Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 5/6
Maja Lunde to autorka bestsellerowej Historii pszczół. Książka ta sprzedana została w Polsce w nakładzie 65 tysięcy egzemplarzy. W kraju, w którym statystyczny Polak praktycznie nie czyta, to ogromny nakład. Tym razem pisarka stworzyła książkę o... wodzie.
Akcja książki toczy się dwutorowo - współcześnie i w...przyszłości,a konkretnie w roku 2041.
Bohaterkami na płaszczyźnie współczesnej są - wiekowa kobieta Signe i Norwegia. Signe wspomina swoją młodość, dojrzewanie, lata dzieciństwa, początki dorosłości, jej kontakty z ludźmi, to co dobre i złe w jej życiu.
Druga bohaterka top Norwegia, a w zasadzie to jak ten kraj się zmienił, jak zmienia. Jedynym stałym elementem jest wielki lodowiec. Ale i on wkrótce ma zniknąć. obojętnie, jak to absurdalnie zabrzmi, ma zostać przerobiony na wielką górę kostek lodu. Firma, która ma takie plany popada w niełaskę Signe. Kobieta wypowiada korporacji wojnę. Co z tego wyniknie?!
To się dzieje w teraźniejszości. Wydarzenia z przyszłości to Francja i ogromna, od dawna niszcząca kraj (podobnie, jak i resztę kuli ziemskiej) susza. Pożary, reglamentowanie do absurdu wody, braki żywności, związane z tym niedogodności, zwiększająca się przestępczość, to wszystko jest normą we Francji w 2041 roku. Bohaterami przyszłości jest przeciętna rodzina 2+2 oraz to co ich spotkało, a co ja traktuję jako ostrzeżenie dla ludzi nam współczesnych.
Czy te wątki da się połączyć? Co one mają ze sobą wspólnego? Czym jest tytułowy Błękit? Tego dowiecie się w trakcie lektury.
Obie części książki są przestrogą, sygnałem, że coś nader poważnego dzieje się z naszą planetą, z nami samymi. Losy dwóch konkretnych krajów to także losy całej naszej planety. Losy konkretnych osób, to losy nas samych. Wszystkie z pozoru nie mające ze sobą wiele wspólnego elementy Lunde bardzo zręcznie połączyła. Powstała w ten sposób ciekawa, poruszająca ważne zagadnienia książka i do tego bardzo aktualna. Tematy suszy i wszystkiego co z tymi związane, bazowania ludzi w maksymalny sposób na naszej ziemi i kwestie zamknięcia granic bo... są jako żywo przeniesione z 2017, 2018 i wielu innych lat. Warto przeczytać i przemyśleć.
Do tego dochodzi bardzo zaskakujące zakończenie. Czyta się dobrze, polecam.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo literackie. Pokaż wszystkie posty
środa, 18 lipca 2018
poniedziałek, 21 maja 2018
Sześć cztery - Hideo Yokoyama
Wydawnictwo Literackie
Rzadko mam okazję sięgać po japońską literaturę, a kryminał japoński był mi wcześniej absolutnie nieznany.
Po Sześć cztery sięgnęłam z wielką ciekawością.
Głównym bohaterem jest Yoshinobu Mikami były policjant z dochodzeniówki, obecnie szef Biura Prasowego Policji.
Sześć cztery to kryptonim sprawy, która wcześniej odłożona do lamusa, powraca po 13 latach. Sprawcy zbrodni do tej pory nie wykryto. Wznowione dochodzenie ma to zmienić. Przy czym, co bardzo istotne, należy się spieszyć, ponieważ sprawa lada moment ulegnie przedawnieniu.
Do tego dochodzi poszukiwanie przez Yoshinobu Mikami zaginionej córki i kilka innych kwestii. I właśnie te kilka innych kwestii wiedzie prym w książce. Bo niby jest to kryminał, a jednocześnie niekoniecznie. Kwestie kryminalne są moim zdaniem pretekstem do ukazania czegoś innego. Czego? Hmm to już kwestia bardzo złożona, jak i cała książka. Z tym, że niezbyt chcę to zdradzać. Każdy z was powinien san poznać Sześć cztery i tajemnice tej powieści.
Książka zaskoczyła mnie z kilku powodów.
Po pierwsze kwestia całkowitej odrębności kultur na linii kultura europejska - japońska, a także odmienność w zakresie stylu i zasad prowadzenia dochodzenia i pracy w ogóle, nie tylko w policji...chociaż tak na dobrą sprawę pewne aspekty, jak chociażby wojenki w miejscu pracy, pozostają identyczne niezależnie od kraju, kultury, ludzi, czy religii.
Po drugie, brak akcji znanej z amerykańskich kryminałów czy thrillerów. Chodzi mi o brak akcji na zasadzie zabiligoiuciekł, pędzącej jak kolejka górska. W Sześć cztery jest odwrotnie, bardzo odwrotnie. Momentami fabuła ciągnęła się, jak przysłowiowe flaki z olejem, nawet nudzi i to bardzo. Zdecydowanie jest to lektura dla wytrwałych, cierpliwych, osób z samozaparciem, lubiących poznawać coś nowego. Ja w trakcie czytania początkowej części książki kilkakrotnie zaciskałam zęby i ostatnim wysiłkiem woli powstrzymywałam się przed odstawieniem książki na półkę lub zaśnięciem. Tak, kilkakrotnie o mało nie zasnęłam. Przyznaję się do tego bez bicia.
Fabuła jest jak gęste płótno, wręcz niebywale ciasno utkana, stworzona z perfekcyjnych nici - elementów. Nic tu nie jest pozostawione przypadkowi, nic nie pozostaje zawieszone w próżni, żaden wątek nie kończy się ot tak nagle. To daje przewagę japońskiemu autorowi nad wieloma twórcami europejskich i amerykańskich czytadeł, z których spora część nie powinna nigdy zostać wydana.
Poza tym ogromna symbolika, która przebija przez całą powieść. W Sześć cztery wszystko ma swój cel, drobne z pozoru czynności dnia codziennego urastają do rangi wielkiego symbolu o ukrytym znaczeniu. Trudno to nawet wytłumaczyć w kilku słowach, trzeba przeczytać żeby zrozumieć.
I po raz kolejny wspomnę o cierpliwości i wyzwaniu, jakim bez wątpienia jest lektura tej książki. Czytelnik musi przebrnąć przez symbolikę i nauczyć się ją wiązać z fabułą, zaakceptować jej obecność w książce z pozoru będącej kryminałem.
No i samo zakończenie, totalnie zaskakujące. Przy czym należy zaznaczyć, iż owo zakończenie to nie kilka ostatnich stron jak to bywa w innych książkach), a blisko 200, czyli mniej więcej 1/4 książki. Przez początkowe ponad 400 stron akcja jest powolna, opisana drobiazgowo. Gdy nadchodzi zakończenie całość rusza błyskawicznie i dopiero wtedy się dzieje, oj dzieje....bo wcześniej tak naprawdę niewiele się dzieje, przynajmniej w naszym rozumieniu tego słowa.Wspomniałam już o tym, iż kilkakrotnie nieomal zasnęłam w trakcie lektury...:(
Książkę czyta się kiepsko, ale i dobrze, w zależności od tego, o który jej fragment chodzi.
Fragmenty z grupy...czyta się dobrze to strony, które po umiarkowanie udanym początku zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie, o wiele bardziej niż się spodziewałam
W książkę bez wątpienia trzeba się wczytać i przyzwyczaić do innego stylu pisarskiego, do japońskich nazw, imion, kultury.
Nie przerażajcie się trudnym początkiem i czytajcie dalej. Niech was nie zrazi ogromna ilość bohaterów o dziwnych imionach, nazwiskach, często też trudnych do rozróżnienia (co jest czym, co jest imieniem, co nazwiskiem,a co ksywką) danych personalnych. Yokoyama tak wszystko nakreślił, że nic wam się nie pomyli, choć początek lektury może zapowiadać coś zgoła innego.
Wytrwałości. Jak przebrniecie przez ok. 250-300 pierwszych stron będzie już z górki :)
Polecam dlatego, że to kawał niezłej literatury, ale także dlatego, że to inna proza niż ta z którą mamy do czynienia na co dzień. Czasami warto poszerzać swoje horyzonty. Jednak celowo nie daję oceny. po prostu nie wiem, jaką miałabym dać.
Aha, jeszcze jedna kwestia. Tak, jak napisałam, książka jest i średnio dobra i dobra, ale trylogia Stiega Larssona, na którą powołuje się napis na okładce jest o milion razy lepsza, a dodatkowo- nie jestem pewna, czy Sześć cztery zasługuje na miano aż arcydzieła literackiego...jednak najlepiej sami sobie wyróbcie zdanie o książce.
Rzadko mam okazję sięgać po japońską literaturę, a kryminał japoński był mi wcześniej absolutnie nieznany.
Po Sześć cztery sięgnęłam z wielką ciekawością.
Głównym bohaterem jest Yoshinobu Mikami były policjant z dochodzeniówki, obecnie szef Biura Prasowego Policji.
Sześć cztery to kryptonim sprawy, która wcześniej odłożona do lamusa, powraca po 13 latach. Sprawcy zbrodni do tej pory nie wykryto. Wznowione dochodzenie ma to zmienić. Przy czym, co bardzo istotne, należy się spieszyć, ponieważ sprawa lada moment ulegnie przedawnieniu.
Do tego dochodzi poszukiwanie przez Yoshinobu Mikami zaginionej córki i kilka innych kwestii. I właśnie te kilka innych kwestii wiedzie prym w książce. Bo niby jest to kryminał, a jednocześnie niekoniecznie. Kwestie kryminalne są moim zdaniem pretekstem do ukazania czegoś innego. Czego? Hmm to już kwestia bardzo złożona, jak i cała książka. Z tym, że niezbyt chcę to zdradzać. Każdy z was powinien san poznać Sześć cztery i tajemnice tej powieści.
Książka zaskoczyła mnie z kilku powodów.
Po pierwsze kwestia całkowitej odrębności kultur na linii kultura europejska - japońska, a także odmienność w zakresie stylu i zasad prowadzenia dochodzenia i pracy w ogóle, nie tylko w policji...chociaż tak na dobrą sprawę pewne aspekty, jak chociażby wojenki w miejscu pracy, pozostają identyczne niezależnie od kraju, kultury, ludzi, czy religii.
Po drugie, brak akcji znanej z amerykańskich kryminałów czy thrillerów. Chodzi mi o brak akcji na zasadzie zabiligoiuciekł, pędzącej jak kolejka górska. W Sześć cztery jest odwrotnie, bardzo odwrotnie. Momentami fabuła ciągnęła się, jak przysłowiowe flaki z olejem, nawet nudzi i to bardzo. Zdecydowanie jest to lektura dla wytrwałych, cierpliwych, osób z samozaparciem, lubiących poznawać coś nowego. Ja w trakcie czytania początkowej części książki kilkakrotnie zaciskałam zęby i ostatnim wysiłkiem woli powstrzymywałam się przed odstawieniem książki na półkę lub zaśnięciem. Tak, kilkakrotnie o mało nie zasnęłam. Przyznaję się do tego bez bicia.
Fabuła jest jak gęste płótno, wręcz niebywale ciasno utkana, stworzona z perfekcyjnych nici - elementów. Nic tu nie jest pozostawione przypadkowi, nic nie pozostaje zawieszone w próżni, żaden wątek nie kończy się ot tak nagle. To daje przewagę japońskiemu autorowi nad wieloma twórcami europejskich i amerykańskich czytadeł, z których spora część nie powinna nigdy zostać wydana.
Poza tym ogromna symbolika, która przebija przez całą powieść. W Sześć cztery wszystko ma swój cel, drobne z pozoru czynności dnia codziennego urastają do rangi wielkiego symbolu o ukrytym znaczeniu. Trudno to nawet wytłumaczyć w kilku słowach, trzeba przeczytać żeby zrozumieć.
I po raz kolejny wspomnę o cierpliwości i wyzwaniu, jakim bez wątpienia jest lektura tej książki. Czytelnik musi przebrnąć przez symbolikę i nauczyć się ją wiązać z fabułą, zaakceptować jej obecność w książce z pozoru będącej kryminałem.
No i samo zakończenie, totalnie zaskakujące. Przy czym należy zaznaczyć, iż owo zakończenie to nie kilka ostatnich stron jak to bywa w innych książkach), a blisko 200, czyli mniej więcej 1/4 książki. Przez początkowe ponad 400 stron akcja jest powolna, opisana drobiazgowo. Gdy nadchodzi zakończenie całość rusza błyskawicznie i dopiero wtedy się dzieje, oj dzieje....bo wcześniej tak naprawdę niewiele się dzieje, przynajmniej w naszym rozumieniu tego słowa.Wspomniałam już o tym, iż kilkakrotnie nieomal zasnęłam w trakcie lektury...:(
Książkę czyta się kiepsko, ale i dobrze, w zależności od tego, o który jej fragment chodzi.
Fragmenty z grupy...czyta się dobrze to strony, które po umiarkowanie udanym początku zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie, o wiele bardziej niż się spodziewałam
W książkę bez wątpienia trzeba się wczytać i przyzwyczaić do innego stylu pisarskiego, do japońskich nazw, imion, kultury.
Nie przerażajcie się trudnym początkiem i czytajcie dalej. Niech was nie zrazi ogromna ilość bohaterów o dziwnych imionach, nazwiskach, często też trudnych do rozróżnienia (co jest czym, co jest imieniem, co nazwiskiem,a co ksywką) danych personalnych. Yokoyama tak wszystko nakreślił, że nic wam się nie pomyli, choć początek lektury może zapowiadać coś zgoła innego.
Wytrwałości. Jak przebrniecie przez ok. 250-300 pierwszych stron będzie już z górki :)
Polecam dlatego, że to kawał niezłej literatury, ale także dlatego, że to inna proza niż ta z którą mamy do czynienia na co dzień. Czasami warto poszerzać swoje horyzonty. Jednak celowo nie daję oceny. po prostu nie wiem, jaką miałabym dać.
Aha, jeszcze jedna kwestia. Tak, jak napisałam, książka jest i średnio dobra i dobra, ale trylogia Stiega Larssona, na którą powołuje się napis na okładce jest o milion razy lepsza, a dodatkowo- nie jestem pewna, czy Sześć cztery zasługuje na miano aż arcydzieła literackiego...jednak najlepiej sami sobie wyróbcie zdanie o książce.
niedziela, 22 kwietnia 2018
Burza - Steve Sem-Sandberg
Wydawnictwo Literackie, Ocena 3,5/6
Recenzja mojego męża.
Skandynawski autor zdobył moje uznanie książką Biedni ludzie z miasta Łodzi. Byłem ciekaw, jaka będzie Burza.
Głównym bohaterem i narratorem jest Andreas Lehmann. Wychowywał się on wraz z siostra na niezwykłej, małej wyspie w pobliżu Norwegii należącej niegdyś do pana Kaufmanna, bardzo tajemniczego człowieka. Rodzeństwo wcześnie straciło rodziców i opiekę nad nimi przejął Johannes, hmmm bardzo ciekawa i unikalna postać.
Po wielu latach Andreas wraca na wyspę, żeby uporządkować pewne sprawy. Ta wizyta staje się pretekstem do podróży szlakiem wspomnień, wspominania dzieciństwa, krok po kroku odsłaniania mroku, przypominania elementów, które przez ostatnie lata umknęły, albo schowały się w zakamarkach pamięci.
Owa podróż fizyczna i duchowa jest dla Andreasa próbą wyjaśnienia, jakim cudem stało się to co się stało (co, to nie zdradzę), dlaczego życie jego i siostry potoczyło się tak, a nie inaczej.
Pomiędzy wspomnieniami i prowadzonym dochodzeniem poznajemy bardzo tajemniczą (z każdą stroną coraz bardziej zagadkową ) historie wyspy i jej właściciela pana Kaufmanna, który był bardzo blisko z nazistami. Ale to nie jedyna rysa na jego charakterze.
Treść Burzy idealnie pasuje do okładki. Książka jest szara, ponura, przesycona, nostalgią, ale także negatywnymi fluidami. Sama przeszłość, o której opowiada fragment po fragmencie bohater, wyłania się nam się jakby z odmętów spowijającej wyspę mgły.
Zaskakuje i odrobinę zniechęca do lektury suchość z jaka podawane są przez Andreasa fakty z jego życia, obojętność z jaką do wielu z nich podchodzi. Sprawia to, iż książkę dosyć trudno się czyta.
Dodatkowo lekturę mogą utrudniać przeskoki na linii teraźniejszość - przeszłość.
Całość sprawia wyjątkowo ponure wrażenia nawet jeżeli weźmie się pod uwagę, że szary klimat, wiwisekcja psychiczna, wędrówki mrokami przeszłości to standard skandynawski.
Nie jest to zła książka, ale do Biednych ludzi z miasta Łodzi bardzo dużo jej brakuje.
Recenzja mojego męża.
Skandynawski autor zdobył moje uznanie książką Biedni ludzie z miasta Łodzi. Byłem ciekaw, jaka będzie Burza.
Głównym bohaterem i narratorem jest Andreas Lehmann. Wychowywał się on wraz z siostra na niezwykłej, małej wyspie w pobliżu Norwegii należącej niegdyś do pana Kaufmanna, bardzo tajemniczego człowieka. Rodzeństwo wcześnie straciło rodziców i opiekę nad nimi przejął Johannes, hmmm bardzo ciekawa i unikalna postać.
Po wielu latach Andreas wraca na wyspę, żeby uporządkować pewne sprawy. Ta wizyta staje się pretekstem do podróży szlakiem wspomnień, wspominania dzieciństwa, krok po kroku odsłaniania mroku, przypominania elementów, które przez ostatnie lata umknęły, albo schowały się w zakamarkach pamięci.
Owa podróż fizyczna i duchowa jest dla Andreasa próbą wyjaśnienia, jakim cudem stało się to co się stało (co, to nie zdradzę), dlaczego życie jego i siostry potoczyło się tak, a nie inaczej.
Pomiędzy wspomnieniami i prowadzonym dochodzeniem poznajemy bardzo tajemniczą (z każdą stroną coraz bardziej zagadkową ) historie wyspy i jej właściciela pana Kaufmanna, który był bardzo blisko z nazistami. Ale to nie jedyna rysa na jego charakterze.
Treść Burzy idealnie pasuje do okładki. Książka jest szara, ponura, przesycona, nostalgią, ale także negatywnymi fluidami. Sama przeszłość, o której opowiada fragment po fragmencie bohater, wyłania się nam się jakby z odmętów spowijającej wyspę mgły.
Zaskakuje i odrobinę zniechęca do lektury suchość z jaka podawane są przez Andreasa fakty z jego życia, obojętność z jaką do wielu z nich podchodzi. Sprawia to, iż książkę dosyć trudno się czyta.
Dodatkowo lekturę mogą utrudniać przeskoki na linii teraźniejszość - przeszłość.
Całość sprawia wyjątkowo ponure wrażenia nawet jeżeli weźmie się pod uwagę, że szary klimat, wiwisekcja psychiczna, wędrówki mrokami przeszłości to standard skandynawski.
Nie jest to zła książka, ale do Biednych ludzi z miasta Łodzi bardzo dużo jej brakuje.
sobota, 4 listopada 2017
Kiedy była porządną dziewczyną - Philip Roth
Wydawnictwo Literackie, Ocena 5/6
Recenzja mojego męża.
Kiedy była porządną dziewczyną to powieść wydana w 1967 roku. Jest to książka, która nic nie straciła ze swojej aktualności i jedyna, w której Roth narratorem uczynił kobietę. Co więcej, niejako pierwowzorem, bazą do powstania książki były wspomnienia jego własnej żony.
Bohaterką jest młoda dziewczyna o imieniu Lucy, która dorasta w prowincjonalnym amerykańskim miasteczku na Środkowym Zachodzie w latach 40. XX wieku.
Z jednej strony ma ona szczęście dorastać w tym miejscu, z drugiej z kolei wielkiego pecha. Takie miejsca miały wiele do zaoferowania (jest ładne, sielskie, z pozoru anielskie, ciche, poukładane), ale tylko tym, którzy godzili się na reguły.
Lucy taka nie jest i buntuje się przeciw wszystkiemu i wszystkim.Oprócz małomiasteczkowej duchoty, hipokryzji otoczenia, swoistego zniewolenia, nad luby wisi też jarzmo w postaci nadużywającego (i to mocno) alkohol ojca, bezradnej matki, toksycznej babki. Piętno bycia gorszą, elementem wręcz patologii, zerowe możliwości na starcie, są świetnie ukazane.
Dziewczyna nie ma łatwo. Wszystko utrudnia jeszcze dodatkowy aspekt, który pojawia się nagle i sprawia, że wszelkie marzenia o lepszym życiu pryskają niczym bańka mydlana.
A to dopiero początek.
Kiedy była...to przede wszystkim doskonały obraz zaściankowego, amerykańskiego miasteczka z 4. dekady XX wieku oraz doskonały, niezwykle drobiazgowy opis żyjących tam ludzi. Bynajmniej, nie jest to pozytywny wizerunek. Kompleksy, pozy, płycizna umysłu i stylu życia, bierna egzystencja wg. jednego słusznego wzorca, dla walczącej od zawsze i o wszystko Lucy to za mało, to nie to.
Powieść Rotha to także fascynujące i okropne studium małżeństwa, dwojga ludzi, których jakiś czas temu coś połączyło. Obraz wzajemnego wyniszczania się, dochodzenia do tego etapu, gdzie nie ma już nic, jest niezwykły, przerażający.
I na sam koniec to co moim zdaniem najlepsze. Jest to wizerunek Lucy, od dzieciństwo aż po lata dorosłe. Zmagania tej najpierw dziewczynki, póżniej kobiety z życiem, otoczeniem, zasadami, samą sobą, kieratem i ramami, w które już na starcie została włożona...... imponujące.
Roth zręcznie operuje słowem. Potrafi kilkoma wyrazami, położeniem nacisku na 2-3 słowa nakreślić bardzo sugestywny obraz. To wszystko sprawia, iż mimo, że książka nie należy do bardzo grubych, to jednak ogrom zawartych w niej emocji jest poruszający.
Mocna, przemawiająca do wyobraźni książka, która mimo upływu lat nic nie stracila ze swojej aktualności. Polecam.
Recenzja mojego męża.
Kiedy była porządną dziewczyną to powieść wydana w 1967 roku. Jest to książka, która nic nie straciła ze swojej aktualności i jedyna, w której Roth narratorem uczynił kobietę. Co więcej, niejako pierwowzorem, bazą do powstania książki były wspomnienia jego własnej żony.
Bohaterką jest młoda dziewczyna o imieniu Lucy, która dorasta w prowincjonalnym amerykańskim miasteczku na Środkowym Zachodzie w latach 40. XX wieku.
Z jednej strony ma ona szczęście dorastać w tym miejscu, z drugiej z kolei wielkiego pecha. Takie miejsca miały wiele do zaoferowania (jest ładne, sielskie, z pozoru anielskie, ciche, poukładane), ale tylko tym, którzy godzili się na reguły.
Lucy taka nie jest i buntuje się przeciw wszystkiemu i wszystkim.Oprócz małomiasteczkowej duchoty, hipokryzji otoczenia, swoistego zniewolenia, nad luby wisi też jarzmo w postaci nadużywającego (i to mocno) alkohol ojca, bezradnej matki, toksycznej babki. Piętno bycia gorszą, elementem wręcz patologii, zerowe możliwości na starcie, są świetnie ukazane.
Dziewczyna nie ma łatwo. Wszystko utrudnia jeszcze dodatkowy aspekt, który pojawia się nagle i sprawia, że wszelkie marzenia o lepszym życiu pryskają niczym bańka mydlana.
A to dopiero początek.
Kiedy była...to przede wszystkim doskonały obraz zaściankowego, amerykańskiego miasteczka z 4. dekady XX wieku oraz doskonały, niezwykle drobiazgowy opis żyjących tam ludzi. Bynajmniej, nie jest to pozytywny wizerunek. Kompleksy, pozy, płycizna umysłu i stylu życia, bierna egzystencja wg. jednego słusznego wzorca, dla walczącej od zawsze i o wszystko Lucy to za mało, to nie to.
Powieść Rotha to także fascynujące i okropne studium małżeństwa, dwojga ludzi, których jakiś czas temu coś połączyło. Obraz wzajemnego wyniszczania się, dochodzenia do tego etapu, gdzie nie ma już nic, jest niezwykły, przerażający.
I na sam koniec to co moim zdaniem najlepsze. Jest to wizerunek Lucy, od dzieciństwo aż po lata dorosłe. Zmagania tej najpierw dziewczynki, póżniej kobiety z życiem, otoczeniem, zasadami, samą sobą, kieratem i ramami, w które już na starcie została włożona...... imponujące.
Roth zręcznie operuje słowem. Potrafi kilkoma wyrazami, położeniem nacisku na 2-3 słowa nakreślić bardzo sugestywny obraz. To wszystko sprawia, iż mimo, że książka nie należy do bardzo grubych, to jednak ogrom zawartych w niej emocji jest poruszający.
Mocna, przemawiająca do wyobraźni książka, która mimo upływu lat nic nie stracila ze swojej aktualności. Polecam.
środa, 27 września 2017
Córki Wawelu. Opowieść o jagiellońskich królewnach - Anna Brzezińska
Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 6/6
Jagiellonowie...złoty okres rozwoju i potęgi Polski. Książka Anny Brzezińskiej to doskonale ukazuje. Dodatkowo autorka serwuje nam wszystko, co się z dworem królewskim, Wawelem, ówczesną Polską kojarzy. Mamy więc wspaniałe budowle, szelest obfitych sukien, obyczaje sprzed kilku wieków, dworskie plotki, rycerzy, służki, błaznów, ale także namiętności, tragedie, łzy, śmiech.
Córki Wawelu aż tętnią życiem i rozmaitymi uczuciami.
Bardzo podobało mi się, że autorka oddaje głos nie tylko kobietom wysoko urodzonym, możnym, często wpływowym. Jej bohaterkami są także kobiety z plebsu, niżej urodzone, często bardzo biedne, lub średnio zamożne, przybywające ze wsi za nowym życiem, jak np. Regina. Przekrój społeczny w książce jest bardzo duży.
W niektórych momentach miałam wrażenie, iż zaprezentowanie sylwetek i charakterów tytułowych córek Wawelu, czyli jagiellońskich królewien, jest pretekstem, punktem wyjścia do ukazania czegoś innego. Celowo nie piszę o co chodzi, ponieważ jestem ciekawa waszej opinii, tego, jak wy odbierzecie zabieg autorki.
Dodatkowego smaczku dodają świetnie nakreślone najprzeróżniejsze ludzkie charaktery. Taka mozaika postaci tworzy barwny kolaż epoki, ukazuje go znacznie ciekawiej, pełniej niż opowieść tylko o możnych mieszkankach królewskiego dworu.
Opowieść pełna jest także bardzo ciekawych szczegółów. Od razu rzuca się w oczy, iż Anna Brzezińska przeprowadziła rzetelny reasarch epoki. Wśród smaków i smaczków epoki jagiellońskiej znajdziemy informacje dot. np. sposobów karania za różne przestępstwa, czy np. polowania na czarownice, zmieniającego się, wraz z upływem czasu podejścia do czarów. To tylko dwie spośród ogromnej ilości ciekawostek, którymi raczy nas autorka.
No i ta unikalna atmosfera Krakowa, miasta cudownego pod każdym względem. Opisy zaułków miejskich, miejsc, które dzisiaj uważamy za zabytki dopełniają wspaniałości Córek Wawelu. Mury miejskie, zamek królewski, ulice, zaułki, kocie łby, kościoły robią niesamowite wrażenie. Gorąco zachęcam do lektury. To wspaniała zadziwiająca rozmachem, nakreślona niezwykle plastycznym językiem, dopracowana w każdym calu powieść znawczyni epoki, która nie tylko wspaniale pisze, ale i powołuje się na źródła.
Jagiellonowie...złoty okres rozwoju i potęgi Polski. Książka Anny Brzezińskiej to doskonale ukazuje. Dodatkowo autorka serwuje nam wszystko, co się z dworem królewskim, Wawelem, ówczesną Polską kojarzy. Mamy więc wspaniałe budowle, szelest obfitych sukien, obyczaje sprzed kilku wieków, dworskie plotki, rycerzy, służki, błaznów, ale także namiętności, tragedie, łzy, śmiech.
Córki Wawelu aż tętnią życiem i rozmaitymi uczuciami.
Bardzo podobało mi się, że autorka oddaje głos nie tylko kobietom wysoko urodzonym, możnym, często wpływowym. Jej bohaterkami są także kobiety z plebsu, niżej urodzone, często bardzo biedne, lub średnio zamożne, przybywające ze wsi za nowym życiem, jak np. Regina. Przekrój społeczny w książce jest bardzo duży.
W niektórych momentach miałam wrażenie, iż zaprezentowanie sylwetek i charakterów tytułowych córek Wawelu, czyli jagiellońskich królewien, jest pretekstem, punktem wyjścia do ukazania czegoś innego. Celowo nie piszę o co chodzi, ponieważ jestem ciekawa waszej opinii, tego, jak wy odbierzecie zabieg autorki.
Dodatkowego smaczku dodają świetnie nakreślone najprzeróżniejsze ludzkie charaktery. Taka mozaika postaci tworzy barwny kolaż epoki, ukazuje go znacznie ciekawiej, pełniej niż opowieść tylko o możnych mieszkankach królewskiego dworu.
Opowieść pełna jest także bardzo ciekawych szczegółów. Od razu rzuca się w oczy, iż Anna Brzezińska przeprowadziła rzetelny reasarch epoki. Wśród smaków i smaczków epoki jagiellońskiej znajdziemy informacje dot. np. sposobów karania za różne przestępstwa, czy np. polowania na czarownice, zmieniającego się, wraz z upływem czasu podejścia do czarów. To tylko dwie spośród ogromnej ilości ciekawostek, którymi raczy nas autorka.
No i ta unikalna atmosfera Krakowa, miasta cudownego pod każdym względem. Opisy zaułków miejskich, miejsc, które dzisiaj uważamy za zabytki dopełniają wspaniałości Córek Wawelu. Mury miejskie, zamek królewski, ulice, zaułki, kocie łby, kościoły robią niesamowite wrażenie. Gorąco zachęcam do lektury. To wspaniała zadziwiająca rozmachem, nakreślona niezwykle plastycznym językiem, dopracowana w każdym calu powieść znawczyni epoki, która nie tylko wspaniale pisze, ale i powołuje się na źródła.
wtorek, 5 września 2017
Śmierć przewodnika rzecznego - Richard Flanagan
Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 6/6
Richard Flanagan, to jeden z bardziej cenionych przeze mnie pisarzy. Ilekroć jakaś jego książka pojawia się w zapowiedziach, poluję na nią. Każda nowa książka jego autorstwa to pewny bestseller i rozkosz czytelnicza:). Nie inaczej jest w tym przypadku.
Śmierć przewodnika rzecznego, to 5. książka australijskiego pisarza, którą miałam okazję przeczytać.
Ponownie w centrum zainteresowania pisarza znajdują się człowiek i Tasmania, oboje niezwykle zagadkowi, tajemniczy.
Głównym bohaterem powieści jest Aljaz Bosini, odchodzący na emeryturę (zgodnie z tytułem książki) przewodnik rzeczny, a konkretnie rzecznych spływów. Pracował on na terenie tasmańskiej rzeki Franklin. Rzeka niezwykle niebezpieczna, przyciągająca zwolenników ekstremalnych doświadczeń.
Niestety, ale większość klientów przewodników rzecznych, nie ma pojęcia o zagrożeniach, jakie na nich czyhają. Wielu z nich poprzez swoja niefrasobliwość, jest sprawcami wypadków lub stwarza wielkie zagrożenie dla siebie i innych. Takie wyprawy są wyjątkowo niebezpieczne. W trakcie jednej z nich, Aljaz ma wyjątkowego pecha, kończy się ona dla niego tragicznie.
Będąc na granicy życia i śmierci, Aljaz wspomina swoje życie, młodość, dzieciństwo, rodzinę, początki pracy.
Pewien problem może tu stanowić fakt, iż opowieść Aljaza nie jest chronologiczna. Autor przeskakuje z jednego obrazu do drugieg0, z jednego roku do innego, czasami wiele lat do przodu lub wstecz. Może sprawiać to pewną trudność, ale warto zadać sobie sporo wysiłku, żeby przeczytać tę niezwykłą książkę.
Śmierć przewodnika rzecznego to zdecydowanie więcej, dużo więcej niż opowieść o przewodniku rzecznym, którego życie w jednym momencie zamienia się w koszmar. To wspaniała, choć trudna, nie dająca odprężenia opowieść o człowieku, człowieczeństwie, tym co ważne, o tym, jak przetrwać. Flanagan większość tekstu poświęca swojemu bohaterowi, którego życie śledzimy na tle zmieniającego się świata, zmieniającej się wysepki, tak mało nam znanej, czyli Tasmanii. W tle majaczą nam - cudowna przyroda, niezwykłe obyczaje, i niezwykli tubylcy.
To wyjątkowa, cudownie napisana, posiadająca wiele znaczeń, wielowątkową wymowę opowieść. Nie wszystkim przypadnie ona do gustu. To powieść bez szybkiej, brawurowej akcji, zmuszająca do myślenia, nie dająca odprężenia, ba wręcz przeczołgująca czytelnika psychicznie. Nie każdy lubi tego typu książki.
Jeżeli jednak cenicie prozę na najwyższym poziomie, lubicie pełną niedomówień, wymagającą sporego wysiłku literaturę, ciekawi was Tasmania i proza australijska, Śmierć przewodnika rzecznego jest lekturą dla was. Jestem przekonana, iż się nie zawiedziecie.
Każde z kolejnych dzieł Australijczyka, to książka dla kobiet oraz dla męźczyzn. Flanagan tworzy po prostu dla wszystkich, bez względu na kolor skóry, wiek, płeć, przekonania. Czekam na kolejne nowości z nazwiskiem tego niezwykłego pisarza na okładce.
Moje recenzje książek Flanagana:
Pragnienie
Księga ryb Williama Goulda
Ścieżki północy
Richard Flanagan, to jeden z bardziej cenionych przeze mnie pisarzy. Ilekroć jakaś jego książka pojawia się w zapowiedziach, poluję na nią. Każda nowa książka jego autorstwa to pewny bestseller i rozkosz czytelnicza:). Nie inaczej jest w tym przypadku.
Śmierć przewodnika rzecznego, to 5. książka australijskiego pisarza, którą miałam okazję przeczytać.
Ponownie w centrum zainteresowania pisarza znajdują się człowiek i Tasmania, oboje niezwykle zagadkowi, tajemniczy.
Głównym bohaterem powieści jest Aljaz Bosini, odchodzący na emeryturę (zgodnie z tytułem książki) przewodnik rzeczny, a konkretnie rzecznych spływów. Pracował on na terenie tasmańskiej rzeki Franklin. Rzeka niezwykle niebezpieczna, przyciągająca zwolenników ekstremalnych doświadczeń.
Niestety, ale większość klientów przewodników rzecznych, nie ma pojęcia o zagrożeniach, jakie na nich czyhają. Wielu z nich poprzez swoja niefrasobliwość, jest sprawcami wypadków lub stwarza wielkie zagrożenie dla siebie i innych. Takie wyprawy są wyjątkowo niebezpieczne. W trakcie jednej z nich, Aljaz ma wyjątkowego pecha, kończy się ona dla niego tragicznie.
Będąc na granicy życia i śmierci, Aljaz wspomina swoje życie, młodość, dzieciństwo, rodzinę, początki pracy.
Pewien problem może tu stanowić fakt, iż opowieść Aljaza nie jest chronologiczna. Autor przeskakuje z jednego obrazu do drugieg0, z jednego roku do innego, czasami wiele lat do przodu lub wstecz. Może sprawiać to pewną trudność, ale warto zadać sobie sporo wysiłku, żeby przeczytać tę niezwykłą książkę.
Śmierć przewodnika rzecznego to zdecydowanie więcej, dużo więcej niż opowieść o przewodniku rzecznym, którego życie w jednym momencie zamienia się w koszmar. To wspaniała, choć trudna, nie dająca odprężenia opowieść o człowieku, człowieczeństwie, tym co ważne, o tym, jak przetrwać. Flanagan większość tekstu poświęca swojemu bohaterowi, którego życie śledzimy na tle zmieniającego się świata, zmieniającej się wysepki, tak mało nam znanej, czyli Tasmanii. W tle majaczą nam - cudowna przyroda, niezwykłe obyczaje, i niezwykli tubylcy.
To wyjątkowa, cudownie napisana, posiadająca wiele znaczeń, wielowątkową wymowę opowieść. Nie wszystkim przypadnie ona do gustu. To powieść bez szybkiej, brawurowej akcji, zmuszająca do myślenia, nie dająca odprężenia, ba wręcz przeczołgująca czytelnika psychicznie. Nie każdy lubi tego typu książki.
Jeżeli jednak cenicie prozę na najwyższym poziomie, lubicie pełną niedomówień, wymagającą sporego wysiłku literaturę, ciekawi was Tasmania i proza australijska, Śmierć przewodnika rzecznego jest lekturą dla was. Jestem przekonana, iż się nie zawiedziecie.
Każde z kolejnych dzieł Australijczyka, to książka dla kobiet oraz dla męźczyzn. Flanagan tworzy po prostu dla wszystkich, bez względu na kolor skóry, wiek, płeć, przekonania. Czekam na kolejne nowości z nazwiskiem tego niezwykłego pisarza na okładce.
Moje recenzje książek Flanagana:
Pragnienie
Księga ryb Williama Goulda
Ścieżki północy
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Busola - Mathias Enard
Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 6/6
Ostatnio mam przyjemność czytania jednego arcydzieła po drugim. Najpierw Sonata Gustava, Rose Tremaine, a teraz Busola. Dwa arcydzieła, dwie wyjątkowe książki. Takie książki zdarzają się raz na kilkadziesiąt (żeby nie napisać - na kilkaset) pozycji i już się boję co będzie z kolejnymi tytułami. Zarówno Tremaine, jak i Enard ustawili bardzo wysoko poprzeczkę.
Mathias Énard, to francuski pisarz i tłumacz, który został laureatem wyjątkowej Nagrody Goncourtów właśnie za niepozorną, nie istniejącą na bilbordach powieść Busola.
Ta książka nie dość, że wspaniale, wyjątkowo napisana, to dodatkowo jest ogromnie ważna i potrzebna w dzisiejszych czasach, w kontekście tego, co dzieje się nie tylko w szeroko rozumianym świecie, ale także tuż obok nas, w sąsiednim domu, na sąsiedniej ulicy, w pobliskiej dzielnicy.
Enard, który 4 lata mieszkał w Syrii nosił się z zamiarem napisania książki, takiej jak Busola, już od dawna. Chciał napisać o tym kraju nie przez pryzmat toczącej się tam od lat wojny, dramatu milionów ludzi, ale przez pryzmat dnia codziennego, ludzi zwyczajnych, ich życia, kultury, religii, wielowiekowych osiągnięć i tego co (o ile w ogóle) my Zachód, Europa zawdzięczamy kulturze syryjskiej, arabskiej, szeroko rozumianemu Wschodowi.
Enard chciał także pokazać wspólnotę losów nas ludzi Europy i ich ze Wschodu. Czy mu się to udało? Moim zdaniem tak. Zrobił to w sposób wyjątkowy, bez moralizatorskiego nadęcia, ale wymownie, kładąc nacisk na to co najważniejsze.
Jak twierdzi sam pisarz... Musiałem pokazać po pierwsze, że islam i Orient nie powinny być utożsamiane ze ślepą przemocą i bezbrzeżną głupotą, i po drugie, że wszyscy jesteśmy trochę orientalni. (...)
Książka ma formę wspomnień wiedeńskiego muzykologa, którego Wschód, Orient fascynują od wielu lat. bohater odbył wiele podróży, poznał wielu ludzi, filozofię, sedno kultury Orientu, islamu. Obok niego na kartach książki pojawia się jego przeciwieństwo, Sara. Kobieta, jej życie, żywiołowość, podejście do wielu spraw są dla Franza tytułową Busolą. Nie brak także delikatnego wątku miłosnego, sporej porcji kultury i muzyki oraz manifestu politycznego i kulturowego.
Cała treść, wymowa, język Busoli zadziwiają. Jednak tym, co najbardziej mnie zdziwiło był czas w jakim rozgrywa się akcja książki. Busola liczy bowiem ponad 500 stron, a cała akcja rozgrywa się w ...ciągu 1 nocy. To możliwe. Autor zastosował zupełnie inną narrację, taką z jaką do tej pory się nie spotkałam. Fakt, trzeba odrobinę się do niej przyzwyczaić, ale gwarantuje wam, że warto. Busola to powieść wyjątkowa pod każdym względem.
Polecam.
Ostatnio mam przyjemność czytania jednego arcydzieła po drugim. Najpierw Sonata Gustava, Rose Tremaine, a teraz Busola. Dwa arcydzieła, dwie wyjątkowe książki. Takie książki zdarzają się raz na kilkadziesiąt (żeby nie napisać - na kilkaset) pozycji i już się boję co będzie z kolejnymi tytułami. Zarówno Tremaine, jak i Enard ustawili bardzo wysoko poprzeczkę.
Mathias Énard, to francuski pisarz i tłumacz, który został laureatem wyjątkowej Nagrody Goncourtów właśnie za niepozorną, nie istniejącą na bilbordach powieść Busola.
Ta książka nie dość, że wspaniale, wyjątkowo napisana, to dodatkowo jest ogromnie ważna i potrzebna w dzisiejszych czasach, w kontekście tego, co dzieje się nie tylko w szeroko rozumianym świecie, ale także tuż obok nas, w sąsiednim domu, na sąsiedniej ulicy, w pobliskiej dzielnicy.
Enard, który 4 lata mieszkał w Syrii nosił się z zamiarem napisania książki, takiej jak Busola, już od dawna. Chciał napisać o tym kraju nie przez pryzmat toczącej się tam od lat wojny, dramatu milionów ludzi, ale przez pryzmat dnia codziennego, ludzi zwyczajnych, ich życia, kultury, religii, wielowiekowych osiągnięć i tego co (o ile w ogóle) my Zachód, Europa zawdzięczamy kulturze syryjskiej, arabskiej, szeroko rozumianemu Wschodowi.
Enard chciał także pokazać wspólnotę losów nas ludzi Europy i ich ze Wschodu. Czy mu się to udało? Moim zdaniem tak. Zrobił to w sposób wyjątkowy, bez moralizatorskiego nadęcia, ale wymownie, kładąc nacisk na to co najważniejsze.
Jak twierdzi sam pisarz... Musiałem pokazać po pierwsze, że islam i Orient nie powinny być utożsamiane ze ślepą przemocą i bezbrzeżną głupotą, i po drugie, że wszyscy jesteśmy trochę orientalni. (...)
Książka ma formę wspomnień wiedeńskiego muzykologa, którego Wschód, Orient fascynują od wielu lat. bohater odbył wiele podróży, poznał wielu ludzi, filozofię, sedno kultury Orientu, islamu. Obok niego na kartach książki pojawia się jego przeciwieństwo, Sara. Kobieta, jej życie, żywiołowość, podejście do wielu spraw są dla Franza tytułową Busolą. Nie brak także delikatnego wątku miłosnego, sporej porcji kultury i muzyki oraz manifestu politycznego i kulturowego.
Cała treść, wymowa, język Busoli zadziwiają. Jednak tym, co najbardziej mnie zdziwiło był czas w jakim rozgrywa się akcja książki. Busola liczy bowiem ponad 500 stron, a cała akcja rozgrywa się w ...ciągu 1 nocy. To możliwe. Autor zastosował zupełnie inną narrację, taką z jaką do tej pory się nie spotkałam. Fakt, trzeba odrobinę się do niej przyzwyczaić, ale gwarantuje wam, że warto. Busola to powieść wyjątkowa pod każdym względem.
Polecam.
sobota, 4 marca 2017
Dom Rothschildów tom 2 Bankierzy świata 1849-1999 - Nial Ferguson
Wydawnictwo Literackie, Ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
Rothschildowie to najbardziej wpływowa rodzina najnowszej historii. Potężni bankierzy i przemysłowcy żydowskiego pochodzenia, którzy dosłownie (nie ma w tym, ani słowa przesady) trzęśli dziewiętnasto- i dwudziestowiecznym światem, znacząco wpływając na historię całych państw.
Dziś nazwisko Rothschild na całym świecie kojarzy się z gigantyczną fortuną, aż trudno uwierzyć, w jaki sposób wszystko się zaczęło.
Niall Ferguson, znakomity historyk, w tym monumentalnym dziele we wspaniały, wielowymiarowy sposób opowiada o swoich bohaterach, o ich początkach, które miały miejsce w kilka wieków temu we Frankfurcie nad Menem, o dojściu do niewyobrażalnej dla przeciętnego człowieka fortuny i o tym, co w ich mniemaniu (jak czas pokazał słusznym) doprowadziło do potęgi, do nieomal władania światem.
Cała dwutomowa, pięknie wydana książka jest o tyle cenna, iż osadzona w początkowych czasach rozwoju potęgi, czyli XII wieku, oraz w okresie boomu rozwojowego rodu, czyli okresie XVIII i XIX wieku i ciągnie się aż do 1999 rok, czyli w zasadzie czasów nam współczesnych. Opowieść pełna jest nawiązań do ówczesnych wydarzeń historycznych, zmian kulturowych, obyczajów, sposobów prowadzenia interesów, przemian ekonomicznych etc.
Jednak sercem drugiego tomu jest opowieść o tym, jak żydowska rodzina zamożna owszem, ale bez przesady, stała się najpotężniejszym rodem świata, jak stała się żywą legendą.
Akcja rozgrywa się w wielu miejscach na świecie, we Frankfurcie (który był początkiem), w Londynie, Neapolu, Paryżu, Nowym Jorku i Wiedniu.
Za sprawą mistrzowskiego przygotowania Fergusona mamy okazję wniknąć pod podszewkę tamtego świata, wkraść się do jego centrum poznać rodzinę oraz wiele jej sekretów.
Prorocy finansów... i Bankierzy świata...są niewiarygodną, choć nie ukrywam wymagająca lekturą.
Przede wszystkim trzeba być odważnym. 912 stron II tomu i 802 strony tomu I robią swoje. Sama objętość książki może przerazić. Do tego dochodzi spora ilość przypisów, cytatów i porządne, metodyczne, godne najlepszego historyka podejście do tematu.
Mimo rzetelnego opracowania materiału oba tomy czyta się bardzo dobrze. Jest to zasługa lekkiego (mimo sporej dawki historii i danych), momentami wręcz gawędziarski sposób narracji Fergusona. Dzięki niemu Dom Rothschildów to nie tylko opowieść o powstawaniu imperium, o władzy i pieniądzu, ale także o obyczajach, kulturze, mariażach, zdradach, uśmiechach losu, trafnych lub nie życiowych decyzjach.
Książka jest wspaniałą, doskonałą lekturą. Nie dziwię się, iż trafiła na listę dziesięciu najlepszych książek roku Business Week i bardzo długo była bestselerem.Wielką pomocą i ubarwieniem lektury były liczne, zamieszczone w książce fotografie. Za ich sprawą Rotschildowie jawią nam się, nie tylko jak potentaci, momentami wręcz magicy, wizjonerzy, ale także, jako zwykli ludzie.
Rothschildowie to najbardziej wpływowa rodzina najnowszej historii. Potężni bankierzy i przemysłowcy żydowskiego pochodzenia, którzy trzęśli dziewiętnasto- i dwudziestowiecznym światem, znacząco wpływając na historię całych państw. Warto ich poznać.
Zachęcam do lektury.
Recenzja mojego męża.
Rothschildowie to najbardziej wpływowa rodzina najnowszej historii. Potężni bankierzy i przemysłowcy żydowskiego pochodzenia, którzy dosłownie (nie ma w tym, ani słowa przesady) trzęśli dziewiętnasto- i dwudziestowiecznym światem, znacząco wpływając na historię całych państw.
Dziś nazwisko Rothschild na całym świecie kojarzy się z gigantyczną fortuną, aż trudno uwierzyć, w jaki sposób wszystko się zaczęło.
Niall Ferguson, znakomity historyk, w tym monumentalnym dziele we wspaniały, wielowymiarowy sposób opowiada o swoich bohaterach, o ich początkach, które miały miejsce w kilka wieków temu we Frankfurcie nad Menem, o dojściu do niewyobrażalnej dla przeciętnego człowieka fortuny i o tym, co w ich mniemaniu (jak czas pokazał słusznym) doprowadziło do potęgi, do nieomal władania światem.
Cała dwutomowa, pięknie wydana książka jest o tyle cenna, iż osadzona w początkowych czasach rozwoju potęgi, czyli XII wieku, oraz w okresie boomu rozwojowego rodu, czyli okresie XVIII i XIX wieku i ciągnie się aż do 1999 rok, czyli w zasadzie czasów nam współczesnych. Opowieść pełna jest nawiązań do ówczesnych wydarzeń historycznych, zmian kulturowych, obyczajów, sposobów prowadzenia interesów, przemian ekonomicznych etc.
Jednak sercem drugiego tomu jest opowieść o tym, jak żydowska rodzina zamożna owszem, ale bez przesady, stała się najpotężniejszym rodem świata, jak stała się żywą legendą.
Akcja rozgrywa się w wielu miejscach na świecie, we Frankfurcie (który był początkiem), w Londynie, Neapolu, Paryżu, Nowym Jorku i Wiedniu.
Za sprawą mistrzowskiego przygotowania Fergusona mamy okazję wniknąć pod podszewkę tamtego świata, wkraść się do jego centrum poznać rodzinę oraz wiele jej sekretów.
Prorocy finansów... i Bankierzy świata...są niewiarygodną, choć nie ukrywam wymagająca lekturą.
Przede wszystkim trzeba być odważnym. 912 stron II tomu i 802 strony tomu I robią swoje. Sama objętość książki może przerazić. Do tego dochodzi spora ilość przypisów, cytatów i porządne, metodyczne, godne najlepszego historyka podejście do tematu.
Mimo rzetelnego opracowania materiału oba tomy czyta się bardzo dobrze. Jest to zasługa lekkiego (mimo sporej dawki historii i danych), momentami wręcz gawędziarski sposób narracji Fergusona. Dzięki niemu Dom Rothschildów to nie tylko opowieść o powstawaniu imperium, o władzy i pieniądzu, ale także o obyczajach, kulturze, mariażach, zdradach, uśmiechach losu, trafnych lub nie życiowych decyzjach.
Książka jest wspaniałą, doskonałą lekturą. Nie dziwię się, iż trafiła na listę dziesięciu najlepszych książek roku Business Week i bardzo długo była bestselerem.Wielką pomocą i ubarwieniem lektury były liczne, zamieszczone w książce fotografie. Za ich sprawą Rotschildowie jawią nam się, nie tylko jak potentaci, momentami wręcz magicy, wizjonerzy, ale także, jako zwykli ludzie.
Rothschildowie to najbardziej wpływowa rodzina najnowszej historii. Potężni bankierzy i przemysłowcy żydowskiego pochodzenia, którzy trzęśli dziewiętnasto- i dwudziestowiecznym światem, znacząco wpływając na historię całych państw. Warto ich poznać.
Zachęcam do lektury.
poniedziałek, 20 lutego 2017
Piękno to bolesna rana - Eka Kurniawan
Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 4/6
Eka Kurniawan to zupełnie nieznany mi autor choć podobno to jedno z najważniejszych nazwisk literatury indonezyjskiej.
Piękno to bolesna rana to realistyczna saga rodzinna. Pełno w niej nie tylko rodzinnych postaci i zagadek, ale także tak nam obcych indonezyjskich tajemnic, historii, legend i wierzeń. Chociażby z tego względu warto tę powieść przeczytać.
Narratorem jest kobieta (prostytutka, która rzuca klątwę i umiera), a opowiadana przez nią historia rodziny (głównie jej czterech córek) nierozerwalnie wpleciona w bolesną historię Indonezji, okrutna. Zdawałoby się, iż fakt narracji przez kobietę odrobinę złagodzi opowieść, jej wydźwięk. Ale nic z tego. Na przestrzeni lat ofiarami w Indonezji były przede wszystkim kobiety i tak jest także w tej książce.
Kurniawan trudne wydarzenia opisuje niezwykle realistycznie. W treść wplecione jest sporo okrutnych scen oraz opisów zbrodni, które faktycznie miały miejsce.
W tle mamy wiele trudnych okresów jakie miały miejsce w dziejach Indonezji, m.in.: japońską okupację w czasie II wojny światowej i związane z nią liczne gwałty jakich dopuszczali się żołnierze na kobietach, krwawą walkę o niepodległość, pucz wojskowy, ludobójstwo i wiele innych. Autor umiejętnie udowadnia, iż jak sam twierdzi (...) wszystko, co dziś dzieje się w Indonezji, jest bezpośrednim wynikiem wydarzeń z przeszłości, które nigdy nie zostały rozliczone.
Losy kobiet z jednej rodziny przeplatają się z losami sąsiadów, znajomych, a te wplecione są w historię Indonezji, burzliwą, okrutną, a także obyczaje dla nas dziwne, inne, czasami nie do zaakceptowania.
Całość opowiedziana jest bez utrzymania czasowej konsekwencji. Niektóre zdarzenia są tylko zaanonsowane, w inne wplecione są wydarzenia z przeszłości, brak konsekwencji czasowej, kontynuacji wydarzeń etc. To sprawiało mi pewną trudność w trakcie lektury. W jednym z wywiadów autor tak to wytłumaczył (...) To język w pewnym stopniu wymusił na mnie takie rozwiązanie. W indonezyjskim nie ma czasów – nie ma więc znaczenia, czy w zdaniu opisuje się sytuację, która już się wydarzyła, dopiero się wydarzy czy właśnie się dzieje. Nasz punkt widzenia jest więc często właśnie taki, jak w powieści. Indonezyjczycy postrzegają przeszłość, przyszłość i teraźniejszość jako to samo, jedną wielką całość.
Nie neguję, że tak jest, ale lektura tak napisanej książki jest trudna, czasami bardzo trudna. W tym miejscu chciałabym wyrazić ogromne uznanie dla tłumacza. Wyobrażam sobie, jak trudna musiała być to praca.
Trudno mi jednoznacznie określić, czy książka podobała mi się czy nie. Z pewnością jest inna, ciekawie napisana, są w niej zawarte unikalne poglądy, inny folklor, obyczaje. Ale ogrom przedstawionego okrucieństwa, tragedia jaką było ostatnie kilkadziesiąt lat historii Indonezji, sprawiło, iż nie była to lektura łatwa i przyjemna, choć z pewnością ciekawa. Jednak nie żałuję, że sięgnęłam po Piękno....
Eka Kurniawan to zupełnie nieznany mi autor choć podobno to jedno z najważniejszych nazwisk literatury indonezyjskiej.
Piękno to bolesna rana to realistyczna saga rodzinna. Pełno w niej nie tylko rodzinnych postaci i zagadek, ale także tak nam obcych indonezyjskich tajemnic, historii, legend i wierzeń. Chociażby z tego względu warto tę powieść przeczytać.
Narratorem jest kobieta (prostytutka, która rzuca klątwę i umiera), a opowiadana przez nią historia rodziny (głównie jej czterech córek) nierozerwalnie wpleciona w bolesną historię Indonezji, okrutna. Zdawałoby się, iż fakt narracji przez kobietę odrobinę złagodzi opowieść, jej wydźwięk. Ale nic z tego. Na przestrzeni lat ofiarami w Indonezji były przede wszystkim kobiety i tak jest także w tej książce.
Kurniawan trudne wydarzenia opisuje niezwykle realistycznie. W treść wplecione jest sporo okrutnych scen oraz opisów zbrodni, które faktycznie miały miejsce.
W tle mamy wiele trudnych okresów jakie miały miejsce w dziejach Indonezji, m.in.: japońską okupację w czasie II wojny światowej i związane z nią liczne gwałty jakich dopuszczali się żołnierze na kobietach, krwawą walkę o niepodległość, pucz wojskowy, ludobójstwo i wiele innych. Autor umiejętnie udowadnia, iż jak sam twierdzi (...) wszystko, co dziś dzieje się w Indonezji, jest bezpośrednim wynikiem wydarzeń z przeszłości, które nigdy nie zostały rozliczone.
Losy kobiet z jednej rodziny przeplatają się z losami sąsiadów, znajomych, a te wplecione są w historię Indonezji, burzliwą, okrutną, a także obyczaje dla nas dziwne, inne, czasami nie do zaakceptowania.
Całość opowiedziana jest bez utrzymania czasowej konsekwencji. Niektóre zdarzenia są tylko zaanonsowane, w inne wplecione są wydarzenia z przeszłości, brak konsekwencji czasowej, kontynuacji wydarzeń etc. To sprawiało mi pewną trudność w trakcie lektury. W jednym z wywiadów autor tak to wytłumaczył (...) To język w pewnym stopniu wymusił na mnie takie rozwiązanie. W indonezyjskim nie ma czasów – nie ma więc znaczenia, czy w zdaniu opisuje się sytuację, która już się wydarzyła, dopiero się wydarzy czy właśnie się dzieje. Nasz punkt widzenia jest więc często właśnie taki, jak w powieści. Indonezyjczycy postrzegają przeszłość, przyszłość i teraźniejszość jako to samo, jedną wielką całość.
Nie neguję, że tak jest, ale lektura tak napisanej książki jest trudna, czasami bardzo trudna. W tym miejscu chciałabym wyrazić ogromne uznanie dla tłumacza. Wyobrażam sobie, jak trudna musiała być to praca.
Trudno mi jednoznacznie określić, czy książka podobała mi się czy nie. Z pewnością jest inna, ciekawie napisana, są w niej zawarte unikalne poglądy, inny folklor, obyczaje. Ale ogrom przedstawionego okrucieństwa, tragedia jaką było ostatnie kilkadziesiąt lat historii Indonezji, sprawiło, iż nie była to lektura łatwa i przyjemna, choć z pewnością ciekawa. Jednak nie żałuję, że sięgnęłam po Piękno....
środa, 1 lutego 2017
Amerykańska sielanka - Philip Roth
Wydawnictwo Literackie, Ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
Amerykańska sielanka (choć powinno być w nawiasie - amerykański koszmarek) to bez wątpienia najlepsza książka Philipa Rotha, wręcz arcydzieło, powieść wybitna, mistrzowska.
Temat niby banalny, ot autor zobrazował amerykańskie społeczeństwo, bez mała cały jego przekrój w okresie tuż po zakończeniu wojny, gdy ludzie gonią za...wszystkim, dosłownie, za normalnością, za pieniędzmi, ale przede wszystkim za szczęściem niezależnie od tego czym ono dla konkretnych osób jest. To czy te marzenia są realistyczne, czy mają szansę się spełnić, czy w ogóle warto o nie walczyć, gonić za nimi, to już zupełnie inna sprawa.
To wszystko po mistrzowsku prezentuje Roth.
Powieść jest o całej rzeszy ludzi, ale mimo to posiada jednego głównego bohatera. Jest nim
Seymour „Szwed” Levov. To od niego wszystko się zaczyna, wszystko wyrasta, wokół niego się toczy. Będący wręcz ideałem, marzeniem kobiet w każdym bez mała wieku Levov ma szczęście. Jest przystojny, uwielbiany, jest właścicielem dobrze prosperującej fabryki rękawiczek, a za żonę dostaje mu się miss New Jersey. Czego może więcej chcieć mody męźczyzna, któremu szczęście zdaje się sprzyjać od narodzin aż do śmierci? Jak się okaże nie wszystko jest takim, jak się wydaje, a fortuna przysłowiowym kołem się toczy.
Roth po mistrzowsku, stosując różnorodne zabiegi ukazuje nam, jak bardzo pozory mylą, jak szybko sielanka może zamienić się w koszmar i jak bardzo skomplikowani są ludzie.
Ta książka ma same atuty. Przede wszystkim są nimi mistrzowsko nakreśleni bohaterowie, których pisarz prezentuje wręcz poddając wiwisekcji. Zobrazowany jest każdy gest, każda myśl, każda cecha charakteru.
Dodatkowym atutem jest wspaniale oddany klimat USA w okresie tuż po II wojnie światowej oraz przemiany jakie zachodziły w ludziach i polityce oraz obyczajach w okresie kolejnych lat. W okresie powojennym bez względu na płeć czy pochodzenie ludzie mieli marzenia i wierzyli w ich spełnienie, a także w to, że teraz świat będzie dobry, cudowny. Wszystko to okraszone sporą porcją patriotyzmu, wręcz bałwochwalczej dumy z USA i tego co ten kraj sobą uosabiał w tamtym okresie.
Roth prezentuje marzenia ludzi i bez pardonu zderza je z ówczesną rzeczywistością, naiwność i wielką wiarę przeciwstawiając realnemu światowi. Brutalne, momentami okrutne, szczere, mistrzowskie. Do tego dochodzą rewolucje społeczne, wojna...oj dzieje się.
Sporo w książce także refleksji, często gorzkich. Dotyczą one wszelkich aspektów powojennego życia, świadomości i moralności ludzi, ówczesnego świata.
Czytając Amerykańską sielankę miałem wrażenie, iż jestem dzieckiem, które dostało wymarzoną szklaną kulę, a następnie ktoś (w domyśle Roth) kilkoma zdaniami, słowami rozbił ja w drobny pył.
Gorąco zachęcam do lektury. To wspaniała wielowarstwowa, wielotematyczna, napisana w starym, dobrym stylu książka.
Jednak ostrzeżenie, zarezerwujcie sobie sporo wolnego czasu. Tak, ja też planowałem czytać powoli, delektować się Rothem i jego Ameryką, ale nie dało się. Lektura pochłonęła mnie od pierwszej strony. Czego i wam życzę.
Recenzja mojego męża.
Amerykańska sielanka (choć powinno być w nawiasie - amerykański koszmarek) to bez wątpienia najlepsza książka Philipa Rotha, wręcz arcydzieło, powieść wybitna, mistrzowska.
Temat niby banalny, ot autor zobrazował amerykańskie społeczeństwo, bez mała cały jego przekrój w okresie tuż po zakończeniu wojny, gdy ludzie gonią za...wszystkim, dosłownie, za normalnością, za pieniędzmi, ale przede wszystkim za szczęściem niezależnie od tego czym ono dla konkretnych osób jest. To czy te marzenia są realistyczne, czy mają szansę się spełnić, czy w ogóle warto o nie walczyć, gonić za nimi, to już zupełnie inna sprawa.
To wszystko po mistrzowsku prezentuje Roth.
Powieść jest o całej rzeszy ludzi, ale mimo to posiada jednego głównego bohatera. Jest nim
Seymour „Szwed” Levov. To od niego wszystko się zaczyna, wszystko wyrasta, wokół niego się toczy. Będący wręcz ideałem, marzeniem kobiet w każdym bez mała wieku Levov ma szczęście. Jest przystojny, uwielbiany, jest właścicielem dobrze prosperującej fabryki rękawiczek, a za żonę dostaje mu się miss New Jersey. Czego może więcej chcieć mody męźczyzna, któremu szczęście zdaje się sprzyjać od narodzin aż do śmierci? Jak się okaże nie wszystko jest takim, jak się wydaje, a fortuna przysłowiowym kołem się toczy.
Roth po mistrzowsku, stosując różnorodne zabiegi ukazuje nam, jak bardzo pozory mylą, jak szybko sielanka może zamienić się w koszmar i jak bardzo skomplikowani są ludzie.
Ta książka ma same atuty. Przede wszystkim są nimi mistrzowsko nakreśleni bohaterowie, których pisarz prezentuje wręcz poddając wiwisekcji. Zobrazowany jest każdy gest, każda myśl, każda cecha charakteru.
Dodatkowym atutem jest wspaniale oddany klimat USA w okresie tuż po II wojnie światowej oraz przemiany jakie zachodziły w ludziach i polityce oraz obyczajach w okresie kolejnych lat. W okresie powojennym bez względu na płeć czy pochodzenie ludzie mieli marzenia i wierzyli w ich spełnienie, a także w to, że teraz świat będzie dobry, cudowny. Wszystko to okraszone sporą porcją patriotyzmu, wręcz bałwochwalczej dumy z USA i tego co ten kraj sobą uosabiał w tamtym okresie.
Roth prezentuje marzenia ludzi i bez pardonu zderza je z ówczesną rzeczywistością, naiwność i wielką wiarę przeciwstawiając realnemu światowi. Brutalne, momentami okrutne, szczere, mistrzowskie. Do tego dochodzą rewolucje społeczne, wojna...oj dzieje się.
Sporo w książce także refleksji, często gorzkich. Dotyczą one wszelkich aspektów powojennego życia, świadomości i moralności ludzi, ówczesnego świata.
Czytając Amerykańską sielankę miałem wrażenie, iż jestem dzieckiem, które dostało wymarzoną szklaną kulę, a następnie ktoś (w domyśle Roth) kilkoma zdaniami, słowami rozbił ja w drobny pył.
Gorąco zachęcam do lektury. To wspaniała wielowarstwowa, wielotematyczna, napisana w starym, dobrym stylu książka.
Jednak ostrzeżenie, zarezerwujcie sobie sporo wolnego czasu. Tak, ja też planowałem czytać powoli, delektować się Rothem i jego Ameryką, ale nie dało się. Lektura pochłonęła mnie od pierwszej strony. Czego i wam życzę.
czwartek, 19 stycznia 2017
Jeszcze jeden oddech - Paul Kalanithi
Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 6/6
Jest to książka przed lekturą której długo się wzbraniałam. Mam taki okres w życiu, że unikam smutnych, naznaczonych cierpieniem filmów, piosenek.
Jeszcze jeden oddech jest taką właśnie książką. Mimo przekładania z jednej kupki na drugą, w końcu zdecydowałam się na lekturę.
Uznałam, iż jeżeli początek zbyt mnie zdołuje, po prostu odłożę książkę na półkę nie czytając dalej.
Książka opowiada o umieraniu na raka. Takich pozycji na rynku jest wiele. Jednak ta opowieść jest inna, cały proces ukazany jest z innego punktu widzenia.
Autorem jest neurochirurg z wieloletnim stażem, a także chory na raka płuc. Opowiada o sobie krok po kroku począwszy od dzieciństwa, poprzez szkoły, studia,rezydenturę, pierwsze sekcje zwłok, w których bierze udział, pierwsze stawiane diagnozy i operacje na mózgu aż po wielki cios, jakim była postawiona diagnoza.
Śledzimy także kolejne etapy śmiertelnej choroby. Jest to tym bardziej poruszające, iż autor zdaje sobie doskonale sprawę z tego, jak będzie przebiegał proces choroby, proces odchodzenia, nie ma najmniejszych nawet złudzeń. Nie jestem nawet w stanie policzyć ile razy się popłakałam.
Wszystko wspaniale napisane:
Choroba zmieniła w jego życiu wszystko. Jak sam napisał (...)
Nie wiem, co jeszcze napisać o książce. Moich odczuć nie da się ubrać w słowa.
Kalanithi porusza, szokuje, daje porządnego kopa, zmusza do refleksji i przemyślenia wielu spraw, na które w normalnym pędzie dnia, życia nie zwracamy uwagi. Książka zmusza także do docenienia tego co mamy i to jak wielkiego docenienia. Większość z nas nie zadaje sobie nawet trudu, żeby docenić jak wielkim darem jest każdy dzień bez choroby, cierpienia i czekania na nieuniknione.
Jest to książka przed lekturą której długo się wzbraniałam. Mam taki okres w życiu, że unikam smutnych, naznaczonych cierpieniem filmów, piosenek.
Jeszcze jeden oddech jest taką właśnie książką. Mimo przekładania z jednej kupki na drugą, w końcu zdecydowałam się na lekturę.
Uznałam, iż jeżeli początek zbyt mnie zdołuje, po prostu odłożę książkę na półkę nie czytając dalej.
Książka opowiada o umieraniu na raka. Takich pozycji na rynku jest wiele. Jednak ta opowieść jest inna, cały proces ukazany jest z innego punktu widzenia.
Autorem jest neurochirurg z wieloletnim stażem, a także chory na raka płuc. Opowiada o sobie krok po kroku począwszy od dzieciństwa, poprzez szkoły, studia,rezydenturę, pierwsze sekcje zwłok, w których bierze udział, pierwsze stawiane diagnozy i operacje na mózgu aż po wielki cios, jakim była postawiona diagnoza.
Śledzimy także kolejne etapy śmiertelnej choroby. Jest to tym bardziej poruszające, iż autor zdaje sobie doskonale sprawę z tego, jak będzie przebiegał proces choroby, proces odchodzenia, nie ma najmniejszych nawet złudzeń. Nie jestem nawet w stanie policzyć ile razy się popłakałam.
Wszystko wspaniale napisane:
Wybrałem taką, a nie inną ścieżkę kariery częściowo po to, aby zajmować się śmiercią – uchwycić ją, zdemaskować i spojrzeć jej w twarz. Neurochirurgia pociągała mnie w równym stopniu z powodu nierozerwalnego związku mózgu i świadomości, co ze względu na nierozłączność życia i śmierci.
Koszt mojego poświęcenia dla sukcesu był wysoki, a nieuchronne porażki przyprawiały niemal o nieznośne poczucie winy. Ale właśnie to brzemię czyni medycynę świętą, a zarazem zupełnie niemożliwą: przejmując cudzy krzyż, człowiek musi czasem ugiąć się pod jego ciężarem.
Koszt mojego poświęcenia dla sukcesu był wysoki, a nieuchronne porażki przyprawiały niemal o nieznośne poczucie winy. Ale właśnie to brzemię czyni medycynę świętą, a zarazem zupełnie niemożliwą: przejmując cudzy krzyż, człowiek musi czasem ugiąć się pod jego ciężarem.
Ciężka choroba nie zmienia życia, ona w jednej chwili całkowicie je niszczy. Nie czułem, że mam do czynienia z objawieniem, oślepiającym rozbłyskiem ukazującym To, Co Naprawdę Się Liczy – miałem raczej wrażenie, jakby ktoś zbombardował szlak, którym dotąd podróżowałem. Pozostawało mi jedynie znaleźć inną drogę.
Kalanithi porusza, szokuje, daje porządnego kopa, zmusza do refleksji i przemyślenia wielu spraw, na które w normalnym pędzie dnia, życia nie zwracamy uwagi. Książka zmusza także do docenienia tego co mamy i to jak wielkiego docenienia. Większość z nas nie zadaje sobie nawet trudu, żeby docenić jak wielkim darem jest każdy dzień bez choroby, cierpienia i czekania na nieuniknione.
poniedziałek, 9 stycznia 2017
Muza - Jessie Burton
Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 6/6
Rewelacja. I tak się zastanawiam, jak zrecenzować książkę nawet jednym słowem nie zdradzając przebiegu fabuły. Nie chcę ujawniać żadnych szczegółów, żeby nie odbierać wam przyjemności jaka będzie waszym udziałem, gdy krok po kroku będziecie odsłaniać kolejne poziomy niezwykle misternie skonstruowanej fabuły.
Akcja rozgrywa się w połowie lat 60. XX wieku. Wtedy do Londynu przybywają dwie młode kobiety, które szukają szczęścia, lepszego życia.
Głównym miejscem akcji jest Londyn. Ale poza śledzeniem fabuły w stolicy Wielkiej Brytanii poznajemy także wydarzenia, które rozgrywają się w południowej Hiszpanii. Wydarzenia w obu miastach zazębiają się mimo, iż dzieli je okres 30 lat. Autorka kreśląc akcję w jednym miejscu w odpowiednim momencie niezwykle umiejętnie przenosi nas na drugi kraniec Europy, łącząc wydarzenia z przeszłości z tymi bardziej nam współczesnymi. Zanim to jednak nastąpi na czytelnika czeka wiele tajemnic, niejednoznacznych kwestii i spora porcja niespodzianek. W pewnym momencie byłam przekonana, iż wiem wszystko, a Jessie Burton niczym mnie już nie zaskoczy. Byłam w wielkim, przeogromnym błędzie.
Ogromnym plusem są nie tylko spektakularne zwroty akcji, ale także wspaniale nakreślone sylwetki bohaterów. I nie chodzi tu tylko o postaci pierwszoplanowe. Burton każdego bohatera, nawet tego, który w książce pojawia się tylko na moment, przedstawia nam tak, iż śmiało mógłby on być postacią pierwszoplanową.
Co istotne, autorka wystrzega się zarówno od oceniania bohaterów i ich czynów oraz kreśli postaci niejednoznaczne. Nikt w Muzie nie jest tylko dobry albo tylko zły, brak postaci jednowymiarowych. Podobnie jak w życiu, każda z postaci ma wiele twarzy, postępuje różnie, nie jest ani z gruntu zła, ani tylko dobra.
Gorąco zachęcam do lektury. Muza to wspaniała, wysmakowana, napisana pięknym językiem, ponadczasowa powieść. Jej sednem jest pasja we wszelkich jej odmianach, zarówno do innego człowieka, jak i życia, sztuki, otoczenia. Jestem przekonana, iż po lekturze będziecie tak samo zachwyceni jak ja.
Ogromne podziękowania dla tłumaczki książki, Agnieszki Kuc, za wspaniałe, wysmakowane przełożenie Muzy. Ogromną sztuką jest tłumaczenie trudnej skądinąd powieści tak wspaniale ubrać w słowa.
Rewelacja. I tak się zastanawiam, jak zrecenzować książkę nawet jednym słowem nie zdradzając przebiegu fabuły. Nie chcę ujawniać żadnych szczegółów, żeby nie odbierać wam przyjemności jaka będzie waszym udziałem, gdy krok po kroku będziecie odsłaniać kolejne poziomy niezwykle misternie skonstruowanej fabuły.
Akcja rozgrywa się w połowie lat 60. XX wieku. Wtedy do Londynu przybywają dwie młode kobiety, które szukają szczęścia, lepszego życia.
Głównym miejscem akcji jest Londyn. Ale poza śledzeniem fabuły w stolicy Wielkiej Brytanii poznajemy także wydarzenia, które rozgrywają się w południowej Hiszpanii. Wydarzenia w obu miastach zazębiają się mimo, iż dzieli je okres 30 lat. Autorka kreśląc akcję w jednym miejscu w odpowiednim momencie niezwykle umiejętnie przenosi nas na drugi kraniec Europy, łącząc wydarzenia z przeszłości z tymi bardziej nam współczesnymi. Zanim to jednak nastąpi na czytelnika czeka wiele tajemnic, niejednoznacznych kwestii i spora porcja niespodzianek. W pewnym momencie byłam przekonana, iż wiem wszystko, a Jessie Burton niczym mnie już nie zaskoczy. Byłam w wielkim, przeogromnym błędzie.
Ogromnym plusem są nie tylko spektakularne zwroty akcji, ale także wspaniale nakreślone sylwetki bohaterów. I nie chodzi tu tylko o postaci pierwszoplanowe. Burton każdego bohatera, nawet tego, który w książce pojawia się tylko na moment, przedstawia nam tak, iż śmiało mógłby on być postacią pierwszoplanową.
Co istotne, autorka wystrzega się zarówno od oceniania bohaterów i ich czynów oraz kreśli postaci niejednoznaczne. Nikt w Muzie nie jest tylko dobry albo tylko zły, brak postaci jednowymiarowych. Podobnie jak w życiu, każda z postaci ma wiele twarzy, postępuje różnie, nie jest ani z gruntu zła, ani tylko dobra.
Gorąco zachęcam do lektury. Muza to wspaniała, wysmakowana, napisana pięknym językiem, ponadczasowa powieść. Jej sednem jest pasja we wszelkich jej odmianach, zarówno do innego człowieka, jak i życia, sztuki, otoczenia. Jestem przekonana, iż po lekturze będziecie tak samo zachwyceni jak ja.
Ogromne podziękowania dla tłumaczki książki, Agnieszki Kuc, za wspaniałe, wysmakowane przełożenie Muzy. Ogromną sztuką jest tłumaczenie trudnej skądinąd powieści tak wspaniale ubrać w słowa.
środa, 4 stycznia 2017
Sekta - Michael Katz Krefeld
Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 3/6
Sekta to 3. tom serii, której bohaterem jest poplątany życiowo i ciężko doświadczony (jak to w skandynawskich kryminałach bywa) eks policjant Thomas Ravnsholdt, zwany Krukiem.
Głównym celem od jakiegoś czasu jest odnalezienie zabójców jego dziewczyny Evy. W międzyczasie (żeby mieć z czego żyć i naprawić zdezelowaną łódź, na której mieszka) Kruk podejmuje się mniej lub bardziej intratnych śledztw dla osób prywatnych.
Tym razem o pomoc prosi go zamożny biznesmen Ferdinand Mesmer, któremu jakiś czas temu zaginął dorosły syn. Mesmer prosi Ravna o odnalezienie syna. Wg. biznesmena jego syn przyłączył się do grupy zielonoświątkowców i po jakimś czasie ślad po nim zaginął.
Ravn szybko odkrywa, że sprawa ma drugie dno, a zleceniodawca nie tylko nie mówi mu wszystkiego, ale nawet nie zamierza niczego ułatwiać.
Dlaczego? Co się kryje za takim postępowaniem? Co skrywa rodzina Masmerów?
Lubię sposób pisania Krefelda, Jednak pisarz tworzy na zasadzie sinusoidy. Jego książki z serii o Kruku są bardzo nierówne. Wykolejony był umiarkowanie kryminalny, Zaginiony wręcz przeciwnie, klasyczny kryminał, do tego doskonale napisany. Co do Sekty, to już chyba sami (przyjmując zasadę sinusoidy) możecie sobie odpowiedzieć, jaka jest.
Ostrzegam - nie jest to klasyczny kryminał. To typowa, momentami aż do bólu, literatura skandynawska, której fabuła skupia się wokół zagubienia wewnętrznego Kruka, jego wspomnień dot. ukochanej Evy, walki z samym sobą i poszukiwania sprawców morderstwa ukochanej. Niestety, ale Kruk ponownie jest postacią pierwszoplanową.
Napisałam niestety. Tak. Co prawda książkę czyta się nienajgorzej, szybko, ale równie szybko o niej zapomina. Poza tym skoro ma to być kryminał, to niech wiodącym będzie motyw kryminalny, a nie zbieranie się w sobie rozwalcowanego przez życie eks policjanta. Było kilka takich momentów, w których miałam wrażenie, iż pies Kruka, mały mops, jest bardziej ogarnięty niż jego właściciel.
Fabuła w wielu miejscach przewidywalna do bólu. I to chyba największa wada książki
Plusem książki jest ironiczny humor autora, którym okrasza co banalniejsze i bardziej przewidywalne fragmenty. Jednak to trochę za mało, żeby książkę (nawet taką, którą nieźle się czyta) uznać za udaną. Autora stać na więcej. Szkoda, że zaprzepaścił sporo możliwości na stworzenie dobrego, pełnokrwistego kryminału.
W kilku momentach miałam dosyć jego nieporadności, epatowania cierpieniem, złością. Dosyć zaczynają mieć także jego książkowi przyjaciele. jest wiec nadzieja, iż w kolejnym tomie Krefeld trochę potrząśnie swoim bohaterem, zrobi z niego faceta z za przeproszeniem...no wiecie czym, a nie takie lelum polelum (jak mawiała moja babcia) . Oby.
Sekta to 3. tom serii, której bohaterem jest poplątany życiowo i ciężko doświadczony (jak to w skandynawskich kryminałach bywa) eks policjant Thomas Ravnsholdt, zwany Krukiem.
Głównym celem od jakiegoś czasu jest odnalezienie zabójców jego dziewczyny Evy. W międzyczasie (żeby mieć z czego żyć i naprawić zdezelowaną łódź, na której mieszka) Kruk podejmuje się mniej lub bardziej intratnych śledztw dla osób prywatnych.
Tym razem o pomoc prosi go zamożny biznesmen Ferdinand Mesmer, któremu jakiś czas temu zaginął dorosły syn. Mesmer prosi Ravna o odnalezienie syna. Wg. biznesmena jego syn przyłączył się do grupy zielonoświątkowców i po jakimś czasie ślad po nim zaginął.
Ravn szybko odkrywa, że sprawa ma drugie dno, a zleceniodawca nie tylko nie mówi mu wszystkiego, ale nawet nie zamierza niczego ułatwiać.
Dlaczego? Co się kryje za takim postępowaniem? Co skrywa rodzina Masmerów?
Lubię sposób pisania Krefelda, Jednak pisarz tworzy na zasadzie sinusoidy. Jego książki z serii o Kruku są bardzo nierówne. Wykolejony był umiarkowanie kryminalny, Zaginiony wręcz przeciwnie, klasyczny kryminał, do tego doskonale napisany. Co do Sekty, to już chyba sami (przyjmując zasadę sinusoidy) możecie sobie odpowiedzieć, jaka jest.
Ostrzegam - nie jest to klasyczny kryminał. To typowa, momentami aż do bólu, literatura skandynawska, której fabuła skupia się wokół zagubienia wewnętrznego Kruka, jego wspomnień dot. ukochanej Evy, walki z samym sobą i poszukiwania sprawców morderstwa ukochanej. Niestety, ale Kruk ponownie jest postacią pierwszoplanową.
Napisałam niestety. Tak. Co prawda książkę czyta się nienajgorzej, szybko, ale równie szybko o niej zapomina. Poza tym skoro ma to być kryminał, to niech wiodącym będzie motyw kryminalny, a nie zbieranie się w sobie rozwalcowanego przez życie eks policjanta. Było kilka takich momentów, w których miałam wrażenie, iż pies Kruka, mały mops, jest bardziej ogarnięty niż jego właściciel.
Fabuła w wielu miejscach przewidywalna do bólu. I to chyba największa wada książki
Plusem książki jest ironiczny humor autora, którym okrasza co banalniejsze i bardziej przewidywalne fragmenty. Jednak to trochę za mało, żeby książkę (nawet taką, którą nieźle się czyta) uznać za udaną. Autora stać na więcej. Szkoda, że zaprzepaścił sporo możliwości na stworzenie dobrego, pełnokrwistego kryminału.
W kilku momentach miałam dosyć jego nieporadności, epatowania cierpieniem, złością. Dosyć zaczynają mieć także jego książkowi przyjaciele. jest wiec nadzieja, iż w kolejnym tomie Krefeld trochę potrząśnie swoim bohaterem, zrobi z niego faceta z za przeproszeniem...no wiecie czym, a nie takie lelum polelum (jak mawiała moja babcia) . Oby.
sobota, 24 grudnia 2016
Zima - Karl Ove Knausgard
Wydawnictwo Literackie, Ocena 4/6
Recenzja mojego męża.
Zima to kontynuacja Jesieni, 1 z 4 tomów serii Cztery Pory Roku autorstwa Norwega Karla Ove Knausgarda.
Po lekturze Jesieni (recenzja tutaj - klik)
nie spodziewałem się nic niezwykłego po kolejnym tomie, żadnej przełomowej treści. Byłem pewien, iż jeden tom będzie kontynuacją poprzedniego. I nie zawiodłem się.
Zima ponownie nie jest zbyt obszerną pozycją, liczy bowiem 276 stron.
Norweg zawarł na nich krótkie teksty (można je określić mianem miniatur) pisane do swojej nienarodzonej jeszcze córki. O czym pisze? Najkrócej można to określić dwoma słowami - o wszystkim.
Teksty podzielone są na trzy części, na tyle miesięcy ile przypada na zimę.
Ponownie niektóre zapiski wkurzają, inne rozczulają czy śmieszą. Jedno jest pewne, żaden tekst nie pozostawi czytelnika obojętnym, najwyżej zirytuje w maksymalnym stopniu.
Większość z nich wskazuje na to, iż powstawały pod wpływem chwili, były spontaniczne, były reakcją na jakąś myśl, wydarzenie.
Ciekawym uzupełnieniem są ilustracje znanych norweskich artystów. W przypadku Zimy chodzi o dzieła Larsa Lerina.
Zima podobnie, jak Moja walka jest wyjątkowo ekshibicjonistycznym tworem. W trakcie lektury miałem wrażenie grzebania w osobistych rzeczach autora, szperania w jego mieszkaniu, zaglądania do najintymniejszych kątów.
Trudno jednoznacznie ocenić te książkę. Mimo jej wad czytało mi się ją lepiej niż Moją walkę. Być może sprawił to fakt, iż autor mniej uwagi poświęca samemu sobie (chociaż nie rezygnuje z opisu własnych uczuć) a więcej ukazaniu niezmienności (w ogólnym pojęciu tego słowa) i intensywności życia i świata, który go otacza.
Polecam i chętnie sięgnę po kolejny tom, po Wiosnę. Ciekawe co tym razem Knausgard zaserwuje czytelnikom.
Recenzja mojego męża.
Zima to kontynuacja Jesieni, 1 z 4 tomów serii Cztery Pory Roku autorstwa Norwega Karla Ove Knausgarda.
Po lekturze Jesieni (recenzja tutaj - klik)
nie spodziewałem się nic niezwykłego po kolejnym tomie, żadnej przełomowej treści. Byłem pewien, iż jeden tom będzie kontynuacją poprzedniego. I nie zawiodłem się.
Zima ponownie nie jest zbyt obszerną pozycją, liczy bowiem 276 stron.
Norweg zawarł na nich krótkie teksty (można je określić mianem miniatur) pisane do swojej nienarodzonej jeszcze córki. O czym pisze? Najkrócej można to określić dwoma słowami - o wszystkim.
Teksty podzielone są na trzy części, na tyle miesięcy ile przypada na zimę.
Ponownie niektóre zapiski wkurzają, inne rozczulają czy śmieszą. Jedno jest pewne, żaden tekst nie pozostawi czytelnika obojętnym, najwyżej zirytuje w maksymalnym stopniu.
Większość z nich wskazuje na to, iż powstawały pod wpływem chwili, były spontaniczne, były reakcją na jakąś myśl, wydarzenie.
Ciekawym uzupełnieniem są ilustracje znanych norweskich artystów. W przypadku Zimy chodzi o dzieła Larsa Lerina.
Zima podobnie, jak Moja walka jest wyjątkowo ekshibicjonistycznym tworem. W trakcie lektury miałem wrażenie grzebania w osobistych rzeczach autora, szperania w jego mieszkaniu, zaglądania do najintymniejszych kątów.
Trudno jednoznacznie ocenić te książkę. Mimo jej wad czytało mi się ją lepiej niż Moją walkę. Być może sprawił to fakt, iż autor mniej uwagi poświęca samemu sobie (chociaż nie rezygnuje z opisu własnych uczuć) a więcej ukazaniu niezmienności (w ogólnym pojęciu tego słowa) i intensywności życia i świata, który go otacza.
Polecam i chętnie sięgnę po kolejny tom, po Wiosnę. Ciekawe co tym razem Knausgard zaserwuje czytelnikom.
sobota, 10 grudnia 2016
Nieznośny ciężar braterstwa. Konflikty polsko-czeskie w XX wieku - Michał Przeperski
Wydawnictwo Literackie, Ocena 4,5/6
Recenzja mojego męża.
Z czym nam się kojarzą Czesi? Z piwem, czeskimi komediami i...praktycznie z niczym więcej, no może kilku osobom przyjdą do głowy Jan Hus i Bogumił Hrabal. A to przecież nasi najbliżsi sąsiedzi, także językowo. Warto lepiej ich poznać, także od strony historycznej oraz wzajemnych kontaktów.
Michał Przeperski, autor niniejszej książki, mimo, iż zgodnie z tematem opowiada o polsko-czeskich stosunkach w XX wieku, to jednak do tematu podchodzi kompleksowo rozpoczynając swoja opowieść od najdawniejszych czasów, czyli od legendy o Lechu, Czechu i Rusie.
Krok po kroku przechodzimy przez kolejne etapy naszej wspólnej (lub nie) historii, aż dochodzimy do tytułowego XX wieku. Temu okresowi autor poświęca najwięcej uwagi.Niezwykle ciekawie opowiada o konfliktach, ich genezach, skutkach, nieudanych próbach rozwiązania waśni, czy nawiązania prawidłowych, serdecznych stosunków.
Konfliktów było wiele, Przeperski skupia się głównie na trzech z nich: sporze o Śląsk Cieszyński z lat 1918-20, ultimatum wystosowanym w 1938 roku w sprawie zwrotu Zaolzia i mającego miejsce tuż po zakończeniu II wojny światowej konflikcie o granice.
Z tej opowieści wyłania się ponury obraz zarówno nas Polaków, jak i naszych południowych sąsiadów. Momentów w naszej historii, które nazwalibyśmy może nawet nie serdecznymi, a poprawnymi, jest bardzo niewiele. Mimo wielu wspólnych niebezpieczeństw, zagrożeń, jakie na przestrzeni wieków czyhały na nasze kraje, na ogół nie potrafiliśmy dojść do porozumienia, zjednoczyć się nawet gdy w grę wchodziło bezpieczeństwo naszych krajów.
Bolesnych epizodów w naszych wzajemnych stosunkach było wiele. Czy mimo to da się zbudować poprawne polsko-czeskie kontakty? Sami się o tym przekonacie w trakcie lektury niniejszej pozycji. Nie jestem specjalista w kontaktach polsko-czeskich, oceniam książką z pozycji laika. Dla mnie to dobra, przystępnie napisana książka. Polecam.
Recenzja mojego męża.
Z czym nam się kojarzą Czesi? Z piwem, czeskimi komediami i...praktycznie z niczym więcej, no może kilku osobom przyjdą do głowy Jan Hus i Bogumił Hrabal. A to przecież nasi najbliżsi sąsiedzi, także językowo. Warto lepiej ich poznać, także od strony historycznej oraz wzajemnych kontaktów.
Michał Przeperski, autor niniejszej książki, mimo, iż zgodnie z tematem opowiada o polsko-czeskich stosunkach w XX wieku, to jednak do tematu podchodzi kompleksowo rozpoczynając swoja opowieść od najdawniejszych czasów, czyli od legendy o Lechu, Czechu i Rusie.
Krok po kroku przechodzimy przez kolejne etapy naszej wspólnej (lub nie) historii, aż dochodzimy do tytułowego XX wieku. Temu okresowi autor poświęca najwięcej uwagi.Niezwykle ciekawie opowiada o konfliktach, ich genezach, skutkach, nieudanych próbach rozwiązania waśni, czy nawiązania prawidłowych, serdecznych stosunków.
Konfliktów było wiele, Przeperski skupia się głównie na trzech z nich: sporze o Śląsk Cieszyński z lat 1918-20, ultimatum wystosowanym w 1938 roku w sprawie zwrotu Zaolzia i mającego miejsce tuż po zakończeniu II wojny światowej konflikcie o granice.
Z tej opowieści wyłania się ponury obraz zarówno nas Polaków, jak i naszych południowych sąsiadów. Momentów w naszej historii, które nazwalibyśmy może nawet nie serdecznymi, a poprawnymi, jest bardzo niewiele. Mimo wielu wspólnych niebezpieczeństw, zagrożeń, jakie na przestrzeni wieków czyhały na nasze kraje, na ogół nie potrafiliśmy dojść do porozumienia, zjednoczyć się nawet gdy w grę wchodziło bezpieczeństwo naszych krajów.
Bolesnych epizodów w naszych wzajemnych stosunkach było wiele. Czy mimo to da się zbudować poprawne polsko-czeskie kontakty? Sami się o tym przekonacie w trakcie lektury niniejszej pozycji. Nie jestem specjalista w kontaktach polsko-czeskich, oceniam książką z pozycji laika. Dla mnie to dobra, przystępnie napisana książka. Polecam.
sobota, 26 listopada 2016
Osaczenie - Carl Frode Tiller
Wydawnictwo Literackie, Ocena 5/6
Recenzja mojego męża.
Fabuła Osaczenia jest z pewnością niebanalna. Bazuje ona na Dawidzie, męźczyźnie, który utracił pamięć i chwilowo przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Nie pamięta nic, ani kim jest, ani czy ma rodzinę, gdzie mieszka. W poznaniu faktów, odzyskaniu tożsamości i pamięci ma mu pomóc ogłoszenie w gazecie. Jednak osoby znające Dawida nie mogą się u niego pojawić osobiście, mają za to napisać do niego list, listy i w ten sposób mu pomóc. Dlaczego? Tego dowiecie się z lektury niebanalnej książki.
Na apel o pomoc odpowiada troje ludzi, równie pokiereszowanych przez życie, jak sam Dawid. Są wśród nich: chory na raka Arvi, niespełniony muzyk Jon i Silje, której bagażem jest walące się z wielkim hukiem małżeństwo. Czy ta trójka rzeczywiście pomoże Dawidowi odnaleźć tożsamość, miejsce w świecie?
Skoro to taka trudna tematyka i do tego literatura skandynawska, oczywistym jest, iż nic w tej książce nie jest proste, łatwe.
Świat bohaterów, obraz Norwegii, która ich otacza obserwujemy z punktu widzenia w/w czterech osób. Różni ludzie, choć podobno ze sobą związani, różne widzenie tego samego obrazu.
Bardzo dobrze ukazane rysy bohaterów, ich cierpienie (bo każdy z nich na swój sposób cierpi), psychika i postępowanie, które miały miejsce w przeszłości, ich konsekwencje kiedyś i teraz, zależności od siebie, tłumione lęki, obawy. Ciekawie odmalowany jest także obraz Dawida, który krok po kroku staje się coraz...bardziej niejasny. Do końca nie wiadomo kim tak naprawdę Dawid jest, jaki jest jego charakter, kim był, co robił, jaki był jego stosunek do w/w osób. Do tego genialnie nakreślony obraz współczesnej, prowincjonalnej Norwegii, który dołuje, jak mało co.
Powieść ma nietypową epistolarną konstrukcję, wymagającą fabułę i z pewnością nie jest to książka dla wszystkich. Każdy z czytelników odnajdzie w niej coś innego, każdy inaczej ją obierze. Podobnie, jak inaczej do życia i tego co ono daje podchodzi bohaterowie Tillera. Osaczenie to trudna, wymagająca, ale warta poznania powieść i 1. tom doskonale zapowiadającej się trylogii.
Recenzja mojego męża.
Fabuła Osaczenia jest z pewnością niebanalna. Bazuje ona na Dawidzie, męźczyźnie, który utracił pamięć i chwilowo przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Nie pamięta nic, ani kim jest, ani czy ma rodzinę, gdzie mieszka. W poznaniu faktów, odzyskaniu tożsamości i pamięci ma mu pomóc ogłoszenie w gazecie. Jednak osoby znające Dawida nie mogą się u niego pojawić osobiście, mają za to napisać do niego list, listy i w ten sposób mu pomóc. Dlaczego? Tego dowiecie się z lektury niebanalnej książki.
Na apel o pomoc odpowiada troje ludzi, równie pokiereszowanych przez życie, jak sam Dawid. Są wśród nich: chory na raka Arvi, niespełniony muzyk Jon i Silje, której bagażem jest walące się z wielkim hukiem małżeństwo. Czy ta trójka rzeczywiście pomoże Dawidowi odnaleźć tożsamość, miejsce w świecie?
Skoro to taka trudna tematyka i do tego literatura skandynawska, oczywistym jest, iż nic w tej książce nie jest proste, łatwe.
Świat bohaterów, obraz Norwegii, która ich otacza obserwujemy z punktu widzenia w/w czterech osób. Różni ludzie, choć podobno ze sobą związani, różne widzenie tego samego obrazu.
Bardzo dobrze ukazane rysy bohaterów, ich cierpienie (bo każdy z nich na swój sposób cierpi), psychika i postępowanie, które miały miejsce w przeszłości, ich konsekwencje kiedyś i teraz, zależności od siebie, tłumione lęki, obawy. Ciekawie odmalowany jest także obraz Dawida, który krok po kroku staje się coraz...bardziej niejasny. Do końca nie wiadomo kim tak naprawdę Dawid jest, jaki jest jego charakter, kim był, co robił, jaki był jego stosunek do w/w osób. Do tego genialnie nakreślony obraz współczesnej, prowincjonalnej Norwegii, który dołuje, jak mało co.
Powieść ma nietypową epistolarną konstrukcję, wymagającą fabułę i z pewnością nie jest to książka dla wszystkich. Każdy z czytelników odnajdzie w niej coś innego, każdy inaczej ją obierze. Podobnie, jak inaczej do życia i tego co ono daje podchodzi bohaterowie Tillera. Osaczenie to trudna, wymagająca, ale warta poznania powieść i 1. tom doskonale zapowiadającej się trylogii.
piątek, 21 października 2016
Jesień - Karl Ove Knausgard
Wydawnictwo Literackie, Ocena 4-/6
Recenzja mojego męża.
Moja walka wyjątkowo nie przypadła mi do gustu. Bylem ciekaw, co Knausgard zaserwuje w Jesieni.
Jak na tego autora to niezbyt obszerna książka. Jesień liczy bowiem zaledwie 240 stron. Norweg zawarł na nich krótkie teksty (można je określić mianem miniatur) pisane do swojej nienarodzonej jeszcze córki. O czym pisze? Najkrócej można to określić dwoma słowami - o wszystkim.
Jak sam pisze....
Jak to u Knausgarda to bardzo nierówna książka. Niektóre teksty są trywialne, momentami nie do przyjęcia, jak np. tekst o..sikaniu. Jak można coś tak głupiego napisać?!. Inne z kolei są całkiem znośne, a dwa nawet na dosyć wysokim poziomie.
Niektóre wkurzają, inne rozczulają czy śmieszą. Jedno jest pewne, żaden tekst nie pozostawi czytelnika obojętnym, najwyżej zirytuje w maksymalnym stopniu.
Teksty są pogrupowane tematycznie.
Jesień podobnie, jak Moja walka jest wyjątkowo ekshibicjonistycznym tworem. W trakcie lektury miałem wrażenie grzebania w osobistych rzeczach autora, szperania w jego mieszkaniu, zaglądania do najintymniejszych kątów.
Trudno jednoznacznie ocenić te książkę. Mimo jej wad czytało mi się ją lepiej niż Moją walkę. Być może sprawił to fakt, iż autor mniej uwagi poświęca samemu sobie (chociaż nie rezygnuje z opisu własnych uczuć) a więcej ukazaniu niezmienności (w ogólnym pojęciu tego słowa) i intensywności życia i świata, który go otacza.
Polecam i chętnie sięgnę po kolejny tom, po Zimę. Ciekawe co tym razem Knausgard zaserwuje czytelnikom.
Recenzja mojego męża.
Moja walka wyjątkowo nie przypadła mi do gustu. Bylem ciekaw, co Knausgard zaserwuje w Jesieni.
Jak na tego autora to niezbyt obszerna książka. Jesień liczy bowiem zaledwie 240 stron. Norweg zawarł na nich krótkie teksty (można je określić mianem miniatur) pisane do swojej nienarodzonej jeszcze córki. O czym pisze? Najkrócej można to określić dwoma słowami - o wszystkim.
Jak sam pisze....
Chcę pokazać Ci nasz świat takim, jaki jest: drzwi, podłogę, kran i zlew, fotel ogrodowy tuż przy murze pod oknem kuchennym, słońce, wodę i drzewa. Będziesz mu się przyglądać po swojemu, będziesz doświadczać go po swojemu, gromadzić własne doświadczenia i wieść własne życie, więc to oczywiste, że przede wszystkim robię to dla siebie: pokazując Ci świat, moja maleńka, przekonuję się, że warto żyć.
Niektóre wkurzają, inne rozczulają czy śmieszą. Jedno jest pewne, żaden tekst nie pozostawi czytelnika obojętnym, najwyżej zirytuje w maksymalnym stopniu.
Teksty są pogrupowane tematycznie.
Jesień podobnie, jak Moja walka jest wyjątkowo ekshibicjonistycznym tworem. W trakcie lektury miałem wrażenie grzebania w osobistych rzeczach autora, szperania w jego mieszkaniu, zaglądania do najintymniejszych kątów.
Trudno jednoznacznie ocenić te książkę. Mimo jej wad czytało mi się ją lepiej niż Moją walkę. Być może sprawił to fakt, iż autor mniej uwagi poświęca samemu sobie (chociaż nie rezygnuje z opisu własnych uczuć) a więcej ukazaniu niezmienności (w ogólnym pojęciu tego słowa) i intensywności życia i świata, który go otacza.
Polecam i chętnie sięgnę po kolejny tom, po Zimę. Ciekawe co tym razem Knausgard zaserwuje czytelnikom.
niedziela, 16 października 2016
Księga ryb Williama Goulda - Richard Flanagan
Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 6/6
Księga ryb Williama Goulda to 3. książka australijskiego pisarza Richarda Flanagana, którą miałam okazję przeczytać i po raz 3. jestem zachwycona. Książka niezwykła, bardzo niezwykła, tak jak niezwykłe są losy wielu z nas ludzi i niezwykła jest historia Australii, Tasmanii i okolicznych wysepek.
Książka i opowiadana w niej historia są niezwykłe same w sobie. Niezwykłość potęguje fakt, iż ktoś taki jak główny bohater tej historii, istniał naprawdę i faktycznie sporządził on w latach 20. XIX wieku album, w którym zamieścił przykłady szerzej wtedy nieznanej fauny wód, które otaczały wtedy Ziemię Van Diemena, miejsce znane dzisiaj jako Tasmania.
Ów człowiek, a zarazem jeden z głównych bohaterów, to William Buelow Gould. Został on skazany na dożywocie w najstraszniejszej kolonii karnej Imperium Brytyjskiego. Mieści się ona nawet nie na wyspie, a na niewielkiej wysepce Sary, która znajduje się gdzieś na końcu świata i jest zapomniana przez Boga. To miejsce wraz z więzieniem o zaostrzonym rygorze staje się dla męźczyzny całym światem. Samo zesłanie w takie miejsce jest wystarczającą karą, wręcz gehenną. jednak to nie koniec. Na więźniów, którzy tam trafią czeka dodatkowa kara...
Jego historię poznajemy przez zupełny przypadek, który jak wiemy z historii, stał się matką wielu odkryć i wynalazków. Szczegółów nie zdradzę. Poznacie je w trakcie lektury.
Nadmienię tylko, iż historia Goulda, człowieka który za wszelką cenę chce przetrwać, jest wymieszana z historią wyspy i otaczających Tasmanie miejsc z opisami dnia codziennego w karnej kolonii, opisami flory i fauny, pełna niedomówień, grozy, momentami sprawiająca wrażenie iluzji.
W tej książce piękno miesza się z horrorem, a lektura pochłania od pierwszej strony, choć być może ogólny zarys fabuły - historia więźnia, który tworzy atlas fauny i flory, nie jest sam w sobie porywający. Książkę zaczęłam czytać z przekonaniem, iż czeka mnie niesamowita uczta, znałam już wcześniej wydane książki Flanagana. I nie pomyliłam się.
Księga ryb..to zdecydowanie więcej, dużo więcej niż opowieść o więźniu, który w koszmarze tworzy piękno, czy jego gehennie fizycznej i psychicznej oraz opowieść o tworzeniu atlasu żywych organizmów Tasmanii. To wspaniała, choć trudna, nie dająca odprężenia opowieść o człowieku, człowieczeństwie, tym co ważne, o tym, jak przetrwać.
Księga ryb Williama Goulda to wspaniała, cudownie napisana, posiadająca wiele znaczeń, wielowątkową wymowę opowieść. Nie wszystkim przypadnie ona do gustu. To powieść bez szybkiej, brawurowej akcji, zmuszająca do myślenia, nie dająca odprężenia, ba wręcz przeczołgująca czytelnika psychicznie. Nie każdy lubi tego typu książki. Jeżeli jednak cenicie prozę na najwyższym poziomie, lubicie pełną niedomówień, wymagającą sporego wysiłku literaturę, ciekawi was dawna Tasmania i proza australijska, Księga ryb Williama Goulda jest lekturą dla was. Jestem przekonana, iż się nie zawiedziecie.
Księga ryb Williama Goulda to 3. książka australijskiego pisarza Richarda Flanagana, którą miałam okazję przeczytać i po raz 3. jestem zachwycona. Książka niezwykła, bardzo niezwykła, tak jak niezwykłe są losy wielu z nas ludzi i niezwykła jest historia Australii, Tasmanii i okolicznych wysepek.
Książka i opowiadana w niej historia są niezwykłe same w sobie. Niezwykłość potęguje fakt, iż ktoś taki jak główny bohater tej historii, istniał naprawdę i faktycznie sporządził on w latach 20. XIX wieku album, w którym zamieścił przykłady szerzej wtedy nieznanej fauny wód, które otaczały wtedy Ziemię Van Diemena, miejsce znane dzisiaj jako Tasmania.
Ów człowiek, a zarazem jeden z głównych bohaterów, to William Buelow Gould. Został on skazany na dożywocie w najstraszniejszej kolonii karnej Imperium Brytyjskiego. Mieści się ona nawet nie na wyspie, a na niewielkiej wysepce Sary, która znajduje się gdzieś na końcu świata i jest zapomniana przez Boga. To miejsce wraz z więzieniem o zaostrzonym rygorze staje się dla męźczyzny całym światem. Samo zesłanie w takie miejsce jest wystarczającą karą, wręcz gehenną. jednak to nie koniec. Na więźniów, którzy tam trafią czeka dodatkowa kara...
Jego historię poznajemy przez zupełny przypadek, który jak wiemy z historii, stał się matką wielu odkryć i wynalazków. Szczegółów nie zdradzę. Poznacie je w trakcie lektury.
Nadmienię tylko, iż historia Goulda, człowieka który za wszelką cenę chce przetrwać, jest wymieszana z historią wyspy i otaczających Tasmanie miejsc z opisami dnia codziennego w karnej kolonii, opisami flory i fauny, pełna niedomówień, grozy, momentami sprawiająca wrażenie iluzji.
W tej książce piękno miesza się z horrorem, a lektura pochłania od pierwszej strony, choć być może ogólny zarys fabuły - historia więźnia, który tworzy atlas fauny i flory, nie jest sam w sobie porywający. Książkę zaczęłam czytać z przekonaniem, iż czeka mnie niesamowita uczta, znałam już wcześniej wydane książki Flanagana. I nie pomyliłam się.
Księga ryb..to zdecydowanie więcej, dużo więcej niż opowieść o więźniu, który w koszmarze tworzy piękno, czy jego gehennie fizycznej i psychicznej oraz opowieść o tworzeniu atlasu żywych organizmów Tasmanii. To wspaniała, choć trudna, nie dająca odprężenia opowieść o człowieku, człowieczeństwie, tym co ważne, o tym, jak przetrwać.
Księga ryb Williama Goulda to wspaniała, cudownie napisana, posiadająca wiele znaczeń, wielowątkową wymowę opowieść. Nie wszystkim przypadnie ona do gustu. To powieść bez szybkiej, brawurowej akcji, zmuszająca do myślenia, nie dająca odprężenia, ba wręcz przeczołgująca czytelnika psychicznie. Nie każdy lubi tego typu książki. Jeżeli jednak cenicie prozę na najwyższym poziomie, lubicie pełną niedomówień, wymagającą sporego wysiłku literaturę, ciekawi was dawna Tasmania i proza australijska, Księga ryb Williama Goulda jest lekturą dla was. Jestem przekonana, iż się nie zawiedziecie.
piątek, 23 września 2016
Kościół szpiegów - Mark Riebling
Wydawnictwo Literackie, Ocena 5/6
Recenzja mojego męża.
Na przestrzeni wieków kolejni papieże byli bardzo różnorodni. Wielu było typowymi osobami duchownymi, wielu rozwiązłymi hedonistami, a kilkorga z nich nie da się jednoznacznie zaklasyfikować.
Do tych ostatnich bez wątpienia należy Pius XII. Głową kościoła katolickiego był od 1939 roku do 1958 roku, a więc w czasach tragicznych dla Europy.
Wielu historyków atakuje go zarzucając współpracę z Hitlerem, brak stanowczego "nie", brak pomocy ofiarom nazizmu.
Przeciwnicy tej opinii z kolei podkreślają, iż papież chronił na terenie Watykanu ok. 500 Żydów.
Mark Riebling, amerykański historyk i eseista, w swojej książce opowiada o Piusie XII, o początkach jego kariery, o tym, jak został głową kościoła, o jego posłudze papieskiej w okresie II wojny światowej, ale także o watykańskiej siatce szpiegowskiej i jej kształtowaniu się od podstaw, o pomocy w próbie przeprowadzenia zamachu na Hitlera, o szpiegach ukrywających się w kryptach kościelnych i o wielu innych sprawach.
Książka podzielona jest na 26 krótkich rozdziałów. Dzięki ich kilkustronicowej objętości i sposobowi pisania autora, czyta się je błyskawicznie.
Historyk otworzył przed nami drzwi do Watykanu i ukazał zadziwiające wydarzenia jakie były udziałem pontyfikatu Piusa XII i jak papiestwo radziło sobie z najokrutniejszym wydarzeniem XX wieku, jak podchodziło do tego nie tylko w sferze sacrum, ale także jak działało, co robiło, jakie były tego efekty.
Książka jest bardzo ciekawie napisana, czyta się ją dobrze. Jednak jeżeli oczekujecie typowej pracy historycznej, to rozczarujecie się. Kościół szpiegów jest bowiem bardziej podobny do porywającej książki historyczno-szpiegowskiej, do beletrystyki spod znaku krzyża i szpady niż do pracy historyka, mimo, iż Riebling swoje informacje popiera bogatym materiałem źródłowym, który na każdym czytelniku zrobi ogromne wrażenie. Powodem tego jest z pewnością styl pisarski Rieblinga, ale nie tylko. Moim zdaniem autor powinien trochę odwrócić proporcje i mniej uwagi poświęcić przygotowywanemu zamachowi na Hitlera, a więcej kwestiom historycznym dot. innych spraw.
Z jednej strony to wada dla tych, którzy liczą na stricte naukową prace historyczną. Z drugiej strony, dla tych, którzy takowymi pracami po prostu się nudzą, wolą historię w lżejszym wydaniu, to zdecydowana zaleta.
Zachęcam do czytania Kościoła szpiegów. Bez wątpienia książka warta jest tego, żeby poświecić jej uwagę i zagłębić w lekturę na kilka wieczorów, tym bardziej, iż pomijając sensacyjny styl autora, Riebling fachowo podszedł do całej sprawy, wiedział o czym pisze i wysnuł kilka ciekawych teorii oraz obalił kilka pokutujących od dawna mitów.
Recenzja mojego męża.
Na przestrzeni wieków kolejni papieże byli bardzo różnorodni. Wielu było typowymi osobami duchownymi, wielu rozwiązłymi hedonistami, a kilkorga z nich nie da się jednoznacznie zaklasyfikować.
Do tych ostatnich bez wątpienia należy Pius XII. Głową kościoła katolickiego był od 1939 roku do 1958 roku, a więc w czasach tragicznych dla Europy.
Wielu historyków atakuje go zarzucając współpracę z Hitlerem, brak stanowczego "nie", brak pomocy ofiarom nazizmu.
Przeciwnicy tej opinii z kolei podkreślają, iż papież chronił na terenie Watykanu ok. 500 Żydów.
Mark Riebling, amerykański historyk i eseista, w swojej książce opowiada o Piusie XII, o początkach jego kariery, o tym, jak został głową kościoła, o jego posłudze papieskiej w okresie II wojny światowej, ale także o watykańskiej siatce szpiegowskiej i jej kształtowaniu się od podstaw, o pomocy w próbie przeprowadzenia zamachu na Hitlera, o szpiegach ukrywających się w kryptach kościelnych i o wielu innych sprawach.
Książka podzielona jest na 26 krótkich rozdziałów. Dzięki ich kilkustronicowej objętości i sposobowi pisania autora, czyta się je błyskawicznie.
Historyk otworzył przed nami drzwi do Watykanu i ukazał zadziwiające wydarzenia jakie były udziałem pontyfikatu Piusa XII i jak papiestwo radziło sobie z najokrutniejszym wydarzeniem XX wieku, jak podchodziło do tego nie tylko w sferze sacrum, ale także jak działało, co robiło, jakie były tego efekty.
Książka jest bardzo ciekawie napisana, czyta się ją dobrze. Jednak jeżeli oczekujecie typowej pracy historycznej, to rozczarujecie się. Kościół szpiegów jest bowiem bardziej podobny do porywającej książki historyczno-szpiegowskiej, do beletrystyki spod znaku krzyża i szpady niż do pracy historyka, mimo, iż Riebling swoje informacje popiera bogatym materiałem źródłowym, który na każdym czytelniku zrobi ogromne wrażenie. Powodem tego jest z pewnością styl pisarski Rieblinga, ale nie tylko. Moim zdaniem autor powinien trochę odwrócić proporcje i mniej uwagi poświęcić przygotowywanemu zamachowi na Hitlera, a więcej kwestiom historycznym dot. innych spraw.
Z jednej strony to wada dla tych, którzy liczą na stricte naukową prace historyczną. Z drugiej strony, dla tych, którzy takowymi pracami po prostu się nudzą, wolą historię w lżejszym wydaniu, to zdecydowana zaleta.
Zachęcam do czytania Kościoła szpiegów. Bez wątpienia książka warta jest tego, żeby poświecić jej uwagę i zagłębić w lekturę na kilka wieczorów, tym bardziej, iż pomijając sensacyjny styl autora, Riebling fachowo podszedł do całej sprawy, wiedział o czym pisze i wysnuł kilka ciekawych teorii oraz obalił kilka pokutujących od dawna mitów.
poniedziałek, 8 sierpnia 2016
Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015 - Anna Reid
Wydawnictwo Literackie, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
Anna Reid to brytyjska historyk, dziennikarka, autorka wielu książek. Jedną z najbardziej znanych książek jej autorstwa jest Leningrad. Tragedia oblężonego miasta 1941-1944.
Książka ta próba opisu skomplikowanych dziejów ukraińskiego państwa i narodu w ich długim trwaniu.
Zakres czasowy, jaki obejmuje książka jest bardzo duży. Chodzi bowiem o lata 988-2015. W związku z tym książka ta to nie tylko podróż przez historię Ukrainy, ale także przez kulturę, obyczaje, przemiany, jakie na przestrzeni wieków zachodziły w tym kraju.
Razem z Reid przedzieramy się przez czasy panowania Rurykowiczów, rządy mongolskie, okres wojen kozackich i Rzeczypospolitej Obojga Narodów, okres II wojny światowej oraz tragedię wielkiego głodu i wiele innych.
Co cenne, autorka skupia się nie tylko na przeszłości, ale także sporo miejsca poświęca teraźniejszości, wydarzeniom do 2015 roku włącznie. W ten sposób pokazuje ciąg historyczny, ale także przyczynowo-skutkowy, zwraca uwagę na fakty, wydarzenia, które doprowadziły do tego, iż kraj tak nam bliski, a równocześnie z wielu względów daleki, od lat wstrząsany jest tragicznymi konfliktami, a walki zdają się nie mieć końca. Bardzo ciekawie ukazany jest także wpływ tego, co dzieje się na Ukrainie nie tylko na sąsiednie państwa, ale wręcz na cały świat.
Książka składa się z dwóch części, które wyraźnie różnią się od siebie.
Pierwsza część została napisana 20 lat przed drugą.
Bardzo ciekawym jest połączenie końca pierwszej części z początkiem części drugiej. Różnica 20 lat pomiędzy obydwoma częściami pozwala na wiele spraw spojrzeć z innego punktu widzenia.
Książka jest bardzo dobrze napisana, ciekawym jeżykiem, bez historycznego patosu i ma wyjątkowy dar - łączy zalety dopracowanej merytorycznie książki historycznej z reportażem na najwyższym poziomie. Jestem przekonany, iż dzięki temu trafi do szerszej grupy odbiorców.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























