Motywem przewodnim tej książki jest sztuka dobrego porozumienia między
najbliższymi. Wiadomo, że najszybciej zranimy osoby bliskie, osoby które kochamy, a najtrudniej nam mówiąc kolokwialnie "dogadać się" z najbliższymi. A kontakt matki z córką w wielu przypadkach jest prawie niemożliwy. Książka Odsłony... jest zbiorem kilkudziesięciu rozmów dwóch mądrych kobiet- matki i córki. Hanna Hamer (matka) jest psychologiem, autorką 20 książek. Przez wiele lat pracy spotkała się z wieloma matkami i córkami, sama ma córkę, więc jej podejście do tematu jest poparte ogromna praktyką. Magdalena Hamer, córka pani Hanny, to osoba młoda, wykształcona, energiczna. Obie panie wydają się być skrajnie różne, ale to tylko pozory. Dopiero w czasie prowadzonych i przelanych na papier rozmów, można zauważyć, jak jednak są do siebie podobne i jak są sobie bliskie. A obie bohaterki i autorki książki rozmawiają dosłownie o wszystkim- o przyjażni, o kontaktach z kobietami i mężczyznami, o religii, o nałogach, jak np. o alkoholiżmie, o odchudzaniu, o samotności i wielu innych problemach.Bardzo ciekawy jest punkt widzenia obu pań- z jednej strony w wielu aspektach różnią się od siebie, ale jednak w wielu są bardzo podobne do siebie. Tak może być i w naszym przypadku- wystarczy, żebyśmy choć na chwilę zatrzymali się, porozmawiali z bliską osobą, możemy bardzo się zdziwić.
Bohaterki nie upierają się przy swoim zdaniu, rozmawiają, dyskutują, są otwarte na argumenty i poglądy drugiej strony, a większość z nas wie, jakie to jest trudne i ważne- żeby nie zamykać się na innych, nie zasklepiać się we własnych poglądach, nie mieć przysłowiowych klapek na oczach i rozmawiać, rozmawiać...
Jest to bardzo mądra, wartościowa i ciepła książka. Nie tylko dla matek i córek, dla wszystkich. To książka dla osób, które chcą przystanąć na chwilę, zamyślić się, a
zarazem lubią wprowadzać zmiany i cieszyć się życiem.To książka także dla tych, którzy chcą poprawić swoje relacje z bliskimi, są ciekawi siebie i drugiego człowieka.
Jedną z moich pasji jest moje rodzinne miasto. Stąd pochodzi wiele znanych postaci, np....kot Kargula i Pawlaka:). Łódż posiada wiele bardzo ciekawych, ale niedocenianych zabytków. Jednym z nich jest Muzeum Kinematografii.
W łódzkim Muzeum Kinematografii otwarto wczoraj bardzo ciekawą wystawę czasową. Pokazano na niej kilkadziesiąt fotografii jednego z największych amantów polskiego
kina przedwojennego Adama Brodzisza. To pierwsza wystawa z większego cyklu. Cykl będzie poświęcony największym gwiazdom polskiego kina przedwojennego. 1. wystawa ukazuje sylwetkę Adama Brodzisza. Nasze muzeum posiada prawdopodobnie największą na świecie kolekcję fotografii tego najpopularniejszego przedwojennego aktora. Do
filmu dostał się po zwycięstwie w konkursach "fotogeniczne twarze". W 1927 r. ukończył Instytut Filmowy im. Biegańskiego w Warszawie. Brak znajomości języka uniemożliwił mu angaż do południowoamerykańskiego kina. W czasie okupacji pracował jako kelner. Po II wojnie światowej nie występował już w filmach. Grał za to na deskach teatru objazdowego a w latach 1950-1955 był aktorem Teatru Polskiego w Bielsku Białej. W 1961 r. nie wrócił do kraju z gościnnych występów w USA. Został pochowany w kwietniu 1988 na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.
Poniżej trailer z filmu Bohaterowie Sybiru z 1936r.. Adam Brodzisz grał w nim z Eugeniuszem Bodo i Kazimierzem Junoszą Stępowskim.
Bohaterami kolejnych wystaw będą: Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza.W planach jest także "kobiecy" cykl wystaw, czyli ukazujący kobiece gwiazdy kina przedwojennego- Polę Negri, Jadwigę Smosarską. Zdjęcia Adama Brodzisza można podziwiać w Muzeum Kinematografii do 04 marca. Warto udać się na wystawę.
Bardzo ciekawe jest też samo Muzeum. Siedzibą muzeum jest pochodzący z połowy XIX w. pałacyk (rezydencja)
Karola Scheiblera, jednego z największych łódzkich przemysłowców
pochodzenia niemieckiego, z racji fortuny i skali produkcji zwanego królem bawełny.
Pałac obecną neorenesansową bryłę uzyskał po przebudowie w latach
1886-88.
Siedziba Muzeum
Księży Młyn współcześnie
Usytuowany jest w zabytkowym parku Źródliska, obok
olbrzymiego kompleksu dawnej fabryki i należącego do niej osiedla
robotniczego Księży Młyn, stanowiąc świadectwo wielokulturowych
korzeni miasta i jego niegdysiejszej potęgi jako ośrodka przemysłu
lekkiego. Spokojna,wyważona fasada budynku kontrastuje z bogactwem wielostylowych,
eklektycznych wnętrz. W okresie powojennym pałac wielokrotnie zmieniał
właścicieli. Mimo to w jego wnętrzach zachowały się w dobrym stanie
lub są konserwowane sztukaterie, kominki i piece, dekoracje malarskie,
boazerie i meble, tkaniny obiciowe, tapety, mozaika, podłogi i witraże.
Stanowią one żywe świadectwo nie tylko historii Łodzi przemysłowej z
okresu jej narodzin i rozwoju, ale także historii polskiego kina,
bowiem zagrały w kilkudziesięciu polskich filmach, między którymi
znajduje się i arcydzieło
Andrzeja Wajdy Ziemia obiecana.
Muzeum posiada przepiękne wnętrze, takie mieli tylko królowie łódzkiej bawełny. Po prawo wspaniała klatka schodowa.
W zbiorach muzeum znajduje się około tysiąca filmów na taśmach
celuloidowych i video. W ekspozycji stałej prezentowane są urządzenia
związane z rozwojem technologicznym kina (historyczne projektory,
kamery) oraz wystawa 60 lat animacji polskiej, prezentująca
materiały ikonograficzne, lalki, elementy scenografii i zaaranżowane
plany filmowe, a także urządzenia do animacji filmowej ze zbiorów własnych muzeum i depozytów.
Muzeum posiada również oryginalny i działający fotoplastykon. Przy Muzeum działa Kino Kinematograf, prezentujące filmy niszowe - polskie filmy przedwojenne, dokumenty, animacje oraz współczesne kino artystyczne.
W Muzeum można podziwiać rekwizyty z wielu filmów, w końcu miano Łodzi filmowej zobowiązuje. Na zdjęciu rekwizyty z filmu Kingsajz.
01.06.2011r. przed Muzeum odsłonięto rzeżby Filemona i Bonifacego:) Nie muszę chyba pisać, który kot jest który?:) Łódż na prawdę jest bajkowa.
Na pytanie, czy można napisać dobrą powieść historyczną z wątkiem religijnym i czy może to zrobić polski autor- odpowiedziałabym zdecydowanie, że tak i za wzór podałabym Jana z wyspy Patmos- Lidii Witek.
Akcja powieści dzieje się w I w, głównie na greckiej wyspie Patmos, ale nie tylko. Patmos (gr. Πάτμος) to niewielka grecka wyspa na Morzu Egejskim. Jest najdalej wysuniętą na północ wyspą w archipelaguDodekanez. Najwyższym szczytem wyspy jest Profitis Ilias (269 m n.p.m.). Głównymi osadami Patmosu są Chora (stolica). W 1999 r. zabytkowe centrum z klasztorem św. Jana Teologa oraz Grota Apokalipsy zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Grota Apokalipsy
Objawienie na Patmos
Autorka za głównego bohatera powieści obiera Jana, niby zwyczajnego człowieka, jakich tysiące w tamtym okresie żyły na wyspie i poza nią, ale jednak człowieka niezwykłego, człowieka, którego wybrał Chrystus, żeby opowiedział o Nim. Jan żyje na wygnaniu na Patmos, tam w Grocie Apokalipsy doznaje objawienia, borykając się z trudami codziennego życia, z prześladowaniami i problemami, jakie były udziałem pierwszych chrześcijan- próbuje spisywać swoje przeżycia, wizje, Słowo Boże. Oprócz Jana poznajemy wielu innych bohaterów. Co ważne nie jest to powieść stricte religijna. Jest to powieść przede wszystkim historyczna. Jej największymi atutami są: wartka akcja, która sprawia, że mimo sporej objętości, książkę czyta się bardzo szybko i w wielu momentach nie można się od niej oderwać. Poza tym bardzo wierne oddanie realiów epoki. Widać, że autorka napisanie książki poprzedziła długotrwałymi i dogłębnymi badaniami zarówno historycznymi, jak i biblijnymi. Dowiadujemy się, jak przebiegało życie w połowie I w., co jedzono, jak się ubierano, jak żyli ówcześni ludzie i wiele, wiele innych szczegółów. Wszystko to poprzeplatane jest cytatami z dzieła, które tworzy Jan. Ostateczny kształt przybiera jego Księga, nazwana
później Czwartą Ewangelią.
Śmiało mogę polecić Jana z wyspy Patmos - Lidii Witek wszystkim miłośnikom powieści historycznej, bez względu na to, czy są to osoby wierzące, czy też nie. Książka moim zdaniem ma za zadanie przede wszystkim ukazać tło historyczne i realia epoki, a nie epatować religią, chociaż nie przeczę, jako książka o religii powieść jest świetna.
Reasumując- jako powieść historyczną Jana z wyspy Patmos mogę śmiało przyrównać do dzieł Bernarda Cornwella. Z kolei, jako powieść religijna lub jak kto woli- o religii- dzieło Lidii Witek może śmiało konkurować z Quo Vadis Henryka Sienkiewicza, na prawdę niewiele mu brakuje do dzieła naszego noblisty. Szkoda, że Lidia Witek nie napisze już więcej żadnej książki- 20.01 wypada rocznica jej śmierci. Poniżej możecie zobaczyć filmik ukazujący w pigułce piękno wyspy Patmos, Grotę Apokalipsy...
Z lekkim opóżnieniem, biję się w piersi, bo ponad tydzień, ale jakoś mi umknęło w nawale zajęć wszelakich, a poza tym lepiej póżno niż wcale, prawda? :)
Na stronie O mnie i w recenzji Wyspy- pisałam, że kocham Grecję miłością wielką i chyba (no mam taką nadzieję) odwzajemnioną. Dlatego, gdy tylko będzie ku temu okazja (a będzie, wierzcie mi- świąt wszelakich w Grecji jest, jak mrówków:) więcej niż dni bez świat, taki urok kraju), postaram się napisać kilka słów o danym dniu, święcie w Grecji. Ten post dot. greckiego odpowiednika naszego Święta Trzech Króli, więc powinien być zamieszczony kilka dni temu, ale wiecie, jak to czasami bywa:). Biję się w piersi i mam nadzieję, że jednak ktoś przeczyta.
Święto to w Grecji nazywa się Theofania lub Fota ( Θεοφάνια, Φώτα ). Jest ono bardzo
uroczyście obchodzony w tradycji Prawosławia. W tym dniu kończy się okres tzw.
Dodekaimero (12 dni, Δωδεκαήμερο ), który rozpoczął się wraz ze Świętami
Bożego Narodzenia.W tym dniu Grecy maja wolne. W niektórych miejscach kraju, Święto przybiera dosyć dziwny, jak dla nas przebieg. Kapłan ubrany w najbardziej odświętny strój przewodzi procesji. Podczas porannej liturgii w całym kraju odbywa się
tzw. poświęcenie wód: w
zależności od regionu krzyż wrzuca się do morza, jeziora, stawu, rzeki,
źródełka a nawet wiejskiej studni. Tam gdzie jest to możliwe, znajdzie
się zawsze kilku śmiałków, którzy wskakują do zimnej wody by wydobyć
krzyż- w myśl wierzeń- ten, który zdoła go pochwycić pierwszy, ma
zapewnione błogosławieństwo na cały rok. W mniejszych miejscowościach
panuje zwyczaj, że osoba, która wyłowiła krzyż udaje się
potem do okolicznych domów, zbierając symboliczne
datki.
Świecenie wody symbolizuje odwieczne powiązanie Grecji z morzem, które
ma szczególne znaczenie dla Greków. Przez długi czas było ono głównym
źródłem dochodu dla wielu mieszkańców tego kraju. Nie dziwi, więc fakt,
że święto to gromadzi 6 stycznia wielu ludzi w portach, na plażach,
brzegach rzek lub choćby przy fontannach.
Ducha Świętego symbolizuje
biała gołębica, którą wypuszcza się w bardzo wielu miejscach Grecji. Święto to jest jednym z najbardziej uroczystych i najstarszych w Grecji, obchodzone jest bowiem od II w. Ma ono według tradycji upamiętniać objawienie Trójcy Św. w trakcie chrztu Jezusa w Jordanie.
Tak to Święto wygląda w Grecji:
Poniżej zamieszczam kilka filmików ukazujących jak wygląda Święto w Grecji.
Dzień Theofania to także moment gdy według tradycji greckiej pod ziemię
wracają złośliwe, ruchliwe "gnomy",czyli kalikandzari ( καλικάντζαροι ). Są to cudowne wręcz stworki:), które wg. mitów i legend wszelakich- przez większą część roku próbują podkopać drzewo życia, które
podtrzymuje ziemię a na okres Dodekaimero wychodzą na powierzchnię ziemi
(wydostają się w pobliżu rzek i innych cieków wodnych) aby zobaczyć
małego nieochrzczonego Jezusa , dokuczać ludziom i płatać im różne
psikusy (odstrasza je ogień i światło)- najczęściej brudzą wszystko i
roznoszą popiół z kominka bo dostają się najczęściej przez komin (tak
jak święty Vasilis). Tak to już jest w Grecji, mają XXI w., a tradycje antyczne, pogańskie na każdym kroku przeplatają się z chrześcijańskimi i współczesnymi, taka specyfika i urok kraju.
Dopiero podczas Theofania, gdy Chrystus zostaje ochrzczony,
wystraszone, śpiewając pieśń wracają pod ziemię...Ale tam zastają drzewo
życia znów w świetnej formie i rozpoczynać muszą swą mozolną pracę od
nowa...
Film o podłych gnomkach kalikandzar.
Warto wspomnieć przy okazji o Świętach Bożego Narodzenia w Grecji. Trwają one 12 dni i osiągają apogeum na Epifanię. Wokół Bożego Narodzenia koncentrują się różne zwyczaje. Do nich należy pieśń zwana kalandą.
Dzieci z różnymi instrumentami, trójkątami, dzwoneczkami i bębenkami,
wychodzą grupami na ulice i pukają do drzwi domów i mieszkań pytając: Na ta poume?
(Czy możemy zaśpiewać?). Może się zdarzyć, że akurat w tym domu jest
żałoba po zmarłym, stąd ta ostrożność w zapytaniu. Dzieci czynią to
wychodząc rano w wigilię Christougenna (24.12.), ponownie w wigilię Protochronia (31.1.) i po raz trzeci w wigilię Theofania
(5.1.), za każdym razem śpiewając inną pieśń. Te trzy święta
odpowiadają naszym świętom: Bożego Narodzenia, Nowego Roku i Trzech
Króli. Dzieci otrzymują w nagrodę różne słodycze lub monety, gdyż
przynoszą szczęście do domu. Nowy Rok jest obchodzony jako Agios Vassilis (św. Bazyli), który przejmuje rolę naszego św. Mikołaja. W pierwszą wigilię przewidziana jest kalanda Kalen esperan archontes
(Dobrego wieczoru przychodzimy), o treści bardzo podobnej do naszych
kolęd, mówiącej o narodzeniu Chrystusa w Betlejem, przychodzącego z
nieba jako Król niebios i Pasterz swoich owiec. Natomiast w drugą
wigilię śpiewa się kalandę Archimenia ki archichronia, mówiącą o nastaniu nowego czasu, o przyjściu Chrystusa i o przybyciu Bazylego z Cezarei. Z kolei kalanda w trzecią wigilię Semera ta fota ki o fotismos (Tego prześwietnego dnia wydarzyło się wielkie oświecienie) opiewa wydarzenie nad Jordanem.Do innych zwyczajów należy składanie sobie życzeń Kales Jortes (Wesołych Świąt) w tych 12 dniach. Obowiązkowy jest też ChristopsomoΧριστόψωμο. czyli chleb specjalnie pieczony na stół świąteczny. Może on mieć różne
formy: okrągłą, z różnymi ozdobami; podłużną, przypominającą Boże
Dziecię oraz formę podwójnego okrągłego chleba (mniejszego na większym),
przypominającego stajnię betlejemską i Jezusa.
Χριστόψωμο- Christopsomo
Βασιλόπιτα- Vassilopita
O północy z 31 grudnia na 1 stycznia w domach greckich głowa rodziny dzieli ciasto zwane Vassilopita- Βασιλόπιτα,
w którym znajduje się moneta. Komu przypadnie kawałek ciasta z monetą,
ten uważany jest za szczęśliwego i otrzymuje kieszonkowe. W pierwszych dniach, tygodniach każdego roku kroi się Vassilopit bardzo dużo. To taka tradycja, jak u nas spotkania opłatkowe czy firmowe
wigilie. Vassilopita w smaku jest słodkie, wyczuwa się chyba cynamon (ja tam czułam) i, jak dla mnie- jest bardzo pyszne. No
i chyba dość istotne, trochę drogie jak na chleb, jak miałam okazję kupować jakiś czas temu, kosztowało ok. 7,5e. Poniżej filmik z cerkwi dot. Vassilopita i bardziej przemysłowy instruktarz wyrobu Christopsomo:)
Podariko
to zwyczaj wyganiania pana domu przed północą, aby jako pierwszy w dniu
Nowego Roku wszedł do niego i tak przyniósł szczęście. Czasami jest to
najstarszy syn lub szczęśliwe dziecko. W ciągu roku wyszukiwano najlepsze i największe polano zwane Christochylo,
które zapalano w Świętą Noc, aby ogrzać Boże Dziecię. Szczęśliwe
dziecko wrzuca to polano do ognia i wypowiada życzenie, które ma się
spełnić.
Boże Narodzenie jest mniej popularne niż u nas. W cerkwiach nie ustawia się choinek. W odroznieniu od Paschy czyli Wielkanocy, greckie
kościoły nie są przybrane na Boże Narodzenie. Nie ma w nich szopek.
Szopki są na skwerach, w parkach, centrach handlowych, dziedzińcach
domów.
I jeszcze Sylwester... urządza się przyjęcie, po którym nie powinno się sprzątać bo w nocy przychodzi święty Vasilios (potocznie Ai Vasilis) i się pożywia.W
ten dzień bardzo popularnym do dziś zwyczajem jest też gra w karty.
Tradycja fajerwerków o północy też oczywiście jest już od dość dawna
powszechna. W wiejskich okolicach do dziś nierzadko przystraja się
domy zielenią, co symbolizować ma nadchodzące rychłe odrodzenie
przyrody. Ważnym zwyczajem noworocznym- miejscami jeszcze
praktykowanym- jest rozbicie owocu granatu o próg domu rankiem 01.01 przez pierwszą osobę do domu przychodzącą. Granat
rozpryskuje się mnóstwem swoich soczystych pestek (symbol płodności)-
osoba ta przynosi więc do domu dostatek na cały nadchodzący rok.
I nadchodzi Święto, od które zaczęłam post:) W dniu 6.01 kapłan po Liturgii błogosławi każdy dom, kropiąc wodą pobłogosławioną tego dnia przy pomocy gałązki bazylii.
Wczoraj podjęłam wyzwanie Z półki. Czyli będę sięgać jak najczęściej po zakupione przed 2012r. własne książeczki. Przystąpiłam do etapu, w którym trzeba lub nie trzeba bo to przecież zabawa:) przeczytać do 15 książek. Utworzyłam do tego celu na blogu specjalną stronę, na której będę prezentować książki przeczytane w ramach wyzwania- zaglądajcie, zapraszam:)
Nie ukrywam, jestem ogromną fanką, wręcz wielbicielką Larssona. Przeczytanie Millenium było dla mnie, jak objawienie, jeżeli chodzi o kryminały. Niesamowicie żałuję (jak większość chyba fanów Larssona), że tak młodo zmarł i nic więcej już nie napisze. Stąd moje ogromne zaciekawienie jego osoba, a wszystkie pozycje traktujące o Larssonie czytam namiętnie. Niestety dotychczas nie udało mi się trafić na dobrze napisaną jego biografię. Książka autorstwa Krystyny Ylva Johansson też trochę mnie rozczarowała. Być może wynikało to z moich zbyt dużych oczekiwań. Nastawiłam się na lekturę biografii, a jest to po prostu opowieść biograficzna (co jest wyrażnie zaznaczona na okładce, ale maniak Larssona ma klapki na oczach i nie doczytał). Niby mała różnica, ale dla mnie ogromna.
Książka opowiada o
skandynawskim pisarzu, który nie doczekał swojego oszałamiającego
sukcesu. Autorka opisuje jego pełną buntu młodość,
potyczki z prawem, kontrowersyjną działalność polityczną,
skomplikowane życie rodzinne. Analizuje czynniki, które ukształtowały
go jako pisarza i tropi ślady jego biografii w trylogii Millenium.
Pokazuje, jakim fenomenem wydawniczym są powieści Larssona i jakie są
skutki prawne jego przedwczesnej śmierci. Opisuje jego związek z Evą
Gabrielsson i przedstawia przebieg sporów o prawa do spuścizny pisarza.
Czytając książkę widzimy, że autorka zadała sobie sporo trudu, żeby przejrzeć odpowiednie materiały o Larssonie i chciała napisać rzetelną książkę, ale czegoś tej pozycji brakuje, jakiegoś kleju, który by to wszystko scalał. Książkę niby czyta się szybko i warto ja przeczytać, żeby wyrobić sobie o niej zdanie, ale na pewno nie można oczekiwać, że przeczytamy biografię Larssona. Powieść o autorze, to trafniejsze określenie. Książka jest świeżutka, niedawno napisana- na 1. s. znajduje się dedykacja Wszystkim ofiarom Andersa Breivika, wszystkim osieroconym, pozostawionym w rozpaczy i osamotnieniu przekazuję wyrazy współczucia i solidarności. Ładny gest ze strony autorki. A ja ciągle czekam, aż ktoś napisze uczciwą, rzetelną i porządną merytorycznie biografie o Larssonie. Dla wielbicieli Larssona, link do strony, gdzie znajdziecie mnóstwo informacji o autorze tutaj .
Wydawnictwo zaliczyło na swojej stronie książeczkę do kategorii Bajki, wiersze. Stanowczo się z tym nie zgadzam. Taka klasyfikacja może sugerować, że książeczka przeznaczona jest tylko dla dzieci. Nic bardziej mylnego. Wg. mnie Ja, Kotowski powinni przeczytać zarówno dorośli, jak i dzieci, a może przede wszystkim dorośli...
Ja, Kotowski to niezwykła pozycja na naszym rynku. Ukazuje przede wszystkim przeogromną miłość autorki do tytułowego Kotowskiego, którym jest czarny kocur. Autorka adoptuje Kotowskiego gdy ma kilkanaście tygodni, a jego mamę potrącił na wiejskiej drodze samochód. Kotowski z rodziną autorki spędza 10 wspaniałych lat. Są nierozłączni, razem nawet emigrują do USA- Kotowski po raz pierwszy leci samolotem:). Autorka wspaniale opowiada o zwyczajach, zachowaniach, humorkach kocich. Możemy też się zapoznać z charakterkiem Kotowskiego, z jego szaleństwem za kocimiętką, uwielbieniem drapania, głaskania, wylegiwania się na telewizorze i niechęcią do paskudnego, warczącego, hałasującego odkurzacza. Autorka bardzo szczegółowo i z ogromną miłością opowiada o Kotowskim. Żle napisałam, bo to nie autorka opowiada, a sam Kotowski. Tak, narratorem w tej książeczce jest właśnie kot. I to też sprawia, iż jest ona niezwykła.
Bardzo lubię i cenie opowieści, książki, filmy, gdzie narratorami są zwierzęta. Z tego też powodu książeczka Ja, Kotowski tak bardzo przypadła mi do gustu. Pokochałam wręcz tą książeczkę także za miłość, która wyziera z każdego napisanego przez autorkę słowa. Czytając opowieść od razu widzimy, jak cała rodzina musiała kochać kota, tym smutniejsze jest zakończenie. No, ale cóż takie jest życie. Należy tylko się cieszyć, że Kotowski 10 lat swojego kociego życia spędził w tak kochającej go rodzinie. Ale, jak pomyślę, ze kiedyś będę musiała pożegnać się z moimi futrami, to...
Książeczkę czyta się błyskawicznie i wg. mnie jest ona za krótka. Jest to cudowna, głęboko wzruszająca, ciepła, momentami rozśmieszająca opowieść. Czytając ostatnie 2 strony płakałam, jak przysłowiowy bóbr, bo sama jestem z frakcji kociej (nie psiej), w domu mam 3 cudowne futrzaki, w tym 2 czarne. Gdy pisze tą recenzję, Kotowska (calutka czarna) siedzi obok komputera na biurku:). Kocham koty i doceniam miłość, którą autorka zaoferowała Kotowskiemu i włożyła w napisanie książeczki.
Ja, Kotowski to pozycja dla wszystkich- dzieci i dorosłych, kociarzy i psiarzy- dla wszystkich. Miłości do zwierząt w naszym świecie nigdy za dużo, podobnie, jak takich mądrych, pouczających, ciepłych opowieści.
Powieść skrojona po mistrzowsku. Wartka, choć kameralna akcja, błyskotliwe dialogi, barwne niejednoznaczne postacie. A
wszystko rozgrywa się na tle malowniczego portowego miasteczka, Darłowa,
zanurzonego w powojennej atmosferze niepewności i strachu w obliczu
nowej władzy, likwidującej krok po kroku prywatną własność. W centrum
zaś dwoje bohaterów przypadkowo zainteresowanych tym samym zaginionym
dziełem sztuki: tryptykiem Eryka Pomorskiego.
Ona – historyk sztuki z Warszawy, on – człowiek bez imienia, zwany
Nowakiem, właściwie znikąd, dziennikarz, myślący o ucieczce z
komunistycznego kraju i potajemnym wywiezieniu obrazu. Miłość komplikuje
wszystko, tym bardziej, że chwilami można odnieść wrażenie, iż cicha
zawzięta rywalizacja między zakochanymi zniweczy ledwo rodzące się
uczucie. Tyrmand stworzył bohaterów, których przeżycia budzą u czytelników
rosnące z kartki na kartkę pragnienie – aby im się powiodło, aby
potrafili przełamać wszelkie bariery, a kapryśny los nie pokrzyżował ich
planów…
To moje drugie zetkniecie z Tyrmandem. Kilka lat temu przeczytałam kultowy kryminał Zły. Książka Siedem dalekich rejsów jest bardzo podobna do Złego jeżeli chodzi o klimat. Mistrzowsko odmalowane szczegóły, łącznie z detalami ubioru bohaterów, emocje, wygląd budynku, rozmowy między bohaterami o z pozoru nieistotnych sprawach- to wszystko tworzy bardzo specyficzny klimat. Jest to klimat Tyrmanda i powojennej Polski, którą możemy zobaczyć już tylko w filmach sprzed kilkudziesięciu lat, albo zanurzyć się w niej u Leopolda Tyrmanda. Gdy poznajemy głównych bohaterów Siedmiu dalekich rejsów mamy wrażenie, że idziemy obok nich uliczką z dworca w Darłówku do Rynku. Dwójka głównych bohaterów to Ewa – piękna, 24-letnia historyk sztuki, typ nowoczesnej,
niezależnej kobiety i Nowak – tajemniczy mężczyzna z nieznaną kartą
życiorysu, błyskotliwy i ujmujący są bezpośredniością, nawiązują bliższą
znajomość. Oboje zatrzymują się w darłowskim hotelu- motelu. Oboje są sobą zafascynowani, mamy wrażenie, że z każdą przeprowadzoną rozmową, ba z każdym wypowiedzianym zdaniem, z każdym gestem- coraz bardziej się sobą interesują. Wzajemna fascynacja szybko przeradza się w zauroczenie, a miedzy bohaterami toczy się specyficzna gra. Ewa ma narzeczonego i nie chce go zdradzić. Z drugiej jednak
strony jest wyraźnie zainteresowana dopiero co poznanym adoratorem.Nowak angażuje
się w uczucie do Ewy tak bardzo, że na dalszy plan zepchnięte
zostają jego plany dot. szybkiego wzbogacenia się na handlu
przemytniczym, a przecież po to przyjechał po sezonie do Darłowa. Ostatecznie zrządzenie losu – przypadkowo odnowiona
kontuzja kolana uniemożliwia mu i jedno i drugie. Ewa wyjeżdża bez
pożegnania, przekornie zostawiając mężczyznę z myślami z rozbudzoną żądzą. Ewa zostawia Nowaka także z niedomówieniami, pełnego namiętności i pożądania. Statek duńskiego armatora, którym
Nowak miał przetransportować cenny tryptyk Eryka Pomorskiego, opuszcza port bez niego.
Co najbardziej podobało mi się u Tyrmanda? Przede wszystkim język- prosty, ale przemawiający do czytelnika. Czytając Siedem dalekich rejsów miałam wrażenie, że stoję obok i obserwuje akcję. Czułam się, jakbym cofnęło się o kilkadziesiąt lat do powojennego Darłowa. Język, jaki posługuje się Tyrmand jest prosty, ale jego opisy i dialogi dają więcej niż wiele współczesnych książek- dają prostą rozkosz czytania. Już zapomniałam, ze można tak po prostu czytać powieść, w której niewiele się dzieje, a jednak jest wciągająca, trzyma w napięciu. Majstersztyk pisarski i rozkosz czytelnicza w jednym.
Na koniec, żeby zachęcić do przeczytania Siedmiu dalekich rejsów, powtórzę za autorem, który zapytany, dlaczego wydaje tą powieść, odpowiedział: Dlaczego ją wydaję … ? Wydała mi się zabawna. Powód tak dobry, jak każdy inny.
Na prawdę warto sięgnąć po prozę Leopolda Tyrmanda, gorąco zachęcam.
Leopold Tyrmand ur. się 16 maja 1920 roku w
Warszawie, w drobnomieszczańskiej żydowskiej rodzinie. Po skończeniu
szkoły, w 1938 roku, wyjechał do Paryża studiować architekturę, w czym
jednak przeszkodził mu wybuch II wojny światowej, który zastał go na
wakacjach w Warszawie. Po ucieczce do Wilna, które i tak niedługo potem
zajęte zostało przez Armię Czerwoną, w roku 1940 podjął się pierwszej
poważnej pracy pisarskiej w polskojęzycznej „Prawdzie komsomolskiej”,
gdzie pisywał codzienne felietony i zajmował się tematyką sportową
(m.in. boksem).Po wojnie, po krótkim przebłysku prawdziwej popularności, w czasie
którego publikował artykuły w m.in. „Przekroju” i „Tygodniku
powszechnym”, został uznany przez cenzurę za pisarza ‘niepolitycznego’, a
jego dzieła zostały objęte nieoficjalnym zakazem publikacji.
Bezczynność w latach 1953 – 1955, przerywaną pisaniem słynnego
„Dziennika 1954” skończyła się wraz z opublikowaniem pierwszej powieści,
p.t. „Zły”, dzięki której z pariasa artystycznego światka stał się
jednym z najwybitniejszych i najbardziej znaczących twórców tamtego
okresu. Niestety dobra passa skończyła się w 1958 roku, kiedy to
gomułkowskie represje pobudziły cenzurę do działania. Kolejne książki
Tyrmanda były wstrzymywane i kiedy w 1965 roku otrzymał on możliwość
wyjazdu za granicę, skwapliwie z niej skorzystał, by już więcej nie
wrócić do kraju.Osiadł w końcu w Stanach Zjednoczonych, gdzie wydawał kolejne książki,
zarówno te poprzednio wstrzymane w Polsce, jak i nowo pisane, udzielał
się na łamach The New Yorkera i wykładał. W miarę upływu czasu coraz
bardziej skłaniał się ku skrajnemu konserwatyzmowi, co stało w
sprzeczności z jego reputacją wichrzyciela i osoby przecierającej nowe
szlaki w ojczyźnie. Zmarł na zawał serca 19 marca 1985 roku podczas
wakacji na Florydzie. Sam Tyrmand zawsze utrzymywał, że jego życie nie
było barwne, a jedynie stanowiło pewną ‘wypadkową epoki’, jednak
współczesny czytelnik ma całkowite prawo się z tym twierdzeniem nie
zgodzić.
Poniżej trailery z filmu Jana Rybkowskiego Naprawdę wczoraj (1963). Obraz powstał na podstawie
książki Leopolda Tyrmanda Siedem dalekich rejsów. Plenery filmu to
przede wszystkim Darłowo.
Wydawnictwo Albatros, Okładka miękka, 368 s., Moja ocena 3/6
Autor kryminałów Drew Danner budzi się w szpitalu po trepanacji czaszki.
Dowiaduje się, że
usunięto mu guz mózgu. Niczego nie pamięta. Nie przypomina sobie ani
ostatniego dnia ani tygodnia, nie pamięta, że znaleziono go z nożem w
ręku, leżącego po ataku padaczki na ciele zamordowanej byłej
narzeczonej. Czy jest winny? - tego nie wie. Sąd uznaje, iż na skutek
chwilowej niepoczytalności nie może ponosić odpowiedzialności za
zabójstwo, które zapewne popełnił. Drew próbuje zrekonstruować swoją
zaginioną przeszłość, przemierza ulice miasta w poszukiwaniu prawdy.
Wkrótce w podobnych okolicznościach ginie kolejna młoda kobieta...
Streszczenie, jakie przytoczyłam powyżej znajduje się na okładce książki. Zachęciło mnie do wypożyczenia książki z biblioteki. I na tym koniec dobrego. Przyznam się, że nie przeczytałam całej książki. lekturę skończyłam na 168s. Dalej po prostu nie dałam rady. Uznałam, że jest tyle innych ciekawych książek, że nie ma sensu tak się męczyć w trakcie lektury. To moja pierwsza książka Hurwitza i prawdopodobnie ostatnia . Autor tak mnie zniechęcił do lektury swoich książek, że nie wiem czy kiedykolwiek sięgnę po następną (chyba, że będzie jakaś do wypożyczenia w bibliotece i nie będę miała nic innego do czytania). Książka została napisana trochę chaotycznie, słownictwo w niej zawarte
jest czasami jak z tabloida, a niektóre opisy odbiegają od fabuły i są
moim zdaniem zbędne, nudne, a przez to książka ciągnie się, jak przysłowiowe flaki z olejem. I mimo, że prawie 1/2 książki miałam za sobą, to na prawdę nie wiedziałam o co chodzi.Jestem bardzo ciekawa, czy komuś Amnezja przypadła do gustu.
Wydawnictwo SOL, Okładka miękka, 286 s., Moja ocena 5,5/6
Książka ciepła, pogodna, podbudowująca na duchu i dająca nadzieję, a przy tym pełna humoru.
Któż z nas nie marzył o ucieczce z pełnego zgiełku, hałaśliwego miasta
na cudowną wieś, gdzie czas płynie innym trybem i można spotkać
niezwykłych ludzi? Powieść Magiczne miejsce opowiada historię życia
na prowincji, w małej, ale za to bardzo malowniczej wiosce. Jej
mieszkańcy są niezwykle oryginalnymi osobami: urocza i tajemnicza pani sołtys po amatorsku zajmuje
się astronomią, wiekowa (ale jakże dziarska i pełna humoru) szlachcianka wytwarza perfumy dawnymi metodami, jest
pasjonat piractwa i literatury marynistycznej, Alinka- wielbicielka Harry'ego Pottera i czarów i wiele, wiele innych ciekawych i niebanalnych postaci. Ale Magiczne miejsce to nie tylko opowieść o ciekawych ludziach żyjących w zapomnianej przez Boga po pegerowskiej wsi, ale także historia "pana ministra", czyli mężczyzny w epicentrum kryzysu wieku średniego, mającego dotychczas bardzo dobrą pracę w jednym z ministerstw, mężczyzny, który kupuje popadający w ruinę dworek wraz z niczego sobie działką liczącą 100ha i postanawia odpocząć. Na początku chce on tylko odpocząć, ale Ida (wioska w której rozgrywa się akcja powieści) i jej mieszkańcy sprawiają, że...No właśnie, żeby się dowiedzieć "co" trzeba sięgnąć po książkę Agnieszki Krawczyk. Magiczne miejsce nie jest kolejna banalną książką o przeprowadzce, zmianie trybu życia i wsie sielskiej- anielskiej. Jest to na prawdę niezwykła, magiczna opowieść, która czyta się z uśmiechem, a kończy z żalem, ze to już koniec i, że samemu nie można przenieść się do Idy.
Książka niezwykle pozytywna, ciepła i pełna magii, a co ważne została napisana prostym, interesującym językiem. Podoba mi się
także okładka- pogodna, ciepła. grafika.
Może autorka pomyśli o napisaniu kontynuacji losów bohaterów- mieszkańców Idy.
To druga książka Agnieszki Krawczyk, która przeczytałam. Pierwszą było Napisz na priv. Bardzo chciałabym sięgnąć po nową książkę autorki - Morderstwo niedoskonałe.