piątek, 25 października 2013

Pani na Hruszowej - Jadwiga Skirmunttówna

Wydawnictwo MG, Okładka twarda, 240 s., Moja ocena 5,5/6
Od momentu, gdy zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach, wiedziałam, że muszę ją mieć.  Raz, że jestem wielką fanką twórczości Marii Rodziewiczówny, czemu wielokrotnie dawałam wyraz tutaj na blogu; a dwa - czułam, że szykuje się prawdziwa uczta literacko-historyczno-poznawcza. I nie zawiodłam się. Chociaż przyznaję, trochę trwało zanim książkę skończyłam czytać, a w zasadzie podczytywać ją po kilka, kilkanaście stron co jakiś czas. 
Nie jest to bowiem lektura, którą czyta się ot tak po przysiądnięciu w fotelu lub w trakcie jazdy pociągiem czy tramwajem. Tymi wspomnieniami trzeba, ba należy się delektować. Cała opowieść zarówno o naszej pisarce, jak i jej otoczeniu, jej bliskich jest bowiem opowieścią piękną, ale wymagającą, żądającą wręcz od czytelnika uwagi.
W początkowej fazie lektury nurtowało mnie jedno zasadnicze pytanie - gdzie znajduje się Hruszowa? Oto co udało mi się wyszperać w sieci na temat tej miejscowości (z radzima.org)...
W XV wieku Hruszowa wchodziła w skład dóbr kniaziów kobryńskich. W roku 1528 została włączona do dóbr królewskich. W 1677 r. majątek wraz z miejskim kluczem ekonomii kobryńskiej kupił Samuel Łukowski. Po rozbiorach Rzeczypospolitej caryca Katarzyna II podarowała Hruszową A. W. Suworowowi. W 1812 roku majętność nabył chorąży kobryński Antoni Rodziewicz.
Dwór w Hruszowej wybudował w 1825 roku Antoni Rodziewicz. Posadowiony na płaskim, lekko opadającym terenie o powierzchni (według inwentaryzacji z 1845 roku) 25 dziesięcin (~27,3 ha). Dwór klasycystyczny, dwukondygnacyjny, z masywnym czterokolumnowym portykiem i trójkątnym frontonem. Napis na frontonie głosił: „Boże, błogosław mieszkańcom. Dom ten zbudowany w jubileuszowym roku 1825 przez Antoniego i Eleonorę z Giełgudów Rodziewiczów”. Ślad po rodzinie Rodziewiczów i ich związkach ze znanymi i sławnymi zachował się na fotografii z autografem słynnego pisarza, Józefa Ignacego Kraszewskiego. Przechowywana była w dworze w Hruszowej. 
 Nieistniejący już dwór w Hruszowej/zdjęcie radzima.org

Z miejscem tym nierozerwalnie wiąże się historia i życie jednej z najbardziej płodnych literacko polskich pisarek, Marii Rodziewiczówny, która była postacią na prawdę niebanalną, tak samo, jak niebanalni są bohaterowie jej twórczości. Urodziła się w majątku Pieniuha koło Grodna 3 lutego 1864 r. To najbardziej prawdopodobna data, choć rozpowszechniona jest też inna - 2 lutego 1863r. Jej dzieciństwo zostało silnie związane z powstaniem styczniowym. W wyniku represji rodziców zesłano na Syberię, dziewczynką i jej rodzeństwem zajęli się dziadkowie, potem krewna - Karolina Skirmuntowa. Powrót rodziców wiązał się z przeprowadzką do Warszawy, a potem odziedziczonego majątku Hruszowa na Polesiu. Z tym miejscem Maria związana była niemal do śmierci. Po śmierci ojca 17-letnia zaledwie Maria postanawia spłacić siostrę, brata i samodzielnie zacząć prowadzić rodzinne gospodarstwo. I o tym czasie oraz latach póżniejszych opowiada w swoich wspomnieniach Skirmunttówna.
Niestety dwór w Hruszowej został zburzony w trakcie II wojny światowej, lub zaraz po niej. 
Jadwiga Skirmunttówna niezwykle dokładnie opisuje Hruszową, dwór, jak i swoja ukochaną przyjaciółkę Marię oraz jej przodków. Sporo uwagi Jadwiga poświęca ciekawym i zabawnym detalom z życia Marii, zwracając uwagę na sposób, w jaki zostały one zaadaptowane do jej  książek lub nawet wiernie w nich ukazane. 
Jednak nie samą Rodziewiczówną Jadwiga i omawiana książka żyją. Sporo uwagi autorka poświęca także własnej rodzinie i to nie tylko w kontekście powiązań z Rodziewiczówną. 
Jadwidze Skirmunttównie na niewielu ponad dwustu stronach udało się odmalować zarówni wizerunek mądrej, silnej, niebanalnej kobiety, jaką bez wątpienia była Maria Rodziewiczówna, jak i świata, w którym żyła, świat, który wspaniale ukazywała na kartach swoich powieści, świata, który bezpowrotnie przeminął.  

Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi 

Święty psychol - Johan Theorin

Wydawnictwo Czarne, Okładka miękka, 400 s. , Moja ocena 5,5/6
Doskonały thriller psychologiczny. Mroczny, ponury z zagrożeniem czającym się już od pierwszej strony i niesamowitym zakończeniem.
Jan Hauger, główny bohater z zawodu jest przedszkolankiem, tzn. przedszkolanką w męskim wydaniu. Po raz kolejny zmienia pracę i miejsce zamieszkania. przeprowadza się w zupełnie inny region Szwecji. Bardzo długo zabiega o etat w pewnym nietypowym przedszkolu. Niezwykle mu na tej pracy zależy. Dlaczego? Co kryje Jan w mrocznym wnętrzu swojej duszy? A przedszkole jest wyjątkowo nietypowe- uczęszczają do niego  dzieci pacjentów leczących się w  pobliskim  szpitalu psychiatrycznym. Miejsce to jest nazywane w potocznym języku... Świętym Psycholem. W obu miejscach (przedszkolu i klinice) wdrażany jest program, mający wpływać pozytywnie na dzieci i leczenie rodziców. Co kilka dni dzieci prowadzone są przez tajne przejście na spotkanie z rodzicami. Ma to pomóc w resocjalizacji i wyleczeniu osadzonych, a dzieciom zapewnić na tyle normalne dzieciństwo na ile to jest możliwe. Ale czy tak się dzieje? Co obu stornom dają te spotkania? Pracownicy mają zakaz rozmawiania o szpitalu, czy to ze sobą, czy z obcymi, poza murami kliniki. Ten zakaz budzi wiele emocji wśród osób znajdujących się poza murami. Jan pozornie dostosowuje się do tego zakazu, ale...Pamiętajmy, iż mężczyzna nie podjął pracy w tym miejscu z dobroci serca, z chęci nauczenia się czegoś nowego. Przybywając do klinki Jan ma głęboko ukryty cel. Jaki i co z tego wyniknie? Tego nie zdradzę. Zachęcam za to do lektury.
Theorin po raz  kolejny mnie nie zawiódł. Stworzył fantastyczną, przerażającą opowieść, którą snuje powoli, niespiesznie. W efekcie tego stopniowo groza otula nas niczym narastający głąb mgły. Poznajemy historię na kilku płaszczyznach czasowych, śledzimy przeszłość Jana, poznajemy okoliczności, które przywiodły go do kliniki i zmusiły do takich, a nie innych zachowań, poznajemy także bieżące wydarzenia, które doprowadzają do nieoczekiwanego finału.
Zachęcam do lektury. Wspaniale napisana, przerażająca i porażająca książka o głębi ludzkiej duszy, osamotnieniu, miłości, obsesji i swoistej destrukcji.Chociaż muszę uczciwie przyznać, poprzez swoją mroczność i poruszaną tematykę, nie jest to lektura łatwa. W niektórych momentach jest to opowieść trudna, ale tak napisana, że od lektury nie można się oderwać. Mniej więcej po 50-60 stronach do mroku opowieści dołącza nasze zaintrygowanie. Niby od początku wiemy o co chodzi, jaki jest cel objęcia przez Jana posady w klinice. Jednak tak na prawdę ciekawi nas co się stanie dalej. Bardzo szybko okazuje się, iż w rzeczywistości nie wiemy nic. Dopiero Theorin krok po kroku odsłania przed nami tajemnicę.
Trzeba autorowi przyznać, iż zadbał o każdy szczegół, o otoczkę, o uraczenie nas wątpliwościami i fałszywymi tropami. Wspaniała, pełnokrwista skandynawska opowieść. Jak ja takie lubię. Zachęcam do lektury.

czwartek, 24 października 2013

Dziwna jestem...podobno:)

Takie to będą poranne dywagacje.
Że jestem trochę dziwna, to wiedziałam od dawna. Np. u dentysty-jak mi mówią będzie bolało, to na 100% nie będzie mnie bolało, a jak mówią i po bólu, to o matko i córko, ból czuję w piętach. Nieraz lekarz myśli, że udaję:( Tak mam i już. Taka karma. Jak mnie ząb powinien boleć nigdy nie boli i odwrotnie. 
Jak ktoś mi podaje przepis na super, hiper proste danie z komentarzem - wiesz, to wszystkim się udaje. To już mogę sobie darować robienie, na pewno zepsuję:)
Z kolei (tak dla równowagi) wychodzą mi świetnie dania, które innym się nie udają:)
Do takiej formy mojej dziwności byłam przyzwyczajona.
Jednak kilka dni temu jedna z matek, rówieśnika mojego młodszego syna (chyba trochę zawiłe to:)), także Polka, kolejny raz próbowała mnie na jakąś tam aktywność babsko-polonijną namówić. Gdy konsekwentnie odmówiłam, usłyszałam, że..dziwna jestem:) No jestem aspołeczna, nie lubię klubów, organizacji, zrzeszeń, spotkań, ot tak mam. Dlaczego wszyscy w koło uważają, że Polak na emigracji musi się zrzeszać i pożądać obecności rodaków. Nie musi, ja nie pożądam. Rodaków miałam wystarczającą dawkę, gdy mieszkałam w kraju. Wystarczy mi na jakiś czas. Poza tym nie wyjechałam na 30 lat do Australii, 8 godz. jazdy i jestem w domu, w Polsce, a ok. 4 godz. jazdy mniej i Cieszyn, Polska, mogę nasycać się polskością. Ok, doceniam, że ktoś mi tam proponuje spotkania, kluby etc. Ale jeżeli raz, drugi, trzeci odmawiam, to po co kolejny proponować i jeszcze twierdzić, że dziwna jestem?:)
Z kolei wczoraj byłam z teściową w szpitalu. Służę za tłumacza, czekałam na wyniki badań na korytarzu, miało to potrwać trochę, wszystkie plakaty i ulotki obczytałam 2x, patrzenie na ludzi w szlafrokach mnie średnio interesuje, więc wyjęłam z torebki czytnik i czytam Świętego psychola. Każdy, kto mnie mijał jakoś tak dziwnie na mnie patrzył. Od pielęgniarki się dowiedziałam, że...dziwna jestem, bo tak czytam. Nie no, lepiej jakbym w nosie dłubała, to bym była mniej dziwna:)
I mąż (własny, ślubny) mi ostatnio powiedział, że jestem dziwna. Leci jutro z kolegami do Barcelony na mecz stulecia (wg. nich). Mnie to nie przeszkadzało, lepiej - zarezerwowałam grupie jego kolegów i jemu bilety na samolot i hotel. Inne żony, partnerki z kolei awantury w domu robiły o ten weekendowy wypad, a ja powiedziałam, że mnie to  nie przeszkadza:)
Na tle tych innych żon, fakt dziwna jestem:)
Tylko tak się czasami zastanawiam, to ja jestem dziwna, czy inni?

Ps. dołożyłam kilka pozycji na stronie Sprzedam książki (banerek na marginesie), przybyło nam w ostatnich dniach ebooków, wiec z niektórymi tytułami papierowymi rozstajemy się. Inaczej papierowe książki nas zasypią po powrocie do Polski.
Jeżeli ktoś jest zainteresowany zapraszam do zajrzenia na stronę, może coś wpadnie wam w oko.



środa, 23 października 2013

Filipek i Nadziejka proszą o pomoc...

Wiecie, gdzie schowało się kucykowe szczęście ? Filipek i Nadziejka nerwowo kręcą się na podwórzu w jesiennym deszczu. Jest wilgotno, nawet powietrze wydaje się ciężkie i ponure. W szarości deszczowego popołudnia lśnią ich czarne, wielkie kucykowe oczy. Odbijają się w nich lata cierpienia i wszystkie upokorzenia, jakich małe stworzenie może zaznać ze strony człowieka. I chociaż mówi się, że "przez ciernie do gwiazd" to patrząc na te dwa małe stworzenia ma się wrażenie, że tych gwiazd nigdy za życia nie dosięgną. A gdy dosięgną, życie na tym padole będzie już daleko za nimi.
Filipek całe życie pracował ponad siły wożąc dzieci w gospodarstwie agroturystycznym. Nadziejka rodziła źrebaki. W zamian za pełne oddanie obydwa kucyki dostały bilet na rzeź. Spotkały się w połowie swojej podróży, u handlarza. Stanęły obok siebie w rogu ciemnej obórki. Bo z takimi kopytami
wstyd pokazać komukolwiek. Handlarz zdziwiony i zniesmaczony dopytuje, "po co nam takie dwa ścierwa". Przecież tyle samo kosztuje mięso zdrowego kuca. Szuka tu logiki. Nie znajduje. Bo Filipek i Nadzieja proszą o litość, nie o logikę.

Obydwa kucyki wpatrują się w obiektyw, ale po chwili zwieszają główki. Filipek tuli się do siwej Nadziejki i cichutko rży. Odpowiada mi cisza. Obraz nędzy i rozpaczy. A przecież tak niewiele chciały. Kawałek dachu i podwórza, trochę słomy, garść owsa. Nawet nie codziennie, ale co parę dni. Małemu, zwyczajnemu kucykowi tak niewiele do szczęścia potrzeba..

Filipek i Nadziejka. Małe, bezbronne kucyki, które szczęście pominęło, kiedy rozdawało dobre karty. Pomijało je za każdym razem.. A na końcu los z niech zadrwił. Bo los często drwi z małych kucyków - tego kucyki są pewne..

Patrzymy na powykrzywiane, powyginane kopytka obydwu maluchów. Dzielnie i z uporem podążają w stronę swojej obórki, co chwila potykając się o własne nogi. Patrzymy na ginące w deszczowej otchłani dwa maluchy. Wstyd być człowiekiem i stać na ziemi ułanów..

Aby ocalić Filipka i Nadziejkę potrzeba w sumie 3500 zł. Mamy czas do 10 listopada.
Jeśli chcesz wesprzeć ratowanie kucyków możesz dokonać wpłaty z tytułem "dla Filipka i Nadziejki" na konto zbiórkowe. Liczy się wpłata nawet jednej złotówki.


***
W ramach kampanii Kochaj Mądrze możesz też przesłać paszę, suplementy, Buteless, szczotki czy kantary. Możesz przyjechać do naszego ośrodka w Wojnowie i pomóc przy opiece nad zwierzętami. Wiele z nich czeka na Twoją pomoc.  
Możesz pomóc naszym podopiecznym Adoptując Wirtualnie - http://centaurus.org.pl/konie_do_adopcji_wirtualnej/ 
Można również Adoptować Realnie - http://centaurus.org.pl/konie_do_adopcji_stacjonarnej/

Siedziba: 

Fundacja Centaurus

ul. Borelowskiego 53/2
51-678 Wroclaw

Konto statutowe:
PKO BP 15 1020 5226 0000 6002 0220 0350

Konto zbiórkowe:
PKO BP 54 1020 5226 0000 6602 0382 1873

Dla wpłat zza granicy (Raiffeisen Bank):
PL36 1750 1064 0000 0000 2257 6747 (wpłaty w EUR)
PL17 1750 1064 0000 0000 2257 6798 (wpłaty w PLN)

www.centaurus.org.pl
mail: kontakt@centaurus.org.pl

Kroniki Klary Schulz. Sprawa pechowca - Nadia Szagdaj

Wydawnictwo Bukowy Las, Okładka miękka, Moja ocena 4,5/6
Sprawa pechowca, to pierwsza część cyklu kryminałów, które ma połączyć osoba tytułowej Klary Schulz.  Akcja rozgrywa się na początku XX w. we Wrocławiu, a raczej Breslau. Podczas spektaklu Czarodziejski flet, na scenie miejscowej opery umiera znany śpiewak Emmanuel Heiss. Nasza główna bohaterka, Klara, obecnie matka i żona, czyli jak ja to nazywam - kura domestica, czuje żądzę nie tylko przygód (no nudzi się kobieta w domu, nie ma co ukrywać), ale także dawno zapomniany dreszczyk emocji. Przed zamążpójściem odczuwała podobny dreszczyk za sprawą ojca policjanta. Pamiętajcie jednak, mamy rok 1910. Wtedy kobieta w policji mogla pracować co najwyżej w charakterze sekretarki,a  i to nie zawsze. To naszej bohaterce nie odpowiada. Klara pragnie bowiem za wszelką cenę wziąć udział w śledztwie, ba pragnie...chociaż stop- ona jest pewna, że sama rozwiąże zagadkę śmierci śpiewaka. Czy jej się to uda? Czy da sobie rade z czyhającym na nią niebezpieczeństwem (bo to nie będzie prosta sprawa, oj nie będzie). Czy da radę przekonać do swoich planów przeciwnego im męża?
Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziecie w książce.
Kryminał jest świetnie napisany, z werwą. Wspaniałym uzupełnieniem prowadzonego przez pomysłową i energiczną bohaterkę śledztwa są liczne opisy Wrocławia sprzed 100 lat.
Razem z Klarą dedukujemy, brniemy często w ślepe zaułki, bierzemy udział w sekcji zwłok, walczymy z  szowinistycznym podejściem otaczających ją mężczyzn. Ale to nie wszystko, czym obdarzy nas Klara Schulz w trakcie lektury. Razem z nią będziemy przeżywać ukrytą dotychczas traumę z dzieciństwa, oddamy się także zakazanym porywom serca (ach te skryte pocałunki ...nie z mężem, oj nie).
Klara z początku wydawała mi się kurą domową, która chce po prostu działać, przeżyć przygodę. Po przeczytaniu książki, stwierdzam, że bohaterka jest osobą zdecydowanie bardziej skomplikowaną niż mi się na początku wydawało. Trudno mi jest nawet określić czy ją lubię czy nie. Na pewno wywołuje u mnie mieszane uczucia. 
Jak na debiut literacki jest to doskonała pozycja. Tym bardziej, iż przed autorką od początku stało trudne zadanie. Siłą rzeczy większość czytelników będzie Sprawy Klary Schulz porównywać do serii kryminałów autorstwa Marka Krajewskiego. Z pewnością nie takie bylo zamierzenie autorki, ale tego typu porównanie samo się nasuwa. Tym większe słowa uznania należą się Szagdaj za umieszczenie akcji w przedwojennym Wrocławiu.
Być może autorka nie stworzyła nowatorskiej intrygi kryminalnej, tempo rozgrywającej się akcji nie przyprawia czytelnika o szybsze bicie serca, ale te liczne smaczki, obrazy Wrocławia sprzed ponad 100 lat, drobne aluzje, opisy, momenty ściśle związane z operą, ówczesnym życiem towarzyskim etc. Coś wspaniałego. Jestem ciekawa kolejnego tomu Kronik Klary Schulz. Interesuje mnie, jak autorka poradzi sobie ze swoją bohaterką. Powołując do literackiego życia tak skomplikowaną i niejednoznaczną postać, Nadia Szagdaj stworzyła sobie możliwość kreowania ciekawej, skomplikowane i innej od szablonowych postaci. Mam nadzieję, że nie zaprzepaści tej szansy. 
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsie 
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Miejskie czytanie 
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy polskie kryminały 

To miłe...

Czytamy książki polskich autorów, piszemy recenzje i to miłe, gdy pisarz odezwie się, podziękuje, czy nawet skrytykuje (ale konstruktywnie skrytykuje). Wiemy wtedy, że docenił naszą pracę. Odkąd prowadzę blog (czyli prawie 2 lata) spotkało mnie to kilkakrotnie. W tym tygodniu odezwało się aż dwóch autorów:)
Jednym z  nich był wczoraj Tomasz Sekielski, który zostawił po sobie ślad w komentarzach pod recenzją Obrazu kontrolnego o tutaj właśnie (klik).
Drugim był Artur Szrejter, autor tutaj (klik) zrecenzowanej książki Wojny Wikingów i Słowian. Wielka wyprawa księcia Racibor. Pan Artur napisał email, w którym podziękował mojemu mężowi za napisanie recenzji.
To nie jedyni polscy autorzy książek, którzy na przestrzeni tych blisko 2 lat istnienia tego bloga pozostawili po sobie ślady, czy to w komentarzach pod recenzjami, czy to w mojej skrzynce emailowej. Z każdej wypowiedzi bardzo się ciesze, za wszystkie uwagi (zdarzały się też krytyczne) bardzo dziękuję.
Raz, jeden jedyny raz, zdarzyło mi się, że autor odsądził mnie od czci i wiary. Dyskusja (ucięta przeze mnie i tak za póżno) odbywała się na drodze emailowej. Jej powodem było skrytykowanie przeze mnie merytorycznej strony pewnej historycznej, pseudonaukowej książki. Mniejsza z tym o jaką pozycję chodzi, przykro mi tylko, że nie mogę (jak wynikało z tej dyskusji) mieć własnego zdania, bo jest ono błędne i zupełnie nie zrozumiałam przesłania książki i co autor miał na myśli. 
To na tyle. Musiałam z rana sobie porozmawiać...sama ze sobą:) Miłego dnia.

wtorek, 22 października 2013

Trochę...włoszczyzny...

Uwielbiam (niestety już nie istniejący) duet Romina Power i Al Bano. Pamiętam, gdy pierwszy raz ich usłyszałam i słynną piosenkę Felicita, to xxx lat temu było, jak to mówił mój dziadek - na stojąco pod stołem przechodziłam:). 
Włoskie piosenki są chyba jednymi z niewielu, które są ponadczasowe, nigdy się nie starzeją. Lubię wielu włoskich wykonawców, ale ten duet najbardziej. Szkoda, że od lat już nie występują razem. Chociaż podobno w miniony weekend mieli wystąpić wspólnie w Moskwie z okazji 70. urodzin Al Bano. Czy wystąpili nie mam pojęcia, nie udało mi się dogrzebać do żadnych konkretnych informacji.
A na muzyczną włoszczyznę tak mi się zebrało, bo pogoda różna, tęsknię za słoneczkiem, (greckim lub z południa Włoch), a poza tym od przyszłego tygodnia rozpoczynam kurs jęz. włoskiego. Kiedyś uczyłam się 2 lata. Ale sami wiecie pewnie jak to jest, język obcy, z którego się nie korzysta...postanowiłam sobie odświeżyć wiadomości i kontynuować naukę. Trzymajcie kciuki. Szkoda zaprzepaścić tyle pracy ile włożyłam w naukę włoskiego. Tym bardziej, że nauka języków obcych zawsze sprawiała mi dużą frajdę. No, może poza nauką francuskiego. Poległam na całej linii. Nawet lektorka po dwóch semestrach stwierdziła, że raczej szkoda mojego czasu:( Mam podobno wyjątkowo rzadko spotykany brak talentu do tego języka:) Trudno, nie będę drzeć z tego powodu szat. Jest tyle innych języków, których mogę się uczyć.
A wy lubicie włoską muzykę, włoską kuchnię, kulturę? Ja uwielbiam:) Nie znoszę tylko antycznego Rzymu. Tzn. doceniam sztukę, kulturę, relikty, które dotrwały do naszych czasów, ale samej kultury nie. Może wam się to wydawać sprzeczne, ale ma to silne uwarunkowania historyczne. Kultura antycznego Rzymu była jedną z najokrutniejszych i najmniej ludzkich w historii świata starożytnego. Ale to już temat na odrębny post.

poniedziałek, 21 października 2013

Obraz kontrolny - Tomasz Sekielski

Wydawnictwo Rebis, Okładka miękka, 352 s., Moja ocena 5,5/6
Wyrodna matka jestem, zamiast dzieciom pomagać w lekcjach książkę skończyłam czytać. Nic nie poradzę, musiałam. Sami pewnie wiecie-jak czytelniczy mus to mus.
Obraz kontrolny, to kontynuacja doskonałego thrillera Sejf (recenzja klik). 
Autorem obu książek jest znany dziennikarz, Tomasz Sekielski.  Wielu mniej lub bardziej znanych z pierwszych stron gazet, z magicznej skrzyneczki nazywanej telewizorem, pisze różnego rodzaju książki. Wielu wydaje się, że skoro Iksiński się wybił, to oni tym bardziej. Jednak, nie ukrywajmy tego, większość z tych osób powinna darować sobie jakiekolwiek próby bycia pisarzem. Na szczęście Tomasz Sekielski się do nich nie zalicza. W ciągu ostatnich kilku lat udowodnił, że doskonałym dziennikarzem jest. Sejfem zaprezentował się, jako dobry pisarz. Obraz kontrolny utwierdził w słuszności opinii, tych którzy wierzyli w jego talent, a niedowiarkom twierdzącym, że Sejf to po prostu jednorazowy łut szczęścia - odebrał argument. 
Artur Solski, główny bohater Sejfu po kilku miesiącach opuszcza szpital psychiatryczny. 
Ale czy czuje się lepiej? Czy terapia pomogła? Czy to w ogóle była terapia? A może swoista chęć uciszenia, pogrożenia mu palcem? Solski powraca do macierzystej telewizji DTV, gdzie następują dziwne, nieprawdopodobne wręcz wydarzenia, w których udział muszą brać antyterroryści. Co takiego się wydarzyło, że dziennikarz będący na środkach uspokajających sięga po broń i zamyka się z zakładnikiem w studiu telewizyjnym?
W Obrazie kontrolnym śledzimy perypetie prywatne Solskiego, które ponownie są ściśle powiązane z zakulisowymi rozgrywkami mającymi miejsce w naszym kraju. Od operacji Nabucco minęło kilka miesięcy. W kraju zmieniło się niewiele, a śmiało można stwierdzić, że w zasadzie nic, absolutnie nic się nie zmieniło. No chyba, że na gorsze. Ci, którzy mieli władzę mają jej jeszcze więcej. Podobnie ma się sprawa z pieniędzmi, a  w zasadzie z miliardami, o jakie toczy się gra. Jest to gra, o której jej potencjalne ofiary nie mają pojęcia. Następuje kolejna rozgrywka, w której stawką niekoniecznie jest interes państwa. Jeszcze trudniej odróżnić przyjaciół od wrogów. Solski szybko przekonuje się, że ten, którego uważał za największego przyjaciela, za którego oddałby życie jest jego największym wrogiem. Kto więc jest przyjacielem? Komu można zaufać? Szybko okazuje się, że nikomu, nawet samemu sobie.
Przyznam wam się, że dawno nie czytałam polskiego thrillera jednym tchem, dosłownie na wdechu. Jestem pewna, że gdyby Sekielski wydał swoje książki w USA, Wielkiej Brytanii etc, to bardzo szybko na podstawie obu części zostałby nakręcony film, który byłby kinowym hitem.
Wiecie, co jest najbardziej przerażające? A to, że zarówno Sejf, jak i Obraz kontrolny są tak niesamowicie rzeczywiste. Podobieństwo do wydarzeń, które miały miejsce w rzeczywistości, do osób prawdziwych, aż przeraża. Wiem, wiem autor czerpał wzorce z otaczającej nas rzeczywistości i wszystko, to co opisał jest fikcją. Ale czy na pewno?
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi 

Filmowy Sebastian Bergman...

...czyli bohater trylogii(mam nadzieję, że tylko na razie trylogii) kryminalnej autorstwa Hjortha i Rosenfeldta. Adaptację filmową I i II części emitowała niemiecka stacja ZDF.
I część można było obejrzeć 20 września br., II część - wczoraj. 
Jak adaptacja ma się do wersji książkowej, nie wiem. Oba filmy nagrałam, nie miałam jeszcze czasu obejrzeć.
W rolę maksymalnie irytującego, chamskiego, acz trzeba przyznać genialnego Sebastiana Bergmana wcielił się Rolf Lassgård, ten pan na zdjęciu po lewo. Może kojarzycie go z rolą Kurta Wallandera w szwedzkiej wersji filmowej. Pan jest rocznik 1958, mieszka w Szwecji i jako Wallander sprawdził się doskonale, bardzo mi się podobał w tej roli. Zobaczymy, jak będzie z rolą Bergmana.
A grupa śledczych Torkella wygląda tak, jak na zdjęciu po prawo:)
 




Gdy obejrzę filmy dam znać, czy adaptacja filmowa spełniła moje oczekiwania.





Tych, którzy nie znają trylogii Hjortha i Rosenfeldta, zachęcam do lektury książek, świetne kryminały. Moje recenzje znajdziecie o tutaj (klik)..

Wodne anioły- Mons Kallentoft

Wydawnictwo Rebis, Okładka twarda z obwolutą, 432 s. Ocena 5-/6

Recenzja mojego męża. Ja jeszcze nie czytałam żadnej książki autora . Chciałam rozpocząć przygodę z prozą Kallentofta od tej pozycji, ale wszyscy zachęcają mnie do lektury od I części przygód inspektor Malin Fors. W związku z  tym kryminały Kallentofta w moim przypadku będą musiały poczekać na swoją kolej.

Mamy wrzesień 2012 roku. Główna bohaterka całego cyklu kryminałów, inspektor Malin Fors została wezwana do domu mieszczącego się w ekskluzywnej i zamożnej dzielnicy Linkoping. Zostały tam znalezione zwłoki małżonków. Błyskawicznie okazuje się, ze zaginęła kilkuletnia, adoptowana córka ofiar. Czy jej zniknięcie ma związek z zabójstwem? Czy widziała mordercę? A może była świadkiem tej makabrycznej zbrodni? Dlaczego zamordowano nikomu nie wadzącą, przeciętną parę? Na te i wiele innych pytań musi sobie odpowiedzieć inspektor Fors. A nie będzie to zadanie łatwe, bowiem dochodzenie z każdym momentem coraz bardziej się komplikuje. Dodatkowo kobietę ścigają jej własne demony i przeszłość, która ponownie daje o sobie znać.
Malin Fors to jedna z najbardziej wyrazistych policjantek w skandynawskiej literaturze. Kobieta mocno stąpającą po ziemi, odnosząca sukcesy na polu zawodowym, które okupione są coraz większymi problemami z nastoletnia córką. Do tego w/w demony przeszłości i częstokroć nieumiejętność poradzenia sobie samej ze sobą oraz oczekiwaniami, jakie wszyscy mają wobec niej. To wszystko czyni ją osobą, z którą mogłoby utożsamiać się wiele kobiet, postacią na wskroś autentyczną, a przez to niezwykle wiarygodną, i co tu ukrywać- taką, którą da się lubić i której się wiernie kibicuje.
Każde śledztwo prowadzi rzetelnie, doprowadza je do końca, który (to trzeba autorowi przyznać) jest zawsze zaskakujący i niezwykle mroczny. Nie inaczej jest  w przypadku Wodnych aniołów. Gwarantuję, że takiego finału się nie spodziewacie.
Wbrew napisom na okładce, Kallentoft nie jest lepszy od Stiega Larssona. Nie mniej stworzył on serię doskonałych, wysokiej klasy kryminałów, które zasługują na uwagę czytelnika. Wiadomo, jak od jakiegoś czasu jest ze skandynawskimi kryminałami, na fali popularności Larssona i Mankella próbuje wypłynąć wielu autorów. Tylko nieliczni zasługują na uwagę. Jednym z takich pisarzy bez wątpienia jest Mons Kallentoft. 

Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy kryminały  
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy literaturę skandynawską