Wydawnictwo MG, Oprawa twarda lakierowana, 245 s., Moja ocena 5,5/6
Mój zachwyt twórczością Kasi Enerlich jest znany na blogu. Zabierając Studnię bez dnia na urlop, nie obawiałam się porażki, która towarzyszy często wyborowi wakacyjnej lektury, wręcz przeciwnie – wiedziałam, że wybór jest doskonały. Tzn. wybór nie był w pełni doskonały, bo zbyt szybko skończyłam czytać książkę, ale to już wina samej autorki, napisała kolejną fantastyczną, wciągającą i niesamowicie życiową powieść.
Tym razem autorka udowadnia nam, że często, bardzo często o naszym życiu decyduje przypadek, los, fatum (jak zwał tak zwał), a nie my sami (chociaż może nam się wydawać zupełnie inaczej).
Czasami tym zrządzeniem losu jest przypadkowo odebrany telefon, telefon wykonany nie do tej osoby, do której chcieliśmy dzwonić, wybór innej drogi powrotu do domu etc. Ofiarą takiego przypadku, kaprysu losu pada jedna z głównych bohaterek Marcelina. Jedno błędne wciśnięcie klawisza z nr. 1 na telefonie komórkowym jej wiarołomnego męża sprawia, że całe życie Marceliny zmienia się dosłownie w mgnieniu oka. Ale jak się w ciągu kolejnych miesięcy okazuje – nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło. Marcelina lepiej poznaje siebie, udowadnia sama sobie, że jest mądra, silna, inteligenta, że da sobie radę. Poznaje także fantastycznych ludzi, bardzo różnych, często takich, obok których przechodzi się wręcz ze wstrętem. Dowiaduje się także, kto jest naprawdę przyjacielem.
Bardzo wzruszyła mnie przyjaźń Marceliny z cudowną, ciepłą, wartościową kobietą Anną. To prawdziwy dar mieć kogoś takiego przy swoim boku.
Może powinnam opisać chociaż fragment treści, opowiedzieć o zwrotach akcji... Może, ale nie chcę, nie zrobię tego celowo, żeby nie dobierać wam przyjemności, jaką jest odkrywanie kolejnych sekretów tajemniczego wręcz magicznego Torunia, pięknego pierścienia, prawdziwej przyjażni i duszy Marceliny.
Napisałam, że Marcelina jest jedną z głównych bohaterek. A tak. Mimo iż jej losy są jakby kręgosłupem powieści, to wokół niej jest kilka równie ważnych osób, jak ona sama. Trudno więc w takiej sytuacji określić, kto jest tą jedyną najważniejszą postacią w książce.
Gorąco was zachęcam do lektury. Gwarantuję, że książka zawojuje was całkowicie, porwie na wędrówkę po zakamarkach Torunia, szlaku legend średniowiecznych i zmusi do zastanowienia się nad losem i własnym życiem, ot tak po prostu.
Plusem jest także wspaniałe wydanie – piękna, twarda okładka i magiczne zdjęcia toruńskich zaułków.
Studnię bez dnia czyta się błyskawicznie, idealna lektura na letnie (i nie tylko) popołudnie.
Podsumować książkę mogę tylko jednym cytatem: Tak wiele spotkań zależy od jednego zdarzenia. Gdyby nie ono... , a parafrazując – całe życie to często kwestia jednego przypadku.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane na urlopie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane na urlopie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 10 lipca 2012
poniedziałek, 9 lipca 2012
Wieczorny seans - Krzysztof Beśka
Wydawnictwo MG, Okładka miękka, 336 s., Moja ocena 5-/6
Nie produkuję recenzji taśmowo, nie czytam tak szybko, to po prostu zaległości recenzyjne książek przeczytanych na urlopie. W związku z tym, że jedną książkę tego autora zrecenzowałam rano, postanowiłam iść za ciosem...
Tym razem mamy do czynienia z kryminałem, jak najbardziej współczesnym, niestety ku mojemu ubolewaniu umiejscowionemu nie w mojej kochanej Łodzi, a w Warszawie. Nie, żebym cokolwiek miała przeciwko stolicy, ale zawsze bliższa koszula ciału...mimo, iż Warszawie Beśki absolutnie nic nie można zarzucić.
Tym razem mamy do czynienia z kryminałem, jak najbardziej współczesnym, niestety ku mojemu ubolewaniu umiejscowionemu nie w mojej kochanej Łodzi, a w Warszawie. Nie, żebym cokolwiek miała przeciwko stolicy, ale zawsze bliższa koszula ciału...mimo, iż Warszawie Beśki absolutnie nic nie można zarzucić.
Wieczorny seans to prawdziwy, miejski kryminał, do jakiego w ciągu ostatnich lat przyzwyczaiło nas wielu polskich autorów. Ten typ kryminału staje się coraz modniejszy. Szczerze, to marzy mi się kryminał z akcją rozgrywająca się na wsi, albo w bardzo małym miasteczku, ale takim naprawdę małym.
Jednym w/w działalność literacka wyszła lepiej, inni o dalszych próbach raczej powinni zapomnieć.
Krzysztofowi Beśce wyszło zdecydowanie dobrze. Zresztą wcale się temu nie dziwię, po lekturze Trzeciego brzegu Styksu należę do wiernych fanek autora.
Głównym bohaterem Wieczornego seansu jest warszawski komisarz Konstanty Podbiał.
Mimo że bardzo przykłada się do swojej pracy, nie jest typem grzecznego policjanta, wręcz przeciwnie. Podbiał jest narwany, ma momentami niewyparzony język, ale zna się na swojej robocie jak mało kto, jest nieustępliwy i ambitny, a bandytów tropi do upadłego. Taki rasowy policjant z dochodzeniówki, który nie za bardzo daje się okiełznać oraz wtłoczyć w ogólnie przyjęte ramki.
Niestety praca zawodowa i sukcesy w niej nie idą w parze z sukcesami w życiu prywatnym. No cóż, nie można mieć wszystkiego.
Żona komisarza – Kasia, właśnie złożyła pozew o rozwód, z czym nasz śledczy nie potrafi się pogodzić. Żona jest od lat miłością jego życia, nadal ja kocha i nie zgadza się na rozwód. Stara się poświęcić żonie, jak najwięcej czasu, ratować małżeństwo, ale służba nie drużba.
Wiem, wiem to oklepany motyw zarówno w serialach kryminalnych, jak i książkach, ale Beśce wyszedł całkiem, całkiem i doskonale pasuje do komisarza Podbiała.
Pewnego dnia zostaje zamordowany dyrektor potężnej firmy. Sprawa od początku o tyle się komplikuje, że potencjalnych sprawców jest wielu, dyrektor nie należał do najbardziej lubianych, ba nie należał nawet do mało lubianych; był typowym przykładem szefa korporacji z iście faszystowskimi zapędami. Nic więc dziwnego, że wielu życzyło mu śmierci i równie wielu z niej się ucieszyło. Dla komisarza to jednak niezbyt dobrze – lista podejrzanych jest z każdą chwilą coraz dłuższa i dłuższa....
Podbiał wraz z ekipą zaczynają prowadzić śledztwo. Mimo mnogości potencjalnych sprawców, sprawa wydaje się dosyć prosta. Do czasu jednak. Bardzo szybko okazuje się bowiem, że zabójstwo dyrektora to dopiero początek czarnej serii i zabawy w kotka, myszkę i widza kinowego....
Do kolejnego morderstwa dochodzi bardzo szybko. Ma ono miejsce na planie serialu, w którym (o ironio!) występuje żona Podbiała.
Trup ściele się więc gęsto, a żeby rozwiązać sprawę Podbiał musi sięgnąć w przeszłość i to nie tylko przeszłość ofiar. A cała intryga jest nierozerwalnie związana z kinem...klucza do zagadki należy szukać w przeszłości, kiedy to na mapie miasta znajdowały się jeszcze obiekty noszące upojne, socjalistyczne nazwy: Moskwa, Skarpa, Sawa, Relax, Syrena… stare dobre czasy:)
(…) Na szczęście i pan komisarz zdążył na wieczorny seans - zaśmiał się prześladowca. - Mimo że nie przewidujemy następnych, jest szansa na zawsze wpisać się w historię.
Więcej nie zdradzę, żeby nie psuć wam przyjemności lektury. Jeżeli chodzi o recenzję kryminałów nic mnie tak nie irytuje, jak za dużo zdradzonej fabuły.
Mogę tylko napisać, że zdecydowanie polecam Wieczorny seans nie tylko na letnie wieczory:).
Mamy tutaj dobrze skonstruowaną kryminalną intrygę, odpowiednio dawkowane napięcie i sporo obserwacji natury obyczajowo – społecznej + opisy współczesnej Warszawy ze wszystkimi jej plusami i minusami, które to o dziwo (dla mnie łodzianki) równoważą się. Beśka tak przedstawia Warszawę, że aż chce się zamieszkać w tym mieście:).
Mamy także sporo czarnego, zabarwionego gorzką ironią humoru, co akurat przypadło mi bardzo do gustu.
Wieczorny seans trzyma w napięciu, intryga jest nieżle skonstruowana, postacie bardzo wyraziste, morderca sprytny...polecam.
Krzysztofowi Beśce wyszło zdecydowanie dobrze. Zresztą wcale się temu nie dziwię, po lekturze Trzeciego brzegu Styksu należę do wiernych fanek autora.
Głównym bohaterem Wieczornego seansu jest warszawski komisarz Konstanty Podbiał.
Mimo że bardzo przykłada się do swojej pracy, nie jest typem grzecznego policjanta, wręcz przeciwnie. Podbiał jest narwany, ma momentami niewyparzony język, ale zna się na swojej robocie jak mało kto, jest nieustępliwy i ambitny, a bandytów tropi do upadłego. Taki rasowy policjant z dochodzeniówki, który nie za bardzo daje się okiełznać oraz wtłoczyć w ogólnie przyjęte ramki.
Niestety praca zawodowa i sukcesy w niej nie idą w parze z sukcesami w życiu prywatnym. No cóż, nie można mieć wszystkiego.
Żona komisarza – Kasia, właśnie złożyła pozew o rozwód, z czym nasz śledczy nie potrafi się pogodzić. Żona jest od lat miłością jego życia, nadal ja kocha i nie zgadza się na rozwód. Stara się poświęcić żonie, jak najwięcej czasu, ratować małżeństwo, ale służba nie drużba.
Wiem, wiem to oklepany motyw zarówno w serialach kryminalnych, jak i książkach, ale Beśce wyszedł całkiem, całkiem i doskonale pasuje do komisarza Podbiała.
Pewnego dnia zostaje zamordowany dyrektor potężnej firmy. Sprawa od początku o tyle się komplikuje, że potencjalnych sprawców jest wielu, dyrektor nie należał do najbardziej lubianych, ba nie należał nawet do mało lubianych; był typowym przykładem szefa korporacji z iście faszystowskimi zapędami. Nic więc dziwnego, że wielu życzyło mu śmierci i równie wielu z niej się ucieszyło. Dla komisarza to jednak niezbyt dobrze – lista podejrzanych jest z każdą chwilą coraz dłuższa i dłuższa....
Podbiał wraz z ekipą zaczynają prowadzić śledztwo. Mimo mnogości potencjalnych sprawców, sprawa wydaje się dosyć prosta. Do czasu jednak. Bardzo szybko okazuje się bowiem, że zabójstwo dyrektora to dopiero początek czarnej serii i zabawy w kotka, myszkę i widza kinowego....
Do kolejnego morderstwa dochodzi bardzo szybko. Ma ono miejsce na planie serialu, w którym (o ironio!) występuje żona Podbiała.
Trup ściele się więc gęsto, a żeby rozwiązać sprawę Podbiał musi sięgnąć w przeszłość i to nie tylko przeszłość ofiar. A cała intryga jest nierozerwalnie związana z kinem...klucza do zagadki należy szukać w przeszłości, kiedy to na mapie miasta znajdowały się jeszcze obiekty noszące upojne, socjalistyczne nazwy: Moskwa, Skarpa, Sawa, Relax, Syrena… stare dobre czasy:)
(…) Na szczęście i pan komisarz zdążył na wieczorny seans - zaśmiał się prześladowca. - Mimo że nie przewidujemy następnych, jest szansa na zawsze wpisać się w historię.
Więcej nie zdradzę, żeby nie psuć wam przyjemności lektury. Jeżeli chodzi o recenzję kryminałów nic mnie tak nie irytuje, jak za dużo zdradzonej fabuły.
Mogę tylko napisać, że zdecydowanie polecam Wieczorny seans nie tylko na letnie wieczory:).
Mamy tutaj dobrze skonstruowaną kryminalną intrygę, odpowiednio dawkowane napięcie i sporo obserwacji natury obyczajowo – społecznej + opisy współczesnej Warszawy ze wszystkimi jej plusami i minusami, które to o dziwo (dla mnie łodzianki) równoważą się. Beśka tak przedstawia Warszawę, że aż chce się zamieszkać w tym mieście:).
Mamy także sporo czarnego, zabarwionego gorzką ironią humoru, co akurat przypadło mi bardzo do gustu.
Wieczorny seans trzyma w napięciu, intryga jest nieżle skonstruowana, postacie bardzo wyraziste, morderca sprytny...polecam.
A za co ten minus przy ocenie? No cóż...sama nie wiem. Po prostu po Trzecim brzegu Styksu czuję pewien niewielki, minimalny, mikroskopijny wręcz niedosyt. Uważam, że Podbiała stać na jeszcze lepiej prowadzone śledztwo i mam nadzieje, że w kolejnej książce udowodni nam to. A poza tym, moim skromnym zdaniem, śledztwo umiejscowione w Łodzi byłoby ciekawsze:) Ale to moje subiektywne odczucie. Z kolei mój mąż, który także czytał obie książki uważa, że obie są świetne i...czepiam się. No, ale on nie jest łodzianinem:), to wszystko tłumaczy:). Niemniej jest to doskonały debiut jeżeli chodzi o kryminał miejski, współczesny, który mogę z czystym sumieniem polecić. .
Krzysztof Beśka to prozaik, dziennikarz, absolwent filologii polskiej w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie, urodzony w Mrągowie. Jest autorem tekstów piosenek oraz twórcą słuchowisk realizowanych przez Teatr Polskiego Radia. Wydał już kilka powieści, m.in: Wrzawę, Bumerang oraz Fabrykę Frajerów, za którą w 2009 r. otrzymał Literacką Nagrodę Warmii i Mazur. Wieczorny seans to, obok Trzeciego brzegu Styksu jego najnowsza powieść. Musze koniecznie sięgnąć po wcześniejsze książki autora. Cieszę się, że autor pracuje nad kolejnym kryminałem Ostatni rozkaz. Będzie to współczesny kryminał, ale z odniesieniami do powstania warszawskiego, ukaże się w Wydawnictwie MG na początku przyszłego roku.
A tu blog autora.
Trzeci brzeg Styksu - Krzysztof Beśka
Dom Wydawniczy Rebis, Okładka miękka, 392 s., Moja ocena 5,5/6
Odwiedzający mój blog od jakiegoś już czasu, wiedzą doskonale, że jestem wielbicielką (wręcz fanatyczną:)) mojego rodzinnego miasta, którym jest Łódż. Dlatego lektura kryminału Krzysztofa Beśki była dla mnie niesamowitą przyjemnością. Mam nadzieję, że uda mi się zachęcić was do sięgnięcia po tę książkę. Na prawdę warto.
Lekturę Trzeciego brzegu Styksu rozpoczęłam w samolocie lecąc na urlop i dawno lot nie minął mi tak szybko, nawet śmiało mogę stwierdzić, że za szybko. Akcja wciągnęła mnie od pierwszej strony i nie puściła :), aż do końca.Trzeci brzeg Styksu to pasjonujący kryminał retro + świetna książka obyczajowo – społeczno- historyczna rozgrywające się w Łodzi końca XIX wieku - tego jeszcze nie było. Od czasów Reymonta i fenomenalnej Ziemi Obiecanej, nikt z autorów nie pokusił się o umieszczenie akcji książki w fabrykanckiej Łodzi. Dlatego jestem w dwójnasób wdzięczna Krzysztofowi Beśce – za świetną książkę i za tak wspaniale ukazane tło historyczne i społeczne.
Wszystkie szczegóły i opisy ukazujące nam tło historyczne, obyczaje, ubrania, budownictwo, problemy, radości mieszkańców Łodzi z końca XIX w., autor przedstawia w fantastyczny sposób. Widać że zadał sobie bardzo dużo trudu, żeby te szczegóły odnależć, wyciągnąć na światło dzienne XXI w. Na pewno musiał myszkować po wielu książkach historycznych dot. Łodzi i okolic, oglądać dawne zdjęcia, rozmawiać z pasjonatami łódzkiej historii oraz historii przemysłu włókienniczego.
Dzięki temu czytając Trzeci brzeg Styksu przenosimy się do miasta dymiących kominów, pracujących pełną parą fabryk włókienniczych, rozkwitających i upadających fortun końca XIX w. Ziemia obiecana dla wielu, ziemia przeklęta dla innych. I taką Łódż (niezwykle autentyczną) genialnie ukazuje autor.
To właśnie klimat i realia ukazane przez autora tworzą tak niesamowitą książkę, jaką jest Trzeci brzeg Styksu.
Nie bez kozery jeden z bohaterów książki tak opisuje miasto:
Niektórzy ludzie (…), są przekonani, że Łódź to tylko setki wielkich fabryk, gdzie ludzie nie mają nic innego do roboty poza właśnie… robotą. Jedni przy maszynach, inni- przeliczając pieniądze, bo to też, wbrew pozorom, dość wyczerpujące zajęcie.(…)
Ale Łódź to także kraina wszelakiego występku i zbrodni. Mówią, że to miasto wybrukowane złotem. Może i tak, ale wszyscy doskonale wiedzą, że znajdziesz w nim pod stopami także błoto i wszelakie robactwo, i krew, bo przecież w tak wielkim organizmie, gdzie człowiek ciasno przy człowieku, sam pan rozumie…
Ale teraz kilka słów o samej fabule i wątku kryminalnym, który choć niezmiernie ważny, nie jest
jednak tym najważniejszym.
Pewnej nocy z pałacu bardzo zamożnego fabrykanta Friedricha Neumanna zostaje nocą porwany jego 6-letni syn. Policja rozpoczyna zakrojone na wielka skalę śledztwo, ale nie przynosi ono niestety pozytywnych rezultatów. Po kilkunastu dniach znika kolejne dziecko, tym razem inżyniera Szałkowskiego z fabryki Scheiblera. Miasto, a przede wszystkim rodziców zaczyna ogarniać panika.
W tym samym czasie do Łodzi przyjeżdża Andrzej Potulicki, zlicytowany szlachcic, i również przepada bez wieści. Wtedy na scenę wkraczają dwaj główni bohaterowie – detektywi Riepin i Raczyński. Na prośbę zrozpaczonej p. Neumann rozpoczynają śledztwo. Przy czym od razu trafiają na pewien trop, na który nie zwróciła uwagi policja. Prowadząc śledztwo stosują wiele niekonwencjonalnych (jak dla stróżów prawa) metod. Bardzo szybko udaje im się trafić na trop, który wiedzie do cyrku. Rozpoczyna się wyścig z czasem, a droga do poznania prawdy powiedzie poprzez podejrzane szynki, zadymione cukiernie, ruiny spalonych fabryk i ciemne zaułki, ale też pałace przemysłowego miasta.
Więcej nie zdradzę, żeby nie psuć wam przyjemności lektury tej wyjątkowej pozycji.
Zagłębiając się w kolejne strony książki będziecie mieli okazję poznać niesamowite miasto, jakim była fabrykancka Łódż, kalejdoskop najróżniejszych ludzkich postaci, które to miasto tworzyły oraz dwójkę detektywów, którzy niestrudzenie prowadzą śledztwo zgodnie ze wszystkimi klasycznymi jego kanonami.
Poza tym przeogromne bogactwo różnorodnych postaci – zarówno jeżeli chodzi o ich pochodzenie, charakter, wykonywane profesje jak i wiele innych aspektów. Beśka udowodnił, że tworząc tak barwną galerię bohaterów nie trzeba robić tego „po łebkach”, tworząc płytkie postacie, jak to się niestety wielu autorom zdarza. Wręcz przeciwnie, Beśka stworzył rzeszę pełnokrwistych, fascynujących postaci. I chwała mu za to.
Ogromny plusem jest także fakt, że mnogość wątków, które śledzimy jest bardzo klarownie przedstawiona, nic się nie myli w trakcie lektury, wszystkie wątki, problemy są doprowadzone konsekwentnie do końca, nic autor nie pozostawia tylko naszym domysłom.
Oby więcej takich pozycji na naszym rynku wydawniczym.
Dla mnie (miłośniczki dawnej Łodzi i doskonałej prozy) spotkanie z Trzecim brzegiem Styksu było niesamowitą frajdą, czego i wam życzę.
A autor trafia na listę moich ulubionych polskich pisarzy. Na urlopie przeczytałam jeszcze jeden z jego kryminałów Wieczorny seans, który niedługo zrecenzuję.
A jak należy rozumieć tytuł książki, ów Trzeci brzeg Styksu? Jak w jednym z wywiadów powiedział autor - (…) ów trzeci brzeg to pewien symbol tamtych czasów, końca XIX wieku. Wtedy niemożliwe okazywało się możliwe, fortuny rodziły się w ciągu jednego miesiąca i jeszcze szybciej upadały, a milioner zostawał żebrakiem. Ale nawet znalezienie się na brzegu mitycznej rzeki umarłych nie oznaczało końca, czyli wędrówki, a raczej rejsu na drugi brzeg. Zawsze przecież jest jakaś nadzieja...
![]() |
| Łódż końca XIX w. - zdjęcie ze zbiorów UMŁ. |
Obecnie autor pracuje następną częścią przygód bohaterów: Pozdrowienia z Londynu.
Jak sam mówi w jednym z wywiadów (...) książka jest na ukończeniu (...) Będzie sporo
znanych już bohaterów, ale i wielu nowych, ale rzecz dzieje się znów w
Łodzi, pod rządami nowego policmajstra. Myślę, że w księgarniach książka
pojawi się za rok.(...) Szkoda, że dopiero wtedy:(.niedziela, 8 lipca 2012
Kamienny manuskrypt - Luis Garcia Jambrina
Wydawnictwo WAM, Tytuł oryginalny: El manuscrito de piedra, Okładka miękka, 344 s., Moja ocena 4,5/6
Rozpoczynając lekturę Kamiennego manuskryptu, przenosimy się do 1497 r., do Hiszpanii, do Salamanki.
Tak od siebie dodam, że spalona słońcem Salamanka to jedno z najstarszych miast Hiszpanii, które 4 lata temu miałam okazję zwiedzić.
Salamanka słynie z tradycji uniwersyteckiej i mnóstwa zabytków, których
fasady wykuto w złotym piaskowcu pochodzącym z pobliskich kamieniołomów. Przepiękne miasto, bajkowe, odrobinę magiczne. Spacerując po historycznym centrum, miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie o kilka wieków.
Miasto leży w środku Półwyspu Iberyjskiego, na rozległym
płaskowyżu nad rzeką Tormes (jest stolicą prowincji o tej samej nazwie w
południowej części regionu Kastylia León).
Ale wracajmy do Kamiennego manuskryptu. Bohaterem jest młody student prawa Fernando de Rojas, który wraca po krótkim pobycie w rodzinnym domu do Salamanki. Mieszka w tym mieście od kilku lat i dzięki temu Kolegium Św. Bartłomieja (gdzie pobiera nauki) jest dla niego drugim domem, zdecydowanie czymś więcej niż tylko miejscem zdobywania wiedzy.
Miejsce to zostało założone w przez Diega de Anayę y Maldonado w 1401r.
Miejsce to zostało założone w przez Diega de Anayę y Maldonado w 1401r.
Była to pierwsza tego typu instytucja w Hiszpanii i to właśnie na jej wzór zakładano póżniej kolegia w całym kraju, a nawet poza jego granicami. Miejsce to nie było tylko bursą dla niezamożnych studentów, ale przede wszystkim ośrodkiem naukowym z prawdziwego zdarzenia. W zamian za możliwość kształcenia się, utrzymanie, uczniowie byli zobowiązani do niemal klasztornego życia. Całkowicie musieli poświęcić się nauce i modlitwie. Ale większości z nich to nie przeszkadzało inaczej nie mogliby sobie pozwolić na tak dobre wykształcenie.
Bezpośrednio po przybyciu do Salamanki Fernando zostaje wezwany do pałacu biskupiego. Tam dowiaduje się, że fray Tomas został w wyjątkowo okrutny i wyrachowany sposób zamordowany, zasztyletowano go przed główną bramą katedry. W ustach zamordowanego znaleziono monetę. Fernando dostaje zadanie wyjaśnienia dlaczego ofiara zginęła i co oznacza tajemnicza moneta.
Biskup nie bez kozery powierzył młodemu studentowi takie odpowiedzialne zadanie. Dzięki śledztwu, jakie wcześniej prowadził Fernando wykryto sprawcę kilku tajemniczych kradzieży, które wcześniej zdarzały się na uniwersytecie. W obu przypadkach detektyw – amator zaskarbił sobie szacunek i wdzięczność wykładowców.
Fernando rozpoczyna śledztwo, ale w najśmielszych przypuszczeniach nie domyśla się nawet, co go czeka.
Kilka dni po pogrzebie fray Tomasa do miasta przybywają - następca hiszpańskiego tronu oraz tajemnicza uliczna dziewka. Zdradzę tylko, że następca tronu ginie w tajemniczych okolicznościach, ale to nie jedyna ofiara, trup ściele się gęsto. Niebezpieczeństwo czyha także na samego Fernanda. Wszystko wskazuje, że zabójca w przypadku wszystkich ofiar jest ten sam. Ale czy na pewno?
Dodatkowo Fernando (jakby miał mało problemów) zaczyna mieć kłopoty z Inkwizycją i władzami kościelnymi, którym coraz bardziej nie w smak jest prowadzone śledztwo. A wiecie na pewno, co potrafiło Święte Oficjum, w zasadzie wszystko. W Hiszpanii pod koniec XV w., dla tego, kto wpadł w tryby Oficjum na ogół niestety nie było ratunku. Nic więc dziwnego, że nasz student – detektyw zaczyna mieć nie lada kłopoty, a mimo początkowej sympatii, coraz mniej osób chce mu pomóc. Fernando niespodziewanie znajduje się w samym centrum niezmiernie skomplikowanych intryg politycznych. Najmniejszy błąd może sprawić, że zginie.
Jak potoczą się losy młodego studenta – detektywa? Kto i dlaczego morduje? Co oznacza tajemnicza moneta?
Na te i inne pytania (a pytań jest sporo, bo w trakcie lektury mnożą się w tempie odwrotnie proporcjonalnym do ich wyjaśniania) znajdziecie odpowiedź w książce. Gorąco zachęcam do lektury. Autor jest u nas nieznany, ale warto dać mu szansę.
Książkę czyta się doskonale, głównie za sprawą lekkiego pióra, które jest cechą charakterystyczną Jambrina. Liczne fakty historyczne, jakie nam serwuje w książce są tak opisane, że ich lektura nie sprawi kłopotu, ani nie znudzi nawet najbardziej zagorzałych przeciwników powieści historycznych.
Co prawda w ciągu ostatnich kilku lat wydano całkiem sporą liczbę książek z akcją osadzoną w Hiszpanii w okresie od XIII do XVIII w., ale ich poziom był bardzo (oględnie pisząc) nierówny. Kilka z nich, mimo wspaniałej reklamy, wyjątkowo nie przypadło mi do gustu, po prostu znudziło mnie. Dlatego też do Kamiennego manuskryptu podchodziłam z lekkim dystansem, ale bardzo mile się rozczarowałam.
Bezpośrednio po przybyciu do Salamanki Fernando zostaje wezwany do pałacu biskupiego. Tam dowiaduje się, że fray Tomas został w wyjątkowo okrutny i wyrachowany sposób zamordowany, zasztyletowano go przed główną bramą katedry. W ustach zamordowanego znaleziono monetę. Fernando dostaje zadanie wyjaśnienia dlaczego ofiara zginęła i co oznacza tajemnicza moneta.
Biskup nie bez kozery powierzył młodemu studentowi takie odpowiedzialne zadanie. Dzięki śledztwu, jakie wcześniej prowadził Fernando wykryto sprawcę kilku tajemniczych kradzieży, które wcześniej zdarzały się na uniwersytecie. W obu przypadkach detektyw – amator zaskarbił sobie szacunek i wdzięczność wykładowców.
Fernando rozpoczyna śledztwo, ale w najśmielszych przypuszczeniach nie domyśla się nawet, co go czeka.
Kilka dni po pogrzebie fray Tomasa do miasta przybywają - następca hiszpańskiego tronu oraz tajemnicza uliczna dziewka. Zdradzę tylko, że następca tronu ginie w tajemniczych okolicznościach, ale to nie jedyna ofiara, trup ściele się gęsto. Niebezpieczeństwo czyha także na samego Fernanda. Wszystko wskazuje, że zabójca w przypadku wszystkich ofiar jest ten sam. Ale czy na pewno?
Dodatkowo Fernando (jakby miał mało problemów) zaczyna mieć kłopoty z Inkwizycją i władzami kościelnymi, którym coraz bardziej nie w smak jest prowadzone śledztwo. A wiecie na pewno, co potrafiło Święte Oficjum, w zasadzie wszystko. W Hiszpanii pod koniec XV w., dla tego, kto wpadł w tryby Oficjum na ogół niestety nie było ratunku. Nic więc dziwnego, że nasz student – detektyw zaczyna mieć nie lada kłopoty, a mimo początkowej sympatii, coraz mniej osób chce mu pomóc. Fernando niespodziewanie znajduje się w samym centrum niezmiernie skomplikowanych intryg politycznych. Najmniejszy błąd może sprawić, że zginie.
Jak potoczą się losy młodego studenta – detektywa? Kto i dlaczego morduje? Co oznacza tajemnicza moneta?
Na te i inne pytania (a pytań jest sporo, bo w trakcie lektury mnożą się w tempie odwrotnie proporcjonalnym do ich wyjaśniania) znajdziecie odpowiedź w książce. Gorąco zachęcam do lektury. Autor jest u nas nieznany, ale warto dać mu szansę.
Książkę czyta się doskonale, głównie za sprawą lekkiego pióra, które jest cechą charakterystyczną Jambrina. Liczne fakty historyczne, jakie nam serwuje w książce są tak opisane, że ich lektura nie sprawi kłopotu, ani nie znudzi nawet najbardziej zagorzałych przeciwników powieści historycznych.
Co prawda w ciągu ostatnich kilku lat wydano całkiem sporą liczbę książek z akcją osadzoną w Hiszpanii w okresie od XIII do XVIII w., ale ich poziom był bardzo (oględnie pisząc) nierówny. Kilka z nich, mimo wspaniałej reklamy, wyjątkowo nie przypadło mi do gustu, po prostu znudziło mnie. Dlatego też do Kamiennego manuskryptu podchodziłam z lekkim dystansem, ale bardzo mile się rozczarowałam.
Intryga kryminalna i kolejne etapy śledztwa są doskonale opisane, aura tajemniczości, spisków, intryg sprawia, że lektura jest naprawdę wciągająca.
Oczywiście, książka nie każdemu musi się spodobać, ale mam nadzieję, że dacie jej szansę i sięgniecie po nią. Jestem ciekawa waszych wrażeń po lekturze.
Kamienny manuskrypt to powieść detektywistyczna z bogatym wątkiem historycznym i bardzo plastycznie odmalowanymi realiami epoki. Seria Labirynty w jakiej książka została wydana gwarantuje wysoki jej poziom. Nic dziwnego, że książka uhonorowana została V Międzynarodową Nagrodą Ciudad de Zaragoza za najlepszą powieść historyczną 2009 r.
Polecam na lato, ale nie tylko.
Oczywiście, książka nie każdemu musi się spodobać, ale mam nadzieję, że dacie jej szansę i sięgniecie po nią. Jestem ciekawa waszych wrażeń po lekturze.
Kamienny manuskrypt to powieść detektywistyczna z bogatym wątkiem historycznym i bardzo plastycznie odmalowanymi realiami epoki. Seria Labirynty w jakiej książka została wydana gwarantuje wysoki jej poziom. Nic dziwnego, że książka uhonorowana została V Międzynarodową Nagrodą Ciudad de Zaragoza za najlepszą powieść historyczną 2009 r.
Polecam na lato, ale nie tylko.
A tu na zdjęciu sam autor - Luis Garcia Jambrina, ur. w 1960r. w Zambronie w Hiszpanii. Obecnie wykłada na Uniwersytecie w Salamancie i pisze kolejne książki, artykuły.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







