Wydawnictwo Marginesy, ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
Główny bohater, Lale Sokołow, słowacki Żyd trafił do Auschwitz w 1942 roku mając 26 lat. Jego zadaniem było tatuowanie numerów na przedramionach przybywających do obozu więźniów. Byli to ci szczęśliwcy, których nie wysłano do komory gazowej, przynajmniej od razu.
Niniejsza książka przybliża jego losy, a także historię niezwykłej, naznaczonej mrokiem dziejów i śmierci miłości.
Autorka książki Heather Morris, przez trzy lata nagrywała historię mężczyzny. A historia ta jest poruszająca i niezwykła. Opisów wojennych losów ludzi różnej narodowości, różnego wyznania jest ogromna ilość. Nigdy się na nie nie uodpornimy, zawsze będą poruszać, ale trudno wśród nich znaleźć wyjątkową, unikalna historię człowieka, pojedynczej jednostki. Historia Sokołowa bez wątpienia jest taką unikalna historią.
To czego bohater doświadczył w Auschwitz, to do czego go zmuszono, wywarło na nim na zawsze niezatarte piętno. Nie potrafił, nie chciał o tym mówić. Powodów było wiele, głównym jednak był fakt, iż Lale był przekonany, że inni będą go uważać za współsprawcę zagłady, aktywnego współpracownika machiny śmierci, kolaboranta mimo, iż sam siebie za takowego nie uważał. Zrobił po prostu to co musiał żeby przeżyć.
Wykonując swoją pracę tatuatora miał z tego tytułu wiele profitów. Owe bonusy były w piekle Auschwitz bezcenne. Miał lepsze warunki bytowe niż pozostali więźniowie. Jadł w budynku administracyjnym, dostawał dodatkowe porcje żywności. Miał także osobny pokój, pozwalano mu na odpoczynek.
Dopiero po śmierci żony Gity ujawnił swoją mroczną i tragiczną historię.
To tylko część tej niezwykłej historii. pozostałą poznacie z lektury tej wyjątkowej i poruszającej książki. Jednak ostrzegam, książka jest wyjątkowo przepełniona dramatem, okrucieństwem, tragizmem. Odebrałem ją wyjątkowo emocjonalnie i jestem przekonany, że na zawsze we mnie zostanie. Uczucia, przeżycia bohatera, to jak reagował, albo jak raczej nie reagował na wiele spraw, dlaczego tak się zachowywał, to co go wyjątkowo poruszyło, jak masakra jednej nocy, gdy do komór gazowych zagoniono 4,5 tys. Cyganów, coś niewyobrażalnego. I to wszystko w zestawieniu z uczuciem miłości.
Mimo trudnego tematu (a może właśnie z tego powodu) zachęcam do lektury.Jednak zaznaczam, jest to książka, którą wielu odbierze inaczej, ba każdy może odebrać inaczej. Wszystko zależy od nas na co bardziej zwrócimy w trakcie lektury uwagę.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą holokaust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą holokaust. Pokaż wszystkie posty
sobota, 23 czerwca 2018
środa, 5 lipca 2017
Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet - Sarah Helm
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 6/6
Podczytywałam tę książkę od kilku tygodni, fragmentami, nie da się czytać dłużej niż pół godziny dziennie, co kilka dni. Ja po prostu nie dałam rady.
Konzentrationslager Ravensbrück to był obóz koncentracyjny tylko dla kobiet, miejsce kaźni i zagłady. Wśród więźniarek było wiele dzieci. Budowę obozu rozpoczęto z rozkazu Himmlera w 1938 roku. Początkowe założenia budownicze zakładały 15 000 więźniarek, obóz jednak był wielokrotnie powiększany.
W latach 1942-1944 w KL Ravensbrück przeprowadzano zbrodnicze doświadczenia pseudomedyczne na więźniarkach – w większości młodych Polkach. Operacjom kostnym i mięśniowym poddano 86 więźniarek, w tym 74 Polki, przy czym wiele z tych, które przeżyły, zostało kalekami.
Od 1942 roku kobiety wycieńczone i niezdolne do pracy uśmiercano w pobliskich komorach gazowych oraz zastrzykami dosercowymi fenolu. Pod koniec roku 1944 została oddana do użytku w samym obozie komora gazowa, w której uśmiercono 5 do 6 tys. osób.
Książka Sarah Helm opowiada o zbrodniach popełnionych w obozie, ale są one jakby tłem (jeżeli tak można napisać) do ukazania czegoś co podziwiam nade wszystko. Chodzi o walkę, heroizm, wyjątkową, wręcz nadludzką chęć życia, wytrwania za wszelką cenę, a przy tym często przyjaźni w obliczu obozowego piekła.
Czytałam o tych biednych kobietach, o tych, które przeżyły i o tych, którym to nie było dane. Poznałam ich losy, to co im zrobiono i to jak one się zachowywały i jestem w szoku.
To, że szokują zbrodnie popełnione na tych niewinnych istotach, to oczywiste.
Równie szokujące (choć w pozytywnym tego słowa znaczeniu) jest to, jakim cudem tak wielu kobietom udało się wytrwać, jak w tym piekle udało im się walczyć i pozostać człowiekiem, istota godna tego miana. W większości tych kobiet nigdy nie zanikły odruchy solidarności z innymi więźniarkami. Wiele z nich na ile mogło pomagało sobie nawzajem, próbowało stworzyć namiastkę normalności, życia za obozowymi drutami.
Z moje strony przeogromny podziw i szacunek dla tych kobiet.
Książka jest wielka, dosłownie (bo gruba, potężna) i w przenośni (bo potrzebna). Co istotne, Helm nie bazuje na współczuciu czytelnika, nie o to jej chodzi. Kobiety z Ravensbrück...nie potrzebują otoczki egzaltowanego współczucia dla bohaterek. Ta książka broni się sama.
Jej treść książki to przeplatające się, doskonale opracowane dokumenty, materiały źródłowe oraz wspomnienia więźniarek, którym udało się ocaleć.
Cokolwiek bym nie napisała o tej książce, o jej treści nie odda tego co czuję. Mogę tylko was nie tyle zachęcić do lektury, co napisać, że to nasz obowiązek wobec ofiar. Musimy pamiętać zarówno o tych kobietach, które tam zamęczono, o tych które ocalały, jak i o tym, czym grozi pójście o krok za daleko. Wszystko, nawet faszyzm, jego zbrodnie zaczynało się zwyczajnie. Pamiętajmy o tym szczególnie w tak trudnym czasie, w jakim żyjemy.
Podczytywałam tę książkę od kilku tygodni, fragmentami, nie da się czytać dłużej niż pół godziny dziennie, co kilka dni. Ja po prostu nie dałam rady.
Konzentrationslager Ravensbrück to był obóz koncentracyjny tylko dla kobiet, miejsce kaźni i zagłady. Wśród więźniarek było wiele dzieci. Budowę obozu rozpoczęto z rozkazu Himmlera w 1938 roku. Początkowe założenia budownicze zakładały 15 000 więźniarek, obóz jednak był wielokrotnie powiększany.
W latach 1942-1944 w KL Ravensbrück przeprowadzano zbrodnicze doświadczenia pseudomedyczne na więźniarkach – w większości młodych Polkach. Operacjom kostnym i mięśniowym poddano 86 więźniarek, w tym 74 Polki, przy czym wiele z tych, które przeżyły, zostało kalekami.
Od 1942 roku kobiety wycieńczone i niezdolne do pracy uśmiercano w pobliskich komorach gazowych oraz zastrzykami dosercowymi fenolu. Pod koniec roku 1944 została oddana do użytku w samym obozie komora gazowa, w której uśmiercono 5 do 6 tys. osób.
Książka Sarah Helm opowiada o zbrodniach popełnionych w obozie, ale są one jakby tłem (jeżeli tak można napisać) do ukazania czegoś co podziwiam nade wszystko. Chodzi o walkę, heroizm, wyjątkową, wręcz nadludzką chęć życia, wytrwania za wszelką cenę, a przy tym często przyjaźni w obliczu obozowego piekła.
Czytałam o tych biednych kobietach, o tych, które przeżyły i o tych, którym to nie było dane. Poznałam ich losy, to co im zrobiono i to jak one się zachowywały i jestem w szoku.
To, że szokują zbrodnie popełnione na tych niewinnych istotach, to oczywiste.
Równie szokujące (choć w pozytywnym tego słowa znaczeniu) jest to, jakim cudem tak wielu kobietom udało się wytrwać, jak w tym piekle udało im się walczyć i pozostać człowiekiem, istota godna tego miana. W większości tych kobiet nigdy nie zanikły odruchy solidarności z innymi więźniarkami. Wiele z nich na ile mogło pomagało sobie nawzajem, próbowało stworzyć namiastkę normalności, życia za obozowymi drutami.
Z moje strony przeogromny podziw i szacunek dla tych kobiet.
Książka jest wielka, dosłownie (bo gruba, potężna) i w przenośni (bo potrzebna). Co istotne, Helm nie bazuje na współczuciu czytelnika, nie o to jej chodzi. Kobiety z Ravensbrück...nie potrzebują otoczki egzaltowanego współczucia dla bohaterek. Ta książka broni się sama.
Jej treść książki to przeplatające się, doskonale opracowane dokumenty, materiały źródłowe oraz wspomnienia więźniarek, którym udało się ocaleć.
Cokolwiek bym nie napisała o tej książce, o jej treści nie odda tego co czuję. Mogę tylko was nie tyle zachęcić do lektury, co napisać, że to nasz obowiązek wobec ofiar. Musimy pamiętać zarówno o tych kobietach, które tam zamęczono, o tych które ocalały, jak i o tym, czym grozi pójście o krok za daleko. Wszystko, nawet faszyzm, jego zbrodnie zaczynało się zwyczajnie. Pamiętajmy o tym szczególnie w tak trudnym czasie, w jakim żyjemy.
środa, 6 maja 2015
Dziennik - Dawid Sierakowiak
Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 6/6
W końcu zmobilizowałam się i napiszę kilka słów o książce. Dopiero teraz, chociaż czytać ją skończyłam kilka dni temu.
Jest to książka średniej grubości, ale ogromnie ważna. Niesie w sobie zarówno niezwykle ważny dokument historyczny, jak i ogromny ładunek emocjonalny. Podczytywałam ją fragmentami przez ostatnie 2 tygodnie.
Pozycja ta to po raz pierwszy w Polsce wydane zeszyty żydowskiego nastolatka, urodzonego w 1924 roku syna ubogiego stolarza, Dawida Sierakowiaka.
Dla mnie to podwójnie ważna lektura z racji tego, iż jej autor opowiada m.in. o pobycie w łódzkim getcie, o miejscach, których dziś na mapie Łodzi już nie znajdziemy (jak np. żydowski cmentarz przy ul. Wesołej), a także o tych, które pełnią zupełnie inną funkcję. Sporo w książce opisów rzeczywistości z Litzmannstadt Getto, sporo wspomnień o dyskusyjnym nadal Chaimie Rumkowskim, o wywózce łódzkich Żydów do Auschwitz, o wielu innych rzeczach dot. okupowanej Łodzi. Mnie, jako rodowitą łodziankę takie zapiski, wspomnienia tym bardziej interesują i mimo grozy ich wymowy fascynują.
Dzienniki, które mamy okazję dzięki Wydawnictwu Marginesy poznać, nie są zapewne całością notatek Dawida, lecz tylko tyle udało się zgromadzić, tylko tyle (albo aż tyle) ocalało z wojennej pożogi. Dwa zeszyty na piecu w swoim bałuckim mieszkaniu znalazł po wojnie wysiedlony przez hitlerowców Wacław Szkudlarek. Trzy pozostałe zeszyty odnalazł i kupił w 1967 roku dziennikarz Konrad Turowski. Wersję przygotowaną wespół z prof. Lucjanem Dobroszyckim, który także przeżył piekło łódzkiego getta, w końcu lat 60. XX wieku zablokowała cenzura władz PRL.
Obecnie za sprawą Wydawnictwa Marginesy możemy poznać to niesamowite świadectwo ludzkiego okrucieństwa, ale i wielkiej siły, nadziei, rozpaczy pomieszanej z drobnymi chwilami szczęścia. To także zmieniające się spojrzenie na świat nad wyraz dojrzałego jak na swój wiek nastolatka.
Pamiętniki Dawida Sierakowiaka bywają porównywane z zapiskami szerzej znanymi w świecie, których autorką jest Anna Frank. Jednak moim zdaniem to błąd. Co prawda jedne i drugie dotyczą żydowskiej, ogólnoludzkiej gehenny z okresu wojny. Jednak zapiski Sierakowiaka poruszyły mnie bardziej. I nie chodzi tu tylko o fakt, iż dotyczą one Polski, czy mojej rodzinnej Łodzi. Chodzi tu bardziej o kwestię stylu pisania. Frank pisze bardziej..hmm..jak to określić... literacko, odrobinę zbyt może nie patetycznie, ale coś w tym stylu.
Sierakowiak z kolei pisze jak dziecko, prosto, normalnie, od serca. I ten sposób pisania zmienia się z kolejnymi stronami. Podobnie zmienia się jego spojrzenie na otaczającą go rzeczywistość zmienia się podejście do tego co ważne, zmienia się po prostu wszystko. Zmienia się także sam Dawid ewoluując od odrobinę naiwnego, infantylnego nastolatka do człowieka, którym nie powinien być nigdy i w żadnej sytuacji żaden nastolatek.
Pierwsze zapiski w zeszytach poczynione zostały w czerwcu 1939 roku. Gdy 30 kwietnia 1940 roku hitlerowcy zamknęli getto Dawid wraz z rodzicami i siostrą Natalią znalazł się w grupie 140,000 jego mieszkańców. Zamieszkali przy ulicy Spacerowej 5/7 m. 11 (budynek zachował się do dziś).
Ostatnie zapiski pochodzą z dnia 15 kwietnia 1943 roku, gdy ten młody człowiek cieszy się, iż dostał pracę w piekarni i w końcu naje się do syta. Niestety, umiera w sierpniu tego samego roku.
Dziennik wymyka się moim zdaniem jakiejkolwiek ocenie. Jest to lektura ważna, potrzebna, taka po którą powinien sięgnąć każdy. Jeżeli uważacie, że w waszym życiu jest coś nie tak, przeczytajcie choć fragment zapisków Dawida Sierakowiaka. Gwarantuję cios jak obuchem w głowę i przewartościowanie wszystkiego.
Ile ja się napłakałam w trakcie lektury, to chyba nie muszę wspominać.
W końcu zmobilizowałam się i napiszę kilka słów o książce. Dopiero teraz, chociaż czytać ją skończyłam kilka dni temu.
Jest to książka średniej grubości, ale ogromnie ważna. Niesie w sobie zarówno niezwykle ważny dokument historyczny, jak i ogromny ładunek emocjonalny. Podczytywałam ją fragmentami przez ostatnie 2 tygodnie.
Pozycja ta to po raz pierwszy w Polsce wydane zeszyty żydowskiego nastolatka, urodzonego w 1924 roku syna ubogiego stolarza, Dawida Sierakowiaka.
Dla mnie to podwójnie ważna lektura z racji tego, iż jej autor opowiada m.in. o pobycie w łódzkim getcie, o miejscach, których dziś na mapie Łodzi już nie znajdziemy (jak np. żydowski cmentarz przy ul. Wesołej), a także o tych, które pełnią zupełnie inną funkcję. Sporo w książce opisów rzeczywistości z Litzmannstadt Getto, sporo wspomnień o dyskusyjnym nadal Chaimie Rumkowskim, o wywózce łódzkich Żydów do Auschwitz, o wielu innych rzeczach dot. okupowanej Łodzi. Mnie, jako rodowitą łodziankę takie zapiski, wspomnienia tym bardziej interesują i mimo grozy ich wymowy fascynują.
Dzienniki, które mamy okazję dzięki Wydawnictwu Marginesy poznać, nie są zapewne całością notatek Dawida, lecz tylko tyle udało się zgromadzić, tylko tyle (albo aż tyle) ocalało z wojennej pożogi. Dwa zeszyty na piecu w swoim bałuckim mieszkaniu znalazł po wojnie wysiedlony przez hitlerowców Wacław Szkudlarek. Trzy pozostałe zeszyty odnalazł i kupił w 1967 roku dziennikarz Konrad Turowski. Wersję przygotowaną wespół z prof. Lucjanem Dobroszyckim, który także przeżył piekło łódzkiego getta, w końcu lat 60. XX wieku zablokowała cenzura władz PRL.
Obecnie za sprawą Wydawnictwa Marginesy możemy poznać to niesamowite świadectwo ludzkiego okrucieństwa, ale i wielkiej siły, nadziei, rozpaczy pomieszanej z drobnymi chwilami szczęścia. To także zmieniające się spojrzenie na świat nad wyraz dojrzałego jak na swój wiek nastolatka.
Pamiętniki Dawida Sierakowiaka bywają porównywane z zapiskami szerzej znanymi w świecie, których autorką jest Anna Frank. Jednak moim zdaniem to błąd. Co prawda jedne i drugie dotyczą żydowskiej, ogólnoludzkiej gehenny z okresu wojny. Jednak zapiski Sierakowiaka poruszyły mnie bardziej. I nie chodzi tu tylko o fakt, iż dotyczą one Polski, czy mojej rodzinnej Łodzi. Chodzi tu bardziej o kwestię stylu pisania. Frank pisze bardziej..hmm..jak to określić... literacko, odrobinę zbyt może nie patetycznie, ale coś w tym stylu.
Sierakowiak z kolei pisze jak dziecko, prosto, normalnie, od serca. I ten sposób pisania zmienia się z kolejnymi stronami. Podobnie zmienia się jego spojrzenie na otaczającą go rzeczywistość zmienia się podejście do tego co ważne, zmienia się po prostu wszystko. Zmienia się także sam Dawid ewoluując od odrobinę naiwnego, infantylnego nastolatka do człowieka, którym nie powinien być nigdy i w żadnej sytuacji żaden nastolatek.
Pierwsze zapiski w zeszytach poczynione zostały w czerwcu 1939 roku. Gdy 30 kwietnia 1940 roku hitlerowcy zamknęli getto Dawid wraz z rodzicami i siostrą Natalią znalazł się w grupie 140,000 jego mieszkańców. Zamieszkali przy ulicy Spacerowej 5/7 m. 11 (budynek zachował się do dziś).
Ostatnie zapiski pochodzą z dnia 15 kwietnia 1943 roku, gdy ten młody człowiek cieszy się, iż dostał pracę w piekarni i w końcu naje się do syta. Niestety, umiera w sierpniu tego samego roku.
Dziennik wymyka się moim zdaniem jakiejkolwiek ocenie. Jest to lektura ważna, potrzebna, taka po którą powinien sięgnąć każdy. Jeżeli uważacie, że w waszym życiu jest coś nie tak, przeczytajcie choć fragment zapisków Dawida Sierakowiaka. Gwarantuję cios jak obuchem w głowę i przewartościowanie wszystkiego.
Ile ja się napłakałam w trakcie lektury, to chyba nie muszę wspominać.
poniedziałek, 24 listopada 2014
Kiedyś byliśmy braćmi
Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 5,5/6
Akcja rozpoczyna się pewnego dnia we wrześniu 2004 roku w Chicago, gdy nieznany nikomu starszy męźczyzna Ben Solomon oskarża znanego na cały stan milionera i filantropa Elliota Rosenzweiga, o to, iż ten w przeszłości nosił nazwisko Otto Piatek i był oficerem SS, znanym jako Rzeźnik z Zamościa. Oskarżenie poważne. Być może udałoby się je jakoś zatuszować, zamieść (jak to się mówi) pod dywan, gdyby nie fakt, iż incydent miał miejsce na poważnej gali dobroczynnej, na której było mnóstwo znanych osób, kamer telewizyjnych, a oskarżony Rosenzweig był gościem honorowym. Co kierowało niezamożnym, nikomu nieznanym starszym panem, że oskarżył o coś tak potwornego znanego polityka i dobroczyńcę? Ben Solomon ku zdziwieniu praktycznie wszystkich, idzie o krok dalej - zatrudnia adwokatkę Catherine Lockhart, żeby udowodniła Rosenzweigowi winę przed sądem. Prawniczka nie chce się początkowo mieszać w sprawę. Pracując w znanej kancelarii adwokackiej, musi mieć na względzie zdanie jej udziałowców, a ci są przeciwni prowadzeniu sprawy Solomona i oskarżaniu milionera. Z biegiem czasu Lockhart, początkowo traktująca Solomona, jako staruszka z urojeniami, wierzy, iż oskarżenia nie są wyssane z palca i wbrew wszystkim decyduje się prowadzić sprawę, oskarżyć milionera o zbrodnię ludobójstwa na polskich Żydach. Przeciwko niej stają najpotężniejsi adwokaci w stanie. Dodatkowo Rosenzweig nie szczędzi środków na zdyskredytowanie Solomona i podważenie jego słów oraz poczytalności.
Działania obu stron przeplatane są niezwykle poruszającymi fragmentami opowieści z życia Bena Solomona i Otto Piatka. W ich trakcie cofamy się w czasie i przenosimy do Zamościa połowy lat 30. XX wieku. Poznajemy rodzinę Solomonów, historię Otto Piatka, który będąc synem Niemki został prawie adoptowany przez rodzinę żydowską (bo jego własna rodzina go porzuciła), a także to, jak wstępując do SS ten sam Piatek zapewniał Solomonów, że ich nie opuści, będzie im pomagał, a w rzeczywistości skazał ich oraz tysiące innych Żydów i Polaków na śmierć. Nie bez kozery nazwano go rzeźnikiem z Zamościa.
W trakcie lektury nasuwają się trzy pytania. Przede wszystkim to, czy Ben Solomon oskarżył właściwego człowieka oraz jak ludzie mogli znieść tak wiele? Jednak tym co najbardziej mnie nurtowało było i jest pytanie - jak człowiek pod wpływem pewnych okoliczności z normalnej, empatycznej, roześmianej osoby może zmienić się w zaciekłego wroga, kata, rzeźnika? Jakim cudem za garść srebrników (bo tak należy oceniać zaprzedanie siebie SS) można sprzedać najbliższych? I nie chodzi tu o fakt, iż Otto Piatek nie miał wyboru. On akurat miał wybór. I to jest w tym wszystkim chyba najgorsze.
O holokauście czytałam wiele, zapewne jeszcze wiele przeczytam. Za każdym razem jestem wstrząśnięta. W okresie II wojny światowej ludzie przeżyli dramat. Każda opowieść mimo, iż bardzo zbliżona do poprzednich, traktowana jest przeze mnie indywidualnie, jako losy kolejnego człowieka, kolejnej rodziny. Nie inaczej jest z historią Solomonów. Jej siłą jest przede wszystkim realizm historyczny. Autorowi udało się napisać historię niezwykle realistycznie, umieścić ją w dokładnym kontekście historycznym, bazując na wspomnieniach osób, które przeżyły Holokaust oraz na materiałach historycznych.
Po zakończeniu lektury długo zastanawiałam się o co tak na prawdę Benowi Solomonowi chodziło. Bo przecież nie o zemstę. Trudno mścić się po upływie 60 lat. Sprawiedliwość, kara? Też nie. Bo jaka może być sprawiedliwość czy kara za to, iż przyjaciel, prawie brat odwrócił się i zamordował na naszych oczach najbliższe nam osoby.
Zostało jedno - prawda. I to jest chyba to. Prawda jest najważniejsza, czasami warta najwyższej ofiary.
Książka napisana jest doskonale i od jej lektury trudno się oderwać. Mimo, iż jest to historia fikcyjna, to jej umiejscowienie w historycznych realiach, doskonałe oddanie klimatu, palety uczuć, sprawiają, iż czyni to całość niezwykle prawdziwą, realistyczną.
Gorąco zachęcam do lektury i czekam niecierpliwie na kolejną książkę Ronalda H. Balsona. Kiedyś byliśmy braćmi, to rewelacyjny debiut chicagowskiego adwokata. Oby tak dalej.
Akcja rozpoczyna się pewnego dnia we wrześniu 2004 roku w Chicago, gdy nieznany nikomu starszy męźczyzna Ben Solomon oskarża znanego na cały stan milionera i filantropa Elliota Rosenzweiga, o to, iż ten w przeszłości nosił nazwisko Otto Piatek i był oficerem SS, znanym jako Rzeźnik z Zamościa. Oskarżenie poważne. Być może udałoby się je jakoś zatuszować, zamieść (jak to się mówi) pod dywan, gdyby nie fakt, iż incydent miał miejsce na poważnej gali dobroczynnej, na której było mnóstwo znanych osób, kamer telewizyjnych, a oskarżony Rosenzweig był gościem honorowym. Co kierowało niezamożnym, nikomu nieznanym starszym panem, że oskarżył o coś tak potwornego znanego polityka i dobroczyńcę? Ben Solomon ku zdziwieniu praktycznie wszystkich, idzie o krok dalej - zatrudnia adwokatkę Catherine Lockhart, żeby udowodniła Rosenzweigowi winę przed sądem. Prawniczka nie chce się początkowo mieszać w sprawę. Pracując w znanej kancelarii adwokackiej, musi mieć na względzie zdanie jej udziałowców, a ci są przeciwni prowadzeniu sprawy Solomona i oskarżaniu milionera. Z biegiem czasu Lockhart, początkowo traktująca Solomona, jako staruszka z urojeniami, wierzy, iż oskarżenia nie są wyssane z palca i wbrew wszystkim decyduje się prowadzić sprawę, oskarżyć milionera o zbrodnię ludobójstwa na polskich Żydach. Przeciwko niej stają najpotężniejsi adwokaci w stanie. Dodatkowo Rosenzweig nie szczędzi środków na zdyskredytowanie Solomona i podważenie jego słów oraz poczytalności.
Działania obu stron przeplatane są niezwykle poruszającymi fragmentami opowieści z życia Bena Solomona i Otto Piatka. W ich trakcie cofamy się w czasie i przenosimy do Zamościa połowy lat 30. XX wieku. Poznajemy rodzinę Solomonów, historię Otto Piatka, który będąc synem Niemki został prawie adoptowany przez rodzinę żydowską (bo jego własna rodzina go porzuciła), a także to, jak wstępując do SS ten sam Piatek zapewniał Solomonów, że ich nie opuści, będzie im pomagał, a w rzeczywistości skazał ich oraz tysiące innych Żydów i Polaków na śmierć. Nie bez kozery nazwano go rzeźnikiem z Zamościa.
W trakcie lektury nasuwają się trzy pytania. Przede wszystkim to, czy Ben Solomon oskarżył właściwego człowieka oraz jak ludzie mogli znieść tak wiele? Jednak tym co najbardziej mnie nurtowało było i jest pytanie - jak człowiek pod wpływem pewnych okoliczności z normalnej, empatycznej, roześmianej osoby może zmienić się w zaciekłego wroga, kata, rzeźnika? Jakim cudem za garść srebrników (bo tak należy oceniać zaprzedanie siebie SS) można sprzedać najbliższych? I nie chodzi tu o fakt, iż Otto Piatek nie miał wyboru. On akurat miał wybór. I to jest w tym wszystkim chyba najgorsze.
O holokauście czytałam wiele, zapewne jeszcze wiele przeczytam. Za każdym razem jestem wstrząśnięta. W okresie II wojny światowej ludzie przeżyli dramat. Każda opowieść mimo, iż bardzo zbliżona do poprzednich, traktowana jest przeze mnie indywidualnie, jako losy kolejnego człowieka, kolejnej rodziny. Nie inaczej jest z historią Solomonów. Jej siłą jest przede wszystkim realizm historyczny. Autorowi udało się napisać historię niezwykle realistycznie, umieścić ją w dokładnym kontekście historycznym, bazując na wspomnieniach osób, które przeżyły Holokaust oraz na materiałach historycznych.
Po zakończeniu lektury długo zastanawiałam się o co tak na prawdę Benowi Solomonowi chodziło. Bo przecież nie o zemstę. Trudno mścić się po upływie 60 lat. Sprawiedliwość, kara? Też nie. Bo jaka może być sprawiedliwość czy kara za to, iż przyjaciel, prawie brat odwrócił się i zamordował na naszych oczach najbliższe nam osoby.
Zostało jedno - prawda. I to jest chyba to. Prawda jest najważniejsza, czasami warta najwyższej ofiary.
Książka napisana jest doskonale i od jej lektury trudno się oderwać. Mimo, iż jest to historia fikcyjna, to jej umiejscowienie w historycznych realiach, doskonałe oddanie klimatu, palety uczuć, sprawiają, iż czyni to całość niezwykle prawdziwą, realistyczną.
Gorąco zachęcam do lektury i czekam niecierpliwie na kolejną książkę Ronalda H. Balsona. Kiedyś byliśmy braćmi, to rewelacyjny debiut chicagowskiego adwokata. Oby tak dalej.
środa, 12 listopada 2014
Sonderkommando. W piekle komór gazowych
Wydawnictwo WAB
Niezbyt gruba, bo licząca 204 strony książka, którą czytałam prawie miesiąc, a lekturę zakończyłam kilka dni temu. Powodem nie było znudzenie, a ogromnie bolesna, trudna, przerażająca treść. Autorem wspomnień jest Shlomo Venezia, Żyd, który w kwietniu 1944 roku trafił do Auschwitz Birkenau. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej mieszkał on w Grecji wierząc, iż jest w miarę (jak na tamten okres) bezpieczny. W Auschwitz Shlomo trafił do Sonderkommando. Był to specjalny oddział składający się z żydowskich więźniów. Zmuszano ich do zajmowania się wszystkim co związane było z masową eksterminacją, czyli mordowaniem innych więźniów. M.in. obsługiwali komory gazowe i krematoria, ale także pomagali się ofiarom rozebrać, wyrywali im złote zęby etc.Więźniowie pracujący w Sonderkommando byli trzymani z dala od reszty więźniów. Mogli zabierać dla swych potrzeb znalezione wśród ubrań ofiar jedzenie. W związku z tym byli dużo lepiej odżywieni od reszty więźniów. Auschwitz przeżyło zaledwie kilkudziesięciu członków oddziału Sonderkommando, wśród nich Shlomo Venezia. Pozostali będąc naocznymi świadkami zagłady, zbrodni hitlerowskich, zostali zamordowani. Autor wspomnień był przydzielony m.in. do obsługi pieca krematoryjnego.
Nie będę pisać o treści, bo po pierwsze nie da się tego opisać, po drugie każdy powinien te wspomnienia przeczytać i przeżyć sam, a poza tym o czym tu pisać. Co można napisać w notce recenzyjnej o człowieku, który zszedł na samo dno piekła, do jądra zła i ciemności? Jak można opisać jego chęć przetrwania za wszelką cenę? Są to przerażające zapiski człowieka będącego na granicy wszystkiego, co można sobie wyobrazić, człowieka bezbronnego i całkowicie zniewolonego, który był zmuszony do unicestwiania innych ludzi.
To prawda, że człowiek sam nie wie ile jest w stanie znieść. Shlomo Venezia miesiącami pomagał ofiarom wejść do komór gazowych, słuchał ich ostatnich krzyków, rozdrabniał kości, które nie spaliły się w piecu krematoryjnym. Przeżył (zmarł w 2012 roku), ale czy lata, które nastąpiły póżniej można nazwać życiem? Sięgnijcie po tę niepozorną książkę i przeczytajcie co ma do powiedzenia Shlomo Venezia. Ja po lekturze jestem w szoku, kłębi mi się w głowie tyle pytań aż trudno to wyrazić. Jednocześnie patrząc w lustro, patrząc na dzieci, czy za okno, nawet nie wyobrażacie sobie jaka jestem szczęśliwa, że jestem kim jestem i żyję takim życiem jakim żyję.
Zapiski Shlomo wymykają się jakiemukolwiek podsumowaniu i ocenie, a ich lektura powinna być obowiązkowa.
Niezbyt gruba, bo licząca 204 strony książka, którą czytałam prawie miesiąc, a lekturę zakończyłam kilka dni temu. Powodem nie było znudzenie, a ogromnie bolesna, trudna, przerażająca treść. Autorem wspomnień jest Shlomo Venezia, Żyd, który w kwietniu 1944 roku trafił do Auschwitz Birkenau. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej mieszkał on w Grecji wierząc, iż jest w miarę (jak na tamten okres) bezpieczny. W Auschwitz Shlomo trafił do Sonderkommando. Był to specjalny oddział składający się z żydowskich więźniów. Zmuszano ich do zajmowania się wszystkim co związane było z masową eksterminacją, czyli mordowaniem innych więźniów. M.in. obsługiwali komory gazowe i krematoria, ale także pomagali się ofiarom rozebrać, wyrywali im złote zęby etc.Więźniowie pracujący w Sonderkommando byli trzymani z dala od reszty więźniów. Mogli zabierać dla swych potrzeb znalezione wśród ubrań ofiar jedzenie. W związku z tym byli dużo lepiej odżywieni od reszty więźniów. Auschwitz przeżyło zaledwie kilkudziesięciu członków oddziału Sonderkommando, wśród nich Shlomo Venezia. Pozostali będąc naocznymi świadkami zagłady, zbrodni hitlerowskich, zostali zamordowani. Autor wspomnień był przydzielony m.in. do obsługi pieca krematoryjnego.
Nie będę pisać o treści, bo po pierwsze nie da się tego opisać, po drugie każdy powinien te wspomnienia przeczytać i przeżyć sam, a poza tym o czym tu pisać. Co można napisać w notce recenzyjnej o człowieku, który zszedł na samo dno piekła, do jądra zła i ciemności? Jak można opisać jego chęć przetrwania za wszelką cenę? Są to przerażające zapiski człowieka będącego na granicy wszystkiego, co można sobie wyobrazić, człowieka bezbronnego i całkowicie zniewolonego, który był zmuszony do unicestwiania innych ludzi.
To prawda, że człowiek sam nie wie ile jest w stanie znieść. Shlomo Venezia miesiącami pomagał ofiarom wejść do komór gazowych, słuchał ich ostatnich krzyków, rozdrabniał kości, które nie spaliły się w piecu krematoryjnym. Przeżył (zmarł w 2012 roku), ale czy lata, które nastąpiły póżniej można nazwać życiem? Sięgnijcie po tę niepozorną książkę i przeczytajcie co ma do powiedzenia Shlomo Venezia. Ja po lekturze jestem w szoku, kłębi mi się w głowie tyle pytań aż trudno to wyrazić. Jednocześnie patrząc w lustro, patrząc na dzieci, czy za okno, nawet nie wyobrażacie sobie jaka jestem szczęśliwa, że jestem kim jestem i żyję takim życiem jakim żyję.
Zapiski Shlomo wymykają się jakiemukolwiek podsumowaniu i ocenie, a ich lektura powinna być obowiązkowa.
wtorek, 4 czerwca 2013
Armia Izaaka - Matthew Brzeziński
Wydawnictwo Znak, Okładka twarda, 480 s., Moja ocena 6/6
Armia Izaaka to pierwsza od bardzo dawna książka, dla której zarwałam całą noc, a od lektury nie mogłam się oderwać. Owszem zdarza mi się dosyć często z powodu fascynującej lektury nie przespać części nocy, ale całej...nie zdarzyło mi to się dawno. Dobrze, że dzisiaj nie idę do pracy i za moment będę mogla się zdrzemnąć.
Lekturę rozpoczęłam wczoraj po południu, a skończyłam przed kilkoma minutami. Do wieczora przeczytałam tylko kilkanaście stron (wiadomo, obowiązki domowe), ale już wtedy wiedziałam, że dużą część nocy mam z głowy. Gdy wszyscy domownicy położyli się spać, zrobiłam sobie dzbanek kawy, usiadłam w fotelu i przepadłam. Nie wiedziałam, kiedy zadzwonił budzik, że czas wstawać...taaa... jeżeli ktoś się kładł:)
Co takiego jest w tej książce? Nie wiem. Do tej pory nie mam pojęcia na czym polega sekret Armii Izaaka. Być może na połączeniu rzetelnej pracy historycznej z fabularyzowaną opowieścią o losach zwyczajnych, a jednocześnie niezwykłych ludzi?! Może, ale to nie wszystko.
Matthew Brzeziński (bratanek Zbigniewa Brzezińskiego, korespondent New York Timesa w Warszawie z początku lat 90.) opowiada nie historię powstania w getcie warszawskim jako taką, nie gehennę holokaustu, opowiada dzieje grupy ludzi, bardzo różniących się od siebie, których jednak los i historia umieściły w złym miejscu w złym czasie.
Bohaterów jest kilkoro, liczą od 5 do 75 lat. Wszystkich łączy jedno - są Żydami. Chociaż nie, kilka osób jeszcze przed II wojną światową przeszło na wiarę chrześcijańską. Jednak wg. ideologii Hitlera, są oni nadal Żydami. Mieszkają w różnych częściach Europy, jednak prędzej, czy później znajdują się (na dłużej lub krócej) w okupowanej Warszawie. Każdego z nich dotyka holokaust. Każdy z nich próbuje radzić sobie z nim, jak tylko potrafi. Czytając o ich losach, kolejny raz doszłam do wniosku, że człowiek w obliczu klęski, zagłady jest zdolny do wszystkiego.
Losy tych kilkorga osób śledzimy od dnia wybuchu II wojny światowej. Razem z nimi otrząsamy się z pierwszego szoku spowodowanego wejściem niemieckiej armii do Warszawy, myślimy, jak przeżyć, cierpimy z powodu śmierci bliskich, przenosimy się do getta, usiłujemy uciec za granicę, organizujemy akcje sabotażowe, napady na konwoje, przemycamy żywność do getta, tworzymy komórki oporu, cierpimy po Grossaktion i cały czas walczymy.
Walczymy przede wszystkim o godność, o życie, o jedzenie, o to, żeby doczekać kolejnego dnia, żeby nie dać się złapać, żeby nie dać się (jak to określił Marek Edelman) zarżnąć. A w końcu chwytamy za broń. Co było później, jak potoczyły się losy powstania w getcie warszawskim, to wszyscy z historii wiedzą. Istotne jest, jak potoczyły się losy bohaterów książki, którym towarzyszymy do 1946r.
Możecie powiedzieć, ot kolejna książka o Żydach, kolejna książka o powstaniu w getcie warszawskim.
I tak, i nie. Tak, bo faktycznie opowiada fragment okrutnej i niezwykle bolesnej historii. Nie, bo to przede wszystkim historia o ludziach. Ludziach takich, jak każdy z nas. Ludziach, którzy w zasadzie nie mieli wyboru. Tzn. mieli, ale co to za wybór - walczyć, czy czekać, aż umrze się z głodu lub w piecu krematoryjnym?!
Brzeziński opowiada historie kilkunastu osób, które w mniejszym lub większym stopniu zapisały się na kartach historii, np. Marka Edelmana, Kazika Ratajzera czy Cywii Lubetkin i Icchaka Cukiermana. Co istotne, ich losy umieścił na tle okupowanej Europy, ukazując niezwykle dokładnie ówczesne realia. Cennym dodatkiem są liczne przypisy. Na każdej stornie u dołu znajdują się co najmniej 1-2 przypisy, które obrazują ogrom pracy, jaką Brzeziński wykonał. Każdy kolejny krok bohaterów poparty jest materiałem historycznym pochodzącym głównie z wywiadów, jakich (ci którzy jeszcze niedawno żyli lub nadal żyją) udzielili Brzezińskiemu. Kolejna partia materiału historycznego, to zapiski, dzienniki, listy bohaterów oraz liczne kroniki i egzemplarze codziennej prasy. Dzięki tak bogatej dokumentacji poznajemy realia życia w okupowanej Europie (a nawet w Indiach), realia życia w podziemiu widziane oczyma Icchaka Cukiermana, Marka Edelmana i ich kolegów.
Jednak cała opowieść od samego początku prowadzi do jednego - do dnia wybuchu powstania w getcie. To taki punkt kulminacyjny, na którym wszystko się kończy, a jednocześnie zaczyna na nowo. Co ważne, autor poświęca uwagę nie tylko żydowskiemu ruchowi oporu. Integralną częścią opowieści są także działania aryjskiego ruchu oporu i powstanie warszawskie.
Armia Izaaka to przede wszystkim opowieść o zwyczajnych ludziach, wielkości i niezłomności ich ducha. Warto sobie uświadomić, że II wojnę światową należy rozpatrywać nie tylko, jako wydarzenie historyczne, czy zagładę milionów, ale także, a może przede wszystkim, jako losy konkretnych osób. Zachęcam do lektury tej niezwykłej książki, która wciąga bardziej niż niejedna fikcyjna opowieść z pierwszych miejsc w księgarniach czy ekranów kin.
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy książki historyczne
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Trójka e-pik
Armia Izaaka to pierwsza od bardzo dawna książka, dla której zarwałam całą noc, a od lektury nie mogłam się oderwać. Owszem zdarza mi się dosyć często z powodu fascynującej lektury nie przespać części nocy, ale całej...nie zdarzyło mi to się dawno. Dobrze, że dzisiaj nie idę do pracy i za moment będę mogla się zdrzemnąć.
Lekturę rozpoczęłam wczoraj po południu, a skończyłam przed kilkoma minutami. Do wieczora przeczytałam tylko kilkanaście stron (wiadomo, obowiązki domowe), ale już wtedy wiedziałam, że dużą część nocy mam z głowy. Gdy wszyscy domownicy położyli się spać, zrobiłam sobie dzbanek kawy, usiadłam w fotelu i przepadłam. Nie wiedziałam, kiedy zadzwonił budzik, że czas wstawać...taaa... jeżeli ktoś się kładł:)
Co takiego jest w tej książce? Nie wiem. Do tej pory nie mam pojęcia na czym polega sekret Armii Izaaka. Być może na połączeniu rzetelnej pracy historycznej z fabularyzowaną opowieścią o losach zwyczajnych, a jednocześnie niezwykłych ludzi?! Może, ale to nie wszystko.
Matthew Brzeziński (bratanek Zbigniewa Brzezińskiego, korespondent New York Timesa w Warszawie z początku lat 90.) opowiada nie historię powstania w getcie warszawskim jako taką, nie gehennę holokaustu, opowiada dzieje grupy ludzi, bardzo różniących się od siebie, których jednak los i historia umieściły w złym miejscu w złym czasie.
Bohaterów jest kilkoro, liczą od 5 do 75 lat. Wszystkich łączy jedno - są Żydami. Chociaż nie, kilka osób jeszcze przed II wojną światową przeszło na wiarę chrześcijańską. Jednak wg. ideologii Hitlera, są oni nadal Żydami. Mieszkają w różnych częściach Europy, jednak prędzej, czy później znajdują się (na dłużej lub krócej) w okupowanej Warszawie. Każdego z nich dotyka holokaust. Każdy z nich próbuje radzić sobie z nim, jak tylko potrafi. Czytając o ich losach, kolejny raz doszłam do wniosku, że człowiek w obliczu klęski, zagłady jest zdolny do wszystkiego.
Losy tych kilkorga osób śledzimy od dnia wybuchu II wojny światowej. Razem z nimi otrząsamy się z pierwszego szoku spowodowanego wejściem niemieckiej armii do Warszawy, myślimy, jak przeżyć, cierpimy z powodu śmierci bliskich, przenosimy się do getta, usiłujemy uciec za granicę, organizujemy akcje sabotażowe, napady na konwoje, przemycamy żywność do getta, tworzymy komórki oporu, cierpimy po Grossaktion i cały czas walczymy.
Walczymy przede wszystkim o godność, o życie, o jedzenie, o to, żeby doczekać kolejnego dnia, żeby nie dać się złapać, żeby nie dać się (jak to określił Marek Edelman) zarżnąć. A w końcu chwytamy za broń. Co było później, jak potoczyły się losy powstania w getcie warszawskim, to wszyscy z historii wiedzą. Istotne jest, jak potoczyły się losy bohaterów książki, którym towarzyszymy do 1946r.
Możecie powiedzieć, ot kolejna książka o Żydach, kolejna książka o powstaniu w getcie warszawskim.
I tak, i nie. Tak, bo faktycznie opowiada fragment okrutnej i niezwykle bolesnej historii. Nie, bo to przede wszystkim historia o ludziach. Ludziach takich, jak każdy z nas. Ludziach, którzy w zasadzie nie mieli wyboru. Tzn. mieli, ale co to za wybór - walczyć, czy czekać, aż umrze się z głodu lub w piecu krematoryjnym?!
Brzeziński opowiada historie kilkunastu osób, które w mniejszym lub większym stopniu zapisały się na kartach historii, np. Marka Edelmana, Kazika Ratajzera czy Cywii Lubetkin i Icchaka Cukiermana. Co istotne, ich losy umieścił na tle okupowanej Europy, ukazując niezwykle dokładnie ówczesne realia. Cennym dodatkiem są liczne przypisy. Na każdej stornie u dołu znajdują się co najmniej 1-2 przypisy, które obrazują ogrom pracy, jaką Brzeziński wykonał. Każdy kolejny krok bohaterów poparty jest materiałem historycznym pochodzącym głównie z wywiadów, jakich (ci którzy jeszcze niedawno żyli lub nadal żyją) udzielili Brzezińskiemu. Kolejna partia materiału historycznego, to zapiski, dzienniki, listy bohaterów oraz liczne kroniki i egzemplarze codziennej prasy. Dzięki tak bogatej dokumentacji poznajemy realia życia w okupowanej Europie (a nawet w Indiach), realia życia w podziemiu widziane oczyma Icchaka Cukiermana, Marka Edelmana i ich kolegów.
Jednak cała opowieść od samego początku prowadzi do jednego - do dnia wybuchu powstania w getcie. To taki punkt kulminacyjny, na którym wszystko się kończy, a jednocześnie zaczyna na nowo. Co ważne, autor poświęca uwagę nie tylko żydowskiemu ruchowi oporu. Integralną częścią opowieści są także działania aryjskiego ruchu oporu i powstanie warszawskie.
Armia Izaaka to przede wszystkim opowieść o zwyczajnych ludziach, wielkości i niezłomności ich ducha. Warto sobie uświadomić, że II wojnę światową należy rozpatrywać nie tylko, jako wydarzenie historyczne, czy zagładę milionów, ale także, a może przede wszystkim, jako losy konkretnych osób. Zachęcam do lektury tej niezwykłej książki, która wciąga bardziej niż niejedna fikcyjna opowieść z pierwszych miejsc w księgarniach czy ekranów kin.
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy książki historyczne
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Trójka e-pik
środa, 15 maja 2013
Psy Stalina - Nikita Pietrow (recenzja i spotkanie z autorem)
Wydawnictwo Demart, Okładka twarda, 320 s., Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża. Ja książkę czytałam wybiórczo kilka tygodni temu, mąż przeczytał całą. Dla mnie tematyka była momentami zbyt okrutna, ale też nie jestem taką miłośniczką historii XX wieku jak mąż.
Autor, Nikita Wasiljewicz Pietrow, to ur. w 1957r. rosyjski historyk i działacz praw człowieka, wiceprzewodniczący Informacji Naukowej i Centrum Edukacji rosyjskiego Stowarzyszenia Memorial. Uczestniczył przez wiele lat w pracach Komisji Rady Najwyższej Federacji Rosyjskiej do spraw przejęcia archiwów KPZS i KGB przez archiwa państwowe.
Pietrow jest autorem ponad 100 publikacji. Wiele z nich zostało przetłumaczone na ważniejsze języki świata. jego prace poświęcone są prawom człowieka, terrorowi, represjom i aparatowi ucisku i bezpieczeństwa w ZSRS.
Psy Stalina ukazują niezwykle ważny i krwawy epizod z historii Rosji, który rozpoczął się w latach 20. XX w., a zakończyło ponad 30 lat póżniej. Co charakteryzowało ten okres? Coraz doskonalsze, a co za tym idzie okrutne funkcjonowanie systemu bezpieczeństwa wymyślonego przez Lenina. Do perfekcji system ten dopracował Stalin. Jak podaje autor, jego podstawą była całkowita kontrola i niszczenie wszelkich, nawet najmniejszych form sprzeciwu.
Tytułowymi Psami Stalina mogły być tylko osoby o specjalnych predyspozycjach fizycznych i psychicznych. Musieli oni mieć łatwość nawiązywania kontaktu z ludżmi, nie mieć oporów w ich torturowaniu, sadystycznym zadawaniu bólu, zabijaniu. Z biegiem czasu powstała specjalna grupa osób zdolnych do mordowania nawet kilkunastu osób dziennie. Potraficie sobie to wyobrazić? Do tej grupy należała także ścisła ochrona Stalina. Oprócz mordowania specjalnością grupy było wymuszanie zeznań. Jak to robiono? Jak na przestrzeni lat ewoluowała grupa swoistych wybranych? Tego dowiecie się z niniejszej książki. Autor ujawnia w niej wiele ciekawych i wstrząsających faktów, porusza także sprawę zbrodni katyńskiej. Poza opisem techniki egzekucji umieścił w "katyńskim rozdziale" listę zbrodniarzy NKWD uczestniczących w mordowaniu prawie 22 tys. Polaków w 1940 r. Są to krótko przedstawione sylwetki 125 organizatorów zbrodni katyńskiej, konwojentów, tych którzy strzelali i ukrywali zwłoki lub sporządzali dokumenty związane z egzekucją. Dane osobowe tych osób objęte są we współczesnej Rosji tajemnicą.
W kolejnym rozdziale nazwanym "Mały Katyń" autor opisuje obławę augustowską. Jest to nadal nie wyjaśniona zbrodnia, która miała miejsce na Białostocczyźnie w 1945 r. Wymordowano wtedy prawie 600 polskich obywateli opierających się sowietyzacji Polski.
Mimo szokującej tematyki, książkę czyta się dobrze. Zawdzięczać to należy doskonałemu przygotowaniu merytorycznemu autora i sposobowi narracji. Ważnym dodatkiem są liczne zdjęcia.
Zachęcam do lektury osoby zainteresowane tego typu tematyką i historią XX-wiecznej Rosji.
23 maja (czwartek) o godz. 17.30 w Centrum Edukacyjnym IPN przy ul. Marszałkowskiej 21/25 w Warszawie odbędzie się spotkanie z autorem książki, Nikitą Pietrowem. Autor opowie o Psach Stalina, ale także o kolejnych książkach, które zostaną wydane nakładem Wydawnictwa Demart.
Pietrow zawsze bardzo starannie opracowuje polskie wydania swoich publikacji dopisując rozdziały i rozszerzając już istniejące, w wersji rosyjskiej. Kolejna książka zaprezentuje nam sylwetkę wyjątkowo „zasłużonego” oprawcy – Iwana Sierowa, który wsławił się nie tylko akcją wyniszczania chłopstwa ukraińskiego, ale również mordem katyńskim, deportacjami ludności polskiej z Kresów Wschodnich, rozbiciem struktur AK i Polskiego Państwa Podziemnego oraz tłumieniem powstania węgierskiego 1956 roku. Dzięki Nikicie Pietrowowi dokumentacja zbrodni CzK, NKWD, KGB popełnionych na milionach zwykłych obywateli dociera również do szerokiego kręgu odbiorców, a nie tylko do specjalistów-historyków . Spotkanie z autorem może być także okazją do rozmowy o kłopotach Stowarzyszenia MEMORIAŁ, spowodowanych nagonką prezydenta Putina na organizacje praw człowieka i inne pozarządowe instytucje w Rosji.
W imieniu Wydawnictwa DEMART serdecznie zapraszam na spotkanie, Nikita Pietrow jest bez wątpienia ciekawym, ciepłym człowiekiem.
Recenzja mojego męża. Ja książkę czytałam wybiórczo kilka tygodni temu, mąż przeczytał całą. Dla mnie tematyka była momentami zbyt okrutna, ale też nie jestem taką miłośniczką historii XX wieku jak mąż.
Autor, Nikita Wasiljewicz Pietrow, to ur. w 1957r. rosyjski historyk i działacz praw człowieka, wiceprzewodniczący Informacji Naukowej i Centrum Edukacji rosyjskiego Stowarzyszenia Memorial. Uczestniczył przez wiele lat w pracach Komisji Rady Najwyższej Federacji Rosyjskiej do spraw przejęcia archiwów KPZS i KGB przez archiwa państwowe.
Pietrow jest autorem ponad 100 publikacji. Wiele z nich zostało przetłumaczone na ważniejsze języki świata. jego prace poświęcone są prawom człowieka, terrorowi, represjom i aparatowi ucisku i bezpieczeństwa w ZSRS.
Psy Stalina ukazują niezwykle ważny i krwawy epizod z historii Rosji, który rozpoczął się w latach 20. XX w., a zakończyło ponad 30 lat póżniej. Co charakteryzowało ten okres? Coraz doskonalsze, a co za tym idzie okrutne funkcjonowanie systemu bezpieczeństwa wymyślonego przez Lenina. Do perfekcji system ten dopracował Stalin. Jak podaje autor, jego podstawą była całkowita kontrola i niszczenie wszelkich, nawet najmniejszych form sprzeciwu.
Tytułowymi Psami Stalina mogły być tylko osoby o specjalnych predyspozycjach fizycznych i psychicznych. Musieli oni mieć łatwość nawiązywania kontaktu z ludżmi, nie mieć oporów w ich torturowaniu, sadystycznym zadawaniu bólu, zabijaniu. Z biegiem czasu powstała specjalna grupa osób zdolnych do mordowania nawet kilkunastu osób dziennie. Potraficie sobie to wyobrazić? Do tej grupy należała także ścisła ochrona Stalina. Oprócz mordowania specjalnością grupy było wymuszanie zeznań. Jak to robiono? Jak na przestrzeni lat ewoluowała grupa swoistych wybranych? Tego dowiecie się z niniejszej książki. Autor ujawnia w niej wiele ciekawych i wstrząsających faktów, porusza także sprawę zbrodni katyńskiej. Poza opisem techniki egzekucji umieścił w "katyńskim rozdziale" listę zbrodniarzy NKWD uczestniczących w mordowaniu prawie 22 tys. Polaków w 1940 r. Są to krótko przedstawione sylwetki 125 organizatorów zbrodni katyńskiej, konwojentów, tych którzy strzelali i ukrywali zwłoki lub sporządzali dokumenty związane z egzekucją. Dane osobowe tych osób objęte są we współczesnej Rosji tajemnicą.
W kolejnym rozdziale nazwanym "Mały Katyń" autor opisuje obławę augustowską. Jest to nadal nie wyjaśniona zbrodnia, która miała miejsce na Białostocczyźnie w 1945 r. Wymordowano wtedy prawie 600 polskich obywateli opierających się sowietyzacji Polski.
Mimo szokującej tematyki, książkę czyta się dobrze. Zawdzięczać to należy doskonałemu przygotowaniu merytorycznemu autora i sposobowi narracji. Ważnym dodatkiem są liczne zdjęcia.
Zachęcam do lektury osoby zainteresowane tego typu tematyką i historią XX-wiecznej Rosji.
23 maja (czwartek) o godz. 17.30 w Centrum Edukacyjnym IPN przy ul. Marszałkowskiej 21/25 w Warszawie odbędzie się spotkanie z autorem książki, Nikitą Pietrowem. Autor opowie o Psach Stalina, ale także o kolejnych książkach, które zostaną wydane nakładem Wydawnictwa Demart.
Pietrow zawsze bardzo starannie opracowuje polskie wydania swoich publikacji dopisując rozdziały i rozszerzając już istniejące, w wersji rosyjskiej. Kolejna książka zaprezentuje nam sylwetkę wyjątkowo „zasłużonego” oprawcy – Iwana Sierowa, który wsławił się nie tylko akcją wyniszczania chłopstwa ukraińskiego, ale również mordem katyńskim, deportacjami ludności polskiej z Kresów Wschodnich, rozbiciem struktur AK i Polskiego Państwa Podziemnego oraz tłumieniem powstania węgierskiego 1956 roku. Dzięki Nikicie Pietrowowi dokumentacja zbrodni CzK, NKWD, KGB popełnionych na milionach zwykłych obywateli dociera również do szerokiego kręgu odbiorców, a nie tylko do specjalistów-historyków . Spotkanie z autorem może być także okazją do rozmowy o kłopotach Stowarzyszenia MEMORIAŁ, spowodowanych nagonką prezydenta Putina na organizacje praw człowieka i inne pozarządowe instytucje w Rosji.
W imieniu Wydawnictwa DEMART serdecznie zapraszam na spotkanie, Nikita Pietrow jest bez wątpienia ciekawym, ciepłym człowiekiem.
czwartek, 24 stycznia 2013
Białe autobusy - Sune Persson
Wydawnictwo Naukowe PWN, Okładka twarda, Moja ocena 6-/6
Wrażenia i recenzja na żywo, właśnie skończyłam czytać książkę, od której przyznam szczerze nie mogłam się oderwać.
Może na początek czym były tytułowe Białe Autobusy.
W lutym 1945r. rząd Szwecji postanowił zorganizować niezwykła humanitarną akcję i uratować z obozów koncentracyjnych, jak największą liczbę więźniów. Przede wszystkich chodziło o osoby szwedzkiego pochodzenia, ale nie tylko. Rozpoczęto wtedy akcję znaną w historii jako ekspedycja Białych Autobusów. Na jej czele stanął hrabia Folke Bernadotte.
Urodził się on w Sztokholmie. Był synem księcia Oscara Bernadotte i Ebby Munck af Fulkila. Jego dziadkiem był król Szwecji Oskar II. Różne (nie zawsze ciekawe) były koleje losu hrabiego, możecie o nich przeczytać w książce. Ja tylko nadmienię, że w momencie gdy Bernadotte został kierownikiem akcji, miał 50 lat, miał ogromne doświadczenie w kierowaniu różnymi przedsięwzięciami, talent organizacyjny i perfekcyjnie władał jęz. niemieckim.
W kwietniu 1945r. ze Szwecji wyruszyła do Niemiec kawalkada złożona z 36 przerobionych na ambulanse autobusów, 27 samochodów ciężarowych, 12 motocykli, 8 samochodów osobowych i jednego
pojazdu obsługi technicznej. Była to największa i najważniejsza akcja humanitarna przeprowadzona przez Szwecję w całym XX w.
Konwój obsługiwało 309 wolontariuszy, w większości młodych żołnierzy szwedzkiej armii. Zabrano ze sobą dużą ilość paliwa, medykamenty, środki opatrunkowe, żywność i wszystko to, co mogło się przydać na objętych wojną terenach. Wszystkie pojazdy były pomalowane na biało, oznaczone symbolami czerwonego krzyża i szwedzkimi flagami.
Dzięki tej akcji udało się wywieźć kilkadziesiąt tysięcy przeznaczonych do eksterminacji ludzi. Niestety, była to kropla w morzu, niemniej zawsze coś.
Na początku całej operacji, jak podaje autor, niemiecka machina biurokratyczna działała bez zarzutu i skrupulatnie sprawdzano liczbę więźniów, których zezwolono Szwedom wywieźć. Jednak w ostatnich tygodniach wojny przepisy te i rozkazy były łamane, a Szwedzi mogli wywozić tylu więźniów ilu udało im się upchnąć w pojazdach. Nie było możliwości ani czasu żeby sporządzać listy wywożonych, jednak autorowi udało się dotrzeć do pewnego spisu, który podaje liczbę 20937 ocalonych. Wśród nich było 5911 Polaków. Nie jest to, jak podaje sam autor, lista pełna i na 100% wiarygodna, wiele źródeł podaje bowiem odmienne liczby ocalonych i prawdopodobnie nigdy nie uda się sporządzić pełnego, wiarygodnego spisu ocalonych osób.
Misja Białych Autobusów była niezwykła pod wieloma względami, głównie dlatego, że Bernadotte musiał każdy najmniejszy nawet krok uzgadniać z Himmlerem. Niektórzy uważali, że to hańba, że hrabia nie powinien się do tego zniżać, żeby z kimś takim jak Himmler pertraktować, ale dla szefa misji najważniejsze było ocalenie jak największej ilości osób.
Wiele osób zarówno po stronie obsługi misji, jak i tych, których uratowano, spisało wspomnienia, dłuższe lub krótsze, ale zawsze niesamowicie wzruszające i chwytające za serce. Na ich podstawie oraz na podstawie dodatkowo zebranych materiałów powstała niniejsza książka.
Wiem, o holokauście, końcu II wojny światowej etc napisano bardzo dużo książek, ale ta jest wyjątkowa.
Dlaczego warto po nią sięgnąć? Przede wszystkim dlatego, że opowiada o niezwykłej akcji. Zdaję sobie sprawę, że dużo więcej osób zginęło niż Bernadotte i jego pomocnikom udało się uratować, ale liczyło się każde ocalone ludzkie życie.
Poza tym autor wykonał ogrom pracy przebijając się przez tysiące zapisków, dokumentów, grzebiąc w archiwach, tłumacząc dokumenty w obcych językach. Dzieło końcowe jest wspaniałe, niezwykle ważne i potrzebne.
Książka jest także swoistym może nie tyle oczyszczeniem, co rozprawieniem się z kilkoma niezbyt pochlebnymi opiniami o Bernadotte, jakie przez lata w światowej historii pokutowały. Krążyły słuchy, że hrabia był agentem nazistów, a po zakończeniu wojny ich następców. Tak się w trakcie lektury zastanawiałam - czyli kogo w sumie, kto był niby następcą nazistów? Twierdzono, że pierwszeństwo w trakcie ewakuacji mieli wszyscy poza Żydami, że Bernadotte stosował swoją selekcję decydując kto zostanie uratowany, a kto nie.
Tak rozpuszczane plotki doprowadziły do przeprowadzenia 17 września 1948r. zamachu, którego ofiarą padł Bernadotte. Hrabia nie mógł już się bronić, odpierać podłych kalumnie, udowodnić, że nie jest przysłowiowym wielbłądem. Książka Sune Perssona to, jak wspomniałam także pewnego rodzaju odbudowa wizerunku Bernadotte.
Na ile to autorowi się udało? Sami musicie sprawdzić w trakcie lektury, do czego gorąco zachęcam.
Jednak nie o samej akcji ratunkowej jest ta książka. Sporo w niej informacji dot. tego co było przed i po ekspedycji. Autor doskonale nakreśla tło polityczne, społeczne i historyczne oraz drobiazgowo przedstawia kluczowe dla całego przedsięwzięcia osoby.
Książkę czyta się doskonale, błyskawicznie ponieważ napisana jest ona w taki sposób, że od lektury trudno się oderwać; czyta się ją niczym najlepszą powieść sensacyjną.
Bez obaw, w książce wbrew pozorom nie ma zbyt dużej ilości faktów historycznych. Oczywiście niemożliwym by było, żeby taka pozycja nie zawierała w sobie w ogóle historii, ale przytaczanych faktów, odniesień jest tak w sam raz.
Autor zebrał ogromną ilość materiałów, drążył w archiwach, analizował fakty, rozpatrywał pewne sprzeczności, które w wielu relacjach się pojawiały. Efekt końcowy jest doskonały. udało się stworzyć wciągającą, doskonałą merytorycznie lekturę. Co ważne Persson ustrzegł się epatowania okrucieństwem holokaustu, nieszczęściem tych, których udało i nie udało się ocalić. Perssonowi udało się tego uniknąć, aczkolwiek przyznam, że wiele razy w trakcie lektury wzruszyłam się i czułam podziw dla osób biorących udział w akcji.
Wiem, książek o holokauście jest sporo, a ich lektura nie należy raczej do przyjemności, ale jest swoistym obowiązkiem - raz, żeby wiedzieć, dwa, żeby nie zapomnieć.
Dlatego z czystym sumieniem polecam obowiązkową lekturę Białych autobusów.
Książce dałam ocenę 6-/6, - za przypisy skomasowane na końcu książki, z tym, że tym razem nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo jak w trakcie lektury recenzowanych wczoraj Kobiet na marginesach, może dlatego, że do przypisów sięgałam tylko kilkakrotnie.
Wrażenia i recenzja na żywo, właśnie skończyłam czytać książkę, od której przyznam szczerze nie mogłam się oderwać.
Może na początek czym były tytułowe Białe Autobusy.
W lutym 1945r. rząd Szwecji postanowił zorganizować niezwykła humanitarną akcję i uratować z obozów koncentracyjnych, jak największą liczbę więźniów. Przede wszystkich chodziło o osoby szwedzkiego pochodzenia, ale nie tylko. Rozpoczęto wtedy akcję znaną w historii jako ekspedycja Białych Autobusów. Na jej czele stanął hrabia Folke Bernadotte.
Urodził się on w Sztokholmie. Był synem księcia Oscara Bernadotte i Ebby Munck af Fulkila. Jego dziadkiem był król Szwecji Oskar II. Różne (nie zawsze ciekawe) były koleje losu hrabiego, możecie o nich przeczytać w książce. Ja tylko nadmienię, że w momencie gdy Bernadotte został kierownikiem akcji, miał 50 lat, miał ogromne doświadczenie w kierowaniu różnymi przedsięwzięciami, talent organizacyjny i perfekcyjnie władał jęz. niemieckim.
![]() |
| Folke Bernadotte |
Konwój obsługiwało 309 wolontariuszy, w większości młodych żołnierzy szwedzkiej armii. Zabrano ze sobą dużą ilość paliwa, medykamenty, środki opatrunkowe, żywność i wszystko to, co mogło się przydać na objętych wojną terenach. Wszystkie pojazdy były pomalowane na biało, oznaczone symbolami czerwonego krzyża i szwedzkimi flagami.
Dzięki tej akcji udało się wywieźć kilkadziesiąt tysięcy przeznaczonych do eksterminacji ludzi. Niestety, była to kropla w morzu, niemniej zawsze coś.
Na początku całej operacji, jak podaje autor, niemiecka machina biurokratyczna działała bez zarzutu i skrupulatnie sprawdzano liczbę więźniów, których zezwolono Szwedom wywieźć. Jednak w ostatnich tygodniach wojny przepisy te i rozkazy były łamane, a Szwedzi mogli wywozić tylu więźniów ilu udało im się upchnąć w pojazdach. Nie było możliwości ani czasu żeby sporządzać listy wywożonych, jednak autorowi udało się dotrzeć do pewnego spisu, który podaje liczbę 20937 ocalonych. Wśród nich było 5911 Polaków. Nie jest to, jak podaje sam autor, lista pełna i na 100% wiarygodna, wiele źródeł podaje bowiem odmienne liczby ocalonych i prawdopodobnie nigdy nie uda się sporządzić pełnego, wiarygodnego spisu ocalonych osób.
Misja Białych Autobusów była niezwykła pod wieloma względami, głównie dlatego, że Bernadotte musiał każdy najmniejszy nawet krok uzgadniać z Himmlerem. Niektórzy uważali, że to hańba, że hrabia nie powinien się do tego zniżać, żeby z kimś takim jak Himmler pertraktować, ale dla szefa misji najważniejsze było ocalenie jak największej ilości osób.
Wiele osób zarówno po stronie obsługi misji, jak i tych, których uratowano, spisało wspomnienia, dłuższe lub krótsze, ale zawsze niesamowicie wzruszające i chwytające za serce. Na ich podstawie oraz na podstawie dodatkowo zebranych materiałów powstała niniejsza książka.
Wiem, o holokauście, końcu II wojny światowej etc napisano bardzo dużo książek, ale ta jest wyjątkowa.
Dlaczego warto po nią sięgnąć? Przede wszystkim dlatego, że opowiada o niezwykłej akcji. Zdaję sobie sprawę, że dużo więcej osób zginęło niż Bernadotte i jego pomocnikom udało się uratować, ale liczyło się każde ocalone ludzkie życie.
Poza tym autor wykonał ogrom pracy przebijając się przez tysiące zapisków, dokumentów, grzebiąc w archiwach, tłumacząc dokumenty w obcych językach. Dzieło końcowe jest wspaniałe, niezwykle ważne i potrzebne.
Książka jest także swoistym może nie tyle oczyszczeniem, co rozprawieniem się z kilkoma niezbyt pochlebnymi opiniami o Bernadotte, jakie przez lata w światowej historii pokutowały. Krążyły słuchy, że hrabia był agentem nazistów, a po zakończeniu wojny ich następców. Tak się w trakcie lektury zastanawiałam - czyli kogo w sumie, kto był niby następcą nazistów? Twierdzono, że pierwszeństwo w trakcie ewakuacji mieli wszyscy poza Żydami, że Bernadotte stosował swoją selekcję decydując kto zostanie uratowany, a kto nie.
Tak rozpuszczane plotki doprowadziły do przeprowadzenia 17 września 1948r. zamachu, którego ofiarą padł Bernadotte. Hrabia nie mógł już się bronić, odpierać podłych kalumnie, udowodnić, że nie jest przysłowiowym wielbłądem. Książka Sune Perssona to, jak wspomniałam także pewnego rodzaju odbudowa wizerunku Bernadotte.
Na ile to autorowi się udało? Sami musicie sprawdzić w trakcie lektury, do czego gorąco zachęcam.
Jednak nie o samej akcji ratunkowej jest ta książka. Sporo w niej informacji dot. tego co było przed i po ekspedycji. Autor doskonale nakreśla tło polityczne, społeczne i historyczne oraz drobiazgowo przedstawia kluczowe dla całego przedsięwzięcia osoby.
Książkę czyta się doskonale, błyskawicznie ponieważ napisana jest ona w taki sposób, że od lektury trudno się oderwać; czyta się ją niczym najlepszą powieść sensacyjną.
Bez obaw, w książce wbrew pozorom nie ma zbyt dużej ilości faktów historycznych. Oczywiście niemożliwym by było, żeby taka pozycja nie zawierała w sobie w ogóle historii, ale przytaczanych faktów, odniesień jest tak w sam raz.
Autor zebrał ogromną ilość materiałów, drążył w archiwach, analizował fakty, rozpatrywał pewne sprzeczności, które w wielu relacjach się pojawiały. Efekt końcowy jest doskonały. udało się stworzyć wciągającą, doskonałą merytorycznie lekturę. Co ważne Persson ustrzegł się epatowania okrucieństwem holokaustu, nieszczęściem tych, których udało i nie udało się ocalić. Perssonowi udało się tego uniknąć, aczkolwiek przyznam, że wiele razy w trakcie lektury wzruszyłam się i czułam podziw dla osób biorących udział w akcji.
Wiem, książek o holokauście jest sporo, a ich lektura nie należy raczej do przyjemności, ale jest swoistym obowiązkiem - raz, żeby wiedzieć, dwa, żeby nie zapomnieć.
Dlatego z czystym sumieniem polecam obowiązkową lekturę Białych autobusów.
Książce dałam ocenę 6-/6, - za przypisy skomasowane na końcu książki, z tym, że tym razem nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo jak w trakcie lektury recenzowanych wczoraj Kobiet na marginesach, może dlatego, że do przypisów sięgałam tylko kilkakrotnie.
sobota, 15 grudnia 2012
Podczłowiek - Anatol Chari, Timothy Braatz
Wydawnictwo Świat Książki, 256 s., Okładka twarda, Moja ocena 6/6
Recenzja zaległa i to sporo. Książkę przeczytałam kilka tygodni temu i zupełnie zapomniałam o recenzji, teraz mam dopiero okazję nadrobić zaległości.
Współautor i bohater oraz narrator książki, Anatol Chari urodził się w Łodzi w 1923r. w chwili wybuchu II wojny światowej miał więc 16 lat.
Wiece, że uwielbiam moje miasto i to zaważyło, że sięgnęłam po tę pozycję, że jest ona dla mnie czymś więcej niż kolejną książką o Holokauście.
Anatol Chari pochodzi z powszechnie szanowanej łódzkiej rodziny. W czasie wojny razem z całą rodziną został wysiedlony do łódzkiego getta.
Tytułowy podczłowiek, to po niemiecku Untermensch Jest to rasistowskie określenie, które było używane w stosunku do Żydów, Cyganów, Polaków, Rosjan i innych narodowości uznawanych przez faszystów za niearyjskie. Za podludzi uznawano również Niemców, którzy nie pasowali do idealnego obrazu społeczeństwa tworzonego przez narodowych socjalistów.
Jednym z takich podludzi był Anatol Chari. W okresie okupacji Łodzi przez Niemców, Chari był jednym z wybranych, był członkiem znanego żydowskiego Sonderkommando. Ale nie znalazł się w nim ot tak z ulicy. Decydujące znaczenie miała tu pozycja jego ojca i bliska znajomość z Chaimem Rumkowskim, panem łódzkiego getta. Sam Rumkowski i jego działalność były i są bardzo różnie oceniane od jednoznacznego potępienia (oskarżenie o kolaborację z nazistami) po umiarkowanie pozytywne. Ale Rumkowski to temat na zupełnie inny post.
Czy dlatego Chari przeżył, że był blisko Rumkowskiego, ze był w Sonderkommando?
Wyznam wam, że z prawdziwym przerażeniem czytałam o tym co zrobił i czego był świadkiem Chari, na co dawał swoje milczące przyzwolenie. Bo w sumie co mógł zrobić? nic. Mógł albo nic nie robić i przeżyć (będąc członkiem Sonderkommando), albo zginać straszną śmiercią jak tysiące innych. Czy przeżył kosztem innych? Czy miał do tego prawo?
Wydaje mi się, że nikt nie ma prawa odpowiadać na to pytanie - czy Chari miał prawo przeżyć kosztem innych. Nikt nie może wypowiadać się, co zrobił by na miejscu danej osoby, jeżeli na takowym miejscu nigdy nie był.
Książka porusza raz okropieństwem i koszmarem tego, co działo się Litzmannstadtgetto, a dwa szczerością z jaka Chari opowiada o tym co robił żeby przeżyć. Chari nie wstydzi się tego, że korzystał z przywilejów, jakie dawała mu służba w Sonderkommando. Nie może jednak wybaczyć sobie, że odmawiał pomocy innym, którzy nie mieli tyle szczęścia co on. Do dziś w jego pamięci tkwią twarze i nazwiska ludzi, których odrzucił, którym nie pomógł. Wiadomo, że większość z nich nie doczekała wyzwolenie, a Chari czuje się za nich odpowiedzialny, ciąży na nim swoiste brzemię odpowiedzialności, winy:
Sam mówi o tym w ten sposób: Mojego sumienia nie trapią miliony, które zginęły w komorach gazowych. Z ich losem nie miałem nic wspólnego. Ciążą mi na sumieniu moje zaniechania (…) W normalnych czasach zaniedbania tego rodzaju nie zasługują na wzmiankę, natomiast w tragicznych warunkach, jakie panowały w getcie, konsekwencje takiego postępowania były znacznie poważniejsze.
Opowieść Chariego to nie tylko łódzkie getto, ale także Auschwitz, Bergen Belsen, Gross Rosen. Chari opowiada nie tylko o strachu i głodzie, ale także o katorżniczej pracy, przejmującym zimnie i przerażliwym, obezwładniającym wręcz strachu. Zdumiewające jest także, że długim okresie gehenny jaką bez wątpienia były kolejne obozy koncentracyjne, można uważać jeden za lepszy od drugiego. Wręcz nie mieści się to w głowie, ale tak ocenia je sam Chari:
Byłem w Auschwitz. Dobry obóz, w porównaniu z innymi. Można tam było pracować – kopać rowy, rozładowywać wagony (…) przynajmniej miało się w perspektywie czystą śmierć: komora gazowa, krematorium, wylot przez komin, i po krzyku. Bergen-Belsen natomiast był to obóz zły (…) Pierwszą rzeczą, jaką traciło się w Bergen-Belsen, była nadzieja. Śmierć zaś nadchodziła powolnymi krokami, na raty.
Jak pisałam wcześniej, wspomnienia Chariego poruszają i szokują. Z tym, że jedno mnie zastanawia – ich rzetelność. Otóż zostały one spisane stosunkowo niedawno i jak łatwo obliczyć, w momencie powstawania książki Chari miał ok. 80 lat. W związku z tym zastanawiam się, na ile rzetelna jest jego relacja, czy czegoś nie pominął, nie upiększył, nie dodał ot tak od siebie. Zakładając, że wspomnienia zostały spisane rzetelnie i są zgodne z prawdą, mamy do czynienia z czymś unikalnym, bowiem przynależnością do Sonderkommando nikt po wojnie się nie chwalił, jeżeli więc chodzi o wspomnienia jego członków była ogromna luka, którą Podczłowiek chociaż w części wypełnia.
Zachęcam do lektury.
Recenzja zaległa i to sporo. Książkę przeczytałam kilka tygodni temu i zupełnie zapomniałam o recenzji, teraz mam dopiero okazję nadrobić zaległości.
Współautor i bohater oraz narrator książki, Anatol Chari urodził się w Łodzi w 1923r. w chwili wybuchu II wojny światowej miał więc 16 lat.
Wiece, że uwielbiam moje miasto i to zaważyło, że sięgnęłam po tę pozycję, że jest ona dla mnie czymś więcej niż kolejną książką o Holokauście.
Anatol Chari pochodzi z powszechnie szanowanej łódzkiej rodziny. W czasie wojny razem z całą rodziną został wysiedlony do łódzkiego getta.
Tytułowy podczłowiek, to po niemiecku Untermensch Jest to rasistowskie określenie, które było używane w stosunku do Żydów, Cyganów, Polaków, Rosjan i innych narodowości uznawanych przez faszystów za niearyjskie. Za podludzi uznawano również Niemców, którzy nie pasowali do idealnego obrazu społeczeństwa tworzonego przez narodowych socjalistów.
Jednym z takich podludzi był Anatol Chari. W okresie okupacji Łodzi przez Niemców, Chari był jednym z wybranych, był członkiem znanego żydowskiego Sonderkommando. Ale nie znalazł się w nim ot tak z ulicy. Decydujące znaczenie miała tu pozycja jego ojca i bliska znajomość z Chaimem Rumkowskim, panem łódzkiego getta. Sam Rumkowski i jego działalność były i są bardzo różnie oceniane od jednoznacznego potępienia (oskarżenie o kolaborację z nazistami) po umiarkowanie pozytywne. Ale Rumkowski to temat na zupełnie inny post.
Czy dlatego Chari przeżył, że był blisko Rumkowskiego, ze był w Sonderkommando?
Wyznam wam, że z prawdziwym przerażeniem czytałam o tym co zrobił i czego był świadkiem Chari, na co dawał swoje milczące przyzwolenie. Bo w sumie co mógł zrobić? nic. Mógł albo nic nie robić i przeżyć (będąc członkiem Sonderkommando), albo zginać straszną śmiercią jak tysiące innych. Czy przeżył kosztem innych? Czy miał do tego prawo?
Wydaje mi się, że nikt nie ma prawa odpowiadać na to pytanie - czy Chari miał prawo przeżyć kosztem innych. Nikt nie może wypowiadać się, co zrobił by na miejscu danej osoby, jeżeli na takowym miejscu nigdy nie był.
Książka porusza raz okropieństwem i koszmarem tego, co działo się Litzmannstadtgetto, a dwa szczerością z jaka Chari opowiada o tym co robił żeby przeżyć. Chari nie wstydzi się tego, że korzystał z przywilejów, jakie dawała mu służba w Sonderkommando. Nie może jednak wybaczyć sobie, że odmawiał pomocy innym, którzy nie mieli tyle szczęścia co on. Do dziś w jego pamięci tkwią twarze i nazwiska ludzi, których odrzucił, którym nie pomógł. Wiadomo, że większość z nich nie doczekała wyzwolenie, a Chari czuje się za nich odpowiedzialny, ciąży na nim swoiste brzemię odpowiedzialności, winy:
Sam mówi o tym w ten sposób: Mojego sumienia nie trapią miliony, które zginęły w komorach gazowych. Z ich losem nie miałem nic wspólnego. Ciążą mi na sumieniu moje zaniechania (…) W normalnych czasach zaniedbania tego rodzaju nie zasługują na wzmiankę, natomiast w tragicznych warunkach, jakie panowały w getcie, konsekwencje takiego postępowania były znacznie poważniejsze.
Opowieść Chariego to nie tylko łódzkie getto, ale także Auschwitz, Bergen Belsen, Gross Rosen. Chari opowiada nie tylko o strachu i głodzie, ale także o katorżniczej pracy, przejmującym zimnie i przerażliwym, obezwładniającym wręcz strachu. Zdumiewające jest także, że długim okresie gehenny jaką bez wątpienia były kolejne obozy koncentracyjne, można uważać jeden za lepszy od drugiego. Wręcz nie mieści się to w głowie, ale tak ocenia je sam Chari:
Byłem w Auschwitz. Dobry obóz, w porównaniu z innymi. Można tam było pracować – kopać rowy, rozładowywać wagony (…) przynajmniej miało się w perspektywie czystą śmierć: komora gazowa, krematorium, wylot przez komin, i po krzyku. Bergen-Belsen natomiast był to obóz zły (…) Pierwszą rzeczą, jaką traciło się w Bergen-Belsen, była nadzieja. Śmierć zaś nadchodziła powolnymi krokami, na raty.
Jak pisałam wcześniej, wspomnienia Chariego poruszają i szokują. Z tym, że jedno mnie zastanawia – ich rzetelność. Otóż zostały one spisane stosunkowo niedawno i jak łatwo obliczyć, w momencie powstawania książki Chari miał ok. 80 lat. W związku z tym zastanawiam się, na ile rzetelna jest jego relacja, czy czegoś nie pominął, nie upiększył, nie dodał ot tak od siebie. Zakładając, że wspomnienia zostały spisane rzetelnie i są zgodne z prawdą, mamy do czynienia z czymś unikalnym, bowiem przynależnością do Sonderkommando nikt po wojnie się nie chwalił, jeżeli więc chodzi o wspomnienia jego członków była ogromna luka, którą Podczłowiek chociaż w części wypełnia.
Zachęcam do lektury.
niedziela, 9 grudnia 2012
Byłem od początku w Auschwitz - Michał Ziółkowski
Wydawnictwo Marpress, Okładka miękka, 124 s., Moja ocena 5,5/6
Ze względu na tematykę długo nie mogłam rozpocząć lektury tej książki. Przerażała mnie, a jednocześnie coś mnie do niej ciągnęło. Nie wiem, jak u was, ale ja mam swoisty wewnętrzny przymus zmuszający mnie do czytania tego typu pozycji.
A teraz o samej książce i jej porażającej treści.
27 kwietnia 1940 r., Reichsfuehrer SS Heinrich Himmler wydał inspektorowi obozów koncentracyjnych Oberfuehrerowi Richardowi Gluecksowi rozkaz założenia w Oświęcimiu obozu koncentracyjnego.
W ten sposób rozpoczęła się historia KL Auschwitz. Pomysł stworzenia w Oświęcimiu obozu koncentracyjnego zrodził się w Urzędzie Wyższego Dowódcy SS i Policji we Wrocławiu, na którego czele stał Gruppenfuehrer SS Erich von dem Bach-Zelewski. Z projektem wystąpił jeszcze pod koniec 1939 r. podległy mu inspektor policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa Oberfuehrer SS Arpad Wigand. Nazistów niepokoiły mnożące się raporty o przepełnieniu więzień na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim. Narastał ruch oporu, który można było ugasić jedynie stosując masowe aresztowania. Istniejące obozy koncentracyjne nie wystarczały, by osadzić wszystkich zatrzymanych.
W pierwszych dniach stycznia 1940 r. inspektor obozów koncentracyjnych Oberfuehrer SS Richard Gluecks wysłał do Oświęcimia komisję, która orzekła, że koszary nie nadają się, by powstał w nich obóz. Innego zdania byli jednak przedstawiciele Urzędu Wyższego Dowódcy SS i Policji we Wrocławiu. 25 stycznia 1940 r. Himmler otrzymał meldunek, że wkrótce powstanie obóz koncentracyjny Auschwitz.
Za datę uruchomienia obozu uważa się 14 czerwca 1940 r.. Tego dnia do KL Auschwitz z więzienia w Tarnowie dotarł pierwszy transport 728 polskich więźniów politycznych, skierowanych tu przez dowódcę policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa w Krakowie. W pierwszym okresie dominowali Polacy, dla których zakładano obóz. Począwszy od połowy 1942 r., wskutek coraz liczniejszych transportów Żydów, liczba więzionych Polaków i Żydów zrównała się. Od tego czasu liczba Żydów zaczęła rosnąć. W drugiej połowie 1942 r. stanowili już około połowy ogólnego stanu więźniów, a od 1943 r. - większość.
Autor książki, a jednocześnie jej narrator – Michał Ziółkowski należał do grupy 313 więźniów politycznych, którzy w dniu 29 czerwca 1940r. Zostali przewiezieni do Auschwitz. Był to drugi transport z więzienia w Nowym Wiśniczu.
Ziółkowski jesienią 1939r. Został aresztowany przez Niemców w czasie próby ucieczki na Zachód. Ogólny czas jego pobytu w różnych więzieniach i obozach trwał łacznie ponad 5 lat. Niewyobrażalne prawda?!
Ze łzami w oczach (co doskonale wyczuwa się poprzez tekst) opowiada o latach głodu, zimna, bólu, strachu, poniżenia. O przybyciu do Auschwitz wspomina tak: Zostaliśmy wpisani na listę i każdy otrzymał swój numer. W tym momencie byliśmy tylko numerami. Ja otrzymałem numer 1055. Poraża także styl, sposób w jaki Ziółkowski opowiada. Krótkie, jakby urywane zdania sprawiają, że książkę odbiera się bardzo realistycznie, jako wspomnienia starszego człowieka, który przeżył piekło i cudem ocalał. Brak "obróbki" pisarskiej, tzn. wygładzenia opowieści i bardziej książkowego uformowania zdań był wg. mnie doskonałym pomysłem i odnosi zamierzony skutek.
Autor wspomina o pracy w obozie, obsłudze i komendancie obozu, o dniu codziennym w tym piekle na ziemi. Wyjątkowo poruszyły mnie wspomnienia o selekcji, których w trakcie 5 lat pobytu w Auschwitz, autor przeżył wiele. Na bloku liczącym 700-1000 więźniów było wielu tzw. muzułmanów. Tak, też myślałam, że chodzi o wyznanie, ale nie. Nie przedstawiali oni żadnej wartości dla władz obozu, ponieważ nie mieli sił do pracy. Muzułmaninem był więzień tak wygłodzony, że w gruncie rzeczy z człowieka pozostawały tylko skóra i kości oraz ogromne oczy w oczodołach. Taki człowiek rozglądał się tylko za tym co mógłby włożyć do ust. Niczego innego nie zauważał. Byli to ludzie najbardziej cierpiący w obozie. Wykończeni byli nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Byli oni dla władz bezwartościowi, organizowano więc selekcję. Co dalej z nimi robiono, nie będę cytować, zbyt okrutne. Wspomina także o selekcji karnej, w której zginął za innego więźnia Maksymilian Kolbe.
Autor wspomina także o wątpliwej jakości, ale zawsze życiu towarzyskim w obozie, pseudo ruchu oporu i próbach ucieczki z tego piekła.
Na końcu książki opowiada o powrocie do Polski.
Książeczka niepozorna, ale wstrząsnęła mną, nawet bardziej niż wspomnienia uciekiniera z Północnej Korei, które jakiś czas temu recenzowałam. To o czym opowiada Michał Ziółkowski wydarzyło się u nas, w Polsce, w naszej ojczyźnie, dotyczyło często naszych rodzin, przez to jest tak szokujące, wzruszające i poruszające. Nie, tego nawet nie da się opisać, tych uczuć, które mną targały w trakcie lektury.
Uważam, że każdy z nas powinien zapoznać się z tego typu wspomnieniami. Po pierwsze, żeby nigdy nie zapomnieć, a po drugie dlatego, że jesteśmy to winni zarówno Michałowi Ziółkowskiemu, jak i innym, którzy przeżyli Auschwitz i inne obozy koncentracyjne oraz tym, którzy w nich zginęli straszną, okrutna śmiercią. Za kilka lat nikogo z tych, którzy ocaleli już na świecie nie będzie, a jeżeli nie będziemy o tym pisać, czytać, rozmawiać, pamięć o holokauście i jego ofiarach może z biegiem czasu zniknąć w odmętach bieżących historycznych zawirowań.
Tego typu wspomnienia muszą być także przestrogą dla nas oraz dla naszych dzieci i wnuków, żeby historia nigdy się nie powtórzyła.
Ze względu na tematykę długo nie mogłam rozpocząć lektury tej książki. Przerażała mnie, a jednocześnie coś mnie do niej ciągnęło. Nie wiem, jak u was, ale ja mam swoisty wewnętrzny przymus zmuszający mnie do czytania tego typu pozycji.
A teraz o samej książce i jej porażającej treści.
27 kwietnia 1940 r., Reichsfuehrer SS Heinrich Himmler wydał inspektorowi obozów koncentracyjnych Oberfuehrerowi Richardowi Gluecksowi rozkaz założenia w Oświęcimiu obozu koncentracyjnego.
W ten sposób rozpoczęła się historia KL Auschwitz. Pomysł stworzenia w Oświęcimiu obozu koncentracyjnego zrodził się w Urzędzie Wyższego Dowódcy SS i Policji we Wrocławiu, na którego czele stał Gruppenfuehrer SS Erich von dem Bach-Zelewski. Z projektem wystąpił jeszcze pod koniec 1939 r. podległy mu inspektor policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa Oberfuehrer SS Arpad Wigand. Nazistów niepokoiły mnożące się raporty o przepełnieniu więzień na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim. Narastał ruch oporu, który można było ugasić jedynie stosując masowe aresztowania. Istniejące obozy koncentracyjne nie wystarczały, by osadzić wszystkich zatrzymanych.
W pierwszych dniach stycznia 1940 r. inspektor obozów koncentracyjnych Oberfuehrer SS Richard Gluecks wysłał do Oświęcimia komisję, która orzekła, że koszary nie nadają się, by powstał w nich obóz. Innego zdania byli jednak przedstawiciele Urzędu Wyższego Dowódcy SS i Policji we Wrocławiu. 25 stycznia 1940 r. Himmler otrzymał meldunek, że wkrótce powstanie obóz koncentracyjny Auschwitz.
Za datę uruchomienia obozu uważa się 14 czerwca 1940 r.. Tego dnia do KL Auschwitz z więzienia w Tarnowie dotarł pierwszy transport 728 polskich więźniów politycznych, skierowanych tu przez dowódcę policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa w Krakowie. W pierwszym okresie dominowali Polacy, dla których zakładano obóz. Począwszy od połowy 1942 r., wskutek coraz liczniejszych transportów Żydów, liczba więzionych Polaków i Żydów zrównała się. Od tego czasu liczba Żydów zaczęła rosnąć. W drugiej połowie 1942 r. stanowili już około połowy ogólnego stanu więźniów, a od 1943 r. - większość.
Autor książki, a jednocześnie jej narrator – Michał Ziółkowski należał do grupy 313 więźniów politycznych, którzy w dniu 29 czerwca 1940r. Zostali przewiezieni do Auschwitz. Był to drugi transport z więzienia w Nowym Wiśniczu.
Ziółkowski jesienią 1939r. Został aresztowany przez Niemców w czasie próby ucieczki na Zachód. Ogólny czas jego pobytu w różnych więzieniach i obozach trwał łacznie ponad 5 lat. Niewyobrażalne prawda?!
Ze łzami w oczach (co doskonale wyczuwa się poprzez tekst) opowiada o latach głodu, zimna, bólu, strachu, poniżenia. O przybyciu do Auschwitz wspomina tak: Zostaliśmy wpisani na listę i każdy otrzymał swój numer. W tym momencie byliśmy tylko numerami. Ja otrzymałem numer 1055. Poraża także styl, sposób w jaki Ziółkowski opowiada. Krótkie, jakby urywane zdania sprawiają, że książkę odbiera się bardzo realistycznie, jako wspomnienia starszego człowieka, który przeżył piekło i cudem ocalał. Brak "obróbki" pisarskiej, tzn. wygładzenia opowieści i bardziej książkowego uformowania zdań był wg. mnie doskonałym pomysłem i odnosi zamierzony skutek.
Autor wspomina o pracy w obozie, obsłudze i komendancie obozu, o dniu codziennym w tym piekle na ziemi. Wyjątkowo poruszyły mnie wspomnienia o selekcji, których w trakcie 5 lat pobytu w Auschwitz, autor przeżył wiele. Na bloku liczącym 700-1000 więźniów było wielu tzw. muzułmanów. Tak, też myślałam, że chodzi o wyznanie, ale nie. Nie przedstawiali oni żadnej wartości dla władz obozu, ponieważ nie mieli sił do pracy. Muzułmaninem był więzień tak wygłodzony, że w gruncie rzeczy z człowieka pozostawały tylko skóra i kości oraz ogromne oczy w oczodołach. Taki człowiek rozglądał się tylko za tym co mógłby włożyć do ust. Niczego innego nie zauważał. Byli to ludzie najbardziej cierpiący w obozie. Wykończeni byli nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Byli oni dla władz bezwartościowi, organizowano więc selekcję. Co dalej z nimi robiono, nie będę cytować, zbyt okrutne. Wspomina także o selekcji karnej, w której zginął za innego więźnia Maksymilian Kolbe.
Autor wspomina także o wątpliwej jakości, ale zawsze życiu towarzyskim w obozie, pseudo ruchu oporu i próbach ucieczki z tego piekła.
Na końcu książki opowiada o powrocie do Polski.
Książeczka niepozorna, ale wstrząsnęła mną, nawet bardziej niż wspomnienia uciekiniera z Północnej Korei, które jakiś czas temu recenzowałam. To o czym opowiada Michał Ziółkowski wydarzyło się u nas, w Polsce, w naszej ojczyźnie, dotyczyło często naszych rodzin, przez to jest tak szokujące, wzruszające i poruszające. Nie, tego nawet nie da się opisać, tych uczuć, które mną targały w trakcie lektury.
Uważam, że każdy z nas powinien zapoznać się z tego typu wspomnieniami. Po pierwsze, żeby nigdy nie zapomnieć, a po drugie dlatego, że jesteśmy to winni zarówno Michałowi Ziółkowskiemu, jak i innym, którzy przeżyli Auschwitz i inne obozy koncentracyjne oraz tym, którzy w nich zginęli straszną, okrutna śmiercią. Za kilka lat nikogo z tych, którzy ocaleli już na świecie nie będzie, a jeżeli nie będziemy o tym pisać, czytać, rozmawiać, pamięć o holokauście i jego ofiarach może z biegiem czasu zniknąć w odmętach bieżących historycznych zawirowań.
Tego typu wspomnienia muszą być także przestrogą dla nas oraz dla naszych dzieci i wnuków, żeby historia nigdy się nie powtórzyła.
czwartek, 18 października 2012
Niebiosa są puste - Avrom Bendavid-Val
Wydawnictwo Świat Książki, Okładka twarda, 173 s., Moja ocena 6/6
Niebiosa są puste to cienka, ale niezwykle wstrząsająca i poruszająca pozycja o zagładzie nie tylko Żydów, ale całej miejscowości Trochenbrod, czyli po naszemu Zofiówki. Z każdej strony w trakcie lektury wyłania się historia, nieszczęście, ból, cierpienie i wołanie o pamięć.
Miasteczko to, a w zasadzie wspomnienie po nim, znajduje się na terenie obecnej Ukrainy, na Wołyniu. Trochenbrod (Zofiówka) do 1942 r. był spokojną osadą żydowskich rolników do dnia, gdy w 1942r. zostało wraz z jego mieszkańcami zmiecione dosłownie z powierzchni ziemi przez nazistów.
Autor książki, Bendavid-Val to Amerykanin żydowskiego pochodzenia, jednocześnie potomek mieszkańców Trochenbrodu. W książce opisuje jak przez wiele lat tropił każdy najmniejszy nawet ślad po swojej rodzinie, znajomych, po wiosce. Jak za wszelka cenę próbował zrekonstruować historię żydowskiej osady.
W latach 30. XX w. Trochenbrod był typową w tamtejszych stronach rolniczą osadą, mieszkało w nim ok. 6 tys. Żydów (w miasteczku zamieszkiwała tylko 1 rodzina nieżydowska) . Zajęcie mieszkańców miasteczka było nietypowe, Żydzi bowiem niezwykle rzadko zajmowali się uprawą ziemi, zazwyczaj trudnili się handlem i rzemiosłem. Trochenbrod założyło kilka rodzin żydowskich, które na początku XIX w. osiedliły się na bagnistej polanie otoczonej sosnowym lasem. Trochenbrod różnił się jeszcze tym od innych osad z tego regionu, że był w zasadzie samowystarczalny i nie był związany z żadnym z okolicznych miast. W miasteczku doskonale prosperowały handel i prawie każdy rodzaj rzemiosła.
Poniżej zdjęcia z Trochenbro, gdy osada jeszcze istniała... i grób pamięci jednego z mieszkańców.
W sierpniu 1942 r. do miasteczka wkroczyli Niemcy i zaczęli wywozić nieświadomych niczego mieszkańców do leżącego nieopodal lasu, gdzie czekały na nich doły. Kazano im układać się w dole, na ciałach tych, którzy weszli wcześniej. Potem szucmani chodzili wzdłuż krawędzi dołu, strzelając ofiarom w tył głowy tak, jak zrobili z ludźmi leżącymi pod spodem - pisze autor książki. Ocalało bardzo niewiele osób. Kilka z nich udało się autorowi książki w trakcie żmudnych badań i poszukiwań odnaleźć. Opisali mu ze szczegółami masakrę Trochenbrodu i jak udało im się przeżyć. Np. Basia -Ruchla Potasz opowiedziała jak chowała się wraz z najbliższymi za fałszywą ścianą, przezornie zbudowaną w szopie przez jej ojca.
Potaszowie spędzili zimę w pobliskim lesie, przed Niemcami i współpracującymi z nimi Ukraińcami ukrywając się w ziemiankach. Basia-Ruchla wspomina, że od śmierci głodowej ratowali ich polscy i ukraińscy chłopi.
Inny mieszkaniec Trochenbrodu, któremu udało się uniknąć śmierci z rąk nazistów, powiedział autorowi książki, że w 1950 r. odwiedził miejsce, gdzie przed wojną znajdowało się miasto i nie znalazł śladów jego istnienia. Smutne, tragiczne, dające dużo do myślenia, jak szybko można zniknąć z powierzchni ziemi, jak szybko można zapomnieć. Na szczęście nie wszyscy zapomnieli.
Wiele domów w Trochenrbrodzie zniknęło wkrótce po zamordowaniu ich mieszkańców. Naziści rozebrali domy, część materiałów uzyskanych w ten sposób wywieźli do Niemiec. Po nadejściu Armii Czerwonej w 1944 r. Ukraińcy z okolicznych wsi zabrali z Trochenbrodu wszystko, co się dało, z płytami chodnikowymi włącznie. W ten sposób Trochenbrod przestał istnieć. Przez kilka miesięcy zatarto wszelkie ślady po kilku tysiącach żyjących tam ludzi, po ich życiu ich istnieniu. Jedynym śladem głównej drogi, która była kręgosłupem miasteczka, jest biegnąca po pustkowiu droga, którą jeżdżą ciągniki i wozy konne oraz dwa pomniki z ciemnego granitu, upamiętniające Trochenbrod i jego mieszkańców.
Wielu ocalałych mieszkańców Trochenbrodu osiadło np. w Brazylii, Argentynie, Izraelu.
Z większością z nich autorowi udało się skontaktować, stąd tak rzetelna i poruszająca treść książki. Niektórzy ocaleni przekazali mu zdjęcia, listy członków rodziny, dokumenty bankowe oraz relacje z pierwszej ręki dot. organizacji emigrantów z Trochenbrodu, działających m.in. w Montrealu, Baltimore, Bostonie, Chicago, Nowym Jorku, Toledo. Trochenbrodzianie (jak nazywa ich autor) podróżując po świecie, często zatrzymywali się u rodzin pochodzących z Trochenbrodu, świadczy to o tym, jak blisko ci ludzie są związani ze sobą, mimo iż rozproszeni po całym świecie. Wielu z nich nadal wspomina Trochenbrod, jak np. Ida Liss: (…) Jak pan myśli, co robię, gdy kładę się spać? Nie oglądam telewizji, nie widzę dobrze, nawet nie włączam telewizora. Co więc robię? Rozmyślam bez przerwy o moim życiu, o Trochenbrodzie. Widzę go. Widzę. Mam Trochenbrod przed oczyma.
Tytuł książki może dziwić, może się wydawać niewytłumaczalny, nic nie mówiący. W zasadzie, prawie do końca lektury nie wiedziałam, co on oznacza. A oznacza niezwykle wiele, jest bardzo znaczący, wymowny i poruszający. Nawiązuje bowiem do słów jednego z dawnych mieszkańców Trochenbrodu Tuwii Droriego, który przed wojną wyjechał do Palestyny. Droriego tak powiedział autorowi: Słyszeliśmy od ocalałych, że gdy do dołów prowadzono głównego rabina miasta, w tałesie i z rodziną u boku, podniósł ręce ku niebu i zawołał: 'Gdzie jest Bóg miłosierny, najwyższy sędzia, opiekun wdów i sierot? Czy może być, że niebiosa w rzeczywistości są puste?.
Mogę tylko napisać jedno- książkę polecam, ba nawet mamy obowiązek ją przeczytać, poznać, a to za sprawa pięknego języka, którym książka jest napisana, długotrwałego, niezwykle skrupulatnego dochodzenia, jakie przeprowadził autor i masy, masy cudownych wspomnień ocalałych i nie tylko mieszkańców Zofiówki. Plusem jest piękne wydanie, poruszająca okładka i słowniczek terminów hebrajskich i żydowskich oraz bardzo szczegółowe źródłoznawstwo.
Mimo brutalnej szczerości z jaką książka jest napisana, niezwykle okrutnych opisów, poruszających i wyciskających łzy wspomnień jest to moim zdaniem pozycja obowiązkowa.
O Trochenbrodzie, zwanym też Zofiówką, opowiada film Wszystko jest iluminacją (2005). W żydowskiej osadzie mieszkał dziadek Jonathana Safrana Foera (w tej roli Elijah Wood), który odbywa po latach podróż na Ukrainę, aby odnaleźć wybawicielkę jego dziadka.
Zdjęcia i mapka pochodzą ze stron:
www.forward.com
www.bet-tal.com (niesamowicie poruszająca strona, poświęcona właśnie Trochenbrod, zajrzyjcie)
Znalazłam jeszcze taki króciutki filmik o Trochenbrod.
Następna lektura, jaką wezmę do ręki musi być lekka i zabawna, za dużo zła i nieszczęścia znalazłam w książce o Trochenbrod.
Niebiosa są puste to cienka, ale niezwykle wstrząsająca i poruszająca pozycja o zagładzie nie tylko Żydów, ale całej miejscowości Trochenbrod, czyli po naszemu Zofiówki. Z każdej strony w trakcie lektury wyłania się historia, nieszczęście, ból, cierpienie i wołanie o pamięć.
Miasteczko to, a w zasadzie wspomnienie po nim, znajduje się na terenie obecnej Ukrainy, na Wołyniu. Trochenbrod (Zofiówka) do 1942 r. był spokojną osadą żydowskich rolników do dnia, gdy w 1942r. zostało wraz z jego mieszkańcami zmiecione dosłownie z powierzchni ziemi przez nazistów.
Autor książki, Bendavid-Val to Amerykanin żydowskiego pochodzenia, jednocześnie potomek mieszkańców Trochenbrodu. W książce opisuje jak przez wiele lat tropił każdy najmniejszy nawet ślad po swojej rodzinie, znajomych, po wiosce. Jak za wszelka cenę próbował zrekonstruować historię żydowskiej osady.
![]() |
| Tam, gdzie niebieska kropka znajdował się Trochenbrod. |
W latach 30. XX w. Trochenbrod był typową w tamtejszych stronach rolniczą osadą, mieszkało w nim ok. 6 tys. Żydów (w miasteczku zamieszkiwała tylko 1 rodzina nieżydowska) . Zajęcie mieszkańców miasteczka było nietypowe, Żydzi bowiem niezwykle rzadko zajmowali się uprawą ziemi, zazwyczaj trudnili się handlem i rzemiosłem. Trochenbrod założyło kilka rodzin żydowskich, które na początku XIX w. osiedliły się na bagnistej polanie otoczonej sosnowym lasem. Trochenbrod różnił się jeszcze tym od innych osad z tego regionu, że był w zasadzie samowystarczalny i nie był związany z żadnym z okolicznych miast. W miasteczku doskonale prosperowały handel i prawie każdy rodzaj rzemiosła.
Poniżej zdjęcia z Trochenbro, gdy osada jeszcze istniała... i grób pamięci jednego z mieszkańców.
W sierpniu 1942 r. do miasteczka wkroczyli Niemcy i zaczęli wywozić nieświadomych niczego mieszkańców do leżącego nieopodal lasu, gdzie czekały na nich doły. Kazano im układać się w dole, na ciałach tych, którzy weszli wcześniej. Potem szucmani chodzili wzdłuż krawędzi dołu, strzelając ofiarom w tył głowy tak, jak zrobili z ludźmi leżącymi pod spodem - pisze autor książki. Ocalało bardzo niewiele osób. Kilka z nich udało się autorowi książki w trakcie żmudnych badań i poszukiwań odnaleźć. Opisali mu ze szczegółami masakrę Trochenbrodu i jak udało im się przeżyć. Np. Basia -Ruchla Potasz opowiedziała jak chowała się wraz z najbliższymi za fałszywą ścianą, przezornie zbudowaną w szopie przez jej ojca.
Potaszowie spędzili zimę w pobliskim lesie, przed Niemcami i współpracującymi z nimi Ukraińcami ukrywając się w ziemiankach. Basia-Ruchla wspomina, że od śmierci głodowej ratowali ich polscy i ukraińscy chłopi.
Inny mieszkaniec Trochenbrodu, któremu udało się uniknąć śmierci z rąk nazistów, powiedział autorowi książki, że w 1950 r. odwiedził miejsce, gdzie przed wojną znajdowało się miasto i nie znalazł śladów jego istnienia. Smutne, tragiczne, dające dużo do myślenia, jak szybko można zniknąć z powierzchni ziemi, jak szybko można zapomnieć. Na szczęście nie wszyscy zapomnieli.
Wiele domów w Trochenrbrodzie zniknęło wkrótce po zamordowaniu ich mieszkańców. Naziści rozebrali domy, część materiałów uzyskanych w ten sposób wywieźli do Niemiec. Po nadejściu Armii Czerwonej w 1944 r. Ukraińcy z okolicznych wsi zabrali z Trochenbrodu wszystko, co się dało, z płytami chodnikowymi włącznie. W ten sposób Trochenbrod przestał istnieć. Przez kilka miesięcy zatarto wszelkie ślady po kilku tysiącach żyjących tam ludzi, po ich życiu ich istnieniu. Jedynym śladem głównej drogi, która była kręgosłupem miasteczka, jest biegnąca po pustkowiu droga, którą jeżdżą ciągniki i wozy konne oraz dwa pomniki z ciemnego granitu, upamiętniające Trochenbrod i jego mieszkańców.
![]() |
| Tak wygląda obecnie główna ulica Trochenbrodu... |
Z większością z nich autorowi udało się skontaktować, stąd tak rzetelna i poruszająca treść książki. Niektórzy ocaleni przekazali mu zdjęcia, listy członków rodziny, dokumenty bankowe oraz relacje z pierwszej ręki dot. organizacji emigrantów z Trochenbrodu, działających m.in. w Montrealu, Baltimore, Bostonie, Chicago, Nowym Jorku, Toledo. Trochenbrodzianie (jak nazywa ich autor) podróżując po świecie, często zatrzymywali się u rodzin pochodzących z Trochenbrodu, świadczy to o tym, jak blisko ci ludzie są związani ze sobą, mimo iż rozproszeni po całym świecie. Wielu z nich nadal wspomina Trochenbrod, jak np. Ida Liss: (…) Jak pan myśli, co robię, gdy kładę się spać? Nie oglądam telewizji, nie widzę dobrze, nawet nie włączam telewizora. Co więc robię? Rozmyślam bez przerwy o moim życiu, o Trochenbrodzie. Widzę go. Widzę. Mam Trochenbrod przed oczyma.
Tytuł książki może dziwić, może się wydawać niewytłumaczalny, nic nie mówiący. W zasadzie, prawie do końca lektury nie wiedziałam, co on oznacza. A oznacza niezwykle wiele, jest bardzo znaczący, wymowny i poruszający. Nawiązuje bowiem do słów jednego z dawnych mieszkańców Trochenbrodu Tuwii Droriego, który przed wojną wyjechał do Palestyny. Droriego tak powiedział autorowi: Słyszeliśmy od ocalałych, że gdy do dołów prowadzono głównego rabina miasta, w tałesie i z rodziną u boku, podniósł ręce ku niebu i zawołał: 'Gdzie jest Bóg miłosierny, najwyższy sędzia, opiekun wdów i sierot? Czy może być, że niebiosa w rzeczywistości są puste?.
Mogę tylko napisać jedno- książkę polecam, ba nawet mamy obowiązek ją przeczytać, poznać, a to za sprawa pięknego języka, którym książka jest napisana, długotrwałego, niezwykle skrupulatnego dochodzenia, jakie przeprowadził autor i masy, masy cudownych wspomnień ocalałych i nie tylko mieszkańców Zofiówki. Plusem jest piękne wydanie, poruszająca okładka i słowniczek terminów hebrajskich i żydowskich oraz bardzo szczegółowe źródłoznawstwo.
Mimo brutalnej szczerości z jaką książka jest napisana, niezwykle okrutnych opisów, poruszających i wyciskających łzy wspomnień jest to moim zdaniem pozycja obowiązkowa.
O Trochenbrodzie, zwanym też Zofiówką, opowiada film Wszystko jest iluminacją (2005). W żydowskiej osadzie mieszkał dziadek Jonathana Safrana Foera (w tej roli Elijah Wood), który odbywa po latach podróż na Ukrainę, aby odnaleźć wybawicielkę jego dziadka.
Zdjęcia i mapka pochodzą ze stron:
www.forward.com
www.bet-tal.com (niesamowicie poruszająca strona, poświęcona właśnie Trochenbrod, zajrzyjcie)
Znalazłam jeszcze taki króciutki filmik o Trochenbrod.
środa, 10 października 2012
Sprawiedliwość w Dachau - Joshua M. Greene
Wydawnictwo Świat Książki, Okładka twarda, 429 s., Moja ocena 6/6
Książkę zaczęłam czytać i skończyłam jeszcze w październiku, tylko jakoś nie mogłam zebrać się za napisanie recenzji, a już kilkakrotnie obiecywałam Agnieszce, że podeślę. Aga, kajam się:)
Dlaczego tak kiepsko mi szło z recenzją? A dlatego, że sama nie wiedziałam co o książce napisać i pozwolę sobie powtórzyć to co powiedziała (napisała) Kasiek , że o dobrych książkach ciężko się pisze. No właśnie. Ale niniejszym nadrabiam zaległości i zabieram sie za pisanie recenzji i opis samego Dachau.
Konzentrationslager Dachau to pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny założony wiosną 1933r. w opuszczonej fabryce amunicji na obrzeżach miasta Dachau, na północ od Monachium, w południowych Niemczech. Funkcjonował do 29 kwietnia 1945, oswobodzony przez wojska amerykańskie. Obóz powstał w celu izolowania politycznych przeciwników reżimu hitlerowskiego, duchownych i Żydów Stał się "wzorem" dla wszystkich kolejnych.
Od 1938r. swego rodzaju "ośrodek szkoleniowy" dla zarządców i wachmanów innych późniejszych obozów tego rodzaju.
Dachau pełnił funkcję głównego obozu dla duchownych z Kościołów chrześcijańskich (katolickich, protestanckich i prawosławnych).
Podczas wojny w obozie znalazło się wiele ludzi z krajów okupowanych: przede wszystkim z Polski (m.in. grupa 43 naukowców z Uniwersystetu Jagielońskiego). W maju 1940r. zesłana tu została ok. pięćset osobowa grupa łódzkiej młodzieży, zatrzymana podczas dużej akcji łódzkiego gestapo. Wśród nich byli m.in. dyrygent – Henryk Debich i aktor Włodzimierz Skoczylas. Wielu więźniów było kierowanych do KL Dachau z innych obozów. Wówczas więźniowie z Niemiec stali się mniejszością, a największą grupę stanowili więźniowie z Polski. Liczba więźniów i ofiar nie jest dokładnie znana. Wg dokumentacji obozowej w okresie 1933-45 przez obóz przewinęło się 206 206 więźniów, z czego zmarło 31 591. Liczby te jednak nie uwzględniają osób poddanych Sonderbehandlug (skierowanych do obozu przez Gestapo celem wykonania egzekucji), jeńców radzieckich zabijanych w ramach Kommissar-Erlaß oraz zmarłych w czasie ewakuacji obozu. Według niektórych danych, ogólną liczbę więźniów szacuje się na ok. 250.000 osób, a liczbę ofiar nawet na 148.000 (wliczając zgładzonych w podobozach).
Istotą funkcjonowania obozu był drakoński regulamin obozu opracowany przez komendanta Theodora Eickego. Przed wojną praca więźniów polegała na wykonywaniu robót na rzecz obozu w komandach roboczych, dla jego utrzymania i rozwoju. Podczas wojny więźniowie pracowali niewolniczo w przemyśle wojennym. W szczególności w ostatnich dwóch latach wojny, gdy Niemcy zdecydowali się umieścić strategiczne produkcje zbrojeniowe pod ziemią, więźniowie musieli pracować w morderczych warunkach. Najsłynniejszymi i najtrudniejszymi placówkami podziemnymi, były podobozy Kaufering i Mühldorf. Najcięższą pracę wykonywali na ogół Żydzi z Polski, Litwy i Węgier.W obozie stosowano 8, 14, 21 oraz 42 - dniowy areszt w bunkrze. Podczas odbywania kary więzień otrzymywał wodę i chleb a raz na cztery dni ciepły posiłek. Zdarzały się przypadki kiedy osadzeni przebywali w celi kilka miesięcy.
Bardzo popularną metodą torturowania była tzw: kara słupka, wielokrotnie po jej odbyciu więzień nie odzyskiwał władzy w rękach. Codziennością było również polewanie zimną wodą na kilkunastostopniowym mrozie co prowadziło do wychłodzenia organizmu a w konsekwencji do zgonu, wkładanie gumowego węża do przełyku, odkręcanie wody (więzień poddany takiej torturze topił się bądź ulegał poważnym obrażeniom narządów wewnętrznych).
Osadzeni najczęściej ginęli w wyniku niedożywienia, chorób, tortur, samobójstw, rozstrzelania oraz eksperymentów pseudomedycznych. Strażnicy wyznaczali kary za najdrobniejsze przewinienia m.in. źle pościelone łóżko czy trzymanie rąk w kieszeniach. W obozie "sławę" zyskała trupiarnia, w której dokonywano sekcji zwłok. Ściągano tam martwym więźniom skórę z pleców, którą następnie przygotowywano do dalszej obróbki. Wykonywano z niej rękawiczki, bryczesy, siodła, pantofle oraz torebki damskie dla SS. Szukano zazwyczaj zdrowej skóry. Lubowano się w skórze wytatuowanej.
W obozie "sławę" zyskała trupiarnia, w której dokonywano sekcji zwłok. Ściągano tam martwym więźniom skórę z pleców, którą następnie przygotowywano do dalszej obróbki. Wykonywano z niej rękawiczki, bryczesy, siodła, pantofle oraz torebki damskie dla SS. Szukano zazwyczaj zdrowej skóry. Lubowano się w skórze wytatuowanej.
Doświadczenia pseudomedyczne Dachau można podzielić na: malaryczne (Klaus Schilling stosował 69 odmian malarii. Odmianę najsilniejszą Madagaskar więźniom wstrzykiwano domięśniowo lub dożylnie), lotnicze (w kabinie ciśnieniowej zamykano od 5 do 15 więźniów, gdzie następnie zagęszczano lub rozrzedzano powietrze. Przy obniżaniu ciśnienia więźniowie wpadali w szał, rwali sobie włosy z głowy, tłukli głową o ściany. Po eksperymencie dokonywano sekcji zwłok a narządy zamykano w naczyniach. Większość więźniów po tych eksperymentach umierała lub dostawała porażeń w skutek krwotoków wewnątrz-czaszkowych, chorowali na choroby psychiczne) nad ropowicą (dr Wolter wstrzykiwał więźniom ciekłą ropę wyciąganą z ran innych chorych lub zwłok. Więźniowie tracili kończyny lub dostawali posocznicy. W większości wypadków umierali i ta śmierć była dla nich prawdziwym wybawieniem). Spośród ok. 6000 więźniów poddawanych tym eksperymentom, nie przeżyło ich 2073.
Obóz został zajęty przez wojska VII Armii amerykańskiej. W tym momencie znajdowało się w nim ponad 31 000 więźniów. Krótko potem wszyscy napotkani w obozie esesmani zostali rozstrzelani.
Bezpośrednio po wojnie obóz był używany jako centrum dla osób powracających do swych krajów.
15 listopada 1945 r. w zabudowaniach KL Dachau rozpoczęła się seria procesów przeciwko zbrodniarzom hitlerowskim.
Pierwszym był proces przeciwko komendantowi obozu M. Weissowi oraz 33 ocalałych członków załogi. Od 1945r. do 1948 r. przed amerykańskim trybunałem wojskowym w Dachau osądzono 1672 osób, głównie członków załóg obozów koncentracyjnych oraz lekarzy prowadzących eksperymenty pseudomedyczne. Świat ciągle pamięta Norymbergę, gdzie nazistowscy dygnitarze zostali pociągnięci do odpowiedzialności, ale prawie zapomniał o procesach w Dachau, gdzie setki strażników, oficerów i lekarzy stanęły przed sądem za osobisty udział w torturowaniu i mordowaniu więźniów w obozach koncentracyjnych Dachau, Mauthausen, Flossenbürg i Buchenwald.
Jeżeli doczytaliście dotąd, to teraz już o książce będzie...
Joshua M. Greene opowiada w swojej książce dramatyczną historię Williama Densona, młodego prawnika z Alabamy, wykładowcy prawa w West Point, którego wysłano do Niemiec, by pokierował zespołem oskarżenia w największej serii procesów nazistowskich zbrodniarzy w dziejach. Młody prawnik stal się głównym prokuratorem koszmarnych procesów nazistów w Dachau. Wśród oskarżonych znajdował się doktor Klaus Schilling, Edwin Katzen-Ellenbogen, psycholog z Harvardu, który został później konfidentem Gestapo, i jedna z najsłynniejszych zbrodniarek wojennych w historii, Ilse Koch, „Wiedźma z Buchenwaldu”, której upodobanie do lamp z tatuowanych ludzkich skór opisywały gazety na całym świecie.
Zanim w sierpniu 1948r. Procesy dobiegły końca, główny ich bohater, i bohater książki – Denson osądził więcej nazistów niż jakikolwiek inny prawnik w całym okresie powojennym- 177 strażników i funkcjonariuszy. Wyobraźcie sobie, jak wyczerpujące psychicznie było to zadanie. Wszyscy sądzeni uznani zostali za winnych. 97 skazano na śmierć, 54 na dożywotnie wiezienie (tu bym dyskutowała, bo to za łagodna moim zdaniem kara) resztę skazano na ciężkie roboty.
Procesy o mal nie doprowadziły do śmierci Densona. Dlaczego? Tego dowiecie się z książki.
W momencie, gdy podjął się prowadzenia procesów przeciwko nazistom, jego życie zmieniło się o 180 stopni. Z sielskiego niemal świata w Alabamie, z rodzinnego domu, przeniósł się na 21 miesięcy w samo serce piekła. Ten kontrast doskonale ukazany przez Greena, porusza bardzo, podobnie, jak zbrodnie popełnione przez nazistów. Denson ścigał i oskarżał w sprawie zbrodni i wynaturzeń tak okrutnych i niewyobrażalnych, że nadal wydają mi się one nieprawdopodobne.
Denson przeniesiony z Alabamy niepozorny prawnik, stał się jednym z najbardziej obserwowanych prawników w tym momencie i musiał zmierzyć się z czymś, o czego istnieniu świat nie wiedział i w co nie chciał uwierzyć, z czym nie spotkały się dotąd żadne cywilizowane narody ani sądy. I jak miał z tym dać sobie radę prowincjonalny w sumie, spokojny prawnik?!
W tamtym okresie niewielu doceniło jego pracę i to co zrobił, co musiał zrobić. Na pierwszych stronach gazet był przecież proces w Norymberdze, gdzie potężny Międzynarodowy Trybunał Wojskowy sądził kilkunastu najwyższych nazistowskich dygnitarzy. Pomyślcie przez chwilę - procesach norymberskich słyszał chyba każdy (no prawie), chociażby na lekcjach historii, a o procesach w Dachau? Założę się, że niewiele osób. Tak było i w tamtym okresie.
Sceną szeroko obserwowanego przez opinię publiczną procesu w Norymberdze był majestatyczny Pałac Sprawiedliwości, a udział w nim brało 12 dziennikarzy z całego świata.
Tymczasem 100 km dalej, Denson musiał praktycznie sam przedzierać się przez tony akt, notatek, przesłuchań, ogarnąć to jakoś i dać sobie z tym radę psychicznie, krótko mówiąc – nie zwariować. Jednak moim zdaniem to, czego dokonał Denson jest nieporównywalne z tym czego dokonano w Norymberdze. Tzn. oba procesy były niezwykle ważne, ale te Densona bez porównania bardziej heroiczne. W Norymberdze sądzono twórców zagłady milionów ludzi, a w Dachau wykonawców tej zbrodni. Denson sądził istoty (bo trudno nazwać ich ludźmi) za to, że własnymi rękoma dopuścili się niewyobrażalnych wprost okrucieństw i zbrodni, kierowali się zaś własnym wynaturzeniem i tym, co w istocie ludzkiej najgorsze.
Denson musiał obcować z tymi istotami, wysłuchiwać ich, obalać ich argumenty i na rozkaz armii USA uzyskać wyroki skazujące, które byłyby sprawiedliwe. Ale czy za popełnione przez nazistów zbrodnie jest właściwa kara? Na to i wiele innych pytań próbuje odpowiedzieć w niniejszej książce prokurator Denson. Zadał sobie niewyobrażalną ilość trudu, żeby obalić argumenty przeciwników procesów, którzy uważali, że nazistów należy rozstrzelać bez sądu, żeby przygotować się do procesu, żeby to wszystko wytrzymać, bo zrozumieć się nie dało. Praca się przeciągała, oskarżeni twierdzili, że zostali zmuszeni do podpisania zeznań, nie przyznawali się do winy.
Ogromne poświęcenie z jakim Denson zaangażował się w proces i wyczerpanie psychiczne, doprowadziło do klęski w życiu prywatnym- zachorował fizycznie, był w stanie depresji, do końca procesów schudł ponad 25 kg. Uzyskał jednak 100% wyroków skazujących, ale jakim kosztem?! Jednak sława i nagroda, które na logikę powinien otrzymać, czy chociażby podziękowanie nigdy do niego nie przyszły. Dlaczego? Tego także dowiecie się w trakcie lektury.
W sumie pokonany Denson przez pół wieku milczał na temat procesów w Dachau, dopiero za sprawą Joshui M. Grrene'a ujawnia prawdę. Denson zmarł w 1998r. Jego ostatnią wolą było, żeby prawda o procesach w Dachau ujrzała światło dzienne.
Greene uzyskał dostęp do osobistego archiwum Densona, gdzie znajdowały się stenogramy z procesów, wycinki prasowe oraz stosy fotografii i listów. Dzięki nim udało mu się zrekonstruować procesy w Dachau i nadać swojej relacji atmosferę i napięcie najlepszego prawniczego thrillera. Niech się schowa Grisham ze swoimi thrillerami.
Książkę czyta się błyskawicznie z dwóch powodów: wyjątkowej lekkości pióra i stylu (mimo tak drastycznej tematyki), przy pomocy których została napisana, a także z powodu niedowierzania, że coś takiego było możliwe. Mimo tematyki w książce jest mniej opisów okrucieństw niż sądziłam na początku, ale i tak książka wstrząsa i poraża. Tematem jednak przewodnim są same procesy i osoba prokuratora Densona. Każdy z czterech procesów poprzedzony jest krótkim opisem, co, kto i jak. Procesy są bardzo szczegółowo opisane i pod tym względem, jak i pod względem historycznym jest to prawdziwy majstersztyk.
Uzupełnieniem są zdjęcia ukazujące przebieg procesów oraz prokuratora. Jest tylko jeden minus, na który ja zawsze zwracam uwagę – przypisy znajdują się nie u dołu każdej strony, a skomasowane są na końcu książki. To jedyna wada, nie mam nigdy cierpliwości szukania przypisy na końcu danej pozycji, tym bardziej jeżeli chodzi o tak wciągającą lekturę.
Ale to drobny minus, który nijak ma się do tego co zrobił prokurator Denson i wartości książki, której autorem jest Joshua M. Greene.
Gorąco zachęcam do lektury. Książka pochodzi z fantastycznej serii Sfery Wydawnictwa Świat Książki, która gwarantuje bardzo wysoką jakość merytoryczną. Sprawiedliwość w Dachau to pozycja wręcz obowiązkowa, niezwykle ważna i potrzebna. A Denson oprócz pracy, którą wykonał podbił mnie jeszcze jedną tezą, którą ja w 100% podzielam – ludzie mają w sobie ogromne pokłady zła i tylko od nas zależy, czy damy im dojść do głosu czy nie i czy w przyszłości unikniemy podobnej tragedii, jaką był bez wątpienia Holokaust.
Książkę zaczęłam czytać i skończyłam jeszcze w październiku, tylko jakoś nie mogłam zebrać się za napisanie recenzji, a już kilkakrotnie obiecywałam Agnieszce, że podeślę. Aga, kajam się:)
Dlaczego tak kiepsko mi szło z recenzją? A dlatego, że sama nie wiedziałam co o książce napisać i pozwolę sobie powtórzyć to co powiedziała (napisała) Kasiek , że o dobrych książkach ciężko się pisze. No właśnie. Ale niniejszym nadrabiam zaległości i zabieram sie za pisanie recenzji i opis samego Dachau.
![]() |
| Konzentrationslager Dachau. |
Od 1938r. swego rodzaju "ośrodek szkoleniowy" dla zarządców i wachmanów innych późniejszych obozów tego rodzaju.
Dachau pełnił funkcję głównego obozu dla duchownych z Kościołów chrześcijańskich (katolickich, protestanckich i prawosławnych).
Podczas wojny w obozie znalazło się wiele ludzi z krajów okupowanych: przede wszystkim z Polski (m.in. grupa 43 naukowców z Uniwersystetu Jagielońskiego). W maju 1940r. zesłana tu została ok. pięćset osobowa grupa łódzkiej młodzieży, zatrzymana podczas dużej akcji łódzkiego gestapo. Wśród nich byli m.in. dyrygent – Henryk Debich i aktor Włodzimierz Skoczylas. Wielu więźniów było kierowanych do KL Dachau z innych obozów. Wówczas więźniowie z Niemiec stali się mniejszością, a największą grupę stanowili więźniowie z Polski. Liczba więźniów i ofiar nie jest dokładnie znana. Wg dokumentacji obozowej w okresie 1933-45 przez obóz przewinęło się 206 206 więźniów, z czego zmarło 31 591. Liczby te jednak nie uwzględniają osób poddanych Sonderbehandlug (skierowanych do obozu przez Gestapo celem wykonania egzekucji), jeńców radzieckich zabijanych w ramach Kommissar-Erlaß oraz zmarłych w czasie ewakuacji obozu. Według niektórych danych, ogólną liczbę więźniów szacuje się na ok. 250.000 osób, a liczbę ofiar nawet na 148.000 (wliczając zgładzonych w podobozach).
Istotą funkcjonowania obozu był drakoński regulamin obozu opracowany przez komendanta Theodora Eickego. Przed wojną praca więźniów polegała na wykonywaniu robót na rzecz obozu w komandach roboczych, dla jego utrzymania i rozwoju. Podczas wojny więźniowie pracowali niewolniczo w przemyśle wojennym. W szczególności w ostatnich dwóch latach wojny, gdy Niemcy zdecydowali się umieścić strategiczne produkcje zbrojeniowe pod ziemią, więźniowie musieli pracować w morderczych warunkach. Najsłynniejszymi i najtrudniejszymi placówkami podziemnymi, były podobozy Kaufering i Mühldorf. Najcięższą pracę wykonywali na ogół Żydzi z Polski, Litwy i Węgier.W obozie stosowano 8, 14, 21 oraz 42 - dniowy areszt w bunkrze. Podczas odbywania kary więzień otrzymywał wodę i chleb a raz na cztery dni ciepły posiłek. Zdarzały się przypadki kiedy osadzeni przebywali w celi kilka miesięcy.
Bardzo popularną metodą torturowania była tzw: kara słupka, wielokrotnie po jej odbyciu więzień nie odzyskiwał władzy w rękach. Codziennością było również polewanie zimną wodą na kilkunastostopniowym mrozie co prowadziło do wychłodzenia organizmu a w konsekwencji do zgonu, wkładanie gumowego węża do przełyku, odkręcanie wody (więzień poddany takiej torturze topił się bądź ulegał poważnym obrażeniom narządów wewnętrznych).
Osadzeni najczęściej ginęli w wyniku niedożywienia, chorób, tortur, samobójstw, rozstrzelania oraz eksperymentów pseudomedycznych. Strażnicy wyznaczali kary za najdrobniejsze przewinienia m.in. źle pościelone łóżko czy trzymanie rąk w kieszeniach. W obozie "sławę" zyskała trupiarnia, w której dokonywano sekcji zwłok. Ściągano tam martwym więźniom skórę z pleców, którą następnie przygotowywano do dalszej obróbki. Wykonywano z niej rękawiczki, bryczesy, siodła, pantofle oraz torebki damskie dla SS. Szukano zazwyczaj zdrowej skóry. Lubowano się w skórze wytatuowanej.
W obozie "sławę" zyskała trupiarnia, w której dokonywano sekcji zwłok. Ściągano tam martwym więźniom skórę z pleców, którą następnie przygotowywano do dalszej obróbki. Wykonywano z niej rękawiczki, bryczesy, siodła, pantofle oraz torebki damskie dla SS. Szukano zazwyczaj zdrowej skóry. Lubowano się w skórze wytatuowanej.
Doświadczenia pseudomedyczne Dachau można podzielić na: malaryczne (Klaus Schilling stosował 69 odmian malarii. Odmianę najsilniejszą Madagaskar więźniom wstrzykiwano domięśniowo lub dożylnie), lotnicze (w kabinie ciśnieniowej zamykano od 5 do 15 więźniów, gdzie następnie zagęszczano lub rozrzedzano powietrze. Przy obniżaniu ciśnienia więźniowie wpadali w szał, rwali sobie włosy z głowy, tłukli głową o ściany. Po eksperymencie dokonywano sekcji zwłok a narządy zamykano w naczyniach. Większość więźniów po tych eksperymentach umierała lub dostawała porażeń w skutek krwotoków wewnątrz-czaszkowych, chorowali na choroby psychiczne) nad ropowicą (dr Wolter wstrzykiwał więźniom ciekłą ropę wyciąganą z ran innych chorych lub zwłok. Więźniowie tracili kończyny lub dostawali posocznicy. W większości wypadków umierali i ta śmierć była dla nich prawdziwym wybawieniem). Spośród ok. 6000 więźniów poddawanych tym eksperymentom, nie przeżyło ich 2073.
Obóz został zajęty przez wojska VII Armii amerykańskiej. W tym momencie znajdowało się w nim ponad 31 000 więźniów. Krótko potem wszyscy napotkani w obozie esesmani zostali rozstrzelani.
Bezpośrednio po wojnie obóz był używany jako centrum dla osób powracających do swych krajów.
15 listopada 1945 r. w zabudowaniach KL Dachau rozpoczęła się seria procesów przeciwko zbrodniarzom hitlerowskim.
Pierwszym był proces przeciwko komendantowi obozu M. Weissowi oraz 33 ocalałych członków załogi. Od 1945r. do 1948 r. przed amerykańskim trybunałem wojskowym w Dachau osądzono 1672 osób, głównie członków załóg obozów koncentracyjnych oraz lekarzy prowadzących eksperymenty pseudomedyczne. Świat ciągle pamięta Norymbergę, gdzie nazistowscy dygnitarze zostali pociągnięci do odpowiedzialności, ale prawie zapomniał o procesach w Dachau, gdzie setki strażników, oficerów i lekarzy stanęły przed sądem za osobisty udział w torturowaniu i mordowaniu więźniów w obozach koncentracyjnych Dachau, Mauthausen, Flossenbürg i Buchenwald.
Jeżeli doczytaliście dotąd, to teraz już o książce będzie...
Joshua M. Greene opowiada w swojej książce dramatyczną historię Williama Densona, młodego prawnika z Alabamy, wykładowcy prawa w West Point, którego wysłano do Niemiec, by pokierował zespołem oskarżenia w największej serii procesów nazistowskich zbrodniarzy w dziejach. Młody prawnik stal się głównym prokuratorem koszmarnych procesów nazistów w Dachau. Wśród oskarżonych znajdował się doktor Klaus Schilling, Edwin Katzen-Ellenbogen, psycholog z Harvardu, który został później konfidentem Gestapo, i jedna z najsłynniejszych zbrodniarek wojennych w historii, Ilse Koch, „Wiedźma z Buchenwaldu”, której upodobanie do lamp z tatuowanych ludzkich skór opisywały gazety na całym świecie.
![]() |
| Proces w Dachau. |
![]() |
| Proces w Dachau |
![]() |
| Prokurator William Denson |
![]() |
| Proces Wiedźmy z Buchenwaldu - Ilse Koch |
![]() |
| Ilse Koch zeznaje |
![]() |
| Świadek, polski ksiądz T. Korcz, czyta wyniki eksperymentów medycznych |
Zanim w sierpniu 1948r. Procesy dobiegły końca, główny ich bohater, i bohater książki – Denson osądził więcej nazistów niż jakikolwiek inny prawnik w całym okresie powojennym- 177 strażników i funkcjonariuszy. Wyobraźcie sobie, jak wyczerpujące psychicznie było to zadanie. Wszyscy sądzeni uznani zostali za winnych. 97 skazano na śmierć, 54 na dożywotnie wiezienie (tu bym dyskutowała, bo to za łagodna moim zdaniem kara) resztę skazano na ciężkie roboty.
Procesy o mal nie doprowadziły do śmierci Densona. Dlaczego? Tego dowiecie się z książki.
W momencie, gdy podjął się prowadzenia procesów przeciwko nazistom, jego życie zmieniło się o 180 stopni. Z sielskiego niemal świata w Alabamie, z rodzinnego domu, przeniósł się na 21 miesięcy w samo serce piekła. Ten kontrast doskonale ukazany przez Greena, porusza bardzo, podobnie, jak zbrodnie popełnione przez nazistów. Denson ścigał i oskarżał w sprawie zbrodni i wynaturzeń tak okrutnych i niewyobrażalnych, że nadal wydają mi się one nieprawdopodobne.
Denson przeniesiony z Alabamy niepozorny prawnik, stał się jednym z najbardziej obserwowanych prawników w tym momencie i musiał zmierzyć się z czymś, o czego istnieniu świat nie wiedział i w co nie chciał uwierzyć, z czym nie spotkały się dotąd żadne cywilizowane narody ani sądy. I jak miał z tym dać sobie radę prowincjonalny w sumie, spokojny prawnik?!
W tamtym okresie niewielu doceniło jego pracę i to co zrobił, co musiał zrobić. Na pierwszych stronach gazet był przecież proces w Norymberdze, gdzie potężny Międzynarodowy Trybunał Wojskowy sądził kilkunastu najwyższych nazistowskich dygnitarzy. Pomyślcie przez chwilę - procesach norymberskich słyszał chyba każdy (no prawie), chociażby na lekcjach historii, a o procesach w Dachau? Założę się, że niewiele osób. Tak było i w tamtym okresie.
Sceną szeroko obserwowanego przez opinię publiczną procesu w Norymberdze był majestatyczny Pałac Sprawiedliwości, a udział w nim brało 12 dziennikarzy z całego świata.
Tymczasem 100 km dalej, Denson musiał praktycznie sam przedzierać się przez tony akt, notatek, przesłuchań, ogarnąć to jakoś i dać sobie z tym radę psychicznie, krótko mówiąc – nie zwariować. Jednak moim zdaniem to, czego dokonał Denson jest nieporównywalne z tym czego dokonano w Norymberdze. Tzn. oba procesy były niezwykle ważne, ale te Densona bez porównania bardziej heroiczne. W Norymberdze sądzono twórców zagłady milionów ludzi, a w Dachau wykonawców tej zbrodni. Denson sądził istoty (bo trudno nazwać ich ludźmi) za to, że własnymi rękoma dopuścili się niewyobrażalnych wprost okrucieństw i zbrodni, kierowali się zaś własnym wynaturzeniem i tym, co w istocie ludzkiej najgorsze.
Denson musiał obcować z tymi istotami, wysłuchiwać ich, obalać ich argumenty i na rozkaz armii USA uzyskać wyroki skazujące, które byłyby sprawiedliwe. Ale czy za popełnione przez nazistów zbrodnie jest właściwa kara? Na to i wiele innych pytań próbuje odpowiedzieć w niniejszej książce prokurator Denson. Zadał sobie niewyobrażalną ilość trudu, żeby obalić argumenty przeciwników procesów, którzy uważali, że nazistów należy rozstrzelać bez sądu, żeby przygotować się do procesu, żeby to wszystko wytrzymać, bo zrozumieć się nie dało. Praca się przeciągała, oskarżeni twierdzili, że zostali zmuszeni do podpisania zeznań, nie przyznawali się do winy.
Ogromne poświęcenie z jakim Denson zaangażował się w proces i wyczerpanie psychiczne, doprowadziło do klęski w życiu prywatnym- zachorował fizycznie, był w stanie depresji, do końca procesów schudł ponad 25 kg. Uzyskał jednak 100% wyroków skazujących, ale jakim kosztem?! Jednak sława i nagroda, które na logikę powinien otrzymać, czy chociażby podziękowanie nigdy do niego nie przyszły. Dlaczego? Tego także dowiecie się w trakcie lektury.
W sumie pokonany Denson przez pół wieku milczał na temat procesów w Dachau, dopiero za sprawą Joshui M. Grrene'a ujawnia prawdę. Denson zmarł w 1998r. Jego ostatnią wolą było, żeby prawda o procesach w Dachau ujrzała światło dzienne.
Greene uzyskał dostęp do osobistego archiwum Densona, gdzie znajdowały się stenogramy z procesów, wycinki prasowe oraz stosy fotografii i listów. Dzięki nim udało mu się zrekonstruować procesy w Dachau i nadać swojej relacji atmosferę i napięcie najlepszego prawniczego thrillera. Niech się schowa Grisham ze swoimi thrillerami.
Książkę czyta się błyskawicznie z dwóch powodów: wyjątkowej lekkości pióra i stylu (mimo tak drastycznej tematyki), przy pomocy których została napisana, a także z powodu niedowierzania, że coś takiego było możliwe. Mimo tematyki w książce jest mniej opisów okrucieństw niż sądziłam na początku, ale i tak książka wstrząsa i poraża. Tematem jednak przewodnim są same procesy i osoba prokuratora Densona. Każdy z czterech procesów poprzedzony jest krótkim opisem, co, kto i jak. Procesy są bardzo szczegółowo opisane i pod tym względem, jak i pod względem historycznym jest to prawdziwy majstersztyk.
Uzupełnieniem są zdjęcia ukazujące przebieg procesów oraz prokuratora. Jest tylko jeden minus, na który ja zawsze zwracam uwagę – przypisy znajdują się nie u dołu każdej strony, a skomasowane są na końcu książki. To jedyna wada, nie mam nigdy cierpliwości szukania przypisy na końcu danej pozycji, tym bardziej jeżeli chodzi o tak wciągającą lekturę.
Ale to drobny minus, który nijak ma się do tego co zrobił prokurator Denson i wartości książki, której autorem jest Joshua M. Greene.
Gorąco zachęcam do lektury. Książka pochodzi z fantastycznej serii Sfery Wydawnictwa Świat Książki, która gwarantuje bardzo wysoką jakość merytoryczną. Sprawiedliwość w Dachau to pozycja wręcz obowiązkowa, niezwykle ważna i potrzebna. A Denson oprócz pracy, którą wykonał podbił mnie jeszcze jedną tezą, którą ja w 100% podzielam – ludzie mają w sobie ogromne pokłady zła i tylko od nas zależy, czy damy im dojść do głosu czy nie i czy w przyszłości unikniemy podobnej tragedii, jaką był bez wątpienia Holokaust.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























