Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia - dziennik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia - dziennik. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 listopada 2012

Dalej na czterech łapach - Dorota Sumińska

Wydawnictwo Literackie, Okładka twarda, 288 s., Moja ocena 5,5/6
Dorota Sumińska - lekarz weterynarii z wieloletnią praktyką, psycholog zwierzęcy z zamiłowania, od kilku lat prowadząca popularne radiowe i telewizyjne programy o zwierzętach. Autorka poradników i książek o zwierzętach, w tym bestsellerowej Autobiografii na czterech łapach, Zwierza w łóżku i powieści Świat według psa oraz Zwykłe, niezwykłe życie, a także współautorka poradnika Jak wychować dziecko, psa, kota i faceta. Ostatnia książka jej autorstwa to II tom autobiografii Dalej na czterech łapach.
Książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością, to taki książkowy balsam na duszę. Jest to o tyle zadziwiająca lektura, że jest prosta zwyczajna (taka jakie bywa codzienne życie), a jednocześnie niezwykła. Dlaczego niezwykła? Otóż dlatego, że autorka zaprasza nas do swojego domu pełnego miłości, zwierząt, które na prawdę kocha i o które się troszczy oraz ludzi, którzy są dla niej niezmiernie ważni.
Dom Doroty Sumińskiej to miejsce pełne kochających się ludzi i ocalonych zwierząt. Miejsce, w którym rodzą się wspaniałe pomysły na książki, na życie i na to, jak poprawić świat.
Dorota Sumińska opowiada o swoich pasjach, podróżach, o nowo poznanych ludziach i zwierzętach o kolejnym związku po trzech nieudanych, o ukochanej mamie, która niedawno zmarła i o tym, jak próbuje się pogodzić z jej śmiercią.
Co mnie bardzo ujęło to fakt, iż autorka mimo trudów, które zaznała w życiu, nie użala się nad sobą, nie rozpamiętuje, nie pomstuje na żadnego z byłych mężów. Jej filozofię widać najlepiej w zdaniu:
Miałam już za sobą trzy małżeństwa. Każde coś zostawiło w mojej duszy, a pierwsze nawet w ciele. Dało mi motor do działania – córkę. Najważniejszą osobę w moim życiu. Drugie pozwoliło poznać miłość. Trzecie – poznać strach. A teraz? Teraz jest to co najważniejsze – nadzieja.
A wszystko toczy się wokół miejsca magicznego, domu, w którym autorka mieszka.
Właściwie jest to siedlisko pod lasem, które ma swoje legendy i dobre duchy, które strzegą ludzi i zwierzęta. Domownicy maja swoje rytuały i tajemnice. Tam się żyje, pracuje, podróżuje i powraca. Tam powstają projekty ochrony przyrody, ginących gatunków, akcje społeczne na rzecz zwierząt i wyjątkowy pomysł resocjalizacji więźniów przez opiekę nad bezdomnymi psami. Bo tym wszystkim zajmuje się właśnie Dorota Sumińska.
Drugim domem Doroty Sumińskiej jest Indonezja. Zabiera tam w podróż swoich najbliższych, zabiera także i nas. Spora część książki poświęcona jest właśnie podróżom do Indonezji. Poznajemy Dorotę Sumińską, która cierpi na chorobę lokomocyjną i pół lotu spędza w samolotowej toalecie (skąd ja to znam:)).
A opisy Indonezji widzianej oczyma Sumińskiej są fantastyczne. Nie tyle bajkowe, co po prostu realne. Poznajemy zarówno plusy jak i minusy tego rajskiego zakątka. Dowiadujemy się m.in. jak najlepiej zagospodarować sobie jeden dzień na indonezyjskiej rafie koralowej, co to jest mnisia maść i jak ją zdobyć, jak się jeździ skuterem przez Koh Kut, jak się zaprzyjaźnić z gekonem. 
Są także magiczne momenty. Otóż nawet na końcu świata dzikie zwierzęta wychodzą z dżungli na spotkanie i przytulanie do pani doktor Sumińskiej. Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale ja w to wierzę, sama spotkałam takich ludzi, którzy mają w sobie to coś, co sprawia, że każde futerko na czterech łapach (i nie tylko) garnie się do nich.
Dalej na czterech łapach to książka dla każdego, książka zwyczajna i niezwykła, książka mądra, wzruszająca i pełna pozytywnej energii. Jest to książka, po którą śmiało możecie sięgnąć, nawet, gdy nie czytaliście I części, w treści II tomu znajdziecie wiele nawiązań do poprzedniej.
Dalej na czterech łapach zaczęłam czytać z nastawieniem - przeczytam 2-3 rozdziały i resztę później. Nic z tego, gdy tylko rozpoczęłam lekturę nie mogłam się od niej oderwać. W trakcie lektury tyle samo razy zakręciła mi się łezka w oku ze wzruszenia ile razy śmiałam się na cały głos.
A czy nie wzruszylibyście się czytając o wizycie Doroty Sumińskiej w wołomińskim schronisku, gdzie w klatce dla królików spojrzały na nią przerażone i jednocześnie pełne nadziei oczka znajdujące się w kupce brudnej sierści, a które (jak pisze autorka) zapytały Przyszłaś po mnie? I jak mogłam odmówić – pyta Sumińska?! Nie mogłam. To była Lusia. Wielkości przerośniętej chihuahua, chuda jak hak, z nastroszonym brudnym futerkiem. To wszystko nic – nie umiała chodzić. Nie wiedziałam, czy to z powodu klatki, czy jakiegoś urazu. Tylne nogi powyginane w esy floresy, przednie sztywne i nieposłuszne. Robiła wrażenie zepsutej zabawki. Jej radość z powodu uwolnienia zza krat wyglądała, jak najsmutniejszy popis ułomności, która chce ukryć swoje defekty. Poczułam się, jak kanalia. Przecież jestem człowiekiem, a to ludzie zrobili z tej istoty najbardziej nieszczęsne stworzenie. Dodatkowo Luśka miała stan zapalny macicy i trzeba było szybko zoperować bidulę. (…)
Dziś Lusia biega jak chart i szczeka jak syrena alarmowa. Jej ciało wróciło do całkowitej sprawności. Gorzej z duchem. Jest z nami trzy lata i dalej stroni od ludzi. Sztywnieje, gdy dotyka jej ludzka dłoń. Oczywiście znajoma, domowa. Obca nie wchodzi w grę.

Takich magicznych, łapiących za serce historii znajdziemy w książce wiele. Sama mam w domu kilka psów i kotów, wszystkie po przejściach, więc doceniam to co robi Dorota Sumińska, oby podobnych osób było więcej.
Książkę polecam wszystkim kochającym zwierzęta, lubiącym i ceniącym osoby niezwykłe oraz szukającym niebanalnej lektury ku pokrzepieniu serca i na poprawę humoru. 

Wspaniałym dodatkiem (do niebanalnej treści) jest ogromna ilość cudownych fotografii w 75% prezentujących różne (futrzaste i nie) zwierzęta, które od lat towarzyszą autorce. 
Gorąco zachęcam do lektury.
Dorota  Sumińska
Dodaję czołówkę kultowego kiedyś Zwierzyńca, pod wpływem komentarza Oli:)

środa, 26 września 2012

Długa droga do domu. - Kim Yong

Wydawnictwo Świat Książki, Okładka miękka, 240 s., Moja ocena 5,5/6
Korea Północna, wiemy co nieco o tym kraju, a jednocześnie nie wiemy nic.  Nieliczne relacje osób takich, jak Kim Yong naświetlają nam sytuację, a jednocześnie wprawiają w przerażenie.
Korea jest państwem pełnym wzlotów i upadków, państwem niesamowitych dysproporcji i wyjątkowo widocznych sprzeczności. W XX w. kraj ten przeszedł długą drogę od ruinujących gospodarkę rządów kolonialnych Japonii (1910-45) poprzez okrutne wojny koreańskie (1950-53), aż do jeszcze gorszych rządów komunistycznych i kultu jednostki. Kapitulacja Japonii w 1945r. otworzyła przed Koreą możliwość stania sie państwem niepodległym. Wtedy właśnie następuje podział na Koreę Północną i Południową. Odpowiedzialne za to są diametralnie różne stanowiska w sprawie przyszłości i kierunku rozwoju kraju. Po prawej stronie nowo powstałej granicy dzielącej kraj, znalazła się większość Koreańczyków zamożnych i wykształconych. Sprzeciwiali się oni radykalnym zmianom społecznym, im przecież było bardzo dobrze i dostatnio. Z drugiej strony była grupa o bardzo zróżnicowanym statusie społecznym - studenci, chłopi, robotnicy. Popierali oni redystrybucję majątku narodowego i komunistyczną władzę. W tym momencie następuje podział Korei na Północną i Południową, linią graniczną jest słynny 38. równoleżnik. Taki podział dokonał się jednak wbrew woli dużej części Koreańczyków. 
Jak zauważył były dyplomata USA Gregory Henderson Żaden podział państwa w dziejach nowożytnych nie miał tak zaskakującej genezy, jak podział Korei. Żaden nie był też tak oderwany od realiów kraju i panujących w nim nastrojów, żaden nie był tak niezrozumiały.
W 1948r. po każdej ze stron przeprowadzono wybory i powołano odrębne rządy. Oba kraje starły się ze sobą w okrutnej wojnie domowej w 1953r. Pochłonęła ona miliony ofiar po każdej ze stron. 
Korea Północna.
Korea nocą, u góry Północna, na dole Południowa.

Władze tego kraju oficjalnie zapewniają, że panuje w nim ład, dostatek i ogólne szczęście. Jednak nieliczne relacje osób, którym cudem uda się wyrwać z tego piekła na ziemi, zaprzeczają temu. Ludzie uciekają z tego rzekomego nieba na ziemi, ponieważ życia w Korei Północnej nie można nawet nazwać wegetacją, to biologiczna degradacja. Mimo, tak typowych dla tej kultury silnych więzi rodzinnych, Koreańczycy z północy boja się głośno wyrażać swoje myśli i odczucia nawet w gronie rodzinnym, z obawy przed denuncjacją za garstkę kukurydzy. Głód, którego nawet nie potrafimy sobie wyobrazić oraz maksymalne upodlenie człowieka, potrafią z najtwardszego, najbardziej oddanego rodzinie człowieka zrobić szpicla, konfidenta, mordercę.
Główny bohater i poniekąd autor książki, Kim Yong urodził się w 1950r. Jego ojciec na początku lat 50. w wyniku zawirowań politycznych znalazł się po niewłaściwej stronie granicy dzielącej oba państwa. Pracował, jako informator wojsk amerykańskich oraz armii południowokoreańskiej. W związku z tym na północy był wrogiem nr. 1. Kara była śmierć, a piętno w takim wypadku miało się ciągnąć za jego potomkami przez następne 4 pokolenia. 
Matka Kim Yonga zostaje aresztowana, a on sam oddany na wychowanie do państwowego sierocińca. Z opisów wyłania się obraz nawet pogodnego dzieciństwa w państwowym sierocińcu. Wydaje się, że poza rodzicami dzieciom niczego nie brakowało i aż do klęski głodu w latach 90. dzieci otaczano w Korei Północnej miłością i troską. Kim Yong zostaje adoptowany przez prominentną rodzinę, zdobywa dobre wykształcenie, dostaje doskonałą pracę i wszystko idzie dobrze, aż do pewnego dnia, gdy przypadkiem wychodzi na jaw czyim jest synem - najgorszego z możliwych wrogów. Błyskawicznie zostaje aresztowany i zesłany na dożywocie do obozu pracy. Biorąc pod uwagę okrutne metody karania i głodowe racje strawy (bo trudno to nazwać żywnością) nie miało to trwać długo, śmierć była bliżej niż można sobie wyobrazić. Porażająca opowieść o obozowej strukturze, warunkach życia w obozie i w całej Korei Północnej, o zabójstwach, kanibalizmie, torturach.
Największym wrogiem był głód. Zjeść tyle, by przeżyć – była to walka, która podejmował każdy. Więźniowie cały czas z niedożywienia. Górnicy potrzebowali godziny na wykonanie pracy, która normalnie człowiekowi zajmowała dziesięć minut. Głód była tak dotkliwy, że nawet szczury niemal zupełnie znikały z obozu. Były one całkiem spore i uważano je za przysmak oraz źródło protein. Strażnicy zabraniali polowań na szczury, ponieważ uważali, że zwierzęta te informują o zawałach w szybach kopalnianych. Pewnego dnia, kiedy niosłem tarcice do podparcia sufitu chodnika, dostrzegłem dużego szczura. Uderzyłem go kamieniem i natychmiast zjadłem – od głowy do ogona, na surowo, nie obdarłszy go ze skóry. Mięso smakowało jak miód.
Kim Yongowi udało się przeżyć w tych warunkach 6 lat 
Obozy pracy zajmują w Korei Północnej miejsce specjalne. Ulokowane są zawsze w miejscach niezwykle ustronnych. W każdym z nich znajduje się od 5.000 do 50,000 więźniów. Obozy te maja przede wszystkim funkcję wychowawczą i wskazującą ew. przeciwnikom systemu, co ich czeka. Ludność północnokoreańska zdaje sobie sprawę, że każdy do kogo choć raz przylgnie etykieta  kontrrewolucjonisty, zostanie zesłany do takiego miejsca, bez żadnego procesu sądowego, bez możliwości opuszczenia obozu po odbyciu kary. Opowieść Kim Yonga ukazuje nam, jak wygląda życie więźniów w takim miejscu. Jest on jedyną osobą, która dotąd żywa wyszła z obozu nr. 14 i której udało się uciec z obozu nr. 18. Bo po latach udaje mu się istnym cudem uciec z obozu i po wielu trudach uciec z Korei Północnej. Przedostaje się na Zachód i tam opowiada swoja historię. O ironio to właśnie głód pomógł mu w ucieczce. Jak, tego nie zdradzę, sami musicie się przekonać w trakcie lektury. Zachęcam gorąco.
Książkę czyta się błyskawicznie, wręcz pochłania. Napisana jest w 1. osobie, przy niewielkiej ingerencji edytorskiej, co jest niezwykle ważne i cenne. Na bieżąco śledzimy odczucia Kim Yonga, jego cierpienie, ból, głód, którego nie potrafimy sobie wyobrazić. Jesteśmy także świadkami jego maksymalnego upodlenia, spotkania po latach z matką, jej śmierci. 
Po lekturze tej książki, każdy z nas powinien docenić miejsce, w którym żyje, niezależnie, czy jest to Polska czy inny kraj. Mamy wystarczającą ilość wody, jedzenia, możemy robić co nam się podoba, możemy przytulić naszych najbliższych, spacerować, czytać, rozmawiać i to jest niezwykle cenne, a często nie potrafimy tego docenić.
Dlatego uważam, że książka Kim Yonga ma przede wszystkim pokazać światu prawdziwy obraz życia w Korei Północnej, ale także uświadomić nam, jakimi jesteśmy szczęściarzami, bo jesteśmy, wierzcie mi.

czwartek, 6 września 2012

Pamiętnik i inne pisma z getta - Janusz Korczak

Wydawnictwo WAB, Okładka twarda z obwolutą, 304 s.

Jestem nie po to, aby mnie kochali i podziwiali, 

ale po to, abym ja działał i kochał.
Nie obowiązkiem otoczenia pomagać mnie, ale ja mam obowiązek troszczenia się o świat, o człowieka.

Po raz pierwszy nie przyznam książce żadnej oceny. Pamiętniki....wymykają się bowiem jakiejkolwiek klasyfikacji, ocenie. Po raz pierwszy z pamiętnikami Janusza Korczaka zetknęłam się kilka lat temu. Przypominam sobie, że zaprzyjaźniona pani bibliotekarka poleciła mi niepozorną, zniszczoną książeczkę. Wypożyczyłam ją zupełnie  bez przekonania, rozpoczęłam lekturę i …. do dziś jestem pod niewyobrażalnym wręcz wrażeniem, jestem oczarowana, zadziwiona, wzruszona i jednocześnie pewna, że niewiele było i jest na tym świecie osób, które mogłyby równać się z Korczakiem.
O życiorysie Starego Doktora pisałam tutaj,więc nie będę powtarzać wiadomości. Chciałabym skupić się krótko na książce. Dlaczego krótko? A dlatego, że tej pozycji nie da się  opisać, zrecenzować, trzeba ja odkryć samemu.
Drugie moje spotkanie z Pamiętnikami...było mniej odkrywcze niż pierwsze, ale równie emocjonalne. Książka przywędrowała do mojego domu kilka tygodni temu i co jakiś czas przeglądałam ją, czytałam fragmenty...
Janusz Korczak  przedstawia w Pamiętnikach... bieżące wydarzenia, wspomnienia i swoje  refleksje z życia Domu Sierot i z horroru, jakim było życie w warszawskim getcie. Wydawnictwo WAB spisało się na medal, ponieważ książka ta jest pierwszym tak pełnym wydaniem. Wzbogacona została m.in. o rozmyślania pesachowe, wspomnienia, przypowieści, anegdoty, teksty do gazetki Domu Sierot, zapiski o Głównym Domu Schronienia, sprawozdania wychowawcze i gospodarcze.
Wszystkie teksty zawarte w wydanym przez WAB. tomie powstały w 1942 r., co oznacza, że pisane były na kilka miesięcy przed likwidacją getta. Takiego, a nie innego wyboru pism Korczaka dokonał Jacek Leociak. Efekt, jaki dzięki temu udało mu się osiągnąć jest porażający. Korczak prowadzi nas przez świat, który zmienił się o 180 stopni, stanął na głowie, świat, którego nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. 

Ponieważ mamy w domu sporą kolekcję książek dot. II wojny światowej, sporo pozycji to także opisy, pamiętniki, relacje dot. zagłady w obozach koncentracyjnych i gettach. Jednak mimo wcześniejszej lektury innych pozycji, Pamiętniki... Korczaka zrobiły na mnie ogromne wrażenie, wrażenie, którego nie da się opisać. Korczak mimo niewyobrażalnie trudnych warunków, szalejącej wokół wojny, świadomości, że w każdej chwili może zginąć, czyni wiele, bardzo wiele dobra wokół siebie oraz zmaga się z wszechobecnym złem , m.in. złodziejami pracującymi w szpitalu dla dzieci, domaga się powszechnej dostępności środków usypiających, tworzy autorski projekt umieralni dla dzieci, dba o dzieci i kocha je, tak po prostu i zwyczajnie je kocha.
Bardzo poruszyły mnie opisy życia w getcie i codzienności w nim. Np. leżące na ulicy ciało małego dziecka zapakowane w papier i przewiązane sznurkiem. Samo to jest okrutne i nieludzkie, ale uwagę Starego Doktora przyciąga pewien szczegół: wystające z pakunku małe palce dziecięcej stópki...
Pewnego dnia w Domu Sierot kilkuletni chłopiec, kładzie na poduszce innego – dopiero co zmarłego  - chłopca chleb z marmoladą. Zapytany, czemu to robi, przecież chłopiec nie żyje, ten odpowiada tylko Bo to jego porcja, co Korczak komentuje: Uczciwość nie rozumuje. Prawdziwa uczciwość jedno wie: to moje to nie moje. Nie ruszam tego, co nie moje. Oddaję, co jego.
O innych poruszających fragmentach nie będę pisać, ponieważ musiałabym umieścić tutaj  prawie całą książkę.
Pozycja składa się z dwóch części. 

Pierwszą część niezwykle starannie wydanego tomu stanowi właśnie pamiętnik z getta: obok tekstu pojawiają się również zdjęcia, reprinty stron przepisywanego na maszynie diariusza i rozmaitych dokumentów. 
W drugiej części widnieją tytułowe inne pisma. Jest tu m.in. testament Korczaka, i komentarze dot. wysyłanych do urzędów listów (a także odpowiedzi bądź ich braku - to ostatnie najczęściej). Korczak  uskarża się w tej części także na bezsilność, na którą nic nie może poradzić. 
Poznajemy także plany Korczaka i jego marzenia, których niestety nie zdążył już zrealizować.
W trakcie lektury automatycznie nasuwały mi się pytania.

Jak można być takim człowiekiem? Jak można pisać pamiętnik i tak się poświęcać dla innych będąc za murami getta? Jak w ogóle pisać o takich potwornościach? Dlaczego człowiek w sytuacji granicznej, jaką bez wątpienia dla Korczaka było getto i perspektywa śmierci,  podejmuje decyzję o pisaniu? Czy chodziło tylko o przekazanie potomnym opisu zła, okrucieństwa i oczekiwania na nieuniknione?
Jedno jest pewne, to jeden z najważniejszych polskich pamiętników XX w.
Pamiętnik i inne pisma z getta Janusza Korczaka zbliżają do tej tajemnicy, o jakiej napisał Czesław Miłosz w wypowiedzi, cytowanej na skrzydełku obwoluty książki: Skromny w swych sądach o wszechświecie, głęboko przywiązany do zasad etyki bez sankcji, ukazuje nam także zagadkę, rzeczywiście nadludzkiej siły miłości.

Co ja mogę jeszcze dodać? Nic. 


Znacie ulicę Smoczą. Taka była jak zawsze. Tylu ludzi - tłoczą się - śpieszą się - kłócą się i targują - wykrzykują, co ma kto na sprzedaż: ten kartofle, ten papierosy, ten garderobę, ten cukierki.
A piękny chłopiec cicho, bardzo cicho, najciszej - leżał na śniegu, leżał na białym, leżał na czystym białym śniegu.
Obok niego stała matka i powtarzała raz po raz: - Ludzie, ratujcie. To była z pewnością jego matka. - Tylko te dwa słowa - i nie krzyczała - powtarzała wyraźnym szeptem tylko to i nic więcej: - Ludzie, ratujcie, ludzie, ratujcie.
A ludzie przechodzili, nikt go nie ratował - nie robili nic złego, bo ratunek nie był mu już potrzebny.
Leży cichy i taki pogodny, tak jasny na białym śniegu.
Usta ma uchylone, jakby uśmiechał się - nie zauważyłem, jakiego koloru wargi, ale chyba różowe. I zęby białe.
I oczy ma uchylone, a w jednym oku, w samej źrenicy - mała iskierka, chyba gwiazdka najmniejsza z małych - świeci gwiazda.
- Ludzie, ratujcie, ludzie, ratujcie.

(fragment maszynopisu Dwie trumny, zima 1941/1942)

sobota, 25 sierpnia 2012

Anna German o sobie - Mariola Pryzwan

Wydawnictwo MG, Okładka twarda, 255 s., Moja ocena 6/6
Matka Anny German Irma Brener była potomkinią holenderskich mennonitów których do Rosji sprowadziła caryca Katarzyna II. Mieszkali oni w Wielikokniażeskoje na Kubaniu. Ojcem  Annybył Eugeniusz German, księgowy urodzony w Łodzi z pochodzenia Niemiec. Ojciec Anny German został aresztowany i rozstrzelany przez NKWD w 1937 r., pod zarzutem szpiegostwa w czasie, gdy Irma była po raz drugi w ciąży.
Anna ur. 14.02.1936r. w Urgenczu w Uzbekistanie. W trakcie II wojny światowej Anna z matką zostały wysiedlone. NKWD zesłało je do Kirgistanu. W 1946 r. matka Anny, jako żona Polaka, złożyła dokumenty repatriacyjne i razem z córką, matką i babką wyjechały do Polski. Początkowo mieszkały w Nowej Rudzie. W 1949 r. przeprowadziły się do Wrocławia. 

Jako piosenkarka debiutowała w 1960 r. we wrocławskim Kalamburze. Śpiewać zaczęła podczas studiów geologicznych we Wrocławiu. Występowała w Kalamburze, w studenckim teatrze Bogusława Litwińca. Została magistrem geologii, ale nigdy nie wykonywała tego zawodu. Wątpliwości, czy dokonała właściwego wyboru, rozwiał prof. Aleksander Bardini, mówiąc, że geologia niewiele traci, a piosenka tylko zyskuje.
W 1963r. wzięła udział w III Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie, gdzie zdobyła II nagrodę w dniu polskim za utwór Tak mi z tym źle. Natomiast w 1964r. zdobyła drugą nagrodę na Festiwalu Piosenki w Opolu śpiewając piosenkę Tańczące Eurydyki. Następnie zdobyła dwie nagrody za piosenkę pt. Tańczące Eurydyki podczas Międzynarodowego Festiwalu Piosenki  w Sopocie w 1964 r.: I (w dniu polskim) i III (w dniu międzynarodowym). Jej kariera rozwijała się. Koncertuje wiele, zarówno w kraju, jak i za granicą.
W 1967 r wracając z koncertu we Włoszech uległa wypadkowi samochodowemu.Cudem przeżyła. Powracała do zdrowia przez trzy lata. Anna German nie mogła żyć bez muzyki. Przykuta do łóżka, zajęła się najpierw jej komponowaniem. Podczas rekonwalescencji napisała też książkę biograficzną pt. Wróć do Sorrento?, w której wspominała swoją karierę oraz pracę artystyczną we Włoszech.
W 1968 r. otrzymała Nagrodę Komitetu ds. Radia i TV za wybitne osiągnięcia w dziedzinie polskiej piosenki popularyzowanej w radiu i telewizji.
Na scenę powróciła w 1970r. Nagrała trzecią płytę po polsku pt. Człowieczy los. Jej kariera nadal się rozwija, wychodzi za mąż, rodzi syna, wszystko układa się wspaniale, aż do połowy lat 70., kiedy wykryto u artystki raka kości. Obecnie (przy zaawansowanej medycynie), zapewne miałaby bardzo duże szanse na wyleczenie, ponad 30 lat temu nie miała żadnych. Chorobę co prawda zaleczono na kilka lat, ale jesienią 1980 r. po powrocie z koncertów w Australii nastąpił nawrót choroby. Będąc w zaawansowanym stadium choroby komponowała psalmy i pieśni poświęcone Bogu. Wykonywane utwory zapisywała na domowym magnetofonie. Po dwóch latach przegrała walkę z ciężką chorobą umierając nocą z 25.08 na 26.08  1982r. w warszawskim Szpitalu Klinicznym przy ulicy Szaserów.
Pogrzeb artystki odbył się 30.08.1982r. Artystka została pochowana na Cmentarzu Ewangelicko - Reformowanym w Warszawie (kw. 3, rząd 4, grób 9). Na jej tablicy nagrobnej widnieje napis z Psalmu 23 "Pan jest pasterzem moim".
Grób Anny German.
 Anna German była wyjątkową piosenkarką o słowiczym głosie, wykonawczynią lirycznych i nastrojowych piosenek pozostających do dzisiaj w pamięci milionów Polaków. Jej aksamitny głos uwodzi nas do dziś. W piosence nie tylko polskiej, ale także światowej była zjawiskiem. Tak pięknego, niepowtarzalnego głosu już nie będzie. Magnetyczny głos o rozległej skali i ciekawej barwie był darem natury. Jak opowiadała, wychodząc na scenę, nie musiała myśleć o oddechu, po prostu śpiewała. - Śpiew jest dla mnie radością życia. Gdy śpiewam, odnajduję sens mojego życia i pracy - wyznawała. - Jestem za piosenką melodyjną, subtelną, mądrą, Chcę, by piosenka rodziła w sercach słuchaczy piękne uczucia, żeby pomagała żyć i przezwyciężać trudności.

Jej głos to jedno zjawisko, ale piosenka  Człowieczy Los zawiera w sobie mądrość wartą zapamiętania i zastanowienia się chociaż chwile nad nią.

Była także wyjątkowo piękną kobietą, o ponadczasowej urodzie.
Anna została obdarzona poczuciem humoru, dużą dozą autoironii i prawdziwym, ludzkim spojrzeniem na otaczający świat. Sposób w jaki pisze o sobie i świecie w swojej autobiografii Wróć do Sorrento? świadczy o tym, że była naprawdę dobrym i ciepłym człowiekiem. Poza tym nigdy nie spotkałam się z żadną negatywną opinią na jej temat, co w świecie show biznesu rzadko się zdarza. chociaż za taki głos wszystko można by było Jej wybaczyć.
Taką Annę German poznajemy dzięki wyjątkowej książce Marioli Pryzwan. Dlaczego wyjątkowej? Otóż dlatego, że w książce artystka mówi do nas sama o sobie, a mówi poprzez licznie zebrane przez autorkę: listy, fotografie, audycje radiowe, wywiady w prasie polskiej, włoskiej i radzieckiej. To te materiały oraz wspomnienia bliskich stworzyły tę wyjątkową książkę. Jak wspomina autorka, znaczna część materiałów pochodzi z prywatnych zbiorów męża Anny, Zbigniewa Tucholskiego. 
Ozdobą książki jest niezliczona ilość fotografii, z których patrzy na nas piękna, mądra i wrażliwa kobieta, kobieta pod każdym względem wyjątkowa. Dobrze, że Mariola Pryzwan przypomniała nam jej sylwetkę w 30. rocznicę śmierci.
To już druga książka autorki, z którą mam okazję się zapoznać. Wcześniej recenzowałam książkę  Cybulski o sobie (kliknij).   
W przypadku obu książek podziwiam trud, jaki musiała sobie zadać autorka, żeby zgromadzić tak wielką ilość materiału o danym artyście. Interesuje mnie także sama koncepcja książki, w jaki sposób Mariola Pryzwan wpadła na pomysł, żeby artyści "mówili o sobie":). Pomysł wręcz genialny w swojej prostocie. Niecierpliwie czekam na kolejną książkę i jestem ciekawa, kto tym razem opowie nam o sobie. 
Książkę polecam wszystkim, zarówno tym znającym Annę German (po lekturze stwierdzicie, że tylko wydawało wam się, że znacie artystkę), jak i tym jeszcze jej nie znającym. Zagłębiając się w świat Anny German ukazany przez Mariolę Pryzwan będziecie poruszeni, zaskoczeni, wzruszeni.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Wet. Moi wspaniali dzicy przyjaciele - Luke Gamble

Wydawnictwo WAB, Seria Biosfera, Okładka twarda z obwolutą, 397 s., Moja ocena 6/6
Jeżeli podobała wam się seria James'a  Herriota Wszystkie stworzenia duże i małe, książka Luke'a Gamble'a jest dla was.Jeżeli serii Herriota nie znacie, tym bardziej książkę Gamble'a musicie przeczytać.
Po ukończeniu studiów Luke pełen zapału rozpoczął pracę jako weterynarz w niewielkim miasteczku w brytyjskim hrabstwie Dorset. Nie spodziewał się, że pierwsza operacja kociego oka (pacjenta postrzelonego ze śrutówki) nie będzie najtrudniejszym zadaniem, jakie go czeka. W swojej kilkunastoletniej praktyce spotkał się z rozwścieczoną kozą broniącą dostępu do zakochanego w niej osła, przyklejoną do palców lekarza myszą (no cóż Luke, jako początkujący weterynarz zapomniał na czas mysiej operacji założyć rękawiczek), świątynnym słoniem w Indiach, ropuchą, która ku rozpaczy właściciela straciła apetyt oraz wyjątkowo agresywną wiewiórką. Tak, wiewiórka jest najlepsza. Spróbuję w skrócie zarysować wam wiewiórczą historię. Otóż pewnego dnia dwójka dzieci ok. 10 letnich, przyniosła do lecznicy w pudełku wiewiórkę, którą potrąciła ciężarówka. Bardzo prosili Luke'a, żeby ją uratował. Luke zgodził się, ale popełnił kardynalny błąd początkującego weterynarza. Nie zdradzę o co dokładnie chodzi, nadmienię, tylko, że fragment ten czytałam w  tramwaju i zaczęłam śmiać się na głos.Tę historię musicie przeczytać całą. Konkluzja sponiewieranego przez szarą wiewiórkę Luke'a jest taka: Należę do osób, które uważają, że poddawanie podejrzanych o terroryzm torturze wodnej, to łamanie praw człowieka, ale powiem tak: jeśli będziecie kiedyś chcieli zmusić więźnia do mówienia, radzę napuścić na niego wiewiórkę. W Konwencji Praw Człowieka o wiewiórkach nic nie ma.
Luke Gamble opowiada nie tylko o zabawnych utarczkach ze zwierzętami i ich właścicielami, opowiada także o smutkach - razem z nim płakałam, gdy na Samoś musiał uśpić cały miot kilkugodzinnych szczeniaczków. Ale  przede wszystkim opowiada niezwykle barwnie o przeżyciach i wyzwaniach, które pomogły mu odnaleźć swoją własną drogę. 
Przykładem może być epidemia dziesiątkującą bydło i niezwykle trudna z nią walka, które zmusiły go do stawienia czoła wielu ludzkim dramatom. Z kolei podróż na drugi koniec świata skłoniła go do założenia międzynarodowej organizacji pomagającej zwierzętom, a chęć zdobycia ślicznej dziewczyny - do przebiegnięcia jednego z najtrudniejszych maratonów. Wspomnienia Luke'a Gamble'a są niezwykle barwne, zabawne, momentami nostalgiczne, pouczające, momentami nawet romantyczne i mają niesamowite wprost pokłady dobra, serca i ciepła.  I chociaż określenia te pasują bardziej do powieści przygodowej niż do autobiografii weterynarza, autoironia, poczucie humoru, realistyczne spojrzenie na siebie i otoczenie oraz  wrażliwość, z którą autor opisuje zabawne przypadki i trudne wybory sprawiają, że jego opowieść to znakomita książka nie tylko dla miłośników zwierząt.
Książkę zaczęłam czytać kilka tygodni temu, skończyłam wczoraj. Podzielona jest na kilka rozdziałów, z których każdy jest odrębną opowieścią. Śmiało można więc czytać książkę "w odcinkach"  sięgając po nią, gdy tylko dopadnie nas zły humor, chandra, lub gdy chcemy przeczytać coś mądrego, a jednocześnie zabawnego. 
Ogromnym plusem jest także wysoka jakość wydania - twarda okładka, książka szyta, a do tego obwoluta. To wszystko sprawia, że książka zarówno nadaje się na prezent, jak i do własnej domowej biblioteczki. Miłym uzupełnieniem sa zdjęcia ukazujące Luke'a oraz jego podopiecznych.
Gorąco polecam lekturę tej wyjątkowej pozycji. I chociaż od wydania słynnej już pozycji autorstwa James'a Herriota minęło kilkanaście lat, a medycyna i weterynaria w ogóle poszły z duchem czasu, to przygody, jakie przeżywają wraz ze swoimi pacjentami i ich właścicielami weterynarze nadal śmieszą, bawią, uczą i rozczulają.
Luke Gamble w 2003r. założył fundację Wordlwide Veterinary Service, która bardzo prężnie działa i wspiera organizacje pomagające zwierzętom na całym świecie. W brytyjskiej tv Sky Luke prowadzi program poświęcony swojej praktyce. W Polsce na Animal Planet emitowany jest program Weterynarz bez granic z jego udziałem.
Luke mieszka wraz z żona i dwójką dzieci w New Forest. Ma także psa i apodyktycznego kota o imieniu Charlie.

środa, 20 czerwca 2012

Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów. - Ludwika Włodek

Wydawnictwo Literackie, Okładka twarda, 336 s., Moja ocena 5,5/6
Jest to jedna z tych książek, które czytam " w odcinkach", czyli co jakiś czas kolejny fragment. Czasami robię tak, bo tematyka danej pozycji jest zbyt trudna, ciężka, a czasami po prostu żeby dłużej przebywać z bohaterami:), nie udaje się to w przypadku powieści, kryminałów, ale w przypadku - dzienników, biografii, reportaży sprawdza się doskonale.
Jarosław Iwaszkiewicz, autor znany wydawało by się. Zmarł w 1980r., a więc nie tak dawno.
W związku z tym powinniśmy wiedzieć o nim dużo, ale czy tak jest naprawdę?
Ludwika Włodek w swojej książce udowadnia nam, że wcale tak nie jest mimo, iż do dziś zachowało się całkiem sporo pamiątek po pisarzu. Przede wszystkim liczna twórczość literacka. Poza tym listy i wspaniałe choć momentami kontrowersyjne dzienniki.
Sporo materiału, żeby poznać twórce, żeby poznać człowieka. Ale czy na pewno?
Autorka chcąc dokonać jakby rozliczenia z mitem pradziadka włożyła ogromna pracę w zgromadzenie materiału na książkę.
Przede wszystkim odbyła wiele podróży, ponieważ zarówno rodzina, jak i miejsca związane z Jarosławem Iwaszkiewiczem są bardzo rozproszone po świecie. Rozmawiała m.in. z wieloma członkami rodziny, odnalazła i zbadała bardzo dużą ilość różnorodnych materiałów związanych z Iwaszkiewiczem. Podróżowała nawet na Ukrainę do dalszej gałęzi rodu Iwaszkiewiczów. Zgromadzony w ten sposób materiał zebrała razem i stworzyła wspaniałą pozycję, którą bardzo trudno zaklasyfikować, ale która na pewno jest ważna i niezmiernie osobista.
To jest dosyć osobista książka. Wyszłam z założenia, że jak już piszę o rodzinie, to muszę napisać prawdę, a przynajmniej pokazać pewne rzeczy tak jak moim zdaniem to było. Ja właściwie nie piszę o swoim życiu, tylko o czyimś. Z drugiej strony są to jednak bliskie mi osoby, więc to wszystko razem było dla mnie trudne - mówiła autorka na antenie Polskiego Radia.
Ale to nie tylko książka o pisarzu, a także o ojcu, dziadku, mężu. Autorka opowiada nam przedwojenne losy rodziny na Ukrainie, wraca do historii rodzinnych prababci Anny, wspaniale opisuje nam mieszkańców Stawiska z czasów wojny i ich słynnych gości. Jednym z ukrywających się w majątku był m.in. Czesław Miłosz. 
Dom Jarosława Iwaszkiewicza w Stawiskach

Opowiada także o losach rodziny w czasach PRLu. Niezwykle barwny collage i przesympatyczna opowieść okraszona ogromną ilością rodzinnych fotografii.
Sporo dowiadujemy się także o samej autorce i jej rodzicach:
Gdy mieszkaliśmy z rodzicami na Stawisku, mama prowadzała mnie karmić pod portret Babuni Koczkodan. - Zobacz, jakie babunia ma piękne kwiaty, a jaki ma ładny kapelusz - mówiła, ja oniemiała z zachwytu otwierałam buzię, a wtedy mama ładowała mi łyżeczkę jakiejś papki. Niestety, nie zawsze karmienie odbywało się w tak kulturalny sposób. Różni ludzie, którzy widywali moją mamę przy tej nieszczęsnej czynności, do dziś wspominają, jak kompletnie wyprowadzona z równowagi, wrzeszczała do mnie: 'Jedz, ty mała kurwo!
Ponieważ rodzina była liczna, a i opisywana przez autorkę liczba bohaterów znaczna, bardzo dobrym pomysłem było dołączenie do książki drzewa genealogicznego Iwaszkiewiczów.
Co ważne autorka wzbogaciła dotychczas znane nam fakty z życia pisarza o wiele nowych oraz o wspaniałe, nikomu wcześniej nieznane anegdoty.
Mieliśmy w rodzinie kuzyna, który uchodził za takiego niezbyt inteligentnego, dosyć upierdliwego starego wujaszka. Był leśnikiem. Słynął z tego, że jak już kogoś sobie upatrzył, to zanudzał go na śmierć. I podobno kiedyś jak przyszedł w odwiedziny, to inny krewny usiłował wyjść innymi drzwiami żeby go nie spotkać. Kuzyn to jednak zauważył i rzekł: "Ha, przed okiem leśnika nie skryjesz się panie" – wspomina autorka
Ludwika Włodek przedstawia nam także „nowego” pradziadka. M.in. bez skrupułów opisuje jego wady oraz, jak niektórzy uważają wręcz poddańczą współpracę dla władz PRLu.
Jest to wspaniała opowieść nie tylko o znanym pisarzu, ale o całej rodzinie. Mimo wielu wad, czy postępków, które nam się mogą nie podobać, albo wydawać się co najmniej kontrowersyjne, opowieść jest naprawdę niesamowita.
Książkę określiłabym, jako opowieść o magicznym zjawisku, którym była rodzina Iwaszkiewiczów. Czasem – jak sama twierdzi- to zjawisko lśniło, czasem zachodziło chmurą wstydu, mroku, ale zawsze trwało. I niezależnie od kolei losu swoich przodków, autorka jest z nich niezmiennie dumna. To mi się w niej i w całej książce najbardziej podobało. Miałam wrażenie, że ta duma przebija z każdej kartki opowieści. I, że sam pisarz także był dumny ze swojej prawnuczki.
W końcu nie bez kozery napisał w dzienniku (…) Urodziła mi się dziś prawnuczka, Ludwika Włodek. Zadziwiające.
A pod koniec życia Jarosław Iwaszkiewicz napisał wiersz Do prawnuczki:
Ten kwiat, co leci w górze i wieje skrzydłami,
To motyl. Słowo obce, nie wiesz, co to znaczy,
Teraz nie am motyli. Ten jest jedynakiem.
Za chwilę może i jego nie będzie.
Nie myśl o tym. Patrz, niebo jest takie niebieskie,
Po niebie chmurki lecą, to jasne, to ciemne.
Słońce co rano wstaje, co wieczór zapada.
Świat będzie zawsze piękny, Ludko. I beze mnie.
I jak sama autorka przyznaje, Fajnie jest być prawnuczką Iwaszkiewicza.
A co rodziny pisze tak:
I nie dlatego ta rodzina jest dla mnie ważna, że to jego - słynnego pisarza - rodzina, tylko dlatego, że to moja rodzina. Też się zastanawiam, co we mnie jest z nich wszystkich. Raz odnajdywałam te podobieństwa z przyjemnością, innym razem ze smutkiem i zażenowaniem. Wgłębianie się w rodzinną historię było przyjemne, ale jednocześnie bolesne. Bo odkrywałam, że czasami wyglądała inaczej, niżbyśmy wszyscy chcieli ją pamiętać.
Wczoraj wcześniej wróciłam z pracy, okropnie bolała mnie głowa, ale gdy tylko zagłębiłam się w świat Iwaszkiewiczów poczułam się fantastycznie, przy opisach, anegdotach, przypowiastkach odpoczywa się wspaniale. Od przedwczoraj czytam thriller szpiegowski, ale na wczorajsze popołudnie i wieczór, odwiedziny u Iwaszkiewiczów były zdecydowanie lepszym wyborem niż perypetie CIA:).
Zachęcam do lektury książki, wtedy dowiecie się także dlaczego tak fajnie być prawnuczką znanego pisarza, nie tylko dlatego,  że Ludwika Włodek całe dzieciństwo chwaliła się, że ma sławnego pradziadka, a w szkole nauczyła się to pokrewieństwo perfidnie wykorzystywać. Zachęcam do lektury, tym bardziej, że nie jest to tylko i wyłącznie książka o sławnym pisarzu, ale także o jego rodzinie i czasach jemu współczesnych. 
Jarosław Iwaszkiewicz z Ludwiką Włodek.
 

środa, 13 czerwca 2012

Maniusia Marynia Maria - Maria Stępkowska - Szwed

Wydawnictwo BIS, Okładka miękka, 444 s., Moja ocena 5,5/6
Ja, Maria Elżbieta Szwed z domu Stępkowska, nosząca po mieczu herb Suchekomnaty, po kądzieli Starża, opisuję sagę naszej rodziny, opierając się wiernie na dokumentach i zasłyszanych opowiadaniach mojej babki, Urszuli Sulimierskiej, rodziców: Michała Wacława i Walerii Stępkowskich, a także na opowieściach ciotek. Ponieważ noc jest dla mnie zawsze dobrym doradcą, zaczynam w imię Boże opowiadanie l stycznia 1989 roku o północy, w siedemdziesiątym trzecim roku życia, i zostawiam dzieciom i wnuczętom dla pamięci. (...)
Marzyłam o dotarciu do korzeni mojego rodu, do ustalenia faktów, cofnięciu się mocno w czasie, aby głębiej przeżyć losy osób mi bliskich, znanych i nieznanych, które tworzyły również moją historię. (…)
Książka jest wyjątkowa tak, jak wyjątkowy jest zacytowany wyżej wstęp. Daje on przedsmak, ale tylko przedsmak tego, co was pochłonie po rozpoczęciu lektury. A, że książka was porwie, tego jestem pewna. Jest to przewspaniała saga rodzinna opowiadająca o życiu autorki, jej dzieciństwie, takim sielskim i anielskim, który spędzała w majątku rodziców, majątku, który niestety już dzisiaj nie istnieje, ale ważne, że pozostały wspomnienia, tych nikt nie odbierze. Autorka opowiada także o młodości w niewielkim, ale uroczym miasteczku. Miasteczko to dzisiaj nazwalibyśmy po prostu dziurą, ale kilkadziesiąt lat temu miało ono swój niepowtarzalny klimat, klimat, którego niestety na próżno teraz szukać. 
Wraz z autorką zanurzamy się w świat magiczny, który niestety już zaginął. Maria Stępkowska – Szwed powiada nam także życiu w magicznej leśniczówce w Puszczy Kozienickiej; opowiada o psikusach płatanych w dzieciństwie, o przywarach poszczególnych członków rodziny, o miłości, która wszystkich łączyła. 
Książka jest sagą dwóch rodów szlacheckich chlubiących się herbami Suchekomnaty i Starża. Autorka w swojej opowieści sięga, aż do czasów swego dziadka Ludwika Błażeja Stępkowskiego – sędziego radomskiego z czasów zaboru rosyjskiego; opowiada nam historię od powstania styczniowego począwszy, a na II wojnie światowej skończywszy. 
Co istotne, autorka opiera się nie tylko na swoich wspomnieniach, czy wspomnieniach bliskich, wiadomo – pamięć może być zawodna, korzysta także z rodzinnych zbiorów magicznych, czyli zdjęć, zapisków, listów – skarbów pielęgnowanych i przekazywanych, jak najcenniejsze relikwie z pokolenia na pokolenie. Skarby te są duszą rodziny, są jej sensem, bo czymże byłaby rodzina bez wspomnień, bez tych skrawków codzienności, chwil zwyczajnych i magicznych, o których tak fascynująco opowiada autorka. Powinnam przepisać co najmniej pół książki, żebyście chociaż odczuli odrobinę, co mnie tak uwiodło w książce, ale poprzestanę na fragmencie.   

(...)Dwa razy w tygodniu piekła Katarzyna pieczywo, a więc dla czeladzi bochny razowego chleba, kilka bochenków pytlowego na stół dla państwa, jakieś bułeczki, rogaliki i obowiązkowo biszkopt, który wybornie smakował z zimnym mlekiem. Pamiętam również wspaniały kompot, podawany prosto z piwnicy pod koniec smakowitego obiadu. Był wychłodzony, pachnący malinami i agrestem. Pływały w nim nieraz olbrzymie renklody, żółte albo czerwone. Podczas gotowania wrzucała Katarzyna dla zapachu laskę cynamonu i parę goździków. Albo te półmiski kurcząt pieczonych, salaterki mizerii i młodych ziemniaków z koperkiem. Podczas upałów bywał chłodnik z botwinki z pysznym mięsem lub zsiadłe mleko z piwnicy, które można było nożem kroić, tak było sztywne.
Dzieci przy posiłkach siedziały zwykle na tak zwanym „szarym końcu” stołu. Tam nam było najlepiej, bo można się było nawet pośmiać. Kiedyś podano na deser kompot ze śliwek. Ja, chcąc kuzynkowi posłać pestkę, wzięłam ją w dwa palce i tak niefortunnie nacisnęłam, że ta przeklęta przeleciała parabolą nad stołem i zadzwoniła o talerz stryja. Nic nie powiedział, tylko spod nawisłych brwi przyjrzał mi się surowo. Wolałabym zapaść się wtedy pod ziemię. Ale dzieci szybko zapominają o swych skądinąd niewinnych wykroczeniach. Myślę, że i dorośli również. Grunt, że lato, że wesoło, że apetyt!
Tego właśnie apetytu dodawała nam, dzieciom, kuracja letnia księdza Kneippa, do jakiej wdrożone byłyśmy przez naszą babcię Urszulę. Biegłyśmy więc z Aniusią co rano na rosę prosto z łóżek, jeszcze w nocnych koszulach. Aby skrócić sobie drogę, wyłaziłyśmy przez okno na daszek od piwnicy i po drzwiach skakały na trawę. Rosa rano była zimna. Nieraz aż nogi marzły. Po pięciu minutach spaceru tą samą drogą wracałyśmy do łóżek, obmywszy tylko nogi z piachu. Rozgrzewka nie trwała więcej niż kilka minut, bo wnet trzeba było ubierać się na śniadanie. (...) 

Opowiem teraz o piwnicy. Zawsze nas kusiła swoim chłodnym i ciemnym wnętrzem. Po zejściu z kilku stopni ukazywały się oczom nieoswojonym z ciemnością olbrzymie brzuchate beki z kapustą kiszoną. Pod ścianą stały rzędem antałki z kiszonymi ogórkami, przykryte liśćmi wiśniowymi dla twardości. Za nimi jakieś paki i skrzynie. Na kupach stosy kalarepy, rzodkwi czarnej i rzepy zachęcały do chrupania. Pod sufitem, na drążkach, wisiała do góry korzeniem brukselka i kapusta włoska. Drzwi na przeciwległej ścianie od wejścia, grube i ciężkie, były zawsze zamknięte na olbrzymią kłódkę. Ciekawe, zaglądałyśmy nieraz przez szparki, co też dzieje się za nimi, ale jakoś nic nie było widać. Pytałyśmy nieraz dziewcząt, które nabierały kapustę z beczek do olbrzymich garów, co też tam jest za drzwiami. Ale one pytały z kolei niezmiennie, czy znamy bajkę o trzynastym pokoju, do którego nie wolno było wchodzić. Tym bardziej nas to intrygowało. Dopiero kiedy byłam większa i mama po ciemnych schodkach sprowadziła mnie do piwnicy przyległej obok, zobaczyłam, co znajdowało się za tą ścianą z desek i za tymi grubymi drzwiami. Naprawdę było co oglądać. Na półkach pod ścianami leżały poukładane jabłka i gruszki, każde ogonkiem do góry, a w opałkach, zerwane przed mrozem węgierki. Mama mówiła, że najpiękniejsze poszły do kamiennego garnka i są zakopane w piwnicy w piachu. Dopiero na Boże Narodzenie były wyjmowane i piętrzyły się w szklanych kloszach, śliwki jak z drzewa zdjęte, jeszcze z kolorkiem, a niektóre nawet z listkami. Na innej wąskiej półce stały słoiki z konfiturami i galaretką, butelki z sokami. Na zimnej podłodze szare siwaki z mlekiem (garnki wypalane z siwej gliny), z których wielką chochlą zbierała mama śmietanę do drewnianej maślnicy. I tu, w chłodzie, na schodkach siadała dziewczyna i robiła masło, a było pyszne, pachnące, z łezką wody.  (...)

Mnie od razu łezka kręci się, ale  w oku, gdy czytam takie wspomnienia. Wiele z nich śmiało mogę także przypisać wakacjom u mojej ukochanej prababci, które do dziś (mimo, iż upłynęło wiele lat) pamiętam doskonale. Pamiętam i zrywanie owoców o świcie, wypiekanie chleba w specjalnym piecu, smażenie konfitur (jakie pyszne były takie przypalone, walczyłyśmy o nie z kuzynką:)), pamiętam też długie rozmowy i szacunek dla rodziny i osób starszych.Ten świat także odszedł wraz ze śmiercią prababci i niestety nikt w mojej rodzinie nie potrafi go odtworzyć, choćby w minimalnym stopniu.
Co przez cały czas lektury rzucało mi się w oczy, to wyjątkowe wprost więzi, które łączyły członków rodziny. Autorka opisuje historię rodów na przestrzeni burzliwych dziejów naszej ojczyzny. W tamtym okresie wiadomo, różnie bywało, ale w tych rodzinach zawsze było wiadomo jedno, że wszyscy mogą na siebie liczyć. Mimo przeciwności historii i losu członków rodzin zawsze wiązały ze sobą wyjątkowe więzy, co widać od pierwszej strony. 
Ogromną przyjemnością była dla mnie lektura książki, raz ze względu na niesamowitych wprost ludzi, którzy przewijali się na jej kartach, a dwa ze względu na wspaniały język, jakim posługuje się pisarka. Język Marii Stępkowskiej – Szwed jest językiem pięknym, to wspaniała, coraz rzadziej niestety używana dziś polszczyzna. A przy tym nie jest to język absolutnie anachroniczny, jest on piękny, a autorka posługuje się nim wspaniale i z ogromna swadą. 
Ciekawostką jest to, że autorka jest matką Tomasza Szweda – znanego twórcy muzyki country, spełnioną żoną i matką. Nic więc dziwnego, że będąc tak wspaniałą, w pełni  zrealizowaną życiowo i uczuciowo kobietą, napisała tak niesamowitą książkę, którą mimo blisko 500 s. czyta się błyskawicznie. I tylko na końcu żal, że już się skończyła, ta wspaniała opowieść o życiu... Jedyny minus, ale naprawdę drobny, to brak fotografii, które w tego typu pozycjach wydają mi się wręcz niezbędne. 
Polecam książkę wszystkim, zarówno tym lubiącym sagi, jak i tym lubiącym historię, dobrą literaturę, czy szukającym chwili zapomnienia i oderwania od rzeczywistości. 
Dajmy się choć na chwilę porwać magii świata Marii Stępkowskiej – Szwed; świata, który niestety bezpowrotnie odszedł.  

poniedziałek, 26 marca 2012

Dziennik 1954 wersja oryginalna. - Leopold Tyrmand

Wydawnictwo MG Okładka twarda, 544 s., Moja ocena 6/6
Właściwie to nie wiem od czego zacząć, a to bardzo rzadko mi się zdarza. Napiszę jednym słowem - REWELACJA. Fanką twórczości Tyrmanda byłam już wcześniej, ale po lekturze Dziennika... jestem fanką Tyrmanda także, jako człowieka. Jako pisarza cenię go za to, że wspaniale bawił się słowem, był jego mistrzem i genialnie wykorzystywał w swoich utworach otaczającą go rzeczywistość. Przykładem morze być recenzja Siedmiu dalekich rejsów, którą zamieściłam tutaj. Lubię i to bardzo biografie, autobiografie, ale Dziennik... jest czymś więcej, jest przede wszystkim studium epoki socjalistycznej, a w zasadzie jej wycinka - I połowy 1954r. Jest to także studium ukazujące wspaniałego (choć nie pozbawionego wad) człowieka, jakim był Tyrmand. Co ciekawe  w Dzienniku... spotkamy wiele słynnych osób, które były bliższymi lub dalszymi znajomymi autora, np. Herberta, Jasienicę, Kisiela, Turowicza. Poznajemy też prozę i poezję pisarza, świetnego obserwatora, znakomitego stylisty, którego wkrótce pozbyto się z Polski na stałe.
Sam tytuł może wydawać się niektórym dziwny lub co najmniej zastanawiający, mnie np. od razu nasunęło się pytanie - dlaczego 1954?  Przede wszystkim dlatego, że Dziennik 1954 jest kroniką określonego czasu, i to czasu jak na dziennik wyjątkowo krótkiego. Zapiski pisarza nie obejmują nawet okresu jednego roku, dot. zaledwie jednego kwartału, okresu od 1 stycznia do 2 kwietnia 1954r. Stało się tak też dlatego, że rok 1954 był w biografii i twórczości Tyrmanda rokiem przełomowym. Kim był Leopold Tyrmand przed rokiem 1954? Ur. się 16 maja 1920r.  w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Ojciec, Mieczysław Tyrmand, posiadał hurtownię skór. Matka, Maryla Oliwenstein, była jedną z najpiękniejszych kobiet w stolicy. Dzieciństwo i dorastanie Leopolda Tyrmanda upływało w dostatku, lecz nie w bogactwie. Po latach, w Dzienniku 1954, wspominał:
(...)  Uczuciowo wyniosłem z domu niewiele: kochałem mych rodziców, lecz szybko nauczyłem się żyć bez nich, nie odczuwać ani ich potrzeby, ani braku. Dom był dla mnie niegdyś ciepłem i bezpieczeństwem, lecz moje pokolenie w moim kraju wcześnie przekonało się, że dzięki temu, co zwie się w naszych okolicach historią, rodzinne ciepło i bezpieczeństwo trzeba między bajki włożyć. (...) Mój dom rodzinny nie budził we mnie ambicji innych poza powodzeniem finansowym, stąd nigdy nie stanowił dla mnie autorytetu. Dziś tedy myślę o nim z sentymentem, lecz bez przywiązania. Dom rodzinny rehabilitował się, łożąc na naukę i studia. Były to nieudane inwestycje. Skończyłem dobre warszawskie gimnazjum, nie bez upokorzeń na skutek chronicznych zaległości w opłatach, jako nader przeciętny uczeń. (...) Po gimnazjum miałem zostać dobrze zarabiającym architektem i w tym celu udałem się do Paryża, by na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych osiągnąć zawód i położyć podwaliny pod dorobek. Historia, już wspomniana tu niezbyt pochlebnie, chciała inaczej. Po pierwszym roku studiów, który klasycznie przegłodowałem, żywiąc się frytami i fasolą, moją pracą zarobkową stało się przemytnictwo. Jeśli nie liczyć korepetycji z polskiego udzielanych w gimnazjum zamożniejszym chłopcom, kandydatom na lekarzy i prawników, moim pierwszym znacznym zarobkiem okazało się honorarium za przeprowadzenie kobiety z dzieckiem i pakunkami ciemną nocą przez rzekę Bug, na linii Włodawa - Luboml, czyli od hitlerowców do bolszewików.(...)
Po maturze Leopold Tyrmand  wyjechał do Paryża, żeby w tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych studiować architekturę (1938-39). Ten zaledwie roczny pobyt w Paryżu okazał się jednak bardzo owocny - we Francji Tyrmand zetknął się po raz pierwszy z zachodnioeuropejską kulturą i amerykańskim jazzem, co miało głęboki wpływ na jego światopogląd i póżniejszą twórczość. Zobaczył, że można żyć inaczej, można żyć barwnie, być wolnym. I do tego przez resztę życia dążył.  Z początkiem wojny znalazł się w Wilnie. Aresztowany w kwietniu 1941, został skazany na dwadzieścia pięć lat więzienia za „konspirację antylitewską”. Z wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej mógł więzienie zamienić na roboty przymusowe. Imał się różnych prac: był robotnikiem i kelnerem, kreślarzem i palaczem, wreszcie marynarzem. W tej ostatniej roli spróbował ucieczki; schwytany w Norwegii, trafił do obozu koncentracyjnego. Pobyt w Norwegii przyniósł Tyrmandowi znajomość języka norweskiego i materiał do pierwszej książki – Hotel Ansgar (Poznań, 1947). 
(...) W Rzeszy - w Moguncji, Wiesbaden, Frankfurcie nad Menem - i w Wiedniu Tyrmand przebywał do połowy roku 1944. Pracował między innymi jako tłumacz i robotnik kolejowy, wiosną 1943 roku był pomocnikiem bibliotekarza we frankfurckim Kulturamcie, a następnie kelnerem w restauracji 'Königshof'. Pod koniec tego roku wyjechał do Wiednia, gdzie pracował w hotelu 'Minerwa' jako posługacz, a do jego obowiązków, jak podaje zachowane zaświadczenie, należało zamiatanie podwórza i trotuarów, a także czyszczenie butów gości hotelowych w godzinach 6:30 - 16:30, z wyjątkiem niedziel'.(...) Dziennik 1954 wersja oryginalna - wstęp Henryka Dasko. 
Losy wojenne rodziny Tyrmanda były dramatyczne -  ojca zamordowano na Majdanku, matka przeżyła i po wojnie wyemigrowała do Izraela. Z rodziny ojca ocalała czwórka rodzeństwa. Cała rodzina matki zginęła w warszawskim getcie. Po powrocie do kraju (1946) Tyrmand pracował najpierw jako dziennikarz w Expresie Wieczornym i Słowie Powszechnym. W latach 1947-49 był członkiem redakcji Przekroju, w roku następnym rozpoczął stałą współpracę z Tygodnikiem Powszechnym. Praca ta skończyła się z chwilą odebrania pisma prawowitym redaktorom i przejęcia go przez Jana Dobraczyńskiego (1953). Ale zmierzamy do tytułowego 1954r. Kim wtedy był Leopold Tyrmand? Wg. mnie po lekturze Dziennika...przede wszystkim był nonkonformistą i to przez duże N. Ale współcześni różnie go odbierali. Dla niektórych był nikim, człowiekiem przegranym, któremu podwinęła się noga. Wariatem, co nie chce zrozumieć dziejowej konieczności i nie bierze udziału w realizacji postulatów socrealizmu. Dla niektórych był barwną postacią Warszawki, cynicznym bikiniarzem w kolorowych skarpetkach, arbitrem elegancji, propagatorem zachodnich nowinek. Dla niektórych był wzorem postawy niezłomnej, człowiekiem, który niedostatek i brak możliwości publikowania przedłożył nad ewentualną karierę i zaszczyty – z lojalności dla swoich przekonań. 
Dlaczego przez wielu uważany był za człowieka o niezłomnej postawie? Z wielu powodów, ale wg. mnie najbardziej jaskrawym tego przykładem może być powód, dla którego stracił pracę w Tygodniku Powszechnym - wraz z całą redakcją – odmówił druku nekrologu Stalina w wersji podyktowanej przez władze. Został wtedy, podobnie jak inni pracownicy Tygodnika obłożony nieoficjalnym zakazem druku. Utrzymywał się z przypadkowych zajęć: korepetycji, pisania reklam i sprzedaży własnych opowiadań na scenariusze filmowe. Tyrmand był człowiekiem z twardym karkiem i twardym charakterem, w żadnym wypadku nie był chorągiewką wiejącą zgodnie z wiatrem komunistycznym. Chyba był jedynym takim człowiekiem (pośród panteonu mniej lub bardziej znanych), jakiego mieliśmy po wojnie. Zastanówmy się - ilu z nas potrafiłoby się w tamtych czasach, w tamtej rzeczywistości nie ugiąć się, wytrwać w swoich poglądach? A Tyrmand wytrwał.  Przy tym był postacią niezwykle barwną - wielbicielem jazzu, kolorów, wolności i życia po prostu. W momencie pisania Dziennika... miał 34 lata i chodził w kolorowych skarpetach, bajeranckich marynarkach oraz w pomalowanym w różne, najdziwaczniejsze wzory krawacie. Działo się to  w czasach, gdy wszyscy mniej lub bardziej pozowali na udręczony lud pracujący miast i wsi lub takim ludem w wręcz byli. Był więc Tyrmand barwnym, na prawdę żyjącym nonkonformistą. I za to cenię jego jedną połówkę, a drugą za świetne pisarstwo i spostrzegawczość. Był także człowiekiem kochającym życie we wszystkich jego przejawach i człowiekiem mającym w nosie co o nim myślą i mówią, m.in. miał szesnastoletnią kochankę, która w dodatku była od niego o głowę wyższa. Wiedziało o tym całe miasto i wszyscy „postępowi pisarze” (jak sam pisze )zazdrościli mu tego i nienawidzili go za to z całej duszy. Tyrmand zerwał z córką Iwaszkiewicza, bo nie zależało mu na karierze w środowisku, którą zapewniłby ewentualny ożenek. Córka Iwaszkiewicza po prostu mu się nie podobała i koniec.Taki był Tyrmand i taki jest Dziennik...
I ja mu zazdroszczę. Czego? Tego, że potrafił żyć tak, jak sam chciał, a nie tak, jak tego od niego oczekiwano.  To ogromny dar, a wolność, którą wybrał jest najważniejsza. Każdy z nas ma wielkie plany, marzenia, ale niewielu ma możliwość i odwagę je realizować i żyć po swojemu. Tyrmand potrafił. I chwała mu za to.
Co moim zdaniem istotne i mówiące wiele o Tyrmandzie, to fakt, iż w trakcie pisania dziennika sam – zależnie od nastroju – postrzegał siebie z różnych perspektyw. Warto zajrzeć do Dziennika 1954 wersji oryginalnej, żeby poznać kilka miesięcy z życia tego niezwykłego człowieka. Na prawdę warto tym bardziej, że wydany przez wydawnictwo MG Dziennik 1954, jak sam tytuł głosi - jest wersją oryginalną, obejmuje całość notatek, jakie Tyrmand prowadził w okresie od 01 stycznia do 02 kwietnia 1954r. Ta wersja jest o wiele bardziej barwna i bogatsza w porównaniu do wcześniejszych wydań. Jeżeli chodzi o życie Leopolda Tyrmanda nie warto czytać wersji nieoryginalnej, to tak jak jedzenie cukierka czekoladopodobnego zamiast czekoladowego. Tyrmand był jak czekolada w 100% i warto o tym pamiętać:). 
Leopold Tyrmand 1958r.
Leopold Tyrmand 1983r.