Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia polski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia polski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 września 2015

Wielkie dni małej floty - Jerzy Pertek

Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 6/6
Recenzja mojego męża.

Niniejsza książka to nowe wydanie najlepszej pozycji, opisującej zmagania polskiej floty w czasie II wojny światowej. Dokładnie rzecz ujmując, jest to 11. wydanie tytułu. 1. wydanie ukazało się tuż po zakończeniu II wojny światowej w 1946 roku. Było ono cienkie bowiem ilość materiału, jaka udało się zgromadzić autorowi była stosunkowo ograniczona. Jednak źródeł, materiałów przybywało i 2. rozszerzone wydanie ukazało się już w rok później, czyli w 1947 roku; a kolejne wydania sukcesywnie co kilka lat. Wraz pojawianiem się nowych danych, zdjęć, materiałów, świadków opisywanych wydarzeń uzupełniano książkę. 
Te pierwsze wydania Wielkich dni małej floty były pierwszymi próbami ujęcia całokształtu działalności Polskiej Marynarki Wojennej w okresie II wojny światowej. 
Autor w swojej pracy wykorzystał przede wszystkim materiały z polskiej prasy podziemnej, informacje z prasy niemieckiej i francuskiej, liczne relacje marynarzy mi oficerów różnego stopnia. Bibliografię uzupełniają liczne pozycje książkowe w języku polskim, niemieckim oraz francuskim.
Książka podzielona jest na 11 rozdziałów. Każdy traktuje o innym zagadnieniu. Dowiadujemy się m.in. o sytuacji Polskiej Marynarki Wojennej tuż przed wybuchem II wojny światowej i w trakcie jej trwania; sytuacji polityczni-militarnej w całym tym okresie; obronie Wybrzeża; działaniach na Bałtyku począwszy od 01.09.1939 roku; funkcjonowaniu marynarki Wojennej w głębi kraju; udziale marynarzy w walkach o ważne miejsca na terenie Polski, np. twierdze Modlin. Autor porusza także tematykę walk polskiej floty na Zachodzie oraz działań polskich okrętów m.in. w kampanii norweskiej i ostatniej ewakuacji z Dunkierki. 
W/w tematy to nie wszystkie, jakie na 670 stornach porusza Jerzy Pertek. Książka uzupełniana po raz 11. porusza pełnię zagadnień, jakie mogą przyjść do głowy czytelnikowi czy osobie zainteresowanej tym tematem. 
Co istotne Wielkie dni..., to nie tylko relacja historyczna. To także liczne zdjęcia, które zdecydowanie ubarwiają i tak fascynującą opowieść i bezpośrednie relacje naocznych świadków, uczestników opisywanych wydarzeń. Bowiem wiernym opisom akcji towarzyszą liczne wspomnienia dowódców i bezpośrednich uczestników walk oraz fragmenty dzienników pokładowych, które oddają heroizm służby wojennej. Dzięki tym żywym relacjom niemal uczestniczymy w podejmowaniu bojowych decyzji przez dowódców oraz wypełnianiu ich rozkazów przez marynarzy. 


Książka doskonała, arcyciekawa, dopracowana merytorycznie w każdym calu, napisana niezwykle przystępnym językiem. Jest to pozycja, którą czyta się (mimo odrobinę może specyficznej tematyki) w mgnieniu oka, niczym najciekawszą, najbardziej porywającą książkę przygodowo-wojenną. Miałem okazję kilkanaście lat temu czytać jedno z wcześniejszych wydań. Gdy wziąłem do ręki niniejsze 11. już wydanie, zastanawiałem się, czy nie pominę w trakcie lektury niektórych znanych mi już fragmentów. Nie pominąłem. Gdy tylko rozpocząłem lekturę rozpocząłem także jedyną w swoim rodzaju przygodę, którą po 670 stronach z żalem zakończyłem.
Zachęcam do lektury. 

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Ostatnia twierdza Hitlera Breslau 1945

Wydawnictwo Rebis, Ocena 6-/6
Recenzja mojego męża.

Breslau (czyli obecny Wrocław) to miasto, które wiele wycierpiało i doświadczyło pod koniec II wojny światowej. W sierpniu 1944 roku miasto zostało ogłoszone i nazwane Festung Breslau. Po upływie kilku miesięcy z  początkiem 1945 roku, rozpoczęła się gehenna stolicy Dolnego Śląska. Armia radziecka prze na przód zdobywając kolejne tereny, miasteczka, wsie. Większość z nich stawia bardzo niewielki, w zasadzie symboliczny opór. Swoją zaciętością zadziwia Breslau, miasto, które Hitler ogłosił wspomnianą twierdzą III Rzeszy.
20 stycznia 1945 roku, na rozkaz gauleitera Hankego, rozpoczęto przymusową pieszą ewakuację większości pozostającej jeszcze w mieście ludności cywilnej. Była straszna zima, temperatura spadła poniżej minus 20 C. Jak się ocenia, podczas ewakuacji z zimna i przemęczenia zginęło (z reguły zamarzło lub dosłownie padło z powodu głodu, wycieńczenia) 25,000 osób. Wiele osób nie wytrzymywało i popełniało samobójstwo. Droga ewakuacji była usłana trupami, w dużej mierze były to dzieci, które wyglądały jak śpiące lalki. 
Mimo prowadzonej ewakuacji w mieście pozostało ok. 200,000 cywilów. Wśród nich byli przebywający w obozach jeńcy wojenni oraz cudzoziemscy robotnicy przymusowi, także Polacy. Dla nich oraz "wolnych" mieszkańców miasta rozpoczęło się piekło. 
W nocy z 15 na 16  lutego 1945 roku Armia Czerwona okrąża miasto.22 lutego ma miejsce początek szturmu na Wrocław. A to dopiero początek. W nocy z 01 na 02 kwietnia następuje masowe bombardowanie miasta. Bierze w nim udział 750 samolotów radzieckich. 12 kwietnia Hitler wydaje rozkaz nakazujący obronę miasta do ostatniego żołnierza. 05 maja Rosjanie wystosowali ultimatum do dowództwa twierdzy w sprawie bezwarunkowej kapitulacji. 06 maja podpisana zostaje kapitulacja. Jedno z najpiękniejszych miast ówczesnej Europy w zasadzie przestało istnieć.
Jak pisze autor: (...)  Twierdza Wrocław – najdłużej broniące się miasto III Rzeszy (dłużej nawet niż Berlin!) walczyło tak naprawdę o nic. Rosyjski front był już tak rozległy, że samo miasto nie miało już poważniejszego znaczenia strategicznego. (...)
Wydawałoby się, iż po odzyskaniu niepodległości miasto powinno dźwigać się z ruin, a ludność powinna próbować we względnym spokoju odbudowywać swoje życie. Jednak to tylko pozory. Czas po 06 maja 1945 roku to okres głodu, chorób, bezdomności, rabunków, mordów, gwałtów, za które nikogo nie pociągano do odpowiedzialności. Panowało wtedy wszechobecne bezprawie. Zbrodnie były dokonywane zarówno na wysiedlanych Niemcach, jak i napływających osadnikach.
Niniejsza książka prezentuje wstrząsający opis tamtych dni zarówno okresu tuż przed oblężeniem, jak i tych kilku miesięcy, gdy miasto było otoczone i konsekwentnie bombardowane, jak i okresu po wyzwoleniu. Bazując na listach, zapiskach, sprawozdaniach, a wreszcie wspomnieniach ocalałych Hargreaves przedstawia historię miasta i związanych z nim ludzi. Jest to opis wyjątkowo wstrząsający i poruszający wszystkie struny w umyśle i sercu czytelnika. Historia naznaczona wyjątkowym okrucieństwem, niesamowitą ilością cierpienia, krwi i znaczona śladami trupów. Wspomnienia ludzi poruszają. Częstokroć są to ostatnie listy, zapiski ludzi, którzy wiedzą, iż za moment umrą. Niesamowita historia wyjątkowo bezsensownie zniszczonego miasta i tysięcy istnień ludzkich.
Książka angielskiego dziennikarza jest doskonale opracowana, poparta bogatym materiałem źródłowym, napisana przystępnym językiem w sposób, który sprawia, iż pochłania się ją jednym tchem. Minus daję tylko za umieszczenie przypisów na końcu książki.

środa, 5 listopada 2014

Tankiści

Wydawnictwo Znak Horyzont, Ocena 5/6
Kacper Śledziński to zręczny autor, którego kolejną książkę przeczytałem z wielką przyjemnością i odrobiną sentymentu. Bo który męźczyzna (tak w wieku 40+) będąc chłopcem nie marzył o byciu w załodze Rudego 102:)?
Kto nie zna filmowych przygód Janka, Olgierda, Gustlika, Grigorija i naturalnie Szarika? Jednak prawdziwe życie załogi czołgu wyglądało inaczej.
Autor niniejszej książki sięga do naszych dziecięcych marzeń zabaw i idzie krok dalej. W przeciwieństwie do opowieści autorstwa Janusza Przymanowskiego, fikcyjne są tylko dialogi włożone w usta bohaterów. Pozostałe fakty są jak najbardziej autentyczne, oparte na bogatym materiale. Bohaterami są żołnierze 1. Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte. Ogromnym plusem książek Śledzińskiego jest właśnie dogłębne zbadanie tematu i mocne osadzenie ich w realiach historycznych.
Tankiści to bardzo ciekawa opowieść o autentycznych pancernych, o tym kim byli, dlaczego walczyli, jak to robili, co czuli. Poznajemy także wady i zalety czołgów, broni bojowej. 
Autor sięga do samego początku, do genezy powstania 1. Brygady, opisuje jej początki i rozwój oraz najważniejsze momenty, dzień codzienny, bitwy, strach, brud, często głód, choroby. Bierzemy udział w wielu bitwach, np. pod Lenino czy pod Studziankami, walczymy o Wał Pomorski i Warszawę. Czyli poznajemy historię bitew II wojny światowej widzianych od czołgowych kulis, można śmiało rzec - od podszewki. Nic bowiem nie jest nam oszczędzone. 
Jednak ta książka to nie tylko gloryfikacja i chwała. Śledzińskie nie osłania nieudolnych postaci, nie tuszuje błędnych decyzji, śmiało pisze o nieudolności, zniweczeniu szans. 
Tym co stanowi o wielkości tej książki są losy pojedynczych osób, które dotychczas były na ogół anonimowymi bohaterami, a których czyny składają się na historię tych prawdziwych tankistów. 
Tankiści to rzetelnie napisana, dopracowana w każdym calu, porywająca książka. Gorąco zachęcam do lektury. 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Księżna Izabela Czartoryska - Katarzyna Maria Bodziachowska

Wydawnictwo Rytm, Moja ocena 5,5/6 
Główna bohaterka książki, Izabela z Flemingów Czartoryska, to postać niezwykła, silna, która zdecydowanie wyprzedziła swoją epokę, o czym wspaniale i z ogromną pasją opowiada Katarzyna Maria Bodziachowska. 
Izabela urodziła się 3 marca 1746 r. i nie miała szczęśliwego dzieciństwa. Matka zmarła tuż po jej narodzinach. Przez dwa lata zajmowała się nią ciotka, która również zmarła. Co prawda był ojciec, ale on z kolei będąc doradcą króla Augusta III Sasa, nie miał dla swojego jedynego dziecka czasu. Opiekę nad dziewczynką przejęła babka ze strony ojca, osoba oschła, wyniosła, która nie ukrywajmy tego, z dziećmi powinna mieć niewiele wspólnego. 
W wieku zaledwie 15 lat Izabela wychodzi za mąż za księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego. Choć uważana za brzydką, szybko znalazła męża ze względu na olbrzymi posag, jaki jej towarzyszył. Małżonkowie zamieszkali  w pałacu w Puławach. Przeżyli razem 62 lata chociaż absolutnie nie łączyło ich żadne głębsze uczucie. Ot małżeństwo interesów, majątków, nazwisk, czyli takie, jakich w owych czasach było wiele. Mieli piątkę dzieci, z których najprawdopodobniej tylko jedno było dzieckiem pana męża. Izabela słynęła bowiem z romansów, ale nie tylko. Przyszła księżna początkowo nieśmiała, niedouczona z biegiem czasu ewoluuje, staje się jedną z najbardziej znanych kobiet swoich czasów, interesującą się dosłownie wszystkim, przyjaciółką ostatniego króla Polski, którego nawet broniła, gdy reszta rodaków szczerze go po 1. rozbiorze znienawidziła. Była muzą artystów, mecenaską sztuki, mieszkającą w wielu miejscach Europy, kobietą niezwykle silną na pozór, choć w głębi duszy delikatną, nadal pełną kompleksów, ale także budzącą zgorszenie swoimi licznymi romansami. 
Autorka książki we wspaniały sposób opowiada historię Izabeli ukazując ją ze wszelkimi jej wadami i zaletami. Znosimy fochy Izabeli, jej wahania, humory, brniemy przez pierwsze bale i kolejne romanse, podróżujemy od coraz wspanialszego pałacu w Puławach, poprzez całą bez mała Europę. Na kartach książki obok głównej bohaterki i jej rodziny przewijają się najważniejsi ludzie epoki - Rembowski, Karpiński, Szymanowski, Zabłocki, Niemcewicz, czy Krasicki oraz wielu ówczesnych polityków. Wszak mąż Izabeli, Adam Kazimierz zajmował się szeroko pojętym mecenatem, był osobą znaną, bogatą, utytułowaną.
Dodatkowym atutem jest wierne oddanie realiów epoki oraz umiejętne wplecenie w opowieść niełatwego skądinąd fragmentu naszej historii. Wszak okres, w którym przyszło żyć Izabeli, to czas Sejmu Wielkiego, rozbiorów Polski, wojen napoleońskich, Powstania Listopadowego. Wydarzenia te za każdym razem wdzierają się w życie Izabeli. Autorka jednak tak umiejętnie dozuje i serwuje nam fakty historyczne, iż absolutnie nie odczuwamy ich ciężaru. Są one tłem dla losów głównej bohaterki i jej rodziny. 
Jednak najciekawiej są ukazane wg. mnie dwie kwestie. Pierwsza, to nasze polskie społeczeństwo i piekiełko, ze wszystkimi przywarami, tym z czego niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu słynęliśmy w owym czasie, które na tle historycznej zawieruchy nie wypadają dobrze. Drugą kwestią jest sama Izabela, a właściwie jej przemiana od odsuwanego na dalszy plan dziecka, poprzez niezbyt urodziwą nastolatkę, zdradzającą żonę, panią domu prowadzącą dom otwarty, aż po zagorzałą patriotkę walczącą o sprawę polską, mecenaskę sztuki i założycielkę pierwszego w Polsce muzeum. 
Książka napisana jest w arcyciekawy sposób, a przy tym niezwykle pięknym językiem, co jest jej dodatkowym atutem. Pisarce tak udało się ukazać postać bohaterki, iż od pierwszej strony nie pozostajemy wobec niej obojętni. Izabela Czartoryska, kobieta o wielu twarzach, zmienna jak kameleon, ożyła za sprawą Katarzyny Marii Bodziachowskiej. 
Gorąco zapraszam do lektury. Warto sięgać po książki historycznej, warto poznać pozycje mało reklamowane i warto dać szansę mało znanym autorom. Można trafić na niezwykłą perełkę. 
Niecierpliwie czekam na kolejną książkę autorstwa Katarzyny Marii Bodziachowskiej, która urzekła mnie pasją, dogłębnym zbadaniem tematu i pięknym językiem.  

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Niewidzialna korona

Wydawnictwo Zysk - S-ka, Moja ocena 5,5/6
Już wróciłam do blogowania. Mam nadzieję, że chwilowo problemy zostały zażegnane. Trzymajcie proszę kciuki. Czy wybrałam właściwie, to się okaże za kilka tygodni, może nawet miesięcy.
Przy okazji dziękuję za wszystkie komentarze, emaile, głosy wsparcia. Bardzo mi to pomogło. 
Przez ten ostatni tydzień przeczytałam Niewidzialną koronę, która okazała się doskonałym ratunkiem na smutki i zmartwienia.
Elżbieta Cherezińska kolejny raz porwała mnie opowieścią o naszej historii. Niewidzialna korona, to 2. część jak sądzę wielotomowej opowieści z dziejów historii Polski.  Mimo, iż Niewidzialna korona jest kontynuacją historii, obie części można czytać niezależnie do siebie. Poprzednia część, czyli Korona śniegu i krwi kończy się morderstwem Przemysła II, czyli wydarzeniem, które miały miejsce w roku 1296 w Rogoźnie. Przemysł II był ostatnim męskim przedstawicielem linii wielkopolskiej Piastów, królem Polski od zaledwie kilku miesięcy (od 1295 roku). Nic dziwnego, iż wraz z jego śmiercią państwo polskie nie dość, że okrojone terytorialnie, to dodatkowo jest w prawie całkowitej rozsypce, grozi mu anarchia, wróg (pod postacią Brandenburczyków i Krzyżaków) czyha u bram, broń się szykuje, a dawni bogowie są ciągle uznawani w wielu miejscach za najważniejszych. Jest także dwóch chętnych na schedę po Przemyśle. Są nimi: książę kujawski Władysław, którego znamy, jako Łokietka i książę Henryk z Głogowa. Jak potoczy się historia, chyba każdy z grubsza, z lekcji historii pamięta. Istotnym jest, jak ten niełatwy kawałek naszych dziejów zaserwowała nam Elżbieta Cherezińska.
Ogromnym plusem książki jest ukazanie ówczesnego piekiełka, jakim bez wątpienia był tygiel, w którym smażono mniejsze i większe intrygi, sączono jad, knuto spiski. To wszystko okraszone jest sporą dawką poczucia humoru i wspaniałym kreacjami bohaterów, z których nawet ten najniższego stanu, najmniej znaczący ukazany jest w sposób wyborny. To co jednak najbardziej mnie uwiodło to obraz silnych kobiet, o których historycy i pisarze, zbyt często zapominają. Wszak wciąż z reguły uważa się, iż wieki średnie to świat dzielnych, walecznych męźczyzn,a  niewiasty, słabowite, chorowite oczekiwały w domu na swoich panów. Można śmiało stwierdzić, że autorka wskrzesiła na kartach książki wiele zapomnianych (albo częstokroć praktycznie nieznanych) kobiecych postaci.
Cherezińskiej udało się we wspaniałych proporcjach wymieszać fakty historyczne z odrobiną fikcji i szczyptą fantastycznej magii. Powstało wyśmienite danie, które się połyka w  mgnieniu oka. 
Niewidzialna korona kończy się na 1306 roku. Liczę, iż na kolejny tom serii nie będziemy musieli zbyt długo czekać.

piątek, 1 sierpnia 2014

Dni walczącej stolicy - Władysław Bartoszewski

Wydawnictwo Świat Książki, 526 s.,  Moja ocena 6/6
Dzisiaj dzień niezwykle ważny, 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Lektury, które chciałabym wam polecić, będą do tej rocznicy nawiązywać. Będą to dwie książki, które czytałam przez ostatnie kilka tygodni, ale z napisaniem o nich celowo wstrzymywałam się do dzisiejszego dnia. 
Dni walczącej stolicy, o tej pozycji wiele słyszałam, wszak to jej kolejne wznowienie, tym razem z okazji okrągłej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Jednak wcześniej nie miałam okazji zapoznać się z treścią książki.
Jest to książka ze wszech miar wyjątkowa. Przede wszystkim dlatego, że jest zapisem sześćdziesięciu siedmiu audycji dokumentalnych poświęconych powstańczej Warszawie. Audycje te były nadawane w programie III Polskiego Radia od 30 lipca  do 4 października 1981 roku i odtworzone przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa w 1984 roku. Czas nadawania audycji, to dodatkowy atut książki. Pierw­sze książ­ko­we wy­da­nia kro­ni­ki uka­za­ły się w tym samym cza­sie na­kła­dem lon­dyń­skie­go wy­daw­nic­twa Aneks i pod­ziem­ne­go wy­daw­nic­twa Krąg.

Jednak największą wartością książki są wspomnienia osób biorących udział w Powstaniu oraz wiele (często nieznanych) zdjęć, które pochodzą z Muzeum Powstania Warszawskiego. Ukazują one życie powstańców i ludności cywilnej Warszawy od 31 lipca (czyli od ostatnich dni przed burzą, jak je określa prof. Bartoszewski) do 4 października 1944 roku. 
Zdjęcia są różnorodne, różne wyzwalają emocje. Nad niektórymi się podchodzi do porządku dziennego, ot zdjęcia walczących ludzi, niektóre szokują grozą, okrucieństwem, bezsensem. Nie ukrywam, że zdjęcie tej uśmiechniętej dziewczynki (Różyczki), która jak opowiada prof. Bartoszewski pomagała ze wszystkich sił, najbardziej chwyciło mnie za serce. Nikt nie powinien brać udziału w koszmarze wojny, powstania zbrojnego, a już na pewno nie dzieci.
Bo­ha­te­ra­mi 67 au­dy­cji są lu­dzie w róż­nym wieku, zarówno młodzi, będący częstokroć jeszcze dziećmi, jak i osoby dorosłe, oraz w podeszłym wieku, powstańcy, a także osoby nie biorące czynnego udziału w tej zbrojnej akcji. Książka i opublikowane w niej audycje wiernie oddają, to co działo się w Warszawie tuż przed wybuchem Powstania, w jego trakcie i tuż po jego upadku. 
Mimo, iż profesor Bartoszewski był bezpośrednim uczestnikiem Powstania, w książce brak wątków osobistych dot. bezpośrednio profesora. Jest za to narracja prowadzona w taki sposób, że książkę czyta się niezwykle szybko. Dodatek wspomnień zwykłych ludzi żyjących w tym okresie w stolicy, zdjęcia ukazujące ogrom tragedii, ale i męstwa zwyczajnych ludzi sprawiają, iż jest to lektura z wyjątkowo ściśniętym gardłem. 
Wątki osobiste, uczucia opisuje inna książka profesora Bartoszewskiego (okładkę widać obok). Jej recenzje zamieszczę za kilka godzin.  
Ten post pisałam wczoraj, nie wiem jak przebiegną uroczystości związane z rocznicą Powstania Warszawskiego. Nieodmiennie zdumiewają, szokują i oburzają mnie wszelkie manifestacje sprzeciwu przeciwko wybuchowi Powstania. Mam nadzieję, że w tym roku wszystko przebiegnie w spokoju. 
Rozumiem dyskusję na temat Powstania, jego ew. sensu, ale nie rozumiem niemerytorycznej krytyki na ulicach (jaka kilkakrotnie w rocznicę miała miejsce), manifestacji, gwizdów etc.
Uważam, że nie nam jest oceniać, krytykować ludzi, którzy 70 lat temu podjęli się heroicznego skądinąd czynu, jakim było stanięcie zbrojne przeciwko okupantowi. Nie wiem, czy ja będąc na ich miejscu miałabym tyle odwagi.


wtorek, 22 lipca 2014

Barbara i król

Wydawnictwo Książnica, Moja ocena 5,5/6
Wspaniała powieść, tym cenniejsza, iż nasza, polska.
Akcja rozpoczyna się w 1570 roku w Warszawie na Zamku Królewskim. Spotykamy króla Zygmunta Augusta, gdy jest schorowany, samotny i od blisko ćwierć wieku opłakuje swoją jedyną miłość - Barbarę Radziwiłłównę. Kolejne, nieudane małżeństwo, brak następcy tronu i obawa o to, co stanie się z krajem, przysparzają władcy wielu trosk. Na tęsknocie króla za ukochaną kobietą postanawiają zarobić chytrzy, ale i co tu ukrywać pomysłowi Mniszechowie. Postanawiają umieścić w królewskim łożu młodziutką córkę warszawskiego kupca Jana Gizy- Barbarę Giżankę, która jest jak dwie krople wody podobna do zmarłej Barbary Radziwiłłówny. Mikołaj Mniszech, królewski pokojowy poznał Barbarę jeszcze, gdy wychowywała się w klasztorze panien bernardynek poza Warszawą. Plan odnosi pozytywny skutek.Mniszechowie triumfują, bogacą się, ich protegowana cieszy się wielkimi łaskami króla, ale...knują i spiskują wszyscy (jak to na królewskich dworach onegdaj bywało). Z tym, że w tym wypadku najgrożniejsze intrygi snują ludzie z otoczenia poprzedniej królewskiej metresy, która w momencie pojawienia się Giżanki, została odsunięta od królewskiego łoża, a co za tym idzie także od pieniędzy, luksusów i przywilejów, jakimi cieszyła się. Co z tego wyniknie? Jak długo król będzie cieszył się nowym uczuciem?  
Powieść Renaty Czarneckiej porwała mnie na tyle, iż przeczytałam ją w zaledwie kilka godzin. Autorka niezwykle ciekawy fragment naszej historii przedstawia w sposób zbeletryzowany, jednak daleki od infantylnej opowiastki. Uniknęła w ten sposób tego, czego obawiałam się najbardziej rozpoczynając lekturę, a mianowicie napisania nie wnoszącego nic romansowego czytadła. Barbara i król, to niezwykle ciekawa, wspaniale napisana opowieść. Ogromnym plusem są bohaterowie, z których duża część, to postaci autentyczne. Każda z nich jest silna, każda wnosi coś istotnego do treści. I nieistotne, czy są to postacie, które lubimy, czy wręcz przeciwnie. Wobec żadnej z nich nie pozostajemy obojętni. 
Jednak największym wg. mnie atutem książki, jest wspaniałe, niezwykle drobiazgowe oddanie realiów historycznych. Od królewskich komnat, alkowy i dworu poczynając, poprzez ulice ówczesnej Warszawy, aż po tętniący gwarem dom rodziny Barbary. 
Brawa należą się Renacie Czarneckiej za stworzenie postaci Barbary Giźanki. Bo mimo, iż jest to postać jak najbardziej autentyczna, a sam romans także miał miejsce. To jednak o samej Barbarze niewiele wiadomo, mimo, iż od wielu lat historycy pracują niestrudzenie nad zdobyciem kolejnych wiadomości o tej tajemniczej kobiecie, metresie naszego władcy. Postać Giźanki, jaką prezentuje nam Czarnecka jest jak najbardziej żywa, ze swoimi wadami, zaletami. Chociaż jeżeli mam być szczera, to tych pierwszych jest zdecydowanie więcej. Niezbyt ją polubiłam, nie będę tego ukrywać. Żal mi było króla, że tak dał się omamić. 
Gorąco zachęcam do lektury książki. Renata Czarnecka zasługuje na ogromne brawa i uznanie. Nie dość, że stworzyła fascynującą, porywającą opowieść, to utkała ją ze strzępków naszej własnej historii. I to chyba najważniejsze. 
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi 

poniedziałek, 14 lipca 2014

Rotmistrz Pilecki ochotnik do Auschwitz

Wydawnictwo RM, Ocena 6-/6
Recenzja mojego męża. 

Witold Pilecki urodził się 13 maja 1901 roku w Ołońcu (na terenie dzisiejszej Rosji). Walczył w obu wojnach światowych, był oficerem AK, był także przez 3 lata dobrowolnym więźniem w KL Auschwitz. W 1940 roku, za zgodą komendanta głównego Związku Walki Zbrojnej, gen. Stefana Roweckiego „Grota”, został zatrzymany w łapance na Żoliborzu i wywieziony do Auschwitz. Celem tej misji było zorganizowanie komórki konspiracji wojskowej. Po ucieczce z obozu walczył w powstaniu warszawskim. Po jego upadku został uwięziony w dwóch obozach jenieckich - Lansdorf i Murnau. Walczył także w II Korpusie Polskim generała Władysława Andersa. Został stracony 25 maja 1948 roku w wyniku zbrodniczego procesu stalinowskiego.
Pilecki to postać niebanalna, której losy, całe życie zostały zdeterminowane przez czasy w jakich  przyszło mu żyć oraz przez wyjątkowe poczucie godności i patriotyzmu. Żył życiem, którym z powodzeniem można by obdzielić kilka osób. Autor prowadzi nas od dnia jego narodzin, aż do śmierci. Ponieważ okres międzywojenny nie przyniósł w życiu Pileckiego przełomowych wydarzeń, Adam Cyra skupia się przede wszystkim na życiu i działalności swojego bohatera od wybuchu II wojny światowej, aż do jego śmierci. 
Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza z nich to opowieść o życiu i dokonaniach Pileckiego, a  druga to jego słynny raport, który stworzył po ucieczce z Auschwitz w kwietniu 1943 roku. Źródła, na których opierał się autor są różnorodne (każde jest omówione szczegółowo). Duża część informacji pochodzi z teczek osobowych rotmistrza, które znajdują się w Centralnym Archiwum Wojskowym w Warszawie oraz z Zeszytu Ewidencyjnego, którego oryginał znajduje się w Studium Polski podziemnej w Londynie. Kolejnym źródłem informacji były teczki więzienne, które znajdują się w archiwum IPN. Część materiałów ofiarowali najbliżsi rotmistrza - wdowa po nim i syn.
Akta procesowe Pileckiego i pozostałych osób, które wraz z nim były sądzone to także cenne źródło wiedzy. Dostęp do nich stał się możliwy dopiero po 1989 roku. Akta te liczą blisko 2000 kart. Ich zawartość to wiele nowych faktów z życia rotmistrza i przebiegu zbrodniczej farsy, jaką bez wątpienia był proces. 
Rotmistrz Pilecki był człowiekiem wielkim w całym tego słowa znaczeniu. Niewielu może się poszczycić dokonaniami choćby zbliżonymi do jego. przyszło mu żyć w trudnych czasach, które jednak decydowały o przyszłości Polski i Polaków. Potrafił czynnie włączyć się w ich nurt i zapłacił za to cenę najwyższą. Został rozstrzelany. Najprawdopodobniej strzelono mu w tył głowy. Nikt nie jest tego pewien, ponieważ zwłok straconych więźniów nie wydawano rodzinom. Bardzo często bliscy nie otrzymywali także żadnych informacji o egzekucji. W przypadku Pileckiego zachowało się tylko pismo wiceprokuratora do naczelnika więzienia na Mokotowie. Żadnej dokumentacji o złożeniu zwłok nie ma. Rotmistrz został najprawdopodobniej pochowany w jednej z wielu (zbyt wielu) zbiorowych, anonimowych mogił. Rotmistrz Pilecki był jedną z 2450 ofiar zbrodni sądowych, które miały miejsce w Polsce w latach 1944-56.
Książka jest doskonale napisana. Mimo sporej zawartości historycznych faktów, czyta się ją niczym arcyciekawą powieść, tym bardziej porywającą i poruszającą, iż opartą na faktach. Szczególnie wstrząsająca i dająca do myślenia jest druga część książki, czyli raport Pileckiego. To co w nim uderza to pewność, że robi, to co należy zrobić, oraz jego upór w dążeniu do celu i przedkładanie dobra rodaków, miłości do ojczyzny nad własne życie. 
Najbardziej poruszającą jest jednak jego reakcja na wyrok śmierci. 
Książka o jednym z największych, najbardziej zasłużonych Polaków I połowy XX wieku, a jednocześnie o osobie tak mało znanej. Dobrze, że coraz więcej pisze, mówi się o rotmistrzu. Czas zwrócić mu pamięć, czas o nim mówić. 
Minus należy się tylko za umieszczenie przypisów nie u dołu strony, a na końcu każdego rozdziału. Zdecydowanie utrudnia to lekturę.
O autorze: DR ADAM CYRA (ur. w 1949 roku.), starszy kustosz Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu oraz współtwórca stałej ekspozycji o obozowym ruchu oporu na terenie Muzeum w bloku nr 11, zorganizował ponad dwadzieścia krajowych i zagranicznych wystaw poświęconych historii KL Auschwitz. Aktywnie współpracuje z Towarzystwem Opieki nad Oświęcimiem oraz Towarzystwem Miłośników Wołynia i Polesia. Jest autorem wielu publikacji z zakresu historii KL Auschwitz oraz bloga historycznego Cyra.wblogu.pl. Za swą działalność został uhonorowany między innymi Złotym Krzyżem Zasługi i medalem Pro Memoria.
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi 

wtorek, 1 lipca 2014

Ślepy Maks. Historia łódzkiego Ala Capone - Remigiusz Piotrowski

Wydawnictwo Naukowe PWN, Moja ocena 6-/6
Właśnie skończyłam lekturę, więc wrażenia na świeżo, że tak się wyrażę:).
Jako łodzianka nie mogłam sobie odmówić lektury tej książki.
Bohaterem książki jest Maks Bornsztajn zwany Ślepym Maksem – jeden z największych polskich gangsterów. Dotychczas najpopularniejszą książką o Menachemie Bornsztajnie była praca Arnolda Mostowicza Ballada o Ślepym Maksie. Ma ona jednak jedną podstawową wadę - fakty mieszają się w niej z fikcją literacką. Jaki więc łódzki gangster był na prawdę?
Urodził się na Bałutach, w najbardziej zakazanej, obskurnej części Łodzi, do której nawet policja niechętnie się zapuszczała. Tam można było kupić wszystko, ale i wszystko stracić, nawet za kilka groszy życie. Mieszkali tam najuboźsi, wyjęci spod prawa oraz Żydzi. Teren ten nazywano ściekami Łodzi. Ich krajobraz, warunki i styl życia tamtejszych terenów, zasadniczo kontrastował z terenami południowej Łodzi, gdzie mieszkali, pracowali mieszczanie, kupcy, fabrykanci. Gdy Maks królował w łódzkim świecie przestępczym, Łódź była ponad trzystutysięcznym, tętniącym życiem miastem. Mimo nędzy północnej części miasta, Łódź rozwijała się w niesamowitym tempie, a w związku z  tym rozwijała się też sfera przestępcza. Jej nierozerwalna częścią w okresie międzywojennym był właśnie Ślepy Maks.
Był on niezwykle przebiegły, sprytny i silny.  Zaczynał jako zwykły kieszonkowiec wykształcony w unikalnej szkole księdza Natana, którego poznał żebrząc przed kościołem na ul. Franciszkańskiej. Dzięki sprytowi, umiejętności i wykorzystywaniu okazji jego kariera błyskawicznie się rozwinęła. W tempie iście ekspresowym zaliczał kolejne etapy złodziejskiej, przestępczej kariery. Zawsze wykorzystywał okazję czy to do zysku, czy do ucieczki przed niebezpieczeństwem, które wyczuwał swoistym siódmym zmysłem. Zawarł wiele korzystnych sojuszy z hersztami znaczących szajek. Za ich sprawą szybko zdystansował przestępczą konkurencję, a najsilniejszego uczynił swoim teściem. Na swoim terenie wiedział dosłownie o wszystkim. Np. gdy  pewnego dnia z auta Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego skradziono piękny koc ze skóry wielbłądziej, podinspektor Zygmunt Nosek, naczelnik Urzędu Śledczego w Łodzi, poprosił Maksa o pomoc, a ten wykonał telefon i koc w magiczny sposób się znalazł. Podobnie było w przypadku znanego skrzypka Bronisława Hubermana, któremu na Dworcu Fabrycznym skradziono skrzypce Stradivariusa.Jego pomysłowość nie miała granic. Potrafił wykorzystać dosłownie każdą okazję zarobku, czy to zyskując od razu czy dostrzegając zysk w przyszłości. Miał ku temu niebywały dar, intuicję, której inni nie mogli pojąć. Stanął m.in.  na czele dintojry, czyli sądu w sferach przestępczych, żydowskich. Był to sąd polubowny, omijał oficjalne prawo, sądy państwowe, prawodawstwo gojów. Na początku XX wieku Bałuty, gdzie mieszkał Maks, wykreowały swoje prawo, swój kodeks honorowy, którego trzymano się przez kolejne lata. W myśl tego kodeksu działała dintojra, a także żyli i pracowali bałuccy przestępcy. Czy Ślepy Maks także trzymał się owego kodeksu etyki? 
Naszego bohatera uwielbiały kobiety. Maks miał dwie żony. Jedna opuściła go przed wojną, druga młodsza o 40 lat nadal żyje i dementuje pikantne plotki na swój temat. Jakie? A tego nie zdradzę.
Łódzka policja nie znosiła Maksa. Sami łodzianie w większości (szczególnie ci ubodzy, a takich było gro przed II wojną światową) wręcz go kochali. Dlaczego?  Czy tylko dlatego, że zabierał bogatym, pomagał biednym, wspierał oszukanych? Czy rzeczywiście dla uciśnionych był dobry, a tylko bogatych tępił? Czy faktycznie był łódzkim Janosikiem? A może prawda jest zupełnie inna? Może tylko częściowo różna od ogólnych wyobrażeń o łódzkim gangsterze? Tego nie zdradzę. Gorąco za to zachęcam do lektury tej porywająco napisanej książki o niebanalnym człowieku i jeszcze ciekawszym mieście. Bo Łódź okresu przed II wojną światową to było miejsce niesamowite, wielokulturowe, tętniące życiem, miasto pałaców, kamienic, fabrykanckich powozów, ale także brudu, złodziei, ludzi wyrzuconych na margines. To co najbardziej urzekło, ba porwało mnie w tej książce, to nie tyle osoba jej głównego bohatera (chociaż przyznaję, miał w sobie to coś), co opowieść o moim rodzinnym mieście, o Łodzi. Wiele z miejsc opisanych przez Piotrowskiego nadal istniej. Co prawda nazwy niektórych ulic, placów uległy zmianie, ale po licznie zamieszczonych opisach można z łatwością dociec, o które miejsca chodzi. Genialnie wprost oddany klimat fabrykanckiej Łodzi pierwszych czterech dekad XX wieku. 
Lektura niniejszej książki, to nie tylko okazja do poznania niebanalnego człowieka, jakim bez wątpienia Maks był, ale także fascynująca wyprawa w przeszłość, do miasta, o którym jakże niesprawiedliwie się twierdzi, iż nie ma nic ciekawego do opowiedzenia i zaoferowania. Remigiusz Piotrowski udowodnił, iż jest wręcz przeciwnie. Obalił wiele mitów dot. Ślepego Maksa, postawił także wiele pytań. Nie na wszystkie udało mu się znaleźć odpowiedź, ale to jeszcze podsyca moja ciekawość, a sądzę, że z kolejnymi czytelnikami książki będzie tak samo. Historia Ślepego Maksa, to niezwykle medialny i arcyciekawy temat. Bo które z polskich miast może pochwalić się własnym ojcem chrzestnym początku XX wieku?
Drobny minus daję tylko za brak chociażby jednej ryciny ukazującej Łódź z okresu działalności Ślepego Maksa. Zdecydowanie ubarwiłoby to i tak już porywającą treść.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Krwawiąca granica - Marian Zacharski

Wydawnictwo Zysk i S-ka
Recenzja mojego męża.

Krwawiąca granica, to czwarta książka autorstwa Mariana Zacharskiego, którą miałem okazję czytać. Jest to też kolejna książka, która odsłania sekrety wywiadu II RP i obala większość narosłych wokół tej tematyki mitów. Jako naród mamy bowiem swoje wyobrażenie historii, przez lata ugruntowane przez propagandy. Owe wyobraźenia częstokroć nijak się mają do rzeczywistości, do faktów historycznych. Zacharski nie boi się i obala w kolejnych książkach wiele polskich mitów historycznych.
Tym razem zajmuje się kilkoma sprawami kontrwywiadu polskiego, które rozgrywały się wokół tytułowej krwawiącej granicy. Może zastanawiać to określenie. Skąd się ono wzięło. Po zakończeniu I wojny światowej, na mocy porozumienia podpisanego w Wersalu zostały ustalone europejskie granice, m.in. granica polsko-niemiecka. Żadne ze stron jej przebieg nie odpowiadał. My uważaliśmy, że tereny zajmowane przez Polskę powinny być większe, Niemcy wręcz odwrotnie. Wraz z powstaniem II RP w Niemczech ruszyła zakrojona na wielką skalę antypolska propaganda. Wszystko co złe w Niemczech było winą Polaków, także głód, bezrobocie, choroby. Jednym ratunkiem wg. sporej grupy Niemców, była likwidacja państwa polskiego. Wierzono, iż likwidacja naszej ojczyzny przywróci w Niemczech ład, porządek i dobrobyt. Nic więc dziwnego, iż najsilniejsze działania anty- toczyły się po obu stronach granicy polsko-niemieckiej. Były one zakrojone na taką skalę, częstokroć tak krwawe, iż granicę tą nazwano krwawiącą. Po obu jej stronach działali szpiedzy, których niektóre, najbardziej spektakularne akcje opisuje w niniejszej książce Marian Zacharski. Książka poświęcona jest tylko akcjom prowadzonym przez oddział II Sztabu Głównego przy udziale Straży Granicznej. Do ich głównych zadań należało przede wszystkim rozpracowanie przeciwnika, a nade wszystko tajnej niemieckiej policji i kontrwywiadu Niemiec. Jak to czyniono, na ile to się udało, tego dowiecie się z niniejszej książki.
Wspominałem, iż Zacharski nie boi się obalać mitów narosłych na przestrzeni lat wokół poszczególnych wydarzeń historycznych. Tym razem wielokrotnie dostaje się od niego polskim oficerom kontrwywiadu, których różnorodne niedopełnienia obowiązków, czy zadziwiająco niefrasobliwe zachowania doprowadziły do kilku groźnych wydarzeń, unicestwiły kilka akcji.
Zacharski, jak to ma w zwyczaju, pisze barwnie, akcja toczy się wartko, niczym w najlepszych thrillerach. Całość ozdobiona jest zdjęciami postaci związanych z opisywanymi wydarzeniami i istotnych dokumentów.W związku z  tym książkę, mimo sporych rozmiarów czyta się niezwykle szybko.
Krwawiąca granica ma tylko jeden zasadniczy minus (ale moim zdaniem niezwykle istotny), a mianowicie brak bibliografii, źródłoznawstwa, które to braki czynią z książki popularne czytadło, podczas gdy zasługuje ona na wiele więcej. Mimo tego drobnego felera, gorąco zachęcam do lektury. Jest to jak zwykle u generała Mariana Zacharskiego, pozycja porywająca, wciągająca i zapewniająca wiele godzin  świetnej lektury oraz sporą dozę zdziwnia dot. tego co działo się po obu stronach granicy w okresie międzywojennym.


poniedziałek, 2 czerwca 2014

Kretków. Właściciele - zabytki - duszpasterze

Wydawnictwo Zysk o S-ka, Moja ocena 6/6
Kretków. Właściciele - zabytki - duszpasterze, to pozycja ze wszech miar wyjątkowa. Zebrano w niej kilka cennych prac siedmiu różnych autorów z Polski i Francji. Wszystkie one dotyczą tytułowego Kretkowa, wsi położonej w Wielkopolsce. To stosunkowo mało znane miejsce zdecydowanie warte jest osobnej publikacji. Autorzy zawartych w książce tekstów opowiadają o wszelkich aspektach historii tej niewielkiej wsi, której udokumentowane dzieje sięgają końca XIV wieku. Z wsią związany był znany wielkopolski ród ziemiański, Skórzewscy. Odegrali oni niebagatelną rolę w Kretkowie i okolicy. Zasłużyli się także dla Polski. Ta książka to także ich losy.
Sercem Kretkowa od początku były dwa miejsca - pałac oraz kościół. Opowieść o obu tych budowlach, o ich wzlotach, złotym okresie, ale także gorszych momentach, zabiera nas we wspaniałą podróż w czasie, której wielka ozdobą są wspaniały język jakim historie te są opowiedziane oraz liczne zdjęcia, które czynią lekturę jeszcze bardziej fascynującą przygodą. 
Jednak nie tylko samym dworem czy kościołem stał Kretków. Bardzo dużo miejsca poświęcone jest wyjątkowemu (z różnych względów) cmentarzowi, na którym spoczywa wiele zasłużonych dla wsi osób. Jest wśród nich ks. Claude Antoine Pochard, będący na przełomie XVIII i XIX wieku wieloletnim wychowawcą pięciu synów starosty gnieźnieńskiego Józefa Skórzewskiego i Heleny z Lipskich, oraz Marianny z Lipskich żony Rajmunda Skórzewskiego, pierwszego ordynata na Czerniejowie i Radomicach. Pochard, uciekinier z ogarniętej rewolucją Francji, nową ojczyznę, nowy dom znalazł właśnie w Kretkowie u Skórzewskich. Pochard był nie tylko nauczycielem, wychowawcą, ale także twórcą niezwykle wartościowych wspomnień obejmujących lata jego pobytu w Polsce. Są one niezwykle cenną kopalnią wiedzy o czasach rewolucyjnych i napoleońskich. 
To co było i jest siłą oraz największą wartością Kretkowa, to ludzie, rozrzuceni na kartach, zdjęciach, zapiskach, fragmentach wspomnień, częstokroć zapomniani, teraz odnalezieni, przywołani z krainy niepamięci za sprawą siedmiu osób, autorów książki.  


Zbieranie materiału do niniejszej książki, napotkało (jak podnoszą jej twórcy) wiele trudności. Archiwum Kretkowa i miejscowego majątku uległo niemal całkowitemu zniszczeniu tuż pod koniec II wojny światowej. Mimo tego za sprawą materiałów z Archiwum Państwowego w Poznaniu, autorom udało się stworzyć książkę fascynującą, porywającą narracją i tematyką oraz pobudzającą wyobraźnię. Jest to pozycja naukowa, ale napisana językiem niezwykle przystępnym, w sposób który z pewnością zainteresuje wiele osób, nie tylko pasjonatów historii Polski. Mnie lektura wręcz pochłonęła. Wielokrotnie zastanawiałam się, jakby to było choć na jeden dzień przenieść się do Kretkowa w okresie jego świetności. Nurtuje mnie też pytanie, ile jeszcze jest w Polsce tak magicznych, a jednocześnie zapomnianych lub bardzo mało znanych miejsc. Podejrzewam, że sporo. Warto o nie dbać, warto o nich mówić, pisać, informować. Częstokroć żyjemy zgodnie z powiedzeniem - cudze chwalicie swego nie znacie.
Jak pisze we wstępie redaktor kretkowskiego zbioru wspomnień, (...) książka ta jest próbą wydobycia z niepamięci dawnych mieszkańców Kretkowa i wydarzeń, po których pozostały już nieliczne, zazwyczaj w dużym stopniu lub wręcz całkowicie zniszczone pamiątki. (...) Jestem przekonana, iż ten cel został osiągnięty.
Gorąco was zapraszam do wizyty w Kretkowie, zarówno tym całkowicie realnym, jak i tym na kartach niniejszej książki, której przepiękne wydanie wraz z licznymi ilustracjami, będzie ozdobą każdej biblioteczki. 

środa, 7 maja 2014

Osadnicy. Nowe życie Kresowiaków na Ziemiach Zachodnich. Nadzieje i niemoc wobec władzy ludowej

Wydawnictwo Naukowe PWN. Ośrodek KARTA, Okładka miękka, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.

Końcówka II wojny światowej 1943 rok. To wtedy przywódcy państw należących do tzw. wielkiej trójki, czyli Stalin, Churchill i Roosevelt podjęli decyzje, które zdecydowały o wschodniej granicy polski, a tym samym o losach setek tysięcy osób.We wrześniu 1944 roku zostaje w Moskwie podpisany układ o przesiedleniu ludności polskiej ze wschodnich terenów, z Kresów.
Książka ta to niezwykły zbiór wspomnień ludzi, który tuż po zakończeniu II wojny światowej skazani zostali na nową wojnę, ale tym razem zupełnie inną, bo z własnymi rodakami. Ludzi tych (częstokroć ponownie) wygnano z ich domów, pozbawiono dobytku, korzeni i skazano na tułaczkę, na przesiedlenie na nowe ziemie, na tereny, na których na ogół nie było nic prócz ruin i bezprawia. 
Z czym wam się kojarzą tego rodzaju powojenni przesiedleńcy? Podejrzewam, że większości osób z Kargulem i Pawlakiem z kultowego filmu Sami swoi. Jednak życie przesiedleńców nie było filmem, nie było nawet w najmniejszym stopniu zabawne. Setki tysięcy ludzi zostały skazane na tułaczkę. W rodzinnych domach pozostawili praktycznie wszystko czego nie mogli unieść na własnych plecach. W nowym miejscu nie czekało na nich absolutnie nic prócz strachu, głodu i niepewności. We wspomnieniach zgromadzonych w niniejszej książce opisują te wszystkie uczucia. Wspominają także o pierwszych dniach w nowych domach, o zdobywaniu jedzenia, o walce o wszystko nawet o wodę, kromkę chleba, a przede wszystkim o życie. Niby mieszkali w Polsce, w wolnej Polsce, ale nie było w niej żadnego prawa poza (jak pisze jeden z bohaterów) moralnym, którego na ogół i tak nikt nie przestrzegał. Gwałty, kradzieże, morderstwa były na porządku dziennym. Nie tylko żołnierze radzieccy odbierali wszystko, ale także swoi, Polacy, rodak rodakowi. Nie wiadomo komu można było zaufać. A w zasadzie wiadomo - nikomu.
Ale budujący nowe życie, tworzący nową rzeczywistość trafiali nie tylko na szabrowników, czy morderców, ale także na przeszkodę w postaci nowo powstałej władzy ludowej. 
Dodatkowo przesiedleńcy nie wiedzieli na ile mogą "zapuszczać korzenie" w nowym miejscu, jak długo przyjdzie im w danym domostwie żyć. 
O tych, a także o innych (częstokroć dużo bardziej drastycznych) aspektach przesiedlania i asymilacji w nowym miejscu, opowiada niniejsza książka. Owszem, jest to tylko kilka wspomnień, ale jakże wymownych. Można je śmiało traktować, jako głos wszystkich repatriantów, którzy tuż po zakończeniu II wojny światowej przybyli do Polski.


poniedziałek, 18 listopada 2013

Życie codzienne arystokracji - Maja i Jan Łozińscy

Wydawnictwo Naukowe PWN, Okładka twarda, Moja ocena 6/6
Książkę skończyłam podczytywać w miniony weekend. Wspaniała lektura. 

Arystokracja była przez wieki niezwykle (chyba najbardziej) uprzywilejowaną grupą społeczną. Wykształciła się z rodów magnackich Pierwszej Rzeczypospolitej. Utrata niepodległości przez nasz kraj w 1795 roku miała ogromny wpływ na póżniejsze losy arystokratów. Duża część majątków po III rozbiorze została skonfiskowana. Arystokratów pozbawiono w większości przypadków tytułów urzędniczych. Zaczął się nowy etap w historii tej grupy społecznej. Różnie sobie z tym nowym stanem rzeczy radzono. Na ogół poprawnie pod względem zachowań, ale były także niechlubne czarne owce. 
Posiadając kilkusetletnią historię, arystokracja była swoistą enklawą społeczną, którą tyle samo osób podziwiało, co nienawidziło. Niezależnie jednak od wzbudzanych uczuć, arystokracja zawsze była pilnie obserwowana. Jej zasady, styl życia, swoisty kodeks budziły zaciekawienie.
Jak żyła arystokracja w Drugiej Rzeczypospolitej? Tego dowiecie się z niniejszej książki.
Ale nie tylko o życiu codziennym traktuje niniejsza pozycja. Dobór tematów jest bardzo ciekawy i staranny. Z pewnością w trakcie lektury każdy znajdzie coś dla siebie.
Sporo uwagi autorzy poświęcają rysowi historycznemu i sytuacji arystokracji w trakcie powstania listopadowego i styczniowego. Po upadku obu powstań, arystokrację dotknęły różne represje. Np. zasłużony w powstaniu listopadowym książę Roman Stanisław Sanguszko, trafił na zesłanie na Syberię. Wielu arystokratów działało przeciw zaborcom w ukryciu. Chcąc utrzymać majątek i tytuły, byli jednak bardzo często po prostu bierni, chowali przysłowiową głowę w piasek.
Ciekawie opowiedziana jest także historia arystokracji po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. 
Jednak książka ta to nie tylko historia.  To przede wszystkim zaproszenie w cudowną, magiczną podróż w czasie. Łozińscy zabierają nas swoistym wehikułem czasu do najwspanialszych siedzib arystokratów. Zwiedzamy m.in.: Łańcut, Rogalin, Kozłówkę, Nieborów, Natolin i wiele innych ciekawych miejsc. Niezwykle ciekawym, plastycznym opisom towarzyszy bardzo duża ilość zdjęć. Dzięki nim możemy porównać współczesny wygląd siedzib arystokratycznych z tym sprzed 80-90 lat. 
Ciekawe są liczne anegdoty opowiadające o plusach oraz minusach życia w arystokratycznych zamkach i pałacach oraz jak sobie z nimi radzono.
Pieprzu całej opowieści dodają opisy licznych skandali wywołanych przez co barwniejszych członków arystokratycznych rodów. 
Mogłabym długo pisać o treści książki, o wspaniałych ilustracjach, o barwnym języku i starannym wydaniu. Jednak żaden opis nie odda wspaniałości i niezwykłej wartości niniejszej książki. Dzięki jej autorom wkraczamy nie tylko na arystokratyczne salony, ale także do strefy prywatnej, uczestniczymy w dniu codziennym, dzielimy z bohaterami smutki i radości, poznajemy smaki i smaczki ich życia. 
Gorąco zachęcam do lektury.

Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi

środa, 30 października 2013

Lepszy dzień nie przyszedł już...

Wydawnictwo Iskry, Okładka twarda z obwolutą, 342 s., Moja ocena 6/6
Absolutnie wciągająca i przerażająca, a jednocześnie magiczna książka. Czasami mam tak, że książka mnie przeraża swoja treścią, a jednak nie mogę się od niej oderwać. Tak było w tym przypadku.
Autorka zebrała losy kilku polskich rodzin, które przed wojną zamieszkiwały Kresy Wschodnie. Poznajemy historie zarówno osób dorosłych, jak i dzieci urodzonych tuż przed wybuchem wojny, lub chwilę wcześniej. Jesteśmy świadkami ich niedowierzania, gdy 17 września 1939 roku Rosja zaatakowała Polskę. Poznajemy także ich póżniejsze losy, które są treścią, sercem książki. To co tak mną wstrząsnęło, co sprawiło, iż od lektury nie mogłam się oderwać, że kilka razy łza mi się w oku zakręciła, to opowieści dorosłych już osób, osób często w podeszłym wieku, które na początku wojny zostają wysiedlone do obozów, na mróz, głód, poniewierkę. Powiecie, takich osób było wiele, zbyt wiele. Owszem, ale gdy czyta się relację przeżyć dziecka, któremu umierają rodzice, które zostaje zostawione na pastwę losu, na taką opowieść nie można pozostać obojętnym. 
Nieistotne, który z kolei raz czyta się o losach polskich zesłańców, to zawsze porusza. 
W trakcie lektury poznajemy m.in. dzieje osieroconych dzieci wywiezionych na Bliski Wschód, znanego rodu Jaxa Bąkowskich  i sławnego hubalczyka Romualda Romana Rodziewicza. Każdy z rozdziałów to opowieść o ludziach zwyczajnych, a jednocześnie niezwykłych. 
O osieroconych dzieciach nie będę pisać, sami najlepiej zrobicie poznając ich historię w trakcie lektury książki.
Kolejni bohaterowie, to Jaxa Bąkowscy. Jerzy Bąkowski (pochodzący z możnego, słynnego na Kresach rodu) brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej 1939 roku Wzięty do niewoli sowieckiej podczas obrony Lwowa i osadzony w obozie w Starobielsku, został zamordowany wiosną 1940 roku w Charkowie. O dziejach rodu, o wspaniałej przeszłości i o tym co stało się z żoną Jerzego oraz ich dziećmi, wspaniałym majątkiem, przeczytacie w jednym z  rozdziałów książki.
Z kolei Romuald Roman Rodziewicz po upadku Warszawy, wraz ze swoim oddziałem wstąpił do Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego pod dowództwem mjr. Henryka Dobrzańskiego "Hubala". Brał udział we wszystkich bitwach stoczonych przez oddział na Mazowszu i Kielecczyźnie. Nasz bohater żyje, 18 stycznia 2013 roku skończył 100 lat. Autorka niniejszej książki wspaniale opisuje losy Hubalczyka w rozdziale Z miejsca na miejsce w cieniu legendy Hubala
Gdyby to była książka stricte naukowa, albo chociaż do miana takowej pretendująca, być może nie wywarłaby na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Ziółkowska-Boehm zastosowała jednak moim zdaniem manewr nie fair, oddała głos bezpośrednio osobom opowiadającym o swoich losach. Brak korekty, brak naprowadzających pytań, brak literackiego szlifu, to wszystko sprawia, że opowieści są surowe w swojej prostocie, ale przez to jeszcze bardziej przejmujące. Realizmu opowieści dodają także liczne zdjęcia, kopie listów, dokumentów.
Ale nie bójcie się, ta książka to nie tylko cierpienie, ból i tragedia. To także wspaniały wizerunek polskich Kresów tuż przed wojną, odrębnej kultury, jaką mieszkańcy tych ziem  stworzyli, życia codziennego, uprawy winnej latorośli (a tak), powiększania wspaniałych majątków, pól uprawnych, stadnin z rodowodowymi końmi arabskimi i wielu, wielu innych magicznych elementów, które niestety odeszły wraz z ludźmi tam żyjącymi. Stanisławów, Lwów, Zaleszczyki ożywają w ich opowieściach. To także historie wielkiej miłości, ludzkiej pomocy, wsparcia. Podam tylko jeden przykład, kilkoro osieroconych dzieci, które los zesłał z Kresów na Bliski Wschód, od śmierci głodowej uratowała niewiele od nich starsza Polka, która sama prawie nic nie miała. Tym niczym podzieliła się z dziećmi.
Mimo ogromu tragedii, o której się czyta, momentami robi się ciepło na sercu. Niestety, ale zbyt rzadko.Mimo tak wielu cierpień, jakich doznali bohaterowie książki i ich bliscy, próżno szukać happy endu. Dla tych ludzi z różnych przyczyn lepszy dzień nie nadszedł...Stąd tytuł książki, tak niewiele, a jednocześnie wszystko mówiący. 
Wiem, II wojna światowa wyrządziła niewyobrażalną ilość zła, zginęły miliony wspaniałych osób. Tylko, że dodatkowo zginęły zwyczaje, historie, kultury, które były wspaniałe, a których z reguły nie da się odtworzyć. Obok milionów istnień ludzkich, to największa ofiara Hitlera - dziedzictwo kulturowe.
Lepszy dzień nie przyszedł już, to jedna z tych książek, którą powinien przeczytać każdy. To wspaniała, niedająca się z niczym porównać lekcja historii. Po lekturze doceniamy, to co mamy. Jesteśmy winni sięgnięcie po książkę oraz pamięć zarówno narratorom, jak i ich bliskim oraz tysiącom bezimiennych ofiar. 

Książką przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy książki historyczne 
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi 

czwartek, 17 października 2013

Wojny Wikingów i Słowian. Wielka wyprawa księcia Racibora - Artur Szrejter

Instytut Wydawniczy Erica, Okładka twarda, 244 s., Ocena 6/6

Recenzja mojego męża.

Wielka wyprawa księcia Racibora to pozycja traktująca o wydarzeniu sprzed kilku wieków, które jest stosunkowo mało znane, a odegrało niezwykle ważną rolę w naszej średniowiecznej historii. Chodzi tu o polski najazd na Wikingów.  
XI i XII wiek to okres niezwykle krwawych i licznych walk między Słowianami, a mieszkańcami Skandynawii. Na ogół wygrywali Słowianie. XII wiek to także okres wielkich zmian w zakresie gospodarki, polityki i ogólnie egzystencji społeczeństw państw nadbałtyckich. Wtedy następuje zmiana w takich państwach, jak: Dania, Królestwo Niemieckie i Księstwo Zachodniopomorskie. Z reguły bywa tak, że wszelkie tego typu zasadnicze zmiany pociągają za sobą konflikty, sprzeciwy. Nie inaczej było w tym przypadku.
Tytułowa wyprawa księcia Racibora, która miała miejsce w XII wieku. Jej dowódca, książę Racibor władał Pomorzem od 1135 roku. Przedsięwziął on wiele łupieżczych wypraw na naszych północnych sąsiadów. Jednak wyprawa, o której pisze Artur Szrejter, była najbardziej spektakularną. Celem jej było zdobycie najważniejszego grodu Wikingów, Kunungahela. Było to miejsce o tyle ważne, wręcz mistyczne, iż to tam właśnie (zgodnie z tradycją) spotykali się skandynawscy władcy. To w tym grodzie znajdowały się także  relikwie Świętego Krzyża. Ponieważ Racibor był wielkim krzewicielem wiary chrześcijańskiej, nic dziwnego, iż perspektywa zdobycia relikwii była dla niego wielka pokusą. Co ciekawe, pomysłodawcą wyprawy był Bolesław III Krzywousty. Koszta przedsięwzięcia były ogromne. Wystarczy tylko wspomnieć, że brało w nim udział ponad 30,000 żołnierzy.
Ekspedycja zakończyła się sukcesem. Jaki był jej dokładny przebieg? Jakie były nasze zyski i straty? Jaki był oddźwięk ze strony skandynawskiej? Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedź w książce, do lektury, której gorąco zachęcam. Autor opierając się na zachowanych dokumentach oraz prowadzonych w ciągu ostatnich lat badaniach i osiągnięciach naukowych stworzył dzieło doskonałe i dopracowane w każdym calu pod względem merytorycznym. Od razu widać w autorze profesjonalistę i archeologa-badacza z powołania. Co istotne Szrejter nie poprzestał tylko na dokumentach i pracach historycznych, ale także sięgnął do źródeł archeologicznych, lingwistycznych, etnologicznych i wielu innych. Korzysta np. z pracy islandzkiego historiografa Snorriga Sturkisona, który niezwykle szczegółowo opisał całą wyprawę. Dzięki temu mamy pozycję w każdym calu dopracowaną i zawierającą wiele bardzo ciekawych informacji z różnych dziedzin nauk. 
Co istotne, nie sama wyprawa i jej przebieg jest kwintesencją opowieści. Autor dużo miejsca poświęca samej epoce, kulturze Słowian i Wikingów, stosunkom miedzy obydwoma stronami. 
Książka mimo naukowej treści, napisana jest językiem niezwykle przystępnym. Dzięki temu trafi nie tylko do osób na co dzień pasjonujących i zajmujących się historią. Ciekawym uzupełnieniem (który czyni lekturę jeszcze większą przygodą) są liczne rysunki, opisy i mapy.
Wielka wyprawa księcia Racibora jest pierwszą książką z serii Wojny wikingów i Słowian. Kolejny tom nosi tytuł Pod pogańskim sztandarem. Dzieje tysiąca wojen Słowian połabskich od VII do XII wieku.

Po tak wspaniałej lekturze pozostaje mi tylko czekać na kolejny tom. 
Zachwycamy się historią antycznego Rzymu,  Anglii Tudorów, Francji Ludwików etc. A tymczasem polskie dzieje są nie mniej pasjonujące, a do tego nasze, własne. 
Warto także wspomnieć od opracowanej w każdym calu stronie edytorskiej. Książka jest wydana na doskonałym papierze, okładka idealnie oddaje treść pozycji, a dodatkowo jest twarda i lakierowana.



środa, 16 października 2013

Legion - Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo Zysk i S-ka, Okładka miękka, 800 s., Moja ocena 6/6
Doskonała, porywająca i głęboko poruszająca lektura. Książka, dla której zarwałam noc i od której nie mogłam się oderwać. Ale czegóż innego można się spodziewać po książce Elżbiety Cherezińskiej?!
Przyznam się, że rozpoczynając lekturę książki miałam bardzo mieszane uczucia. Przede wszystkim przerażała mnie objętość. W końcu 800 stron to nie byle co. Poza tym mnogość wątków, postaci, wydarzeń. Nawet dla osoby, tak jak ja uwielbiającej historię, to duża porcja wiedzy, bardzo duża. Ale jednocześnie wiedziałam, że gdy przebrnę przez początek, wdrożę się w lekturę, czeka na mnie nagroda. I nie myliłam się. Pisarka opowiada o ludziach, którzy nie godzili się na bierne poddanie się okupacji hitlerowskiej, o ludziach, którzy wbrew wszystkiemu walczyli i mimo wielu braków zarówno w broni, jak i liczebności żołnierzy, na polu walki dokonywali istnych cudów. Tych cudów dokonywali także poza miejscami potyczek. Tym bardziej należy im się szacunek i pamięć. Tymi ludźmi są członkowie Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Niewiele się o nich mówi. Niewiele o nich wiadomo. Brygada Świętokrzyska była największym związkiem taktycznym NSZ, utworzonym w sierpniu 1944 roku na Kielecczyźnie. Brygada liczyła 800-1200 żołnierzy, walczyła z Niemcami  i bandami komunistycznymi.
Cherezińska dokonała niesamowitej rzeczy. Przede wszystkim przekopała się przez dziesiątki (jeżeli nie setki) dokumentów traktujących o chłopcach z lasu. Dzięki temu Legion to dopracowana w każdym calu, niekoloryzowana opowieść, która porusza jak żadna inna. Zawsze uważałam, że mamy wspaniałą historię, tylko podchodzimy do niej albo w sposób martyrologiczny i gloryfikujący bohaterów, albo w sposób, że są oni źli. Tymczasem Elżbieta Cherezińska przedstawiła chłopców z lasu w zupełnie inny sposób. Zarówno ich odbrązowiła, jak i dodała chwały, ale i wad, o których rzadko kiedy wspomina się. Poprzez historię różnorodnych jednostek ukazała dramat całego pokolenia, które miało wyjątkowego pecha żyć w tym okresie w Polsce. Ludzie ci wraz z rozpoczęciem wojny byli skazani na swoista zagładę, jak nie przez okupanta niemieckiego to po wojnie przez radzieckiego. Dodatkowo bardzo poruszyło mnie, że autorka ukazała los więżniarek obozu koncentracyjnego w Holiszowie, oswobodzonych przez bohaterskich chłopców z lasu oraz codzienność plądrowanych wsi. Popłakałam się przy opisach obu wydarzeń. Ale najgłębiej zapadło mi w serce obdarowanie żołnierzy serduszkami, które więźniarki uszyły z pasiaków. Bo nie sama wojna, nie walka, nie Brygada Świętokrzyska jest sercem tej książki, a ludzie, którzy ją tworzyli.
O tej książce nie da się więcej napisać. Żadne zdanie, żaden opis nie odda treści Legionu.
Nie ukrywam, Legion, to książka wyjątkowo ważna, potrzebna, ale i trudna, bo pełna uczuć, emocji trafiająca głęboko do serca. Uważam, że pozycja ta powinna być lekturą obowiązkową dla każdego Polaka. 
Napisałam, zrobię rodzinie śniadanie, odprowadzę dziecko do szkoły i wracam do domu przespać się, noc przecież dla Legionu zarwałam:).


piątek, 21 czerwca 2013

Piastowie - Sławomir Koper

Wydawnictwo Bellona, Okładka miękka, 440 s., Moja ocena 5/6
Siedzę dzisiaj w domu i między obieraniem truskawek, a mieszaniem w wielkim garze marmoladki (dla rodziny robię) mogłam skończyć Piastów. Książkę podczytywałam od kilku dni fragmentami. Można powiedzieć, że podzieliłam ją sobie na etapy podróży:)
Bardzo lubię książki autorstwa Sławomira Kopra. To jeden z przystępniej piszących o naszej historii autorów. Książki te traktuję jako odskocznię, relaks, nie jako pomoc naukową czy źródło wiedzy.
Tym razem autor zabiera czytelnika na wędrówkę po Polsce śladami pierwszych Piastów. Doskonały pomysł. Ile osób tak z ręką na sercu może powiedzieć, że dobrze zna mroczną historię naszej ojczyzny związaną z Piastami?
Ile osób tak na prawdę zna zabytki związane z tą dynastią? 
Podejrzewam, że niewiele. Sławomir Koper postanowił to zmienić. Zaprasza nas na wędrówkę śladami Piastów, a informacje z nimi i ze zwiedzanymi zabytkami związane przedstawił w formie rozmowy ojca z synem.Idealny sposób, na to, żeby historia nawet dla wielkich jej przeciwników stała się czymś ciekawszym niż nudną lekcją. Ojciec z synem wraz ze Sławomirem Koprem zabierają nas we wspaniałą, pełną swoistej magii historię.
W trakcie lektury odwiedzamy Ostrów Lednicki, Gniezno, Poznań, Giecz, Kraków, Niemczę, Brzeg, Legnicę i wiele innych fascynujących miejsc. Posłuchamy śpiewu mnichów benedyktyńskich w Tyńcu i koncertu organowego w Oliwie, zwiedzimy mauzoleum ostatnich Piastów w Legnicy, park archeologiczny w Biskupinie, obejrzymy grobowce królewskie. Wspinamy się na wieżę kościoła w Złotoryi, spacerujemy po cysterskim opactwie w Jędrzejowie, wędrujemy podziemnymi korytarzami Wieliczki. Będziemy śledzić krwawe konflikty, których w średniowieczu było mnóstwo, zarówno tych na zamkach, jak i w klasztorach czy dworach możnych. Poznamy genezę i przebieg wojny, która miała miejsce po śmierci Mieszka I. Dowiemy się, jak wyglądało życie codzienne w epoce średniowiecza, opisy jadłospisu czy ubiorów. Poznamy także liczne zakony, które funkcjonowały na naszych ziemiach, z okrutnymi i cieszącymi się złą sławą krzyżakami na czele. Dowiemy się także jakie były początki naszego państwa i kres dynastii Piastów. 
A to wszystko okraszone anegdotami i ozdobione zdjęciami zwiedzanych obiektów i miejsc. Język użyty w książce jest prosty, trafi z pewnością zarówno do osoby dorosłej, jak i dzieci oraz młodzieży. Niewielka ilość dat czyni książkę jeszcze lżejszą i bardziej przystępną.
Dajcie się zaprosić na wędrówkę śladami dynastii, która władała Polską od 960 do 1370 roku, dała krajowi 6 królów i ponad 800 książąt. Liczba imponująca, podobnie jak dzieje tej dynastii i opowieść Sławomira Kopra.
Po lekturze Piastów będziecie mogli powiedzieć wszystko tylko nie to, że historia jest nudna, albo, że nic nie wiecie o pierwszej polskiej historycznej dynastii. Oczywiście nie jest to pozycja naukowa, raczej zbeletryzowana forma części naszej historii, osoby zajmujące/interesujące się historią znajdą w niej niewiele nowych informacji, ale dla osób, które historię obchodzą wielkim łukiem, dla osób chcących w dzieciach zaszczepić chociażby sympatię do historii Polski, chęć poznawania naszych dziejów, jest to doskonała pozycja. 
Zachęcam do sięgnięcia po Piastów. Miejsca ukazane i opisane przez Sławomira Kopra mogą być doskonałym pomysłem wakacyjnych wypraw rodzinnych.