Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 4/6
Sandra Brown, to znana amerykańska pisarka, autorka ponad 70 romansów, a także powieści kryminalnych i historycznych. Po jej książki chętnie sięgają kobiety na całym nieomal świecie. Co prawda pisarka tworzy wg. pewnego schematu z happy endem na końcu, ale każdą jej książkę, mimo przewidywalnego zakończenia i sztampowego wzorca dobry kontra zły, czyta się wyśmienicie.
Dla mnie również lektura kolejnych książek autorstwa Brown była i jest doskonałym relaksem, który na kilka godzin zapewnia ciekawą lekturę i chwilę wytchnienia. I o to chyba w tego typu lekturze chodzi.
Tym razem bohaterką jest piękna, mądra i empatyczna, a do tego niezwykle hojna dla potrzebujących doktor Emory Charbonneau, pediatra i zapalona biegaczka. Jej życie zawodowe jest zupełnym przeciwieństwem prywatnego. Mąż Jeff, przystojny, zaradny, ale pozostający w cieniu uwielbianej przez wszystkich żony, ma romans. Dodatkowo kego zdaniem Emory odwraca się od niego w pewnej niezwykle ważnej sprawie.
Nic więc dziwnego, że weekendowy wyjazd Emory w góry przyjmuje z ulgą.
Gdy Emory znika w tajemniczych okolicznościach na górskiej drodze w Karolinie Północnej podczas treningu przygotowującego do charytatywnego maratonu męźczyzna zgłasza jej zaginiecie na policję. Automatycznie staje się on głównym podejrzanym.
Czas upływa, a po Emory ani śladu.
Akcja toczy się dwutorowo. Poznajemy działania coraz bardziej miotającego się w całej sytuacji Jeffa i Emory, która odzyskuje przytomność w odciętej od świata przez śnieżycę chacie nieznajomego. Kim jest ten potężny, groźnie wyglądający człowiek? Czego do niej chce? Czy to on ją napadł? Emory nie ma co do tego wątpliwości, gdy w pewnym momencie znajduje w chacie kamień z jej zaschniętymi włosami i krwią oraz spory skład broni i amunicji.
Zapewnienia nieznajomego, iż nic jej nie zrobi, że to nie jego powinna się bać, na nic się zdają. Grozy dopełniają kolejne wydarzenia, które (to trzeba pisarce przyznać) mnożą się w bardzo szybkim tempie. Fabuła, bezustannie podkręcana przez Brown, jest niezwykle mocna strona całej historii. Mnożą się kolejne znaki zapytania, a mniej więcej w połowie książki okaże się, iż nic nie jest takim jakim się wydawało.
Odrobinę irytuje przewidywalny w zasadzie od samego początku romans Emory. Jego przyszłościowe zaistnienie tak nasuwa się w czasie lektury już pierwszych rozdziałów, iż pisząc o nim, absolutnie nie spojleruję. Wątek miłosny jest odrobinę sztampowy, ale bardzo ciekawie spleciony z wątkiem sensacyjnym.
Irytujący jest także wyraźny podział bohaterów na linii dobry-zły, brak postaci pośrednich. To czyni książkę trochę bajkową. Jednak mimo tych drobnych wad oraz faktu, iż
końcówka jest w zasadzie do przewidzenia, taka trochę sztampowa, aż do bólu, to muszę przyznać, iż Okruchy zła to dobra, momentami nawet bardzo dobra książka, do której lektury zachęcam. Książkę czyta się błyskawicznie doskonale się przy niej relaksując.
Jeżeli znacie i lubicie styl pisarski Sandry Brown, jeżeli szukacie lekkiej, wciągającej książki na wiosenne popołudnie i wieczór, a nie oczekujecie, iż Okruchy zła będą stricte thrillerem czy kryminałem, to z pewnością jest to książka dla was.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
środa, 20 kwietnia 2016
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Dziewięć dni - Gilly Macmillan
Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 6/6
Rewelacyjny thriller, tym lepszy, iż jest on debiutem w dorobku Macmillan.
Historia opowiedziana przez pisarkę pochłonęła mnie całkowicie. Nie ukrywam także, że mocno mnie poruszyła opowiada bowiem historię największego koszmaru każdego rodzica. Pewnego dnia w trakcie spaceru ginie bez śladu 8-letni syn Rachel Jenner. Oczywiście w całą sprawę od razu włącza się miejscowa policja, ale nic to nie daje. Chłopiec, jakby zapadł się pod ziemię.
Zaginięcie dziecka samo w sobie jest już koszmarem. A w przypadku Rachel to dopiero początek. To co ja czeka w ciągu najbliższych godzin, dni będzie istnym horrorem. Za sprawą jednej iskry, rozpoczyna się nagonka, której celem jest udowodnienie, iż za zniknięciem chłopca stoi jego matka. Sama Rachel zaczyna zachowywać się niezwykle tajemniczo i dziwnie. Ona zaczyna być traktowana, jako zbrodniarka, jej były mąż jako ofiara.
Co kryje się za tym wszystkim?
Powiecie (napiszecie), takich książek o zaginięciu dziecka, śledztwie jest mnóstwo. Ale to tylko pozory. Bowiem Dziewięć dni jest inne. Nie ukrywam, rozpoczynając lekturę przeżyłam spore zaskoczenie (na plus oczywiście). Nawet opis na okładce nie zapowiada takiego rozwoju wypadków, tak fantastycznej lektury.
Książka wciągnęła mnie od pierwszego rozdziału. Jest bowiem doskonale napisana, akcja jest umiejętnie podkręcona, a całość bardzo, bardzo rzeczywista. Przy czym historię poznajemy z relacji dwóch osób - samej Rachel i policjanta prowadzącego śledztwo. Dodatkowo autorka zastosowała kilka bardzo ciekawych zabiegów, jak np. przytaczanie reakcji społeczeństwa, przypadkowych dla zainteresowanych ludzi na całą historię. Szok do czego ludzie są zdolni. To co opisuje Macmillan jest o wiele gorsze od kubłów pomyj w komentarzach, które przelewają się codziennie w sieci. Chociażby dla tego wątku, dla kwestii hejtu w sieci, zła jakie może wyrządzić, wzajemnej, rosnącej ludzkiej nienawiści, warto te książkę przeczytać. Ale nie tylko z tego powodu.
Obie postaci narratorów są doskonale nakreślone, autorka mistrzowsko oddała ciężar odpowiedzialności, jaką dźwigały one na swoich barkach. Zarówno dla matki dziecka, jak i policjanta tytułowe dziewięć dni z różnych względów były koszmarem.
Bardzo dobrze ukazane są psychologiczne zmiany i wewnętrzne walki narratorów, ale także szczegóły policyjnego dochodzenia, które śledzimy krok po kroku.
Przyznam się, iż w końcowej fazie lektury przeżyłam wielkie zaskoczenie. Ale nic nie zdradzę.
Zachęcam za to do sięgnięcia po książkę. Doskonała, mocna, brutalna, oburzająca pozycja, która dodatkowo jest bardzo oryginalnie skonstruowana. Niecierpliwie czekam na kolejną książkę autorki.
Rewelacyjny thriller, tym lepszy, iż jest on debiutem w dorobku Macmillan.
Historia opowiedziana przez pisarkę pochłonęła mnie całkowicie. Nie ukrywam także, że mocno mnie poruszyła opowiada bowiem historię największego koszmaru każdego rodzica. Pewnego dnia w trakcie spaceru ginie bez śladu 8-letni syn Rachel Jenner. Oczywiście w całą sprawę od razu włącza się miejscowa policja, ale nic to nie daje. Chłopiec, jakby zapadł się pod ziemię.
Zaginięcie dziecka samo w sobie jest już koszmarem. A w przypadku Rachel to dopiero początek. To co ja czeka w ciągu najbliższych godzin, dni będzie istnym horrorem. Za sprawą jednej iskry, rozpoczyna się nagonka, której celem jest udowodnienie, iż za zniknięciem chłopca stoi jego matka. Sama Rachel zaczyna zachowywać się niezwykle tajemniczo i dziwnie. Ona zaczyna być traktowana, jako zbrodniarka, jej były mąż jako ofiara.
Co kryje się za tym wszystkim?
Powiecie (napiszecie), takich książek o zaginięciu dziecka, śledztwie jest mnóstwo. Ale to tylko pozory. Bowiem Dziewięć dni jest inne. Nie ukrywam, rozpoczynając lekturę przeżyłam spore zaskoczenie (na plus oczywiście). Nawet opis na okładce nie zapowiada takiego rozwoju wypadków, tak fantastycznej lektury.
Książka wciągnęła mnie od pierwszego rozdziału. Jest bowiem doskonale napisana, akcja jest umiejętnie podkręcona, a całość bardzo, bardzo rzeczywista. Przy czym historię poznajemy z relacji dwóch osób - samej Rachel i policjanta prowadzącego śledztwo. Dodatkowo autorka zastosowała kilka bardzo ciekawych zabiegów, jak np. przytaczanie reakcji społeczeństwa, przypadkowych dla zainteresowanych ludzi na całą historię. Szok do czego ludzie są zdolni. To co opisuje Macmillan jest o wiele gorsze od kubłów pomyj w komentarzach, które przelewają się codziennie w sieci. Chociażby dla tego wątku, dla kwestii hejtu w sieci, zła jakie może wyrządzić, wzajemnej, rosnącej ludzkiej nienawiści, warto te książkę przeczytać. Ale nie tylko z tego powodu.
Obie postaci narratorów są doskonale nakreślone, autorka mistrzowsko oddała ciężar odpowiedzialności, jaką dźwigały one na swoich barkach. Zarówno dla matki dziecka, jak i policjanta tytułowe dziewięć dni z różnych względów były koszmarem.
Bardzo dobrze ukazane są psychologiczne zmiany i wewnętrzne walki narratorów, ale także szczegóły policyjnego dochodzenia, które śledzimy krok po kroku.
Przyznam się, iż w końcowej fazie lektury przeżyłam wielkie zaskoczenie. Ale nic nie zdradzę.
Zachęcam za to do sięgnięcia po książkę. Doskonała, mocna, brutalna, oburzająca pozycja, która dodatkowo jest bardzo oryginalnie skonstruowana. Niecierpliwie czekam na kolejną książkę autorki.
niedziela, 17 kwietnia 2016
Hotel New Hampshire - John Irving
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
Hotel New Hampshire to doskonale napisana, mistrzowsko skonstruowana czarna komedia. Bohaterami są członkowie całkiem sporej, wielopokoleniowej rodziny Berrych + ich czarnego labradora o wdzięcznym imieniu...Smutek, którzy za punkt honoru, w ogóle nie podlegający jakimkolwiek dyskusjom, obrali sobie stworzenie hotelu, który będzie super, hiper dochodowym biznesem.
Perypetie rodziny śledzi się z zapartym tchem, otwierając szeroko oczy, a i niejednokrotnie wybuchając głośnym śmiechem.
To wszystko przeplatane jest refleksyjnymi nutkami i nieodpartym wrażeniem, że tylko Irving potrafi z błahego tematu, umiarkowanie dobrej historii, momentami banalnej do bólu i przewidywalnej, albo wręcz głupich, nie do pomyślenia rzeczy zrobić coś takiego, istny majstersztyk.
Wykreowani przez Irvinga bohaterowie są co najmniej hmm...dziwni. Zgodnie ze starym powiedzeniem, że dziwni ludzie = dziwne zdarzenia, Berrym przydarzają się wyjątkowo dziwne, żeby nie rzec kuriozalne rzeczy. Ta rodzina prosta czynność potrafi maksymalnie skomplikować, przyciąga do siebie idiotów jeszcze większych, niż oni sami, a wszystko, dosłownie wszystko potrafi zepsuć, nie wiadomo jak i kiedy. Dodatkowo lubuje się w wyuzdanym, płatnym seksie lat 60. XX wieku. W ogóle seksu jest w książce sporo.
Mamy wspomniany płatny seks, wchodzenie w świat seksu przez młodego człowieka na amerykańskiej prowincji, zbiorowy gwałt na nastolatce, kwestia jak się ma nabycie niedźwiedzia do wznowienia współżycia seksualnego z własną żoną i wiele innych. Jednak uwaga, nie ma w tych sytuacjach nic drastycznego, niesmacznego. Irving, jak to Irving stworzył z tych spraw arcyzabawną (choć momentami to śmiech przez łzy) komedię, bez kadzenia o tym co należy lub nie robić, o winie, karze, sensie etc.
Jak zwykle pisarz urzeka odrobinę rubasznym językiem i wieloma ironicznymi porównaniami, które nie wszystkim muszą przypaść do gustu, lecz mnie zachwycają oraz wyjątkową lekkością pióra.Doskonała powieść o życiu, jego niuansach, radościach, smutkach i o tym czy warto uczyć się na swoich błędach i jeszcze o wielu, wielu innych sprawach.
Doskonała pozycja. Nic dziwnego, iż uznawana jest za najlepszą w dorobku pisarza. Polecam.
Recenzja mojego męża.
Hotel New Hampshire to doskonale napisana, mistrzowsko skonstruowana czarna komedia. Bohaterami są członkowie całkiem sporej, wielopokoleniowej rodziny Berrych + ich czarnego labradora o wdzięcznym imieniu...Smutek, którzy za punkt honoru, w ogóle nie podlegający jakimkolwiek dyskusjom, obrali sobie stworzenie hotelu, który będzie super, hiper dochodowym biznesem.
Perypetie rodziny śledzi się z zapartym tchem, otwierając szeroko oczy, a i niejednokrotnie wybuchając głośnym śmiechem.
To wszystko przeplatane jest refleksyjnymi nutkami i nieodpartym wrażeniem, że tylko Irving potrafi z błahego tematu, umiarkowanie dobrej historii, momentami banalnej do bólu i przewidywalnej, albo wręcz głupich, nie do pomyślenia rzeczy zrobić coś takiego, istny majstersztyk.
Wykreowani przez Irvinga bohaterowie są co najmniej hmm...dziwni. Zgodnie ze starym powiedzeniem, że dziwni ludzie = dziwne zdarzenia, Berrym przydarzają się wyjątkowo dziwne, żeby nie rzec kuriozalne rzeczy. Ta rodzina prosta czynność potrafi maksymalnie skomplikować, przyciąga do siebie idiotów jeszcze większych, niż oni sami, a wszystko, dosłownie wszystko potrafi zepsuć, nie wiadomo jak i kiedy. Dodatkowo lubuje się w wyuzdanym, płatnym seksie lat 60. XX wieku. W ogóle seksu jest w książce sporo.
Mamy wspomniany płatny seks, wchodzenie w świat seksu przez młodego człowieka na amerykańskiej prowincji, zbiorowy gwałt na nastolatce, kwestia jak się ma nabycie niedźwiedzia do wznowienia współżycia seksualnego z własną żoną i wiele innych. Jednak uwaga, nie ma w tych sytuacjach nic drastycznego, niesmacznego. Irving, jak to Irving stworzył z tych spraw arcyzabawną (choć momentami to śmiech przez łzy) komedię, bez kadzenia o tym co należy lub nie robić, o winie, karze, sensie etc.
Jak zwykle pisarz urzeka odrobinę rubasznym językiem i wieloma ironicznymi porównaniami, które nie wszystkim muszą przypaść do gustu, lecz mnie zachwycają oraz wyjątkową lekkością pióra.Doskonała powieść o życiu, jego niuansach, radościach, smutkach i o tym czy warto uczyć się na swoich błędach i jeszcze o wielu, wielu innych sprawach.
Doskonała pozycja. Nic dziwnego, iż uznawana jest za najlepszą w dorobku pisarza. Polecam.
sobota, 16 kwietnia 2016
Obrona - Steve Cavanagh
Wydawnictwo Filia, Moja ocena 5/6
Eddie Flynn to były adwokat, były pijak, alkoholik, były kanciarz, były bokser, były kieszonkowiec, były oszust i obecny facet, który ma wszystko do stracenia. Żeby tego nie stracić ma 48 godzin. Tylko czasu zaoferowała mu rosyjska mafia, żeby wygrał sprawę w sądzie. A to niebagatelna sprawa. Oskarżonym, którego ma wybronić jest szef owej mafii. W przeciwnym razie (tzn. jeżeli Eddie nawali) jego 10-letnia córka porwana przez mafię, straci życie.Dodatkowo przewidujący i ostrożny mafioso-klient, kazał założyć na plecy Eddiego kamizelkę z bombę, której prawnik-cwaniak nie ma prawa zdjąć. Eddie wie, że to nie przelewki. Jego były wspólnik, który próbował Rosjan oszukać, spoczywa teraz obok Eddiego, w charakterze kawałków umieszczonych w turystycznej torbie.
Eddie ma tylko 48 godzin żeby wybronić swojego klienta Wołczeka w niemożliwym do obrony procesie o morderstwo - musi wygrać i ocalić życie córki.
Czy mu się to uda? Czy wcześniejsze kanciarskie, umiejętności godne najlepszych oszustów i złodziei na coś mu się przydadzą? Czy kombinowanie, jak się z tego wyplątać pod okiem rosyjskiej mafii i skorumpowanych agentów FBI jest w ogóle możliwe?
Czy z tykającym na plecach zegarem detonatora, uda się Eddiemu przekonać sędziów przysięgłych? A może to nie chodzi o przekonanie sędziów przysięgłych?
Musze przyznać, iż Cavanagh wie jak skonstruować niesamowity, wciągający od pierwszej strony. Największymi plusami książki są niesamowite wprost tempo akcji i niewiarygodny realizm opisywanych wydarzeń.
Klimatu dodaje narracja w pierwszej osobie. Z reguły nie jestem z niej zadowolona, ale w przypadku tej historii sprawdza się wyśmienicie.
Największym jednak plusem jest sam Eddie. Postać genialnie skonstruowana, świetnie nakreślona, pełna wad wymiksowanych z nieliczną ilością zalet. Mimo tego, iż życie Eddiego, jego zachowanie balansujące na granicy tego co wolno, a co nie, pozostawiają sporo do życzenia, to jednak polubiłam go i to bardzo.
Dodatkowo nasz bohater to postać, która przez cała książkę dźwiga w zasadzie na swoich tylko barkach ciężar fabuły, to na nim spoczywa główna odpowiedzialność za wszystko, to on sprawi, iż akcja toczy się w niesamowitym tempie.Cavanagh tak skonstruował akcję, tak pociągnął fabułę, tak nakreślił postać głównego bohatera, iż wszystko razem tworzy wybuchową mieszankę. Genialne po prostu, a jednocześnie niezwykle rzadkie.
Gorąco zachęcam do lektury. Kilka wyrwanych z obiegu godzin, trzymanie kciuków za głównego bohatera oraz wiele uśmiechów spowodowanych postacią sympatycznego kanciarza-prawnika gwarantowane.
Za książkę dziękuję Księgarni Internetowej Tania Książka (klik)
Eddie Flynn to były adwokat, były pijak, alkoholik, były kanciarz, były bokser, były kieszonkowiec, były oszust i obecny facet, który ma wszystko do stracenia. Żeby tego nie stracić ma 48 godzin. Tylko czasu zaoferowała mu rosyjska mafia, żeby wygrał sprawę w sądzie. A to niebagatelna sprawa. Oskarżonym, którego ma wybronić jest szef owej mafii. W przeciwnym razie (tzn. jeżeli Eddie nawali) jego 10-letnia córka porwana przez mafię, straci życie.Dodatkowo przewidujący i ostrożny mafioso-klient, kazał założyć na plecy Eddiego kamizelkę z bombę, której prawnik-cwaniak nie ma prawa zdjąć. Eddie wie, że to nie przelewki. Jego były wspólnik, który próbował Rosjan oszukać, spoczywa teraz obok Eddiego, w charakterze kawałków umieszczonych w turystycznej torbie.
Eddie ma tylko 48 godzin żeby wybronić swojego klienta Wołczeka w niemożliwym do obrony procesie o morderstwo - musi wygrać i ocalić życie córki.
Czy mu się to uda? Czy wcześniejsze kanciarskie, umiejętności godne najlepszych oszustów i złodziei na coś mu się przydadzą? Czy kombinowanie, jak się z tego wyplątać pod okiem rosyjskiej mafii i skorumpowanych agentów FBI jest w ogóle możliwe?
Czy z tykającym na plecach zegarem detonatora, uda się Eddiemu przekonać sędziów przysięgłych? A może to nie chodzi o przekonanie sędziów przysięgłych?
Musze przyznać, iż Cavanagh wie jak skonstruować niesamowity, wciągający od pierwszej strony. Największymi plusami książki są niesamowite wprost tempo akcji i niewiarygodny realizm opisywanych wydarzeń.
Klimatu dodaje narracja w pierwszej osobie. Z reguły nie jestem z niej zadowolona, ale w przypadku tej historii sprawdza się wyśmienicie.
Największym jednak plusem jest sam Eddie. Postać genialnie skonstruowana, świetnie nakreślona, pełna wad wymiksowanych z nieliczną ilością zalet. Mimo tego, iż życie Eddiego, jego zachowanie balansujące na granicy tego co wolno, a co nie, pozostawiają sporo do życzenia, to jednak polubiłam go i to bardzo.
Dodatkowo nasz bohater to postać, która przez cała książkę dźwiga w zasadzie na swoich tylko barkach ciężar fabuły, to na nim spoczywa główna odpowiedzialność za wszystko, to on sprawi, iż akcja toczy się w niesamowitym tempie.Cavanagh tak skonstruował akcję, tak pociągnął fabułę, tak nakreślił postać głównego bohatera, iż wszystko razem tworzy wybuchową mieszankę. Genialne po prostu, a jednocześnie niezwykle rzadkie.
Gorąco zachęcam do lektury. Kilka wyrwanych z obiegu godzin, trzymanie kciuków za głównego bohatera oraz wiele uśmiechów spowodowanych postacią sympatycznego kanciarza-prawnika gwarantowane.
Za książkę dziękuję Księgarni Internetowej Tania Książka (klik)
piątek, 15 kwietnia 2016
Ślepy trop - Jorn Lier Horst
Wydawnictwo Smak Słowa, Moja ocena 5/6
Kolejny kryminał pióra Horsta, który miałam okazję przeczytać. I muszę przyznać, iż z każdą kolejna książką tego norweskiego pisarza jest coraz lepiej, każdy kolejny tytuł to bardziej dopracowana intryga, jeszcze lepsze dochodzenie i mistrzowska intryga.
Dodatkowo w Ślepym torze mamy coś więcej. Nigdy, w żadnej wcześniejszej książce, pisarz aż tak bardzo nie poruszył moich emocji. Nie będę zdradzać o co chodzi, żeby nie psuć wam przyjemności wynikającej z lektury oraz elementu zaskoczenia.
Oprócz sprawy kryminalnej wymiksowanej (jak to w skandynawskiej prozie w ogóle bywa) z wątkiem społecznym, po raz kolejny śledzimy także losy prywatne doświadczonego policjanta Wistinga oraz jego córki dziennikarki śledczej Line.
Brawa należą się Horstowi za wykreowanie pozytywnego, skandynawskiego bohatera, policjanta bez nałogów, bez wypaczonej, rozjechanej przez życiowe dramaty psychiki. Pod tym względem Wisting jest skandynawskim unikatem, choć jego życie prywatne jest dalekie od ideału.
Fabuła książki jest doskonała. Co prawda tempo akcji jest powolne, ale mimo to w książce dzieje się oj dzieje. Cała fabuła przyspiesza w następnych rozdziałach w momencie, gdy kolejne fragmenty układanki wskakują na swoje miejsce.
Ogromnym plusem jest niezwykły realizm wydarzeń i to zarówno po stronie rodziny Wistingów, tego co ich spotkało, prowadzonego dochodzenia (a w zasadzie dochodzeń), jak w każdym innym zakresie. Horst po prostu wie o czym pisze i robi to doskonale, niezależnie czy chodzi o prace policji,. prowadzenie dochodzenia, świat przestępczy, czy poplątane życie Norwegów. Szczególnie ta ostatnia kwestia (podobnie, jak we wcześniejszych książkach) jest bardzo silnie zaakcentowana. Co istotne autor w taki sposób porusza kwestie społeczne, iż nie mamy ani przez moment wrażenia umoralniania czytelnika na siłę, co niestety zdarza się innym pisarzom.
Porządny kryminał, ba kryminał najwyższych lotów i doskonała powieść obyczajowo-społeczna w jednym.
Zachęcam do lektury. Kawał porządnego, dopracowanego kryminału z sympatycznym bohaterem.
Kolejny kryminał pióra Horsta, który miałam okazję przeczytać. I muszę przyznać, iż z każdą kolejna książką tego norweskiego pisarza jest coraz lepiej, każdy kolejny tytuł to bardziej dopracowana intryga, jeszcze lepsze dochodzenie i mistrzowska intryga.
Dodatkowo w Ślepym torze mamy coś więcej. Nigdy, w żadnej wcześniejszej książce, pisarz aż tak bardzo nie poruszył moich emocji. Nie będę zdradzać o co chodzi, żeby nie psuć wam przyjemności wynikającej z lektury oraz elementu zaskoczenia.
Oprócz sprawy kryminalnej wymiksowanej (jak to w skandynawskiej prozie w ogóle bywa) z wątkiem społecznym, po raz kolejny śledzimy także losy prywatne doświadczonego policjanta Wistinga oraz jego córki dziennikarki śledczej Line.
Brawa należą się Horstowi za wykreowanie pozytywnego, skandynawskiego bohatera, policjanta bez nałogów, bez wypaczonej, rozjechanej przez życiowe dramaty psychiki. Pod tym względem Wisting jest skandynawskim unikatem, choć jego życie prywatne jest dalekie od ideału.
Fabuła książki jest doskonała. Co prawda tempo akcji jest powolne, ale mimo to w książce dzieje się oj dzieje. Cała fabuła przyspiesza w następnych rozdziałach w momencie, gdy kolejne fragmenty układanki wskakują na swoje miejsce.
Ogromnym plusem jest niezwykły realizm wydarzeń i to zarówno po stronie rodziny Wistingów, tego co ich spotkało, prowadzonego dochodzenia (a w zasadzie dochodzeń), jak w każdym innym zakresie. Horst po prostu wie o czym pisze i robi to doskonale, niezależnie czy chodzi o prace policji,. prowadzenie dochodzenia, świat przestępczy, czy poplątane życie Norwegów. Szczególnie ta ostatnia kwestia (podobnie, jak we wcześniejszych książkach) jest bardzo silnie zaakcentowana. Co istotne autor w taki sposób porusza kwestie społeczne, iż nie mamy ani przez moment wrażenia umoralniania czytelnika na siłę, co niestety zdarza się innym pisarzom.
Porządny kryminał, ba kryminał najwyższych lotów i doskonała powieść obyczajowo-społeczna w jednym.
Zachęcam do lektury. Kawał porządnego, dopracowanego kryminału z sympatycznym bohaterem.
czwartek, 14 kwietnia 2016
2. tom Troi trafił do księgarń...
Właśnie trafił do księgarń drugi tom cyklu TROJA, autorstwa Davida Gemmella zatytułowany Tarcza gromu.
Wojna
wisi w powietrzu – wszyscy królowie zachodu, wrogowie i przyjaciele,
zmierzają do Troi na ślub Hektora. Każdy z nich snuje własne mroczne
plany podboju i grabieży...
Do
tego tygla zdrad i oszustw przybywa też trójka podróżników: skrywająca
straszny sekret Piria, kapłanka uciekinierka z Tery, wojownik Kalliades,
właściciel słynnego miecza, i jego przyjaciel Banokles. Nad legendarną
Troję nadciąga mrok, który
w nadchodzących wiekach przyćmi bohaterskie czyny i osobiste tragedie zwykłych śmiertelników.
w nadchodzących wiekach przyćmi bohaterskie czyny i osobiste tragedie zwykłych śmiertelników.
„David
Gemmell przenosi nas w pełnowymiarowy świat, skonstruowany z taką
maestrią, że czytelnik z całym przekonaniem myśli: <<To się
wydarzyło naprawdę“.
Steven Pressfield, autor Aleksandra Wielkiego i Bram ognia
„Gemmell
to mistrz intrygi, ale jego triumfem są znakomite kreacje bohaterów,
tak realistyczne, że gdy ponoszą porażki, cierpimy, a kiedy zwycięzają –
jesteśmy olśnieni“.
Conn Iggulden, autor cyklu „Imperator“
Zapytany,
czy kiedyś przestanie pisać, David Gemmell, którego uważano za
najlepszego żyjącego twórcę heroic fantasy, autor ponad dwudziestu
powieści, odparł: „Pewnie. Któregoś dnia umrę”. Zmarł 28 lipca 2006 r.
Urodził
się w 1948 r. w Londynie. Wyrzucony ze szkoły za organizowanie
zakładów, w dzień jeździł na ciężarówce, a nocami pracował jako
wykidajło w Soho. Pisał dla „Daily Mail” i „Daily Mirror”.
Pieśń harfy - Levi Henriksen
Wydawnictwo Smak Słowa, Moja ocena 5/6
Recenzja zaległa. Książkę przeczytałam pod koniec marca i w pędzie dnia codziennego zupełnie zapomniałam zamieścić recenzję. Wczoraj dopiero mi o tym email z wydawnictwa przypomniał. Niniejszym nadrabiam zaległości.
Literaturę skandynawską bardzo lubię. Cenię też pozycje wydawane przez oficynę Smak Słowa. Po lekturze ostatnich tytułów przyzwyczaiłam się już, iż książki z kręgu literatury skandynawskiej są stagnacyjne, spokojne, acz wymowne i prawie zawsze niosą w swojej treści jakieś przesłanie, wątek społeczno-moralizatorski.
Nie inaczej jest w przypadku Pieśni harfy.
Pierwsze co rzuca się w oczy i zaciekawia, jest okładka.
Pieśń harfy to równie niebanalna jak okładka, niedająca się włożyć w żaden szablon opowieść.
Główny bohater, to z zamiłowania muzyk i producent muzyczny, z konieczności (z czegoś żyć trzeba) elektryk. Pewnego dnia przyjeżdża na prowincję i doznaje olśnienia, bo inaczej nazwać tego nie można. Nagle słyszy nieomal anielskie glosy. To śpiewa trio siostrzano-braterskie. Śpiewacy ci kiedyś, kilka dekad temu byli znanymi artystami. obecnie będąc na emeryturze oddaj się pasji śpiewania lokalnie wcale nie dążąc do powrotu na szeroko rozumiana scenę muzyczną. Nasz muzyk-elektryk postanawia jednak przekonać ich, że właśnie tego chcą, chcą śpiewać, nagrywać po raz kolejny odnieść sławę.
Co z tego wyjdzie? Czy uda im się nawiązać współpracę? Czego tak naprawdę tak różni wiekowo bohaterowie chcą od siebie nawzajem i od życia? Czym dla nich będą wzajemne spotkania i rozmowy?
Przyznam się, iż mimo, że to moje drugie spotkanie z prozą Henriksena, ze stylem pisarskim Norwega i powinnam być przygotowana na to, iż autor zwodzi i pod płaszczykiem zwyczajnej opowieści kryje dużo więcej, to i tak mnie zaskoczył.
Książka jest przede wszystkim wieloznaczna, bardzo wymowna i dająca sporo do myślenia. Dodatkowo kilkakrotnie w trakcie lektury zakręciła mi się łza ze wzruszenia. Pieśń harfy okazała się nie tylko mądrą, ale i poruszającą lekturą, takim miksem życia, doświadczeń, uczuć, melancholii, uśmiechu.
Jednocześnie to książka na tyle lekko napisana, z charakterystycznym dla pisarza poczuciem humoru (lekko sarkastycznym), iż czyta się ją bardzo szybko i nie czuć w niej żadnego moralizatorskiego tonu. Osłodą całości, taką wisienka na torcie jest muzyka, które w książce jest pełno, jest w zasadzie wszędzie. urzekł mnie sposób w jaki Henriksen pisze nie tylko o życiu, o doświadczeniach i pragnieniach, ale także o muzyce.
Recenzja zaległa. Książkę przeczytałam pod koniec marca i w pędzie dnia codziennego zupełnie zapomniałam zamieścić recenzję. Wczoraj dopiero mi o tym email z wydawnictwa przypomniał. Niniejszym nadrabiam zaległości.
Literaturę skandynawską bardzo lubię. Cenię też pozycje wydawane przez oficynę Smak Słowa. Po lekturze ostatnich tytułów przyzwyczaiłam się już, iż książki z kręgu literatury skandynawskiej są stagnacyjne, spokojne, acz wymowne i prawie zawsze niosą w swojej treści jakieś przesłanie, wątek społeczno-moralizatorski.
Nie inaczej jest w przypadku Pieśni harfy.
Pierwsze co rzuca się w oczy i zaciekawia, jest okładka.
Pieśń harfy to równie niebanalna jak okładka, niedająca się włożyć w żaden szablon opowieść.
Główny bohater, to z zamiłowania muzyk i producent muzyczny, z konieczności (z czegoś żyć trzeba) elektryk. Pewnego dnia przyjeżdża na prowincję i doznaje olśnienia, bo inaczej nazwać tego nie można. Nagle słyszy nieomal anielskie glosy. To śpiewa trio siostrzano-braterskie. Śpiewacy ci kiedyś, kilka dekad temu byli znanymi artystami. obecnie będąc na emeryturze oddaj się pasji śpiewania lokalnie wcale nie dążąc do powrotu na szeroko rozumiana scenę muzyczną. Nasz muzyk-elektryk postanawia jednak przekonać ich, że właśnie tego chcą, chcą śpiewać, nagrywać po raz kolejny odnieść sławę.
Co z tego wyjdzie? Czy uda im się nawiązać współpracę? Czego tak naprawdę tak różni wiekowo bohaterowie chcą od siebie nawzajem i od życia? Czym dla nich będą wzajemne spotkania i rozmowy?
Przyznam się, iż mimo, że to moje drugie spotkanie z prozą Henriksena, ze stylem pisarskim Norwega i powinnam być przygotowana na to, iż autor zwodzi i pod płaszczykiem zwyczajnej opowieści kryje dużo więcej, to i tak mnie zaskoczył.
Książka jest przede wszystkim wieloznaczna, bardzo wymowna i dająca sporo do myślenia. Dodatkowo kilkakrotnie w trakcie lektury zakręciła mi się łza ze wzruszenia. Pieśń harfy okazała się nie tylko mądrą, ale i poruszającą lekturą, takim miksem życia, doświadczeń, uczuć, melancholii, uśmiechu.
Jednocześnie to książka na tyle lekko napisana, z charakterystycznym dla pisarza poczuciem humoru (lekko sarkastycznym), iż czyta się ją bardzo szybko i nie czuć w niej żadnego moralizatorskiego tonu. Osłodą całości, taką wisienka na torcie jest muzyka, które w książce jest pełno, jest w zasadzie wszędzie. urzekł mnie sposób w jaki Henriksen pisze nie tylko o życiu, o doświadczeniach i pragnieniach, ale także o muzyce.
środa, 13 kwietnia 2016
Pieśń wisielca - James Oswald
Wydawnictwo Jaguar, Moja ocena 5/6
Pieśń wisielca to trzecia powieść z serii o inspektorze Anthonym McLeanie, której akcja ma miejsce w Edynburgu.Jednak osoby nie znające wcześniejszych części serii, proszę bez obaw. Można znajomość z cyklem rozpocząć dopiero od Pieśni wisielca. Ja jestem tego najlepszym dowodem. Akcja jest poprowadzona w ten sposób, iż czułam się, jakby to była samodzielna książka, a nie kolejny tom serii.
Muszę przyznać, iż główny bohater inspektor McLean bardzo przypadł mi do gustu. Niebanalny glina i niebanalny sposób prowadzenia śledztwa. Trudno to nawet opisać w kilku słowach. Uważam, iż lepiej samemu poznać inspektora na kartach książki i podążyć jego tropem. Nadmienię tylko, iż jest to policjant bardzo zamożny, który nie musi zarabiać na życie, jeżdzi Alfa Romeo, mieszka w olbrzymim domu, a praca jest dla niego hobby i pasją w jednym. To tylko kilka cech inspektora. Jego zachowanie, styl bycia, a przede wszystkim sposób prowadzenia dochodzeń są nieszablonowe i bardzo je polubiłam. Doskonała przeciwwaga dla steranych życiem, przeczołganych przez los skandynawskich detektywów. Chociaż życie edynburskiego policjanta także nie oszczędzało. Mimo to nie jest on zgorzkniały, jak jego skandynawscy koledzy. Wręcz przeciwnie. O jego zmaganiach z losem, codziennością, których doskonałym przykładem są potyczki z...kotem:) czyta się na równi ze zdziwieniem, jak i uśmiechem na ustach. Taki powiew świeżości w porównaniu do innych kryminałów.
Zresztą wątek z kotem bije wszystko:)
Kot pani McCutcheon przerwał czyszczenie tyłka i posłał McLeanowi pełne dezaprobaty spojrzenie, którego nie powstydziłaby się nawet jego babcia. McLean westchnął, zamknął drzwi i rzucił na krzesło plik papierów, które zabrał ze sobą z komisariatu. Owszem, mógłby położyć je na stole, gdyby nie to groźne spojrzenie zwierzaka, siedzącego pośrodku, między cukiernicą a pojemnikami z solą i pieprzem. (...)
Przygody inspektora opisane są wspaniale. Oswald pisze doskonałym językiem, tworząc dynamiczną, momentami niezwykłą akcję, która wierzcie mi wciąga od pierwszej strony.
Plusem książki jest także niezwykły miks kryminału z..jakby horrorem. Tak, tak można to określić. A jeszcze lepiej - kryminał z demonicznymi i ezoterycznymi elementami.
Pieśń wisielca bardzo przypadła mi do gustu. Na tyle polubiłam styl narracji Oswalda i głównego bohatera, iż ruszam an poszukiwania dwóch pierwszych książek cyklu.
Gorąco zachęcam was do lektury książki. Przyznam się, iż sięgałam po nią bez przekonania. Długo kazałam jej czekać na swoją kolej obawiając się lektury. Niesłusznie. Duet Oswald & McLean podbili moje serce. Szkoda, iż Pieśń wisielca jest przedostatnim tomem serii. Ale pocieszam się, przede mną jeszcze tom 4. i dwa pierwsze tomy serii.
Zachęcam do lektury kryminału, w którym nie śledztwo jest najważniejsze.
Pieśń wisielca to trzecia powieść z serii o inspektorze Anthonym McLeanie, której akcja ma miejsce w Edynburgu.Jednak osoby nie znające wcześniejszych części serii, proszę bez obaw. Można znajomość z cyklem rozpocząć dopiero od Pieśni wisielca. Ja jestem tego najlepszym dowodem. Akcja jest poprowadzona w ten sposób, iż czułam się, jakby to była samodzielna książka, a nie kolejny tom serii.
Muszę przyznać, iż główny bohater inspektor McLean bardzo przypadł mi do gustu. Niebanalny glina i niebanalny sposób prowadzenia śledztwa. Trudno to nawet opisać w kilku słowach. Uważam, iż lepiej samemu poznać inspektora na kartach książki i podążyć jego tropem. Nadmienię tylko, iż jest to policjant bardzo zamożny, który nie musi zarabiać na życie, jeżdzi Alfa Romeo, mieszka w olbrzymim domu, a praca jest dla niego hobby i pasją w jednym. To tylko kilka cech inspektora. Jego zachowanie, styl bycia, a przede wszystkim sposób prowadzenia dochodzeń są nieszablonowe i bardzo je polubiłam. Doskonała przeciwwaga dla steranych życiem, przeczołganych przez los skandynawskich detektywów. Chociaż życie edynburskiego policjanta także nie oszczędzało. Mimo to nie jest on zgorzkniały, jak jego skandynawscy koledzy. Wręcz przeciwnie. O jego zmaganiach z losem, codziennością, których doskonałym przykładem są potyczki z...kotem:) czyta się na równi ze zdziwieniem, jak i uśmiechem na ustach. Taki powiew świeżości w porównaniu do innych kryminałów.
Zresztą wątek z kotem bije wszystko:)
Kot pani McCutcheon przerwał czyszczenie tyłka i posłał McLeanowi pełne dezaprobaty spojrzenie, którego nie powstydziłaby się nawet jego babcia. McLean westchnął, zamknął drzwi i rzucił na krzesło plik papierów, które zabrał ze sobą z komisariatu. Owszem, mógłby położyć je na stole, gdyby nie to groźne spojrzenie zwierzaka, siedzącego pośrodku, między cukiernicą a pojemnikami z solą i pieprzem. (...)
Przygody inspektora opisane są wspaniale. Oswald pisze doskonałym językiem, tworząc dynamiczną, momentami niezwykłą akcję, która wierzcie mi wciąga od pierwszej strony.
Plusem książki jest także niezwykły miks kryminału z..jakby horrorem. Tak, tak można to określić. A jeszcze lepiej - kryminał z demonicznymi i ezoterycznymi elementami.
Pieśń wisielca bardzo przypadła mi do gustu. Na tyle polubiłam styl narracji Oswalda i głównego bohatera, iż ruszam an poszukiwania dwóch pierwszych książek cyklu.
Gorąco zachęcam was do lektury książki. Przyznam się, iż sięgałam po nią bez przekonania. Długo kazałam jej czekać na swoją kolej obawiając się lektury. Niesłusznie. Duet Oswald & McLean podbili moje serce. Szkoda, iż Pieśń wisielca jest przedostatnim tomem serii. Ale pocieszam się, przede mną jeszcze tom 4. i dwa pierwsze tomy serii.
Zachęcam do lektury kryminału, w którym nie śledztwo jest najważniejsze.
wtorek, 12 kwietnia 2016
Troja tom 1. (Pan Srebrnego Łuku) - David Gemmel
Wydawnictwo Rebis, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
Pan Srebrnego Łuku, to 1. tom doskonałej trylogii Troja.
Z czym kojarzy się Troja? Z antyczną Grecją, potężnym miastem, Wojną Trojańską, mitami etc. I o tym też jest ta książka.
Wojna, mity, bogowie, herosi, antyk, bez tego wszystkiego Troja, a więc i ta książka nie mogłyby istnieć. Niby więc mamy to co już setki, tysiące razy opisywano. A jednak nie to samo. W książce występują znane z mitów postaci, ale przedstawione są one w nowy, bardzo ciekawy sposób. Mamy Hektora, Achillesa, Odyseusza, Agamemnona, Parysa, ale... są oni tak różni od znanych z historii czy innych książek.
Gemmel także samych mitów, historii trojańskiej nie oszczędza. Opowiada o znanych nam wydarzeniach w zupełnie inny sposób. Niby te same wydarzenia, te same postaci, te same mity, ale jakieś inne. Gemmel tchnął w nie inne życie, energię, pozwolił na nie spojrzeć z innej strony. To co autor zrobił z historią Troi, z mitami o wojnie, można śmiało określić mianem fantasy historycznego. Dodatkowo Gemmel całość zaprawił w sporej dawce emocjami, które bez mała przez całą książkę targają głównymi bohaterami.
Trudno cokolwiek napisać o Panu Srebrnego Łuku nie spojlerując, nie zdradzając tego, jak pisarz zmienił przedstawienie całej historii.
Pan Srebrnego Łuku rozpoczyna się kilka lat przed wybuchem Wojny Trojańskiej.O samej wojnie nie ma jeszcze w tym tomie ani jednej wzmianki. Cała historia toczy się wokół mitycznych bohaterów i ich perypetii. Ciekawym jest pokazanie wydarzeń z punktu widzenia różnych bohaterów. Daje to pełniejszy obraz wydarzeń.
Sami bohaterowie także są bardzo ciekawie nakreśleni. Żaden z nich nie jest ani kryształowo dobry, ani nie jest też czarnym charakterem. Oczywiście mamy postaci dobre i złe, ten podział jest dosyć wyraźny, ale na tym koniec. Każda z postaci ma zarówno wady, jak i zalety. Dzięki temu herosi, w innych książkach, filmach mityczni, u Gemmela staja się ludzcy, normalniejsi.
Co istotne, Gemmel równie ważnych dla całej historii uczynił zarówno pierwszo- jak i drugoplanowe postaci.
Ogromnym atutem są drobiazgowe opisy, czy to Troi, jej szerokich ulic, wspaniałych domów, czy zmagań i perypetii bohaterów. Wiele tych ostatnich, jak np. walka z mykeńskimi piratami zostało bardzo dosadnie nakreślone, wręcz brutalne.
Mimo, iż każdy z nas wie, jak cała historia się zakończy, co wydarzy się w kolejnych tomach, to i tak z niecierpliwością odwracałem kartki w trakcie lektury. Niewątpliwie pisarz użył sporej dawki fantazji, ubarwił, jakby wywrócił całą historię na drugą stronę, osią 1. tomu zrobił coś innego. Ale zrobił to w taki sposób, iż książkę czyta się bardzo szybko i z wielką przyjemnością.
Gorąco zachęcam do lektury i czekam aż przybędzie do mnie 2. tom trylogii.
Recenzja mojego męża.
Pan Srebrnego Łuku, to 1. tom doskonałej trylogii Troja.
Z czym kojarzy się Troja? Z antyczną Grecją, potężnym miastem, Wojną Trojańską, mitami etc. I o tym też jest ta książka.
Wojna, mity, bogowie, herosi, antyk, bez tego wszystkiego Troja, a więc i ta książka nie mogłyby istnieć. Niby więc mamy to co już setki, tysiące razy opisywano. A jednak nie to samo. W książce występują znane z mitów postaci, ale przedstawione są one w nowy, bardzo ciekawy sposób. Mamy Hektora, Achillesa, Odyseusza, Agamemnona, Parysa, ale... są oni tak różni od znanych z historii czy innych książek.
Gemmel także samych mitów, historii trojańskiej nie oszczędza. Opowiada o znanych nam wydarzeniach w zupełnie inny sposób. Niby te same wydarzenia, te same postaci, te same mity, ale jakieś inne. Gemmel tchnął w nie inne życie, energię, pozwolił na nie spojrzeć z innej strony. To co autor zrobił z historią Troi, z mitami o wojnie, można śmiało określić mianem fantasy historycznego. Dodatkowo Gemmel całość zaprawił w sporej dawce emocjami, które bez mała przez całą książkę targają głównymi bohaterami.
Trudno cokolwiek napisać o Panu Srebrnego Łuku nie spojlerując, nie zdradzając tego, jak pisarz zmienił przedstawienie całej historii.
Pan Srebrnego Łuku rozpoczyna się kilka lat przed wybuchem Wojny Trojańskiej.O samej wojnie nie ma jeszcze w tym tomie ani jednej wzmianki. Cała historia toczy się wokół mitycznych bohaterów i ich perypetii. Ciekawym jest pokazanie wydarzeń z punktu widzenia różnych bohaterów. Daje to pełniejszy obraz wydarzeń.
Sami bohaterowie także są bardzo ciekawie nakreśleni. Żaden z nich nie jest ani kryształowo dobry, ani nie jest też czarnym charakterem. Oczywiście mamy postaci dobre i złe, ten podział jest dosyć wyraźny, ale na tym koniec. Każda z postaci ma zarówno wady, jak i zalety. Dzięki temu herosi, w innych książkach, filmach mityczni, u Gemmela staja się ludzcy, normalniejsi.
Co istotne, Gemmel równie ważnych dla całej historii uczynił zarówno pierwszo- jak i drugoplanowe postaci.
Ogromnym atutem są drobiazgowe opisy, czy to Troi, jej szerokich ulic, wspaniałych domów, czy zmagań i perypetii bohaterów. Wiele tych ostatnich, jak np. walka z mykeńskimi piratami zostało bardzo dosadnie nakreślone, wręcz brutalne.
Mimo, iż każdy z nas wie, jak cała historia się zakończy, co wydarzy się w kolejnych tomach, to i tak z niecierpliwością odwracałem kartki w trakcie lektury. Niewątpliwie pisarz użył sporej dawki fantazji, ubarwił, jakby wywrócił całą historię na drugą stronę, osią 1. tomu zrobił coś innego. Ale zrobił to w taki sposób, iż książkę czyta się bardzo szybko i z wielką przyjemnością.
Gorąco zachęcam do lektury i czekam aż przybędzie do mnie 2. tom trylogii.
Ostatnie godziny Konkursu:) - wygraj Szepty i tajemnice (oba tomy)
Osoby zaglądające na mojego bloga wiedzą, że debiutancka powieść pióra Agnieszki Janiszewskiej, Szepty i tajemnice, zachwyciła mnie.
Teraz oba tomy mogą trafić do kogoś z Was.
Warto zatem wziąć udział w konkursie.
W tym celu należy w komentarzach w tym poście, dodać maksymalnie 4 pytania do Agnieszki Janiszewskiej, autorki Szeptów i tajemnic.
Czas macie dziś do godz. 23.59:)
Książki otrzyma 1 osoba, której pytanie pisarka uzna za najciekawsze.
Warto powalczyć, książka jest wspaniała.
z Iwoną Mejzą
z Agnieszką Pruską
z Natalią Brożko
z Tomaszem Białkowskim
z Magdaleną Kordel
z Katarzyną Enerlich
Subskrybuj:
Posty (Atom)












