Wydawnictwo Znak, Moja ocena 3-/6
Recenzja mojego męża.
Liczyłem na coś więcej dużo więcej, tym bardziej, że recenzje innych osób są pełne zachwytów. Temat mocny i można było z niego wiele wyciągnąć.Niestety autor poszedł na łatwiznę.
Wszystko zaczyna się od znalezionych w mieszkaniu zwłok kobiety. Ofiara ma liczne rany kłute, leży w kałuży krwi. Śledztwo prowadzi podkomisarz Konecki, policjant po przejściach, zdołowany, pijący, sterany życiem wrak po załamaniu.
Tu autor sięgnął po motyw skandynawskiego, przeczołganego przez los gliny. Sięgnął i na tym koniec. Wykonanie wyszło umiarkowanie dobre. Jeżeli zapożycza się jakiś wzorzec, szkielet postaci z innej literatury, czy od jakiegoś autora, należy go czymś sensownym wypełnić. Zborowski wypełnił sieczką czasami poprzetykaną ciekawymi drobinami. I te drobiny ratują postać policjanta. Chociaż i tak jego bohater ani nie budzi sympatii, ani współczucia czy antypatii. Szczerze, to jest bez wyrazu, nawet jak pije na umów to też niezbyt przekonująco. Ale i tak jest najlepszy z całej książki.
Śledztwo prowadzone jest nieumiejętnie. Mało tego, jest ono nieinteresujące, brak sensownych czynności śledczych. Brak także ciekawych zwrotów akcji, brak niespodzianek. W wielu momentach fabuła po prostu nudzi.
Poza tym nadmiar wulgaryzmów. Nie wiem czemu miały one służyć. Chyba miały pokazać, jacy to policjanci twardziele.
Jedyne co odrobinę przyciąga do lektury to opowieść rodziny Kochańskich, ciekawe retrospekcje w których podążamy śladami członków rodu. Dwutorowe prowadzenie akcji sprawdza się nie najgorzej. Ale i tak ta część książki ma wady. Jest chaotyczna, trudno się w wielu historiach, niuansach, kolejnych postaciach czy pokoleniach połapać.
Skaza to nie jest książka, która porywa, nie jest to nawet książka, które wciąga, czy zaciekawia na tyle, żeby sięgnąć po kolejny zapowiadany tom. Za kilka dni najprawdopodobniej nie będę pamiętał o czym była ta pozycja.
Napis na okładce: Historia, która nie da Ci zasnąć przez kilka kolejnych nocy... jest bardzo dużą przesadą. Przy lekturze Skazy można przysnąć i to kilka razy.
Moim zdaniem na lekturę szkoda czasu. Jest tyle innych ciekawszych pozycji.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo znak. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 15 sierpnia 2017
poniedziałek, 8 maja 2017
Czas burzy - Adrian Grzegorzewski
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5,5/6
Czas burzy to 2. tom bardzo dobrej serii Czas tęsknoty. 1. tom recenzowałam 3 lata temu. Ale ten czas leci. Recenzja tutaj (klik).
Pamiętałam, iż tom 1. bardzo przypadł mi do gustu. W związku z tym, że różnie to bywa z kolejnymi częściami serii, odrobinę obawiałam się, jak autor poradzi sobie z kolejnym tomem.
Zupełnie niepotrzebnie. Czas burzy jest jeszcze lepszy niż jego poprzednik.
Ponownie spotykamy bohaterów tak dobrze już znanych i śledzimy ich dalsze perypetie, rozwój ich miłości, o którą tak zażarcie walczyli w 1. tomie, a która z racji różnych narodowości (Polak, Ukrainka) była skazana na potępienie.
Tym razem akcja toczy się w trakcie II wojny światowej m.in. w okupowanej Warszawie, na Ukrainie, w trakcie walk AK, walk o Wilno i w Powstaniu Warszawskim.
Adrianowi Grzegorzewskiemu udało się stworzyć niezwykle ciekawą i wciągającą lekturę, która jednocześnie jest niezłą lekcją historii.
Wydarzenia autentyczne przeplatają się z fikcyjnymi, postaci historyczne jak np. Rotmistrz Pilecki, czy dowódca kompanii Rudy batalionu Zośka - porucznik Andrzej Romocki Morro towarzyszą tym, które wymyślił autor. Wszystko idealnie zgrane, dopasowane, przenikające się.
Do tego doskonałe, umiejętnie podkręcane tempo akcji, trudne decyzje przed którymi stają bohaterowie, dramatyczne wydarzenia i wiele uczuć, choć nie należy mylić tego z infantylnością czy romansidłem. Nic z tych rzeczy.
Książka oscyluje na granicy powieści społeczno-historyczno-obyczajowo-przygodowej. Taki miks, w którym Grzegorzewski wszystko doskonale wymieszał i wyważył.
Polecam i bardzo żałuję, że to ostatnia część.
Czas burzy to 2. tom bardzo dobrej serii Czas tęsknoty. 1. tom recenzowałam 3 lata temu. Ale ten czas leci. Recenzja tutaj (klik).
Pamiętałam, iż tom 1. bardzo przypadł mi do gustu. W związku z tym, że różnie to bywa z kolejnymi częściami serii, odrobinę obawiałam się, jak autor poradzi sobie z kolejnym tomem.
Zupełnie niepotrzebnie. Czas burzy jest jeszcze lepszy niż jego poprzednik.
Ponownie spotykamy bohaterów tak dobrze już znanych i śledzimy ich dalsze perypetie, rozwój ich miłości, o którą tak zażarcie walczyli w 1. tomie, a która z racji różnych narodowości (Polak, Ukrainka) była skazana na potępienie.
Tym razem akcja toczy się w trakcie II wojny światowej m.in. w okupowanej Warszawie, na Ukrainie, w trakcie walk AK, walk o Wilno i w Powstaniu Warszawskim.
Adrianowi Grzegorzewskiemu udało się stworzyć niezwykle ciekawą i wciągającą lekturę, która jednocześnie jest niezłą lekcją historii.
Wydarzenia autentyczne przeplatają się z fikcyjnymi, postaci historyczne jak np. Rotmistrz Pilecki, czy dowódca kompanii Rudy batalionu Zośka - porucznik Andrzej Romocki Morro towarzyszą tym, które wymyślił autor. Wszystko idealnie zgrane, dopasowane, przenikające się.
Do tego doskonałe, umiejętnie podkręcane tempo akcji, trudne decyzje przed którymi stają bohaterowie, dramatyczne wydarzenia i wiele uczuć, choć nie należy mylić tego z infantylnością czy romansidłem. Nic z tych rzeczy.
Książka oscyluje na granicy powieści społeczno-historyczno-obyczajowo-przygodowej. Taki miks, w którym Grzegorzewski wszystko doskonale wymieszał i wyważył.
Polecam i bardzo żałuję, że to ostatnia część.
czwartek, 13 kwietnia 2017
Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne - Marek Łuszczyna
Wydawnictwo Znak, Ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
Każda nowość, której autorem jest Marek Łuszczyna, to gwarancja doskonałej, dopracowanej merytorycznie, poruszającej książki. Nie inaczej jest i w tym przypadku.
Sam tytuł książki wzbudza mieszane uczucia. Termin „polskie obozy koncentracyjne”, który jest częścią tytułu książki, jest przez nas Polaków zwalczany od wielu lat. Na całym bowiem świecie takie określenie jednoznacznie kojarzy się z obozami niemieckimi w latach 1939-1945, które zakładano na ziemiach polskich.
Od razu na myśl przychodzi Majdanek, Auschwitz Birkenau i wiele innych.
Jednak Marek Łuszczyna porusza temat odrobinę inny, idzie dalej. Pisze bowiem o okresie tuż po zakończeniu II wojny światowej, o którym stosunkowo mało się mówi, pisze. Oczywiście, wspomina się o radości z wyzwolenia, wędrówkach ludzi, kształtowaniu się nowej Polski etc.
Niewiele natomiast wspomina się o dalszym wykorzystywaniu nazistowskich obozów koncentracyjnych, o tym, jak nadal do 1947r. włącznie wypełniały się one po brzegi kolejnymi więźniami, o tym, jak pilnowano osadzonych, jak ich gnębiono, za co osadzano i jak wielka była władza strażników, ludzi skazujących, wymuszających zeznania.
Tę lukę wypełnia Łuszczyna. Polskie obozy koncentracyjne znajdowały się niemal w całej Polsce. Do ich stworzenia wykorzystano nienaruszoną infrastrukturę nazistowską, porzuconą przez wycofujące się załogi niemieckie. Gdyby to nie było tak tragiczne, napisałbym ironicznie..jaka oszczędność. Jednak książka ta przynosi zdziwienie, smutek, wstrząs, a wszystko to wymieszane z niedowierzaniem. Warunki w obozach nie odbiegały zbytnio od tych, które panowały w obozach prowadzonych przez nazistów w czasie wojny. Głód, choroby, katorżnicza praca, terror. Uśmiercono tam ponad 60 tys. osób.
Jak wspomniałem, tytuł dla wielu kontrowersyjny, dla sporej grupy nie do przyjęcia. Nawet opinie zawodowych historyków są podzielone. Nie są oni zgodni (jak podaje autor), czy używanie określenia „polskie obozy koncentracyjne” w tym kontekście jest odpowiednie. Jak jednak inaczej określić obozy założone i prowadzone, nadzorowane przez Polaków?
Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne to książka dla wielu trudna, bolesna, ale niewątpliwie potrzebna. Powojenny terror, gehenna setek tysięcy ludzi, był od samego początku, od momentu istnienia zamiatany pod przysłowiowy dywan. Tym bardziej, że w czasach komuny władze Polski w latach 40. i 50. zobowiązały tych, którzy przeżyli, do zachowania całkowitej dyskrecji, nic więc dziwnego, że tego tematu nie poruszano, a sprawców chroniono do 1989 roku.
Opierając się na licznych dokumentach znajdujących się w archiwach państwowych Archiwum Akt Nowych czy Centralnym Archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, Łuszczyna stworzył pozycję wyjątkową, która zasługuje na określenie bestseller. Autor swoją pracą wypełnił ważną lukę i na pewno przyczynił się do wzrostu świadomości wielu Polaków. Jak sam stwierdził, bardzo dziwiło go, że ten temat jest większości Polaków w ogóle nieznany. Może dzięki tej książce temat dotrze do opinii publicznej. Gorąco zachęcam do lektury. Doskonała, ważna książka. Nie ostygły jeszcze piece niemieckich krematoriów.
Recenzja mojego męża.
Każda nowość, której autorem jest Marek Łuszczyna, to gwarancja doskonałej, dopracowanej merytorycznie, poruszającej książki. Nie inaczej jest i w tym przypadku.
Sam tytuł książki wzbudza mieszane uczucia. Termin „polskie obozy koncentracyjne”, który jest częścią tytułu książki, jest przez nas Polaków zwalczany od wielu lat. Na całym bowiem świecie takie określenie jednoznacznie kojarzy się z obozami niemieckimi w latach 1939-1945, które zakładano na ziemiach polskich.
Od razu na myśl przychodzi Majdanek, Auschwitz Birkenau i wiele innych.
Jednak Marek Łuszczyna porusza temat odrobinę inny, idzie dalej. Pisze bowiem o okresie tuż po zakończeniu II wojny światowej, o którym stosunkowo mało się mówi, pisze. Oczywiście, wspomina się o radości z wyzwolenia, wędrówkach ludzi, kształtowaniu się nowej Polski etc.
Niewiele natomiast wspomina się o dalszym wykorzystywaniu nazistowskich obozów koncentracyjnych, o tym, jak nadal do 1947r. włącznie wypełniały się one po brzegi kolejnymi więźniami, o tym, jak pilnowano osadzonych, jak ich gnębiono, za co osadzano i jak wielka była władza strażników, ludzi skazujących, wymuszających zeznania.
Tę lukę wypełnia Łuszczyna. Polskie obozy koncentracyjne znajdowały się niemal w całej Polsce. Do ich stworzenia wykorzystano nienaruszoną infrastrukturę nazistowską, porzuconą przez wycofujące się załogi niemieckie. Gdyby to nie było tak tragiczne, napisałbym ironicznie..jaka oszczędność. Jednak książka ta przynosi zdziwienie, smutek, wstrząs, a wszystko to wymieszane z niedowierzaniem. Warunki w obozach nie odbiegały zbytnio od tych, które panowały w obozach prowadzonych przez nazistów w czasie wojny. Głód, choroby, katorżnicza praca, terror. Uśmiercono tam ponad 60 tys. osób.
Jak wspomniałem, tytuł dla wielu kontrowersyjny, dla sporej grupy nie do przyjęcia. Nawet opinie zawodowych historyków są podzielone. Nie są oni zgodni (jak podaje autor), czy używanie określenia „polskie obozy koncentracyjne” w tym kontekście jest odpowiednie. Jak jednak inaczej określić obozy założone i prowadzone, nadzorowane przez Polaków?
Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne to książka dla wielu trudna, bolesna, ale niewątpliwie potrzebna. Powojenny terror, gehenna setek tysięcy ludzi, był od samego początku, od momentu istnienia zamiatany pod przysłowiowy dywan. Tym bardziej, że w czasach komuny władze Polski w latach 40. i 50. zobowiązały tych, którzy przeżyli, do zachowania całkowitej dyskrecji, nic więc dziwnego, że tego tematu nie poruszano, a sprawców chroniono do 1989 roku.
Opierając się na licznych dokumentach znajdujących się w archiwach państwowych Archiwum Akt Nowych czy Centralnym Archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, Łuszczyna stworzył pozycję wyjątkową, która zasługuje na określenie bestseller. Autor swoją pracą wypełnił ważną lukę i na pewno przyczynił się do wzrostu świadomości wielu Polaków. Jak sam stwierdził, bardzo dziwiło go, że ten temat jest większości Polaków w ogóle nieznany. Może dzięki tej książce temat dotrze do opinii publicznej. Gorąco zachęcam do lektury. Doskonała, ważna książka. Nie ostygły jeszcze piece niemieckich krematoriów.
Wariat tańczy kalinkę na ludzkiej piramidzie.
Z baraku, w którym gwałcą, bucha żar.
...Zbrodnia została zapomniana.
Z baraku, w którym gwałcą, bucha żar.
...Zbrodnia została zapomniana.
czwartek, 7 stycznia 2016
Ja, Fronczewski - Piotr Fronczewski
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5,5/6
Doskonała książka, fantastycznie napisana, z ikrą, szelmowskim uśmiechem, a na dodatek przez niezwykłą, inteligentną osobę. Bo takim człowiekiem niewątpliwie jest znany i lubiany aktor Piotr Fronczewski.
Mimo, iż Ja, Fronczewski ukazała się na naszym rynku już kilka tygodni temu, to stosunkowo mało się o niej słyszy. Jedyne co przed lekturą obiło mi się o uszy, to fragment, bardzo drobny epizod z życia aktora, wyjęty z kontekstu. Chodzi tu o wyznanie Piotra Fronczewskiego, że miał romans z koleżanką aktorką. Na artystę posypały się gromy i...tyle by było o książce. Czasami tylko przemknęła gdzieś w mediach jakaś drobna wzmianka. A szkoda.
Ja, Fronczewski to doskonałą pozycja. Sposób w jaki aktor opowiada o swoim niezwykłym życiu, niesamowite spojrzenie na świat, na różne chwile w życiu człowieka, na pracę, przyjaźń, rodzinę, na to co istotne i co nie warte uwagi, czynią z książki mistrzowską lekturę.
Opowieść rozpoczyna się narodzinami p. Piotra w mojej rodzinnej Łodzi, biegnie przez kolejne etapy edukacji, poprzez pierwsze kroki w profesji aktora czynione w doborowym, mistrzowskim towarzystwie, poprzez przyjaźń z Gustawem Holoubkiem, aż po dziś dzień.
Sporo uwagi aktor poświęca najbliższym, ukochanej żonie z którą mimo zawirowań są już ponad 40 lat razem, córkom, a także miłości i opiece jakimi otacza swoja ponad 102-letnią mamę.
O swojej mamie, o czasie, jaki jej poświęca, o opiece wspaniale p. Piotr napisał: (...) jest dla mnie formą zadośćuczynienia za wszystkie niegodziwości, których się w życiu dopuściłem. Dziś spłacam dług za jej dobroć, poświęcenie, za te wszystkie lata, gdy była dla mnie, a potem dla nas oparciem (...).
Jednak nie samą pracą, czy rodziną człowiek (także aktor) żyje, choćby nie wiem, jak je uwielbiał. Fronczewski opowiada także o innych pasjach, np. miłości do motocykli.
Książka traktuje także o wielu innych rzeczach. Mogłabym je tutaj długo wymieniać. Nie chcę jednak tego robić z killku powodów. Przede wszystkim dlatego, iż odkrywanie Piotra Fronczewskiego chciałabym pozostawić każdemu czytelnikowi. To wspaniała przygoda. Poza tym równie ważne, niż samo życie aktora, jest to w jaki sposób o nim opowiada. Mistrzowsko nakreślone obrazy, energia, poczucie humoru, cięty język, dystans do samego siebie...genialna książka. Polecam. Czyta się w mgnieniu oka z uśmiechem nie schodzącym z twarzy.
Doskonała książka, fantastycznie napisana, z ikrą, szelmowskim uśmiechem, a na dodatek przez niezwykłą, inteligentną osobę. Bo takim człowiekiem niewątpliwie jest znany i lubiany aktor Piotr Fronczewski.
Mimo, iż Ja, Fronczewski ukazała się na naszym rynku już kilka tygodni temu, to stosunkowo mało się o niej słyszy. Jedyne co przed lekturą obiło mi się o uszy, to fragment, bardzo drobny epizod z życia aktora, wyjęty z kontekstu. Chodzi tu o wyznanie Piotra Fronczewskiego, że miał romans z koleżanką aktorką. Na artystę posypały się gromy i...tyle by było o książce. Czasami tylko przemknęła gdzieś w mediach jakaś drobna wzmianka. A szkoda.
Ja, Fronczewski to doskonałą pozycja. Sposób w jaki aktor opowiada o swoim niezwykłym życiu, niesamowite spojrzenie na świat, na różne chwile w życiu człowieka, na pracę, przyjaźń, rodzinę, na to co istotne i co nie warte uwagi, czynią z książki mistrzowską lekturę.
Opowieść rozpoczyna się narodzinami p. Piotra w mojej rodzinnej Łodzi, biegnie przez kolejne etapy edukacji, poprzez pierwsze kroki w profesji aktora czynione w doborowym, mistrzowskim towarzystwie, poprzez przyjaźń z Gustawem Holoubkiem, aż po dziś dzień.
Sporo uwagi aktor poświęca najbliższym, ukochanej żonie z którą mimo zawirowań są już ponad 40 lat razem, córkom, a także miłości i opiece jakimi otacza swoja ponad 102-letnią mamę.
O swojej mamie, o czasie, jaki jej poświęca, o opiece wspaniale p. Piotr napisał: (...) jest dla mnie formą zadośćuczynienia za wszystkie niegodziwości, których się w życiu dopuściłem. Dziś spłacam dług za jej dobroć, poświęcenie, za te wszystkie lata, gdy była dla mnie, a potem dla nas oparciem (...).
Jednak nie samą pracą, czy rodziną człowiek (także aktor) żyje, choćby nie wiem, jak je uwielbiał. Fronczewski opowiada także o innych pasjach, np. miłości do motocykli.
Książka traktuje także o wielu innych rzeczach. Mogłabym je tutaj długo wymieniać. Nie chcę jednak tego robić z killku powodów. Przede wszystkim dlatego, iż odkrywanie Piotra Fronczewskiego chciałabym pozostawić każdemu czytelnikowi. To wspaniała przygoda. Poza tym równie ważne, niż samo życie aktora, jest to w jaki sposób o nim opowiada. Mistrzowsko nakreślone obrazy, energia, poczucie humoru, cięty język, dystans do samego siebie...genialna książka. Polecam. Czyta się w mgnieniu oka z uśmiechem nie schodzącym z twarzy.
poniedziałek, 21 grudnia 2015
Żelazne damy - Kamil Janicki
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 4,5/6
Kobiety kreujące średniowieczną polską historię znane są w niewielkim zakresie. Jeżeli sprawa dotyczy okresu panowania pierwszych Piastów, jest jeszcze skromniej.
Gdzieś w pamięci kojarzy nam się żona Mieszka I Dobrawa i raczej na tym koniec. Zdecydowanie lepiej znamy męskich władców Polski z epoki wieków średnich.
Kamil Janicki postanowił uzupełnić nasze braki wiedzy historycznej.
W swojej najnowszej książce przedstawia nam sylwetki 4 piastowskich władczyń, żon władców z tej dynastii.
Co istotne, nie są to tylko suche biogramy. Janicki posuwa się zdecydowanie dalej. każdą ze swoich bohaterek umieszcza w kontekście historyczno-społeczno-obyczajowym. Dzięki temu może żelazne damy pokazać nam w wielu różnorodnych sytuacjach, zaprezentować z różnych stron.
Co jest niezwykle cenne, dodatkowo w opowieść wplata wiele innych faktów, często odrobinę odchodzących od sylwetki bohaterki. Jednak dzięki temu mamy okazję otrzymać sporą dawkę dodatkowej wiedzy historycznej, dowiedzieć się o wielu ciekawych faktach, poznać anegdoty i wydarzenia.
Ciekawym jest, iż mimo niewielkiej liczby bohaterek, ich losy wiążą się ze sobą, wzajemnie uzupełniają i przenikają. Dzięki temu możemy poznać sposób w jaki powstawała polityka w okresie średniowiecza, spojrzeć na dworskie działania i zakulisowe rozgrywki, których nie brakowało także na piastowskich dworach.
Autor ciekawie łączy ze sobą różne wątki, wyciąga jedne fakty z innych, a na ich bazie snuje arcyciekawą opowieść.
Całość ozdobiona jest licznymi rycinami.
Zdecydowanie ubarwiają one i tak fascynującą lekturę. Bardzo dobrze, iż autor mimo niewielkiej ilości materiału źródłowego, pokusił się o zamieszczenie owych rycin.
Minus jest moim zdaniem jeden, ale dosyć istotny. Chodzi o przypisy. Janicki zamieszcza ich bardzo dużo, ich spis to 52 strony. Biorąc pod uwagę, że źródłoznawstwo to materiały historyków, archeologów i badaczy z innych dziedzin nauki, oraz fakt, że nie każdy z czytelników jest znawcą w danej dziedzinie nauki, a więc do przypisów będzie musiał często zaglądać, sensowniejszym i dużo wygodniejszym byłoby zamieszczenie przypisów u dołu każdej ze stron.
Zgromadzenie ich na końcu książki zniechęca wielu czytelników do zapoznawania się z przypisami i automatycznie czyni lekturę zdecydowanie uboższą.
Mimo tego drobnego minusu, zachęcam gorąco do lektury.
Kobiety kreujące średniowieczną polską historię znane są w niewielkim zakresie. Jeżeli sprawa dotyczy okresu panowania pierwszych Piastów, jest jeszcze skromniej.
Gdzieś w pamięci kojarzy nam się żona Mieszka I Dobrawa i raczej na tym koniec. Zdecydowanie lepiej znamy męskich władców Polski z epoki wieków średnich.
Kamil Janicki postanowił uzupełnić nasze braki wiedzy historycznej.
W swojej najnowszej książce przedstawia nam sylwetki 4 piastowskich władczyń, żon władców z tej dynastii.
Co istotne, nie są to tylko suche biogramy. Janicki posuwa się zdecydowanie dalej. każdą ze swoich bohaterek umieszcza w kontekście historyczno-społeczno-obyczajowym. Dzięki temu może żelazne damy pokazać nam w wielu różnorodnych sytuacjach, zaprezentować z różnych stron.
Co jest niezwykle cenne, dodatkowo w opowieść wplata wiele innych faktów, często odrobinę odchodzących od sylwetki bohaterki. Jednak dzięki temu mamy okazję otrzymać sporą dawkę dodatkowej wiedzy historycznej, dowiedzieć się o wielu ciekawych faktach, poznać anegdoty i wydarzenia.
Ciekawym jest, iż mimo niewielkiej liczby bohaterek, ich losy wiążą się ze sobą, wzajemnie uzupełniają i przenikają. Dzięki temu możemy poznać sposób w jaki powstawała polityka w okresie średniowiecza, spojrzeć na dworskie działania i zakulisowe rozgrywki, których nie brakowało także na piastowskich dworach.
Autor ciekawie łączy ze sobą różne wątki, wyciąga jedne fakty z innych, a na ich bazie snuje arcyciekawą opowieść.
Całość ozdobiona jest licznymi rycinami.
Zdecydowanie ubarwiają one i tak fascynującą lekturę. Bardzo dobrze, iż autor mimo niewielkiej ilości materiału źródłowego, pokusił się o zamieszczenie owych rycin.
Minus jest moim zdaniem jeden, ale dosyć istotny. Chodzi o przypisy. Janicki zamieszcza ich bardzo dużo, ich spis to 52 strony. Biorąc pod uwagę, że źródłoznawstwo to materiały historyków, archeologów i badaczy z innych dziedzin nauki, oraz fakt, że nie każdy z czytelników jest znawcą w danej dziedzinie nauki, a więc do przypisów będzie musiał często zaglądać, sensowniejszym i dużo wygodniejszym byłoby zamieszczenie przypisów u dołu każdej ze stron.
Zgromadzenie ich na końcu książki zniechęca wielu czytelników do zapoznawania się z przypisami i automatycznie czyni lekturę zdecydowanie uboższą.
Mimo tego drobnego minusu, zachęcam gorąco do lektury.
czwartek, 15 października 2015
Cztery siostry
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5/6
Bardzo dobra książka opowiadająca o losach czterech niebanalnych postaci. Są nimi cztery córki cara Mikołaja II Romanowa.
Na początku XX wieku były najbardziej odizolowanymi od życiowych realiów przedstawicielkami europejskiej arystokracji. Były także ikonami stylu, gorącym tematem plotek.
Helen Rappaport autorka niniejszej książki niezwykle ciekawie przedstawia świat wielkich księżnych Olgi, Tatiany, Marii i Anastazji. Księżniczki ze względu na swoją pozycję miały niezwykle wąskie grono znajomych. Z tego powodu stały się sobie wyjątkowo bliskie. Ową specyficzną więź udało się Helen Rappaport doskonale ukazać.
Autorka nie poprzestaje jednak tylko na opowieści o losach księżniczek Pomiędzy ich życie, smutki i radości wplecione są opowieści o ich ojcu carze, o ukochanej matce, bracie carewiczu i wielu innych ciekawych postaciach z otoczenia księżniczek. Dzięki fascynującej opowieści poznajemy także otoczenie rodziny Romanowów, miejsca, w których księżniczki najczęściej przebywały w tym słynne Carskie Sioło, które od lat pozostaje najczęściej chyba odwiedzanym przez turystów miejscem w Rosji.
Wszystko zmierza do nieuchronnego, znanego nam z historii dnia 17 lipca 1918 roku, który był początkiem tragicznego końca rodziny Romanowów. Wtedy to cała rodzina Romanowów została zamordowana przez tajną bolszewicką policję.
Pierwsze co w trakcie lektury rzuca się w oczy to pasja z jaką autorka pisała książkę oraz doskonałe merytoryczne przygotowanie i wierne oddanie historycznych realiów, które to dotyczy najdrobniejszych nawet szczegółów. Przykładami oddającymi smaczki epoki mogą być np. dokładne opisy strojów księżniczek, ołowiane żołnierzyki oraz inne zabawki z bawialni Aleksego, ukochane zwierzątka, opisy porcelany i innych przedmiotów z monogramami Romanowów i wiele innych drobiazgów.Takie szczegóły to niby drobnostka, ale to właśnie one dodają książce wyjątkowego smaku, klimatu, sprawiają, iż całość pochlania siew w mgnieniu oka, a czytelnik ma wrażenie podróżowania w czasie.
Rappaport ma niezwykle lekkie piór co w połączeniu z niebywałym wprost zainteresowaniem tematem (o czym pisarka mówi w wielu wywiadach) dało książkę pasjonującą, taką którą wręcz się połyka.
Lektura Czterech sióstr to bez wątpienia fascynująca podróż w czasie.
Gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę z pozoru zwyczajną, a w rzeczywistości niezwykłą opowieść.
Bardzo dobra książka opowiadająca o losach czterech niebanalnych postaci. Są nimi cztery córki cara Mikołaja II Romanowa.
Na początku XX wieku były najbardziej odizolowanymi od życiowych realiów przedstawicielkami europejskiej arystokracji. Były także ikonami stylu, gorącym tematem plotek.
Helen Rappaport autorka niniejszej książki niezwykle ciekawie przedstawia świat wielkich księżnych Olgi, Tatiany, Marii i Anastazji. Księżniczki ze względu na swoją pozycję miały niezwykle wąskie grono znajomych. Z tego powodu stały się sobie wyjątkowo bliskie. Ową specyficzną więź udało się Helen Rappaport doskonale ukazać.
Autorka nie poprzestaje jednak tylko na opowieści o losach księżniczek Pomiędzy ich życie, smutki i radości wplecione są opowieści o ich ojcu carze, o ukochanej matce, bracie carewiczu i wielu innych ciekawych postaciach z otoczenia księżniczek. Dzięki fascynującej opowieści poznajemy także otoczenie rodziny Romanowów, miejsca, w których księżniczki najczęściej przebywały w tym słynne Carskie Sioło, które od lat pozostaje najczęściej chyba odwiedzanym przez turystów miejscem w Rosji.
Wszystko zmierza do nieuchronnego, znanego nam z historii dnia 17 lipca 1918 roku, który był początkiem tragicznego końca rodziny Romanowów. Wtedy to cała rodzina Romanowów została zamordowana przez tajną bolszewicką policję.
Pierwsze co w trakcie lektury rzuca się w oczy to pasja z jaką autorka pisała książkę oraz doskonałe merytoryczne przygotowanie i wierne oddanie historycznych realiów, które to dotyczy najdrobniejszych nawet szczegółów. Przykładami oddającymi smaczki epoki mogą być np. dokładne opisy strojów księżniczek, ołowiane żołnierzyki oraz inne zabawki z bawialni Aleksego, ukochane zwierzątka, opisy porcelany i innych przedmiotów z monogramami Romanowów i wiele innych drobiazgów.Takie szczegóły to niby drobnostka, ale to właśnie one dodają książce wyjątkowego smaku, klimatu, sprawiają, iż całość pochlania siew w mgnieniu oka, a czytelnik ma wrażenie podróżowania w czasie.
Rappaport ma niezwykle lekkie piór co w połączeniu z niebywałym wprost zainteresowaniem tematem (o czym pisarka mówi w wielu wywiadach) dało książkę pasjonującą, taką którą wręcz się połyka.
Lektura Czterech sióstr to bez wątpienia fascynująca podróż w czasie.
Gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę z pozoru zwyczajną, a w rzeczywistości niezwykłą opowieść.
piątek, 2 października 2015
Arena szczurów - Marek Krajewski
Wydawnictwo Znak, Ocena 5/6
Recenzja mojego męża.
Arena szczurów to zgodnie z zapowiedziami autora, ostatnia część serii z Edwardem Popielskim w roli głównej. Popielski to fikcyjny bohater cyklu powieści kryminalnych Krajewskiego, m.in. Erynie, Liczby Charona.
Ilość przeczytanych tomów sprawia, iż w sumie wiem, czego po kolejnej książce się spodziewać. Bo Krajewski nie wprowadza nic nowego, nie funduje czytelnikowi rewolucji, ale paradoksalnie dzięki temu książki z Popielskim czyta się doskonale, sięgając po nie z sentymentem i ciekawością oraz pewnością, iż nie będzie to czas stracony.
Jak to w serii w każdym tomie bywa, tak i w tej finalnej części akcja toczy się dwutorowo- współcześnie i w 1948 roku.
W czasach współczesnych syn Popielskiego bada zaszyfrowane zapiski ojca pochodzące z okresu powojennego. W ten sposób próbuje on rozwikłać tajemnicę tożsamości ojca, raz na zawsze dojść do ładu z trudnymi relacjami z ojcem ze swoim postrzeganiem jego osoby.
A że okres powojenny do łatwych nie należał, zadanie, które drzemie przed synem byłego policjanta do łatwych i przyjemnych nie należy.
Wtedy to (w roku 1948) główny bohater, były lwowski komisarz policji, incognito przebywał w powojennym Darłowie, gdzie ukrywał się przed ówczesna rzeczywistością, która dopadła zbyt wielu. Ową rzeczywistością był UB. Jego fikcyjna tożsamość obejmuje także nowy zawód. Jest nim uczenie, Popielski staje się nauczycielem w miejscowej szkole. Niestety, ale zaplanowane przez naszego bohatera spokojne życie długo takim nie pozostało. Niejako mimo woli Popielski zostaje wplątany w bardzo niebezpieczne śledztwo, które całkowicie zmieni jego i tak pogmatwane życie w istne piekło.
Arenę szczurów mimo ohydnej zbrodni, której tematyka jest w książce poruszana, czyta się doskonale. Bardzo podobało mi się, iż pod płaszczykiem kryminalnej zagadki Krajewski ukazuje trudne i nie zawsze jasne, jednoznaczne powojenne losy naszych rodaków. Sama zagadka kryminalna w tym przypadku jest pretekstem do ukazania czegoś więcej. I w ten sposób za sprawą doskonałej książki, mistrzowskiego kryminału, czytelnik dostaje mocnego kopa w postaci pigułki trudnej polskiej historii.
Arena szczurów to najmroczniejsza część serii o Edwardzie Popielskim i jedna z najlepszych. Gorąco polecam.
Recenzja mojego męża.
Arena szczurów to zgodnie z zapowiedziami autora, ostatnia część serii z Edwardem Popielskim w roli głównej. Popielski to fikcyjny bohater cyklu powieści kryminalnych Krajewskiego, m.in. Erynie, Liczby Charona.
Ilość przeczytanych tomów sprawia, iż w sumie wiem, czego po kolejnej książce się spodziewać. Bo Krajewski nie wprowadza nic nowego, nie funduje czytelnikowi rewolucji, ale paradoksalnie dzięki temu książki z Popielskim czyta się doskonale, sięgając po nie z sentymentem i ciekawością oraz pewnością, iż nie będzie to czas stracony.
Jak to w serii w każdym tomie bywa, tak i w tej finalnej części akcja toczy się dwutorowo- współcześnie i w 1948 roku.
W czasach współczesnych syn Popielskiego bada zaszyfrowane zapiski ojca pochodzące z okresu powojennego. W ten sposób próbuje on rozwikłać tajemnicę tożsamości ojca, raz na zawsze dojść do ładu z trudnymi relacjami z ojcem ze swoim postrzeganiem jego osoby.
A że okres powojenny do łatwych nie należał, zadanie, które drzemie przed synem byłego policjanta do łatwych i przyjemnych nie należy.
Wtedy to (w roku 1948) główny bohater, były lwowski komisarz policji, incognito przebywał w powojennym Darłowie, gdzie ukrywał się przed ówczesna rzeczywistością, która dopadła zbyt wielu. Ową rzeczywistością był UB. Jego fikcyjna tożsamość obejmuje także nowy zawód. Jest nim uczenie, Popielski staje się nauczycielem w miejscowej szkole. Niestety, ale zaplanowane przez naszego bohatera spokojne życie długo takim nie pozostało. Niejako mimo woli Popielski zostaje wplątany w bardzo niebezpieczne śledztwo, które całkowicie zmieni jego i tak pogmatwane życie w istne piekło.
Arenę szczurów mimo ohydnej zbrodni, której tematyka jest w książce poruszana, czyta się doskonale. Bardzo podobało mi się, iż pod płaszczykiem kryminalnej zagadki Krajewski ukazuje trudne i nie zawsze jasne, jednoznaczne powojenne losy naszych rodaków. Sama zagadka kryminalna w tym przypadku jest pretekstem do ukazania czegoś więcej. I w ten sposób za sprawą doskonałej książki, mistrzowskiego kryminału, czytelnik dostaje mocnego kopa w postaci pigułki trudnej polskiej historii.
Arena szczurów to najmroczniejsza część serii o Edwardzie Popielskim i jedna z najlepszych. Gorąco polecam.
poniedziałek, 14 września 2015
Paryż wyzwolony - Antony Beevor, Artemis Cooper
Wydawnictwo Znak Horyzont,. Ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
Autorów niniejszej książki jest dwoje. Antony’ego Beevora znam od kilku lat, a właściwie znam książki, których jest autorem. To doskonały historyk i jeszcze lepszy pisarz. Pobierał nauki w Winchester College, a następnie w Royal Military College w Sandhurst. Studiował pod kierunkiem wybitnego znawcy II wojny światowej Johna Keegana, który odkrył w nim talent historyka wojskowości. Wykłada historię na University of London. We Francji został odznaczony Orderem Sztuki i Literatury. Tutaj (klik) strona z wydanymi po polsku książkami tego historyka.
Artemis Cooper, to z kolei... małżonka Beevora.
Niniejszą książkę napisali wspólnie w 1994 roku. Niestety dopiero teraz została ona u nas wydana. Ale lepiej późno niż wcale. Warto było poczekać. To doskonała, dopracowana w każdym calu lektura, którą świetnie się czyta.
Pozycja ta swoją treścią obejmuje niezwykle szeroki zakres historii stolicy Francji. Nie skupia się ona bowiem tylko na latach 40. XX wieku, na okresie II wojny światowej, czy miesiącach, latach tuż po jej zakończeniu. Autorzy snują niezwykle barwną opowieść o losach Paryża i jego mieszkańców na przestrzeni lat poczynając od 1940 do 1968 roku.
Trudno jednoznacznie określić o czym jest ta książka. Bez wątpienia o Paryżu. Ale nie tylko. Bywają takie strony, rozdziały, na których stolica Francji jest tylko bazą, albo niewielkim elementem, wokół którego toczą się zupełnie inne sprawy, często z samym miastem luźno powiązane.
Czytamy więc o walkach, jakie toczyły się w mieście, o debatach i sporach na linii Anglia- Francja, o różnych działaniach wojennych i tych powojennych, ale także o plusach życia w okupowanym Paryżu i jego satelitach, o jedzeniu tym trudnym do zdobycia oficjalnie i tym, które wręcz częstokroć spadało ze stołów w pewnych miejscach, o kuriozalnych pomysłach de Gaulle’a. Nie mogło też zabraknąć miejsca poświęconego Francuzkom. Ujęcie kobiet w tej opowieści jest bardzo szerokie, od kobiet zwyczajnych, które nazwalibyśmy porządnymi, poprzez te działające w podziemiu, kolaborantki, aż po damy lekkich obyczajów. Sporo uwagi autorzy poświęcają ubiorom, całonocnym imprezą, jakie niezależnie od sytuacji politycznej i ekonomicznej miały miejsce, o życiu znanych i tych mniej znanych. Czytamy np. o rozwoju literatury, innych dziedzin sztuki, muzyki, o losach znanych postaci, jak np. Picasso.
Niewątpliwym plusem książki jest spora rozbieżność poruszanych zagadnień, lekki język (choć daleko mu na szczęście do tego rodem z tabloidów) i sporo ciekawostek i anegdot, które są umiejętnie wplecione w treść książki.
Ale Paryż wyzwolony, to nie tylko lektura o przyjemnych (lub trochę mniej), ale lekkich problemach, zagadnieniach. To także książka w pełni historyczna, merytoryczna. Na jej kartach pojawia się bowiem mnóstwo kwestii związanych z szeroko rozumianym zagadnieniem Paryża w latach 1940-68, z francuskimi (i nie tylko) politykami, wojskowymi, ważnymi wydarzeniami.
Książka napisana po dogłębnym zapoznaniu się z tematem, po dokładnym reaserchu, to rzuca się od razu w oczy. Mimo naukowego podejścia do omawianych tematów, jest to pozycja niezwykle przystępna, którą będzie dobrze się czytało osobom w różnym stopniu znających się na poruszanych zagadnieniach. Jest to zasługą zarówno szerokiego doboru zagadnień, jak i lekkiego pióra pisarzy.
Lekturę zdecydowanie ubarwiają liczne fotografie, które pozwalają wczuć się w klimat epoki.
Jestem przekonany, iż każdy z czytelników znajdzie w tej książce sporo tematów, wiadomości dla siebie.
Gorąco zachęcam do lektury.
Recenzja mojego męża.
Autorów niniejszej książki jest dwoje. Antony’ego Beevora znam od kilku lat, a właściwie znam książki, których jest autorem. To doskonały historyk i jeszcze lepszy pisarz. Pobierał nauki w Winchester College, a następnie w Royal Military College w Sandhurst. Studiował pod kierunkiem wybitnego znawcy II wojny światowej Johna Keegana, który odkrył w nim talent historyka wojskowości. Wykłada historię na University of London. We Francji został odznaczony Orderem Sztuki i Literatury. Tutaj (klik) strona z wydanymi po polsku książkami tego historyka.
Artemis Cooper, to z kolei... małżonka Beevora.
Niniejszą książkę napisali wspólnie w 1994 roku. Niestety dopiero teraz została ona u nas wydana. Ale lepiej późno niż wcale. Warto było poczekać. To doskonała, dopracowana w każdym calu lektura, którą świetnie się czyta.
Pozycja ta swoją treścią obejmuje niezwykle szeroki zakres historii stolicy Francji. Nie skupia się ona bowiem tylko na latach 40. XX wieku, na okresie II wojny światowej, czy miesiącach, latach tuż po jej zakończeniu. Autorzy snują niezwykle barwną opowieść o losach Paryża i jego mieszkańców na przestrzeni lat poczynając od 1940 do 1968 roku.
Trudno jednoznacznie określić o czym jest ta książka. Bez wątpienia o Paryżu. Ale nie tylko. Bywają takie strony, rozdziały, na których stolica Francji jest tylko bazą, albo niewielkim elementem, wokół którego toczą się zupełnie inne sprawy, często z samym miastem luźno powiązane.
Czytamy więc o walkach, jakie toczyły się w mieście, o debatach i sporach na linii Anglia- Francja, o różnych działaniach wojennych i tych powojennych, ale także o plusach życia w okupowanym Paryżu i jego satelitach, o jedzeniu tym trudnym do zdobycia oficjalnie i tym, które wręcz częstokroć spadało ze stołów w pewnych miejscach, o kuriozalnych pomysłach de Gaulle’a. Nie mogło też zabraknąć miejsca poświęconego Francuzkom. Ujęcie kobiet w tej opowieści jest bardzo szerokie, od kobiet zwyczajnych, które nazwalibyśmy porządnymi, poprzez te działające w podziemiu, kolaborantki, aż po damy lekkich obyczajów. Sporo uwagi autorzy poświęcają ubiorom, całonocnym imprezą, jakie niezależnie od sytuacji politycznej i ekonomicznej miały miejsce, o życiu znanych i tych mniej znanych. Czytamy np. o rozwoju literatury, innych dziedzin sztuki, muzyki, o losach znanych postaci, jak np. Picasso.
Niewątpliwym plusem książki jest spora rozbieżność poruszanych zagadnień, lekki język (choć daleko mu na szczęście do tego rodem z tabloidów) i sporo ciekawostek i anegdot, które są umiejętnie wplecione w treść książki.
Ale Paryż wyzwolony, to nie tylko lektura o przyjemnych (lub trochę mniej), ale lekkich problemach, zagadnieniach. To także książka w pełni historyczna, merytoryczna. Na jej kartach pojawia się bowiem mnóstwo kwestii związanych z szeroko rozumianym zagadnieniem Paryża w latach 1940-68, z francuskimi (i nie tylko) politykami, wojskowymi, ważnymi wydarzeniami.
Książka napisana po dogłębnym zapoznaniu się z tematem, po dokładnym reaserchu, to rzuca się od razu w oczy. Mimo naukowego podejścia do omawianych tematów, jest to pozycja niezwykle przystępna, którą będzie dobrze się czytało osobom w różnym stopniu znających się na poruszanych zagadnieniach. Jest to zasługą zarówno szerokiego doboru zagadnień, jak i lekkiego pióra pisarzy.
Lekturę zdecydowanie ubarwiają liczne fotografie, które pozwalają wczuć się w klimat epoki.
Jestem przekonany, iż każdy z czytelników znajdzie w tej książce sporo tematów, wiadomości dla siebie.
Gorąco zachęcam do lektury.
sobota, 12 września 2015
Maria Callas. Primadonna stulecia - Anne Edwards
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5,5/6
Maria Callas, właśc. Cecilia Sophia Anna Maria Kalogeropoulou, Maria Meneghini Callas urodzona w 1923 roku, zmarła w 1977 roku. Była wyjątkową śpiewaczka operową o międzynarodowej sławie, prawdziwą primadonną XX wieku, głównie śpiewającą w mediolańskiej La Scali i Metropolitan Operze w Nowym Jorku.
O talencie śpiewaczki krążyły i nadal krążą różne opinie. Przez jednych uważana była za posiadaczkę głosu wręcz nieziemskiego,inni z kolei uważali jej głos za bardzo dobry, ale nie perfekcyjny i głosili, że sukces Callas zawdzięcza przede wszystkim dużej porcji talentu, uporowi i wręcz katorżniczej pracy.
Zwolennikiem tej ostatniej tezy jest m.in. Anne Edwards, autorka niniejszej książki.
Edwards na kolejnych kartach książki maluje przed czytelnikiem obraz swojej bohaterki począwszy od jej dzieciństwa, poprzez emigrację z USA do Grecji aż po życie dorosłe, które było niczym sinusoida od sukcesów i światowej sławy poprzez wielką miłość i związane z nią wzloty i upadki. Autorka przedstawia nam Marię, jako osobę, która od wczesnego dzieciństwa nie miała nic do powiedzenia, była pod przemożnym wpływem swojej apodyktycznej matki. Śledzimy więc pierwsze wręcz nieludzkie lekcje śpiewu, rytmiki, dyktaturę, jaką w domu stosowała nieustępliwa rodzicielka, walkę z nadwagą, a w konsekwencji przemianę zakompleksionej Greczynki z nadwagą w primadonnę scen operowych.
Tylko, czy to było to o czym skrycie marzyła Maria? Czy to dało jej szczęście, spełnienie?
Bogini opery, w życiu od małego dziecka aż do śmierci pozostająca pod czyimś wpływem, spełniająca cudze zachcianki, targana emocjami, niestabilna uczuciowo, a jednocześnie uwielbiana przez miliony. Dwoistość natury z pozoru nie do pogodzenia.
Jaka była w rzeczywistości Maria Callas? Jak wyglądało jej życie w jego kolejnych etapach? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziecie w niniejszej książce.
Jak pisze Anne Edwards, na kartach swojej książki próbuje przywrócić do życia i pokazać światu prawdziwą Marię Callas, primadonnę XX wieku. Czy jej się to udało? Sami sprawdźcie.
Gorąco zachęcam do lektury. Książkę czyta się doskonale, jest świetnie napisana, pełna ciekawych informacji, które wielokrotnie ukazują bohaterkę w zupełnie innym świetle. Co istotne opowieści tej daleko do tak popularnego obecnie tabloidowego wydźwięku. Anne Edwards racząc nas sekretami Marii Callas nie zniżyła się do poziomu brukowca, zachowała klasę i wielki takt. I za to należy jej się wielkie uznanie.
Maria Callas, właśc. Cecilia Sophia Anna Maria Kalogeropoulou, Maria Meneghini Callas urodzona w 1923 roku, zmarła w 1977 roku. Była wyjątkową śpiewaczka operową o międzynarodowej sławie, prawdziwą primadonną XX wieku, głównie śpiewającą w mediolańskiej La Scali i Metropolitan Operze w Nowym Jorku.
O talencie śpiewaczki krążyły i nadal krążą różne opinie. Przez jednych uważana była za posiadaczkę głosu wręcz nieziemskiego,inni z kolei uważali jej głos za bardzo dobry, ale nie perfekcyjny i głosili, że sukces Callas zawdzięcza przede wszystkim dużej porcji talentu, uporowi i wręcz katorżniczej pracy.
Zwolennikiem tej ostatniej tezy jest m.in. Anne Edwards, autorka niniejszej książki.
Edwards na kolejnych kartach książki maluje przed czytelnikiem obraz swojej bohaterki począwszy od jej dzieciństwa, poprzez emigrację z USA do Grecji aż po życie dorosłe, które było niczym sinusoida od sukcesów i światowej sławy poprzez wielką miłość i związane z nią wzloty i upadki. Autorka przedstawia nam Marię, jako osobę, która od wczesnego dzieciństwa nie miała nic do powiedzenia, była pod przemożnym wpływem swojej apodyktycznej matki. Śledzimy więc pierwsze wręcz nieludzkie lekcje śpiewu, rytmiki, dyktaturę, jaką w domu stosowała nieustępliwa rodzicielka, walkę z nadwagą, a w konsekwencji przemianę zakompleksionej Greczynki z nadwagą w primadonnę scen operowych.
Tylko, czy to było to o czym skrycie marzyła Maria? Czy to dało jej szczęście, spełnienie?
Bogini opery, w życiu od małego dziecka aż do śmierci pozostająca pod czyimś wpływem, spełniająca cudze zachcianki, targana emocjami, niestabilna uczuciowo, a jednocześnie uwielbiana przez miliony. Dwoistość natury z pozoru nie do pogodzenia.
Jaka była w rzeczywistości Maria Callas? Jak wyglądało jej życie w jego kolejnych etapach? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziecie w niniejszej książce.
Jak pisze Anne Edwards, na kartach swojej książki próbuje przywrócić do życia i pokazać światu prawdziwą Marię Callas, primadonnę XX wieku. Czy jej się to udało? Sami sprawdźcie.
Gorąco zachęcam do lektury. Książkę czyta się doskonale, jest świetnie napisana, pełna ciekawych informacji, które wielokrotnie ukazują bohaterkę w zupełnie innym świetle. Co istotne opowieści tej daleko do tak popularnego obecnie tabloidowego wydźwięku. Anne Edwards racząc nas sekretami Marii Callas nie zniżyła się do poziomu brukowca, zachowała klasę i wielki takt. I za to należy jej się wielkie uznanie.
środa, 9 września 2015
Cudowny lek - Thomas Goetz
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5,5/6
Cudowny lek, to świetnie napisana, porywająca opowieść o wielkim przełomie w medycynie i walce z najgroźniejszą chorobą świata - gruźlicę. Dla nas, w XXI wieku to choroba ciężka, ale uleczalna, taka jak wiele jej podobnych. 1,5 wieku temu była to choroba zbierająca obfite, ponure, tragiczne wręcz żniwo.
Autor książki w opowieść o wielu tragediach spowodowanych zgonem nieuleczalnie chorych pacjentów, wplata historię swoistego wyścigu, jaki przez długie lata toczył się pomiędzy dwoma wybitnymi naukowcami - Robertem Kochem i Ludwikiem Pasteurem.
Robert Koch, to laureat Nagrody Nobla, niemiecki uczony, lekarz i bakteriolog. Jego zasługą jest m.in. odkrycie bakterii wywołujących takie choroby, jak: wąglik, cholera, gruźlica.
Ludwik Pasteur, to francuski badacz, chemik i prekursor mikrobiologii. Za jego najważniejsze osiągnięcie uznawane są wyniki prac z zakresu bakteriologii i wirusologii które uwieńczone zostały opracowaniem pierwszej szczepionki ochronnej dla ludzi (przeciw wściekliźnie).
Książka Thomasa Goetza to opowieść o wielkiej XIX-wiecznej rewolucji, dzięki której medycyna, dotychczas prymitywna, oparta w dużej mierze na zabobonach i półprawdach, zmieniła się w prawdziwą naukę.
Goetz stworzył lekturę na równi beletrystyczną, co z pogranicza nauki i historii. Niezwykle ciekawie opowiada o życiu obu naukowców, o ich wyborach i ich skutkach, o drodze zawodowej, o marzeniach, planach, porażkach i sukcesach. Sporo miejsca poświęcone jest także wzajemnej rywalizacji niemieckiego i francuskiego badacza oraz tego co było efektem owych wyścigów.
Co ciekawe, autor nie tworzy mitów Pasteura i Kocha, nie tworzy z nich altruistycznych badaczy. Ciekawie ukazuje natomiast namacalną korzyść z ich badań i odkryć - kwestię finansową. Wszak nie samymi sukcesami i porażkami zawodowymi żyją badacze.
A z tym wszystkim związane jedno - wielkie, przeogromne emocje, które Goetz zręcznie przenosi na karty książki. Tej książki nie da się czytać inaczej, niż niecierpliwie przewracając kolejne strony.
Gorąco zachęcam do lektury Cudownego leku. To doskonale napisana, dopracowana merytorycznie, bardzo wciągająca lektura z pogranicza historii, medycyny oraz bez małą powieści ala thriller medyczny. To także przewijający się w tle, niezwykle ciekawy obraz XIX-wiecznej Europy, świata, który Bogu dzięki przeminął. Po lekturze książki będziecie wiedzieć, co mam na myśli.
Cudowny lek, to świetnie napisana, porywająca opowieść o wielkim przełomie w medycynie i walce z najgroźniejszą chorobą świata - gruźlicę. Dla nas, w XXI wieku to choroba ciężka, ale uleczalna, taka jak wiele jej podobnych. 1,5 wieku temu była to choroba zbierająca obfite, ponure, tragiczne wręcz żniwo.
Autor książki w opowieść o wielu tragediach spowodowanych zgonem nieuleczalnie chorych pacjentów, wplata historię swoistego wyścigu, jaki przez długie lata toczył się pomiędzy dwoma wybitnymi naukowcami - Robertem Kochem i Ludwikiem Pasteurem.
Robert Koch, to laureat Nagrody Nobla, niemiecki uczony, lekarz i bakteriolog. Jego zasługą jest m.in. odkrycie bakterii wywołujących takie choroby, jak: wąglik, cholera, gruźlica.
Ludwik Pasteur, to francuski badacz, chemik i prekursor mikrobiologii. Za jego najważniejsze osiągnięcie uznawane są wyniki prac z zakresu bakteriologii i wirusologii które uwieńczone zostały opracowaniem pierwszej szczepionki ochronnej dla ludzi (przeciw wściekliźnie).
Książka Thomasa Goetza to opowieść o wielkiej XIX-wiecznej rewolucji, dzięki której medycyna, dotychczas prymitywna, oparta w dużej mierze na zabobonach i półprawdach, zmieniła się w prawdziwą naukę.
Goetz stworzył lekturę na równi beletrystyczną, co z pogranicza nauki i historii. Niezwykle ciekawie opowiada o życiu obu naukowców, o ich wyborach i ich skutkach, o drodze zawodowej, o marzeniach, planach, porażkach i sukcesach. Sporo miejsca poświęcone jest także wzajemnej rywalizacji niemieckiego i francuskiego badacza oraz tego co było efektem owych wyścigów.
Co ciekawe, autor nie tworzy mitów Pasteura i Kocha, nie tworzy z nich altruistycznych badaczy. Ciekawie ukazuje natomiast namacalną korzyść z ich badań i odkryć - kwestię finansową. Wszak nie samymi sukcesami i porażkami zawodowymi żyją badacze.
A z tym wszystkim związane jedno - wielkie, przeogromne emocje, które Goetz zręcznie przenosi na karty książki. Tej książki nie da się czytać inaczej, niż niecierpliwie przewracając kolejne strony.
Gorąco zachęcam do lektury Cudownego leku. To doskonale napisana, dopracowana merytorycznie, bardzo wciągająca lektura z pogranicza historii, medycyny oraz bez małą powieści ala thriller medyczny. To także przewijający się w tle, niezwykle ciekawy obraz XIX-wiecznej Europy, świata, który Bogu dzięki przeminął. Po lekturze książki będziecie wiedzieć, co mam na myśli.
środa, 22 lipca 2015
Dziewczyny z Syberii - Anna Herbich
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5,5/6
Syberia, w encyklopedii znajdziemy tylko suchy opis, iż to kraina geograficzna w północnej Azji, wchodząca w skład Rosji.
Dla Polaków to miejsce ma wyjątkowy wymiar. Przez wiele, wiele lat wiązało się ono bowiem z licznymi deportacjami i wysiedleniami na Syberię i „na Sybir”. Ten los dotknął setek tysięcy Polaków, którzy często przesiedlani byli z całymi rodzinami.
Anna Herbich w swojej książce przejmujący sposób opowiada o fali przesiedleń, ukazuje jak naprawdę wyglądała walka o przetrwanie na nieludzkiej ziemi. Niby o Sybirakach (jak często nazywamy przesiedleńców) wiele już napisano, nakręcono wiele dokumentów, ale ta książka wyjątkowo chwyta za serce. Bohaterkami książki są bowiem kobiety, i to kobiety wyjątkowe w każdym calu. Były w kołchozach, więzieniach, straszliwych łagrach w Workucie. To historie Polek, które przeżyły sowieckie deportacje, syberyjskie piekło, gehennę zesłania.
Lekturę rozłożyłam sobie w czasie. Każdą z historii opisanych przez Herbich czytałam w odstępie kilku dni. Jedno co od pierwszej strony przychodzi na myśl, to ogromny szacunek i podziw dla kobiet będących bohaterkami książki. Ich życie przed Syberią było różne, póżniej stało się bez mała identyczne, podobnie tragiczne, podobnie wymagające wielkiego samozaparcia, odwagi i chęci przeżycia za wszelka cenę. Głód, niewyobrażalne zimno, bród, strach i to do tego katorżnicza wręcz praca, to wszystko towarzyszyły im w każdej godzinie pobytu na Syberii.
To cud, że tym niepozornym kobietom udało się przeżyć, wytrwać w warunkach,w których załamywał się, nie dawał rady nie jeden dużo silniejszy z pozoru męźczyzna. I wszystkie one wróciły do ojczyzny.
Dziewczyny z Syberii, to wyjątkowa książka, wzbudzająca tak wiele różnorodnych emocji, że aż nie da się ich opisać. To także wielka nauka, zmuszająca do pamiętania o ofiarach Syberii, o dzielnych, którym udało się ocaleć. To także lektura, która uświadamia czytelnikowi w jak luksusowych warunkach żyjemy.
Dziesięć historii, dziesięć losów, które każdy bez wyjątku powinien poznać. Genialnie napisana, przerażająca, poruszająca opowieść.
Syberia, w encyklopedii znajdziemy tylko suchy opis, iż to kraina geograficzna w północnej Azji, wchodząca w skład Rosji.
Dla Polaków to miejsce ma wyjątkowy wymiar. Przez wiele, wiele lat wiązało się ono bowiem z licznymi deportacjami i wysiedleniami na Syberię i „na Sybir”. Ten los dotknął setek tysięcy Polaków, którzy często przesiedlani byli z całymi rodzinami.
Anna Herbich w swojej książce przejmujący sposób opowiada o fali przesiedleń, ukazuje jak naprawdę wyglądała walka o przetrwanie na nieludzkiej ziemi. Niby o Sybirakach (jak często nazywamy przesiedleńców) wiele już napisano, nakręcono wiele dokumentów, ale ta książka wyjątkowo chwyta za serce. Bohaterkami książki są bowiem kobiety, i to kobiety wyjątkowe w każdym calu. Były w kołchozach, więzieniach, straszliwych łagrach w Workucie. To historie Polek, które przeżyły sowieckie deportacje, syberyjskie piekło, gehennę zesłania.
Lekturę rozłożyłam sobie w czasie. Każdą z historii opisanych przez Herbich czytałam w odstępie kilku dni. Jedno co od pierwszej strony przychodzi na myśl, to ogromny szacunek i podziw dla kobiet będących bohaterkami książki. Ich życie przed Syberią było różne, póżniej stało się bez mała identyczne, podobnie tragiczne, podobnie wymagające wielkiego samozaparcia, odwagi i chęci przeżycia za wszelka cenę. Głód, niewyobrażalne zimno, bród, strach i to do tego katorżnicza wręcz praca, to wszystko towarzyszyły im w każdej godzinie pobytu na Syberii.
To cud, że tym niepozornym kobietom udało się przeżyć, wytrwać w warunkach,w których załamywał się, nie dawał rady nie jeden dużo silniejszy z pozoru męźczyzna. I wszystkie one wróciły do ojczyzny.
Dziewczyny z Syberii, to wyjątkowa książka, wzbudzająca tak wiele różnorodnych emocji, że aż nie da się ich opisać. To także wielka nauka, zmuszająca do pamiętania o ofiarach Syberii, o dzielnych, którym udało się ocaleć. To także lektura, która uświadamia czytelnikowi w jak luksusowych warunkach żyjemy.
Dziesięć historii, dziesięć losów, które każdy bez wyjątku powinien poznać. Genialnie napisana, przerażająca, poruszająca opowieść.
środa, 15 lipca 2015
Kręte ścieżki - Richard Paul Evans
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5/6
Trudno zdefiniować o czym dokładnie jest ta książka. Głównym bohaterem jest Alan, męźczyzna, który jak mu się wydaje wszystko w życiu stracił, nic się już dla niego nie liczy.Wobec tego postanawia wyruszyć w drogę. Jest to wędrówka, która trwa już od dłuższego czasu, a jej koniec jest wielka zagadką zarówno jeżeli chodzi o miejsce, jak i termin.
Nasz wędrowiec nie wie dokąd zmierza, co go czeka, a jednak wędruje, wędruje, wędruje. Pod tym względem Kręte ścieżki, to typowa opowieść drogi.
Po swojej wędrówce, która do złudzenia przypomina pielgrzymkę, Alan nie spodziewa się niczego - ani dobra, ani zła. Ku jego zaskoczeniu (wszak los lubi płatać figle) spotyka ludzi, którzy odmienią go na zawsze i staną się dla niego nauczycielami życia.
Mimo niewielkiej objętości, jest to trudna lektura, niesłychanie złożona, zmuszająca do wielu refleksji. Wraz z bohaterem zastanawiamy się nad wieloma fundamentalnymi kwestiami ludzkiego życia. To sprawia, iż to trudna lektura, choć okładka sugeruje coś lekkiego, pogodnego. Dodatkowym utrudnieniem, sprawą która zmusza do jeszcze większej uwagi jest spore nagromadzenie różnorodnych szczegółów. Obraz, jaki widzi Alan, uczucia jakie się w nim kłębią, różnorodne sytuacje, Evans opisuje niezwykle dokładnie.
Niestety (albo stety, zależy, jak na to spojrzeć) w trakcie czytania Krętych ścieżek trzeba zadać sobie sporo trudu, ale warto.
Zachęcam do lektury.
Trudno zdefiniować o czym dokładnie jest ta książka. Głównym bohaterem jest Alan, męźczyzna, który jak mu się wydaje wszystko w życiu stracił, nic się już dla niego nie liczy.Wobec tego postanawia wyruszyć w drogę. Jest to wędrówka, która trwa już od dłuższego czasu, a jej koniec jest wielka zagadką zarówno jeżeli chodzi o miejsce, jak i termin.
Nasz wędrowiec nie wie dokąd zmierza, co go czeka, a jednak wędruje, wędruje, wędruje. Pod tym względem Kręte ścieżki, to typowa opowieść drogi.
Po swojej wędrówce, która do złudzenia przypomina pielgrzymkę, Alan nie spodziewa się niczego - ani dobra, ani zła. Ku jego zaskoczeniu (wszak los lubi płatać figle) spotyka ludzi, którzy odmienią go na zawsze i staną się dla niego nauczycielami życia.
Mimo niewielkiej objętości, jest to trudna lektura, niesłychanie złożona, zmuszająca do wielu refleksji. Wraz z bohaterem zastanawiamy się nad wieloma fundamentalnymi kwestiami ludzkiego życia. To sprawia, iż to trudna lektura, choć okładka sugeruje coś lekkiego, pogodnego. Dodatkowym utrudnieniem, sprawą która zmusza do jeszcze większej uwagi jest spore nagromadzenie różnorodnych szczegółów. Obraz, jaki widzi Alan, uczucia jakie się w nim kłębią, różnorodne sytuacje, Evans opisuje niezwykle dokładnie.
Niestety (albo stety, zależy, jak na to spojrzeć) w trakcie czytania Krętych ścieżek trzeba zadać sobie sporo trudu, ale warto.
Zachęcam do lektury.
czwartek, 9 lipca 2015
Lost and found - Zadie Smith
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5-/6
Opowiadania nie są najbardziej lubianą w Polsce formą literacką. Ja jednak od czasu do czasu lubię po nie sięgać.
Lost and Found to niezbyt gruba książka zawierająca 3 opowiadania. Nie ma sensu ich streszczać. Każde z nich jest inne, każde ma wielka historię, jest wspaniale napisane, ale...każdemu też wg. mnie brak zakończenia. Tzn. niby ono jest, ale w żadnym z tych trzech opowiadań nie usatysfakcjonowało mnie ono. Po skończeniu lektury czułam się, jak ktoś komu nie pozwolono zobaczyć końcówki niezwykle wciągającego serialu, zakończenia, które było tuż tuż. Bez wątpienia każda z historii przedstawionych w tym mini tomiku ma ogromny potencjał. Mam nadzieję, iż autorka stworzy z nich kiedyś dłuższe lub krótsze powieści.
Poza tym to doskonała literatura, w której znajdziemy sporo problemów aktualnych od wielu lat. Bohaterowie Zadie Smith borykają się z uprzedzeniami i w każdej możliwej kwestii- zawodowej, życiowej, rasowej, majątkowej, religijnej etc.Każda z opowieści przepełniona jest jakby smutkiem, stratą, a jednocześnie nadzieją, że coś się zmieni.
Troje bohaterów, obcych dla siebie, absolutnie ich nic nie łączy. Jednak jak się okaże, maja ze sobą wiele wspólnego. Jestem przekonana, iż także wielu czytelników w postaciach stworzonych przez Zadie Smith odnajdzie choćby fragment siebie, swojego życia.
Zachęcam do lektury.
Opowiadania nie są najbardziej lubianą w Polsce formą literacką. Ja jednak od czasu do czasu lubię po nie sięgać.
Lost and Found to niezbyt gruba książka zawierająca 3 opowiadania. Nie ma sensu ich streszczać. Każde z nich jest inne, każde ma wielka historię, jest wspaniale napisane, ale...każdemu też wg. mnie brak zakończenia. Tzn. niby ono jest, ale w żadnym z tych trzech opowiadań nie usatysfakcjonowało mnie ono. Po skończeniu lektury czułam się, jak ktoś komu nie pozwolono zobaczyć końcówki niezwykle wciągającego serialu, zakończenia, które było tuż tuż. Bez wątpienia każda z historii przedstawionych w tym mini tomiku ma ogromny potencjał. Mam nadzieję, iż autorka stworzy z nich kiedyś dłuższe lub krótsze powieści.
Poza tym to doskonała literatura, w której znajdziemy sporo problemów aktualnych od wielu lat. Bohaterowie Zadie Smith borykają się z uprzedzeniami i w każdej możliwej kwestii- zawodowej, życiowej, rasowej, majątkowej, religijnej etc.Każda z opowieści przepełniona jest jakby smutkiem, stratą, a jednocześnie nadzieją, że coś się zmieni.
Troje bohaterów, obcych dla siebie, absolutnie ich nic nie łączy. Jednak jak się okaże, maja ze sobą wiele wspólnego. Jestem przekonana, iż także wielu czytelników w postaciach stworzonych przez Zadie Smith odnajdzie choćby fragment siebie, swojego życia.
Zachęcam do lektury.
sobota, 30 maja 2015
Mario Vargas Llosa. Biografia - Tomasz Pindel
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5,5/6
Mario Vargas Llosa, peruwiański noblista, niezwykły pisarz, którego książki uwielbiam czytać i do których wracam wielokrotnie. Wiedziałam, że tak niezwykły twórca musi mieć życie równie niezwykłe, adekwatne do pisanych przez niego książek. Nic wiec dziwnego, że lekturę biografii Peruwiańczyka rozpoczęłam z wielka radością, ale i równie wielkimi oczekiwaniami.
Obaj panowie - Llosa i Pindel (autor biografii) w pełni spełnili moje oczekiwania, i to aż w nadmiarze.
Tomasz Pindel zadał sobie wiele trudu żeby przedstawić sylwetkę nie tylko wielkiego pisarza, ale także człowieka, który prowadzi niezwykłe życie, włącza się czynnie w historie swojego kraju, a jego losy są od lat ściśle związane z historią Peru. Co ważne, Llosa, którego prezentuje nam biograf to nie tylko wielki pisarz, osoba włączająca się w historię swojego kraju, ale także zwykły człowiek, jak ja czy wy, człowiek ze swoimi smutkami, radościami, wadami, zaletami, pasjami.
Wpływ na taki wizerunek pisarza miał sam autor książki, który rozmawiał nie tylko z samym pisarzem, ale także z jego rodziną, przyjaciółmi i wrogami i uzyskał pełen dostęp do osobistych archiwów pisarza w Peru. Książka, która w ten sposób powstała to ponad 400 stron pełnych Peru, pasji, namiętności we wszelkich jej przejawach, książek, czyli jednym słowem życia. A wierzcie mi, życie 79-letniego obecnie noblisty było i jest niezwykłe pod każdym względem.
Ogromną sztuką było przedstawić noblistę tak, żeby czytelnik go polubił, nie uważał ani za nawiedzonego bojownika o dobro ojczyzny, ani egzaltowanego pisarza. Pindelowi udało się to wybornie. Wszystkie informacje dot. Llosy podane są w arcyciekawy sposób, a przy tym ich ilość jest odpowiednio dobrana.
Sprawne pióro biografa i niezwykle życie Llosy sprawiają, iż książkę czyta się w mgnieniu oka, niczym najbardziej fascynującą powieść.
Po zakończeniu lektury jestem pod ogromnym wrażeniem zarówno życia i poglądów Llosy, jak i faktu jak obaj panowie (Pindel i Llosa) doskonale się zgrali tworząc duet iście idealny. Efektem tego zgrania jest ta wspaniała książka, do lektury, której gorąco zachęcam.
Mario Vargas Llosa, peruwiański noblista, niezwykły pisarz, którego książki uwielbiam czytać i do których wracam wielokrotnie. Wiedziałam, że tak niezwykły twórca musi mieć życie równie niezwykłe, adekwatne do pisanych przez niego książek. Nic wiec dziwnego, że lekturę biografii Peruwiańczyka rozpoczęłam z wielka radością, ale i równie wielkimi oczekiwaniami.
Obaj panowie - Llosa i Pindel (autor biografii) w pełni spełnili moje oczekiwania, i to aż w nadmiarze.
Tomasz Pindel zadał sobie wiele trudu żeby przedstawić sylwetkę nie tylko wielkiego pisarza, ale także człowieka, który prowadzi niezwykłe życie, włącza się czynnie w historie swojego kraju, a jego losy są od lat ściśle związane z historią Peru. Co ważne, Llosa, którego prezentuje nam biograf to nie tylko wielki pisarz, osoba włączająca się w historię swojego kraju, ale także zwykły człowiek, jak ja czy wy, człowiek ze swoimi smutkami, radościami, wadami, zaletami, pasjami.
Wpływ na taki wizerunek pisarza miał sam autor książki, który rozmawiał nie tylko z samym pisarzem, ale także z jego rodziną, przyjaciółmi i wrogami i uzyskał pełen dostęp do osobistych archiwów pisarza w Peru. Książka, która w ten sposób powstała to ponad 400 stron pełnych Peru, pasji, namiętności we wszelkich jej przejawach, książek, czyli jednym słowem życia. A wierzcie mi, życie 79-letniego obecnie noblisty było i jest niezwykłe pod każdym względem.
Ogromną sztuką było przedstawić noblistę tak, żeby czytelnik go polubił, nie uważał ani za nawiedzonego bojownika o dobro ojczyzny, ani egzaltowanego pisarza. Pindelowi udało się to wybornie. Wszystkie informacje dot. Llosy podane są w arcyciekawy sposób, a przy tym ich ilość jest odpowiednio dobrana.
Sprawne pióro biografa i niezwykle życie Llosy sprawiają, iż książkę czyta się w mgnieniu oka, niczym najbardziej fascynującą powieść.
Po zakończeniu lektury jestem pod ogromnym wrażeniem zarówno życia i poglądów Llosy, jak i faktu jak obaj panowie (Pindel i Llosa) doskonale się zgrali tworząc duet iście idealny. Efektem tego zgrania jest ta wspaniała książka, do lektury, której gorąco zachęcam.
wtorek, 31 marca 2015
Historia kotów
Wydawnictwo Znak Horyzont, Moja ocena 5/6
Książkę podczytywałam przez ostatnie 2 tygodnie we fragmentach jednocześnie chłonąc lekturę i liczne ciekawostki, jak i rozkoszując się nią. Jestem wielka kociarą, więc książka autorstwa Madeline Swan jest dla mnie wyborną pozycją.
Koty są wyjątkowymi zwierzętami. To nie podlega żadnej dyskusji.
Kot to licząca wiele tysięcy lat ikona światowej historii i popkultury. Udomowione bardzo dawno temu, do dziś zachowały wielką niezależność. Nie da się ich wytresować (w przeciwieństwie do wielu innych domowych zwierząt). Należy cieszyć się z zaszczytu ich towarzystwa i służyć kotom jak tylko można. Kot ma odbierać łaskawie hołdy, brać to co daje człowiek i ew. dać się przytulić, czy pogłaskać.
Autorka książki w niezwykle ciekawy sposób prezentuje nam historię kotów i koto-ludzkich kontaktów. Poczynając od świata antycznego do czasów współczesnych śledzimy perypetie naszych kocich milusińskich. A jest co śledzić i o czym pisać. Oj działo się, działo w kocim świecie.
Złotym wiekiem kociego współistnienia z ludźmi był okres antyczny, a konkretnie starożytny Egipt, jego kultura i religia. W tym to okresie koty z dzikich, pustynnych zwierząt stały się istotami wielbionymi na równi z faraonami i bóstwami starożytnymi. I bardzo słusznie:).
W wiekach średnich i stuleciach późniejszych różnie przedstawiała się koto-ludzka koegzystencja. Koty kochano (bo były zbawcami rolników i wiejskich gospodarstw - wszak chroniły przed gryzoniami), ale były także okresy gdy się ich bano, tępiono je, prześladowano. Koty były symbolem zła, kultu pogańskiego, traktowano je jako pomagierów palonych na stosie czarownic. Do dziś w bajkach, przypowieściach czarownica ma miotłę, długi nos i kota...koniecznie czarnego.
W okresie średniowiecza i wiekach późniejszych z czarnych kotów o zgrozo wyrabiano "lek" na ślepotę czy podagrę. Kocie sadło do smarowania także miało co nieco leczyć. O tym co jeszcze pseudomedycznego robiono z biednych futrzaków przeczytacie w książce. Włosy dęba mi stanęły jak czytałam o ludzkiej głupocie i okrucieństwie.
XIII i XIV wiek to okres szerzenia się wielu zaraz m.in. czarnej śmierci, którą przenosiły szczury. Na moment (ale tylko na moment) przypomniano sobie wtedy o łownych zaletach kotów i doceniono je. Ale jak w tym powiedzeniu...łaska pańska na pstrym koniu jeździ....podobnie było z ludzką łaską i miłością wobec kotów.
Sytuacja kota diametralnie zmieniła się w XIX wieku. Okres wiktoriański był drugim (po antycznym Egipcie) złotym wiekiem kotów. Wiele dobrego w tym kierunku poczyniły znane osoby, m.in. królowa Wiktoria, wielka wielbicielka kotów, fundatorka 1. wystawy kotów rasowych. Ale nie tylko angielska monarchini kochała koty. Mahomet bał się ruszyć z miejsca, żeby nie obudzić ukochanego kotka (w pełni to rozumiem). Nelson, pupil Winstona Churchilla jadał z nim codziennie obiady na Downing Street. Picasso uwielbiał malować koty. Brigitte Bardot kochała koty, miała ich ponad 50. Król Karol I Stuart zasiadający na tronie Szkocji w I połowie XVII wieku posiadał przynoszącego mu szczęście ukochanego czarnego kota. Gdy zwierzę zdechło, monarcha w trakcie wojny domowej został pojmany i stracony.
Kardynał Richelieu pomimo zasług w tępieniu czarownic, był znany ze swojej miłości do kotów. Pozwalał im spać we własnym łóżku, jeść z talerzy ze wspólnego stołu. Niestety, ale pozostała część francuskiego dworu nie podzielała jego uwielbienia i po jego śmierci spalono wszystkie jego koty.
Było wielu innych znanych miłośników i przeciwników kotów. Wiele na przestrzeni stuleci działo się w kocim świecie. Madeline Swan z wielką swadą, humorem i niezwykle ciekawie przeprowadza nas przez kilka tysięcy lat kociego i ludzkiego współistnienia.
Książka niezwykle ciekawie napisana i ozdobiona licznymi zdjęciami, przedrukami litografii etc.
Od pierwszego rozdziału rzuca się w oczy miłość Swan do kotów i tytaniczna wręcz praca jaką wykonała, żeby wyszperać wszystkie ciekawostki.
Podsumowanie po lekturze książki nasuwa się jedno (poza faktem oczywistym, iż koty są wyjątkowe:)) jedni koty kochają, inni ich nie znoszą. A koty...no cóż, sądzę, że mają to gdzieś:)
Książkę podczytywałam przez ostatnie 2 tygodnie we fragmentach jednocześnie chłonąc lekturę i liczne ciekawostki, jak i rozkoszując się nią. Jestem wielka kociarą, więc książka autorstwa Madeline Swan jest dla mnie wyborną pozycją.
Koty są wyjątkowymi zwierzętami. To nie podlega żadnej dyskusji.
Kot to licząca wiele tysięcy lat ikona światowej historii i popkultury. Udomowione bardzo dawno temu, do dziś zachowały wielką niezależność. Nie da się ich wytresować (w przeciwieństwie do wielu innych domowych zwierząt). Należy cieszyć się z zaszczytu ich towarzystwa i służyć kotom jak tylko można. Kot ma odbierać łaskawie hołdy, brać to co daje człowiek i ew. dać się przytulić, czy pogłaskać.
Autorka książki w niezwykle ciekawy sposób prezentuje nam historię kotów i koto-ludzkich kontaktów. Poczynając od świata antycznego do czasów współczesnych śledzimy perypetie naszych kocich milusińskich. A jest co śledzić i o czym pisać. Oj działo się, działo w kocim świecie.
Złotym wiekiem kociego współistnienia z ludźmi był okres antyczny, a konkretnie starożytny Egipt, jego kultura i religia. W tym to okresie koty z dzikich, pustynnych zwierząt stały się istotami wielbionymi na równi z faraonami i bóstwami starożytnymi. I bardzo słusznie:).
W wiekach średnich i stuleciach późniejszych różnie przedstawiała się koto-ludzka koegzystencja. Koty kochano (bo były zbawcami rolników i wiejskich gospodarstw - wszak chroniły przed gryzoniami), ale były także okresy gdy się ich bano, tępiono je, prześladowano. Koty były symbolem zła, kultu pogańskiego, traktowano je jako pomagierów palonych na stosie czarownic. Do dziś w bajkach, przypowieściach czarownica ma miotłę, długi nos i kota...koniecznie czarnego.
W okresie średniowiecza i wiekach późniejszych z czarnych kotów o zgrozo wyrabiano "lek" na ślepotę czy podagrę. Kocie sadło do smarowania także miało co nieco leczyć. O tym co jeszcze pseudomedycznego robiono z biednych futrzaków przeczytacie w książce. Włosy dęba mi stanęły jak czytałam o ludzkiej głupocie i okrucieństwie.
XIII i XIV wiek to okres szerzenia się wielu zaraz m.in. czarnej śmierci, którą przenosiły szczury. Na moment (ale tylko na moment) przypomniano sobie wtedy o łownych zaletach kotów i doceniono je. Ale jak w tym powiedzeniu...łaska pańska na pstrym koniu jeździ....podobnie było z ludzką łaską i miłością wobec kotów.
Sytuacja kota diametralnie zmieniła się w XIX wieku. Okres wiktoriański był drugim (po antycznym Egipcie) złotym wiekiem kotów. Wiele dobrego w tym kierunku poczyniły znane osoby, m.in. królowa Wiktoria, wielka wielbicielka kotów, fundatorka 1. wystawy kotów rasowych. Ale nie tylko angielska monarchini kochała koty. Mahomet bał się ruszyć z miejsca, żeby nie obudzić ukochanego kotka (w pełni to rozumiem). Nelson, pupil Winstona Churchilla jadał z nim codziennie obiady na Downing Street. Picasso uwielbiał malować koty. Brigitte Bardot kochała koty, miała ich ponad 50. Król Karol I Stuart zasiadający na tronie Szkocji w I połowie XVII wieku posiadał przynoszącego mu szczęście ukochanego czarnego kota. Gdy zwierzę zdechło, monarcha w trakcie wojny domowej został pojmany i stracony.
Kardynał Richelieu pomimo zasług w tępieniu czarownic, był znany ze swojej miłości do kotów. Pozwalał im spać we własnym łóżku, jeść z talerzy ze wspólnego stołu. Niestety, ale pozostała część francuskiego dworu nie podzielała jego uwielbienia i po jego śmierci spalono wszystkie jego koty.
Było wielu innych znanych miłośników i przeciwników kotów. Wiele na przestrzeni stuleci działo się w kocim świecie. Madeline Swan z wielką swadą, humorem i niezwykle ciekawie przeprowadza nas przez kilka tysięcy lat kociego i ludzkiego współistnienia.
Książka niezwykle ciekawie napisana i ozdobiona licznymi zdjęciami, przedrukami litografii etc.
Od pierwszego rozdziału rzuca się w oczy miłość Swan do kotów i tytaniczna wręcz praca jaką wykonała, żeby wyszperać wszystkie ciekawostki.
Podsumowanie po lekturze książki nasuwa się jedno (poza faktem oczywistym, iż koty są wyjątkowe:)) jedni koty kochają, inni ich nie znoszą. A koty...no cóż, sądzę, że mają to gdzieś:)
niedziela, 22 lutego 2015
Snajper. Historia najniebezpieczniejszego snajpera w dziejach amerykańskiej armii.
Wydawnictwo Znak, ocena 4,5/6
Recenzja mojego męża.
Chris Kyle służył w wojsku w latach 1999-2009 i czterokrotnie wyjeżdżał na misje do Iraku. Był dwukrotnie ranny i sześciokrotnie przeżył bliski wybuch miny, w czasie II Bitwy o Faludźę zastrzelił 40 rebeliantów. W Ar Ramadi wrogowie nazwali go Szajtan ar-Ramadi (Diabeł z Ramadi) i wyznaczyli nagrodę za jego głowę. Najbardziej spektakularnym sukcesem snajpera było zastrzelenie bojownika uzbrojonego w wyrzutnię rakiet z odległości 1920 m. Kyle był wielokrotnie nagradzany medalami za odwagę, m.in. dwa razy otrzymał Medal Srebrnej Gwiazdy. W Iraku współdziałał m.in. z GROM-em. Chris Kyle zginął 2 lutego 2013 roku w wyniku postrzelenia. Został zastrzelony przez żołnierza, cierpiącego na stres pourazowy, któremu pomagał. 11 lutego 2015 roku rozpoczął się proces Eddiego Ray Routha, mordercy Chrisa Kyle`a.
Bez wątpienia był najlepszym amerykańskim, a wielu twierdzi, ze także światowej klasy snajperem. Niniejsza książka to zapis jego wspomnień, autentyczna historia człowieka wyjatkowego. Bo jak inaczej określić kogoś o takich przymiotach i tyle lat działającego, jako snajper.Jest to pozycja bez zaskakujących zwrotów akcji (bo w sumie przed rozpoczęciem lektury mniej więcej wiemy czego można się spodziewać), ale za to książka trzymająca w napięciu już od pierwszej strony.
Snajper, to pozycja przede wszystkim o odwadze, niesamowitym charakterze i walce - ze sobą, swoimi ułomnościami, przeciwnościami losu, a przede wszystkim o walce za ojczyznę.
Książka napisana jest prostym, przemawiającym do czytelnika językiem. W przypadku takiej tematyki, to wielka zaleta.
Recenzja mojego męża.
Chris Kyle służył w wojsku w latach 1999-2009 i czterokrotnie wyjeżdżał na misje do Iraku. Był dwukrotnie ranny i sześciokrotnie przeżył bliski wybuch miny, w czasie II Bitwy o Faludźę zastrzelił 40 rebeliantów. W Ar Ramadi wrogowie nazwali go Szajtan ar-Ramadi (Diabeł z Ramadi) i wyznaczyli nagrodę za jego głowę. Najbardziej spektakularnym sukcesem snajpera było zastrzelenie bojownika uzbrojonego w wyrzutnię rakiet z odległości 1920 m. Kyle był wielokrotnie nagradzany medalami za odwagę, m.in. dwa razy otrzymał Medal Srebrnej Gwiazdy. W Iraku współdziałał m.in. z GROM-em. Chris Kyle zginął 2 lutego 2013 roku w wyniku postrzelenia. Został zastrzelony przez żołnierza, cierpiącego na stres pourazowy, któremu pomagał. 11 lutego 2015 roku rozpoczął się proces Eddiego Ray Routha, mordercy Chrisa Kyle`a.
Bez wątpienia był najlepszym amerykańskim, a wielu twierdzi, ze także światowej klasy snajperem. Niniejsza książka to zapis jego wspomnień, autentyczna historia człowieka wyjatkowego. Bo jak inaczej określić kogoś o takich przymiotach i tyle lat działającego, jako snajper.Jest to pozycja bez zaskakujących zwrotów akcji (bo w sumie przed rozpoczęciem lektury mniej więcej wiemy czego można się spodziewać), ale za to książka trzymająca w napięciu już od pierwszej strony.
Snajper, to pozycja przede wszystkim o odwadze, niesamowitym charakterze i walce - ze sobą, swoimi ułomnościami, przeciwnościami losu, a przede wszystkim o walce za ojczyznę.
Książka napisana jest prostym, przemawiającym do czytelnika językiem. W przypadku takiej tematyki, to wielka zaleta.
(...) Znajdowaliśmy się na dachu starego podniszczonego budynku stojącego na
skraju miasteczka, przez które mieli przejść marines. Pod nami wiatr
rozmiatał po zniszczonej drodze pył i papiery. Śmierdziało jak w kanale
ściekowym – ten typowy dla Iraku odór był czymś, do czego nigdy nie
udało mi się przywyknąć.
– Nadchodzą marines – powiedział dowódca, kiedy budynek zaczął drżeć. – Obserwuj.
Spojrzałem przez celownik. W pobliżu nie było nikogo poza tą kobietą i jednym czy dwojgiem dzieci.
Patrzyłem,
jak zbliża się oddział naszych. Dziesięciu młodych dumnych marines w
mundurach wyskoczyło z pojazdów i sformowało się w szyku patrolowym.
Kiedy Amerykanie się ustawiali, kobieta wyjęła coś spod ubrania i
pociągnęła za to. Odbezpieczyła granat. W pierwszej chwili nie zdałem
sobie z tego sprawy.
– Zdaje się, że to coś żółtego – powiedziałem do szefa, opisując, co widzę, podczas gdy on też obserwował. – Żółte i ma...
– Ona trzyma granat – powiedział dowódca. – To chiński granat.
– Cholera.
– Strzelaj.
– Ale...
– Strzelaj. Zdejmij ten granat. Marines...
Zawahałem
się. Ktoś próbował połączyć się z marines przez radio, ale nie mogliśmy
ich wywołać. Szli wzdłuż ulicy, kierując się w stronę kobiety.
– Strzelaj! – padł rozkaz.
Pociągnąłem
za spust. Kula wyleciała w lufy – strzeliłem. Granat upadł. Kiedy
wystrzeliłem po raz drugi, granat wybuchł. To był pierwszy raz, kiedy
zabiłem kogoś z karabinu snajperskiego. A także pierwszy raz w Iraku – i
jedyny – kiedy zabiłem kogoś innego niż biorącego udział w walce
mężczyznę. Miałem obowiązek strzelić i nie żałuję tego. Ta kobieta i tak
by zginęła.
Ja tylko zadbałem o to, żeby nie zabrała ze sobą żadnego z marines.
Było
jasne, że chce ich zabić, ale to nie wszystko: nie zwracała
najmniejszej uwagi na nikogo w pobliżu, kogo mógł rozerwać granat albo
kto mógł zginąć w wyniku otwarcia ognia. Nie obchodziły ją ani dzieci na
ulicy, ani ludzie w domach, może nawet jej własne dziecko...
Była za bardzo zaślepiona przez zło, żeby zwracać na nich uwagę. Chciała po prostu ze wszelką cenę zabić Amerykanów.
Moje
strzały ocaliły kilku rodaków, których życie było w oczywisty sposób
warte więcej niż wynaturzona dusza tej kobiety. Mogę stanąć przed Bogiem
z czystym sumieniem i odpowiedzieć za to, co zrobiłem. Ale szczerze i
głęboko znienawidziłem zło, które opętało tę kobietę.
Nienawidzę go po dziś dzień. (...)
środa, 14 stycznia 2015
Dyskretny bohater
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5/6
Dyskretny bohater, to kolejna książka słynnego peruwiańskiego noblisty, którą miałam okazję przeczytać i pierwsza, jaką napisał po otrzymaniu Nagrody Nobla.
Akcja powieści (jak to u tego pisarza) rozgrywa się dwutorowo. Śledzimy naprzemiennie historię Felicito Yanaque, który jest drobnym, lawirującym pomiędzy meandrami życia właścicielem niewielkiej firmy transportowej i zamieszkałego w Limie don Rigoberto.
Pierwszy z bohaterów ma rodzinę- żonę, z którą łączy go delikatnie to ujmując bardzo letnie uczucie i dwójkę dzieci oraz kochankę. Firma choć kokosów nie przynosi, to daje jednak jakie takie utrzymanie. Pewnego dnia zgłaszają się do naszego bohatera ludzie z oferta nie do odrzucenia. Jak łatwo się domyślić chodzi o coś nielegalnego. Oferują oni, że za niemałą comiesięczną opłatę zapewnią firmie Felicita ochronę. Felicito pomny swoich zasad moralnych i faktu, iż taka oplata zrujnowałaby go, odmawia. Co ciekawe, robi to publicznie, dając...ogłoszenie w prasie. Następstwa jego bohaterskiego czynu są nieciekawe, jednak męźczyzna nie ugina się.
Z kolei don Rigoberto ma kłopoty związane z synem i prześladującym go męźczyzną, który może być zarówno zwyczajnym bandytą, jak i kidnaperem, mordercą, zboczeńcem. Poznajemy także historię znajomych don Rigoberto ich zakulisowych, rodzinno-finansowych rozgrywek, które doprowadzą do o tyleż zabawnych co tragicznych w skutkach konsekwencji.
Oba te wątki ściśle się ze sobą połączą. Czym? Tego nie zdradzę. Zachęcam za to do lektury książki, która napisana jest w sposób będący znakiem rozpoznawczym południowoamerykańskiego pisarza.
Dyskretny bohater to jedna z bardziej lubianych przeze mnie książek Llosy, chociaż muszę przyznać, iż nie najlepsza. Mario Vargas Llosa, to bardzo nierówny pisarz. Niektóre z jego powieści są wybitne, inne dobre, bardzo dobre, a inne (tych na szczęście jest bardzo niewiele) w ogóle nie przypadły mi do gustu. Każda powieść jest inna. Różni je nie tylko tematyka, ale także ilość autobiograficznego materiału, jaka została w treści przemycona. W Dyskretnym bohaterze nawiązań do życia autora jest stosunkowo niewiele. Ale nadal jest to proza gorąca, tak jak klimat Peru i mentalność tamtejszych mieszkańców, porywająca, pełna życia i sensacji, a także tchnąca czymś trudnym do określenia. Zachęcam do lektury.
Dyskretny bohater, to kolejna książka słynnego peruwiańskiego noblisty, którą miałam okazję przeczytać i pierwsza, jaką napisał po otrzymaniu Nagrody Nobla.
Akcja powieści (jak to u tego pisarza) rozgrywa się dwutorowo. Śledzimy naprzemiennie historię Felicito Yanaque, który jest drobnym, lawirującym pomiędzy meandrami życia właścicielem niewielkiej firmy transportowej i zamieszkałego w Limie don Rigoberto.
Pierwszy z bohaterów ma rodzinę- żonę, z którą łączy go delikatnie to ujmując bardzo letnie uczucie i dwójkę dzieci oraz kochankę. Firma choć kokosów nie przynosi, to daje jednak jakie takie utrzymanie. Pewnego dnia zgłaszają się do naszego bohatera ludzie z oferta nie do odrzucenia. Jak łatwo się domyślić chodzi o coś nielegalnego. Oferują oni, że za niemałą comiesięczną opłatę zapewnią firmie Felicita ochronę. Felicito pomny swoich zasad moralnych i faktu, iż taka oplata zrujnowałaby go, odmawia. Co ciekawe, robi to publicznie, dając...ogłoszenie w prasie. Następstwa jego bohaterskiego czynu są nieciekawe, jednak męźczyzna nie ugina się.
Z kolei don Rigoberto ma kłopoty związane z synem i prześladującym go męźczyzną, który może być zarówno zwyczajnym bandytą, jak i kidnaperem, mordercą, zboczeńcem. Poznajemy także historię znajomych don Rigoberto ich zakulisowych, rodzinno-finansowych rozgrywek, które doprowadzą do o tyleż zabawnych co tragicznych w skutkach konsekwencji.
Oba te wątki ściśle się ze sobą połączą. Czym? Tego nie zdradzę. Zachęcam za to do lektury książki, która napisana jest w sposób będący znakiem rozpoznawczym południowoamerykańskiego pisarza.
Dyskretny bohater to jedna z bardziej lubianych przeze mnie książek Llosy, chociaż muszę przyznać, iż nie najlepsza. Mario Vargas Llosa, to bardzo nierówny pisarz. Niektóre z jego powieści są wybitne, inne dobre, bardzo dobre, a inne (tych na szczęście jest bardzo niewiele) w ogóle nie przypadły mi do gustu. Każda powieść jest inna. Różni je nie tylko tematyka, ale także ilość autobiograficznego materiału, jaka została w treści przemycona. W Dyskretnym bohaterze nawiązań do życia autora jest stosunkowo niewiele. Ale nadal jest to proza gorąca, tak jak klimat Peru i mentalność tamtejszych mieszkańców, porywająca, pełna życia i sensacji, a także tchnąca czymś trudnym do określenia. Zachęcam do lektury.
czwartek, 8 stycznia 2015
Zakochany mnich. Biografia o. Leona Knabita
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 6/6
Bohater niniejszej książki, to o. Leon Knabit, benedyktyn z Tyńca. Zna go chyba większość osób, ponieważ jest to jeden z najbardziej medialnych polskich zakonników. Medialny, na ogół to słowo źle się kojarzy z takim tanim szukaniem popularności. Mam jednak na myśli jak najbardziej pozytywne znaczenie tego słowa. Poprzez swoją obecność w mediach (moim zdaniem i tak zbyt rzadką) o. Knabit pokazuje nam o co tak na prawdę w życiu chodzi. Popularność zakonnika nie bierze się jednak z jego obecności w tv, a z ukochania ludzi. Ten niezwykle mądry, pogodny, sympatyczny człowiek wielokrotnie zadziwiał mnie, a niejednokrotnie zawstydzał swoim podejściem do życia.
Tym bardziej z wielką radością sięgnęłam po niniejszą pozycję. I nie rozczarowałam się. Zakonnik wspaniale opowiada zarówno o sobie, jak i o życiu, które wcale nie było łatwe, o miłości do Boga, śpiewu, życia, ludzi i ogólnie o wszystkim co składa się na życie przez duże Ż. W książce nie ma ani grama pychy czy moralizatorskiego tonu. Cała opowieść potraktowana jest serio, ale i z lekkim przymrużeniem oka, a na pewno z ogromnym dystansem bohatera do samego siebie.
Anegdoty z życia, opowieści o rodzinie, korzeniach, dzieciństwie przeplatają się z historiami z życia duchownego. O. Knabit nie epatuje religią, wiarą, wspomina o nich ot tak mimochodem. I to mnie także urzekło, jako osobę powiedzmy z mocno negatywnym nastawieniem do Kościoła.
Dużo w książce mądrych, często wywołujących uśmiech na twarzy zdań.
Wspomina także o swoich mniejszych lub większych przywarach, jak chociażby bałaganiarstwie i związanych z tym zabawnych wydarzeniach. M.in. pewnego dnia, wiele lat temu, o. Knabit otrzymał notkę mającą mieć charakter delikatnego choc sugestywnego upomnienia. Jej autorem był opat Galiński. W tej notatce była następująca treść: Przy najbliższej okazji proszę w czasie komplety poklęczeć sobie za pozostawienie przez cały dzień celi w TAKIM stanie! Starokawalerstwa (przedwczesnego) tolerować nie mogę.
Zakochany mnich to wspaniała, przezabawna, ciepła, sympatyczna i niezwykle mądra lektura. Jej bohater, sędziwy (26.12.2014 roku skończył 85 lat), pogodny mnich z Tyńca, który głosząc treści życiowe i ewangeliczne został blogerem 2011 roku (tak, prowadzi własny blog:):)) po raz kolejny mnie urzekł i sprawił, iż spotkanie z Nim zakończyłam z wieloma przemyśleniami i uśmiechem na twarzy oraz przeogromną masą pozytywnej energii.
Bohater niniejszej książki, to o. Leon Knabit, benedyktyn z Tyńca. Zna go chyba większość osób, ponieważ jest to jeden z najbardziej medialnych polskich zakonników. Medialny, na ogół to słowo źle się kojarzy z takim tanim szukaniem popularności. Mam jednak na myśli jak najbardziej pozytywne znaczenie tego słowa. Poprzez swoją obecność w mediach (moim zdaniem i tak zbyt rzadką) o. Knabit pokazuje nam o co tak na prawdę w życiu chodzi. Popularność zakonnika nie bierze się jednak z jego obecności w tv, a z ukochania ludzi. Ten niezwykle mądry, pogodny, sympatyczny człowiek wielokrotnie zadziwiał mnie, a niejednokrotnie zawstydzał swoim podejściem do życia.
Tym bardziej z wielką radością sięgnęłam po niniejszą pozycję. I nie rozczarowałam się. Zakonnik wspaniale opowiada zarówno o sobie, jak i o życiu, które wcale nie było łatwe, o miłości do Boga, śpiewu, życia, ludzi i ogólnie o wszystkim co składa się na życie przez duże Ż. W książce nie ma ani grama pychy czy moralizatorskiego tonu. Cała opowieść potraktowana jest serio, ale i z lekkim przymrużeniem oka, a na pewno z ogromnym dystansem bohatera do samego siebie.
Anegdoty z życia, opowieści o rodzinie, korzeniach, dzieciństwie przeplatają się z historiami z życia duchownego. O. Knabit nie epatuje religią, wiarą, wspomina o nich ot tak mimochodem. I to mnie także urzekło, jako osobę powiedzmy z mocno negatywnym nastawieniem do Kościoła.
Dużo w książce mądrych, często wywołujących uśmiech na twarzy zdań.
Z powołaniem jest jak z GPS-em. Jest w nim program według którego idziemy. Ty masz być mnichem. Ty księdzem. Ty małżonkiem.
Bohater książki wymienia wiele ważnych osób, które odegrały w Jego życiu istotną rolę. Są wśród nich: o. Piotr Rostworowski, który w czasie wojny wielokrotnie przekraczał linię frontu, by z narażeniem życia wyspowiadać ludzi, ukrywał uciekinierów z Czechosłowacji, co przypłacił więzieniem; św. Jan Paweł II, którego o. Knabit znał już jako księdza Wojtyłę, a z którym znajomość w ogromny sposób wpłynęła na Niego samego i wielu innych. Wspomina także o swoich mniejszych lub większych przywarach, jak chociażby bałaganiarstwie i związanych z tym zabawnych wydarzeniach. M.in. pewnego dnia, wiele lat temu, o. Knabit otrzymał notkę mającą mieć charakter delikatnego choc sugestywnego upomnienia. Jej autorem był opat Galiński. W tej notatce była następująca treść: Przy najbliższej okazji proszę w czasie komplety poklęczeć sobie za pozostawienie przez cały dzień celi w TAKIM stanie! Starokawalerstwa (przedwczesnego) tolerować nie mogę.
![]() |
| Zakochany mnich (żółty grzbiet) w otoczeniu innych biografii:) |
sobota, 6 grudnia 2014
Pęknięte miasto Biesłan
Wydawnictwo Znak, Moja ocena 5,5/6
Chyba większość z nas pamięta wydarzenia z początku września 2004 roku. W jednej z biesłańskich szkół miał miejsce zamach terrorystyczny, w wyniku którego zginęło ponad trzysta osób, w tym większość dzieci. Niesamowita tragedia.
Niniejsza książka przypomina o tym tragicznym wydarzeniu, odtwarza je, a jednocześnie zestawia świat po tym wydarzeniu ze światem obecnym.
Co cenne i co najbardziej poraża w trakcie lektury, to fakt, iż autorzy głos oddali ofiarom, które przeżyły, bliskim zabitych, ocalałych. jednym słowem głos zabierają naoczni świadkowie dramatu. Są nimi zrozpaczone rodziny, które w trakcie szturmu na szkolę straciły dziecko, są dzieci, które poprzez ową tragedię zmuszone były szybciej dojrzeć, są osoby, w których duszy i sercu nie zagoiły się (i zapewne nigdy nie zagoją) rany. Co prawda ci, którzy w terrorystycznym zamachu stracili bliskich uzyskali pomoc psychologiczną, ale była ona zbyt krótkotrwała. Ci, którzy byli obok wydarzeń, ale nikogo szczęśliwie nie stracili, takiej pomocy nie otrzymali. A przecież ta tragedia także ich dotknęła, w duszy, umyśle powstały wielkie rany.
Obecny Biesłan, to ponownie miasteczko jakich na Kaukazie wiele, miasteczko biedne, poniekąd zacofane, o którym urzędnikom rządowym przypomina się przy okazji rocznic, jak np. 10. rocznica szturmu na szkołę.
Autorzy książki stronią od sensacji. W opowieści brak jest tabloidowych newsów, oskarżeń, tanich chwytów. Obaj reporterzy relacjonują, opisują, podpatrują, oddają głos ofiarom i ich bliskim. Ot przedstawiają bezstronną relację, o jaką moim zdaniem najtrudniej i jaka niezmiernie porusza.
To niezwykle trudna, bolesna lektura, ale potrzebna. Zachęcam do sięgnięcia po książkę.
Chyba większość z nas pamięta wydarzenia z początku września 2004 roku. W jednej z biesłańskich szkół miał miejsce zamach terrorystyczny, w wyniku którego zginęło ponad trzysta osób, w tym większość dzieci. Niesamowita tragedia.
Niniejsza książka przypomina o tym tragicznym wydarzeniu, odtwarza je, a jednocześnie zestawia świat po tym wydarzeniu ze światem obecnym.
Co cenne i co najbardziej poraża w trakcie lektury, to fakt, iż autorzy głos oddali ofiarom, które przeżyły, bliskim zabitych, ocalałych. jednym słowem głos zabierają naoczni świadkowie dramatu. Są nimi zrozpaczone rodziny, które w trakcie szturmu na szkolę straciły dziecko, są dzieci, które poprzez ową tragedię zmuszone były szybciej dojrzeć, są osoby, w których duszy i sercu nie zagoiły się (i zapewne nigdy nie zagoją) rany. Co prawda ci, którzy w terrorystycznym zamachu stracili bliskich uzyskali pomoc psychologiczną, ale była ona zbyt krótkotrwała. Ci, którzy byli obok wydarzeń, ale nikogo szczęśliwie nie stracili, takiej pomocy nie otrzymali. A przecież ta tragedia także ich dotknęła, w duszy, umyśle powstały wielkie rany.
Obecny Biesłan, to ponownie miasteczko jakich na Kaukazie wiele, miasteczko biedne, poniekąd zacofane, o którym urzędnikom rządowym przypomina się przy okazji rocznic, jak np. 10. rocznica szturmu na szkołę.
Autorzy książki stronią od sensacji. W opowieści brak jest tabloidowych newsów, oskarżeń, tanich chwytów. Obaj reporterzy relacjonują, opisują, podpatrują, oddają głos ofiarom i ich bliskim. Ot przedstawiają bezstronną relację, o jaką moim zdaniem najtrudniej i jaka niezmiernie porusza.
To niezwykle trudna, bolesna lektura, ale potrzebna. Zachęcam do sięgnięcia po książkę.
środa, 5 listopada 2014
Tankiści
Wydawnictwo Znak Horyzont, Ocena 5/6
Kacper Śledziński to zręczny autor, którego kolejną książkę przeczytałem z wielką przyjemnością i odrobiną sentymentu. Bo który męźczyzna (tak w wieku 40+) będąc chłopcem nie marzył o byciu w załodze Rudego 102:)?
Kto nie zna filmowych przygód Janka, Olgierda, Gustlika, Grigorija i naturalnie Szarika? Jednak prawdziwe życie załogi czołgu wyglądało inaczej.
Autor niniejszej książki sięga do naszych dziecięcych marzeń zabaw i idzie krok dalej. W przeciwieństwie do opowieści autorstwa Janusza Przymanowskiego, fikcyjne są tylko dialogi włożone w usta bohaterów. Pozostałe fakty są jak najbardziej autentyczne, oparte na bogatym materiale. Bohaterami są żołnierze 1. Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte. Ogromnym plusem książek Śledzińskiego jest właśnie dogłębne zbadanie tematu i mocne osadzenie ich w realiach historycznych.
Tankiści to bardzo ciekawa opowieść o autentycznych pancernych, o tym kim byli, dlaczego walczyli, jak to robili, co czuli. Poznajemy także wady i zalety czołgów, broni bojowej.
Autor sięga do samego początku, do genezy powstania 1. Brygady, opisuje jej początki i rozwój oraz najważniejsze momenty, dzień codzienny, bitwy, strach, brud, często głód, choroby. Bierzemy udział w wielu bitwach, np. pod Lenino czy pod Studziankami, walczymy o Wał Pomorski i Warszawę. Czyli poznajemy historię bitew II wojny światowej widzianych od czołgowych kulis, można śmiało rzec - od podszewki. Nic bowiem nie jest nam oszczędzone.
Jednak ta książka to nie tylko gloryfikacja i chwała. Śledzińskie nie osłania nieudolnych postaci, nie tuszuje błędnych decyzji, śmiało pisze o nieudolności, zniweczeniu szans.
Tym co stanowi o wielkości tej książki są losy pojedynczych osób, które dotychczas były na ogół anonimowymi bohaterami, a których czyny składają się na historię tych prawdziwych tankistów.
Tankiści to rzetelnie napisana, dopracowana w każdym calu, porywająca książka. Gorąco zachęcam do lektury.
Kacper Śledziński to zręczny autor, którego kolejną książkę przeczytałem z wielką przyjemnością i odrobiną sentymentu. Bo który męźczyzna (tak w wieku 40+) będąc chłopcem nie marzył o byciu w załodze Rudego 102:)?
Kto nie zna filmowych przygód Janka, Olgierda, Gustlika, Grigorija i naturalnie Szarika? Jednak prawdziwe życie załogi czołgu wyglądało inaczej.
Autor niniejszej książki sięga do naszych dziecięcych marzeń zabaw i idzie krok dalej. W przeciwieństwie do opowieści autorstwa Janusza Przymanowskiego, fikcyjne są tylko dialogi włożone w usta bohaterów. Pozostałe fakty są jak najbardziej autentyczne, oparte na bogatym materiale. Bohaterami są żołnierze 1. Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte. Ogromnym plusem książek Śledzińskiego jest właśnie dogłębne zbadanie tematu i mocne osadzenie ich w realiach historycznych.
Tankiści to bardzo ciekawa opowieść o autentycznych pancernych, o tym kim byli, dlaczego walczyli, jak to robili, co czuli. Poznajemy także wady i zalety czołgów, broni bojowej.
Autor sięga do samego początku, do genezy powstania 1. Brygady, opisuje jej początki i rozwój oraz najważniejsze momenty, dzień codzienny, bitwy, strach, brud, często głód, choroby. Bierzemy udział w wielu bitwach, np. pod Lenino czy pod Studziankami, walczymy o Wał Pomorski i Warszawę. Czyli poznajemy historię bitew II wojny światowej widzianych od czołgowych kulis, można śmiało rzec - od podszewki. Nic bowiem nie jest nam oszczędzone.
Jednak ta książka to nie tylko gloryfikacja i chwała. Śledzińskie nie osłania nieudolnych postaci, nie tuszuje błędnych decyzji, śmiało pisze o nieudolności, zniweczeniu szans.
Tym co stanowi o wielkości tej książki są losy pojedynczych osób, które dotychczas były na ogół anonimowymi bohaterami, a których czyny składają się na historię tych prawdziwych tankistów.
Tankiści to rzetelnie napisana, dopracowana w każdym calu, porywająca książka. Gorąco zachęcam do lektury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















.jpg)






