Wydawnictwo Smak Słowa, Okładka miękka, 464 s., Moja ocena 5,5/6
Recenzja bardzo na gorąco, przed chwilą skończyłam czytać książkę i jestem pod przeogromnym jej wrażeniem.
Ostatnimi laty zalało nas skandynawskimi kryminałami. Po genialnych i ze wszech miar wspaniałych książkach Larssona, Mankella, Theorina, Nesbo, Lackberg i kilku innych autorów, nastąpił prawdziwy wysyp, ba tsunami skandynawskich gniotów i gniotków.
Nie każdy może być Larssonem czy Nesbo, my czytelnicy to wiemy, a wydawcy...?! Niestety wielu postawiło na ilość nie na jakość, uznając, że polski czytelnik kupi i przeczyta wszystko, co rodem ze Skandynawii. Dzięki takiemu podejściu czuję od pewnego czasu wielkie zniechęcenie do wszelkiej maści kryminałów skandynawskich.
Myślałam, że już tak zostanie, ale o cudzie – Wydawnictwo Smak Słowa przywróciło mi wiarę, że jednak można wydawać doskonałe książki rodem z północy Europy.
Bo kochani książka nieznanego u nas zupełne Christera Mjaseta jest perełką, prawie arcydziełem (piszę prawie bo arcydzieło kryminalne ze Skandynawii jest dla mnie tylko jedno po wsze czasy – Millenium:)).
W książce mamy po równo zachowane proporcje – doskonałego, wybornego w smaku kryminału i fantastycznej powieści obyczajowej. Z takim podziałem – pół na pół jeszcze się nie spotkałam, zawsze któryś gatunek dominował, a tu nie, jest równiutko.
Teraz kilka słów o treści książki, bo tak piszę te peany i piszę...
Akcja rozgrywa się na norweskiej wyspie Hitra. Mniejsza z tym, gdzie to dokładnie jest, ważne, iż jest tam mroczno, klaustrofobicznie i ponuro...
Mamy początek posępnej, śnieżnej zimy. Wyobraźcie sobie niewielką, odrobinę odizolowaną od świata wysepkę, grono ludzi, którzy znają się, jak przysłowiowe łyse konie i was, którzy przyjeżdżacie z zewnątrz, jesteście tam obcy, co częstokroć dają wam co poniektórzy odczuć.
Takim obcym (ale nie kosmitą, tylko obcym spoza wyspy) jest główny bohater książki lekarz Mads Helmer.
Mads ucieka, ucieka przed przeszłością, przed własną chorobą do której wstydzi i boi się przyznać (cierpi na epilepsję), przed widmami przeszłości i nie najlepszymi kontaktami z rodziną. Tymczasowy port znajduje właśnie na Hitrze. Wszystko idzie w miarę dobrze, aż do momentu, gdy na kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem odkrywa podczas wieczornej śnieżycy rozbity samochód swojego szefa Aldusa Caroliussena. Siłą rzeczy przejmuje jego obowiązki. Lekarzy na wyspie było tylko dwóch rachunek jest prosty - teraz został jeden. Jest okres świąteczny, niezwykle trudno o zastępstwo i Mads dyżuruje 24/24. Niebywałym zagrożeniem staje się w tej sytuacji jego skrywana choroba. Dodatkowo wkoło niego zaczynają się dziać dziwne rzeczy, niby takie drobiazgi, ale w pewnym momencie Mads nie wie, czy to jemu coś się zdaje, czy może rzeczywiście z praktyką po Caroliussenie jest coś nie tak.
Przejmujące pacjentów zmarłego kolegi, przejmuje także jego obowiązki niejako powiernika dusz co poniektórych chorych, ale nie tylko. Szybko się okaże, że zmarły lekarz był nie tylko medykiem i powiernikiem, ale jeszcze...no właśnie, nie wiadomo kim w sumie Carroliusen był. Mamy mnóstwo śladów, lekkich tropów, sporo aluzji, ale nie wiemy nic na pewno. A nastrój grozy rośnie.
W ciągu następnych dni Mads dowie się wielu ciekawych, wręcz zadziwiających informacji, które postawią zmarłego w dwuznacznym świetle.
Do tego coraz więcej poszlak, śladów wskazuje, że jego śmierć to nie był wypadek.
Ale czy to prawda? Młody lekarz zaczyna się zastanawiać - kim naprawdę był Caroliussen? Jak zginął?
Wraz z córką zmarłego, Line, Mads dostanie się do piwnicy Caroliussena, gdzie znajdą ogromne archiwum. W archiwum przez długie lata gromadzone były medyczne i pozamedyczne dane na temat pacjentów, nieraz boleśnie obnażające ich poczynania oraz fakty z życia.
Co się stanie z archiwum? Jakie tajemnice się w nim kryją? Jaki użytek ze zgromadzonych materiałów robił pozornie godny zaufania lekarz domowy?
Napiszę tylko, że od tego momentu uczucie niepewności i klaustrofobii jeszcze się zacieśnia. Od pierwszej strony towarzyszyły mi strach, niepewność oraz ciekawość. Od momentu znalezienia archiwum te uczucia były jeszcze silniejsze. Wraz ze znalezieniem dokumentów Mads ściąga na siebie wielkie niebezpieczeństwo? Dlaczego? Co takiego znajduje się w papierach po Caroliussenie?
Czy to jedna z teczek w archiwum była wyrokiem śmierci dla Caroliussena? Czy pracując nad doktoratem, odkrył coś, czego nie powinien?
Trudno nawet streścić tę książkę, trzeba ją po prostu przeczytać. Mjaset stworzył wręcz doskonały mix kryminału, powieści obyczajowej i thrillera medycznego z doskonale wykreowanymi bohaterami, których najlepszym przykładem jest lekarz-detektyw Mads Helmer.
Autor ma niewątpliwie talent pisarski, który połączył z doskonałą znajomością ludzkiej psychiki- postacie przez niego stworzone to arcydzieło. A sama książka aż kipi intrygami, spoza których wyłaniają się jednak zwykli ludzie i refleksje nad ich poczynaniami i wyborami. Przy tym nie zanudza terminologią medyczną. Tylko tak się zastanawiam, czy po lekturze Lekarza, który wiedział za dużo, odważycie się pójść do swojej przychodni?!
Zachęcam do lektury, a ja niecierpliwie czekam na kolejne książki Christera Mjaseta. Ta książka to prawdziwa perełka, której rozpoczynając lekturę nawet w najmniejszym stopniu się nie spodziewałam.
Christer Mjaset (ur. 1973) jest lekarzem i pisarzem młodego pokolenia. Dotychczas wydał cztery książki, w tym dwa zbiory opowiadań - z czego pierwszy, En dans der veien slutter (Taniec u końca drogi) z 2003 jest zarazem jego debiutem literackim. W swoich powieściach Mjaset umiejętnie łączy wiedzę lekarską z kunsztem literackim. Cechuje go narracyjna rzetelność i przywiązanie do detali. Jego opowiadania, podobnie jak powieści, są wielowątkowe, z bogatą galerią postaci i skomplikowaną intrygą.
Tutaj znajdziecie wywiad z autorem.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść kryminalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść kryminalna. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 7 stycznia 2013
sobota, 8 grudnia 2012
Złodziej z szafotu - Bernard Cornwell
Wydawnictwo Bellona, Okładka miękka, 456 s., Moja ocena 4,5/6
Sięgnęłam po książkę zwabiona nazwiskiem autora, którego (jak zapewne pamiętacie) uwielbiam. Wrażenia po lekturze?
Hmmm trudno określić. Na pewno książkę czyta się doskonale, szybko, ale...podczas gdy o Trylogii Arturiańskiej czy Sadze o Wikingach tego autora pamiętam do dziś, tak o Złodzieju z szafotu za kilka dni zapomnę. Nie twierdzę, że książka jest zła, jest dobra, ale to jedno z wielu przyjemnych czytadeł. Dotychczas czytane przeze mnie książki autorstwa Bernarda Cornwella czymś się wyróżniały. Złodziejowi z szafotu tego czegoś brakuje. Długo zastanawiałam się, jaką ocenę dać. Najpierw zdecydowałam się na 4/6, ale uznałam, że to za mało.
W sumie książka niczym się nie wyróżnia spośród jej podobnych, ale gdyby się wyróżniała dałabym np. 5/6. Ostatecznie uznałam, że 4,5/6 będzie odpowiednią oceną dla dobrego, lekkiego, relaksującego i co by nie mówić zapewniającego dobrą rozrywkę czytadła.
Plusem książki niewątpliwie jest wartka akcja, bardzo zróżnicowani bohaterowie i doskonale odmalowane realia epoki. Ogromnym plusem jest także odrobinę ironiczne odmalowanie ówczesnego społeczeństwa, które dzieliły nie tylko pieniądze i władza, ale także stosunek do ówczesnych wydarzeń społeczno-politycznych.
To sprawia, że po książkę z pewnością warto sięgnąć.
Akcja książki rozgrywa się w Londynie w 1817 r. Od konfliktu z Napoleonem minęły dwa lata. W społeczeństwie nadal obecny jest podział na tych, którzy aktywnie uczestniczyli w walce i tych, którzy zostali. Jedni czują się nieco zagubieni w czasie pokoju, drudzy podkreślają swoje zasługi dla kraju, o który dbali pod nieobecność walczących.
Głównym bohaterem Złodzieja z szafotu jest kapitan Rider Sandman, weteran wojen napoleońskich i syn Lodovicka Sandmana, człowieka, który dopuścił się licznych nadużyć finansowych i który, by uniknąć procesu i kary, popełnił samobójstwo, czym skazał żonę, syna i córkę na życie w ubóstwie i hańbie. Sandman, jako młodzieniec ambitny i honorowy, bierze na siebie spłatę długów ojca i utrzymanie matki oraz siostry. Zadanie nie łatwe, sami przyznacie, tym bardziej, że Rider nie może znaleźć żadnej pracy. Tzn. praca znalazłaby się, ale trzeba pamiętać, że to XIX w., segregacja klasowa kwitła, aż miło, w związku z tym o zajęcie dla byłego żołnierza nie było łatwo.
Nasz bezrobotny żołnierz ma kilka umiejętności, m.in. jest świetnym graczem krykieta, co wykorzystuje i gra za pieniądze, aczkolwiek unosi się honorem, gdy odkrywa, że jego ukochana dyscyplina jest skorumpowana. Wtedy jak z nieba spada na niego propozycja niebanalnego, doskonale płatnego i ciekawie się zapowiadającego zajęcia. Propozycję pracy składa mu nie byle kto, bo sam Minister Spraw Wewnętrznych. Sandman zostaje kimś, kogo nazwalibyśmy obecnie detektywem. Jego zadanie ma polegać na zbadaniu sprawy Charlesa Cordaya, malarza-portrecisty, którego oskarżono o zamordowanie hrabiny Avebury i skazano na karę śmierci przez powieszenie. Zrozpaczona matka Cordaya wystosowała petycję o uniewinnienie syna, popartą przez królową Charlottę, dlatego też ktoś musi udowodnić, że Corday jest winien, zanim trafi na szafot. I tym kimś ma być właśnie nasz żołnierz.
Sprawa wydaje się prosta, góra 2 dni pracy i Sandman cieszy się, że otrzyma miesięczne wynagrodzenie. Jednak dość szybko orientuje się, że będzie się musiał sporo natrudzić, bowiem skazany z wszelkim prawdopodobieństwem jest niewinny. Już pierwsza wizyta w więzieniu i rozmowa ze skazanym sprawiają, że Sandmann nabiera wątpliwości co do zasadności wyroku.
Wbrew wszystkim w koło, Sandmann zaczyna prowadzić dochodzenie. Jego meandry i koniec będą zarówno dla niego, jak i dla was zaskoczeniem. Co czeka Sandmanna, jakie niebezpieczeństwa na niego czyhają i jaki będzie koniec dochodzenia - nie zdradzę.
Jak już wspomniałam książka łączy w sobie bogatą w szczegóły i smaczki epoki powieść historyczną z trzymającym w lekkim napięciu kryminałem, o wartkiej akcji. Na początku akcja jest trochę powolna, ale z biegiem czasu zdecydowanie się rozkręca. Bardzo ciekawi bohaterowie, świetnie sportretowani przez Cornwella, to wielki plus każdej z jego książek.
Nasz wojak-detektyw to mężczyzna bystry, inteligentny, odważny i uparty. Ma on także swoje słabostki, które autor doskonale opisał. Pozostali bohaterowie są równie ciekawi.
Mimo, iż książka zdecydowanie różni się od Trylogii Arturiańskiej czy Sagi o Wikingach, zachęcam do jej lektury. Złodzieja z szafotu czyta się szybko i miłe popołudnie, czy wieczór w trakcie lektury gwarantowane.
Sięgnęłam po książkę zwabiona nazwiskiem autora, którego (jak zapewne pamiętacie) uwielbiam. Wrażenia po lekturze?
Hmmm trudno określić. Na pewno książkę czyta się doskonale, szybko, ale...podczas gdy o Trylogii Arturiańskiej czy Sadze o Wikingach tego autora pamiętam do dziś, tak o Złodzieju z szafotu za kilka dni zapomnę. Nie twierdzę, że książka jest zła, jest dobra, ale to jedno z wielu przyjemnych czytadeł. Dotychczas czytane przeze mnie książki autorstwa Bernarda Cornwella czymś się wyróżniały. Złodziejowi z szafotu tego czegoś brakuje. Długo zastanawiałam się, jaką ocenę dać. Najpierw zdecydowałam się na 4/6, ale uznałam, że to za mało.
W sumie książka niczym się nie wyróżnia spośród jej podobnych, ale gdyby się wyróżniała dałabym np. 5/6. Ostatecznie uznałam, że 4,5/6 będzie odpowiednią oceną dla dobrego, lekkiego, relaksującego i co by nie mówić zapewniającego dobrą rozrywkę czytadła.
Plusem książki niewątpliwie jest wartka akcja, bardzo zróżnicowani bohaterowie i doskonale odmalowane realia epoki. Ogromnym plusem jest także odrobinę ironiczne odmalowanie ówczesnego społeczeństwa, które dzieliły nie tylko pieniądze i władza, ale także stosunek do ówczesnych wydarzeń społeczno-politycznych.
To sprawia, że po książkę z pewnością warto sięgnąć.
Akcja książki rozgrywa się w Londynie w 1817 r. Od konfliktu z Napoleonem minęły dwa lata. W społeczeństwie nadal obecny jest podział na tych, którzy aktywnie uczestniczyli w walce i tych, którzy zostali. Jedni czują się nieco zagubieni w czasie pokoju, drudzy podkreślają swoje zasługi dla kraju, o który dbali pod nieobecność walczących.
Głównym bohaterem Złodzieja z szafotu jest kapitan Rider Sandman, weteran wojen napoleońskich i syn Lodovicka Sandmana, człowieka, który dopuścił się licznych nadużyć finansowych i który, by uniknąć procesu i kary, popełnił samobójstwo, czym skazał żonę, syna i córkę na życie w ubóstwie i hańbie. Sandman, jako młodzieniec ambitny i honorowy, bierze na siebie spłatę długów ojca i utrzymanie matki oraz siostry. Zadanie nie łatwe, sami przyznacie, tym bardziej, że Rider nie może znaleźć żadnej pracy. Tzn. praca znalazłaby się, ale trzeba pamiętać, że to XIX w., segregacja klasowa kwitła, aż miło, w związku z tym o zajęcie dla byłego żołnierza nie było łatwo.
Nasz bezrobotny żołnierz ma kilka umiejętności, m.in. jest świetnym graczem krykieta, co wykorzystuje i gra za pieniądze, aczkolwiek unosi się honorem, gdy odkrywa, że jego ukochana dyscyplina jest skorumpowana. Wtedy jak z nieba spada na niego propozycja niebanalnego, doskonale płatnego i ciekawie się zapowiadającego zajęcia. Propozycję pracy składa mu nie byle kto, bo sam Minister Spraw Wewnętrznych. Sandman zostaje kimś, kogo nazwalibyśmy obecnie detektywem. Jego zadanie ma polegać na zbadaniu sprawy Charlesa Cordaya, malarza-portrecisty, którego oskarżono o zamordowanie hrabiny Avebury i skazano na karę śmierci przez powieszenie. Zrozpaczona matka Cordaya wystosowała petycję o uniewinnienie syna, popartą przez królową Charlottę, dlatego też ktoś musi udowodnić, że Corday jest winien, zanim trafi na szafot. I tym kimś ma być właśnie nasz żołnierz.
Sprawa wydaje się prosta, góra 2 dni pracy i Sandman cieszy się, że otrzyma miesięczne wynagrodzenie. Jednak dość szybko orientuje się, że będzie się musiał sporo natrudzić, bowiem skazany z wszelkim prawdopodobieństwem jest niewinny. Już pierwsza wizyta w więzieniu i rozmowa ze skazanym sprawiają, że Sandmann nabiera wątpliwości co do zasadności wyroku.
Wbrew wszystkim w koło, Sandmann zaczyna prowadzić dochodzenie. Jego meandry i koniec będą zarówno dla niego, jak i dla was zaskoczeniem. Co czeka Sandmanna, jakie niebezpieczeństwa na niego czyhają i jaki będzie koniec dochodzenia - nie zdradzę.
Jak już wspomniałam książka łączy w sobie bogatą w szczegóły i smaczki epoki powieść historyczną z trzymającym w lekkim napięciu kryminałem, o wartkiej akcji. Na początku akcja jest trochę powolna, ale z biegiem czasu zdecydowanie się rozkręca. Bardzo ciekawi bohaterowie, świetnie sportretowani przez Cornwella, to wielki plus każdej z jego książek.
Nasz wojak-detektyw to mężczyzna bystry, inteligentny, odważny i uparty. Ma on także swoje słabostki, które autor doskonale opisał. Pozostali bohaterowie są równie ciekawi.
Mimo, iż książka zdecydowanie różni się od Trylogii Arturiańskiej czy Sagi o Wikingach, zachęcam do jej lektury. Złodzieja z szafotu czyta się szybko i miłe popołudnie, czy wieczór w trakcie lektury gwarantowane.
czwartek, 22 listopada 2012
Korzeniec - Zbigniew Białas
Wydawnictwo MG, Okładka miękka, 354 s., Moja ocena 5,5/6
Recenzja na świeżo, właśnie przed chwilą skończyłam czytać książkę, nie mogłam się od niej oderwać.
Wiem, że kilka osób było ciekawych Korzeńca, więc szybciutko piszę...
Akcja książki rozpoczyna się tuż przed I wojną światową w Sosnowcu. Miasto w Korzeńcu to (jak pisze sam autor) miejsce dudniących pociągów, bitych tysiącami świń na zapleczu targowicy, walcowni, z której dochodzi łomot jak z piekła, rozbrzmiewającego ptasimi trelami parku Sieleckiego, drewnianych domków kwartału żydowskiego, gwarnego hotelu Victoria.
W momencie rozpoczęcia opowieści, Sosnowiec, przez niektórych zwany wciąż Sosnowicami, jest 100-tysięcznym miastem imperium carskiego, położonym tuż przy granicy z Prusami i Austro-Węgrami, założonym zaledwie jedenaście lat wcześniej na hałdzie i nasypie, co bynajmniej splendoru mu nie nadawało (jak pisze Białas).
Głównym bohaterem jest pan A.(skrót od Alojzy) Korzeniec glazurnik co się zowie (znakiem szczególnym wszystkich dzieł Korzeńca był malutki kafelek, zawsze układany jako ostatni, z napisem A. Korzeniec u góry, Sosnowice - na dole). Tytułowy bohater niezwykle szybko nas cieleśnie opuszcza, ponieważ w dn. 29.06.1913r. zostaje znaleziony w formie ciała pozbawionego głowy na kolejowym nasypie, o którym wspomniałam wyżej.
Prym od tego momentu w powieści zaczynają wieść: wdowa po glazurniku, pani Jadwiga, pisująca pod pseudonimem Klandestyny Bizukont do lokalnego czasopisma łzawe powieści w odcinkach; Walerian Monsiorski, redaktor naczelny owego pisma, stary kawaler, adorator pani Jadwigi; Emma – opiekunka dzieci; uderzający do niej w konkury pruski kapitan Schulte; panna Izabela, nauczycielka z pensji dla dziewcząt i wielu, wielu innych.
To chyba jeden z wielu plusów powieści Białasa, ta mnogość niezwykle fascynujących postaci, postaci tak barwnych, że wiele razy aż otwierałam oczy ze zdziwienia.
Kolejnym plusem jest tak umiejętne prowadzenie akcji, że mimo naprawdę sporej ilości wątków, nic nam się nie myli, nie się nagle nie urywa, wszystko jest sprawnie doprowadzone do końca.
Do tego charakterystyczny dla Śląska początku XX w. misz masz kulturowy, związane z tym obyczaje i ich opisy, gwara i różnorakie perypetie. Wszystko doprawione niebanalnym poczuciem humoru, szczyptą erotyzmu i mamy świetną lekturę.
Wszystkie w/w elementy przewijają nam się w treści całej książki i stanowią o fantastycznym i niespotykanym u innych autorów klimacie powieści. Bo Korzeniec moi drodzy to powieść, nie stricte kryminał. Owszem mamy przecież trupa i to bezgłowego, tytułowego Korzeńca, jest prowadzone w tym kierunku śledztwo, ale jest też ono sprawą marginalną. Główną osią powieści są ludzie, ich historie, perypetie obecne i te z przeszłości oraz cała kulturowo-obyczajowa otoczka, która się z nimi wiąże. Do tego niesamowite wprost poczucie humoru, jakim autor nas raczy, wielokrotnie w trakcie lektury śmiałam się do łez.
Czyli śmierć biednego pana Korzeńca stała się dla autora książki pretekstem do przedstawienia historii Sosnowca, obyczajów, gwary, kultury. Sosnowiec w osobie Zbigniewa Białas znalazł wierzcie mi, niebanalnego kronikarza i propagatora tego miejsca. Moim zdaniem doskonały pomysł.
Nic dziwnego, że Korzeniec odniósł wielki sukces zarówno literacki, jak i teatralny.
W styczniu 2012r. ukazał się pierwszy historyczno-topograficzny przewodnik po Sosnowcu śladami bohaterów powieści.
Książka została uznana za:
Najlepszą książkę na jesień (edycja 2011) w plebiscycie zorganizowanym przez największy polski wortal literacki granice.pl. Wybór internautów w kategorii "proza polska";
Najlepszą Książkę Roku 2011 w plebiscycie organizowanym przez granice.pl. Wybór internautów w kategorii "proza polska
Korzeniec uzyskał także :
Nominację do nagrody "Historia zebrana" (edycja 2011) w konkursie organizowanym przez wortal historyczny histmag.org. Jedyny utwór beletrystyczny, który uzyskał nominację
Nominację do Nagrody Literackiej Srebrny Kałamarz 2011 przyznawanej przez Fundację im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.
Spektakl będący adaptacją powieści został wystawiony w ramach obchodów 115-lecia Teatru i 110-lecia miasta przez Teatr Zagłębia w Sosnowcu. Na ostatnim Festiwalu Dramaturgii Współczesnej Rzeczywistość przedstawiona, nagrodę główną festiwalu otrzymał Remigiusz Brzyk za reżyserię Korzeńca. Jury doceniło także Marię Bieńkowską, która otrzymała nagrodę aktorską, za rolę Jadwigi w tym spektaklu.
Marzy mi się, żeby dobry reżyser pokusił się o nakręcenie serialu na podstawie Korzeńca.
Gorąco zachęcam was do lektury. Książkę czyta się błyskawicznie, tak jak wspomniałam na wstępie - od lektury nie sposób się oderwać. W Korzeńcu każdy znajdzie coś dla siebie.
W trakcie lektury na pewno będziecie się doskonale bawić, wiele się dowiecie i niewymownie zadziwicie, jak doskonałe powieści piszą polscy autorzy. Ja ubawiłam się setnie, jak to onegdaj mawiano.
W sieci znalazlam takie informacje o autorze:
Pochodzący z Sosnowca autor "Korzeńca" Zbigniew Białas jest anglistą, profesorem nauk humanistycznych, prozaikiem i tłumaczem. Autor wyjaśnia, że inspiracją do napisania powieści był odkryty przez przypadek kafelek umieszczony w posadzce sosnowieckiego domu. "Szedłem ulicą Żytnią w Sosnowcu i ujrzałem drzwi otwarte w jednej z kamienic. Wtedy zobaczyłem kafelek z napisem: "A.Korzeniec, Sosnowice". Zastanowiło mnie, dlaczego "Sosnowice". Sięgnąłem więc do starszych opracowań i okazało się, że tak nazywał się wcześniej Sosnowiec. Po I wojnie światowej funkcjonowały dwie nazwy i mieszkańcy nie wiedzieli, którą wybrać, dlatego Polska Akademia Nauk musiała się w tej sprawie wypowiedzieć" - powiedział PAP Białas.Kamienica, w której Białas odkrył kafelek, stała się - jak to ujął autor książki - "miejscem kultowym". Jak dotąd udało się m.in. ustalić, że "A.Korzeniec" to nazwisko producenta. "Kafelek jest pod ochroną mieszkańców kamienicy, którzy na noc zamykają sień. Mam nadzieję, że stamtąd nie zniknie, a może kiedyś trafi do muzeum" - dodał autor nagrodzonej książki.W przygotowaniu jest już druga część kronik. Będzie rozgrywać się również w ciągu jednego roku, tym razem od 11 listopada 1918 r. do daty ślubu aktorki Poli Negri z hrabią Eugeniuszem Dąmbskim z Sosnowca. Ślub odbył się 5 listopada 1919 r. Małżeństwo przetrwało rok.
Recenzja na świeżo, właśnie przed chwilą skończyłam czytać książkę, nie mogłam się od niej oderwać.
Wiem, że kilka osób było ciekawych Korzeńca, więc szybciutko piszę...
Akcja książki rozpoczyna się tuż przed I wojną światową w Sosnowcu. Miasto w Korzeńcu to (jak pisze sam autor) miejsce dudniących pociągów, bitych tysiącami świń na zapleczu targowicy, walcowni, z której dochodzi łomot jak z piekła, rozbrzmiewającego ptasimi trelami parku Sieleckiego, drewnianych domków kwartału żydowskiego, gwarnego hotelu Victoria.
W momencie rozpoczęcia opowieści, Sosnowiec, przez niektórych zwany wciąż Sosnowicami, jest 100-tysięcznym miastem imperium carskiego, położonym tuż przy granicy z Prusami i Austro-Węgrami, założonym zaledwie jedenaście lat wcześniej na hałdzie i nasypie, co bynajmniej splendoru mu nie nadawało (jak pisze Białas).
Głównym bohaterem jest pan A.(skrót od Alojzy) Korzeniec glazurnik co się zowie (znakiem szczególnym wszystkich dzieł Korzeńca był malutki kafelek, zawsze układany jako ostatni, z napisem A. Korzeniec u góry, Sosnowice - na dole). Tytułowy bohater niezwykle szybko nas cieleśnie opuszcza, ponieważ w dn. 29.06.1913r. zostaje znaleziony w formie ciała pozbawionego głowy na kolejowym nasypie, o którym wspomniałam wyżej.
Prym od tego momentu w powieści zaczynają wieść: wdowa po glazurniku, pani Jadwiga, pisująca pod pseudonimem Klandestyny Bizukont do lokalnego czasopisma łzawe powieści w odcinkach; Walerian Monsiorski, redaktor naczelny owego pisma, stary kawaler, adorator pani Jadwigi; Emma – opiekunka dzieci; uderzający do niej w konkury pruski kapitan Schulte; panna Izabela, nauczycielka z pensji dla dziewcząt i wielu, wielu innych.
To chyba jeden z wielu plusów powieści Białasa, ta mnogość niezwykle fascynujących postaci, postaci tak barwnych, że wiele razy aż otwierałam oczy ze zdziwienia.
Kolejnym plusem jest tak umiejętne prowadzenie akcji, że mimo naprawdę sporej ilości wątków, nic nam się nie myli, nie się nagle nie urywa, wszystko jest sprawnie doprowadzone do końca.
Do tego charakterystyczny dla Śląska początku XX w. misz masz kulturowy, związane z tym obyczaje i ich opisy, gwara i różnorakie perypetie. Wszystko doprawione niebanalnym poczuciem humoru, szczyptą erotyzmu i mamy świetną lekturę.
Wszystkie w/w elementy przewijają nam się w treści całej książki i stanowią o fantastycznym i niespotykanym u innych autorów klimacie powieści. Bo Korzeniec moi drodzy to powieść, nie stricte kryminał. Owszem mamy przecież trupa i to bezgłowego, tytułowego Korzeńca, jest prowadzone w tym kierunku śledztwo, ale jest też ono sprawą marginalną. Główną osią powieści są ludzie, ich historie, perypetie obecne i te z przeszłości oraz cała kulturowo-obyczajowa otoczka, która się z nimi wiąże. Do tego niesamowite wprost poczucie humoru, jakim autor nas raczy, wielokrotnie w trakcie lektury śmiałam się do łez.
Czyli śmierć biednego pana Korzeńca stała się dla autora książki pretekstem do przedstawienia historii Sosnowca, obyczajów, gwary, kultury. Sosnowiec w osobie Zbigniewa Białas znalazł wierzcie mi, niebanalnego kronikarza i propagatora tego miejsca. Moim zdaniem doskonały pomysł.
Nic dziwnego, że Korzeniec odniósł wielki sukces zarówno literacki, jak i teatralny.
W styczniu 2012r. ukazał się pierwszy historyczno-topograficzny przewodnik po Sosnowcu śladami bohaterów powieści.
Książka została uznana za:
Najlepszą książkę na jesień (edycja 2011) w plebiscycie zorganizowanym przez największy polski wortal literacki granice.pl. Wybór internautów w kategorii "proza polska";
Najlepszą Książkę Roku 2011 w plebiscycie organizowanym przez granice.pl. Wybór internautów w kategorii "proza polska
Korzeniec uzyskał także :
Nominację do nagrody "Historia zebrana" (edycja 2011) w konkursie organizowanym przez wortal historyczny histmag.org. Jedyny utwór beletrystyczny, który uzyskał nominację
Nominację do Nagrody Literackiej Srebrny Kałamarz 2011 przyznawanej przez Fundację im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.
Spektakl będący adaptacją powieści został wystawiony w ramach obchodów 115-lecia Teatru i 110-lecia miasta przez Teatr Zagłębia w Sosnowcu. Na ostatnim Festiwalu Dramaturgii Współczesnej Rzeczywistość przedstawiona, nagrodę główną festiwalu otrzymał Remigiusz Brzyk za reżyserię Korzeńca. Jury doceniło także Marię Bieńkowską, która otrzymała nagrodę aktorską, za rolę Jadwigi w tym spektaklu.
Marzy mi się, żeby dobry reżyser pokusił się o nakręcenie serialu na podstawie Korzeńca.
Gorąco zachęcam was do lektury. Książkę czyta się błyskawicznie, tak jak wspomniałam na wstępie - od lektury nie sposób się oderwać. W Korzeńcu każdy znajdzie coś dla siebie.
W trakcie lektury na pewno będziecie się doskonale bawić, wiele się dowiecie i niewymownie zadziwicie, jak doskonałe powieści piszą polscy autorzy. Ja ubawiłam się setnie, jak to onegdaj mawiano.
W sieci znalazlam takie informacje o autorze:
Pochodzący z Sosnowca autor "Korzeńca" Zbigniew Białas jest anglistą, profesorem nauk humanistycznych, prozaikiem i tłumaczem. Autor wyjaśnia, że inspiracją do napisania powieści był odkryty przez przypadek kafelek umieszczony w posadzce sosnowieckiego domu. "Szedłem ulicą Żytnią w Sosnowcu i ujrzałem drzwi otwarte w jednej z kamienic. Wtedy zobaczyłem kafelek z napisem: "A.Korzeniec, Sosnowice". Zastanowiło mnie, dlaczego "Sosnowice". Sięgnąłem więc do starszych opracowań i okazało się, że tak nazywał się wcześniej Sosnowiec. Po I wojnie światowej funkcjonowały dwie nazwy i mieszkańcy nie wiedzieli, którą wybrać, dlatego Polska Akademia Nauk musiała się w tej sprawie wypowiedzieć" - powiedział PAP Białas.Kamienica, w której Białas odkrył kafelek, stała się - jak to ujął autor książki - "miejscem kultowym". Jak dotąd udało się m.in. ustalić, że "A.Korzeniec" to nazwisko producenta. "Kafelek jest pod ochroną mieszkańców kamienicy, którzy na noc zamykają sień. Mam nadzieję, że stamtąd nie zniknie, a może kiedyś trafi do muzeum" - dodał autor nagrodzonej książki.W przygotowaniu jest już druga część kronik. Będzie rozgrywać się również w ciągu jednego roku, tym razem od 11 listopada 1918 r. do daty ślubu aktorki Poli Negri z hrabią Eugeniuszem Dąmbskim z Sosnowca. Ślub odbył się 5 listopada 1919 r. Małżeństwo przetrwało rok.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


