyskawicznie sie czyta. Polecam.

      Usuń
  2. Czytałam wiele lat temu i potwierdzam: rewelacja! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tą wersję oryginalną czytałaś?

      Usuń
    2. Głowy nie dam, ale to było chyba wydanie z lat 90-tych. Tak w ogóle, to muszę odnaleźć tę książkę, bo chyba została na starym mieszkaniu.

      Usuń
  3. Kocham Tyrmanda, przeczytam obowiazkowo :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana bez konkurencji tu prosze, ja bardziej kocham Tyrmanda:) A Dziennik..polecam. Cieszę się, że ś.p. Leoś...Poldek (kurcze od Lepolda jak to będzie?) ma tyle wielbicielek:)

      Usuń
  4. Nie wiem gdzie ja się uchowałam nie czytając tego człowieka. Czasem robi się jakiś krok - bo przeznaczone jest nam COŚ. Ja założyłam blog, chyba po to, żeby odkryc Tyrmanda ( i wreszcie przeczytac Herodora). Świetna recenzja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje i szczerze polecam Tyrmanda, nie tylko Dziennik.

      Usuń
  5. Czytałam fragmenty tego utworu na lekcji języka polskiego może teraz cza by poznać całość.

    OdpowiedzUsuń

Bez czytania będą usuwane komentarze zawierające spamy, linki do innych blogów. Mój blog, to nie słup ogłoszeniowy.