czwartek, 1 października 2026

Czerwony krzyż - Sasza Filipenko

 


Wydawnictwo Noir sur Blanc, Moja ocena 5,5/6
Czerwony dom to bardzo poruszająca powieść o żałobie, pamięci i tajemnicach, które potrafią przetrwać całe pokolenia. Autor łączy historię dwojga samotnych ludzi z szeroką opowieścią o XX-wiecznej historii, pokazując, że przeszłość nie zawsze pozostaje przeszłością. Czasem wraca niespodziewanie – w słowach drugiego człowieka, w jego wspomnieniach i w prawdzie, której przez lata nikt nie miał odwagi wypowiedzieć.
Głównym bohaterem jest Sasza, młody wdowiec, który po śmierci żony musi nauczyć się żyć na nowo. Jego sytuacja jest szczególnie trudna – kobieta umarła poświęcając się, by urodzić ich córkę, a mężczyzna zostaje sam z niemowlęciem i ogromnym poczuciem straty. Przeprowadzka do Mińska ma być początkiem nowego życia Jednak nic z tego nie wychodzi. Nowe miejsce to pustka i samotność. Sasza musi odnaleźć się nie tylko w obcym mieście, lecz także w nowej roli – ojca, który nie może pozwolić sobie na rozpacz.
Wtedy pojawia się Tatiana – dziewięćdziesięcioletnia sąsiadka cierpiąca na chorobę Alzheimera. Początkowo ich relacja może wydawać się przypadkowym spotkaniem dwóch zupełnie różnych światów. Młody mężczyzna, pogrążony w żałobie i starsza kobieta z Alzheimerem. Szybko się okaże, że to szeroko rozumiana pamięć jest osią i sednem tej opowieści. 
Tatiana zaczyna opowiadać Saszy o swoim życiu. Jej wspomnienia przenoszą nas do wojennej Moskwy, czasów miłości, zdrady i stalinowskich represji. Filipenko pokazuje historię nie jako zbiór dat i wydarzeń, lecz jako doświadczenie pojedynczego człowieka. Wielka polityka i wielkie tragedie XX wieku zostają sprowadzone do tego, co najbardziej osobiste: strachu, utraconych bliskich, trudnych wyborów, poczucia winy i konieczności życia z konsekwencjami własnych decyzji.
Najbardziej poruszająca jest właśnie relacja Saszy i Tatiany. Oboje są na swój sposób samotni i obciążeni przeszłością. Ona nosi w sobie tajemnicę, której przez dziesięciolecia nie potrafiła lub nie chciała ujawnić. On próbuje poradzić sobie ze śmiercią żony i odpowiedzialnością za córkę. Autor bardzo ciekawie pokazuje, jak historia potrafi zmuszać ludzi do podejmowania decyzji, których konsekwencje odczuwają oni sami oraz kolejne pokolenia.
Dużą siłą powieści jest zestawienie dwóch perspektyw czasowych. Historia Tatiany należy do przeszłości, ale jej konsekwencje oddziałują na teraźniejszość Saszy. Dzięki temu książka staje się opowieścią nie tylko o tym, co wydarzyło się przed laty, lecz także o dziedziczeniu pamięci i emocji. To, co przemilczane przez rodziców i dziadków, może powrócić w życiu ich dzieci i wnuków. Bardzo poruszająca kwestia. 
Czerwony dom nie jest książką łatwą ani szczególnie lekką. To powieść o stracie, wojnie, represjach, samotności i konsekwencjach ludzkich decyzji. Najwięcej emocji rodzi się z relacji między bohaterami – z rozmów, drobnych gestów i stopniowo budowanego zaufania.
Sasza Filipenko stawia przy tym pytania, na które nie daje prostych odpowiedzi. Ile jesteśmy winni przeszłości? Czy można naprawdę zacząć życie od nowa, jeśli nie uporamy się z tym, co było? Czy poznanie cudzej historii może zmienić sposób, w jaki patrzymy na własne życie? I pytanie, które nurtuje mnie od dawna - czy prawda zawsze przynosi ulgę?
Czerwony dom pozostawia po sobie przede wszystkim refleksję nad tym, jak cienka jest granica między pamięcią a zapomnieniem oraz jak bardzo nasze życie może być związane z historiami ludzi, którzy żyli przed nami. To książka o dwóch samotnych osobach, które przypadkowo spotykają się w odpowiednim – choć bardzo trudnym – momencie. Gorąco polecam.

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 


 

niedziela, 27 września 2026

Niedom - Magdalena Katarzyna Bajor

 


Wydawnictwo Marginesu, Moja ocensa 5/6
Niedom to smutna, ale bardzo poruszająca książka o ludziach, którzy po wojnie próbują zacząć życie od nowa. Helena i Henryk wyjeżdżają z Małopolski na Dolny Śląsk. Zabierają ze sobą niewiele, ale mają nadzieję, że uda im się stworzyć spokojny dom dla swojej rodziny.
Szybko okazuje się jednak, że koniec wojny nie oznacza końca problemów. Nowe miejsce jest pełne obcych ludzi, różnych języków, lęku i trudnych wspomnień. 
Najbardziej poruszył mnie temat domu. W książce dom nie jest tylko miejscem, w którym się mieszka. To przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa, bliskość i rodzina. Bohaterowie bardzo chcą je mieć, ale los sprawia, że trudno im je odnaleźć. Szczególnie mocno pokazana jest więź między matką a dzieckiem oraz to, jak bolesne wydarzenia mogą wpływać na kolejne pokolenia.
Książka pokazuje też, że wojna nie kończy się w momencie, kiedy przestają strzelać. Jej skutki mogą zostać w człowieku na wiele lat i wpływać na jego rodzinę oraz życie dzieci.
Niedom nie jest łatwą i lekką lekturą, ale daje dużo do myślenia. To opowieść o stracie, nadziei, rodzinie i próbie ułożenia sobie życia mimo wszystkiego, co się wydarzyło. Myślę, że szczególnie zapadnie w pamięć osobom, które lubią historie rodzinne i książki pokazujące, jak wielka historia wpływa na zwykłych ludzi. A jest tej dużej historii sporo. Autorka pokazuje pierwsze lata po II wojnie światowej i ogromne zmiany, jakie wtedy zachodziły na Dolnym Śląsku. Pojawia się temat tzw. Ziem Odzyskanych, na które po wojnie przyjeżdżali Polacy z różnych części kraju, a wcześniejsi niemieccy mieszkańcy tych terenów byli wysiedlani. Ludzie musieli opuszczać swoje domy i zaczynać życie w zupełnie nowych miejscach. Autorka pokazuje również powojenny chaos i niepewność. Na jednym terenie spotykają się ludzie z różnych stron Polski, a także osoby, które mają za sobą bardzo różne doświadczenia wojenne. W książce obecne są więc problemy przesiedleń, utraty domu, obcości i trudności z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Ważnym elementem historii są także ślady II wojny światowej w psychice ludzi. Książka pokazuje też, że wojna nie kończy się w momencie, kiedy przestają strzelać. Jej skutki mogą zostać w człowieku na wiele lat i wpływać na jego rodzinę oraz życie dzieci. Jest to szczefólnie poruszające w kontekście czasów w jakich żyjemy. 
To wszystko splecione z małą, jednostkową historią tworzy wyjątkową opowieść. 
To książka o prostym marzeniu – żeby mieć swój dom i móc spokojnie żyć. I właśnie dlatego jej historia wydaje się tak bliska i prawdziwa.

 

czwartek, 24 września 2026

Cienie Turynu - Carlo Fruttero, Franco Lucentini

 



Wydawnictwo Noir sur Blanc, Moja ocena 5/6
Cienie Turynu to ciekawy i nietypowy kryminał. Książka łączy zagadkę morderstwa z humorem, ironią i obserwacją życia bogatych mieszkańców tytułowego miasta. Chociaż głównym tematem jest śledztwo, autorzy pokazują także, że ludzie z wyższych sfer nie zawsze są tak idealni, jak mogłoby się wydawać.
Akcja książki rozgrywa się w Turynie. Na początku miasto wydaje się spokojne i dobrze zorganizowane. Szybko okazuje się jednak, że pod tą spokojną powierzchnią kryje się wiele tajemnic. Dochodzi do morderstwa znanego architekta, który nie cieszył się dobrą opinią. Sam sposób jego zabójstwa jest bardzo nietypowy, ponieważ narzędziem zbrodni jest kamienny fallus. Już sam ten szczegół sprawia, że książka różni się od wielu innych kryminałów.
Śledztwo prowadzi komisarz Santamaria. Jest on spokojnym, poważnym i dokładnym policjantem. Nie daje się łatwo zwieść pozorom. Musi rozmawiać z wieloma osobami, które należą do bogatej i wpływowej części społeczeństwa. Każda z tych osób ma własne problemy, sekrety i powody, żeby nie mówić całej prawdy. Komisarz stopniowo odkrywa kolejne informacje i próbuje połączyć je w całość.
Jedną z ciekawszych rzeczy w książce są bohaterowie. Nie są oni przedstawieni jako osoby całkowicie dobre albo złe. Często zachowują się w sposób dziwny lub śmieszny. Widać, że bardzo zależy im na opinii innych ludzi, pieniądzach i swoim miejscu w społeczeństwie. Jednocześnie za eleganckim wyglądem i dobrymi manierami kryją się zazdrość, kłamstwa i różne konflikty.
Autorzy w zabawny sposób pokazują również bogatą burżuazję Turynu. Nie robią tego jednak wprost. Często posługują się ironią. Dzięki temu czytelnik może zauważyć, że niektóre zachowania bohaterów są po prostu śmieszne. Ludzie, którzy chcą wyglądać na bardzo inteligentnych i wyjątkowych, czasami zachowują się absurdalnie. Autorzy pokazują w ten sposób, że bogactwo i wysoka pozycja społeczna nie sprawiają, że człowiek staje się lepszy od innych.
Podobało mi się również połączenie kryminału z humorem. Z jednej strony mamy morderstwo, śledztwo i tajemnicę, a z drugiej wiele zabawnych sytuacji i dziwnych zachowań bohaterów. Dzięki temu książka nie jest cały czas ponura. Humor sprawia, że czyta się ją trochę lżej, mimo że opowiada o poważnej sprawie.
Ważną zaletą książki jest też atmosfera. Turyn został przedstawiony jako miasto, które ma dwie strony. Z jednej strony jest elegancki, spokojny i uporządkowany. Z drugiej strony kryje wiele tajemnic, konfliktów i dziwnych zachowań. Taki obraz miasta dobrze pasuje do całej historii. Pokazuje, że rzeczy nie zawsze są takie, jak wyglądają na pierwszy rzut oka.
Moim zdaniem największą zaletą Cieni Turynu jest oryginalność. To nie jest zwykły kryminał, w którym najważniejsze jest tylko znalezienie mordercy. Autorzy wykorzystują historię kryminalną, aby pokazać ludzi, ich słabości i problemy. Dzięki temu książka ma nie tylko ciekawą zagadkę, ale również drugie dno.
Cienie Turynu poleciłabym osobom, które lubią kryminały, ale szukają czegoś innego niż typowa historia o policjancie i mordercy. Polecam. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 


 

niedziela, 20 września 2026

Odzyskana. Namaluj słowami dobre życie - Agnieszka Kozak

 


Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 4,5/6

Agnieszka Kozak w książce Odzyskana. Namaluj słowami dobre życie zaprasza czytelniczki w podróż. Celem jest spotkanie z samą sobą i  namalowanie swojego życia od nowa. Napiszecie - banał. Nic bardziej mylnego.
To wartościowa i potrzebna książka, którą trudno potraktować wyłącznie jak poradnik. Jest raczej zaproszeniem do zatrzymania się, do wsłuchania w siebie. Chodzi także o zadanie sobie pytań, na które w codziennym pędzie często nie mamy czasu albo odwagi odpowiedzieć.
Autorka prowadzi czytelniczkę przez sześć doświadczeń: satysfakcję, miłość, radość, dumę, swobodę i nadzieję. To bardzo ciekawy kierunek, ponieważ książka nie koncentruje się wyłącznie na ranach, trudnościach i tym, co w naszym życiu wymaga naprawy. Pokazuje również, że dobre życie można budować poprzez świadome zauważanie tego, co daje nam energię, poczucie sensu i wewnętrzną zgodę.
Najbardziej podoba mi się to, że czytelniczka nie jest jedynie odbiorczynią gotowych rad. Staje się współautorką własnej historii. Książka nie jest tylko zbiorem porad. Czytelniczka ma w niej swoje miejsce – może zapisywać myśli, emocje i wspomnienia. Dzięki temu można lepiej przyjrzeć się sobie i temu, co czujemy.
W trakcie lektury miałam wrażenie, że autorka nie mówi do mnie jak do czytelniczki, ale jak do kobiety, która czasami jest zmęczona, pogubiona i zapomina o sobie. Agnieszka Kozak potrafi nawiązac z czytelniczką wyjątkową więź.
Odzyskana przypomina, że mamy prawo myśleć o sobie, swoich potrzebach i marzeniach. Że nie zawsze musimy być silne, zadowalać innych i robić wszystko tak, jak od nas oczekują.
Podoba mi się metafora malowania. Możemy mieć wrażenie, że ktoś inny przez lata trzymał pędzel i nakładał na nasze płótno kolejne kolory: „powinnaś”, „nie możesz”, „nie jesteś wystarczająco dobra”, „musisz być…”. Autorka zachęca, aby ten pędzel wziąć z powrotem do własnych rąk. Nie po to, by wymazać całą przeszłość, lecz by nadać jej nowe znaczenie i zdecydować, jakie kolory chcemy dodać teraz.
To również książka o sprawczości. O tym, że odzyskanie siebie nie musi oznaczać wielkiej rewolucji. Czasem zaczyna się od małego „tak” dla siebie, od zauważenia własnej potrzeby, od pozwolenia sobie na radość, odpoczynek, dumę czy swobodę. A czasem od nadziei – nawet bardzo kruchej.
Odzyskana jest publikacją skierowaną przede wszystkim do kobiet i ma charakter terapeutyczny oraz rozwojowy. Autorka, Agnieszka Kozak, jest psycholożką, terapeutką, coachem i nauczycielką akademicką, a jej wcześniejsze książki również koncentrują się wokół psychologii relacji, własnej historii i procesu uwalniania się od ograniczających przekonań. 
Kozak przypomina, że dobre życie nie musi być życiem idealnym. Może być życiem bardziej własnym. Bardziej świadomym. Takim, w którym jest miejsce zarówno na przeszłość i jej rany, jak i na radość, miłość, dumę, satysfakcję, swobodę oraz nadzieję.
I chyba właśnie dlatego tytuł tej książki jest tak trafny. Nie chodzi o to, żeby stać się kimś innym. Chodzi o to, żeby wrócić do siebie. Książka skłoniła mnie do zadania sobie kilku pytań: Czego naprawdę chcę? Co daje mi radość? Kiedy ostatnio zrobiłam coś tylko dla siebie? Czy żyję tak, jak chcę, czy tak, jak oczekują tego inni? Myślę, że wiele kobiet może odnaleźć w tej książce kawałek siebie. Szczególnie te, które przez lata były przede wszystkim dla innych i gdzieś po drodze zapomniały o sobie. To książka pełna ciepła i nadziei. Nie daje gotowych odpowiedzi na wszystkie problemy, ale zachęca, żeby samemu ich poszukać. Dla mnie Odzyskana jest przypomnieniem, że zawsze można zacząć od nowa. Można odzyskać siebie, swoje marzenia i radość z życia. Czasami wystarczy zrobić pierwszy krok. Polecam.


Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)  

 

sobota, 19 września 2026

Na tej ziemi - Theis Ørntoft

 


Wydawnictwo Poznańskie, Moja ocena 5,5/6
Nietypowa, obszerna książka, która nawet dla mnie - miłośniczki literatury skandynawskiej, była wyzwaniem. Bez wątpienia to trudna lektura, taka która na długo zostanie gdzieś z tyłu mojej głowy. Chaos, który początkowo może przerażać. Dodatkowo mnóstwo dygresji. Jednak warto zadać sobie trud. 
Wszystko zaczyna się od śmierci seniora. Pogrzeb staje się okazją do spotkania rodzeństwa – Rhei, Miriam i Joela – oraz ich matki Alice. Ale tak naprawdę jest to dopiero początek. Autor zabiera nas w podróż przez historię kilku pokoleń, pokazując, jak bardzo jesteśmy związani z tymi, którzy byli przed nami. I jak wiele z ich wyborów, miłości, tajemnic i błędów może w jakiś sposób stać się także częścią naszego życia.
Czy jest to saga? Tak i nie. Jest to książka o rodzinie, ale nie tylko. Najwięcej w treści jest o miłości, która potrafi przetrwać lata, o wybaczaniu, o powiązaniu z przeszłością. Bardzo duża część historii traktuje o tajemnicach, które czasem zamiast znikać, przechodzą z pokolenia na pokolenie.
Bardzo podobało mi się to, jak autor połączył prywatną historię bohaterów z większym obrazem świata. Mamy Danię lat 60., Hamburg, Nowy Jork po 11 września, współczesną Kopenhagę, a później rok 2036. Zmieniają się miejsca i czasy, ale pewne rzeczy pozostają takie same – potrzeba bliskości, miłości, bezpieczeństwa i szukania swojego miejsca na ziemi. Te asektym marzenia, potrzeby są uniwersaknem niezależnie od tego kiedy i gdzie żyjemy. 
Bardzo dużo (jeżeli nie najwięcej) jest też o ziemi, naszym domu, który bardzo szybko tracimy. Ørntoft pisze o naturze, kryzysie, kapitalizmie i lęku przed przyszłością. Te wielkie tematy przeplatają się z życiem zwykłych ludzi. Dzięki temu łatwiej poczuć, że problemy świata nie są czymś odległym. One dotyczą nas wszystkich tu i teraz.
Momentami ta książka jest smutna. Momentami niepokojąca. Nie ukrywam, jest też trudna i wymaga od czytelnika skupienia. Jednocześnie jest w niej mnóstwo ciepła, empatii, wrażliwości jeżeli chodzi o ukazanie relacji między ludźmi. Bo mimo wszystkich katastrof, lęków i niedoskonałości świata pozostaje coś bardzo prostego – jesteśmy sobie potrzebni. I to jest najważniejszy wniosek tej książki, nieomal jej przesłanie. 
Na tej ziemi to książka o świecie, który trochę się rozpada, ale także o tym, co mimo wszystko warto próbować ocalić. O miłości, rodzinie, pamięci, o drugim człowieku.
Po skończeniu lektury pozostałam z poczuciem niepokoju, ale też z myślą, że może właśnie w tych małych, bliskich rzeczach – w relacjach, wspomnieniach i miłości – kryje się coś, co naprawdę ma znaczenie.
To nie jest książka, którą tylko się czyta. To książka, nad którą jeszcze długo się myśli. Polecam.

 

środa, 16 września 2026

Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji - Maryla Laurent, Sylvie Aprile , Monika Salmon-Siama, Elżbieta Łątka-Likh, Janine Ponty




Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 5,5/6
Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji to książka ważna przede wszystkim dlatego, że pozwala usłyszeć głosy kobiet, które przez lata pozostawały na marginesie wielkich historycznych opowieści. Autorzy sięgają do niezwykle cennego źródła: listów polskich robotnic rolnych, które w latach 30. XX wieku wyjechały do pracy we Francji.
W tamtym okresie Francja nie była dla młodych Polek miejscem łatwym. Nasze bohaterki przyjeżdżały głównie z polskich wsi, na ogół bez znajomości języka i bez pewności, gdzie dokładnie trafią. Czekała na nie ciężka praca na farmach i w gospodarstwach, rozłąka z rodziną, samotność, a czasem także wyzysk i przemoc. W tych warunkach pisały listy do Julii Lachowicz-Duval, lwowianki, absolwentki Sorbony i inspektorki zajmującej się polskimi emigrantkami. Zwracały się do niej z zaufaniem – „Kochana Mamusiu”, „Droga Pani i Matko nasza” – prosząc o pomoc, radę i zwykłe ludzkie wsparcie.
To właśnie listy są największą siłą tej książki. Nie są jedynie materiałem historycznym, ale bezpośrednim świadectwem codziennego życia kobiet: ich pracy, tęsknoty, problemów rodzinnych, miłości, macierzyństwa i prób odnalezienia się w obcym kraju. Dzięki nim historia nabiera osobistego wymiaru. Zamiast anonimowej grupy „polskich emigrantek” widzimy konkretne kobiety, ich emocje, lęki, nadzieje i determinację.
Skala korespondencji, która zachowała się do naszych czasów, robi ogromne wrażenie. W Archiwum Departamentu Indre i Loary zachowało się około 1300 listów polskich imigrantek. Jest to jednak tylko część zbioru, ponieważ zachowana alfabetyczna lista nazwisk nadawczyń urywa się na literze „K”. Listy te zostały opracowane i przetłumaczone na język francuski przez zespół francuskich i polskich badaczek: Sylvie Aprile, Marylę Laurent, Elżbietę Łątkę-Likh, Monikę Salmon-Siamę i Janine Ponty. Wielkie podziękowania dla wszystkich pań badaczek i tłumaczek. Ich wkład jest nieoceniony. Dzieki nim mamy szanse poznać niezwykły fragmnt historii Polek na emigracji. 
W książce znalazło się 131 świadectw kobiet, które w pierwszej połowie lat 30. XX wieku szukały we Francji lepszego i bardziej godnego życia. Ich historie pokazują, jak wiele odwagi wymagało opuszczenie rodzinnej wsi i podjęcie pracy setki kilometrów od domu, w obcym kraju, w którym się nikogo nei zna i niczego nie rozumie. 
Polki w polu zdecydowanie warto przeczytać czytać. Podstawowy powód to oddanie hołdu tym niezwykłym kobietom oraz szansa na poznanie niezwykłego fragmentu historii naszych rodaczek. Gorąco zachęcam do lektury.
Jest to książka przede wszystkim dokumentalna i historyczna. Z tego też powodu nie należy oczekiwać klasycznej, wartkiej narracji. Jej siła tkwi gdzie indziej – w autentyczności zachowanych świadectw i możliwości obcowania z tekstami powstałymi niemal sto lat temu. Dzięki pracy badaczek listy, które mogły pozostać wyłącznie archiwalnym dokumentem, otrzymują nowe życie i trafiają do współczesnego czytelnika.
Polki w polu to książka spokojna, przejmująca, ale przede wszystkim potrzebna. Uzupełnia ona obraz i historię polskiej emigracji. Poznajemy jej wyjątkowy fragment. Poza tym oddajemy hołd prostym, ubogim i jakże odważnym kobietom ze wsi. Ówczesny los kobiet na wsi był okropny. Książka ta prezentuje bohaterki w innej, sprawczej roli, a nie tylko w charakterze biernych, podporządkowanych mężczyznom ofiar. To opowieść o ciężkiej pracy i tęsknocie, ale także o odwadze, solidarności i walce o własną godność. Warto po nią sięgnąć, szczególnie jeśli interesują nas historie zwykłych ludzi, kobiece doświadczenia oraz te fragmenty przeszłości, które przez długi czas pozostawały poza głównym nurtem opowieści. Zdecydowanie polecam. Polki w polu bardzo mnie poruszyły i na zawsze zostaną w mojej pamięci. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

niedziela, 13 września 2026

Zdrajcy, tchórze i kolaboranci. Portrety upadku - Krzysztof Drozdowski

 


Wydawnictwo Replika, Moja ocena 5/6
Historia II wojny światowej przez lata obrastała w symbole, pomniki i wielkie nazwiska. Pamiętamy bohaterów, powstania, bitwy i ludzi, którzy potrafili zachować godność w świecie pozbawionym niemal wszystkich normalnych zasad. Znacznie rzadziej zaglądamy jednak po drugiej stronie tej opowieści – tam, gdzie pojawiają się donosiciele, szmalcownicy, agenci, oportuniści i kolaboranci. Niestety, ale takich ludzi też było dużo. 
Krzysztof Drozdowski w książce Zdrajcy, tchórze i kolaboranci. Portrety upadku decyduje się właśnie na takie, inne spojrzenie. Autor stawia pytania, na które nie zawsze można odpowiedzieć jednym słowem i które oburzą wielu. I właśnie za tę odwagę należy tę książkę docenić.
Największą zaletą publikacji jest jej temat, ale jeszcze większą – sposób, w jaki go przedstawiono. Drozdowski nie ogranicza się bowiem do prostego wyliczenia osób, które zapisały się na kartach historii po jej ciemnej stronie. Próbuje przyjrzeć się mechanizmom, które prowadziły ludzi do zdrady, współpracy czy moralnego kompromisu. To ważne, gdyż często na wojnie nic nie jest tylko białe czy czarne.
W normalnym świecie łatwo powiedzieć, że należy być odważnym. W świecie okupacji odwaga oznaczała jednak często realne ryzyko śmierci – własnej lub najbliższych. Łatwo powiedzieć, że nie wolno współpracować z okupantem. Znacznie trudniej zrozumieć, gdzie kończyła się wymuszona uległość, a zaczynała świadoma kolaboracja. I właśnie ta granica interesuje autora najbardziej. Czy volksdeutsch był zawsze zdrajcą? Czy każdy funkcjonariusz policji granatowej był tylko narzędziem okupanta? Czy człowiek, który próbował ratować własne życie lub rodzinę, powinien być oceniany dokładnie tak samo jak ktoś, kto dla pieniędzy lub kariery świadomie wydawał innych w ręce wroga? Nie ma tu łatwych odpowiedzi. I bardzo dobrze.
Co ważne, już same pytania potrafią być bardziej interesujące niż gotowe odpowiedzi. Czy organizacje określane jako konspiracyjne rzeczywiście kierowały się wyłącznie walką z okupantem? A może część z nich myślała już wtedy przede wszystkim o Polsce, która miała powstać po wojnie?
Takie pytania burzą wygodny obraz przeszłości, jaki do tej pory nam serwowano.
Zrozumieć nie znaczy usprawiedliwić. Drozdowski stara sie zrozumieć, ale w najmniejszym nawet stopniu nie usprawiedliwia. Zrozumienie motywów nie oznacza usprawiedliwienia czynów.
Można próbować zrozumieć człowieka, który ze strachu podjął złą decyzję, i jednocześnie uznać tę decyzję za moralnie naganną. Można analizować okoliczności, które doprowadziły do zdrady, bez odbierania odpowiedzialności osobie, która jej dokonała. To rozróżnienie jest niezwykle istotne, szczególnie w przypadku historii wojennej.
Wspomniałam o ciekawych kwestiach, pytaniach, tematach. Jednym z nich jest problem policji granatowej oraz volksdeutschów – tematów, które doskonale pokazują, jak niebezpieczne jest stosowanie zbiorowych ocen.
Wojna wymuszała funkcjonowanie w systemach stworzonych przez okupanta. Nie każdy, kto znalazł się wewnątrz takiego systemu, miał identyczne motywacje i identyczny zakres odpowiedzialności. Jedni podporządkowywali się ze strachu, inni wykorzystywali sytuację dla własnych korzyści, jeszcze inni mogli próbować działać na rzecz swoich rodaków.
To nie oznacza, że odpowiedzialność znika. Oznacza natomiast, że historia wymaga od nas czegoś więcej niż szybkiego osądu.
I właśnie w tym miejscu książka staje się szczególnie interesująca. Zamiast pytać wyłącznie „kto był dobry, a kto zły?”, zachęca do zadania znacznie trudniejszego pytania: „jak doszło do tego, że ten człowiek znalazł się właśnie po tej stronie?”.
Wojna była również walką o przyszłą Polskę
Ważnym elementem tej historii jest także działalność Gwardii Ludowej i Armii Ludowej.
Okupowana Polska nie była politycznym monolitem. Różne środowiska konspiracyjne miały odmienne wizje przyszłości kraju, a walka z Niemcami nie oznaczała automatycznie zgody co do tego, jak powinna wyglądać Polska po zakończeniu wojny.
To szczególnie istotne w kontekście ruchu komunistycznego i jego powojennej roli.
Czy książka jest kontrowersyjna? Z pewnością może być. I nie jest to wada.
Tematy zdrady, agentury i kolaboracji zawsze będą wywoływać emocje, szczególnie gdy dotyczą postaci obecnych w polskiej pamięci historycznej. Każda próba zakwestionowania utrwalonej interpretacji spotka się zapewne zarówno z zainteresowaniem, jak i krytyką.
W przypadku takich książek szczególnie ważne jest więc zachowanie przez czytelnika zdrowego dystansu. Mocna teza nie jest jeszcze dowodem. Kontrowersyjna hipoteza nie staje się faktem tylko dlatego, że brzmi sensacyjnie.
Najlepszą reakcją na tego rodzaju publikację nie powinno być bezrefleksyjne przyjęcie jej tez ani automatyczne ich odrzucenie. Powinno nią być sprawdzenie, porównanie i własna refleksja.
I właśnie wtedy książka historyczna spełnia swoją najważniejszą funkcję.
Zdrajcy, tchórze i kolaboranci. Portrety upadku to książka dla czytelnika, który od historii oczekuje czegoś więcej niż gotowych odpowiedzi.
Jej największą siłą jest odwaga w podejmowaniu tematów trudnych i niejednoznacznych. To publikacja, która przypomina, że między bohaterstwem a zdradą istniała cała paleta ludzkich zachowań – a wojna była brutalnym egzaminem, którego nie wszyscy zdali.
Nie jest to książka, którą warto czytać po to, aby znaleźć kolejnych bohaterów do pomników albo kolejnych winnych do potępienia.
Warto ją przeczytać po to, by zrozumieć, jak cienka potrafi być granica między strachem a tchórzostwem, przetrwaniem a oportunizmem, lojalnością a zdradą.
I być może właśnie dlatego po zamknięciu książki najdłużej pozostaje nie pytanie o to, kto zdradził, lecz inne – znacznie bardziej niepokojące: Co ja bym zrobiła, gdybym musiała dokonać wyboru w świecie, w którym każda decyzja może kosztować życie? Polecam. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

czwartek, 10 września 2026

Skradzione piękno - Diana Brzezińska

 


Wydawnictwo Czwarta Strona, Mja ocena 4-/6

Skradzione piękno to thriller kryminalny, który łączy świat sztuki z tajemniczymi zaginięciami kobiet. Sam pomysł na fabułę jest ciekawy – tajemnicza artystka, seria niezwykle cennych portretów i modelki, które zaczynają znikać bez śladu. 
Na plus zdecydowanie wypada sam koncept historii. Wątek obsesji sztuką, sławy i dążenia do nieśmiertelności nadaje kryminałowi nieco bardziej oryginalnego charakteru. Ciekawą postacią jest również Oskar Pieniążek – asystent Astrid i miłośnik podcastów kryminalnych, który zaczyna dostrzegać powiązania między pozornie niezwiązanymi ze sobą wydarzeniami. Jego dociekliwość pozwala czytelnikowi stopniowo odkrywać kolejne elementy zagadki.
Książka potrafi zainteresować i ma kilka momentów, które rzeczywiście budują napięcie. Autorka umiejętnie podrzuca kolejne pytania i zachęca do zastanawiania się, co tak naprawdę kryje się za sukcesem Astrid. 
Jednocześnie mam wrażenie, że potencjał tej historii nie został wykorzystany w takim stopniu, jakiego oczekiwałam. Fabuła jest interesująca, ale momentami zabrakło mi większego napięcia i mocniejszego poczucia zagrożenia. Niektóre fragmenty były dla mnie zbyt spokojne, a pewne rozwiązania można było przewidzieć wcześniej. Liczyłam również na to, że tajemnica Astrid będzie bardziej złożona i mocniej mnie zaskoczy. 
To książka dla osób, które lubią kryminały z klimatem, tajemnicą i nieoczywistym tłem. Szczególnie interesujące jest połączenie zafascynowania sztuką z kryminalną zagadką – dzięki temu historia wyróżnia się na tle typowych thrillerów. Jeżeli lubicie wciągajace, lekkie książki to Skradzione piekno będzie dobrym wyborem, ale...
Diana Brzezińska to świetna autorka. Czytałam wszystkie jej wcześniejsze książki. Seria z Prokurator Sawicką jest mistrzowska. Jednak Skradzione piękno nie zachwyciło mnie tak jak inne książki pisarki. 
Czy polecam? Tak, szczególnie osobom, które lubią kryminały osadzone w nietypowym środowisku i historie, w których za pozornym pięknem kryje się coś mrocznego. Jeśli jednak znacie wcześniejsze książki autorki, warto podejść do tej historii z nieco mniejszymi oczekiwaniami. Dla mnie Skradzione piękno jest niezłą lekturą, ale zdecydowanie nie najlepszą książką Diany Brzezińskiej – wcześniejsze powieści autorki oceniam dużo wyżej i to do nich chętniej będę wracać.

 Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)

niedziela, 6 września 2026

Dom Róży. Krýsuvik - Hubert Klimko-Dobrzaniecki

 


Wydawnictwo Noir sur Blanc , Moja ocena 5/6
Są książki, które opowiadają historie, i są takie, które po przeczytaniu zostawiają w człowieku niepokój. Dom Róży. Krýsuvik Huberta Klimko-Dobrzanieckiego należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. To niewielka objętościowo książka, ale jej ciężar emocjonalny jest zaskakująco duży. Dwie nowele — Dom Róży i Krýsuvik — łączy Islandia. Kraina opisana przez autora jest surowa, piękna, zimna i pozornie odległa od naszych codziennych problemów. Pisarz przygląda się sprawom najbardziej uniwersalnym: starości, samotności, miłości, rodzinie, przemijaniu i śmierci.
Dom Róży zaczyna się niemal niepozornie. Jest praca w islandzkim domu opieki, są mieszkańcy, ich codzienne rytuały, choroby, dziwactwa i słabości. Klimko-Dobrzaniecki po raz kolejny udowadnia, że nie potrzebuje wielkich słów, żeby pokazać rzeczy ostateczne. Patrzy na starość z bliska, szczerze, w sposób poruszający. Nie upiększa jej. Pokazuje człowieka wtedy, kiedy zostaje mu odebrane niemal wszystko. Niezwykle poruszające szczególnie dla osób, które jak ja opiekują się starszą osobą.
I właśnie dlatego ta część książki tak mocno działa. Autor opowiada o starości w ciekawy, niebanalny sposób. Warto przeczytać. Jestem pewna, że ta treść na długo zostanie w waszej pamięci. Ludzka samotność i świadomość przemijania na dalekiej Islandii - to porusza, bardzo. 
Nowela Krýsuvik prowadzi nas w zupełnie inną stronę. Tutaj pojawia się pragnienie początku: domu, miłości, rodziny, zwyczajnego szczęścia. Bohaterka to niewidoma od urodzenia Islandka. Jej historia jest prosta, ale pod tą prostotą kryje się pytanie, którego nie da się łatwo uciszyć: czy człowiek rzeczywiście może zaplanować własne szczęście?
Mamy surowy krajobraz, mamy dom, który ma stać się schronieniem, jest rodzina i jest nadzieja. A nad wszystkim unosi się jednak coś nieuchronnego — Los. To właśnie w tej noweli szczególnie mocno widać, jak Klimko-Dobrzaniecki potrafi mówić o wielkich sprawach bez patosu. Nie potrzebuje filozoficznych traktatów. Wystarczy mu człowiek próbujący zbudować własny kawałek świata.
Obie historie, choć tak różne, zaczynają się w pewnym momencie ze sobą łączyć. Jedna opowiada o końcu życia, druga o jego budowaniu. Jedna patrzy na człowieka stojącego u kresu, druga na człowieka, który dopiero próbuje stworzyć sobie przyszłość. Pomiędzy nimi rozciąga się Islandia — niemal osobny bohater tej książki.
To właśnie Islandia jest tutaj niezwykła. Nie pocztówkowa, nie turystyczna i niekoniecznie piękna w oczywisty sposób. To Islandia wiatru, pustki, ciemności i przestrzeni. Kraj, w którym natura potrafi przytłoczyć człowieka, a jednocześnie wydobyć z niego to, co najbardziej pierwotne. Klimko-Dobrzaniecki wykorzystuje ten krajobraz znakomicie. Surowość wyspy staje się odbiciem surowości ludzkiego losu.
Największą siłą książki jest jednak język. Autor pisze prosto, oszczędnie, bez niepotrzebnych ozdobników. I właśnie dlatego jego obrazy tak mocno zapadają w pamięć. Nie próbuje za wszelką cenę być „literacki”. Pozwala, żeby literaturę zrobiły za niego rzeczywistość, ludzie i ich historie.
Po lekturze Domu Róży. Krýsuvik trudno powiedzieć, że przeczytało się po prostu dwie nowele. To raczej spotkanie z człowiekiem postawionym wobec rzeczy, których nie da się pokonać: czasem, śmiercią, przypadkiem i własnym pragnieniem szczęścia.
I może właśnie dlatego ta książka jest tak niepokojąca. Pokazuje ona dwa odrębne światy, które żyją obok siebie, w pewnym momencie się przenikają, a ich część dotknie każdego z nas. 
Dom Róży. Krýsuvik to książka o Islandii, ale przede wszystkim o człowieku. O tym, jak bardzo chcemy kochać, być potrzebni i pozostawić po sobie jakiś ślad — i jak niewiele ostatecznie od nas zależy. Jest smutna, ale nie pozbawiona czułości. Brutalna, ale nie cyniczna. Prosta, a jednocześnie pełna pytań, które zostają z czytelnikiem długo po zamknięciu książki.
To jedna z tych lektur, do których niekoniecznie chce się wracać dla przyjemności. Wraca się do nich, ponieważ coś w nas poruszyły. I właśnie w tym tkwi ich prawdziwa wartość. Zdecydowanie polecam. Autor zostawił mnie z czymś więcej niż rozmyślaniami i niepokojem. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 


środa, 2 września 2026

Klub żon seryjnych morderców

 



Wydawnictwo Poznańskie, Moja ocena 3,5/6
Po opisie Klubu żon seryjnych morderców spodziewałam się czegoś znacznie bardziej wciągającego. Sam pomysł wydawał się naprawdę obiecujący, może odrobinę szalony. Bohaterki to trzy kobiety, których byli mężowie okazali się seryjnymi mordercami. Kobiety próbują rozwikłać sprawę kolejnych zabójstw. Do tego lata 60., małe miasteczko i bohaterki, które z własnego doświadczenia wiedzą, jak mogą myśleć mordercy. Motyw trzech bohaterek i ich relacji zapowiadał się ciekawie. Każda z bohaterek ma inną osobowość i doświadczenia, a wspólna przeszłość sprawia, że tworzą całkiem interesujący zespół. Brzmiało to jak przepis na całkiem dobry thriller.
Niestety w moim odczuciu potencjał tego pomysłu nie został w pełni wykorzystany. Książka nie jest ani typowym thrillerem, ani powieścią obyczajową. Trochę balansuje pomiędzy jednym a drugim i przez to momentami trudno było mi określić, czym właściwie chce być. Miałam wrażenie, że sama autorka nie do końca obrała kierunek, w którym chce tę historię poprowadzić.
Wątek kryminalny nie trzymał mnie szczególnie mocno w napięciu, ale z kolei część obyczajowa wciągnęła mnie na tyle, że dosyć mocno zaangażowałam się w losy bohaterek, te bardziej obyczajowe losy.
Same bohaterki są różne i każda ma własną historię, co jest ciekawie ukazane. Motyw społecznego napiętnowania kobiet za zbrodnie popełnione przez ich mężów jest ciekawy, podobnie jak temat poczucia winy i próby odzyskania własnej tożsamości. Ta kwestia została dosyć dobrze przedstawiona. 
Mimo pluśów i zalet książki, im dalej czytałam, tym bardziej miałam poczucie, że coś tu nie do końca działa. Historia zapowiadała się na naprawdę porządną lekturę, ale ostatecznie okazała się dość nierówna. Czytałam dalej głównie z ciekawości, żeby dowiedzieć się, jak autorka zamknie całą historię. Nie było jednak tego charakterystycznego uczucia „muszę przeczytać jeszcze jeden rozdział”. Doczytalam do końca, bo byłam ciekawa jaki bedzie finał, ale bez wow.
Nie mogę powiedzieć, że była to książka całkowicie nieudana, bo sam koncept jest interesujący i kilka jego elementów naprawdę miało potencjał, bohaterki zostały ciekawie ukazane. Jednak wykonanie pozostawiło u mnie spory niedosyt. Zabrakło mi zarówno większych emocji, jak i napięcia, którego spodziewałam się po historii o żonach seryjnych morderców.
Ostatecznie – przeczytać można, szczególnie jeśli zainteresował Was sam pomysł, ale zdecydowanie nie jest to książka, która zostanie ze mną na dłużej. Nie odradzam lektury. Każdy powinien sam wyrobić sobie zdanie.

sobota, 29 sierpnia 2026

Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą - Catherine Bell

 


Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 4,5/6
Jane Austen należy do tych pisarek, których życie wydaje się niemal równie interesujące jak stworzone przez nie powieści. Nic więc dziwnego, że jej biografia wciąż inspiruje kolejnych autorów. Catherine Bell w książce Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą podejmuje próbę opowiedzenia historii młodej kobiety, która w świecie ograniczającym kobiecą niezależność postanowiła przede wszystkim pozostać wierna pisaniu.
Akcja rozpoczyna się w 1795 roku w Steventon, gdzie poznajemy 20-letnią Jane jako córkę wikarego, uważną obserwatorkę otaczających ją ludzi i dziewczynę zdecydowanie bardziej zainteresowaną papierem i atramentem niż poszukiwaniem odpowiedniego kandydata na męża. Bell prowadzi czytelnika przez kolejne etapy życia przyszłej autorki: pierwsze literackie próby, niepewność finansową, rozczarowania oraz trudną drogę do publikacji. Najciekawszym elementem książki jest właśnie pokazanie, jak osobiste doświadczenia mogły przenikać do literatury. Bell ciekawie pokazuje, że Austen nie tworzyła w oderwaniu od rzeczywistości. Żyła w świecie, w którym małżeństwo było dla wielu kobiet przede wszystkim koniecznością ekonomiczną, a niezależność finansowa należała do rzadkości. Na tym tle jej determinacja, by mimo wszystko pisać, nabiera szczególnego znaczenia.
Nie oznacza to jednak, że Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą jest książką pozbawioną słabszych stron. Mam wrażenie, że tam, gdzie brakuje pewności co do faktów, autorka zaciera granicę między tym, co wiemy o życiu pisarki, a tym, co chcielibyśmy sobie o nim wyobrazić. Puszczone przez Bell wodze fantazji są bardzo ciekawe, ale na ile mają oparcie w faktach, nawet szczątkowych? Tego niestety nie wiem. 
To zdecydowanie ciekawa, warta lektury książka. Jednak jest ona bardziej skierowana do czytelników, którzy chcą przede wszystkim zanurzyć się w atmosferze epoki i spojrzeć na autorkę Dumy i uprzedzenia jako na kobietę z krwi i kości, a nie pomnikową postać z historii literatury. Dla części czytelników emocjonalny i nieco fabularyzowany sposób opowiadania może być zaletą, dla innych – uproszczeniem złożonej biografii.
Książka ma niewątliwie swój urok. To przede wszystkim bardzo ciekawa opowieść o konsekwencji, dążeniu do zrealizowania marzeń i potrzebie tworzenia. Jane Austen nie zostaje przedstawiona jedynie jako genialna autorka. Widzimy kobietę, która doświadcza odmów, niepewności i strat, a mimo to nie rezygnuje z własnego głosu. Pisanie staje się dla niej nie tylko pasją, ale również przestrzenią wolności.
Plusem jest także pokazanie życia kobiet sprzed ponad 2 stuleci. Pod tym kątem to bardzo ciekawa lektura. 
Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą jest godna polecenia. Książka zainteresuje tych, którzy chcą spojrzeć na słynną pisarkę przede wszystkim przez pryzmat jej codzienności, emocji i możliwych inspiracji. Catherine Bell stworzyła historię momentami trochę zbyt romantyczną i nieco przewidywalną, ale jednocześnie przypominającą, że za wielką literaturą często kryje się zwykłe, pełne ograniczeń życie oraz niezwykła determinacja.

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

środa, 26 sierpnia 2026

Mąż, którego zabiła - Mina Sakurai

 


Wydawnictwo IV Strona, Moja ocena 2/6
Wielkie rozczarowanie. Jest to jedna z tych książek, po których zamknięciu zastanawiam się, jak to możliwe, że tak ciekawie zapowiadający się pomysł został wykorzystany w tak rozczarowujący sposób. Dawno żadna książka mnie tak nie zawiodła. Sam opis zapowiadał historię pełną napięcia, tajemnic, psychologicznej gry i niepewności. Kobieta zepchnęła męża z klifu, przez pięć lat żyła z przekonaniem, że go zabiła, a potem mężczyzna niespodziewanie wraca i twierdzi, że niczego nie pamięta. Brzmi intrygująco, prawda? Problem w tym, że za tym naprawdę świetnym punktem wyjścia nie poszła równie dobra historia.
Miałam nadzieję na thriller, który będzie trzymał mnie w napięciu. Liczyłam na pytania bez łatwych odpowiedzi. Niestety, zamiast narastającego napięcia dostałam historię, która przez dużą część czasu stoi niemal w miejscu i nudzi, po prostu nudzi.
I właśnie tempo jest dla mnie jednym z największych problemów tej książki. Mąż, którego zabiła nie jest szczególnie obszerną powieścią, a mimo to miałam wrażenie, że czytam ją znacznie dłużej, niż powinnam. W wielu momentach niewiele się dzieje, a kolejne sceny nie budują odpowiednio atmosfery ani nie prowadzą historii do wyczekiwanego przełomu. Zamiast napięcia pojawia się monotonia, a zamiast poczucia, że zbliżamy się do rozwiązania zagadki – wrażenie krążenia wokół tych samych tematów.
Najbardziej zabrakło mi emocji. Przy takiej historii powinno ich być mnóstwo. Przecież mamy kobietę, która uważa, że zamordowała własnego męża, człowieka, który według niej był brutalny i zniszczył jej życie, a po pięciu latach ten sam mężczyzna pojawia się ponownie u jej drzwi. Do tego twierdzi, że niczego nie pamięta i zachowuje się zupełnie inaczej niż człowiek, którego Mana znała. To jest materiał na naprawdę mocny, duszny thriller psychologiczny. Tymczasem wiele scen nie wywoływało we mnie praktycznie żadnych emocji poza znudzeniem. Czytałam, ale trudno było mi poczuć niepokój, strach czy choćby ekscytację.
Zabrakło mi też tajemniczości i prawdziwego efektu „wow”. Przy takim punkcie wyjścia aż prosiło się o liczne zwroty akcji, fałszywe tropy i momenty, w których czytelnik zaczyna kwestionować wszystko, co do tej pory przeczytał. Chciałam być wodzona na manowce. Chciałam podejrzewać wszystkich i nikomu nie ufać. Chciałam w pewnym momencie pomyśleć: „Nie, tego się absolutnie nie spodziewałam!”. Tymczasem nic z tego.
Mam też wrażenie, że w książce znalazło się sporo fragmentów, które można było skrócić albo całkowicie usunąć bez większej szkody dla fabuły. Były dla mnie zwyczajnie nużące i sprawiały wrażenie zapychaczy, które miały wypełnić historię, zamiast rzeczywiście ją rozwijać. Zupełnie bez sensu.
Największe rozczarowanie wynika jednak z tego, że ta książka naprawdę miała potencjał. Sam pomysł jest bardzo dobry i zdecydowanie przyciąga uwagę. Kobieta, która zabiła męża, a następnie po latach spotyka go żywego – to świetny fundament pod thriller psychologiczny. Można było z tego stworzyć niezwykle klaustrofobiczną, niepokojącą historię o pamięci, traumie, manipulacji, przemocy i pytaniu o to, czy człowiek naprawdę może stać się kimś zupełnie innym. Niestety, w moim odczuciu potencjał ten nie został odpowiednio wykorzystany. Wielka szkoda. 
Ostatecznie Mąż, którego zabiła okazał się dla mnie książką dużo słabszą, niż sugerował opis i sam pomysł. Liczyłam na pełen napięcia thriller psychologiczny, dostałam natomiast historię, która przez znaczną część czasu była dla mnie zbyt spokojna, monotonna, mało emocjonująca żeby nie napisać - nidna. Zabrakło mi mocniejszej atmosfery, większej dawki tajemnicy, bardziej wyrazistych emocji i przede wszystkim zaskoczeń, które sprawiłyby, że historia rzeczywiście zapadłaby mi w pamięć. Zabrakło mi też zwyczajnie sensu. 
Szkoda, bo punkt wyjścia był naprawdę obiecujący. Niestety, samo „co by było, gdyby mąż, którego uważałaś za martwego, nagle wrócił?” nie wystarczyło, żeby stworzyć angażujący thriller. 
To jedna z tych historii, przy których po przeczytaniu myślę przede wszystkim o tym, czym mogła być, gdyby autorka mocniej postawiła na napięcie, emocje, tajemnicę i psychologiczną grę. Niestety, zamiast zachwytu zostało przede wszystkim rozczarowanie i poczucie niewykorzystanego potencjału. Nie polecam. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)  

 

niedziela, 23 sierpnia 2026

Zosia - Beata Kępińska

 



Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 5/6
Zosia to poruszająca, ciekawa opowieść o zwykłej kobiecie, której życie przypadło na niezwykły i burzliwy okres historii. Autorka przenosi czytelnika do mojego rodzinnego miasta, do Łodzi . Mamy burzliwy i trudny okres - przełom XIX i XX wieku. Kępińska świetnie pokazuje świat biednych rodzin robotniczych, ich codzienne troski, marzenia oraz walkę o zachowanie godności. Ówczesnej Łodzi daleko było do ziemi obiecanej dla każdego. 
Tytułowa bohaterka przychodzi na świat w polsko-niemieckiej rodzinie Trzecińskich. Dorasta w bardzo skromnych warunkach, w domu, w którym wraz z pojawianiem się kolejnych dzieci coraz trudniej jest związać koniec z końcem. Zosia od najmłodszych lat okazuje się dziewczynką wrażliwą i spragnioną wiedzy. Nie ma jednak takich możliwości edukacji jak chłopcy, dlatego zdobywa wiedzę podczas tajnych kompletów. Rozbudzony przez ojca głód nauki staje się jednym z najważniejszych pragnień jej życia.
Marzeniem Zosi jest klasztor, który jawi jej się nie tylko jako miejsce modlitwy, lecz również nauki i szansy na rozwój. Los przygotował jednak dla niej zupełnie inną drogę. Ojciec podejmuje decyzje dotyczące jej przyszłości, a nawet wyboru męża. Zosia, przyzwyczajona do stawiania potrzeb innych ponad własnymi, z pokorą i wytrwałością mierzy się z kolejnymi trudnościami. Bieda, śmierć bliskich, niespełnione marzenia i codzienna walka o przetrwanie stają się częścią jej życia.
Jedną z największych zalet powieści jest ukazanie wielkiej historii robotniczej Łodzi (i nie tylko) z perspektywy zwykłego człowieka. W tle losów Zosi rozgrywają się ważne wydarzenia: wojna, odzyskanie niepodległości, trudne początki wolnej Polski, inflacja i polityczny chaos. Jednak historia nie dominuje nad bohaterką. Jest raczej siłą, która nieustannie wpływa na jej życie i zmusza ją do kolejnych wyborów. Dzięki temu wydarzenia znane z podręczników nabierają bardziej ludzkiego i osobistego wymiaru.
Łódź (moje rodzinne miasto) odgrywa w tej historii ważną rolę, jest nieomal pełnoprawnym bohaterem. Jest miejscem, w którym spotykają się różne kultury, narodowości i środowiska społeczne. Polsko-niemieckie korzenie rodziny Trzecińskich dodatkowo podkreślają wielokulturowy charakter miasta i złożoność relacji międzyludzkich. Sama Łódź jest bardzo ciekawie zaprezentowana. Od razu rzuca sie w oczy spora ilość trudu jaki zadała sobie autorka żeby zdobyć informacje, opisy Łodzi.
Zosia jest bohaterką, którą można polubić i której losy budzą współczucie. Jej siła nie polega na dokonywaniu wielkich, spektakularnych czynów, ale na codziennej wytrwałości. To kobieta, która mimo przeciwności stara się zachować wrażliwość i troskę o innych. Właśnie ta zwyczajność czyni jej historię tak przejmującą.
Beata Kępińska stworzyła opowieść o kobietach, których głos często pozostawał niesłyszany, a marzenia musiały ustąpić miejsca obowiązkom i oczekiwaniom rodziny. Autorka zwraca uwagę na los kobiet, których życie często pozostawało na drugim planie wobec wielkich wydarzeń historycznych. Tymczasem to właśnie one nierzadko ponosiły ogromną odpowiedzialność za dom i rodzinę. Musiały radzić sobie z biedą, wychowywać dzieci, opiekować się chorymi i przeżywać śmierć bliskich, często nie mając prawa do samodzielnego decydowania o własnej przyszłości. Historia Zosi może być odczytywana jako hołd dla takich kobiet – cichych, wytrwałych i niewidocznych w oficjalnych opowieściach o historii.
Zosia skłania do refleksji nad tym, jak wiele w życiu człowieka zależy od czasów, w których przyszło mu żyć, oraz jak trudno jest realizować własne pragnienia, gdy o przyszłości decydują inni. Polecam, bardzo dobra, ciekawa i mądra powieść.

 

sobota, 22 sierpnia 2026

Sydonia von Bork. Czarownica, która zniszczyła pomorską dynastię książęcą - Wilhelm Meinhold

 


Wydawnictwo Zysk i S-ka
Sydonia von Bork. Czarownica, która zniszczyła pomorską dynastię książęcą to książka, wobec której mam mieszane uczucia. Z jednej strony jest to bardzo interesująca, mroczna opowieść o jednej z najbardziej znanych postaci związanych z dawnymi dziejami Pomorza. Z drugiej strony sposób przedstawienia głównej bohaterki jest tak jednostronny i przesadzony, że trudno traktować tę historię jako próbę obiektywnego pokazania Sydonii von Bork.
Meinhold stworzył swoją opowieść na początku XIX wieku. Jest to bardzo ważne, ponieważ książkę należy czytać z uwzględnieniem epoki, w której powstała. Ówczesne podejście do historii, religii, czarownictwa, moralności i kobiecości było zupełnie inne niż współcześnie. Dlatego część informacji przedstawionych przez autora może być dziś nieaktualna albo wymagać konfrontacji ze współczesnymi badaniami historycznymi. Inny jest również język książki. W wielu miejscach sposób wypowiadania się bohaterów, opisy oraz komentarze narratora mogą wydawać się współczesnemu czytelnikowi bardzo staroświeckie.
Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak sama postać Sydonii. Meinhold nie próbuje stworzyć bohaterki, którą łatwo polubić. Wręcz przeciwnie – od pierwszych stron bardzo wyraźnie sugeruje czytelnikowi, jak powinien ją odbierać. Sydonia jest przedstawiana przede wszystkim jako kobieta zła, przebiegła, mściwa i niebezpieczna. Autor niemal nie daje jej możliwości obrony. Nie próbuje wnikliwiej zastanowić się nad tym, dlaczego zachowuje się właśnie w taki sposób, jakie wydarzenia ją ukształtowały i czy wszystkie oskarżenia kierowane pod jej adresem są rzeczywiście sprawiedliwe.
Można odnieść wrażenie, że autor celowo przesadza w kreowaniu jej wizerunku. Jego Sydonia nie jest po prostu silną czy niezależną kobietą. Jest przede wszystkim butna, przebiegła, manipulująca innymi, kapryśna, zła. Autor przedstawia ją jako osobę, która potrafi wykorzystywać innych dla własnych celów i nie cofa się przed intrygami. Jej zachowanie jest często tak przerysowane, że momentami przypomina bardziej literacki portret „złej czarownicy” niż próbę pokazania prawdziwej osoby.
Określenie takie jak „potwór” dobrze pasuje do sposobu, w jaki została skonstruowana ta postać. Sydonia jest niemal uosobieniem zła i tego co w XIX wieku było uważane za złe u kobiet. Trudno znaleźć w książce chwile, w których narrator pozwala czytelnikowi spojrzeć na nią z większym współczuciem albo spróbować zrozumieć jej motywacje. Jeżeli pojawia się okazja do przedstawienia jej w złym świetle, autor bardzo chętnie z niej korzysta. Sami przyznacie, że nie taka powinna być książka historyczno - bioograficzna. To wg. mnie jest największa wada książki.
Zastanawiam się, czy autor zrobił to celowo, aby wzbudzić kontrowersje i zainteresowanie czytelnika. Taki sposób przedstawienia bohaterki z pewnością sprawia, że trudno przejść obok niej obojętnie. Sydonia wzbudza emocje: można ją potępiać, można się jej obawiać, ale trudno ją zapomnieć. 
Trzeba jednak pamiętać, że książka powstała w czasach, kiedy opowieści o czarownicach i zjawiskach nadprzyrodzonych miały zupełnie inny charakter. Współczesny czytelnik może patrzeć na nie z dystansem. Dzisiaj łatwiej zauważyć, że oskarżenie kogoś o czary mogło być elementem konfliktów społecznych, politycznych czy osobistych. Dlatego warto oddzielić historyczną Sydonię von Bork od jej literackiego obrazu stworzonego przez Meinholda.
Dużą zaletą książki jest natomiast jej klimat. Jest mrocznie, tajemniczo i momentami naprawdę niepokojąco. Autor potrafi budować atmosferę zagrożenia i sprawić, że czytelnik chce wiedzieć, co wydarzy się dalej. Historia Sydonii, konfliktów, intryg i nieszczęść związanych z pomorską dynastią książęcą ma w sobie coś z gotyckiej opowieści. Nie jest to jednak lekka lektura. W wielu miejscach tempo jest nierówne, a rozbudowane opisy i sposób prowadzenia narracji mogą współczesnego czytelnika znużyć.
Na plus należy zdecydowanie zaliczyć tłumaczenie. Barbara Grunwald-Hajdasz spisała się doskonale. Największą zaletą książki jest jednak fakt, iż potrafi ona sprowokować do myślenia. Po przeczytaniu nie przestajemy interesować się Sydonią, ale zaczynamy również zastanawiać się nad tym, jak powstają legendy. Czy Sydonia rzeczywiście była tak zła, jak przedstawia ją Meinhold? Czy naprawdę była „czarownicą”, czy może stała się nią w oczach ludzi i późniejszych autorów? Czy jej historia została z czasem tak mocno przekształcona, że trudno już oddzielić fakty od legendy?
Właśnie dlatego moja ocena tej książki jest niejednoznaczna. Mam wobec niej mieszane uczucia. Z jednej strony doceniam atmosferę, ciekawą historię, wyrazistą bohaterkę i dobre tłumaczenie. Z drugiej strony przeszkadza mi bardzo jednostronne przedstawienie Sydonii. Brakuje mi większego dystansu autora i próby pokazania jej również jako człowieka, a nie wyłącznie jako źródła zła. Sydonia... jest warta lektury. Należy jednak pamiętać, że nie jest to książka, którą powinno się czytać jako współczesne opracowanie historyczne. Meinhold pisał o Sydonii von Bork na początku XIX wieku, dlatego jego wiedza, sposób interpretowania wydarzeń oraz dostępne wówczas źródła były inne niż dzisiaj. Niektóre informacje mogą być nieaktualne, a część przedstawionych wydarzeń należy traktować jako element literackiej wizji autora. Czytelnik powinien więc zachować pewien dystans i nie przyjmować wszystkich sądów narratora jako bezdyskusyjnych faktów. Zachęcam do lektury. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)  

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Maria Skłodowska-Curie. Rebeliantka - Angelika Kuźniak

 


Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 6/6
Maria Skłodowska-Curie to postać, o której wydawałoby się, że napisano już wszystko. Angelika Kuźniak udowadnia jednak, że nawet tak dobrze znaną bohaterkę można pokazać z zupełnie nowej perspektywy. W swojej najnowszej książce autorka odchodzi od pomnikowego wizerunku noblistki i przedstawia kobietę z krwi i kości – odważną, nieustępliwą, pełną pasji, ale także zmagającą się z samotnością, stratą i konsekwencjami własnych odkryć.
To nie jest klasyczna biografia oparta wyłącznie na chronologii wydarzeń. Kuźniak tworzy wielowymiarowy portret Marii, ukazując ją jako córkę, studentkę, naukowczynię, żonę, matkę i patriotkę. Towarzyszymy jej od czasów młodości w Polsce, poprzez działalność w tajnym nauczaniu i naukę na kolejnych uczelniach, aż po lata spektakularnych sukcesów naukowych we Francji. Jednocześnie autorka przypomina, jak wiele przeszkód musiała pokonać kobieta pragnąca realizować swoje naukowe ambicje w świecie zdominowanym przez mężczyzn oraz jak wielką rolę w jej życiu odgrywały rodzina i przywiązanie do ojczyzny.
Ogromnym walorem książki jest ukazanie Marii nie tylko jako wybitnej naukowczyni, ale również jako matki, żony, córki i kobiety posiadającej własne słabości oraz emocje. Kuźniak przypomina, że za wielkimi odkryciami stał człowiek, który kochał, cierpiał, tęsknił i musiał podejmować niezwykle trudne decyzje. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć, jak wysoką cenę zapłaciła za swoje osiągnięcia. 
Kuźniak umiejętnie osadza biografię w szerokim kontekście historycznym. Czytelnik nie poznaje wyłącznie losów jednej kobiety, ale również realia epoki, w której przyszło jej żyć. Autorka przypomina, jak bardzo sytuację kobiet determinowały obowiązujące przepisy, społeczne stereotypy oraz ograniczenia. To, co współcześnie wydaje się oczywiste – możliwość studiowania, prowadzenia badań czy samodzielnego decydowania o własnym życiu – w czasach Marii było przywilejem wymagającym ogromnej odwagi i determinacji. Dzięki temu książka zyskuje nie tylko wymiar biograficzny, ale również społeczny i historyczny. 
Wielkim atutem publikacji jest jej wiarygodność. Książka powstała na podstawie starannie zgromadzonych materiałów źródłowych – dokumentów archiwalnych, wspomnień, korespondencji oraz prasy i publikacji z epoki. Autorka wykonała ogromną pracę dokumentacyjną. Dzięki temu opowieść nie tylko zachwyca literackim stylem, ale przede wszystkim imponuje rzetelnością.
Angelika Kuźniak uchyla również rąbka tajemnicy dotyczącej własnego warsztatu. Autorka  opowiada o pracy z historycznymi zbiorami, która wymagała nie tylko bawełnianych rękawiczek, ale nawet specjalnych okularów ochronnych podczas przeglądania cennych archiwaliów. Dzięki temu czytelnik ma świadomość ogromu pracy włożonej w odtworzenie życia bohaterki.
Na uwagę zasługuje także liczne ilustracje. Archiwalne fotografie, rękopisy i notatki pozwalają jeszcze lepiej poczuć atmosferę przełomu XIX i XX wieku. Umiejętnie wplecione cytaty z listów i wypowiedzi Marii sprawiają, że bohaterka przemawia własnym głosem, a jej emocje, rozterki i determinacja stają się wyjątkowo autentyczne.
Autorka umiejętnie osadza historię Marii Skłodowskiej-Curie w szerokim kontekście społecznym i historycznym. Przypomina realia epoki, w której obowiązujące przepisy i społeczne konwenanse skutecznie ograniczały możliwości kobiet. Dzięki temu jeszcze wyraźniej widać, jak przełomowe były decyzje i osiągnięcia Marii oraz jak wiele odwagi wymagało realizowanie marzeń o pracy naukowej.
Maria Skłodowska-Curie. Rebeliantka to nie tylko fascynująca opowieść o wybitnej uczonej, ale również o cenie, jaką przyszło jej zapłacić za odkrycia, które odmieniły świat. To książka napisana z ogromną wrażliwością, literackim wyczuciem i szacunkiem dla faktów. Będzie wartościową lekturą zarówno dla miłośników biografii, jak i wszystkich, którzy chcą poznać prawdziwe oblicze jednej z najwybitniejszych kobiet w historii nauki. Polecam. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik) 

 

piątek, 14 sierpnia 2026

Posiadacz. Saga rodu Forsyte'ów - John Galsworthy

 



Wydawnictwo MG, Moja ocena 5,5/6
Mimo upływu czasu jest to ponadczasowa powieść obyczajowa, która ani trochę nie straciła na aktualności. Autor z niezwykłą wnikliwością przedstawia świat angielskiego mieszczaństwa końca XIX wieku, ukazując jego wartości, ambicje i słabości. Jest to historia nie tylko o rodzinie Forsyte’ów, lecz przede wszystkim o ludzkiej naturze – o miłości, zazdrości, pragnieniu posiadania oraz cenie, jaką człowiek płaci za podporządkowanie uczuć konwenansom.
Akcja rozpoczyna się w Londynie w 1886 roku. Rodzina Forsyte’ów jest zamożna, szanowana i niezwykle przywiązana do własnej pozycji społecznej. Jej członkowie wierzą, że ciężka praca, majątek i odpowiednie pochodzenie gwarantują szczęście oraz stabilność. Wszystko zmienia się jednak wraz z pojawieniem się Ireny – pięknej żony Soamesa Forsyte’a. Kobieta nie potrafi odnaleźć się w świecie, w którym uczucia schodzą na dalszy plan, a małżeństwo traktowane jest jak rodzaj kontraktu i własności. Jej obecność burzy pozornie idealny porządek rodziny, ujawniając ukryte konflikty, hipokryzję oraz egoizm bohaterów.
Największym atutem powieści jest jej psychologiczna głębia. Galsworthy nie tworzy postaci jednoznacznie dobrych ani złych. Każdy bohater kieruje się własnymi motywacjami, lękami i pragnieniami, dzięki czemu czytelnik może zrozumieć ich wybory, nawet jeśli nie zawsze je akceptuje. Szczególnie interesującą postacią jest Soames Forsyte, tytułowy „posiadacz”. Dla niego miłość oznacza prawo własności – uważa, że skoro Irena jest jego żoną, powinna należeć do niego bez względu na własne uczucia. Ta postawa staje się symbolem całej epoki, w której kobiety na ogól traktowano jak element majątku.
Irena natomiast reprezentuje wolność, wrażliwość i potrzebę prawdziwej miłości. Jej dramat polega na zderzeniu własnych pragnień z oczekiwaniami społeczeństwa. Co z tego wyniknie? Teo nie zdradzę. Zachęcam za to do lektury tej niezwykłej powieści. 
Autor zachwyca stylem pisania. Jego język jest pełen trafnych obserwacji i bogatych opisów. Z dużą precyzją odtwarza realia wiktoriańskiego Londynu, ukazując zarówno luksusowe domy bogatego mieszczaństwa, jak i atmosferę społeczeństwa podporządkowanego konwenansom. Powolne tempo narracji pozwala lepiej poznać bohaterów oraz zrozumieć ich emocje. Dla mnie majstersztykk, choć zapewne dla wielu osób powieść będzie zbyt spokojna. 
Mimo upływu czasu Posiadacz porusza wiele uniwersalnych tematów. Mówi o konflikcie między obowiązkiem a uczuciem, o sile miłości, która nie poddaje się społecznym regułom, o zazdrości prowadzącej do cierpienia oraz o tym, jak bardzo ludzie pragną kontrolować innych. Powieść skłania do zastanowienia się, czy prawdziwe uczucie może istnieć tam, gdzie dominuje chęć posiadania. Po lekturze w czytelniku zastaje mnóstwo pytań i zaskoczenie, jak powieść napisana 120 lat temu jest nadal aktualna. 
Na uwagę zasługuje również sposób, w jaki Galsworthy przedstawia rodzinę Forsyte’ów jako symbol całej klasy społecznej. Każdy z jej członków reprezentuje określone wartości epoki – przywiązanie do majątku, tradycji i społecznego prestiżu. Autor pokazuje jednak, że za elegancką fasadą kryją się samotność, niespełnione marzenia i lęk przed zmianami. 
Posiadacz to bez wątpienia wspaniałą, wręcz wybitna powieść o ludzkich emocjach, sile konwenansów i niszczącym pragnieniu posiadania drugiego człowieka. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć, szczególnie jeśli ceni się literaturę klasyczną, wielowymiarowych bohaterów oraz powieści skłaniające do refleksji nad naturą człowieka i relacjami międzyludzkimi.

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Gdy odnajdziemy drogę - Laura Barrow

 


Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 5/6
Gdy odnajdziemy drogę to piękna, pełna emocji powieść o rodzinie, trudnych wyborach, stracie i nadziei. To historia, która pokazuje, że nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko się rozsypało, można odnaleźć w sobie siłę, by zacząć od nowa. Autorka w ciekawy sposób połączyła współczesność z przeszłością, rodzinne sekrety z codziennym życiem oraz dodała do tego wyjątkowy klimat dzięki muzyce Patsy Cline.
Główną bohaterką jest Effie Baker, która po rozstaniu z mężem próbuje poukładać swoje życie na nowo. Opiekuje się trójką dzieci i stara się odzyskać pewność siebie. Niespodziewana wizja związana z Patsy Cline sprawia, że zaczyna szukać odpowiedzi na pytania ukryte w rodzinnej przeszłości. Ważną rolę odgrywa również jej babcia Lola, której wspomnienia i tajemnice pomagają odkryć prawdę o całej rodzinie. Bardzo podobało mi się, że historia nie skupia się tylko na jednym wątku, ale pokazuje relacje między kobietami z dwóch pokoleń oraz ich drogę do odnalezienia szczęścia.
Historia od razu mnie zaciekawiła, a z każdą kolejną stroną coraz bardziej chciałam dowiedzieć się, jak potoczą się losy bohaterów. Bardzo lubię książki, których fabuła jest wolniejsza, daje czas czytelnikowi. Laura Barrow pozwala nam dobrze poznać bohaterów, zrozumieć ich uczucia i motywy. Dzięki temu łatwo było mi się z nimi zżyć i przeżywać ich radości oraz smutki. Postacie są prawdziwe, mają swoje słabości, popełniają błędy i właśnie dlatego wydają się tak wiarygodne.
W książce nie brakuje wzruszających momentów. Kilka scen naprawdę mocno mnie poruszyło. To opowieść, która wzrusza, ale jednocześnie daje nadzieję i przypomina, że nawet po najtrudniejszych doświadczeniach można odnaleźć światło.
Bardzo spodobał mi się również klimat tej powieści. Motyw muzyki Patsy Cline nadaje historii wyjątkowego charakteru i sprawia, że całość staje się jeszcze bardziej nastrojowa. Rodzinne tajemnice stopniowo wychodzą na jaw, a autorka umiejętnie buduje napięcie, dzięki czemu trudno oderwać się od czytania.
Gorąco zachęcam do lektury. To spokojna, mądra i bardzo poruszająca książka o miłości, rodzinie, przebaczeniu i odnajdywaniu własnej drogi, czyli o tym, co najważniejsze. Myślę, że spodoba się wszystkim osobom, które lubią życiowe historie z wyrazistymi bohaterami i emocjami. Polecam.

 

niedziela, 9 sierpnia 2026

Zapach nocy - Andrea Camilleri

 


Wydawnictwo Noir sur Blanc, Moja ocena 6/6
Andrea Camilleri – niekwestionowany mistrz włoskiego kryminału – ponownie zaprasza nas do świata swojego najsłynniejszego bohatera. Zapach nocy to literacka uczta, w której smak nie pochodzi wyłącznie z zagadek kryminalnych, ale i z języka, klimatu oraz niepowtarzalnej osobowości głównego bohatera.
To jedna z tych powieści, które przypominają, dlaczego tak łatwo zakochać się w twórczości Andrea Camilleriego. Zapach nocy nie jest wyłącznie kryminałem. To opowieść o ludziach, samotności, rodzinnych więzach, tajemnicach i o tym, że pozory potrafią zwodzić lepiej niż najbardziej wyrafinowany przestępca. Camilleri po raz kolejny zaprasza czytelnika do rozgrzanej sycylijskim słońcem Vigaty, gdzie aromat espresso miesza się z zapachem morza, a zbrodnia – jak to na Sycylii – nigdy nie jest tylko zbrodnią. No i glówny bohater, mój ulubiony komisarz :)
Montalbano to postać, którą trudno nie polubić. Jest pełen sprzeczności – wybuchowy i refleksyjny, cyniczny i pełen współczucia, samotnik, ale otoczony ludźmi. Camilleri z ogromnym wyczuciem prowadzi go przez kolejne sprawy – czasem dramatyczne, czasem błahe, ale zawsze wymagające intuicji, wiedzy o ludzkiej naturze i przenikliwej inteligencji. To prawdziwy człowiek- mieszkaniec Sycylii ze swoimi lękami, dziwactwami, przyzwyczajeniami (np. rytualnym jedzeniem) i głębokim poczuciem sprawiedliwości. Obserwowanie sposobu myślenia Montalbana jest jedną z największych przyjemności każdej książki z tej serii. Nie jest on policjantem w hollywoodzkim stylu. Nie biega z pistoletem w obu dłoniach, nie wyskakuje przez okna i nie wygłasza efektownych monologów. Za to jest uparty, konsekwentny i bardzo sycylijski.
Ale przejdźmy do fabuły. Znika Emanuele Gargano – człowiek, który potrafił obiecać swoim klientom finansowe cuda, a następnie zniknąć z ich pieniędzmi. Wszystko wskazuje na banalną ucieczkę oszusta. Montalbano jednak nie wierzy w banał. I całe szczęście. Jak się okazuje pod powierzchnią finansowego przekrętu kryje się misternie skonstruowana pajęczyna kłamstw, zależności, zdrad i emocji. Im głębiej komisarz wchodzi w sprawę, tym wyraźniej widać, że pieniądze są tutaj zaledwie początkiem. Szybko okazuje się, że przechodzimy od klasycznego kryminału ku historii o ludzkich namiętnościach, samotności, chciwości i potrzebie bycia kochanym.
Autor nie traktuje zagadki kryminalnej wyłącznie jako łamigłówki. Zbrodnia staje się pretekstem do pokazania ludzi – ich słabości, obsesji i dramatycznych decyzji. W świecie Zapachu nocy nic nie jest tak proste, jak mogłoby się początkowo wydawać. Oszust może być ofiarą, a oczywista ofiara zbrodniarzem. A to dopiero poczatek. 
Ogromnym atutem powieści jest, jak to u Camilleriego, Sycylia. Nie jest ona jedynie miejscem akcji. To pełnoprawna bohaterka – gorąca, zmysłowa, pełna kontrastów, lokalnych absurdów i specyficznego poczucia humoru. Vigata żyje własnym rytmem, a jej mieszkańcy są równie fascynujący jak sama zagadka. Dzięki temu śledztwo Montalbano ma niepowtarzalny klimat: trochę duszny, trochę groteskowy, momentami mroczny, ale zawsze niezwykle włoski.
Nie można też nie wspomnieć o humorze Camilleriego. Nawet kiedy sytuacja robi się naprawdę poważna, autor potrafi jednym zdaniem rozładować napięcie. Dialogi są błyskotliwe, a relacje Montalbano z otoczeniem dostarczają mnóstwa przyjemności. Szczególnie dobrze wypada tutaj sam komisarz – człowiek zmęczony absurdami świata, ale wciąż niepogodzony z niesprawiedliwością.
Podoba mi się również to, że Zapach nocy nie ogranicza się do samej intrygi. Camilleri przemyca gorzką refleksję nad współczesnością i światem, w którym człowiek coraz częściej sprowadzany jest do pieniędzy, procedur i mechanicznych, powtarzalnych czynności. Pod pozorem lekkiego kryminału autor stawia więc pytania znacznie poważniejsze: ile jesteśmy gotowi poświęcić dla pieniędzy? Jak daleko możemy posunąć się z miłości? I co pozostaje z człowieka, kiedy pozbawi się go marzeń, uczuć i nadziei?
A finał? Zdecydowanie nie należy go lekceważyć. Camilleri prowadzi czytelnika ścieżką pełną pozornie oczywistych tropów, by w odpowiednim momencie pokazać, że prawda była znacznie bardziej skomplikowana. Kryminał stopniowo przeobraża się w opowieść o tragedii. Więcej niczego nei zdradzę. Nie chce wam psuć elementu zaskoczenia. Zachęcam za to do lektury tej i innych książek z serii. 
Zapach nocy to kryminał, ale zdecydowanie nie tylko kryminał. To opowieść o pieniądzach, które potrafią zaślepić, kłamstwach, które zaczynają żyć własnym życiem, i miłości, która czasem zamiast ratować – prowadzi ku katastrofie.
Camilleri po raz kolejny pokazuje klasę. Czyta się szybko, z ciekawością i uśmiechem, ale po ostatniej stronie zostaje coś więcej niż satysfakcja z rozwiązanej zagadki. Zostaje atmosfera Sycylii, charakterystyczny głos Montalbano i lekko gorzki smak refleksji nad tym, jak bardzo skomplikowany potrafi być człowiek. Polecam. Mistrzostwo.


 

piątek, 7 sierpnia 2026

Na złamanie karku. Jak Chiny chcą urządzić przyszłość - Dan Wang

 


Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 5,5/6
Bardzo poruszająca i nie ukrywam, że przerażająca książka. 
Autor przez niemal dekadę analizowal rozwój technologiczny i gospodarczy Chin, Teraz na kartach książki prowadzi czytelnika przez kraj rozwijający się w zawrotnym tempie. Z jednej strony pokazuje imponujące osiągnięcia: gigantyczne inwestycje infrastrukturalne, nowoczesne fabryki, szybkie koleje i niezwykłą skalę innowacji. Z drugiej nie unika trudnych tematów – politycznych represji, społecznych kosztów błyskawicznej modernizacji czy ceny, jaką płacą zwykli ludzie za ambicje państwa.
Ta książka porządkuje wiele współczesnych zjawisk, i nie dotyczy wyłącznie samych Chin. W równym stopniu pomaga zrozumieć relacje między Chinami a Stanami Zjednoczonymi, a przede wszystkim pokazuje, że decyzje podejmowane przez te dwa mocarstwa wykraczają daleko poza ich granice. Ich rywalizacja, tempo rozwoju i wizje przyszłości wpływają na gospodarkę, technologie i codzienne życie ludzi na całym świecie – również w Europie. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak to wszystko bardzo wpływa na każdego z nas. Nie ukrywam, w trakcie lektury byłam w soku i nie był to szok pozytywny. Zdominowanie ludzi na ziemi przez 1-2 państwa, koszmar. A do tego to wszystko dąży. 
Dan Wang nie tworzy ani laurki dla chińskiego modelu rozwoju, ani jednostronnej krytyki Zachodu. Przedstawia rzetelną, opartą na faktach analizę współczesnej cywilizacji technologicznej, wskazując zarówno jej spektakularne sukcesy, jak i ciemne strony. Dzięki temu czytelnik otrzymuje wielowymiarowy obraz świata, w którym postęp technologiczny jest nierozerwalnie związany z polityką, ekonomią i społeczeństwem. I ten obraz świata przeraził mnie. 
Szczególnie interesujące jest zestawienie dwóch odmiennych modeli funkcjonowania państwa. Wang opisuje Chiny jako kraj nastawiony na szybkie działanie i realizację ambitnych celów, podczas gdy Stany Zjednoczone przedstawia jako społeczeństwo, w którym procedury, prawo i instytucje często spowalniają zmiany – zarówno te korzystne, jak i te budzące kontrowersje. Ta konfrontacja nie służy jednak wskazaniu zwycięzcy, lecz skłania do refleksji nad mocnymi i słabymi stronami obu systemów oraz zaprezentowaniem do czego dąży który kraj.
Niewątpliwie jest to lektura wymagająca skupienia. Trafne obserwacje, wnioski w wielu miejscach szokują i niewątpliwie dają do myślenia. Wang przekonuje, że aby zrozumieć przyszłość, nie wystarczy śledzić nagłówków gazet – trzeba dostrzec procesy zachodzące pod powierzchnią politycznych wydarzeń. A te procesy w ogromnym stopniu wyznaczają właśnie Chiny i Stany Zjednoczone.
Na złamanie karku. Jak Chiny chcą urządzić przyszłość to książka dla wszystkich zainteresowanych geopolityką, technologią i gospodarką. Nie daje prostych odpowiedzi, ale pomaga zrozumieć świat, który zmienia się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. To jedna z tych publikacji, po których trudno patrzeć na globalne wydarzenia w taki sam sposób jak wcześniej.

 

wtorek, 4 sierpnia 2026

Sycyliada - Daniel Wyszogrodzki

 


Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 5/6
Sycyliada to powieść, która zachwyca nie tylko malowniczym obrazem Sycylii, ale przede wszystkim skłania do głębokiej refleksji nad życiem, pamięcią i samotnością. Autor zabiera czytelnika do świata, w którym gorące słońce, zapach morza, sycylijskie jedzenie i białe wino tworzą niezwykłe tło dla historii o emocjach, niespełnionych uczuciach i próbie pogodzenia się z własną przeszłością.
Główny bohater, Polacco, wiedzie spokojne życie w domu nad urwiskiem, z którego każdego dnia podziwia bezkres morza. Nie szuka już szczęścia – wystarczają mu drobne przyjemności i rutyna. Wszystko zmienia się, gdy po latach odwiedza go dawna przyjaciółka. Ich spotkanie staje się początkiem podróży w głąb wspomnień, niewypowiedzianych emocji i pytań, na które przez lata zabrakło odwagi. Rozmowy prowadzą nie tylko do odkrywania tego, co kiedyś ich połączyło, ale także do bolesnej konfrontacji z teraźniejszością – przemocą wobec kobiet, kryzysem migracyjnym czy własnymi traumami.
Ta książka to jednak coś więcej niż historia o dawnych uczuciach. Sycyliada (w moim odczuciu) jest alegorią współczesnego świata – rzeczywistości, która z każdym dniem wydaje się coraz bardziej brutalna i pozbawiona wrażliwości. Autor pokazuje, że prawdziwego siebie często odnajdujemy dopiero wtedy, gdy potrafimy odciąć się od narzuconego tempa życia i głównego nurtu. Jednocześnie przypomina, że ciągłe oglądanie się za siebie nie pozwala dostrzec tego, co los przygotował przed nami. Przeszłość jest ważna, ale nie może stać się więzieniem. Cynizm i świadomie pielęgnowana samotność potrafią odebrać nawet najpiękniejsze chwile, jeśli nie pozwolimy sobie na bliskość i zaufanie.
Największą siłą tej powieści jest jej atmosfera. Wyszogrodzki pisze niezwykle zmysłowo – niemal czuć zapach kawy, smak sycylijskiego wina i gorące powietrze rozgrzanych nocy. Każdy bohater wnosi do historii coś istotnego, a pojawiające się postacie stopniowo odsłaniają kolejne warstwy osobowości Polacco. Dzięki temu książka jest ciekawą opowieścią o dojrzewaniu do prawdy, przebaczenia i akceptacji.
Sycyliada to lektura dla tych, którzy cenią literaturę nastrojową i refleksyjną. Nie dostarcza prostych odpowiedzi, ale pozostawia czytelnika z pytaniami o to, czym jest szczęście, jak wiele zależy od naszych wyborów i czy zawsze warto wracać do tego, co minęło. To piękna, melancholijna opowieść, która zostaje w pamięci na długo po przeczytaniu ostatniej strony. Polecam. 

Zapraszam na moje konto na Instagramie (klik)