Wydawnictwo Carta Blanca, Ośrodek KARTA, Okładka miękka, 136 s., Moja ocena 5,5/6
Od razu zaznaczam, że książka nie spodobała mi się, ale mimo to daję wysoką ocenę za odwagę wydawnictwa w opublikowaniu pozycji, która odziera z glorii i chwały naszych dzielnych chłopców z lasu (i nie tylko z lasu).
Rozpoczynając lekturę Egzekutora wiedziałam, że będą to wspomnienia (swoista katharsis) mężczyzny, który, jako młody człowiek w czasie II wojny światowej wykonywał wyroki śmierci na zdrajcach naszej ojczyzny. Ale kogo ja miałam przed oczami czytając 1. stronę książki? Kogoś podobnego do...Bronka z Czasu honoru. Bardziej pomylić się nie mogłam.
W 1942r. Dąmbski wstąpił do oddziału AK.
Po kilku miesiącach służby na własną prośbę przydzielony został do
zadań likwidacji Niemców i konfidentów. Swój pierwszy wyrok śmierci
wykonał na szkolnym koledze, który okazał się być na usługach Gestapo.
Tak wspomina ten swoisty chrzest bojowy...
(...) Nie przyszło mi jakoś do głowy, że za parę godzin mam zastrzelić
człowieka, że muszę pozbawić życia nie dość, że istotę ludzką, to w
dodatku swojego kolegę, z którym niejedną flaszkę samogonu się wypiło.(...)
Brał także udział w akcjach odwetowych na
ludności Ukraińskiej, na kobietach, które utrzymywały bliskie kontakty z wrogiem etc.
Dąmbski ur. się w 1925r. w momencie wykonania pierwszego wyroku śmierci miał zaledwie 17 lat. Dla mnie to szok, tym bardziej, że sama mam 16-letniego obecnie syna. Nie wyobrażam go sobie w takiej roli. Wiem, wojna stwarza ekstremalne warunki, zupełnie odmienne od tych, w jakich my żyjemy. Ludzie, którzy jej doświadczają stają przed diametralnie różnymi od naszych wyzwaniami. Nie osądzam ich, nie mam prawa, nie osądzam też autora książki. Przeraziło mnie tylko zachowanie Dąmbskiego, swoiste zadowolenie z wykonywanych wyroków śmierci, jego stosunek do tych czynów. Czym innym jest zabić wroga w walce, w zasadzce, w obronie własnej, a czym innym podejść i patrząc w oczy strzelić do niego.
Jak pisze...
(..) Strzelałem do ludzi jak do tarczy na ćwiczeniach. Lubiłem patrzeć na
przerażone twarze przed likwidacją, lubiłem patrzeć na krew tryskającą
z rozwalonej głowy. (...)
Jak wspomniałam, nie oceniam autora, staram się nawet zrozumieć, ale na pewno mi go żal.
Żal mi młodego człowieka, który z okrutną radością idzie zabić kolegę ze szkoły, a po nim wielu innych. Żal mi wielu, zbyt wielu młodych ludzi, którzy przechodzili takie same wewnętrzne przemiany jak Dąmbski.
Co gorsze tytułowy egzekutor zabijał nie tylko na rozkaz, zabijał także ze...swoistej chęci zabicia, sama nie wiem...może z powodu wypaczonego wojną umysłu, nieumiejętności pojmowania tego, co dobre, a co złe, gdzie są granice...bo jak wytłumaczycie fakt, że radość sprawiło mu zabicie gwoździem śpiącego w rowie żołnierza radzieckiego, ot tak z zemsty za to, że ktoś inny zarekwirował mu wcześniej zegarek...
Takie zachowanie, a właściwie jego model, można przyrównać w pewnym stopniu do modelu twórców holokaustu (wiem, ciężar zbrodni diametralnie różny, ale jednak...). Jakiś czas temu czytałam konspekt badań psychologów, socjologów, psychiatrów, w których twierdzili oni, że w określonych okolicznościach każdy człowiek jest w stanie popełnić każde zło.
Czy to prawda? Chyba tak, spójrzcie wstecz na karty historii, ilu było (jest nadal) zbrodniarzy, którzy dokonują masowych nieraz morderstw, a prywatnie są wrażliwi, inteligentni, wykształceni, mają rodziny...co ich do tego zmusza?
Nie będę się zagłębiać w tego typu dywagacje, nie jestem ani socjologiem ani psychologiem, ale to jednak ciekawa kwestia.
Ostatnia egzekucja Dąmbskiego wcale nie miała miejsca wraz z zakończeniem II wojny światowej. Ostatnim człowiekiem, którego zabił był...on sam w 1993r. Prawdopodobnie nie potrafił żyć z piętnem swoich czynów. Oba małżeństwa nie przetrwały próby czasu, córka nie chciała go znać, cierpiał na chorobę nowotworową, był sam ze swoimi wspomnieniami i mrocznymi duchami wojny. Straszne życie.
Wiarygodność relacji Stefana Dąmbskiego kwestionują od lat środowiska żołnierzy
Armii Krajowej. Mieczysław Skotnicki, przewodniczący Koła Światowego
Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Tyczynie zarzuca Dąmbskiemu, że praktycznie w każdym fragmencie wspomnień mija się z prawdą. Prawdziwość
relacji i autentyczność osób w nich opisywanych podważa także Irena
Filipowicz, mieszkająca w czasie okupacji na terenach działań oddziału
Dąmbskiego.
Nie jestem władna, żeby oceniać prawdziwość wspomnień Dąmbskiego, ale nasuwa mi się jedno pytanie - po co miałby kłamać?
Do treści krytyki wydawnictwo dodało na końcu książki komentarz historyczny dra hab. Grzegorza Ostasza. Warto z nim także się zapoznać.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo carta blanca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo carta blanca. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 12 marca 2013
piątek, 8 czerwca 2012
Żony polarników - Kari Herbert
Wydawnictwo
Carta Blanca, Tytuł oryginalny: The Woman behinde Polar Exploration, 360 s.,
Okładka miękka, Moja ocena 5/6
Autorka
książki, Kari Herbert, jest córką znanego polarnika, sir Wally’ego
Herberta.
Tematykę
zna więc doskonale, dlatego jej książka jest tak wyjątkowa, bo
prawdziwa.
Kari
opisuje okres wielkich odkryć polarnych. Niby wydawałoby się, że
temat znany, oklepany, wykorzystywany już wiele razy. Ale nic
bardziej mylnego. O polarnikach, ich zmaganiach z trudem wypraw,
przeszkodach i podbojach napisano wiele książek. Nikt jednak dotąd
nie zainteresował się często bezimiennymi kobietami, ich
towarzyszkami życia, bez których nie czarujmy się, większość
mężczyzn nie dokonałaby podbojów.
Zarówno
moja matka, jak i inne żony polarników były dla swoich mężów
niczym latarnie morskie. Nawet tysiące kilometrów od domu zdawali
się słyszeć ich głosy, przebijające się przez polarne burze,
zachęcające, by szli do przodu, dodające im sił w walce z naturą
nawet wtedy, gdy nadzieja na powrót była nikła. Mam nadzieję, że
moja opowieść pozwoli wyjść tym nadzwyczajnym kobietom z cienia
ich mężów, bohaterskich odkrywców, po to, by mogły opowiedzieć
własne historie.
Te
bardzo często nieszczęśliwe, poświęcające się, ale i kochające
kobiety dbały, jak nikt o swoich mężczyzn - pomagały, doradzały
i podnosiły ich do pionu po którymś z niepowodzeń. Jednocześnie
ukrywały przed światem wszystkie ich niepowodzenia czy problemy (a
wbrew pozorom było ich nie mało) po to, żeby nie zburzyć
wizerunku bohaterów. Trwaly przy nich i dbały o nich, jak dobre
duchy. Były opiekunkami, żonami, kochankami, przyjaciółkami.
Tylko nieliczne z tych dzielnych kobiet sporadycznie towarzyszyły
mężom w najtrudniejszych warunkach pokazując, że są równie
dzielne jak i oni. Najczęściej jednak zostawały w domach,
opiekując się dziećmi i walcząc z ogromną tęsknota i problemami
dnia codziennego, których, jak to w domu samotnie wychowującej
dzieci kobiety, nigdy nie brakowało.
Dodatkowo
wiele z nich sprawiało cuda, żeby zdobyć fundusze na wyprawy mężów.
Dlatego
warto oddać się lekturze się w opowieści o żonach polarników, o
których tak mało wiemy i poznać 7 wspaniałych kobiet, które
swoimi dokonaniami zdecydowanie wyprzedziły epokę.
Żona
Peary'ego, podobnie jak wiele lat później matka Kari Herbert, nie
wahała się wyruszyć w rejony polarne żeby być bliżej męża.
Żona
Shackletona wspierała jego starania nawet wtedy, gdy wyprawa
zabierała jej wszystko, a w domu zaczynało brakować pieniędzy.
Eleanor
Anne Porden (żona sir Johna Franklina) była sławną poetką i
prowadziła niezwykle popularny salon literacki..
Kathleen
Scott była słynną rzeźbiarką.
To tylko
przykłady, ale każda z tych kobiet bez wątpienia sama także
dałaby sobie doskonale radę, ale czy ich mężowie daliby sobie
radę bez nich? Wątpię.
Niejedna
była zdradzana przez mężów pozostających w ciągłych
rozjazdach, na wyprawach.
Jedna z
żon polarnych, pokusiła się o podsumowanie i wyliczyła, że na
23 lata małżeństwa spędziła z mężem zaledwie 3 lata.
Wszystkie
bohaterki opowieści łączyła jedna wspólna cecha – niesamowita
wprost wiara w niezwykłość misji ich mężów. A co za tym idzie
każda z nich zachęcała swojego mężczyznę do działania, do
kolejnej wyprawy, była dla niego ostoją.
Ale nie
tylko na postaciach żon polarników skupia się opowieść Kari
Herbert. Autorka ukazuje nam mniej znane wizerunki ich mężów,
prezentuje ich dokonania, ambicje, ale nie waha się przed ukazaniem
licznych słabości i wad.
Ogromnym
plusem książki jest żródłoznawstwo, które opiera się w
przeważającej mierze na listach, notatkach, pamiętnikach
polarników, ich żon i rozmów z nielicznymi, które jeszcze żyją.
Jest to
fascynująca opowieść o odwadze, miłości, przyjażni,
poświęceniu.
Książka
powstała po to, żeby kobiety polarników mogły wyjść z cienia
swoich mężów, z cienia ich dokonań, żeby zauważono zarówno je,
jak i ich trud, żeby po prostu zostały zauważone.
Kari
Herbert oddała im głos, żeby mogły opowiedzieć swoją historię.
niedziela, 29 kwietnia 2012
Śniadanie z Sokratesem - Robert Rowland Smith
Wydawnictwo Carta Blanca, Tytuł oryginału: Breakfast with Socrates. The Philosophy of Everyday Life, 237s., Moja ocena 5,5/6
O czym jest książka? Krótko – o
życiu. Autor odpowiada na wiele pytań, o których sami często nie
wiedzieliśmy, że nas nurtują.
Co Kartezjusz myśli o porannej
pobudce? W czym Kleopatra wręczająca szczerozłotą zbroję
Antoniuszowi przypomina kobietę żegnającą męża przed wyjściem
do pracy?
Co Budda miałby do powiedzenia na temat kąpieli w wannie?
Jak Freud może pomóc nam w zakupach?
Co ma wspólnego karta
kredytowa z filozofią i egzystencją?
Dlaczego wakacje są cnotą i niecnotą wypoczynku?
Jak dotrzeć do pracy w jednym
kawałku?
Jest także rozdział o czytaniu książek. Wiele na prawdę można się z niego dowiedzieć o naszym hobby.:) W Śniadaniu z Sokratesem znajdziemy także
odpowiedzi na wiele innych pytań. Książka jest niezwykle oryginalnym i bardzo ciekawym
oraz (co dla mnie wyjątkowo istotne!) niesamowicie prostym (takim dla laika) spojrzeniem na filozofię. Autor udowadnia, że filozofia nie jest oderwaną
od rzeczywistości nauką pełną błąkających w obłokach
myślicieli, toczących po otoczeniu mętnym wzrokiem, którym
dalekie są problemy życia codziennego. Przyznam się szczerze, że
do wczoraj (kiedy zaczęłam czytać książkę) sama tak o filozofii
myślałam. Na studiach miałam obowiązkowy fakultet z filozofii i
nigdy wcześniej ani później tak się nie męczyłam. Niestety nie
miałam takiego wykładowcy, nauczyciela jakim jest Robert Smith.
Autor udowadnia nam, że filozofia nie jest nudna, ba jest wręcz
fascynująca. Nie jest także dziedziną dla wybranych, a odpowiednio
zaserwowana może być dostępna dla każdego.
Udowadnia nam także, że filozofia to doskonalą szkoła życia, uczy myślenia, wyciągania wniosków i znajdywania inspiracji oraz uczy, jak być wolnym. Smith udowadnia nam także,
że całe nasze życie to filozofia, jest z nią nierozerwalnie
związane i jej całkowicie podporządkowane. Pokazuje
także, jak rozważania filozofów odnoszą się do pozornie
banalnych czynności, które każdego dnia wykonujemy wszyscy. Każdy
z rozdziałów przypomina swoją budową 1 dzień z naszego życia.
Zaczyna się więc od porannej pobudki i śniadania, poprzez pracę,
zakupy, przyjęcia, aż na pójściu spać kończąc. Na przykładzie
takiego dnia Smith stara się nam udowodnić, że pewne myśli
filozoficzne możemy odnaleźć w każdym aspekcie naszego życia.
Gwarantuję, że wielu z was będzie
zaskoczonych wnioskami do jakich autor dochodzi i ich prostotą.
Wiele analiz, jakich dokonuje Smith w swojej książce odkryje przed
nami drugie dno codziennych spraw, zwykłego życia.
Autor zaprasza nas na wielka filozoficzną ucztę, ale ucztę nie gdzie podają kawior na porcelanowych talerzach, tylko ucztę, w której przyjemność znajdzie każdy.
Lektura Śniadania
z Sokratesem to także doskonały sposób na to,
by w przyjemny i lekki sposób przypomnieć sobie podstawowe nurty
filozoficzne oraz sylwetki największych myślicieli.
Robert
Smith potrafi w przejrzysty i zrozumiały sposób
pisać o filozoficznych aspektach w naszych codziennych czynnościach.
W jego rozważaniach pojawiają się myśli filozofów, artystów i
przedstawicieli pop kultury. Autor z równą powagą przywołuje
takie postaci, jak Platon, Jezus, Hegel, Woody Allen, Nietzsche,
Monty Python czy bohaterki serialu „Seks w wielkim mieście”.
Smith
ma niezwykły talent opowiadania o trudnych i niekiedy
zawiłych tematach w bardzo zrozumiały i przejrzysty sposób. Rzadko
zdarza się, by tak wiele błyskotliwych myśli, ważnych
spostrzeżeń, wielkich.
Woody Allen, David Duchovny, Vaclav Havel, Jan Paweł II, Bill Clinton, Steve Martin - co ich łączyło? Wszyscy studiowali filozofię. Nie bez kozery antyczni greccy filozofowie kierowali swoje przemyślenia do wszystkich ludzi. Uważali, że filozofia dot. każdego człowieka. Każdy z nas stoi przecież w obliczu pytań i wątpliwości, często na rozstaju dróg. Może faktycznie warto się z nią zaprzyjażnić za pośrednictwem Roberta Smitha?!
Książka jest mądra i dowcipna, takie
2 w 1. Gorąco zachęcam do lektury. Dzięki autorowi przestały mnie
boleć zęby na dźwięk słowa filozofia.
Robert Rowland Smith jest autorem kilku książek z zakresu filozofii i psychoanalizy. Jest także konsultantem ds. zarządzania, dziennikarzem, felietonistą. przez 10 lat byl stypendysta w Oksfordzie i wykładał w The London School of Economics. Obecnie jest wykładowcą w londyńskiej The School of Life.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






