Wydawnictwo Znak Liternova, Moja ocena 6/6
Skończyłam czytać, płakać i zastanawiam się, co ja mam napisać o tej ksiażce.
Są takie książki, o których niezaleznie, co się napisze, będzie nie tak.
Są też książki, które nie próbują niczego tłumaczyć, a mimo to mówią więcej niż tomy analiz. Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy należy właśnie do tej kategorii. To zapis pozbawiony nazwisk i deklaracji, a przez to boleśnie prawdziwy. Anonimowy autor nie występuje w roli reportera, historyka ani komentatora wydarzeń. Jest po prostu człowiekiem — jednym z wielu — który pewnego dnia obudził się w świecie, który przestał istnieć.
Ten osobisty dziennik, udostępniony polskim czytelnikom w mistrzowskim przekładzie Agnieszki Rasmus-Zgorzelskiej, to niezwykle przejmujące świadectwo życia w Gazie. To życie jest widziane od środka, oczami jej mieszkańca, zwyczajnego mężczyzny z planami na przyszłość, drobnymi przyjemnościami, marzeniami, bliskimi i pragnieniem spokoju. To człówiek taki jak my. I to poraża najbardziej. Na jego miejscu może w każdej chwili znależć się każdy z nas. Sytuacja wokół nas, na świecie jest coraz bardziej niebezpieczna, niepewna. Robi się naprawdę strasznie, a lektura Dziennika jeszcze bardziej mi to uświadomiła. Doceniłam, jakim szczęściem jest życie tu i teraz w miarę bezpiecznej Europie. Tłumaczenie jeszcze bardziej oddaje grozę przeżyć bohatera ponieważ jest proste i szorstkie. Mam wrażenie, iż tłumaczka zrobiła wszystko żeby oddać wiernie oryginał, nie wygładzała emocji. Dzięki temu emocje, uczucia mogą wybrzmieć w całej surowości.
W tej książce próżno szukać geopolitycznych wyjaśnień czy prób wskazania winnych. Nie pojawiają się nazwy stron konfliktu, nie ma tu analiz, statystyk ani języka organizacji międzynarodowych. Autor nie opisuje wojny jako zjawiska politycznego, lecz jako doświadczenie cielesne i psychiczne: nieustanny strach, głód, zmęczenie, poczucie wykorzenienia. To narracja poszarpana, prowadzona niespiesznie, zrywami — jakby pisana między jednym nalotem a kolejną próbą złapania sygnału. Opowieść człowieka, który kocha koty i troszczy się o nie nawet wtedy, gdy wszystko inne się rozpada.
Książkę otwiera cytat z Mahmuda Darwisza:
„Robiąc sobie śniadanie, pomyśl o innych. (Nie zapomnij nakarmić gołębi)”.
Ten wers staje się kluczem do całego dziennika. W świecie, w którym codzienność została sprowadzona do walki o przetrwanie.
Niedziela, 7 października 2023 roku. Dzień, który miał być zwyczajny. Autor planuje tenis, wizytę u lekarza. Nic nie zapowiada katastrofy. A potem wojna wybucha nagle, brutalnie, bez zapowiedzi, przewracając życie do góry nogami. Wraz z siostrą zabiera koty i ucieka przed bombardowaniami, aż trafiają do ciasnego pokoju w i tak już przepełnionym mieszkaniu. Ta scena mówi więcej niż najbardziej dosadne opisy przemocy.
Pisanie dziennika staje się sposobem na zachowanie resztek normalności, na odmierzanie czasu w rzeczywistości, w której dni zlewają się w jeden ciąg alarmów, wybuchów i czekania. Autor zapisuje wędrówki przez dzielnice obrócone w pył w poszukiwaniu leków, jedzenia i wody. Opisuje próby kontaktu z rodziną i przyjaciółmi, utrudnione przez brak prądu i nieustannie zrywający się internet. Notuje naukę funkcjonowania w warunkach, które odbierają godność, a mimo to nie są w stanie odebrać wrażliwości.
Z czasem dociera do niego, że to nie jest chwilowy kryzys. Że wojna się przeciąga. Że pieniędzy ubywa. Że z coraz większa ilością osób nie da się już skontaktować. Strasznie się to czytało.
Dziennik publikowany był w pierwszych miesiącach wojny na łamach Guardiana, co nadaje mu dodatkowy wymiar: to świadectwo pisane na bieżąco, bez wiedzy o tym, jak i czy ta historia się skończy. I właśnie dlatego jest tak uniwersalne. To nie tylko opowieść o Gazie, ale o wojnie jako takiej — widzianej z perspektywy jednego z miliona maleńkich trybików - ludzi.
Nie zapomnij nakarmić gołębi nie daje ukojenia ani prostych odpowiedzi. Zostawia czytelnika z ogromnym ciężarem — ale też z poczuciem, że przez chwilę udało się zobaczyć świat cudzymi oczami. I że czasem właśnie tyle wystarczy, by coś w nas pękło, a coś innego — może empatia — zaczęło się odbudowywać. Straszne, poruszające i bardzo potrzebne.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bez czytania będą usuwane komentarze zawierające spamy, linki do innych blogów. Mój blog, to nie słup ogłoszeniowy.