czwartek, 6 grudnia 2012

Dolce vita po polsku - Anna J. Dudek

Wydawnictwo MG, Okładka miękka, 218 s., Moja ocena 4,5/6
Wczorajszy wieczór spędziłam prawie we Włoszech i to nie ruszając się z łóżka, a to za sprawą niniejszej książki.
Jej autorka kochająca Italię postanowiła porozmawiać ze znanymi osobami, które tak jak ona są zakochane we Włoszech i zdradzić nam ich sekrety - jak żyjąc w Polsce można mieć kawałek Italii w zasięgu ręki.
Rozmawiała zarówno z Polakami, którzy żyli we Włoszech lub krążą między Polską, a Italią, a także z Włochami, którzy żyją w Polsce i tęsknią za swoją ojczyzną.Co z tych rozmów powstało? Doskonała pozycja szczególnie przy takiej aurze, jaka obecnie mamy za oknem. 
Co ciekawe wszyscy Włosi, z którymi autorka rozmawiała twierdzą, że w naszym kraju żyje im się doskonale. Odrobinę przeszkadza im nasz surowy klimat, ale równoważą to wspaniali ludzie, których tu poznali. 
Najbardziej urzekły mnie wypowiedzi Grażyny Torbickiej, od lat zafascynowanej kulturą (głównie kinem) i językiem Włoch. To za jej sprawą możemy w Polsce poprzez wyświetlane włoskie filmy mieć odrobinę Italii w zasięgu wzroku. 
Pozostali rozmówcy Anny J. Dudek takze w równie fascynujący sposób, jak Grażyna Torbicka opowiadają o swojej miłości do Italii, o tym co najbardziej kochają w tym kraju, co im przeszkadza i co udało im się przenieść do Polski. Opowiadają, jak udaje im się żyć po włosku w Polsce. 
Niektóre ze zwierzeń są bardzo osobiste, dotyczą rodzin, przyjaciół, tęsknot. 
Autorce udało się zaprosić do rozmowy fascynujące osoby. Oprócz w/w Grażyny Torbickiej, przeczytałam rozmowę: Zbigniewa Bońka, Jana Rokity (który tęskni za rajem), Nicodema Ferraro (swoja Italię urządził sobie w Zamościu), Sebastiano Gorgi (fascynująco opowiada o moim ukochanym włoskim mieście - Wenecji), Tessy Caponi Borawskiej (która opowiada o swojej ukochanej włoskiej wyspie), Alberto Macchi (dla którego sens Włoch to - kawa, karczochy i...Caravaggio), Mai Kasprzyk (która niezwykle ciekawie uczy nas jak żyjąc w Polsce ubierać się po włosku) i wielu innych.
Literacko ksiażka nie jest arcydziełem, ale też nie sądzę, żeby autorka tworząc ją pretendowała do tego miana. Jest to napisana doskonałym, zabawnym językiem opowieść niebanalnych ludzi o ich pasji, jaką jest Italia.  
Dolce vita po polsku to doskonała pozycja dla kochających Włochy oraz tych, którzy dopiero chcą poznać ten kraj. 
Gorąco zachęcam do lektury.
Brak mi tylko jednego w książce - zdjęć. Italia, to nie tylko smaki, aromaty i ludzie, ale przede wszystkim obrazy...dlatego pozwalam sobie zamieścić kilka moich zdjęć z licznych podróży po Półwyspie Apenińskim. Niecierpliwie czekam na wakacje i nasz wyjazd do Włoch.
Obowiązkowe espresso z rana.

Pyszne włoskie lody.

Już nawet nie pamietam z czym ta pizza była, ale pyyyycha była, to pamiętam.

Pasta con sepia + ręka mojego męża:)
Zaułek Wiecznego Miasta...
Moje ukochane włoskie miasto - Wenecja, a tak, bez kanału w tle.


 Magiczne włoskie Południe:)

środa, 5 grudnia 2012

Ziemiańskie święta i zabawy - Tomasz Adam Pruszak

Wydawnictwo Naukowe PWN, Okładka twarda, 391 s., Moja ocena 6/6
Podczytywałam fragmentami od ok. 2 tygodni i w końcu zmorzona przeziębieniem skończyłam. 
Pozycja fantastyczna, tylko jestem odrobinę zmęczona przyznawaniem książkom wydanym przez PWN oceny najwyższej. Monotonne to trochę, ale cóż robić, skoro wszystkie i na taka ocenę zasługują:).
Nie inaczej jest z Ziemiańskimi świętami i zabawami.
Polacy od wieków słynęli i nadal słyną z zamiłowania do imprez wszelakich i związanego z nimi świętowania. Na przestrzeni wieków czy lat cała otoczka kulturowa i obyczajowa związana z różnego typu uroczystościami zmieniała się w mniejszym lub większym stopniu,  ale obyczaje związane z danym świętem zawsze pozostawały i pozostają bogate.
Autor w sposób szczegółowy, ale niezwykle przystępny omawia zarówno święta kościelne, jak i typowo świeckie oraz rodzinne. Jako grupę, której świętowanie omawia, Pruszak wybrał sobie nie bez kozery polskie ziemiaństwo.
Najwięcej miejsca w książce zajmuje wszystko co związane jest z tak rozległą tematyką, jaką są: karnawały, śluby wraz z weselami oraz urodziny i imieniny. 
Wydawałoby się, że nie ma nic zwyczajniejszego niż w/w uroczystości. O czym tu czytać, a tym bardziej pisać książkę? Oj zdziwicie się w trakcie lektury, gwarantuję wam to.  
Hucznie omawiany jest Sylwester i okres karnawału, tak hucznie, jak i huczne były wtedy ziemiańskie zabawy. Oj działo się onegdaj we dworach, działo.  
W trakcie lektury zapoznamy się także z  najpopularniejszymi świętami kościelnymi, jakimi były Zielone Świątki i Boże Ciało. 
Poznamy także cały ceremoniał związany z Dniem Świętego Huberta i polowaniami, jakie  towarzyszyły w tym dniu myśliwym. Dzień ten (03 listopada) w kalendarzu ziemian zajmował niezwykle ważne miejsce. Poza balami karnawałowymi, ślubami (oraz częstokroć pogrzebami) polowania były największymi rozrywkami. 
Sporo miejsca w każdym z rozdziałów zajmuje tematyka savoir-vivre, czyli co można było z okazji danego święta, a co wręcz nie uchodziło, co było poważnym wykroczeniem przeciwko ogólnie przyjętym normom. Ta część opowieści wiąże się także z opisami ubiorów zarówno pań jak i panów. Odpowiedni do okazji i wieku ubiór był niezmiernie ważną rzeczą. 
Cennym uzupełnieniem w tym wypadku są licznie zamieszczone w książce fotografie.  
Autor w sposób prawie magiczny odsłania przed nami odchodzący niestety w zapomnienie świat polskiego ziemiaństwa. Swoje opowieści snuje na podstawie pamiętników, opowiadań, listów. 
Opisywane w książce tradycje obchodzenia świąt we  dworach oraz w miejskich salonach budzą w trakcie lektury niesamowitą wprost tęsknotę za przeszłością, za światem, który odszedł bezpowrotnie. Opisy imponujących zwyczajów sylwestrowych, a także dożynek czy inauguracji jesiennych polowań przeniosą nas chociaż na moment o kilkadziesiąt lat wstecz do świata, który co prawda już nie istnieje, ale ciągle jest ważną częścią naszej historii. 
W trakcie lektury, pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to ogromna ilość pracy, jaką autor włożył w przygotowanie niniejszej pozycji. Żródłoznawstwo jest tak bogate, że nasuwa myśl o wieloletnim gromadzeniu materiałów i wielkiej pasji, jaka musiała towarzyszyć Pruszakowi w trakcie tworzenia książki. Autor posiada także swoisty dar, który pozwolił mu na scalenie w fascynującą opowieść setek listów, notatek, pamiętników etc. To cenna i rzadko spotykana umiejętność, gdy historyk-pisarz potrafi ze strzępków historii stworzyć książkę arcyciekawą i fascynująco napisaną i nie zanudzić przy tym czytelnika. 
Uzupełnieniem książki jest przebogata bibliografia, która osobom zainteresowanym pozwoli sięgnąć po kolejne pozycje. 
Niezwykle szczegółowy indeks pozwala szybko znaleźć odpowiednią osobę, majątek, czy święto.
Znalazłam jeden malutki minus, który jednak w obliczu tylu plusów nie wpływa na moją ocenę i zadowolenie z lektury. Chodzi mi o to samo, o czym wręcz do znudzenia wspominam zawsze przy omawianiu tego typu pozycji - przypisy i ich umiejscowienie. Niestety, ale autor tej pozycji wszystkie przypisy skomasował na końcu książki, co skutecznie zniechęciło mnie do korzystania z nich, a przypisów wierzcie mi jest bardzo dużo. Zawsze zastanawia mnie maniera komasowania przypisów na końcu książki. Ale to już dyskusja i rozważania na osobny post.
Gorąco zachęcam do lektury Ziemiańskich świąt i zabaw, na pewno się nie zawiedziecie. 
Tomasz Adam Pruszak jest doktorem nauk humanistycznych, historykiem sztuki i kustoszem. Jego zainteresowania badawcze to głównie malarstwo polskie, dzieje rezydencji, kultura materialna oraz obyczaje ziemiaństwa i arystokracji polskiej XIX i 1. połowy XX w. Jest autorem artykułów i książek z dziedziny malarstwa polskiego oraz o tematyce szlachecko-ziemiańskiej.

Co się wydarzyło 05 grudnia...

W 1914r. ur. się m.in. Stanisław Dygat, znany mi jedynie z Jeziora Bodeńskiego i roli męża bardzo przeze mnie lubianej Kaliny Jędrusik.
Zmarł w1978r.
Jego twórczość obejmuje więcej pozycji niż w/w Jezioro Bodeńskie.

Powieści

  •  Pożegnania (1948)
  • Podróż (1958)
  • Disneyland (1965)
  •  Karnawał (1968)
  • Dworzec w Monachium (1973)

Opowiadania i felietony

  • Pola elizejskie (1949)
  • Słotne wieczory (1957)
  • Różowy kajecik (1958)
  • Rozmyślania przy goleniu (1959)
  • W cieniu Brooklynu (1973)
  • Kołonotatnik (1979)
  • Gucin

Napisał także 2 dramaty  Zamach (wraz z Tadeuszem Brezą i Nowy Świętoszek (wraz z Janem Kottem)

Przyznam się szczerze, że żaden z w/w utworów nie jest mi znany. A jak u was ze znajomością twórczości Dygata?

_________________________________________________________

W 1925r. ur. się prof. Anna Świderkówna, o której pisałam tutaj.

 

 

 

 

 

__________________________________________________________________

 W 1907r. ur. się Alina Centkiewicz. Zmarła w 1993r. Czy ktoś pamięta jeszcze wspaniałe książki Centkiewiczów? Autorka wraz z mężem Czesławem znana była głównie z pozycji podróżniczych. Wiele podróżowała. W 1958r. była pierwszą Polką (szóstą kobietą na świecie), która stanęła na Antarktydzie.

W 1970r. została Kawalerem Orderu Uśmiechu.

Z mężem wydała m.in.:
  • Odarpi syn Egiwy (1949) jak ja uwielbiałam tę książkę:)
  • Zdobywcy bieguna północnego (1950)
  • Na podbój Arktyki (1952)
  • W lodach Eisfiordu (1953)
  • Radiostacja zamilkła (1953)
  • Znowu na Wyspie Niedźwiedziej (1954)
  • Arktyka, kraj przyszłości (1954)
  • Niezwykła podróż (1955)
  • Bohaterski szturman (1956)
  • Na białym szlaku (1956)
  • Pułkownik Orvin mylił się (1959)
  • Wyspy Mgieł Wichrów (1959)
  • Tajemnice szóstego kontynentu (1960)
  • Opowieści spod bieguna (1960)
  • Kierunek - Antarktyda (1961)
  • Fridtiof, co z ciebie wyrośnie? (1962)
  • Zaczarowana zagroda (1963)
  • Mufti – osiołek Laili (1964)
  • Tumbo z Przylądka Dobrej Nadziei (1964)
  • Czy foka jest biała (1965)
  • Piotr w krainie białych niedźwiedzi (1965)
  • Człowiek, o którego upomniało się morze (1966)
  • Okrutny biegun (1969)
  • Osaczeni wielkim chłodem (1970)
  • Nie prowadziła ich Gwiazda Polarna (1974)
  • Tumbo nigdy nie zazna spokoju (1977)
Informacje i zdjęcia z wikipedii.

2 kolejne przepisy w naszym konkursie kulinarno-książkowym+ takie tam...

Dzisiaj chciałabym wam przedstawić 2 pyszne ciasta, które na nasz konkurs Wygraj książkę Annabel Langbein, szczegóły znajdziecie tutaj nadesłała Ewa G., prawie moja sąsiadka, bo z miasta sąsiadującego z Łodzią. Widzę, że ostra konkurencja jednak będzie i głosowanie także. Bardzo się cieszę. Zapraszam do przysyłania kolejnych przepisów. Macie czas do końca br.
Zdjęcia ciast poniżej, a przepisy znajdziecie, jak zwykle tutaj.
Ciasto Krówka.
Ciasto Pleśniak
Przypominam, ze tylko do jutra, czyli do 06 grudnia do godz. 23.59 zbieramy przepisy do wywiadu z Natalią Brożko. Pytania można wpisywać w komentarzach tutaj!
Nagrodą jest pakiet niespodzianka, zawierający książki podróżnicze.



A ja bidulka choruję, wczoraj w nocy już mnie coś "brało", miałam gorączkę, siedziałam cały dzień w domu, kurowałam się, ale średni syn wrócił ze szkoły z gorączką i wieczorem wzywaliśmy lekarza. Ja dostałam antybiotyk jakąś bombę bo tylko 3 tabletki, 1 co 24 godz. Mam nadzieję, że pozostałe dzieciątka nie zarażą się. Musze szybko wyzdrowieć, bo w piątek idę na Salon Ciekawej Książki w Łodzi.
Idę zjeść śniadanie (teściowa naszykowała), a póżniej do łózka i będę czytać...
... obecnie czytam Na cienistej plaży...
 ...póżniej sięgnę po Cornwella.











A jutro Mikołajki, nie zapomniałam o was, będą czekać książki niespodzianki, ale aby je otrzymać trzeba będzie wykonać pewne zadanie literacko-mikołajowe. Zapraszam jutro:)
 

wtorek, 4 grudnia 2012

Krzykacz z Rwandy - Warren FitzGerald

Wydawnictwo Mała Kurka, Okładka miękka, 308 s.,  Moja ocena 6/6
Miałam wczoraj rozpocząć lekturę Podczłowieka,  ale tak mnie Krzykacz z Rwandy kusił, że zdecydowałam się na małą roszadę w kolejce książek do czytania. I nie wiem czy dobrze zrobiłam. Dlaczego?
Książka mnie zszokowała, przeraziła, a jednocześnie nie mogłam się od niej oderwać. Nieprzespana noc za mną.
Przed chwilą skończyłam lekturę, więc wrażenia na świeżo. Muszę od razu wystukać na komputerze te kilka słów recenzji, zanim emocje opadną.
Wiecie, że niezmiernie rzadko beletrystyce przyznaję tak wysoką ocenę, ale Krzykacz z Rwandy zasługuje na nią, jak żadna z książek, które w ostatnim czasie czytałam.
Autor nikomu nieznany, Krzykacz...to jego debiutancka powieść, której tematyka została zainspirowana pracą FitzGeralda w Rwandzie w charakterze wolontariusza.
Wspomniałam, że to debiut, ale życzyłabym wszystkim pisarzom takich debiutów.
Teraz kilka słów o treści książki, o ile treść uda mi się chociażby w skrócie opisać, a nie jestem tego pewna.
Akcja toczy się dwutorowo - w Londynie i w Rwandzie.
Gdzie znajduje się Rwanda? Otóż ten zapomniany przez Boga (nie waham się użyć takiego określenia) kraj znajduje się w środkowej Afryce między Demokratyczną Republiką Konga, Ugandą, Burundi, a Tanzanią. Kraj jest najbardziej znany z jednego z najdramatyczniejszych wydarzeń ostatnich lat - ludobójstwa, które miało miejsce w 1994r. 
Była to masakra ludności pochodzenia Tutsi dokonana przez ekstremistów Hutu. Wjej wyniku w ciągu około 100 dni od 6 kwietnia do lipca 1994r. Jej ofiarą padło, według szacunków, od 
800 000 do 1 071 000 ludzi. 
Gdy jakiś czas temu szukałam informacji o tym ludobójstwie, znalazłam m.in. swoisty dekalog Hutu... 
Dziesięć przykazań Hutu zostało opublikowane w grudniu 1990r.w gazecie w Kigali
  1. Każdy Hutu powinien wiedzieć, że kobieta Tutsi, gdziekolwiek jest, pracuje dla interesów ludu Tutsi. Dlatego będzie uznany za zdrajcę każdy Hutu, który: a) poślubia kobietę Tutsi; b) przyjaźni się z kobietą Tutsi; c) zatrudnia kobietę Tutsi jako sekretarkę lub konkubinę.
  2. Każdy Hutu powinien wiedzieć, że nasze córki Hutu są właściwsze i bardziej sumienne w zadaniach kobiety, żony i matki rodziny. Czyż nie są one piękne i szczere?
  3. Kobiety Hutu, bądźcie czujne i starajcie się przeciągnąć swoich mężów, braci i synów na właściwą drogę.
  4. Każdy Hutu powinien wiedzieć, że każdy Tutsi jest nieuczciwy w interesach. Jego jedynym celem jest władza dla jego ludu. Dlatego będzie uznany za zdrajcę każdy Hutu, który: a) zakłada spółkę z Tutsi; b) inwestuje swoje albo rządowe pieniądze w przedsięwzięcie Tutsi; c) pożycza pieniądze Tutsi albo pożycza od niego; d) sprzyja Tutsi w interesach.
  5. Wszystkie strategiczne pozycje, polityczne, administracyjne, ekonomiczne, wojskowe i policyjne powinny być w rękach Hutu.
  6. Sektor edukacyjny musi być w większości Hutu.
  7. Armia Rwandy powinna składać się wyłącznie z Hutu.
  8. Hutu nie powinien dłużej litować się nad Tutsi.
  9. Hutu, gdziekolwiek są, muszą działać zjednoczeni i solidarni, i mieć na uwadze losy ich braci Hutu.
  10. Rewolucja Społeczna roku 1959, Referendum roku 1961 i Ideologia Hutu muszą być nauczane wszystkim Hutu na każdym poziomie. Każdy Hutu musi głosić wszędzie tę wiedzę. 
Oto jakie okrutne ...i nie wiem, co napisać, słowo pamiątki wyjątkowo mi nie pasuje...pozostały po tym koszmarze do dnia dzisiejszego...
Zmumifikowane ciała ofiar/ źródło-wikipedia

Źródło j.w.
M.in. ta masakra jest kwintesencją Krzykacza z Rwandy, ale nie tylko. Do głosu w książce dochodzi okrucieństwo, bezduszność, upodleni, przerażenie i masa innych wywołujących wręcz eksplodująca mieszankę uczuć, m.in. także nadzieja i dobro.
Powinnam napisać, że głównych bohaterów mamy dwoje - mieszkańca Londynu Ashleya Bolta i małą Rwandyjkę - Clementine Habimana. Ale byłoby to wielkie niedomówienie, ponieważ bohaterami są przede wszystkim  setki tysięcy ofiar ludobójstwa w Rwandzie. 
Ashley jest mężczyzną wiodącym może nie w pełni udane życie muzyka, nauczyciela muzyki i pomagiera handlarza narkotyków. Za pośrednictwem wiadomości docierają do niego strzępki informacji o tym, co dzieje się w Rwandzie, ale reaguje na nie, jak wielu z nas - ot coś się dzieje, straszne i na tym koniec. Przyznajcie sami, że częstokroć zobojętnieliśmy już na kolejne doniesienia o masakrach, morderstwach gdzieś tam w świecie...
Do czasu jednak. Niekiedy w naszym życiu wydarza się coś, co sprawia, że od tego momentu nic już nie jest takie samo, zmienia się optyka widzenia świata, postrzegania problemów. 
Takim wydarzeniem dla Ashleya jest spotkanie Clementine.  
Dziewczynka opowiada mu swoją historię. Zaczyna od momentu, gdy mieszkała z ukochanymi rodzicami w Rwandzie. Miała spokojne, szczęśliwe dzieciństwo, kochających rodziców. Chodziła do szkoły, droczyła się ze swoim bratem, ojciec opowiadał im bajki, żartował z nimi. Niestety nadszedł dzień, gdy okazało się, że miłość nie wystarczy, a ważniejszy jest fakt,  że dwoje ludzi pochodzi z mających się nienawidzić plemion - mama pochodzi z plemienia Tutsi a ojciec – z Hutu. Macie odrobinę wyobraźni?!
Nie będę opisywać tego, o czym opowiada Clementine, każdy z was powinien to sam przeczytać. Opowieść jest tym bardziej szokująca i poruszająca, że jej narratorem jest dziecko. W trakcie lektury wiele razy zastanawiałam się, czy zabieg ten (uczynienie narratorem dziecka) był zamierzony czy nie. 
I przyznam wam się szczerze, że nie wiem do tej pory. W każdym bądż razie efekt końcowy jest niesamowity.
Oprócz opowieści autor prezentuje także oskarżenie przeciwko ONZ, którego wojska w trakcie masakry stacjonowały w Rwandzie, ale nie interweniowały, bo jak oficjalnie podano to nie była ich sprawa.  Wyobrażacie sobie coś takiego? Jako żywo przypomina mi to początek II wojny światowej i brak pomocy dla nas z Zachodu.
Osobną kwestią są zmiany, jakie na skutek poznania Clementine zachodzą w Ashleyu i sam stosunek dorosłego mężczyzny do czarnoskórej dziewczynki. Obojgu ta znajomość wiele dała, oboje też zmieniła. Czasami tak bywa, że spotkanie jednej osoby zmienia nas całkowicie.
Krzykacz z Rwandy  po raz kolejny potwierdził niestety moja tezę, że większość ludzi jest obojętna, okrutna i bezlitosna wobec drugiego człowieka. Zastanówcie się sami - co kieruje istotami (bo nie można ich nazwać ludźmi), że mordują, okaleczają, palą i wyrządzają najgorsze zło drugiemu człowiekowi. Niestety, ale ludobójstwo w Rwandzie nie jest odosobnionym przypadkiem. Przypomnijmy sobie choćby niedawną wojnę na Bałkanach, masakrę w Kambodży czy II wojnę światową. Musze wymieniać dalej? Nie sądzę.
Mój mąż od dawna twierdzi, że zbyt negatywnie oceniam ludzi. Nie wydaje mi się. Nie twierdzę, że wszyscy ludzie są żli, ale duża część, mając zapewnienie o bezkarności, byłaby zdolna do najgorszego zła i okrucieństwa. Opowieść Clementine jest tego najlepszym przykładem. 
Czym jeszcze jest Krzykacz z Rwandy? Wg. mnie studium zła i jego rozkładem na czynniki pierwsze. Autor zrobił nam prawdziwą sekcję okrucieństwa, bólu, zła. Ale jednocześnie poprzez spotkanie Clementine i Ashleya i zmiany, jakie w nich zachodzą, dał nam promyk nadziei, że jednak nie wszyscy są żli, że możliwe są zmiany. Bardzo poruszyło mnie śledzenie, w jaki sposób Ashley wyzwala się z kręgu, który go otacza, jak się zmienia.
Bardzo ciekawa jest narracja, a w zasadzie sposób w jaki Clementine snuje swoją opowieść. Nie zdradzę o co chodzi, zaręczam jednak, że będziecie niesamowicie zaskoczeni.
Rozdziały opisujące życie Clementine i Ashleya na początku prowadzone są naprzemiennie i wydaje się, że tych dwoje nic nie łączy, aż do tego dnia, gdy ich drogi się skrzyżują. Nie będę ukrywać, łatwiej czytało mi się rozdziały o Ashleyu, ale bardziej przeżywałam opowieść Clementine, aż w końcu oboje mną całkowicie zawładnęli, czego i wam życzę.

Uff, ale się rozpisałam... 
Teraz czekam na kolejną książkę z Wydawnictwa Mała Kurka, a w piątek idę na Salon Ciekawej Książki przysiąść na kurnikowej grzędzie obok nieocenionej pani Bożenki:) 

  • Książkę można kupić na stronie wydawnictwa  o tutaj 
po polsku i w atrakcyjnej cenie (o25% taniej niż w księgarniach). Koszty przesyłki w Polsce ponosi wydawnictwo.  

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Przez dziki Wschód - Tomasz Grzywaczewski

Wydawnictwo Literackie, Okładka miękka, 444 s., Moja ocena 5/6
Recenzja, z którą zalegam, i zalegam, i zalegam.... 
W 1. urodziny postanowiłam nadrobić zaległość...

Łodzianin Tomasz Grzywaczewski wraz z dwoma kolegami (Bartosz Malinowski i Filip Dróżdź) wyruszyli w 2010 r., w trwającą sześć miesięcy wyprawę śladami bohaterów głośnej książki Sławomira Rawicza Długi marsz.
O czym opowiada książka i czyimi śladami dokładnie podążył Grzywaczewski z kolegami?
Głównym bohaterem zarówno Długiego marszu, jak i wyprawy z 2010r. jest Polak - Witold Gliński. 
Witold Gliński urodził się 89 lat temu w Głębokiem na terenach dzisiejszej Białorusi (wtedy była to Polska). Gdy wojska sowieckie zajęły te tereny we wrześniu 1939 r.,  Gliński został aresztowany. Jego ojciec walczył w tym czasie z Niemcami. To wystarczyło, aby siedemnastolatek dostał dwadzieścia pięć lat ciężkich robót w łagrze na Syberii. – Matka, brat i siostra też zostali aresztowani.Najpierw Gliński trafia do więzienia na Łubiance, póżniej zostaje wywieziony do łagru. Miejscem zsyłki jest obóz 303 położony na południowy zachód od Jakucka. No i podróż. Brudne, przepełnione wagony towarowe sunące powoli przez bezkresne połacie Związku Radzieckiego. Zatrzymywali się rzadko, zawsze z dala od ludzkich osad. Z wagonów wyrzucano do rowów ciała zmarłych i pociąg ruszał dalej. Aż do Irkucka. Stamtąd zakuci w kajdany więźniowie maszerowali już na piechotę. 
Przebyli ponad 1200 kilometrów w sześć tygodni. Jesienią 1940 r. Gliński dotarł wycieńczony do obozu. 
Gliński planuje ucieczkę, ucieka po kilku miesiącach pobytu w obozie. Do ucieczki (jak sam twierdzi w licznych wywiadach) nie skłoniła go odwaga. To nie był heroizm, tylko przeraźliwy strach przed śmiercią. 
Z Glińskim uciekło 8 osób.
W styczniu 1942 r., w jedenastym miesiącu wędrówki trafili do szpitala w Kalkucie, potem się rozdzielili. Uciekinierzy pieszo przebyli dystans z Jakucka na Syberii do Kalkuty w Indiach.
Ich śladami postanowił odbyć podróż Tomasz Grzywaczewski wraz z kolegami.
Mapa wyprawy.
Powstał projekt Long Walk Plus Expedition który (jak pisze Grzywaczewski) był nie tylko zwykłą podróżą, ale przede wszystkim opowieścią o pragnieniu wolności, bohaterstwie i wielkiej przygodzie.
Wyprawa Long Walk Plus Expedition rozpoczęła się w maju 2010 r. w Jakucku na dalekiej Syberii, a zakończyła w listopadzie 2010 r. w Kalkucie w Indiach, trwała więc 6 miesięcy. Wrażenia i relację z niej Grzywaczewski opisał w książce Przez dziki Wschód.  
Jak wspomina Tomasz Grzywaczewski: W trakcie tych sześciu miesięcy pokonaliśmy ponad 8.000 km przez najbardziej niegościnne rejony Samotnej Planety.  
Wyprawa  została podzielona na cztery etapy:
a)      wodny – spływ, łapanymi „na stopa”, statkami rzecznymi (kutry rybackie, barki transportowe, etc.) rzeką Leną z Jakucka do Ust-Kutu, w okolicach Jeziora Bajkał.
b)      pieszy – od północno-wschodniego krańca Jeziora Bajkał do przejścia granicznego z Mongolią w Kiachcie.
c)      konny –  od przejścia granicznego w Kiachcie, aż do środkowej Mongolii i północnego skraju Pustyni Gobi.
d)     rowerowy – przez Pustynię Gobi, północne Chiny, Pustynię Cajdamską, Tybet  Nepal oraz Indie.   
W listopadzie (pisze Grzywaczewski) dotarliśmy do Kalkuty, tym samym oddając hołd nie tylko bohaterom Długiego Marszu, ale również wszystkim Polakom zesłanym na „nieludzką ziemię”, z których wielu pozostało tam na zawsze.   
Książka napisana jest niezwykle barwnym językiem. Co istotne, towarzyszymy jej autorowi od samego początku, od momentu, kiedy narodziła się idea samej wyprawy. Bierzemy więc udział w przygotowaniach do niej, rozmowach o wszystkich za i przeciw, aż wreszcie wyruszamy w drogę śladami Witolda Glińskiego. 
Autor pokazuje nam wspaniałe, dziewicze, dzikie, fascynujące, a jednocześnie przerażające krajobrazy, miejsca. Poznajemy także wielu ciekawych ludzi, jakich autor książki z kolegami spotkał na swojej drodze.  
Niezwykle plastyczne opisy uzupełnia duża ilość niezwykłych fotografii. Są one ogromnym plusem książki. Oglądając je możemy poczuć się, jakbyśmy także brali udział w tej morderczej wyprawie. Cały czas miałam przed oczami te bezkresne, niezamieszkane tereny i w myślach widziałam osłabionego Witolda Glińskiego, który przez tyle miesięcy wędrował głodny, zmarznięty, przerażony. Człowiek jednak jest w stanie wiele wytrzymać.
Książka jest reportażem, ale nie brak w niej uczuć, takich prostych, zwyczajnych; uczuć przede wszystkim podziwu i szacunku jaki żywią trzej młodzi ludzie dla Witolda Glińskiego i jemu podobnych. 
I to jest wg. mnie dodatkowa wartość, wartość niezwykle ważna w świecie, gdzie szacunek dla historii, przeszłości i osób starszych częstokroć przegrywa z cwaniactwem i zwyczajnym nieludzkim zachowaniem.
Zachęcam do lektury tej niezwykłej książki. Niby jest ona zwyczajna, reportaż, jakich wiele, ale jednocześnie niezwyczajna, bo oprócz cech, o których wspominałam wcześniej, dot. ona nas Polaków i naszej historii.

niedziela, 2 grudnia 2012

Dotyk strachu - Erica Spindler

Wydawnictwo Harlequin/Mira, 496 s., Okładka miękka, Moja ocena 5/6
Tak szybko książek nawet ja nie czytam, ale gdy tylko rozpoczęłam lekturę nowej książki Erici Spindler od razu zorientowałam się, że wcale nie jest ona taka nowa – jakieś 1,5 roku temu czytałam ją (pożyczka z biblioteki) pod innym tytułem Tylko chłód (u nas książka ukazała się w 2002r.). Ponieważ treść doskonale do dziś pamiętam, Dotyku strachu nie przeczytałam nie było sensu. 

Nie mniej od razu na wstępie zaznaczam, że jest to doskonała pozycja, świetny thriller, który kolejny raz potwierdza kunszt pisarski Spindler.
Kilka słów o fabule i o samej książce.
Dwadzieścia trzy lata temu główna bohaterka książki Anna North przeżyła koszmar. Szaleniec, który uprowadził ją i jej przyjaciela, przesłał do jej matki żądanie okupu z… obciętym palcem. Wtedy całe Hollywood śledziło sprawę porwania słynnej córki gwiazdy filmowej. Dziewczynce cudem udaje się uciec. Jej przyjaciel nie miał tyle szczęścia, szaleniec na oczach Anny zabił chłopca.  

Anna powoli dochodzi do siebie. Obecnie mieszka w Nowym Orleanie i powoli zdobywa uznanie jako autorka mrocznych thrillerów. Próbuje zapomnieć o traumie z przeszłości. Prawie jej się to udaje aż do dnia, gdy zaczynają dziać się makabryczne zdarzenia, które jako żywo nawiązują do koszmaru sprzed lat i sugerują, że dawny prześladowca powrócił, żeby dokończyć dzieła. Prześladowca odnajduje ją i powoli osacza do tego stopnia, że Anna boi się wychodzić z domu, a pewnego dnia w lodówce znajduje...odcięty palec. Na dodatek ginie jej przyjaciółka. Policja jest bezradna, każdy podjęty trop prowadzi na manowce. Koszmar powraca, tym bardziej, że porywacz sprzed lat nigdy nie został odnaleziony.
Czy Annie uda się rozwikłać zagadkę i pozostać przy zdrowych zmysłach? A może tym razem to jej prześladowca zwycięży? A tak w ogóle kto nim jest?
Tego nie zdradzę, ale gwarantuję, że będziecie bardzo zdziwieni zakończeniem książki.
Czego należy oczekiwać po lekturze thrillerów? Przede wszystkim zawrotnej akcji, która trzyma w napięciu i nie pozwala oderwać się od lektury choćby na chwilę i jednej wielkiej niewiadomej, jaką jest prześladujący ofiarę sprawca, na ogół mniej lub bardziej psychopatyczny.  

Dotyk strachu to wszystko posiada, a nawet więcej. Na uznanie zasługuje doskonale skonstruowana intryga, która towarzyszy nam przez cały czas lektury. Napięcie i poczucie zagrożenia zdają się otaczać bohaterkę ze wszystkich stron.
Ogromnym atutem książki są także bardzo ciekawie zarysowani bohaterowie (z jednej strony stłamszona, ogarnięta coraz większym przerażeniem kobieta, a z drugiej strony nieuchwytny wariat-prześladowca), ciągłe zwroty akcji i bezustanne napięcie. To wszystko sprawia, że ciężko odgadnąć, kto jest tym złym, a kto dobrym.
Do tego autorka dodała wątek romansowy, a w zasadzie uczuciowy, który (nie obawiajcie się) nic a nic nie przeszkadza w śledzeniu zabójczej wręcz intrygi zbrodniarza, który prześladuje Annę.
Gorąco polecam Dotyk strachu wszystkim fanom kryminałów, thrillerów i po prostu dobrej książki. Na pewno się nie zawiedziecie. To Erica Spindler w najlepszym wydaniu. W autorce cenię najbardziej to, że mimo posiadania w dorobku wielu tytułów, nadal trzyma wysoki poziom, nie spoczywa na laurach, po jej książkach można niezmiennie spodziewać się doskonałej i wysokiej klasy lektury.

Erica Spindler jest amerykańską autorką, specjalizującą się w thrillerach romantycznych. Mieszka wraz z mężem i dwoma synami w stanie Luizjana pod Nowym Orleanem. Wierzy w przeznaczenie, bo gdyby nie przeziębienie, którego nabawiła się w lecie 1982 r., prawdopodobnie nigdy nie zaczęła by pisać: kiedy kupowała lekarstwa na uporczywy kaszel, od ekspedientki dostała romans Harlequina. Lektura tak bardzo się jej spodobała, że przez kolejne sześć miesięcy przeczytała wszystkie romanse, które tylko udało jej się zdobyć. Mimo że, od dziecka pragnęła zostać malarką,, zdecydowała, że zacznie pisać. Nie trzeba było długo czekać, żeby zrozumiała, że jest to coś, co chce robić w życiu.
Bibliografia jest imponująca, samo musicie przyznać:

sobota, 1 grudnia 2012

Woal - Ana Veloso

Wydawnictwo Świat Książki, Okładka miękka, 512 s., Moja ocena 4/6
Recenzja zaległa, miałam napisać ją dopiero jutro (jestem w trakcie katorżniczej pracy nad pilnym tłumaczeniem) , ale nie mam siły bez przerwy pracować (tym bardziej, że 4. dzień to robię), krótka przerwa jest niezbędna. Postanowiłam ją spożytkować na napisanie recenzji. 

 
Bardzo lubię książki Any Veloso, dotychczas zawsze zapewniały wspaniałą lekturę, jednak tym razem, ale po kolei....
Mamy rok 1633. Jeden z głównych bohaterów -Miguel Ribeiro Cruz (syn zamożnego handlowca) w efekcie skandalu obyczajowego, jakiego się dopuścił, zostaje wysłany z Lizbony do portugalskiej kolonii Goa w Indiach, aby na miejscu dbać o interesy rodziny m.in. dowiedzieć się kim jest złodziej, który od dłuższego czasu okrada jego rodzinę.
Po przybyciu do Goa przeżywa lekki szok kulturowy, ale i zostaje rażony strzałą z łuku amora,  spotyka tajemniczą Hinduską donę Ambę. Kobieta jest o tyle tajemnicza, że żaden człowiek nigdy nie widział jej twarzy, zawsze jest przesłonięta woalem, mieszka w wielkiej, położonej na uboczu posiadłości, nie przyjmuje gości, nikt nie zna jej chorego męża. Jedni twierdzą, że jej twarz jest straszliwie oszpecona, drudzy, że kobieta jest niezwykłą pięknością i swą urodą doprowadza mężczyzn do zguby. Miguel za wszelką cenę pragnie ujrzeć twarz dony Amby i dowiedzieć się czegoś o jej życiu, przez co naraża ją na śmiertelne niebezpieczeństwo. 

To dopiero początek opowieści, którą w zasadzie trudno streścić.
Najpierw plusy książki. Bardzo lubię styl pisarski Veloso, opisy otoczenia, podawanie drobnych smaków i smaczków, które zdecydowanie ubarwiają lekturę. Plusem są także niebanalni bohaterowie, w każdej książce tej autorki sporo ich zarówno po stronie tych dobrych, jak i złych. Nie inaczej jest w Woalu, gdzie autorka bardzo ciekawie opisuje życie w Goa, kulturę i obyczaje Hindusów, stosunek jaki mieli do nich Portugalczycy. Wszystkie (dla nas jakby  nie patrzeć egzotyczne) szczegóły są tak ciekawie odmalowane, że momentami miałam wrażenie czytania baśni z 1001 nocy.
Bardzo ciekawie Veloso porusza także kwestię koszmaru i draństwa, jakim była Inkwizycja, która także na Goa szalała w imię ówczesnego pseudoprawa. To co szerzący jedyną słuszną wiarę wyprawiali jest nie do pomyślenia.
Ale... zawsze musi być jakieś ale.
Pierwszą książką tej autorki, jaką przeczytałam była pozycja – Bądź zdrowa Lizbono. Książka zafascynowała mnie do tego stopnia, że nie mogłam się od niej oderwać. Podobnie było w przypadku Zapachu kwiatów kawy.
Jednak przy trzeciej powieści Dziewczyna znad Rio Paraiso, czułam już lekkie znużenie. Identyczne odczucia miałam w przypadku Woalu. Książkę najchętniej skróciłabym o jakieś 100s., na których na prawdę nic się nie działo, tzn. działo się – on jeździł do niej, przedzierał się przez ogarnięte epidemią miasto, a ona myślała – czego on znowu chce.
Gdyby nie te zbędne jeżdżenia i rozważania głównych bohaterów dałabym wyższą ocenę, tym bardziej, że ciekawym manewrem jest wplatanie w treść książki wspomnień dony Amby o jej tragicznym losie.
Nie wiem dlaczego odczuwałam takie znużenie lekturą Woalu, plusów książki jest przecież sporo, minus w zasadzie jeden (o którym pisała wyżej). 

Może trochę znudziła mnie sztampowość, którą wyczuwam w kolejnych książkach Any Veloso? A może to mój gust literacki trochę się już zmienił. Lub też nie był to odpowiedni dzień na czytanie właśnie tej pozycji...
Spróbuję z kolejną książką tej autorki, dam szansę Pieśni kolibra, która w najbliższych dniach ma ukazać się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. Może tym razem Ana Veloso ponownie mnie zauroczy i porwie...

Inne powieści Any Veloso:
 Wspaniała saga rodzinna z akcją w malowniczej Portugalii. Historia dwóch rodów, bogatego i biednego, połączonych dzieckiem – skrywanym owocem mezaliansu panny z dobrego domu i zarządcy majątku jej ojca. Choć oboje zakładają swe „odpowiednie” rodziny, miłość nie wygasa... Autorka z rozmachem i literacką finezją kreśli opowieść pełną zdarzeń i detali z codziennego życia czterech pokoleń, na tle zmian społeczno-obyczajowych, zachodzących w Portugalii przez wiek XX, do „Rewolucji Goździków” w 1974 roku. 




Pierwsza powieść niezwykłej pisarki, chwytająca za serce, pełna namiętności i dramatyzmu. Brazylia, 1884 r. Siedemnastoletnia Vitoria da Silva prowadzi beztroskie życie w rodzinnej hacjendzie Boavista. Jako córka wpływowego barona kawowego i dziewczyna o zachwycającej urodzie stanowi jedną z najlepszych partii w kraju. Mądra i uparta Vita odrzuca wszystkich swoich wielbicieli. Dopiero przystojny Leon Castri, dziennikarz z Rio de Janeiro, wzbudził w niej gorące uczucie. Ale Leon jest rebeliantem, walczy o zniesienie niewolnictwa, a tym samym zagraża egzystencji rodziny da Silva. Rodzice Vity zabraniają jej kontaktów z buntowniczym mężczyzną, tylko, że ona już ich nie słucha. Cena jaką przyjdzie jej zapłacić za miłość do Leona, jest wyższa niż mogła kiedykolwiek sądzić.


Piękna nieznajoma.
Kim może być kobieta znaleziona nad brzegiem rzeki Rio Paraiso? Jest młoda, piękna i ciężko ranna, a gdy odzyskuje przytomność, mówi w obcym języku... Przystojny Raul, gaucho, który ją znalazł, trafia w gazecie na artykuł o niewyjaśnionym morderstwie popełnionym wśród niemieckich osadników. Czyżby to była ta kobieta, która zabiła męża i porzuciła córeczkę? Pełna niezwykłych przygód historia o wielkich marzeniach i nadziei, przemocy i romantycznej miłości, osadzona w tyleż malowniczej, co niebezpiecznej Brazylii czasów niewolnictwa. Do czytania przez wiele wieczorów!



05 grudnia ukaże się nowość pióra autorki:
 Lua od zawsze była niewolnicą, służącą córki właściciela plantacji trzciny cukrowej. Nigdy nie znała swoich rodziców, nie miała praw, nie mogła decydować o swoim losie, ale miała jedną tajemnicę, której pilnie strzegła - umiała czytać i pisać. Dlatego właśnie ją stara Imaculada poprosiła o spisanie historii swojego życia. Imaculada budziła lęk u wszystkich, bo przybyła do Brazylii z Afryki, bo pielęgnowała odwieczne zwyczaje swoich przodków, bo była inna... Jej opowieść ma zaskakujący wpływ na życie młodej Lui. Dzięki niej dziewczyna decyduje się na ucieczkę, by połączyć się z ukochanym, dzięki niej walczy o swoją wolność, dzięki niej ma szansę pomóc innym podobnym do niej.
 

Stosiki (są, są zdjęcia stosików:))...czyli uzupełnienie i takie tam różne...

Wczoraj o tutaj,  prezentowałam moje nabytki książkowe z tego tygodnia. Dotychczas nie prezentowałam stosików, ale cóż tylko pewne zwierzę parzystokopytne nie zmienia poglądów.
A poza tym mąż wczoraj poszalał w antykwariacie w swojej ukochanej części dot. II wojny światowej, też wam jego nabytki zaprezentuję.
Wczoraj zapomniałam dodać 3 książki do opisywanych - książę nowego autora na naszym rynku, Wulfa Dorna, uwielbiam psychothrillery:) ala Fitzek, Drewniak i biografię Jerzego Giedroycia:

Mroczny thriller psychologiczny, który z hipnotyczną siłą wciąga czytelnika w czeluście ludzkiej psychiki. Autor wie, jak wziąć czytelnika za mokrą od potu dłoń i uprowadzić w otchłań duszy. Doktor Ellen Roth jest cenionym psychiatrą. Od kilku lat pracuje w znanej Leśnej Klinice. Do szpitala trafia pewnego dnia zaniedbana, brudna kobieta z widocznymi śladami maltretowania. Jest śmiertelnie przerażona i cały czas mówi o Czarnym Ludzie, który ją ponoć prześladuje. Boi się, że oprawca ją w końcu dopadnie i błaga Ellen o pomoc.
Ich rozmowę przerywa zamieszanie na korytarzu. Jeden z pacjentów próbuje popełnić samobójstwo. Kiedy lekarce udaje się opanować sytuację i wraca, by dokończyć rozmowę z przestraszoną kobietą, okazuje się, że ta zniknęła. Ellen zaczyna jej szukać: rozpytuje personel, sprawdza karty pacjentów. Niestety, nikt nie wie o jej istnieniu, nikt nie zna jej nazwiska, w papierach nie ma o takiej pacjentce wzmianki....


 Jerzy Giedroyć z krwi i kości: Jako dziecko wędrował  z Moskwy do Mińska w trakcie szalejącej rewolucji. Palił nałogowo jako jedenastolatek. Nie kochał szkoły, ale uwielbiał pikniki z kolegami i koleżankami. Ożenił się z piękną femme  fatale. Lubił wylegiwać się do dziesiątej. Zafascynowany Witkacym eksperymentował z narkotykami.  Kto by pomyślał, że tak przebiegała życiowa droga Redaktora i zdyscyplinowanego tytana pracy?W biografii którą napisał Marek Żebrowski, nie ma redaktora paryskiej ""Kultury"", ale  za to jest  historia dziecka, nastolatka, młodego polityka, a nawet sprzedawcy w wojskowej kantynie na plaży w Tobruku. To pół wieku  nieznanej, bardzo prywatnej sfery życia człowieka, który dla wszystkich stał się sławnym autorytetem i obrońcą wolności słowa. Książka odkrywa tajemnice życia prywatnego Giedroycia. Opisuje krąg najbliższych mu wówczas ludzi. W tle szaleje rewolucja 1917, dramatyczne konflikty II RP, narasta antysemityzm i napięcie w polityce wobec mniejszości ukraińskiej. To wpływa  na światopogląd Jerzego Giedroycia. Dalej  wojenne doświadczenia przyszłego Redaktora, barwny obraz jego pracy w ambasadzie polskiej w Bukareszcie i opis drogi, jaką przebył z armią gen. Andersa. To unikalne świadectwa historyczne tych lat. Bogato ilustrowane zdjęciami, dokumentami, listami, które stanowią o wyjątkowej atrakcyjności lektury -  znakomitej dla miłośników zajmująco opowiedzianej historii odbitej w indywidualnych losach. 

Wiem, że Drewniak sporo osób już czytało, ale do mnie dopiero książka dotarła, z czego bardzo się ciesze, bo autorkę lubię.  
Pewnego dnia Łucja Nowakówna kupuje kolejne, ale za to wyjątkowo dizajnerskie śliwkowe buciory, rzuca chłopaka, wygodne mieszkanie i przeprowadza się do odziedziczonego po wuju drewniaka bez porządnej łazienki, ale za to z piecem i dzikim lokatorem. Do tego momentu, oprócz nudnego narzeczonego, miała tylko przyjaciela z dzieciństwa, napakowanego łysola Bronka Skrzętnego. Teraz zaprzyjaźnia się z nowymi sąsiadami: karlicą panią Marlenką, handlarzem antyków Władkiem Szuszfelakiem, synem zmarłej lokatorki wuja, filmowcem przyrody - Januszem Poniewieskim, a także patykowatą Basią z trójką podobnych do niej dzieci.
Łucja rysuje komiks, do którego potrzebuje marionetki. W tym celu udaje się do teatru lalkowego, gdzie poznaje bardzo przystojnego i uwodzicielskiego aktora Walerego Dębowskiego. Od pierwszych taktów wspólnie przetańczonego tanga jasne jest, że niesamowicie pociągają się wzajemnie, ale dziewczyna klasyfikuje go jako maczo i nie chce o nim myśleć. W dodatku, w okolicy drewniaka zaczyna pojawiać się niezwykły klaun...



 A teraz stosiki, chyba w miarę wyrażnie widać...

 

Tutaj cudny album o Aniołach, recenzja wkrótce, nie chce mi się zdjęcie obrócić, strajkuje...już obrócony, dziecko mi pomogło, aż wstyd:)

A tutaj, jak się prezentują nowe książki historyczne i biografia na półce, cudnie wyglądają, prawda:)? Wiem, wiem, to choroba, ale jaka wspaniała i nieszkodliwa:). Też tak macie, że uwielbiacie patrzeć na poustawiane książki?
A tu książki, które zakupił wczoraj w antykwariacie mój małżonek - kupione to te od Jeńców (po lewo) aż do Rudolfa Hessa:).

Miłej soboty. Rodzinka moja jedzie dziś do Warszawy na Targi Książki Historycznej. Ja samotna zostaję w domu, muszę skończyć arcypilne tłumaczenie. Nawet nie mam kiedy recenzji zamieścić.
A mam 2 zaległe recenzje do napisania- Woalu Any Veloso i Dotyku strachu Erici Spindler.
Przypominam o naszym konkursie kulinarno-książkowym, na razie mamy tylko 2 przepisy. Szczegóły tutaj.
Przepisy znajdziecie tutaj.
Przypominam także o Wyzwaniu - Czytamy książki historyczne. Jeżeli ktoś ma ochotę dołączyć, zapraszam tutaj.