Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 5/6
To moje drugie spotkanie z książkami tej fińskiej autorki. Po raz drugi jestem rozdarta. Z jednej strony książka przypadła mi do gustu, a z drugiej niezupełnie (ze względu na lekki choć zamierzony chaos ).
Akcja Ćmy rozgrywa się naprzemiennie na dwóch płaszczyznach czasowych, w przedwojennym Związku Radzieckim i we współczesnej Rosji.
Z Finlandii, która doskonale współpracuje z nazistami ucieka młoda ciężarna kobieta. Ucieka ona do ZSRR i wpada z przysłowiowego deszczu pod rynnę. Irga trafia bowiem do łagru. A wiadomo jakie były warunki w takich miejscach w ZSRR. Szans na przeżycie kobieta i do tego w ciąży nie miała praktycznie żądnych. Irga postanawia jednak walczyć dla siebie i dla dziecka.
Kolejna część opowieści przenosi nas w casie, kilkadziesiąt lat póżniej. Jest XXI wiek, wnuczka Irgi przybywa do wsi Ławra w Republice Mari El w Rosji. Wiodą ją tam korzenie rodzinne i chęć poznania relacji ludzi z momentów, gdy ustrój, okoliczności, czas doprowadzają ich do ostateczności. Ludzie, jak i miejsce do którego kobieta dociera, budzą w niej lęk, ale jednocześnie intrygują.
Opowieść Irgi przeplatana jest z opowieścią jej wnuczki.
Książka jest trudna i to w niektórych momentach nawet bardzo. Niewątpliwie wymaga skupienia, czasu i odpowiedniego podejścia do lektury.Tematyka trudna, bolesna, nadal wzbudzająca kontrowersje. Trudny i specyficzny jest także sposób pisania Finki. W wielu momentach autorka miesza style, rodzaje narracji, literatury. Taki chaos umiarkowanie przypadł mi do gustu.
Autorka miesza także uczucia, którymi książka jest wręcz przepełniona, chociaż to akurat rozumiem, jest kwintesencją opowieści, jej wymową. Ćma to bowiem nie tyle opowieść o trudnych losach co pochwała ludzkiej mocy, przyjaźni, samozaparcia, witalności.
Z drugiej strony opowieść jest przepełniona sadyzmem, nienawiścią, fanatyzmem i wieloma innymi negatywnymi uczuciami. Trudne były czasy, o których opowiada Kettu, trudne i bolesne ludzkie relacje, trudna powieść.Kettu obnaża historię, jej niewygodne dla wielu aspekty, pisze ostro, bezpardonowo o najbardziej drastycznych rzeczach, postępowaniach ludzi.
Na plus zasługuje język, którego używa autorka. Szczególnie przypadło mi do gustu użycie mowy potocznej, zastosowanie kontrastu polegającego na umieszczeniu wręcz bajkowych metafor obok ostrych wulgaryzmów.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
poniedziałek, 27 marca 2017
niedziela, 26 marca 2017
Siostrzyczka musi umrzeć
Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 2/6
Freeda Wolff to pseudonim pisarskiej pary, dla której ta książka jest debiutem i niech to lepiej pozostanie pierwsza i ostatnia książka w ich dorobku.
Lubię thrillery, kryminały rozgrywające się w Skandynawii. Liczyłam na może nie wybitnie porywającą, ale ciekawą lekturę. Niestety, ale zawiodłam się.
Początek niemrawy, ale to mnie nie zraziło. W skandynawskich książkach lub pozycjach, których akcja rozgrywa się w tym rejonie, bardzo często tak jest. Póżniej akcja się rozkręca, jest wiele społecznych i politycznych nawiązań oraz zaskoczeń.
Niestety, ale tak nie jest w Siostrzyczce...
Przede wszystkim brak w/w rozkręcenia. Zdecydowanie nie jest to tak szumnie zapowiadany na okładce dreszczowiec czy thriller. Wbrew napisowi na okładce ta książka nie sprawi, że każda matka zacznie się lękać o swoją córkę – i każda córka o swoją matkę
Historia, którą opowiadają autorzy jest poruszająca i zapowiada się doskonała lektura, wciągająca. Niestety, ale większość akcji jest opisana na okładce. W samej książce niewiele poza tym się dzieje, brak spektakularnych zwrotów akcji, brak napięcia i co najgorsze..brak elementu zaskoczenia.
Owszem jest trochę tajemnic, ale są one zaserwowane jak dla kilkuletniego dziecka, co sprawia, iż ich rozwiązanie jest nieomal oczywiste.
No i główna bohaterka, doświadczona psycholog, która nie potrafi sobie poradzić z socjopata. Tragicznie przerysowana wzbudzająca we mnie uczucie pośrednie pomiędzy śmiechem, a złością postać.
W trakcie lektury nudziłam się i byłam jednocześnie zła ponieważ czas ten mogłam spożytkować na inną, dużo lepszą książkę.
Odradzam i to zdecydowanie, choć najprawdopodobniej moja negatywna opinia jest jedną z bardzo niewielu. Ze zdziwieniem bowiem zaobserwowałam, iż książka ta zbiera entuzjastyczne recenzje. No cóż, zależy co kto lubi.
Książka jest nudna i przewidywalna od samego niemal początku.
Freeda Wolff to pseudonim pisarskiej pary, dla której ta książka jest debiutem i niech to lepiej pozostanie pierwsza i ostatnia książka w ich dorobku.
Lubię thrillery, kryminały rozgrywające się w Skandynawii. Liczyłam na może nie wybitnie porywającą, ale ciekawą lekturę. Niestety, ale zawiodłam się.
Początek niemrawy, ale to mnie nie zraziło. W skandynawskich książkach lub pozycjach, których akcja rozgrywa się w tym rejonie, bardzo często tak jest. Póżniej akcja się rozkręca, jest wiele społecznych i politycznych nawiązań oraz zaskoczeń.
Niestety, ale tak nie jest w Siostrzyczce...
Przede wszystkim brak w/w rozkręcenia. Zdecydowanie nie jest to tak szumnie zapowiadany na okładce dreszczowiec czy thriller. Wbrew napisowi na okładce ta książka nie sprawi, że każda matka zacznie się lękać o swoją córkę – i każda córka o swoją matkę
Historia, którą opowiadają autorzy jest poruszająca i zapowiada się doskonała lektura, wciągająca. Niestety, ale większość akcji jest opisana na okładce. W samej książce niewiele poza tym się dzieje, brak spektakularnych zwrotów akcji, brak napięcia i co najgorsze..brak elementu zaskoczenia.
Owszem jest trochę tajemnic, ale są one zaserwowane jak dla kilkuletniego dziecka, co sprawia, iż ich rozwiązanie jest nieomal oczywiste.
No i główna bohaterka, doświadczona psycholog, która nie potrafi sobie poradzić z socjopata. Tragicznie przerysowana wzbudzająca we mnie uczucie pośrednie pomiędzy śmiechem, a złością postać.
W trakcie lektury nudziłam się i byłam jednocześnie zła ponieważ czas ten mogłam spożytkować na inną, dużo lepszą książkę.
Odradzam i to zdecydowanie, choć najprawdopodobniej moja negatywna opinia jest jedną z bardzo niewielu. Ze zdziwieniem bowiem zaobserwowałam, iż książka ta zbiera entuzjastyczne recenzje. No cóż, zależy co kto lubi.
Książka jest nudna i przewidywalna od samego niemal początku.
sobota, 25 marca 2017
Korzenie zła - Roberto Costantini
Wydawnictwo Sonia Draga, Moja ocena 5/6
Korzenie zła, to 2. tom Trylogii Zła. Nawet jeżeli nie znacie tomu 1. znajomość z głównym bohaterem, policjantem Michele Balistrerim śmiało możecie zacząć od tomu 2.
Książka rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych: w Trypolisie w latach 60. XX wieku i w Rzymie 20 lat póżniej, w altach 80. Głównego bohatera poznajemy gdy ma naście lat i pózniej, gdy jest doświadczonym policjantem. Zarówno młody, jak i dojrzały Michele nie jest łatwym człowiekiem podobnie, jak nie jest łatwe jego życie.
Młodość w Libii naznaczają dwie okrutne śmierci, których przyczyny pozostają tajemnicą, dwie niemożliwe do pogodzenia miłości, udział w spisku przeciwko Kadafiemu i przymierze krwi, które naznaczy nie tylko ciała, ale i dusze czterech przyjaciół.
To wszystko będzie miało wpływ na to co wydarzy się we Włoszech kilkanaście lat póżniej.
Życie Michele-policjanta jest mroczne, toczy się w pracy, a po godzinach w najobskurniejszych rzymskich zaułkach i spelunach. Praca bez emocji, kobiety, alkohol, poker to sedno jego życia.
Czy da się pogodzić mroczne nocne życie z byciem przykładnym policjantem?
Co z zaciągniętym kiedyś przyjacielskim długiem? Co z zawartym przed laty przymierzem?
Czy miłość, przyjaźń i lojalność oraz bycie gliną dadzą się ze sobą pogodzić?
Książkę czyta się doskonale, choć nie ukrywam, nie jest to łatwa lektura. Costantini wraz ze swoim bohaterem prowadzi nas do najmroczniejszych zakamarków Wiecznego Miasta. I wierzcie mi, jest to miasto diametralnie odmienne od tego, które znamy z turystycznych wycieczek czy folderów biur podróży. Autor jedzie po Rzymie, jak po przysłowiowej kobyle, ale z tej opowieści wybija się na plan pierwszy miłość do stolicy Włoch, choć to miłość trudna, bolesna i nomen omen...brudna.
Równie brudny i trudny jest sam bohater i jego charakter. Człowiek po przejściach, z demonami przeszłości ukrytymi na dnie duszy, człowiek trudny, niejednoznaczny, ale dający się lubić. Ja go bardzo polubiłam i wiernie mu kibicowałam.
Czyta się doskonale, choć nie jest to stricte kryminał. jest to raczej mocna, ponura, ostra powieść społeczno-obyczajowa z silnym wątkiem kryminalnym z ciekawą intrygą i tajemniczymi zaszłościami, które po 20 latach znajdą swoje rozwiązanie. Sporo w treści opisów, dywagacji i rozterek wewnętrznych bohatera, mało spektakularnej akcji ala zabiligoiuciekł. Mnie bardzo przypadła do gustu, podobnie, jak tom 1. Czekam niecierpliwie na tom 3.
Polecam.
Korzenie zła, to 2. tom Trylogii Zła. Nawet jeżeli nie znacie tomu 1. znajomość z głównym bohaterem, policjantem Michele Balistrerim śmiało możecie zacząć od tomu 2.
Książka rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych: w Trypolisie w latach 60. XX wieku i w Rzymie 20 lat póżniej, w altach 80. Głównego bohatera poznajemy gdy ma naście lat i pózniej, gdy jest doświadczonym policjantem. Zarówno młody, jak i dojrzały Michele nie jest łatwym człowiekiem podobnie, jak nie jest łatwe jego życie.
Młodość w Libii naznaczają dwie okrutne śmierci, których przyczyny pozostają tajemnicą, dwie niemożliwe do pogodzenia miłości, udział w spisku przeciwko Kadafiemu i przymierze krwi, które naznaczy nie tylko ciała, ale i dusze czterech przyjaciół.
To wszystko będzie miało wpływ na to co wydarzy się we Włoszech kilkanaście lat póżniej.
Życie Michele-policjanta jest mroczne, toczy się w pracy, a po godzinach w najobskurniejszych rzymskich zaułkach i spelunach. Praca bez emocji, kobiety, alkohol, poker to sedno jego życia.
Czy da się pogodzić mroczne nocne życie z byciem przykładnym policjantem?
Co z zaciągniętym kiedyś przyjacielskim długiem? Co z zawartym przed laty przymierzem?
Czy miłość, przyjaźń i lojalność oraz bycie gliną dadzą się ze sobą pogodzić?
Książkę czyta się doskonale, choć nie ukrywam, nie jest to łatwa lektura. Costantini wraz ze swoim bohaterem prowadzi nas do najmroczniejszych zakamarków Wiecznego Miasta. I wierzcie mi, jest to miasto diametralnie odmienne od tego, które znamy z turystycznych wycieczek czy folderów biur podróży. Autor jedzie po Rzymie, jak po przysłowiowej kobyle, ale z tej opowieści wybija się na plan pierwszy miłość do stolicy Włoch, choć to miłość trudna, bolesna i nomen omen...brudna.
Równie brudny i trudny jest sam bohater i jego charakter. Człowiek po przejściach, z demonami przeszłości ukrytymi na dnie duszy, człowiek trudny, niejednoznaczny, ale dający się lubić. Ja go bardzo polubiłam i wiernie mu kibicowałam.
Czyta się doskonale, choć nie jest to stricte kryminał. jest to raczej mocna, ponura, ostra powieść społeczno-obyczajowa z silnym wątkiem kryminalnym z ciekawą intrygą i tajemniczymi zaszłościami, które po 20 latach znajdą swoje rozwiązanie. Sporo w treści opisów, dywagacji i rozterek wewnętrznych bohatera, mało spektakularnej akcji ala zabiligoiuciekł. Mnie bardzo przypadła do gustu, podobnie, jak tom 1. Czekam niecierpliwie na tom 3.
Polecam.
Święto Narodowe Grecji
Dzisiaj 25 marca przypada jedno z najważniejszych Świąt w Grecji. Dzień ten upamiętnia wybuch powstania, które doprowadziło do zrzucenia prawie 400letniego jarzma niewoli tureckiej. Powstanie wg tradycji rozpoczęło się na znak wywieszonej przez biskupa Patry Germanosa greckiej flagi z okna klasztoru Agia Lavra (nieopodal miasteczka Kalavrita)
25 marca 1821 r. Grecy po latach niewoli Ottomańskiej zdecydowali stanąć do walki o wolność z bronią w ręku. Dzień ten staje się kamieniem milowym w nowoczesnej historii Grecji. Powstanie, po krwawych walkach, z pomocą Anglii, Francji i Rosji, doprowadziło w 1830 r. do odzyskania niepodległości przez niewielką część obecnego terytorium Grecji. W wyniku wojny z imperium osmańskim w r. 1897 oraz wojen bałkańskich przyłączone zostały Kreta, Epir oraz Macedonia z Salonikami.
![]() |
| 25.03.1821r. : Narodowy mit: Abp Germanos błogosławi grecką flagę w Aja Lavra, powstańcy składają uroczystą przysięgę.zdjęcie wikipedia |
Obecnie dzień ten to ważne święto w całej Grecji, zawsze dzień wolny od pracy i szkoły ( w tym roku Grecy mają pecha, bo przypada w niedziele:) ) Obchody są różne i ich forma zależy od regionu, w którym się odbywają - jedno co jest wspólne w całej Grecji to są parady wojskowe i parady uczniów w dużych miastach (choć parady uczniów odbywają się wszędzie gdzie są szkoły). Grecy są dumni z tych parad jak pawie. Nie są socjalistycznie skażeni (jak np. nasi rodzice) pochodami pierwszomajowymi i sami chętnie biorą udział (i to bardzo czynny) w paradach. W małych miasteczkach czy wioskach nie ma parady wojskowej tylko cywilna. W szkołach od jesieni do marca ćwiczy się krok paradny w ramach naszego odpowiednika wf-u na 25.03 a potem na 28.10 (o święcie 28.10 za kilka miesięcy).
Parada zaczyna się od najmłodszych przedszkolaków, potem podstawówka, gimnazjum, liceum, grupy folklorystyczne. Wszyscy w strojach ludowych podczas gdy w październiku na biało-granatowo. Jednak najważniejszy w tym przemarszu jest ten kto niesie flagę (naczelny uczeń szkoły!). Mnie nierozerwalnie grecka parada kojarzy się z dumą narodową, a nie jak nam z przymusowymi pochodami. No i te ich telefony do rodziny i znajomych zaczynające od ΧΡΟΝΙΑ ΠΟΛΛΑ (czyli najlepsze życzenia).
Odrobinę inne są wiejskie parady. Tam występują głównie dzieci. Obchody zaczynają się (jak wszystkie greckie święta) nabożeństwem w cerkwi, potem jest składanie wieńców laurowych pod okolicznościowym pomnikiem a o 11:00 wraz z wybiciem dzwonów kościelnych, zaczyna się parada.
To mi się właśnie w Grekach podoba. Potrafią się cieszyć, bawić i są dumni nie tylko z tego co się dzieje (np. wygrana meczu), ale także z historii kraju, a przede wszystkim ze swoich świąt, tradycji i historii i czynią to w normalny sposób, bez nacjonalistycznego zadęcia.
![]() |
| Greckie dzieci na paradzie 25.03. |
![]() | |
| Odbudowany monastyr Agia Lavra, gdzie 25.03.1821r. wybuchło greckie powstanie. |
![]() | |
| Do klasztoru wjeżdża się taką kolejką zębatą. |
![]() |
| Wnętrze katholikonu - głównej części cerkwi w klasztorze Agia Lavra. |
piątek, 24 marca 2017
Świat w płomieniach - Siri Hustvedt
Wydawnictwo WAB, Moja ocena 6/6
Siri Hustvedt nie znałam wcześniej. Za to znałam twórczość jej męża, Paula Austera. Byłam ciekawa, jaka będzie książka żony takiego świetnego pisarza. Wiele sobie po niej obiecywałam i nie zawiodłam się.
Świat w płomieniach opowiada o..kobietach, sztuce, Nowym Jorku, kobietach w sztuce, sztuce w Nowym Jorku i kobietach w Nowym Jorku, o nierównych szansach kobiet :)
Główną bohaterką jest kobieta dojrzała, bardzo skomplikowana, niedoceniana, wyśmiewana, lekceważona artystka Harriet Burden. Ponieważ sama Harriet uważa, iż jej prace są doskonałe, postanawia pokusić się o eksperyment, postawić wszystko na jedną kartę. Swoje prace podpisuje imieniem i nazwiskiem trzech młodych, nieznanych wcześniej artystów mężczyzn. I odnosi gigantyczny sukces. Ten sukces, kwestia szowinizmu, mizoginizmu w świecie sztuki to nie opowieść sama w sobie, a sposób, żeby pokazać coś więcej.
Cóż mogę dodać o treści? Może tylko to, iż ów sukces jest dopiero początkiem,a sama książka jest na równi powieścią obyczajową, psychologiczną, przewodnikiem po sztuce i Nowym Jorku, ale także opowieścią z wielkimi tajemnicami i lekkim wątkiem kryminalnym w tle. Niezwykle złożona lektura, co nie znaczy, że trudna. Broń Boże. Owszem, trzeba sobie zadać trochę trudu, ale czyta się szybko, wyśmienicie.
Cała opowieść ukazana jest z różnych punktów widzenia, a dodatkowo zbudowana jest z fragmentów zapisków głównej bohaterki, fragmentów rozmów, wywiadów, notatek.Ot całość jest poskładana niczym patchwork.
Aż wynotowałam sobie kilka zdań, aforyzmów, fragmentów..takich perełek. Oto jeden z tych klejnotów:
Fabuła jest ciekawa, rzadko poruszana. Bardzo ciekawy jest sposób narracji. Jednak to co najbardziej mnie zachwyciło to konstrukcja głównej bohaterki, Harriet. Po prostu majstersztyk.
Książka jest doskonała, mistrzowska. Śmiało mogę napisać, iż Siri Hustvedt pisze o wiele lepiej od swojego męża Paula Austera.
Treść, fabuła, wydźwięk, różne wątki wszystko dopracowane w każdym, najmniejszym nawet calu, po mistrzowsku połączone. Dodatkowo pisarka tak skonstruowała całość, iż fabułę można różnie odbierać, ujrzeć w niej różne aspekty, w zależności od tego kto będzie patrzył, czytał, analizował.
Polecam. Książką jestem po prostu oczarowana. Bestseller w każdym calu. Miałam intuicję interesując się ta pozycją od momentu, gdy tylko znalazła się na liście z napisem nowość.
Siri Hustvedt nie znałam wcześniej. Za to znałam twórczość jej męża, Paula Austera. Byłam ciekawa, jaka będzie książka żony takiego świetnego pisarza. Wiele sobie po niej obiecywałam i nie zawiodłam się.
Świat w płomieniach opowiada o..kobietach, sztuce, Nowym Jorku, kobietach w sztuce, sztuce w Nowym Jorku i kobietach w Nowym Jorku, o nierównych szansach kobiet :)
Główną bohaterką jest kobieta dojrzała, bardzo skomplikowana, niedoceniana, wyśmiewana, lekceważona artystka Harriet Burden. Ponieważ sama Harriet uważa, iż jej prace są doskonałe, postanawia pokusić się o eksperyment, postawić wszystko na jedną kartę. Swoje prace podpisuje imieniem i nazwiskiem trzech młodych, nieznanych wcześniej artystów mężczyzn. I odnosi gigantyczny sukces. Ten sukces, kwestia szowinizmu, mizoginizmu w świecie sztuki to nie opowieść sama w sobie, a sposób, żeby pokazać coś więcej.
Cóż mogę dodać o treści? Może tylko to, iż ów sukces jest dopiero początkiem,a sama książka jest na równi powieścią obyczajową, psychologiczną, przewodnikiem po sztuce i Nowym Jorku, ale także opowieścią z wielkimi tajemnicami i lekkim wątkiem kryminalnym w tle. Niezwykle złożona lektura, co nie znaczy, że trudna. Broń Boże. Owszem, trzeba sobie zadać trochę trudu, ale czyta się szybko, wyśmienicie.
Cała opowieść ukazana jest z różnych punktów widzenia, a dodatkowo zbudowana jest z fragmentów zapisków głównej bohaterki, fragmentów rozmów, wywiadów, notatek.Ot całość jest poskładana niczym patchwork.
Aż wynotowałam sobie kilka zdań, aforyzmów, fragmentów..takich perełek. Oto jeden z tych klejnotów:
Bycie sympatycznym jest mniej atrakcyjne niż się uważa. Ludzie uwielbiają, wielkie, krwiste JA. Twierdzą, że jest inaczej, ale w świecie sztuki strachliwa, nieśmiała osobowość jest odpychająca..magnesem zaś jest narcyzm.
Książka jest doskonała, mistrzowska. Śmiało mogę napisać, iż Siri Hustvedt pisze o wiele lepiej od swojego męża Paula Austera.
Treść, fabuła, wydźwięk, różne wątki wszystko dopracowane w każdym, najmniejszym nawet calu, po mistrzowsku połączone. Dodatkowo pisarka tak skonstruowała całość, iż fabułę można różnie odbierać, ujrzeć w niej różne aspekty, w zależności od tego kto będzie patrzył, czytał, analizował.
Polecam. Książką jestem po prostu oczarowana. Bestseller w każdym calu. Miałam intuicję interesując się ta pozycją od momentu, gdy tylko znalazła się na liście z napisem nowość.
Margarett Atwood x 2
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena obu tomów 4,5/6
Margaret Atwood to pisarka ze sporym dorobkiem. Na swoim koncie ma ponad 20 powieści. Pochodzi z Kanady.
Książki Atwood są specyficzne, ale czyta się je ze sporą przyjemnością, ale niektóre także z lekkim niesmakiem..
Treścią Oryksa i Derkacza są losy ostatniego człowieka na ziemi o wdzięcznym imieniu (ksywce) Yeti. Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Yeti zostaje sam na ziemi co jest efektem zatrważającej epidemii. Yeti poza przetrwaniem, opieką nad dziećmi Derkacza i walką..ze wszystkim snuje sporo rozważań o charakterze ogólnoegzystencjalnym i ponadczasowym.
W książce, jak to u Atwood dominuje kwestia post apokaliptyczna i z lekka filozoficzna. ot taki, charakterystyczny dla autorki miks. Oprócz tego mamy także mocny i ciekawy wątek..romantyczny. Może to dziwić w kontekście wizji zagłady świata. Przyznam, iż sama byłam zaskoczona. Jednak Atwood udało się ten wątek doskonale wpleść w główną fabułę.
W fabule na równi panuje nowy postapokaliptyczny porządek, jak i chaos.
Na początku napisałam, iż niektóre książki Atwood czyta się z lekkim niesmakiem. Oryks i Derkacz do takiej grupy należą. Nie chcę pisać dokładnie o co mi chodzi. Chcę żebyście na treść książki spojrzeli świeżym okiem niczym się nie sugerując. Warto.
Atwood nie tylko przedstawia nam kontrowersyjną, momentami przerażającą wizję świata po.., ale także zestawia ze sobą bardzo kontrowersyjne, chwilami szokujące, zniesmaczające elementy. Wszystko do siebie pasuje, niby jest ok, ale...
Niewątpliwie książka nie pozostawi nikogo obojętnym. Jednych oczaruje, zachwyci, innych zmusi do głębszej refleksji na temat tego co robimy ze światem bliskim, tym, który nas otacza i z całą planetą tak w ogóle. Innych z kolei ta pozycja zniesmaczy albo odrzuci z powodu swojego swoistego wydumania.
Mnie zdecydowanie przypadła do gustu. Dlatego sięgnęłam po tom drugi serii... po Rok potopu.
Akcja ponownie rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Świat jest jeszcze dziwniejszy niż w Oryksie i Derkaczu. To co pozostało na planecie podzielone jest na dwa całkowicie od siebie odmienne obozy. Nadchodzi kolejna katastrofa.Bohaterkami są dwie kobiety, Toby i Ren, którym udało się przetrwać. Obie zastanawiają się czy ktoś poza nimi ocalał z katastrofy. Jedna z bohaterek tkwi w luksusowym ośrodku SPA, druga..w klubie ze striptizem.
Dziwna, podobna choć z drugiej strony całkowicie odmienna od Oryksa i Derkacza. Niewątpliwie jednak Rok potopu także nie pozostawi czytelnika obojętnym. Fabuła, jej wymowa, prezentowany obraz ocalałego świata są rozdarte na dwie całkowicie od siebie odmienne części.
Fabuły książki nie da się bardziej opisać. Z pewnością ma ona punkty wspólne z I tomem serii. Rok potopu także traktuje o nas samych w kontekście planety Ziemi, o tym co z nią robimy, co pozostawimy po sobie, o szeroko rozumianej ekologii etc. Warto przeczytać, warto przemyśleć. Wszak już od jakiegoś czasu wiemy, że stoimy na skraju katastrofy ekologicznej, że planeta nam się kończy. Co z tym zrobimy zależy tylko od nas.
Margaret Atwood to pisarka ze sporym dorobkiem. Na swoim koncie ma ponad 20 powieści. Pochodzi z Kanady.
Książki Atwood są specyficzne, ale czyta się je ze sporą przyjemnością, ale niektóre także z lekkim niesmakiem..
Treścią Oryksa i Derkacza są losy ostatniego człowieka na ziemi o wdzięcznym imieniu (ksywce) Yeti. Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Yeti zostaje sam na ziemi co jest efektem zatrważającej epidemii. Yeti poza przetrwaniem, opieką nad dziećmi Derkacza i walką..ze wszystkim snuje sporo rozważań o charakterze ogólnoegzystencjalnym i ponadczasowym.
W książce, jak to u Atwood dominuje kwestia post apokaliptyczna i z lekka filozoficzna. ot taki, charakterystyczny dla autorki miks. Oprócz tego mamy także mocny i ciekawy wątek..romantyczny. Może to dziwić w kontekście wizji zagłady świata. Przyznam, iż sama byłam zaskoczona. Jednak Atwood udało się ten wątek doskonale wpleść w główną fabułę.
W fabule na równi panuje nowy postapokaliptyczny porządek, jak i chaos.
Na początku napisałam, iż niektóre książki Atwood czyta się z lekkim niesmakiem. Oryks i Derkacz do takiej grupy należą. Nie chcę pisać dokładnie o co mi chodzi. Chcę żebyście na treść książki spojrzeli świeżym okiem niczym się nie sugerując. Warto.
Atwood nie tylko przedstawia nam kontrowersyjną, momentami przerażającą wizję świata po.., ale także zestawia ze sobą bardzo kontrowersyjne, chwilami szokujące, zniesmaczające elementy. Wszystko do siebie pasuje, niby jest ok, ale...
Niewątpliwie książka nie pozostawi nikogo obojętnym. Jednych oczaruje, zachwyci, innych zmusi do głębszej refleksji na temat tego co robimy ze światem bliskim, tym, który nas otacza i z całą planetą tak w ogóle. Innych z kolei ta pozycja zniesmaczy albo odrzuci z powodu swojego swoistego wydumania.
Mnie zdecydowanie przypadła do gustu. Dlatego sięgnęłam po tom drugi serii... po Rok potopu.
Akcja ponownie rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Świat jest jeszcze dziwniejszy niż w Oryksie i Derkaczu. To co pozostało na planecie podzielone jest na dwa całkowicie od siebie odmienne obozy. Nadchodzi kolejna katastrofa.Bohaterkami są dwie kobiety, Toby i Ren, którym udało się przetrwać. Obie zastanawiają się czy ktoś poza nimi ocalał z katastrofy. Jedna z bohaterek tkwi w luksusowym ośrodku SPA, druga..w klubie ze striptizem.
Dziwna, podobna choć z drugiej strony całkowicie odmienna od Oryksa i Derkacza. Niewątpliwie jednak Rok potopu także nie pozostawi czytelnika obojętnym. Fabuła, jej wymowa, prezentowany obraz ocalałego świata są rozdarte na dwie całkowicie od siebie odmienne części.
Fabuły książki nie da się bardziej opisać. Z pewnością ma ona punkty wspólne z I tomem serii. Rok potopu także traktuje o nas samych w kontekście planety Ziemi, o tym co z nią robimy, co pozostawimy po sobie, o szeroko rozumianej ekologii etc. Warto przeczytać, warto przemyśleć. Wszak już od jakiegoś czasu wiemy, że stoimy na skraju katastrofy ekologicznej, że planeta nam się kończy. Co z tym zrobimy zależy tylko od nas.
czwartek, 23 marca 2017
Kolejny rozdział - Agata Kołakowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 4,5/6
Kolejny rozdział, to lekka powieść, niezbyt długa, którą dobrze się czyta, gdy szuka się lektury zapewniającej rozrywkę i wytchnienie. Jednak od razu zaznaczam, nie oczekujcie po tej książce niczego więcej, bo się rozczarujecie. Ot jest to lekka opowieść z odrobiną humoru i dreszczykiem (malutkim, ale zawsze) emocji oraz dodatkowo morałem. Tylko tyle, albo aż tyle. Zależy kto czego oczekuje.
Książka zdecydowanie lżejsza (choć w swojej końcowej wymowie równie ważna) od poprzedniej, którą miałam okazję przeczytać, czyli We dnie w nocy.
To także niezła lekcja tego, jak powinno się żyć, jak właściwie powinno się z życia korzystać (czerpać z niego pełnymi garściami) i jak ostrożnym należy być w stosunku do ludzi, których uważamy za najbliższych. to także opowieść o tym, jak łatwo (nie istotne - chcący czy niechcący) zniszczyć życie innej osobie.
A o czym jest tak książka? Najkrócej...o książce :)
Bohaterów jest dwoje. Ona, Kalina Milewska autorka bardzo dobrze sprzedających się thrillerów (chociaż niespodziewanie ostatnia książka zaliczyła porządną klapę, a sama "gwiazda" cierpi na posuchę, brak weny) i on, czyli Maciej Tarski redaktor w znanym wydawnictwie. On nie pozwala jej zapomnieć o tym, że nie wywiązuje się z uzgodnionych terminów. Ona próbuje za wszelka cenę sprostać jego oczekiwaniom.
Nagle wydarza się coś, co sprawia, iż muszą połączyć siły i dowiedzieć się kto i dlaczego zabawia się nimi i ich życiem. A początkiem wszystkiego stają się tajemnicze emaile, które otrzymuje Tarski.Oboje rozpoczynają śledztwo. Gdyby wiedzieli dokąd ich ono zaprowadzi...
Lekkie, relaksujące, wciągające, ale także zmuszające do chwili zastanowienia nad tym co robimy. Polecam na poprawę nastroju lub gdy szukacie czegoś co pozwoli się zrelaksować, ale nie dokumentnie odmóżdźyć. Kołakowska ponownie pod płaszczykiem lekkiej opowieści uczy nas czegoś, przemyca pewne wskazówki. Warto przeczytać.
Kolejny rozdział, to lekka powieść, niezbyt długa, którą dobrze się czyta, gdy szuka się lektury zapewniającej rozrywkę i wytchnienie. Jednak od razu zaznaczam, nie oczekujcie po tej książce niczego więcej, bo się rozczarujecie. Ot jest to lekka opowieść z odrobiną humoru i dreszczykiem (malutkim, ale zawsze) emocji oraz dodatkowo morałem. Tylko tyle, albo aż tyle. Zależy kto czego oczekuje.
Książka zdecydowanie lżejsza (choć w swojej końcowej wymowie równie ważna) od poprzedniej, którą miałam okazję przeczytać, czyli We dnie w nocy.
To także niezła lekcja tego, jak powinno się żyć, jak właściwie powinno się z życia korzystać (czerpać z niego pełnymi garściami) i jak ostrożnym należy być w stosunku do ludzi, których uważamy za najbliższych. to także opowieść o tym, jak łatwo (nie istotne - chcący czy niechcący) zniszczyć życie innej osobie.
A o czym jest tak książka? Najkrócej...o książce :)
Bohaterów jest dwoje. Ona, Kalina Milewska autorka bardzo dobrze sprzedających się thrillerów (chociaż niespodziewanie ostatnia książka zaliczyła porządną klapę, a sama "gwiazda" cierpi na posuchę, brak weny) i on, czyli Maciej Tarski redaktor w znanym wydawnictwie. On nie pozwala jej zapomnieć o tym, że nie wywiązuje się z uzgodnionych terminów. Ona próbuje za wszelka cenę sprostać jego oczekiwaniom.
Nagle wydarza się coś, co sprawia, iż muszą połączyć siły i dowiedzieć się kto i dlaczego zabawia się nimi i ich życiem. A początkiem wszystkiego stają się tajemnicze emaile, które otrzymuje Tarski.Oboje rozpoczynają śledztwo. Gdyby wiedzieli dokąd ich ono zaprowadzi...
Lekkie, relaksujące, wciągające, ale także zmuszające do chwili zastanowienia nad tym co robimy. Polecam na poprawę nastroju lub gdy szukacie czegoś co pozwoli się zrelaksować, ale nie dokumentnie odmóżdźyć. Kołakowska ponownie pod płaszczykiem lekkiej opowieści uczy nas czegoś, przemyca pewne wskazówki. Warto przeczytać.
Kamerzysta - Marc Raabe
Wydawnictwo Amber, Moja ocena 4,5/6
W nocy skończyłam czytać.
Marc Raabe to niemiecki realizator, grafik i montażysta, który od ok. dwudziestu lat związany jest z filmem. Nie ukrywam, do Kamerzysty podchodziłam, jak do przysłowiowego jeża. Nie znam twórczości Raabe, nigdy o nim wcześniej nie słyszałam, ale z niemieckimi thrillerami i kryminałami jakoś nam od dawna nie po drodze. Nawet uwielbiany przez wielu Fitzek po prostu zaczął mnie jakiś czas temu najzwyczajniej nudzić.
Nic więc dziwnego, iż Kamerzysta samym swoim pochodzeniem, nie wzbudzał we mnie zachwytu, a nawet wręcz przeciwnie.
Obawy były jednak bezzasadne. Kamerzysta kilkakrotnie porządnie mnie pozytywnie zdziwił, a sama lektura minęła mi błyskawicznie. Książka ma wiele atutów.
Największy moim zdaniem atut to niesamowicie sugestywne, plastyczne (niczym w 3 D) opisy, przedstawienia scen, zdarzeń. Są one przy tym krótki i do złudzenia przypominają klatki filmu, taśmy filmowej, krótkie ujęcia. Idealnie wpisuje się to w zawodową stronę autora oraz w tematykę, klimat książki. Do tego dochodzi ucinanie akcji w najbardziej newralgicznych momentach, co nie ukrywam, maksymalnie może wkurzać...czytelnik kilkakrotnie przygryza wargi, paznokcie czy co tam chcecie, a tu zonk...Raabe przechodzi dalej.
Całość rozpoczyna krótka, króciutka sekwencja, która jest jakby klamrą spinającą całość, retrospekcją wydarzeń, makabrycznych wydarzeń.
Poza tym wszechobecne zło, zagrożenie, które czyhają na zwyczajnego faceta, Gabriela, takiego z nudną pracą i poukładanym życiem. Ten kontrast - porządny choć nudnawy facet vs zło jest bardzo wyraźny i doskonale się sprawdza. Nagle to wszystko pęka niczym bańka mydlana.
Do tego dochodzi wyparcie wydarzeń z przeszłości, policja, która nie wierzy w opowieść Gabriela oraz niesamowite wprost tempo akcji.
Książka dobra, z pewnymi okruchami czarnego poczucia humoru. Trzeba autorowi przyznać, iż potrafi w najbardziej drastycznych momentach rzucić scenką, która wywołuje nawet jeżeli nie salwy śmiechu, to szerokie uśmiechy.
Mam tylko jedno zastrzeżenie, autor operuje nie tyle słowami, co plastycznymi obrazami. Opisy służą przede wszystkim zobrazowaniu czytelnikowi jakiejś sceny,sytuacji, miejsca. I wszystko ok, tylko ze 2-3 razy Raabe trochę przesadził i przerysował niektóre momenty. Nie będę pisać dokładnie o co mi chodzi, bo być może wam to nie będzie przeszkadzało. W sumie to taki drobiazg bez wpływu na całą fabułę.
Polecam. Dobra książka.
W nocy skończyłam czytać.
Marc Raabe to niemiecki realizator, grafik i montażysta, który od ok. dwudziestu lat związany jest z filmem. Nie ukrywam, do Kamerzysty podchodziłam, jak do przysłowiowego jeża. Nie znam twórczości Raabe, nigdy o nim wcześniej nie słyszałam, ale z niemieckimi thrillerami i kryminałami jakoś nam od dawna nie po drodze. Nawet uwielbiany przez wielu Fitzek po prostu zaczął mnie jakiś czas temu najzwyczajniej nudzić.
Nic więc dziwnego, iż Kamerzysta samym swoim pochodzeniem, nie wzbudzał we mnie zachwytu, a nawet wręcz przeciwnie.
Obawy były jednak bezzasadne. Kamerzysta kilkakrotnie porządnie mnie pozytywnie zdziwił, a sama lektura minęła mi błyskawicznie. Książka ma wiele atutów.
Największy moim zdaniem atut to niesamowicie sugestywne, plastyczne (niczym w 3 D) opisy, przedstawienia scen, zdarzeń. Są one przy tym krótki i do złudzenia przypominają klatki filmu, taśmy filmowej, krótkie ujęcia. Idealnie wpisuje się to w zawodową stronę autora oraz w tematykę, klimat książki. Do tego dochodzi ucinanie akcji w najbardziej newralgicznych momentach, co nie ukrywam, maksymalnie może wkurzać...czytelnik kilkakrotnie przygryza wargi, paznokcie czy co tam chcecie, a tu zonk...Raabe przechodzi dalej.
Całość rozpoczyna krótka, króciutka sekwencja, która jest jakby klamrą spinającą całość, retrospekcją wydarzeń, makabrycznych wydarzeń.
Poza tym wszechobecne zło, zagrożenie, które czyhają na zwyczajnego faceta, Gabriela, takiego z nudną pracą i poukładanym życiem. Ten kontrast - porządny choć nudnawy facet vs zło jest bardzo wyraźny i doskonale się sprawdza. Nagle to wszystko pęka niczym bańka mydlana.
Do tego dochodzi wyparcie wydarzeń z przeszłości, policja, która nie wierzy w opowieść Gabriela oraz niesamowite wprost tempo akcji.
Książka dobra, z pewnymi okruchami czarnego poczucia humoru. Trzeba autorowi przyznać, iż potrafi w najbardziej drastycznych momentach rzucić scenką, która wywołuje nawet jeżeli nie salwy śmiechu, to szerokie uśmiechy.
Mam tylko jedno zastrzeżenie, autor operuje nie tyle słowami, co plastycznymi obrazami. Opisy służą przede wszystkim zobrazowaniu czytelnikowi jakiejś sceny,sytuacji, miejsca. I wszystko ok, tylko ze 2-3 razy Raabe trochę przesadził i przerysował niektóre momenty. Nie będę pisać dokładnie o co mi chodzi, bo być może wam to nie będzie przeszkadzało. W sumie to taki drobiazg bez wpływu na całą fabułę.
Polecam. Dobra książka.
środa, 22 marca 2017
Hotel Angleterre - Marie Benett
Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 4-/6
Trochę rozczarowała mnie ta książka, liczyłam na coś więcej.
Mamy młode małżeństwo, którego szczęście trwa niezwykle krótko. Jest wojna, 5 miesięcy po ślubie młody małżonek Georg zostaje umieszczony w obozie pracy na północy Szwecji. Pobyt tam trwa długo, bardzo długo. Zmienia mężczyznę, jego charakter, postrzeganie wielu spraw.
Ta część opisująca samego bohatera, jego myśli, reakcje na podawanie manipulacjom, pobyt w obozie na dalekiej nieprzyjaznej północy bardzo mi się podobała.
Zupełnie inaczej było z częścią historii opowiadającą o jego żonie.
Młoda kobieta zostaje sama walcząc z wojenną codziennością. Nawet po przeprowadzce do rodziców, Kerstin jest samotna. Nie wiem doprawdy czy z tęsknoty za mężem i samotności, czy dla urozmaicenia wdaje się ona w romans z inną kobietą. Motywacja nie jest znana. Ani źdźbła namiętności, ognia, chemii (jak zwał tak zwał) między obydwoma kobietami. Albo być może ja nie potrafiłam tego wyszukać w tekście. I bynajmniej, nie oczekiwałam żadnych pikantnych scen. Namiętność można pokazać na różne sposoby. Obie bohaterki sprawiały na mnie wrażenie jakby związały się ze sobą z nudy, chęci przeżycia czegoś innego, bycia ze sobą z braku innej alternatywy.
Gdy porusza się taki temat, jak seks (nie istotne czy homoseksualny czy nie), warto by odrobić lekcję i jakoś sensownie podejść do tematu. Dla mnie opis tego romansu jest suchy jak wióry lecące z drewna. No takie porównanie mi się nasunęło. Zero emocji, napięcia.
No, ale niech będzie, młoda kobieta korzysta z uciech zakazanego związku. W tym czasie mąż o głodzie, na mrozie przechodzi kolejne upokorzenia, cierpi psychicznie i fizycznie. Ciekawe zestawienie. No ale cóż, takie rzeczy serwowała wtedy historia. Każde maksymalnie skoncentrowane na sobie, na swoich potrzebach, nie myślące o tym, co dzieje się z tym drugim. Każde na swój sposób dostosowuje się do rzeczywistości, jaką przygotował mu los.
Hotel Angleterre to książka o pragnieniach ukrytych czasami zbyt głęboko, o pozorach, o tym, jak jeden moment, jedno zdarzenie z pozoru najbłahsze wyzwalają w nas nieznane pokłady wiary, ale i agresji, chęci do walki. To także opowieść o niezrozumieniu, szukaniu tego co istotne i niestety, ale zbyt często nieznalezieniu.
I niby wszystko byłoby ok, nawet ten suchy romans bym przełknęła, gdyby nie fakt, iż po mniej więcej 2/3 książki autorce zaczynają się rozmywać niektóre wątki. Niestety, ale do końca książki części z nich nie udało się Benett złapać i sensownie zakończyć.
Niewątpliwie to książka z bardzo dobrymi, ale i kiepskimi momentami. Mimo to warto ją przeczytać.
Plusem są: kreacja Georga i niezwykle wiarygodne przedstawienie jego przeżyć oraz tego co działo się w obozie, piękny język jakiego używa autorka, bardzo piękny i doskonałe tłumaczenie.
Trochę rozczarowała mnie ta książka, liczyłam na coś więcej.
Mamy młode małżeństwo, którego szczęście trwa niezwykle krótko. Jest wojna, 5 miesięcy po ślubie młody małżonek Georg zostaje umieszczony w obozie pracy na północy Szwecji. Pobyt tam trwa długo, bardzo długo. Zmienia mężczyznę, jego charakter, postrzeganie wielu spraw.
Ta część opisująca samego bohatera, jego myśli, reakcje na podawanie manipulacjom, pobyt w obozie na dalekiej nieprzyjaznej północy bardzo mi się podobała.
Zupełnie inaczej było z częścią historii opowiadającą o jego żonie.
Młoda kobieta zostaje sama walcząc z wojenną codziennością. Nawet po przeprowadzce do rodziców, Kerstin jest samotna. Nie wiem doprawdy czy z tęsknoty za mężem i samotności, czy dla urozmaicenia wdaje się ona w romans z inną kobietą. Motywacja nie jest znana. Ani źdźbła namiętności, ognia, chemii (jak zwał tak zwał) między obydwoma kobietami. Albo być może ja nie potrafiłam tego wyszukać w tekście. I bynajmniej, nie oczekiwałam żadnych pikantnych scen. Namiętność można pokazać na różne sposoby. Obie bohaterki sprawiały na mnie wrażenie jakby związały się ze sobą z nudy, chęci przeżycia czegoś innego, bycia ze sobą z braku innej alternatywy.
Gdy porusza się taki temat, jak seks (nie istotne czy homoseksualny czy nie), warto by odrobić lekcję i jakoś sensownie podejść do tematu. Dla mnie opis tego romansu jest suchy jak wióry lecące z drewna. No takie porównanie mi się nasunęło. Zero emocji, napięcia.
No, ale niech będzie, młoda kobieta korzysta z uciech zakazanego związku. W tym czasie mąż o głodzie, na mrozie przechodzi kolejne upokorzenia, cierpi psychicznie i fizycznie. Ciekawe zestawienie. No ale cóż, takie rzeczy serwowała wtedy historia. Każde maksymalnie skoncentrowane na sobie, na swoich potrzebach, nie myślące o tym, co dzieje się z tym drugim. Każde na swój sposób dostosowuje się do rzeczywistości, jaką przygotował mu los.
Hotel Angleterre to książka o pragnieniach ukrytych czasami zbyt głęboko, o pozorach, o tym, jak jeden moment, jedno zdarzenie z pozoru najbłahsze wyzwalają w nas nieznane pokłady wiary, ale i agresji, chęci do walki. To także opowieść o niezrozumieniu, szukaniu tego co istotne i niestety, ale zbyt często nieznalezieniu.
I niby wszystko byłoby ok, nawet ten suchy romans bym przełknęła, gdyby nie fakt, iż po mniej więcej 2/3 książki autorce zaczynają się rozmywać niektóre wątki. Niestety, ale do końca książki części z nich nie udało się Benett złapać i sensownie zakończyć.
Niewątpliwie to książka z bardzo dobrymi, ale i kiepskimi momentami. Mimo to warto ją przeczytać.
Plusem są: kreacja Georga i niezwykle wiarygodne przedstawienie jego przeżyć oraz tego co działo się w obozie, piękny język jakiego używa autorka, bardzo piękny i doskonałe tłumaczenie.
poniedziałek, 20 marca 2017
Epidemia - Alex Kava
Wydawnictwo Harper Collins, Moja ocena 2,5/6
Lubię książki pisane przez Kavę, lubię thrillery choćby w pewnym stopniu powiązane z epidemią, chorobami, zarazkami, zagrożeniem biologicznym etc. W związku z tym ze spora przyjemnością i wysokimi (chyba zbyt wysokimi) oczekiwaniami sięgnęłam po Epidemię. Niestety, ale zawiodłam się.
Autorka chyba się wyeksploatowała. Co prawda książkę czyta się bardzo szybko, lekko, ale brak czegoś co sprawi, iż od lektury trudno będzie się oderwać, a o książce będzie się długo pamiętać. Ot taka lektura na maksymalnie 1-2 wieczory, na zasadzie przeczytał i zapomniał.
Poza tym nie odpowiada mi przekształcenie głównej bohaterki z profilerki w jedną słusznie działającą agentkę FBI, jakby w firmie nie było innych agentów.
Zdecydowanie fabule brakuje ikry, energii, wartkiej akcji. Tematyka epidemii, zagrożenia biologicznego siłą rzeczy powinna wymusić jakąś akcję, tempo, intrygę, zatrwożenie, panikę etc. Tu tego nie ma w najmniejszym stopniu. Są nawet momenty, w których fabuła ciągnie się niczym przysłowiowe flaki z olejem.
Wątki poboczne, które mimo, iż istnieją nagle jakby zaginęły, urwały się. Żaden z nich nie zostaje doprowadzony do końca.
Poza tym brak w książce świeżości. Całość wydaje się być wtórnikiem, kopią bazującą na kilku innych książkach, zlepkiem już wykorzystanych pomysłów doprawionych niewielką porcją nowinek.
Pierwszy tom serii bardzo przypadł mi do gustu, drugi trochę mniej, ale też się podobał, kolejny jest bardzo słaby.
Zdecydowanie odradzam lekturę Epidemii, chyba, że nie macie innych książek pod ręką, w co szczerze..nie wierzę.
Lubię książki pisane przez Kavę, lubię thrillery choćby w pewnym stopniu powiązane z epidemią, chorobami, zarazkami, zagrożeniem biologicznym etc. W związku z tym ze spora przyjemnością i wysokimi (chyba zbyt wysokimi) oczekiwaniami sięgnęłam po Epidemię. Niestety, ale zawiodłam się.
Autorka chyba się wyeksploatowała. Co prawda książkę czyta się bardzo szybko, lekko, ale brak czegoś co sprawi, iż od lektury trudno będzie się oderwać, a o książce będzie się długo pamiętać. Ot taka lektura na maksymalnie 1-2 wieczory, na zasadzie przeczytał i zapomniał.
Poza tym nie odpowiada mi przekształcenie głównej bohaterki z profilerki w jedną słusznie działającą agentkę FBI, jakby w firmie nie było innych agentów.
Zdecydowanie fabule brakuje ikry, energii, wartkiej akcji. Tematyka epidemii, zagrożenia biologicznego siłą rzeczy powinna wymusić jakąś akcję, tempo, intrygę, zatrwożenie, panikę etc. Tu tego nie ma w najmniejszym stopniu. Są nawet momenty, w których fabuła ciągnie się niczym przysłowiowe flaki z olejem.
Wątki poboczne, które mimo, iż istnieją nagle jakby zaginęły, urwały się. Żaden z nich nie zostaje doprowadzony do końca.
Poza tym brak w książce świeżości. Całość wydaje się być wtórnikiem, kopią bazującą na kilku innych książkach, zlepkiem już wykorzystanych pomysłów doprawionych niewielką porcją nowinek.
Pierwszy tom serii bardzo przypadł mi do gustu, drugi trochę mniej, ale też się podobał, kolejny jest bardzo słaby.
Zdecydowanie odradzam lekturę Epidemii, chyba, że nie macie innych książek pod ręką, w co szczerze..nie wierzę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















