poniedziałek, 18 czerwca 2012

Gra z mordercą, Ostatnia nuta, zapowiedż...

Kolejna letnia zapowiedż, tym razem sensacja + powieść...
Kate Forman ma życie, którego można jej pozazdrościć - kochająca rodzinę, piękny dom, ciekawą pracę i idealnego wręcz męża.   
Pewnej nocy jej starannie poukładany i doskonały świat legnie jednak w gruzach – kiedy jej mąż, Paul, wraca w nocy w domu kompletnie pijany, ubrudzony krwią, mamrocząc coś o zabójstwie...
Kiedy następnego dnia rano młoda i atrakcyjna kobieta, która pracuje razem z Paulem zostaje znaleziona martwa, Kate zaczyna podejrzewać, że jej mąż ma z tym coś wspólnego. Kobieta coraz bardziej desperacko zaczyna poszukiwać prawdy - okazuje się to jednak nie takie proste... 

__________________________________
 Ethan podczas muzycznych studiów w Wiedniu poznaje Annę i zakochuje się w dziewczynie od pierwszego wejrzenia. Pobierają się i mają nadzieję, że spędzą ze sobą każdą chwilę życia, wspólnie się starzejąc.
Ethan obiecuje żonie, że na pierwszą rocznicę ślubu skomponuje dla niej piosenkę...
Rzeczywistość okazuje się o wiele trudniejsza. Ethan pracuje jako kompozytor dżingli reklamowych w dużej agencji. Pochłonięty pracą ma coraz mniej czasu dla rodziny i zapomina o swoim przyrzeczeniu złożonym w dniu ślubu.
Kiedy Anna ulega poważnemu wypadkowi, a lekarze nie dają jej dużych szans na przeżycie, Ethan wspomina wszystkie wspólne chwile - nagle odkrywając, że wciąż nie powstała piosenka dla Anny, którą obiecał jej przed laty. Czy nie jest za późno, by ją stworzyć?

__________________________________________________________________
 Były ksiądz Tom Shaman, rozczarowany latami służby w najniebezpieczniejszych dzielnicach Los Angeles, decyduje się na spontaniczną podróż do Wenecji. Na miejscu zamiast odpoczynku czeka na niego koszmar: miastem wstrząsa seria okrutnych, rytualnych morderstw.
Tom łączy siły z wenecką policjantką Valentiną Morassi. Razem zagłębiają się w najmroczniejsze sekrety historii miasta, rozciągające się od czasów starożytnej cywilizacji siedem wieków przed Chrystusem, przez zepsucie i rozwiązłość osiemnastowiecznej Italii, po półświatek współczesnej Wenecji. Podążając tropem rytualnych mordów, Tom i Valentina wpadają na ślad śmiertelnie niebezpiecznego sekretu, przez stulecia utrzymywanego w tajemnicy: bezcennej, etruskańskiej mozaiki, nazywanej Bramami Piekła... 

____________________________________________________________________
 
Brandenburg 1993: mur berliński upadł, kraj zjednoczył się, a trzydziestoletni nauczyciel Michael Ritter czuje, że jego życie rozpada się na jego oczach.
Żona wyrzuciła go z domu, nowy dyrektor z Niemiec Zachodnich zwolnił go za to, że był socjalistą i należał do Partii, do tego nie chce wyrzec się państwa, które go ukształtowało. Rozczarowany i zgorzkniały Michael wraca do domu, by zająć się swą umierającą matką. Przed śmiercią matka nakazuje mu odnaleźć pastora Brucka, który jest jedyną osobą znającą prawdę o ojcu Michaela. Gdy mężczyzna dociera do niego, rozpoczyna podróż pełną mrocznych zakamarków, która zburzy fundamenty jego osobowości, ale ostatecznie pomoże mu zbudować nowe.

Upalne lato Marianny - Katarzyna Zyskowska - Ignaciak, zapowiedż...

Upalne lato Marianny to stylowo opisana historia pierwszej miłości osiemnastolatki żyjącej w spokojnym dworze na wsi mazowieckiej. Mamy lato 1939 roku i choć wokół mówi się już tyle o wojnie, dla dziewczyny liczą się jedynie jej uczucia, których obiektem i celem jest poznany w Warszawie, a potem zjawiający się w sąsiedztwie, młody wykładowca prawa.
Opowieść utkana została ze wspomnień dziadków Autorki. Osadzona w barwnych czasach ich młodości i zbudowana z retrospektyw dawno przebrzmiałych emocji, a jednak – jak sądzę – niezwykle współczesna. Bo Marianna, jak każdy dorastający człowiek ma nieokiełznany apetyt na życie. I jak wszyscy pragnienie dotknąć tabu – bez względu na cenę. Taka chęć zrozumienia własnej cielesności i odnalezienia miejsca w świecie  często kończy się rozczarowaniem, niemniej jest nieodłącznym elementem dorastania. Nieodłącznym i ponadczasowym.  
Doskonała lektura na...lato, ale nie tylko. Lubię takie pozycje.

Upalne lato Marianny ukaże się 27 czerwca.
Obejrzyjcie proszę trailer książki.

Żona tygrysa - Tea Obreht

Wydawnictwo Drzewo Babel, Okładka miękka, 330s., Moja ocena 5,5/6
Książka Żona tygrysa intrygowała mnie od momentu, kiedy ujrzałam ją w książkowych zapowiedziach w empiku. Po pierwsze ze względu na przepiękną okładkę, tu ogromne brawa dla grafika. Po drugie ze względu na zapowiadaną treść – bardzo niejednoznaczną, jak mi się wydawało, a w sumie prostą, ale o tym pózniej. I po trzecie ze względu na osobę samej autorki i informacji, jakie udało mi się o niej zebrać.
Tea Obreht urodziła się w 1985 r. w dawnej Jugosławii. Dzieciństwo spędziła na Cyprze i w Egipcie, a w 1997 r. jej rodzina wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Jej debiut literacki - fragment powieści Żona tygrysa, opublikowany w "New Yorkerze" - zdobył w 2010 r. pierwsze miejsce na liście Najlepszych Amerykańskich Lektur Nieobowiązkowych. Była najmłodszą pisarką nominowaną na listę New Yorkera. W 2011 r. Żona tygrysa przyniosła Tei Obreht nagrodę Orange Prize for Fiction. Przewodnicząca jury Bettany Hughes powiedziała, że nagrodzona powieść spełniała wszystkie wymagane przez kapitułę nagradzających wymagania.
(…) Szukaliśmy powieści, która będzie czymś w rodzaju alchemii, książki, która zmieni nas jako czytelników i która sprawi, że zaczniemy myśleć inaczej o świecie – mówiła Hughes. Dodała, że to była trudna decyzja. Ostatnia narada jury trwała ponad cztery godziny. – Chociaż niektórzy z jurorów mieli swoich faworytów, wszyscy bez wyjątku byliśmy zachwyceni Żoną tygrysa.
Na wieść o nagrodzie młoda autorka powiedziała, że to dla mniej ogromny zaszczyt. Tea Obrecht Żonę tygrysa zaczęła pisać, kiedy miała 22 lata, a skończyła rok później. – Dla otoczenia zawsze byłam dzieckiem, bo w szkole przeskoczyłam dwie klasy, dlatego jestem przyzwyczajona do pytań o wiek – powiedziała o sobie. W ubiegłym roku jej status cudownego dziecka literatury potwierdził ranking „New Yorkera”. W zestawieniu dwudziestu najpopularniejszych pisarzy poniżej 40. roku życia Tea Obrecht była najmłodsza.
Wiele razy słyszałam, że książka jest ciężka, trudna, wieloznaczna, ba nudna. W związku z tym zabierałam się do niej, jak przysłowiowa żaba do jeża. I przeżyłam przepiękną, choć momentami okrutną, ale niezwykle realistyczną bajkę na jawie.
Akcja rozgrywa się na terenie dawnej Jugosławii, która po rozpadzie republiki zamieniła się w kilka mniejszych i większych państw i państewek. Dokładnie nie wiemy, gdzie ma miejsce akcja, wiemy na pewno, że na tym terenie, ponieważ Natalia jedna z głównych bohaterek wiele razy nawiązuje do historii swojej ojczyzny, ale też wiele razy przekracza granice między kolejnymi państewkami; wiele razy zanurza się we wspomnienia i opisuje nam, co w danym miejscu znajdowało się lub działo jakiś czas temu, czyli przed wojną.
Natalia jest młodą lekarką. Razem z przyjaciółką Zórą pracują, jako wolontariuszki. Poznajemy je w bardzo trudnym dla Natalii momencie – umiera jej ukochany dziadek, a obie kobiety mają przewieżć przez granicę zapas leków i szczepionek dla jednego ze zniszczonych sierocińców. Ta podróż staje się pretekstem do opowieści o dniu codziennym wspaniałych, ale biednych ludzi, o życiu w okaleczonych po bratobójczej wojnie krajach. Podróż jest także opowieścią o cudownym, upartym, mądrym człowieku, jakim był dziadek Natalii, jest to także okazja do opowieści o dojrzewaniu, miłości, śmierci i umiejętności jej oswojenia.
Autorka książkę pisała bezpośrednio po śmierci tego tak ważnego dla niej członka rodziny i wydaje mi się, że w dziadku Natalii jest bardzo dużo dziadka Tei.
(...) Wszystko czego potrzeba, by zrozumieć mojego dziadka, zawiera się w dwóch opowieściach: w historii żony tygrysa i w historii nieśmiertelnika.
Niczym tajemne rzeki przewijają się one przez wszystkie historie z jego życia: o tym, jak był w armii i jak zakochał się w mojej babci, jak pracował, jako chirurg i jak był tyranem na Uniwersytecie.
Z pierwszej historii, którą poznalam po jego śmierci, dowiedziałam się, jak dziadek stał się mężczyzną; z drugiej, która sam mi opowiedział – jak na powrót stał się dzieckiem.
Z tych wszystkich opowieści powstaje pasjonujący bałkański tygiel, który porwał mnie całkowicie. Tea Obreht ustami Natalii opowiada nam fascynującą sagę – sagę swojej wielopokoleniowej rodziny oraz sagę swojej wielokulturowej ojczyzny. W książce nie brak także opowieści o samej Natalii, ale jest ona zaledwie tłem do ukazania historii rodziny i ojczyzny jednocześnie. Historia Jugosławii poprzeplatana jest mitami, wtrętami kulturowymi, nawet kulinarnymi. Taki bałkański misz masz, który o dziwo idealnie ze sobą współgra. Autorka pisze prostym językiem, który sprawia, że powieść się po prostu pochłania, nie można się od niej oderwać.
Trzeba autorce oddać sprawiedliwość, mimo iż książka jest kilku wątkowa wszystkie wątki prowadzone są doskonale, nic się nie myli, nic się nagle nie kończy, nie urywa; wszystkie tematy i wątki doprowadzone są do końca, tylko czy naprawdę poznajemy koniec opowieści, czy wręcz przeciwnie?
Ogromnym plusem są niezwykle dokładne opisy miejsc, ludzi, obyczajów.
Kolejnym plusem są sami bohaterowie – prości, naturalni, szczerzy i bardzo tajemniczy.
Bardzo spodobały mi się opisy zwykłych, codziennych czynności i miejsc...
(…) Okno wychodziło na tyły domu, dalej widać było drzewka pomarańczowe i cytrynowe, a jeszcze dalej i wyżej stok góry, który pokrywały równe rzędy niskich winorośli targanych przez wiatr. (…)
(…) Zanim zniosłyśmy lodówki i pudła z samochodu i ustawiłyśmy je w rogu pokoju, kolacja byłaś gotowa. Nada usmażyła sardynki i dwa kalmary, upiekła na grillu kilka ryb wielkości męskiej dłoni. (...)Nada postawiła przed nami ciemny chleb, pokrojoną zielona paprykę, gotowane ziemniaki z boćwiną i czosnkiem.(...) Na półmisku piętrzą się sardynki pieczone z solą, obok leżały dwa mocno przysmażone okonie, lśniące od oliwy.
Niby nic takiego, a jednak... Opisy oraz sposób prowadzenia narracji mnie zachwyciły i sprawiły, że lektura była prawdziwą wyprawą po bałkańskich drogach i dróżkach, które prowadzą zarówno przez historię, jak i współczesność. Magia historii i magia dnia codziennego, zwykłych, normalnych obowiązków, jakie pochłaniają większość z nas. Wszystko to autorka serwuje nam w sposób prosty, a jednocześnie magiczny. Podążając za Teą Obreht miałam wrażenie, że znajduję się obok niej na bałkańskich bezdrożach. Kilkakrotnie miałam okazję podróżować po tym regionie, zawsze starałam się zbaczać z utartych szlaków i czytając Żonę tygrysa tęskniłam, po prostu tęskniłam.
Jest to na pewno opowieść inna niż dotychczas przeze mnie czytane. Opowieść pełna magii i tajemnicy oraz bólu; opowieść, w której można się zanurzyć i zapomnieć tak jak w całych Bałkanach.
Kocham ten region, nic nie poradzę; tak samo pokochałam Żonę tygrysa. 
Jeżeli szukacie książki z szybką ala amerykańską akcją tu jej nie znajdziecie. Jeżeli natomiast szukacie czegoś innego, a do tego znacie i lubicie Bałkany koniecznie musicie przeczytać Żonę tygrysa. Jeżeli nie znacie tego regionu, tym bardziej musicie zapoznać się z debiutanckim utworem Tei Obreht.
Żona tygrysa to książka, która niekoniecznie musi wam się spodobać, ale na pewno nie pozostawi was obojętnych.
Niezwykle udany debiut, chociaż porównanie jednego z krytyków do Marqueza czy Singera wydaje mi się w tym momencie lekko na wyrost. Niemniej autorka ma potencjał i to ogromny, ale postawiła sobie poprzeczkę niezwykle wysoko i ciężko jej będzie ją przeskoczyć w kolejnej książce.

sobota, 16 czerwca 2012

Polisa śmierci - Robin Cook

Wydawnictwo Rebis, Okładka miękka, 464 s., Moja ocena 5,5/6
Jedna z lepszych pozycji tego autora i jeden z lepszych thrillerów medycznych, jakie ostatnio czytałam. Czyta się błyskawicznie, a akcja wciąga niesamowicie. 
Czytałam do póżna w nocy, ale musiałam skończyć.
Główną bohaterką Polisy śmierci jest Pia Grazdani, 24 letnia dziewczyna pochodząca z albańskiej socjopatycznej rodziny. Ale o dziwo, jest to wyjątkowo uzdolniona studentka medycyny, można śmiało określić ją mianem no może nie geniusza, ale na pewno kogoś o nieprzeciętnej inteligencji i zdolności w zakresie badań laboratoryjnych. Ten jej niebywały talent zauważa już na początku studiów doktor Tobias Rothman, także wybitna osoba, laureat Nagrody Nobla. Proponuje on Pii współpracę w laboratorium nad tajnym, ale przełomowym projektem i pisanie doktoratu pod jego okiem. Dla młodziutkiej studentki to ogromna szansa, na którą przystaje bez wahania. Rozpoczyna współpracę z czołowym naukowcem Medycznego Centrum Uniwersytetu Kolumbii. Dr Rothman jest genialnym genetykiem molekularnym, więc jego badania są ściśle z tą dziedzina nauki związane.
Wraz z Pią i asystentem dr Yamamoto pracują w tajemnicy nad wytworzeniem organów z komórek macierzystych dawcy. Organy te miałyby być ratunkiem dla osób śmiertelnie chorych i na pewno zrewolucjonizowałyby opiekę zdrowotną, a firmy ubezpieczeniowe doprowadziłyby do bankructwa.
Badania prowadzone są z zachowaniem pełnej dyskrecji i wszelkich zasad bezpieczeństwa.
Jednak pewnego dnia w laboratorium dochodzi do tragicznego wypadku. Dr Rothman i dr Yamamoto w ciężkim stanie zostają przewiezieni na oddział toksykologiczny szpitala i po kilku godzinach umierają. Jako oficjalną przyczynę ich śmierci podaje się zatrucie pałeczkami duru brzusznego. Jednak Pia, jako jedyna nie wierzy w taką przyczynę zgonu naukowców. Wraz z Georgem, zakochanym w niej kolegą z roku, wszczynają dochodzenie. A to dopiero początek akcji i ich przygód. Za śmiercią naukowców stoją potężne koncerny i miliardy dolarów. Dla takich sum mordercy obu badaczy nie cofną się przed niczym.
Na pierwszy plan wysuwa się jedno pytanie - czy to możliwe, że ktoś próbuje manipulować informacjami wartymi wiele trylionów dolarów, by czerpać zyski z cudzej śmierci?
Jest to niesamowita lektura – ciekawa, trzymająca w napięciu, a momentami wręcz brutalna, tak jak brutalna jest walka o niewyobrażalne wprost sumy pieniędzy; wtedy dobro, a nawet życie ludzkie nie mają żadnej wartości.
Ciekawie skonstruowane postacie i barwne tło oparte na prawdziwych danych medycznych, to ogromne plusy tej książki (jak zresztą każdej autorstwa Cooka). Trzeba autorowi jedno przyznać, dba o to, żeby każdy nawet najmniejszy drobiazg był merytorycznie zgodny z prawdą, nic nie pozostawia przypadkowi, wszystko jest skonsultowane z najlepszymi specjalistami.Książki Cooka są prawdziwe i dlatego takie przerażające. 
Polisa śmierci to doskonały thriller, świetnie przemyślany i skonstruowany, trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Moim zdaniem to jedna z najlepszych książek Cooka. Zakończenie odbiega co prawda trochę od tych, do których przyzwyczaił nas autor, ale to dobrze - zaskoczenie gwarantowane.
Oryginalny pomysł na fabułę wykorzystujący zarówno nowoczesną medycynę idącą w parze z zaawansowaną nauką, jak i jedno z najczęstszych uczuć towarzyszących ludziom od zarania dziejów – zachłanność sprawia, że książka na długo zostanie w mojej pamięci. Autorowi po raz kolejny udało się napisać świetny thriller, który bez wątpienia stanie się hitem. A ja już z niecierpliwością czekam na kolejną książkę autorstwa Robina Cooka. Mam gwarancję, że autor się nie wyeksploatował i nie tworzy książek taśmowo, jak wielu innych pisarzy. 
Mimo, iż jest autorem trzydziestu thrillerów medycznych i twórcą popularności tego gatunku nadal trzyma poziom i to bardzo wysoki.
Thrillery medyczne od wielu lat są moją pasją. Do moich ulubionych autorów należą Tess Gerritsen i Robin Cook. Z Tess Gerritsen jest różnie. To świetna, ale bardzo nierówną autorka, zarówno jeżeli chodzi o poziom książek, jak i ich tematykę. Niektóre są typowymi thrillerami i są na prawdę świetne, a niektóre średnimi pozycjami delikatnie tylko ocierającymi się o sensację.
Jeżeli natomiast chodzi o twórczość Robina Cooka, to chociaż jego książki czytam od blisko...10 lat, to nigdy na żadnej się nie zawiodłam. W jego przypadku nie sprawdza się teoria, ze z biegiem czasu autor tworzy, jakby na siłę, jest w pewien sposób wyeksploatowany. Każda z jego książek jest wg mnie tak samo fascynująca i wciąga mnie od pierwszej strony. 
Nie inaczej było z Polisą śmierci, którą chciałabym wam polecić.

piątek, 15 czerwca 2012

Kleopatra - Stacy Schiff

Wydawnictwo WAB, Okładka twarda z obwolutą, 356 s., Moja ocena 5,5/6
Lubię historię i to bardzo. To już zauważyliście (czasami zanudzam nią, aż do przesady:)). Ale najbardziej pasjonuje mnie historia antyczna. Bez ustanku staram się poszukiwać nowych artykułów, książek o tym okresie naszych dziejów. Wydawałoby się, że 2000-2500 lat po ...wszystko o danym człowieku, czy kulturze zostało już napisane, odkryte, skatalogowane. Nic bardziej mylnego. Historia, także ta antyczna, ciągle kryje przed nami wiele tajemnic. Jedną z takich tajemnic pozostaje dla historyków i archeologów osoba królowej Egiptu. Bogini. Najbardziej wpływowa i najbardziej pociągająca kobieta swoich czasów. Kochanka Juliusza Cezara i Marka Antoniusza. Żona - kolejno - swoich dwóch braci i morderczyni jednego z nich. Matka. Samobójczyni.
O Kleopatrze powstało już tyle legend, opowieści, historii, że w tym całym morzu domniemań i mitów niezmiernie trudno jest odróżnić fakty. Pokusiła się o to Stacy Schiff. Jest ona doświadczoną pisarką. Oceną jej dokonań śmiało może być niedawno otrzymana nagroda Pulitzera.
Po przeprowadzeniu wieloletnich badań, zebraniu ogromnej ilości materiałów ukazuje nam moim zdaniem najbardziej wiarygodny i aktualny wizerunek boskiej (tak samo uwielbianej, jak i znienawidzonej przez współczesnych i potomnych) Kleopatry.
Wiemy na pewno, że urodziła się w 69 r. p.n.e. Jej ród wywodził się od Aleksandra Wielkiego, który jako Ptolemeusz I Soter podbił Egipt. W związku z tym, miała tyle wspólnego z Egipcjanami, co odtwarzajaca jej rolę ponad 2000 lat później Elizabeth Taylor, albo chociażby tyle co mam ja.
Życie Kleopatry było niespokojne i pełne rozczarowań i tylko z pozoru bajkowe.
Mając 18 lat wstąpiła na egipski tron. Jej życie obfitowało w wydarzenia, które na zawsze uczyniły ją inspiracją dla przyszłych pokoleń. Dzięki ich działalności, prawdziwa Kleopatra zniknęła na kartach ksiąg, powieści, obrazów, na klatkach filmów. Dopiero Stacy Schiff udało się ukazać prawdziwe oblicze tej wspaniałej, bezwzględnej, ale i okrutnej kobiety. Jeżeli chcecie je poznać, koniecznie musicie przeczytać książkę. Razem z autorką ściągniecie z postaci Kleopatry narosłą przez wieki skorupę mitów i propagandy. Trzeba pamiętać, że powtarzaną przez kolejne stulecia i upiększaną historię Kleopatry opowiedzieli bezwzględni mężczyżni. W zapisanych nawet opowieściach tylko sporadycznie wymieniane są żródła wiadomości, polegali zdaniem Schiff przede wszystkim na plotkach. Dzisiaj nazwalibyśmy ich paparazzi, hienami.
Z braku żródeł pisanych autorce nie udało się ustalić kilku ważnych szczegółów z życia królowej Egiptu, m.in. kim była jej matka, jak długo Kleopatra przebywała w Rzymie, ile razy zachodziła w ciążę, czy ostatecznie wzięła ślub z Markiem Antoniuszem czy nie, jak umarła. Ważne, że autorka nie starała się dorabiać, ani upiększać historii, nie starała się też wypełniać białych plam w życiorysie królowej Egiptu. Dzięki temu jej biografia jest tak rzetelna.
Kleopatra. Biografia to nie tylko opowieść o losach królowej Egiptu. To również historia dwóch krajów, dwóch cywilizacji- zderzenie Wschodu i Zachodu, potężnego Egiptu z jeszcze potężniejszym Rzymem. Książka opowiada także o słynnym starciu dwóch wielkich wodzów antycznego Rzymu – Juliusza Cezara i Marka Antoniusza i o wpływie, jaki miała na nich królowa Egiptu.
Jest to potężna dawka historii zaserwowana w sposób niezwykle przystępny. Czytając kolejne rozdziały mamy wrażenie delektowania się wyjątkowo apetycznym daniem, którego smak odkrywamy kęs po kęsie.
Dzięki Stacy Schiff poznajemy kobietę tak samo żywą po śmierci, jak i za życia. Jej Kleopatra wyróżnia się na tle innych biografii tym, że jest wyjątkowo prawdziwa.
Książkę polecam zarówno wielbicielom historii, jak i osobom niezbyt się nią interesującym. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie – od typowej biografii, poprzez anegdoty, niezwykle realistyczne i barwne opowieści o życiu antycznym, po wspaniale podany wykład z historii i polityki antycznego świata.
Dodatkowym plusem i gwarantem wysokiej jakości merytorycznej książki jest Wydawnictwo WAB i seria  Fortuna i Fatum, w której wychodzą najlepsze pozycje z serii biograficznych.

czwartek, 14 czerwca 2012

Malutka sonda dot. waszych lektur, blogowania, wrażeń etc....

Retro77 rozpętała dyskusję na swoim blogu dot. długości pisania recenzji.
Ja mam do was inne pytania, na które sama też postaram się oczywiście odpowiedzieć:)
Co was skłoniło do założenia bloga? 
U mnie to była chęć podzielenia się swoimi przemyśleniami z innymi osobami, sporządzenia jakby takiego notatnika- pamiętnika dzięki, któremu za kilka miesięcy, lat będę mogla odświeżyć sobie wspomnienia, refleksje po lekturze danej pozycji.
Miłym dodatkiem do blogowania, nie przeczę, są książki, które otrzymuję od wydawnictw. Książki są drogie, nie czarujmy się i rzadko kogo byłoby stać na kupno wszystkich interesujących go pozycji. A co więcej, po niektóre pozycje bym nie sięgnęła, gdyby nie przemiłe osoby z działu współpracy z blogerami, a wiele bym przy tym straciła.
Przy czym zawsze wybieram pozycje, które mnie interesują, nie biorę książek na zasadzie - żeby mieć więcej. Recenzje staram się pisać, jak najbardziej szczerze. No cóż w przypadku dwóch pozycji nie udało mi się zrobić tego dyplomatycznie, książki okazały się totalnymi gniotami i nie omieszkałam tego (uzasadniając oczywiście) napisać. Wydawnictwa obraziły się, trudno,przeżyje. Uważam, że recenzja powinna być szczerą wypowiedzią, a nie wazeliniarstwem pod wydawnictwo.
Bardzo cieszę się z każdego nowego gościa na blogu. Staram się odpowiadać na większość komentarzy i mam nadzieję, że piszący komentarze zaglądają póżniej chociaż jeszcze raz do wątku, żeby sprawdzić moje odpowiedzi. Ja tak robię w przypadku innych blogów.
Mój blog ma dopiero pół roku i cieszę się, że tak licznie zaglądacie, tym bardziej, że część książek, które recenzuję nie każdego musi interesować, sporo u mnie biografii i książek historycznych.
Ja dzięki prowadzeniu bloga poznałam, kilka na prawdę fajnych osób, z którymi utrzymuje kontakt także emailowy .Poza tym dowiedziałam się o istnieniu książek, które najprawdopodobniej w zalewie innych pozycji w księgarni umknęły by mi.
A jak to wygląda u was?
Dlaczego założyliście bloga? Jesteście zadowoleni z niego? Recenzujecie tylko swoje książki, ew. z biblioteki, czy także macie nawiązane współprace z wydawnictwami?
Czy zdarza wam się, że po lekturze książki, chociaż wam się podobała, nie możecie się zebrać do napisania recenzji. Ja mam tak z jedną pozycją sensacyjną. I nie chodzi tu nawet o brak weny (inne recenzje piszę), ale nie wiem, jak zacząć recenzję dot. tej konkretnej książki, i tak dumam i dumam nad tym od ok. 2 tygodni, aż mi głupio, bo wiem, że w wydawnictwie czekają, a książka na prawdę fajna (może nie wybitna, ale niezła), tylko jakaś blokada...
Czekam na wasze wypowiedzi, jeżeli oczywiście macie ochotę napisać:)
Napiszcie też, co podoba wam się w innych blogach, a co razi - bez podawania oczywiście konkretnych przykładów:)
I jakie książki najchętniej czytacie.
A może ktoś się podzieli wrażeniami z jakimi wydawnictwami najlepiej mu się współpracuje?

środa, 13 czerwca 2012

Maniusia Marynia Maria - Maria Stępkowska - Szwed

Wydawnictwo BIS, Okładka miękka, 444 s., Moja ocena 5,5/6
Ja, Maria Elżbieta Szwed z domu Stępkowska, nosząca po mieczu herb Suchekomnaty, po kądzieli Starża, opisuję sagę naszej rodziny, opierając się wiernie na dokumentach i zasłyszanych opowiadaniach mojej babki, Urszuli Sulimierskiej, rodziców: Michała Wacława i Walerii Stępkowskich, a także na opowieściach ciotek. Ponieważ noc jest dla mnie zawsze dobrym doradcą, zaczynam w imię Boże opowiadanie l stycznia 1989 roku o północy, w siedemdziesiątym trzecim roku życia, i zostawiam dzieciom i wnuczętom dla pamięci. (...)
Marzyłam o dotarciu do korzeni mojego rodu, do ustalenia faktów, cofnięciu się mocno w czasie, aby głębiej przeżyć losy osób mi bliskich, znanych i nieznanych, które tworzyły również moją historię. (…)
Książka jest wyjątkowa tak, jak wyjątkowy jest zacytowany wyżej wstęp. Daje on przedsmak, ale tylko przedsmak tego, co was pochłonie po rozpoczęciu lektury. A, że książka was porwie, tego jestem pewna. Jest to przewspaniała saga rodzinna opowiadająca o życiu autorki, jej dzieciństwie, takim sielskim i anielskim, który spędzała w majątku rodziców, majątku, który niestety już dzisiaj nie istnieje, ale ważne, że pozostały wspomnienia, tych nikt nie odbierze. Autorka opowiada także o młodości w niewielkim, ale uroczym miasteczku. Miasteczko to dzisiaj nazwalibyśmy po prostu dziurą, ale kilkadziesiąt lat temu miało ono swój niepowtarzalny klimat, klimat, którego niestety na próżno teraz szukać. 
Wraz z autorką zanurzamy się w świat magiczny, który niestety już zaginął. Maria Stępkowska – Szwed powiada nam także życiu w magicznej leśniczówce w Puszczy Kozienickiej; opowiada o psikusach płatanych w dzieciństwie, o przywarach poszczególnych członków rodziny, o miłości, która wszystkich łączyła. 
Książka jest sagą dwóch rodów szlacheckich chlubiących się herbami Suchekomnaty i Starża. Autorka w swojej opowieści sięga, aż do czasów swego dziadka Ludwika Błażeja Stępkowskiego – sędziego radomskiego z czasów zaboru rosyjskiego; opowiada nam historię od powstania styczniowego począwszy, a na II wojnie światowej skończywszy. 
Co istotne, autorka opiera się nie tylko na swoich wspomnieniach, czy wspomnieniach bliskich, wiadomo – pamięć może być zawodna, korzysta także z rodzinnych zbiorów magicznych, czyli zdjęć, zapisków, listów – skarbów pielęgnowanych i przekazywanych, jak najcenniejsze relikwie z pokolenia na pokolenie. Skarby te są duszą rodziny, są jej sensem, bo czymże byłaby rodzina bez wspomnień, bez tych skrawków codzienności, chwil zwyczajnych i magicznych, o których tak fascynująco opowiada autorka. Powinnam przepisać co najmniej pół książki, żebyście chociaż odczuli odrobinę, co mnie tak uwiodło w książce, ale poprzestanę na fragmencie.   

(...)Dwa razy w tygodniu piekła Katarzyna pieczywo, a więc dla czeladzi bochny razowego chleba, kilka bochenków pytlowego na stół dla państwa, jakieś bułeczki, rogaliki i obowiązkowo biszkopt, który wybornie smakował z zimnym mlekiem. Pamiętam również wspaniały kompot, podawany prosto z piwnicy pod koniec smakowitego obiadu. Był wychłodzony, pachnący malinami i agrestem. Pływały w nim nieraz olbrzymie renklody, żółte albo czerwone. Podczas gotowania wrzucała Katarzyna dla zapachu laskę cynamonu i parę goździków. Albo te półmiski kurcząt pieczonych, salaterki mizerii i młodych ziemniaków z koperkiem. Podczas upałów bywał chłodnik z botwinki z pysznym mięsem lub zsiadłe mleko z piwnicy, które można było nożem kroić, tak było sztywne.
Dzieci przy posiłkach siedziały zwykle na tak zwanym „szarym końcu” stołu. Tam nam było najlepiej, bo można się było nawet pośmiać. Kiedyś podano na deser kompot ze śliwek. Ja, chcąc kuzynkowi posłać pestkę, wzięłam ją w dwa palce i tak niefortunnie nacisnęłam, że ta przeklęta przeleciała parabolą nad stołem i zadzwoniła o talerz stryja. Nic nie powiedział, tylko spod nawisłych brwi przyjrzał mi się surowo. Wolałabym zapaść się wtedy pod ziemię. Ale dzieci szybko zapominają o swych skądinąd niewinnych wykroczeniach. Myślę, że i dorośli również. Grunt, że lato, że wesoło, że apetyt!
Tego właśnie apetytu dodawała nam, dzieciom, kuracja letnia księdza Kneippa, do jakiej wdrożone byłyśmy przez naszą babcię Urszulę. Biegłyśmy więc z Aniusią co rano na rosę prosto z łóżek, jeszcze w nocnych koszulach. Aby skrócić sobie drogę, wyłaziłyśmy przez okno na daszek od piwnicy i po drzwiach skakały na trawę. Rosa rano była zimna. Nieraz aż nogi marzły. Po pięciu minutach spaceru tą samą drogą wracałyśmy do łóżek, obmywszy tylko nogi z piachu. Rozgrzewka nie trwała więcej niż kilka minut, bo wnet trzeba było ubierać się na śniadanie. (...) 

Opowiem teraz o piwnicy. Zawsze nas kusiła swoim chłodnym i ciemnym wnętrzem. Po zejściu z kilku stopni ukazywały się oczom nieoswojonym z ciemnością olbrzymie brzuchate beki z kapustą kiszoną. Pod ścianą stały rzędem antałki z kiszonymi ogórkami, przykryte liśćmi wiśniowymi dla twardości. Za nimi jakieś paki i skrzynie. Na kupach stosy kalarepy, rzodkwi czarnej i rzepy zachęcały do chrupania. Pod sufitem, na drążkach, wisiała do góry korzeniem brukselka i kapusta włoska. Drzwi na przeciwległej ścianie od wejścia, grube i ciężkie, były zawsze zamknięte na olbrzymią kłódkę. Ciekawe, zaglądałyśmy nieraz przez szparki, co też dzieje się za nimi, ale jakoś nic nie było widać. Pytałyśmy nieraz dziewcząt, które nabierały kapustę z beczek do olbrzymich garów, co też tam jest za drzwiami. Ale one pytały z kolei niezmiennie, czy znamy bajkę o trzynastym pokoju, do którego nie wolno było wchodzić. Tym bardziej nas to intrygowało. Dopiero kiedy byłam większa i mama po ciemnych schodkach sprowadziła mnie do piwnicy przyległej obok, zobaczyłam, co znajdowało się za tą ścianą z desek i za tymi grubymi drzwiami. Naprawdę było co oglądać. Na półkach pod ścianami leżały poukładane jabłka i gruszki, każde ogonkiem do góry, a w opałkach, zerwane przed mrozem węgierki. Mama mówiła, że najpiękniejsze poszły do kamiennego garnka i są zakopane w piwnicy w piachu. Dopiero na Boże Narodzenie były wyjmowane i piętrzyły się w szklanych kloszach, śliwki jak z drzewa zdjęte, jeszcze z kolorkiem, a niektóre nawet z listkami. Na innej wąskiej półce stały słoiki z konfiturami i galaretką, butelki z sokami. Na zimnej podłodze szare siwaki z mlekiem (garnki wypalane z siwej gliny), z których wielką chochlą zbierała mama śmietanę do drewnianej maślnicy. I tu, w chłodzie, na schodkach siadała dziewczyna i robiła masło, a było pyszne, pachnące, z łezką wody.  (...)

Mnie od razu łezka kręci się, ale  w oku, gdy czytam takie wspomnienia. Wiele z nich śmiało mogę także przypisać wakacjom u mojej ukochanej prababci, które do dziś (mimo, iż upłynęło wiele lat) pamiętam doskonale. Pamiętam i zrywanie owoców o świcie, wypiekanie chleba w specjalnym piecu, smażenie konfitur (jakie pyszne były takie przypalone, walczyłyśmy o nie z kuzynką:)), pamiętam też długie rozmowy i szacunek dla rodziny i osób starszych.Ten świat także odszedł wraz ze śmiercią prababci i niestety nikt w mojej rodzinie nie potrafi go odtworzyć, choćby w minimalnym stopniu.
Co przez cały czas lektury rzucało mi się w oczy, to wyjątkowe wprost więzi, które łączyły członków rodziny. Autorka opisuje historię rodów na przestrzeni burzliwych dziejów naszej ojczyzny. W tamtym okresie wiadomo, różnie bywało, ale w tych rodzinach zawsze było wiadomo jedno, że wszyscy mogą na siebie liczyć. Mimo przeciwności historii i losu członków rodzin zawsze wiązały ze sobą wyjątkowe więzy, co widać od pierwszej strony. 
Ogromną przyjemnością była dla mnie lektura książki, raz ze względu na niesamowitych wprost ludzi, którzy przewijali się na jej kartach, a dwa ze względu na wspaniały język, jakim posługuje się pisarka. Język Marii Stępkowskiej – Szwed jest językiem pięknym, to wspaniała, coraz rzadziej niestety używana dziś polszczyzna. A przy tym nie jest to język absolutnie anachroniczny, jest on piękny, a autorka posługuje się nim wspaniale i z ogromna swadą. 
Ciekawostką jest to, że autorka jest matką Tomasza Szweda – znanego twórcy muzyki country, spełnioną żoną i matką. Nic więc dziwnego, że będąc tak wspaniałą, w pełni  zrealizowaną życiowo i uczuciowo kobietą, napisała tak niesamowitą książkę, którą mimo blisko 500 s. czyta się błyskawicznie. I tylko na końcu żal, że już się skończyła, ta wspaniała opowieść o życiu... Jedyny minus, ale naprawdę drobny, to brak fotografii, które w tego typu pozycjach wydają mi się wręcz niezbędne. 
Polecam książkę wszystkim, zarówno tym lubiącym sagi, jak i tym lubiącym historię, dobrą literaturę, czy szukającym chwili zapomnienia i oderwania od rzeczywistości. 
Dajmy się choć na chwilę porwać magii świata Marii Stępkowskiej – Szwed; świata, który niestety bezpowrotnie odszedł.  

wtorek, 12 czerwca 2012

Studnia bez dnia - nowa książka Katarzyny Enerlich, zapowiedż...

27 czerwca ukaże się nowa książka Katarzyny Enerlich - Studnia bez dnia.
Pretekstem do tej opowieści stała się wpleciona w naszą współczesność historia niejakiego Martinusa Teschnera, toruńskiego kupca, który wręczał swoim kochankom drogocenne pierścienie. Jeden z nich, legendarny i wyjątkowo, bo ozdobiony rubinem wydobytym z Gór Izerskich, jest do dziś przedmiotem pożądania.
Czytając tę powieść dowiemy się, jaką tajemnicę skrywa trzynastowieczna studnia w rzeżbiarskiej pracowni w Toruniu.
 Co łączy powtórny pochówek Mikołaja Kopernika z zadziwiającym odkryciem Marceliny? 
Czy wszyscy jesteśmy skazani na nieuchronność i w jaki sposób zmienia ona nasze życie?
Co stanie się, gdy bułhakowska Annuszka rozleje olej...tym razem w naszym życiu?
Ja książkę na pewno przeczytam, już nie mogę się doczekać. 
__________________________________________________________
 Premiera książki odbędzie się na spotkaniu w Wejherowie ul. Kaszubska 14, 14 czerwca, godz. 17.00 
W piątek 15.06 o 16.00 autorka spotka się z Czytelnikami w Gdańsku Przymorzu (Biblioteka na Opolskiej).

Niemcy bronią się przed Polską. Ewolucja taktyki Blitzkriegu 1918-1933 - Robert Citino

Instytut Wydawniczy Erica, Tytuł oryginalny:  The Evolution of Blitzkrieg Tactics: German Defends Itself Against Poland, 1918-1933, Oprawa miękka, 352 s., Moja ocena 5,5/6
Mimo, iż książkę przeczytałam już jakiś czas temu, postanowiłam zaprezentować ją wam dzisiaj, jako swoiste preludium, wstęp, uzupełnienie (jak zwał tak zwał) do kryminałów Izabeli Żukowskiej Teufel i Gotenhafen. Oczywiście kryminały da się zrozumieć bez lektury książki autorstwa profesora Citino, ale znając tło historyczne i jego genezę, na pewno lektura będzie pełniejsza, jeżeli oczywiście interesuje was historia Pomorza i Wolnego Miasta Gdańsk. 
Ja przeczytałam więcej niż pół książki, pominęłam część o uzbrojeniu, przyznaję się. Jestem z tych osób, które interesują - geneza i konsekwencje. Jednak ta część, którą przeczytałam, mnie (jako historykowi z wykształcenia) bardzo przypadła do gustu, zarówno pod względem merytorycznym jak i sposobu "zaserwowania" czytelnikowi informacji.  Mój mąż, który od lat interesuje się historią I i II wojny światowej przeczytał całą książkę i jest nią zachwycony:)
Autor tej monografii jest amerykańskim badaczem, zajmującym się rozwojem doktryny wojny błyskawicznej oraz siłami zbrojnymi Niemiec. Z tej dziedziny opublikował szereg znanych prac.
Wielu historyków ma tendencję do spychania historii wojskowości na boczny tor, uznając ją za mniej ważną. Jak twierdzi autor, nie sposób jednak zrozumieć pewnych zagadnień historii bez zbadania jej aspektów militarnych. I ja się z nim w 100% zgadzam.
Jednym z takich zagadnień są omawiane także w tej książce stosunki Republiki Weimarskiej z Polską.
Po klęsce w I wojnie światowej Niemcy zostały rozbrojone i znacznie osłabione, a tym samym zmuszone do oddania nowo powstającemu państwu polskiemu większej części Górnego Śląska, Wielkopolski, Prus Zachodnich. Niektóre z tych ziem, jak np. Wielkopolska były etnicznie polskie, inne, jak np. Górny Śląsk wręcz przeciwnie. Ponadto wielkim problemem dla Niemców był Gdańsk, w którym niemieccy mieszkańcy zostali przekształceni w mieszkańców Wolnego Miasta Gdańsk.
Taka sytuacja spowodowała, że w okresie między I i II wojną światową, Polska i Niemcy byli wrogami. Ponieważ wojska niemieckie traktatem wersalskim zostały ograniczone do 100,000 żołnierzy nie było najmniejszych szans na rewizję ustaleń z Wersalu przy użyciu siły. Takie realia militarne, jak pisze prof. Citino, zmuszały armię niemiecką do planowania obrony granic przed potencjalnym polskim atakiem. Stąd pomysł na książkę i jej tytuł.
Podstawą książki są materiały niepublikowane w postaci zmikrofilmowanych po wojnie niemieckich dokumentów oraz raportów amerykańskich oficerów, przyglądających się niemieckim manewrom. Oprócz tego autor wykorzystał oczywiście szereg opracowań. Ze względu na trudności z dotarciem do materiałów, jak i zapewne ze względu na barierę językową, prof. Citino nie dotarł do polskich dokumentów i publikacji. Jednak biorąc pod uwagę opisane we wstępie idee, jakie przyświecały autorowi – ukazaniu armii polskiej oczami niemieckich żołnierzy – materiały te nie byłyby, aż tak ważne, na pewno nie wpłynęłyby na poziom książki.
Praca prof. Citino składa się z czterech rozdziałów. W pierwszym omówiony został okres przejściowy w dziejach armii niemieckiej , czyli lata 1918 – 1921, kiedy to z jednej strony trwała demobilizacja starej armii cesarskiej, a z drugiej budowa nowej Reichswehry. Autor ukazał, jakim szokiem dla Niemców były przekazane im 7 maja 1919 r. warunki traktatu wersalskiego.
Drugą część swojej pracy prof. Citino poświęcił na omówienie okresu stabilizacji i wzmacniania spójności armii.
Trzeci rozdział swojej pracy prof. Citino poświęcił na przedstawienie armii polskiej w oczach niemieckich wojskowych. Informacje o niej czerpali oni z dwóch standardowych źródeł – informacji wywiadowczych i przesłuchań dezerterów.
Czwarty rozdział przedstawia przekształcenia armii niemieckiej w latach 1927 – 1933, która już w tym okresie rozpoczęła swoją rozbudowę.
Autor w bardzo przystępny sposób ukazuje nam procesy zachodzące w Niemczech w latach 1918-1933. Choć powstrzymywany, wręcz spętany kajdanami traktatu wersalskiego, kraj był ośrodkiem, w którym prężnie działały wielkie umysły wojskowości. Citino opisuje ewolucję armii niemieckiej, zmiany zachodzące w taktyce i doktrynie wojskowości w kontekście stosunków polsko – niemieckich.
Książka oparta jest na bardzo bogatym i dokładnie przebadanym żródłoznawstwie. Język, jakim operuje autor jest bardzo przystępny i pozwala zrozumieć, w jaki sposób armia niemiecka dochodziła do swojej potęgi, jaką prezentowała na początku i w trakcie II wojny światowej.
Ogromnym plusem są przypisy i liczne mapy oraz obraz Wojska Polskiego ukazany w opowieściach niemieckich żołnierzy. Doskonałym uzupełnieniem jest także bardzo obszerna bibliografia, pozwalająca osobom zainteresowanym sięgnąć do kolejnych pozycji.
I taki mały dodatek, to doskonała jakość wydania na świetnym papierze. Mamy gwarancję, że książka nie rozleci się po kilkukrotnym jej przeczytaniu.
Ale najbardziej urzekły mnie specjalne: przedmowa i wstęp do wydania polskiego.
Osobom zainteresowanym polecam lekturę książki. Jest to pozycja rzetelna i unikatowa zarówno, jeżeli chodzi o tematykę, jak i część merytoryczną.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Gotenhafen - Izabela Żukowska

Wydawnictwo Nowy Świat, Okładka miękka, 240 s., Moja ocena 5/6
Podczas II wojny światowej polskie okno na świat, jakim był port w Gdyni hitlerowcy przekształcili w potężną bazę wojskową. Dogodne położenie, z dala od nieprzyjacielskich baz wojskowych sprawiło też, że nowoczesny polski port i przynależna do niego zatoka stały się zapleczem badawczym nowych broni. Nowoczesna infrastruktura sprawiły, że to właśnie tam przechodziły remonty i wyposażanie duże okręty jak Gneisenau czy jedyny niemiecki lotniskowiec Graff Zeppelin.
W takim miejscu i czasie rozgrywa się nowy kryminał autorstwa Izabeli Żukowskiej Gotenhafen.

Niemcy w Gdyni, czyli w Gotenhafen.
Bohaterem jest emerytowany komisarz policji Wolnego Miasta Gdańsk – Franz Thiedtke. 
Jest to bohater, które poznałam przy okazji lektury kryminału Teufel pióra tej samej autorki. 
Pewnego poranka Franz Thiedtke budzi się z okropnym bólem głowy i co najgorsze nie wie, ani gdzie jest, ani kim jest. 
Na dodatek na podłodze koło łóżka, na którym leży znajduje...zwłoki mężczyzny. Nie ma pojęcia kim jest ten mężczyzna. Bardzo szybko okazuje się, że to wysoki rangą urzędnik Gestapo. Thiedtkemu nic to nie mówi, ponieważ nie ma pojęcia co to za instytucja Gestapo, nie ma pojęcia, że jest wojna etc. Okazuje się, że stracił pamięć, w co nikt mu nie wierzy. 
W trakcie przesłuchań, jakim jest poddawany wmawiają mu, że to jego linia obrony.
Thiedtke próbuje odkryć prawdę i odpowiedzieć na pytanie, co się stało.Ucieka z konwoju, który wiezie go do kwatery Gestapo. Z kajdankami na rękach i amnezją idąc wzdłuż torów kolejki podmiejskiej dociera do kościoła, w którym znajduje schronienie. Nie wie, co robić dalej, ale opatrzność w postaci pastora z Rygi czuwa nad nim. Komisarzowi pomoże także polska lekarka, która podpisała Volkslistę - dr Kamieńska.
To jednak dopiero początek przygód komisarza. Akcja z każdą kolejną stroną rozkręca się i gmatwa. Chociaż jest to akcja powolna z dużą ilością opisów, wciągnęła mnie niesamowicie. Mam nadzieje, że wam także przypadnie do gustu.
A kto jest mordercą, dlaczego zabił i komu jest na rękę amnezja komisarza Thiedtke? Tego dowiecie się z kart książki.
Gorąco polecam lekturę Gotenhafen, to świetny kryminał z niebanalnym zakończeniem. Jest jeszcze lepszy niż Teufel, o którym wspomniałam wcześniej. Widać, że autorka zdecydowanie ewoluowała, zarówno, jeżeli chodzi o styl pisarski, jak i samą intrygę i treść kryminałów.
Za co niezwykle cenię Izabelę Żukowską, to fakt, iż w obu powieściach widać niezwykłą dbałość zarówno jeżeli chodzi o realia jak i tło historyczne. Autorka włożyła mnóstwo pracy w zgromadzenie odpowiedniego materiału, jak chociażby nazwy ulic, placów, właściwa topografia niemieckiego miasta. Niesamowicie drobiazgowo odtwarza realia tamtych czasów, wplata w tekst wiele ciekawostek dot. zarówno historii, jak i tła społecznego i kulturowego. Informacje, których nie uda jej się zawrzeć w tekście książki umieszcza w licznych bardzo rozbudowanych przypisach, które ku mojemu ogromnemu zadowoleniu znajdują się u dołu każdej strony.
Gotenhafen.
Plusem są wspaniałe zdjęcia z tamtego okresu, których jest bardzo dużo, a które dodatkowo pozwalają wczuć się w atmosferę książki. Kilka zdjęć pozwoliłam sobie zamieścić w tej recenzji. Bardzo pomocnym dodatkiem jest także plan Gotenhafen z okresu okupacji hitlerowskiej, który zamieszczono na wewnętrznej stronie okładki. Daje to przedsmak wspaniałej przygody, jaką bez wątpienia jest wyprawa do Gdyni w 1940r.
O klimacie książki stanowi także nietypowy główny bohater. Nie jest to super macho wymachujący bronią. Thiedtke to solidny urzędnik, stateczny obywatel i przykładny mąż, tuż (na oko) po 50tce, a przy tym kiedyś bardzo skuteczny śledczy. Jak się w trakcie lektury okaże, mimo przejścia na emeryturę nie stracił nic ze swojego policyjnego nosa. Zawsze znany był z niebanalnych metod śledczych i chodzenia własnymi drogami, za co jedni go niezwykle cenili, a inni nie znosili. Te cechy bardzo mu się przydadzą w trakcie śledztwa, jakie prowadzi w Gotenhafen.
Thiedtke jest przy tym zdystansowany wobec świata i innych, nawet wyobcowany, można śmiało powiedzieć, że znajduje się na marginesie, dlatego że nie akceptuje nowych porządków, jakie zaprowadzają jego rodacy zapatrzeni w Hitlera; przy czym nie buntuje się, stosuje strategię biernego oporu i po prostu robi to, co do niego należy. Niektórzy uznają tą metodę za próbę przetrwania okupacyjnego horroru, który nawet dla części Niemców musiał być straszny. Ale dla mnie to wygląda trochę na metodę strusia, głowy i piasku...
Co by jednak nie mówić o naszym komisarzu, na pewno nie jest on bohaterem sztampowym. 
Gotenhafen to nie tylko  kryminał, to także świetna powieść z dogłębnie ukazanym tłem historycznym, socjologicznym i psychologicznym. Autorka bardzo interesująco opisuje rozterki poszczególnych bohaterów, nawiązuje do ich przeszłości, analizuje wpływy, jakie na ich czyny i postawę ma przynależność narodowa.
Gorąco zachęcam do lektury obu kryminałów Izabeli Żukowskiej i czekam na kolejny tom przygód komisarza Thiedtke.