niedziela, 6 października 2013

Księżna nazistów. Żydówka, arystokratka, agentka Hitlera - Jim Wilson

Wydawnictwo Świat Książki, Okładka twarda, 272 s., Moja ocena 5/6
Bohaterka tej książki, to Jej Książęca Wysokość Stephanie von Hohenlohe-Waldenburg-Schillingsfurst, nazywana (jak podaje autor książki) osobistym ambasadorem lorda Rothermere (zaufanego adiutanta Hitlera). Urodziła się  16 września 1891r., zmarła 13 czerwca 1972r. Żyła długo (biorąc pod uwagę, że przeżyła obie wojny światowe) i to jak żyła. 
Była o tyleż powabną, niesamowicie inteligentną, co niebezpieczną kobietą. Nie bez kozery nazywana przez Hitlera liebe Prinzessin, czyli kochaną Księżną, a przez cały świat, najniebezpieczniejszą kobietą Europy w okresie tuż przed II wojną światową. 
Podejrzewam jednak, że mało osób zna tę postać. A warto ja poznać, przeczytać o jej barwnym życiu, które było jednym pasmem luksusu, podłości, intryg, dwulicowości, a toczyło się w USA, Anglii i Europie kontynentalnej. Miała wszystko, robiła wszystko, o co do pewnego momentu nikt by jej nie podejrzewał. W latach 20. i 30. XX wieku obracała się wśród elit i dygnitarzy Europy i USA. Obserwowała ich grę, rozgrywki polityczne, śledziła i wykradała plany, wspomagała rosnącą w siłę dyktaturę Hitlera. W najwyższych sferach europejskich propagowała faszyzm. Robiła to jednak taktownie, ot tak mimochodem, niezwykle dyplomatycznie. Długo nikt jej nie podejrzewał. Bo kto by podejrzewał tak piękną kobietę o to, że jest szpiegiem i to samego Hitlera. Była przecież czarującą kobietą, a do tego...Żydówką pochodzącą z Wiednia. Tak, dobrze czytacie. Stephanie von Hohenlohe była Żydówką i niezwykle skutecznym szpiegiem nazistów. Ot takie 2 w 1. 
Działała do wybuchu II wojny światowej, kiedy grunt zaczął palić jej się pod nogami. Wraz z matką (pod fałszywym nazwiskiem), 11.12.1939r. wypłynęła z Southampton na holenderskim statku. Stephanie uciekała przed pogłoskami, przed głośnymi już oskarżeniami, przed bardzo realnym aresztowaniem. Po długim rejsie księżna przypływa do Nowego Jorku. Relację z przypłynięcia i opis jak zwykle oszałamiającego jej wyglądu, przedstawił w obszernym artykule New York World Telegram. Co się wydarzyło dalej? Tego nie zdradzę. Bo to nie koniec całej historii. Stephanie żyła jeszcze ponad 30 lat. Czym się zajmowała? Czy holocaust ocucił ją ze ślepego uwielbienia ideologii Hitlera? Czy to w ogóle było ślepe zapatrzenie w przywódcę III Rzeszy, wiara w głoszone przez niego ideały, czy może zwykle wyrachowanie? A może coś zupełnie innego?
Książka napisana jest w konwencji reportażu połączonego z niezwykłą opowieścią przygodową. Efekt jest taki, że całość czyta się niezwykle szybko, a historia niesamowicie wciąga. Autor w trakcie pisania niniejszej pozycji, korzystał z akt brytyjskiego wywiadu, które w 2005r. zostały odtajnione i przekazane archiwum państwowemu. Widać, że Jim Wilson włożył bardzo dużo pracy w przygotowanie książki. Dzięki temu powstała bardzo ciekawa pozycja o osobie, która w takim samym stopniu fascynuje czytelnika, co wzbudza jego niechęć, a momentami wręcz obrzydzenie (biorąc pod uwagę jej postawę).
Zachęcam do lektury. 
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy książki historyczne


sobota, 5 października 2013

Wyspa z mgły i kamienia - Magdalena Kawka

Wydawnictwo MG, Okładka miękka, 286 s., Moja ocena 5-/6
Podchodziłam do tej książki z lekkim sceptycyzmem. Przede wszystkim dlatego, iż Magdalena Kawka, jest mi zupełnie nieznaną pisarką. Wiem, wiem, każdemu trzeba dać szansę, ale w zalewie różnorodnych kobiecych mniej lub bardziej udanych czytadeł, kolejne (jakim jest Wyspa z mgły i kamienia) po prostu ginie, wdaje się być bliźniaczo podobne do pozostałych. Jednak uznałam, iż potrzebuję lektury lekkiej, łatwej i odprężającej. Wybór padł na tę książkę. I był to doskonały wybór. Nigdy bym nie podejrzewała, że ta niepozorna książka zapewni mi tak przyjemną lekturę, nad wyraz przyjemną. Co aż tak spodobało mi się w książce? Przede wszystkim główna bohaterka, która mając jeszcze kilka ładnych lat do emerytury postanawia wywrócić swoje życie do góry nogami. Decyduje się na kupno niewielkiego domku na Krecie. Nie każda z nas, mając nawet możliwości finansowe, zdecydowałaby się na taki krok. A czasami tak niewiele potrzeba, żeby całkwoicie zmienić swoje życie. 
Ale największym plusem książki jest doskonale oddana atmosfera Krety, wspaniałej wyspy, opisy jej historii, charakterystyka mieszkających tam ludzi i ich unikalnych charakterów. Czytając te opisy wielokrotnie uśmiechałam się pod nosem. Chociaż samą wyspę znam tak sobie, to Greków doskonale i wiem, że ich portrety nakreślone w książce przez autorkę, wcale nie są przesadzone. Opisy Krety pozwoliły mi na chwilę rozmarzenia, na tęsknotę za grecką wioską zagubioną w górach, za letnim ciepłem, za wspaniałymi krajobrazami...
Wyspę... czyta się doskonale, lekko, łatwo i szybko. Autorka zapewniła mi kilka godzin niezłej rozrywki z ciekawie odmalowanym tłem historycznym i charakterologicznym. I chociaż kilkakrotnie miałam ochotę popchnąć Julię, żeby pewne rzeczy odrobinę szybciej zrobiła, to jednak polubiłam bohaterkę i wiernie jej kibicowałam, trzymałam kciuki za wątek miłosny:).
Odrobinę rozczarowało mnie samo zakończenie części sensacyjnej, oczekiwałam trochę...hmmm...bardziej dramatycznego, ostrego... Niemniej uważam, że jest to doskonała lektura i jestem bardzo mile zaskoczona książką. 
Największy jednak plus należy się autorce za ukazanie, że wszystko jest możliwe i, że w każdym wieku warto dać szczęściu, losowi i życiu szansę. 
Mam nadzieję, że na kolejną książkę Magdalena Kawka nie każe zbyt długo czekać i, że będzie ona jeszcze lepsza niż Wyspa z mgły i kamienia.
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi II 

Rozkosz mola książkowego...

...to weekend tylko dla siebie i dla książek. Wczoraj popracowałam, a dzisiaj i jutro oddaję się rozkoszy leniuchowania i czytania. Mąż gości kogoś kogo nie znoszę i wręcz wskazane jest, żebym tym kimś się nie zajmowała.
Mieliście kiedyś tak, że wystarczyło, iż ten ktoś pojawił się w pobliżu, dostawaliście przysłowiowej białej gorączki? Jak tak mam z naszym tzn. męża i synów gościem. Pocieszające, że nie tylko ja tak mam. To uczucie niechęci jest odwzajemnione w 100%. Gdy tylko w czwartek dowiedziałam się o wizycie ktosia, humor do niczego do końca weekendu. Aż sąsiad, który spotkał mnie na ulicy spytał, dlaczego jestem taka zdenerwowana. Tak to widać:) Niestety wizyt nie możemy uniknąć, z różnych względów nie mogę mężowi zabronić, żeby ten ktoś nas odwiedzał. A ponieważ robi to raz na przysłowiowy ruski rok, zaciskam zęby i wynoszę się na z góry upatrzoną pozycję. Tym razem jest to sypialnia, wygodny fotel i stos książek na stoliku. Ale jestem dumna z siebie, wczoraj ktosiowi nie naplułam do talerza z kolacją:) Sukces. Nic nie poradzę. Człowiek działa na mnie jak płachta na byka. 
Kończę Wyspę z mgły i kamienia, póżniej napiszę recenzję i zabieram się za kolejną książkę. 
Najbliższy mini stosiczek to: 



Miłego weekendu wam życzę. Jak go spędzacie?

piątek, 4 października 2013

Fabrykantka aniołków - Camilla Lackberg

Wydawnictwo Czarna Owca, Okładka miękka, 496 s., Moja ocena 5/6
Lubię serię z Fjallbacki, nic na to nie poradzę. Niektórzy uważają, że to kiepskie książki, ale ja się nie zgadzam z taką opinią. Może nie są to wybitne kryminały, ale serię lubię. Z każdym kolejnym tomem lubię bardziej. Zawsze z prawdziwą przyjemnością rozwiązuję kolejną zagadkę kryminalną, wraz z bohaterami cyklu składam wszystkie elementy dochodzenia, śledzę historię na bieżąco i poznaję przyczyny, które do danego przestępstwa  doprowadziły.
Tym razem zbrodnia zostaje popełniona na wyspie Valö znajdującej się na przeciwko Fjallbacki. Pewnej nocy podpalony zostaje dom. Jest to tym bardziej niezrozumiałe, iż sam dom, jak i cała wyspa są od wielu lat niezamieszkałe. Kiedyś znajdował się tam ośrodek kolonijny. Jednak po tragedii, która miała miejsce 30 lat temu, wyspa opustoszała. Para mieszkająca obecnie w podpalonym domu, cudem uchodzi z życiem. Jedną z ocalałych osób jest Ebba, której cała rodzina wiele lat temu zniknęła w tajemniczych okolicznościach, a roczna Ebba została porzucona. Tajemnicy zniknięcia kilku osób do dziś nie wyjaśniono. Czy podpalenie domu ma coś wspólnego z dramatem z 1974r.? Ebba wraz z mężem rozpoczyna remont jej rodzinnego domu. Nie zdają sobie oni sprawy, że dadzą tym początek serii zaskakujących zdarzeń. Np. pod zerwaną podłogą w jadalni zostaną znalezione zaschnięte plamy krwi. A to dopiero początek tajemniczych zdarzeń.  Czy mają one jakiś związek z historią sprzed lat? 
W każdym kolejnym tomie poznajemy dalsze losy głównych bohaterów. Na ogół są to Erika wraz z mężem Patrikiem i ich najbliżsi. We wcześniejszych tomach to oni wysuwali się na plan pierwszy. Tym razem jednak to losy Martina (współpracownika Patrika) i jego najbliższych śledziłam z zapartym tchem. Straszna tragedia. Ale nic więcej nie napiszę. Sami musicie o tym przeczytać. Podobnie, jak poznać tajemnicę zniknięcia rodziny Ebby.
Książkę czyta się (podobnie jak wcześniejsze części) doskonale, szybko. Fakt, seria nie wymaga zbytnich wysiłków intelektualnych, ale nie tego w niej szukam. Szukam relaksu, wytchnienia, wciągającej lektury, w trakcie której czuję się, jakbym spotkała starych znajomych. Co prawda nie jest to kryminał z typu tych, przy których obgryzamy z nerw paznokcie, ale i tak Fabrykantkę aniołków czyta się doskonale, a zakończenie (mimo, iż w pewnym momencie da się je przewidzieć) zaskakuje, oj zaskakuje. Z pewnością sięgnę po kolejny tom z serii przygód z Fjallbacki.  
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy literaturę skandynawską 

KONKURS - przypominam:)

Ponieważ 200,000 wejść na liczniku zbliża się wielkimi krokami, proponuję zabawę. Ta osoba, która jako pierwsza zauważy, że licznik wskazuje co najmniej 200,000 wejść na mojego bloga i przyśle na email anetapzn@gazeta.pl zdjęcie ekranu dostanie 2 książki:  1 może sobie wybrać ze strony (na tym blogu) sprzedam książki, a druga to będzie książka niespodzianka. Wysyłka książek w terminie 7 dni od daty ogłoszenia wyników listem poleconym na terenie Polski. Zaznaczam, że nie musi to być równo 200,000 wejść uwiecznione na zdjęciu, może to być 2-3-5 więcej (ale nie mniej niż 200,000). Wygrywa ta osoba, która jako pierwsza wyśle emaila ze zdjęciem liczby wejść najbliższej 200,000.

Ileż w tym prawdy...?!:)

Moja przyjaciółka jest na etapie dumania, jak tego dokonać...na dietę przeszła:) znowu:):):)

czwartek, 3 października 2013

Szare eminencje. Prawdziwi władcy drugiego planu - Kerwin Swint

Wydawnictwo Bellona, Okładka miękka, 320 s., Moja ocena 5-/6
Książkę podczytywałam przez ostatnie kilka tygodni. Wczoraj rano skończyłam. Bardzo udana lektura. Bohaterami autor uczynił osoby, które na przestrzeni wieków będąc na drugim planie, tuż za kulisami władzy, de facto tę władzę sprawowały. Postacie te podzielił na dziesięć kategorii. W ten sposób chciał wyraźnie ukazać i zaznaczyć ich różnorodność, styl, podejście do ważniejszych kwestii, kontekst sytuacyjny.
Kategorie te odpowiadają poszczególnym rozdziałom. Są  to: makiaweliści; twórcy potęgi (postacie, które odegrały wybitną rolę w budowaniu i umacnianiu potęgi krajów, dworów, instytucji); królotwórcy (zaprezentowane są osoby, które przez dłuższy czas kształtowały bieg wydarzeń, historię w swoim kraju, regionie); szpiedzy (rozdział przedstawia osoby najsprytniejsze, najbardziej przebiegłe, które mistrzostwo osiągnęły w zakulisowych rozgrywkach); złotouści szatani (bohaterami rozdziału są osoby o wyjątkowym darze krasomówczym i/lub charyzmatycznej postawie, które to cechy zagwarantowały im sukces w polityce, sprawiły, że ludzkość długo będzie o nich pamiętać); generałowie (ta część opowiada o przywódcach wojskowych mających wyjątkowo potężne wpływy w polityce); rewolucjoniści (to z kolei opowieść o przywódcach  ruchów powstańczych, narodowowyzwoleńczych, którzy zastępowali przywódców państw); demony (makabryczny rozdział, który opowiada o zbrodniarzach faszystowskich, inkwizytorach hiszpańskich, czyli ludziach będących uosobieniem zła - wyjątkowo mroczny, ale i pasjonujący rozdział); kombinatorzy (rozdział opowiada o genialnych wprost cwaniakach, ludziach, którzy spełniali określone funkcje na rzecz przywódców politycznych. Byli nimi np. finansiści stojący za plecami prezydentów i kierujący nimi). Ostatni rozdział opowiada o intrygantach, czyli wyjątkowo uzdolnionych, wręcz wybitnych graczach politycznych, którzy rolę manipulatorów i drugoplanowych postaci wynieśli na wyżyny.
de Torquemada
Podział bohaterów jak widać bardzo różnorodny. Ale to dobrze. Każdy z czytelników znajdzie rozdział dla siebie. Mnie najbardziej przypadł do gustu (w mrocznym, negatywnym tego słowa znaczeniu) rozdział ósmy, którego bohaterami są ludzkie demony, czyli osoby wyjątkowo mroczne. Należą do nich przede wszystkim potwory w ludzkiej skórze: Stalin, naziści - Himmler, Göring, ale także najokrutniejszy z hiszpańskich inkwizytorów Tomas de Torquemada, który pod koniec XV wieku sprawował zwierzchnictwo nad wszystkimi trybunałami w Kastylii i Aragonii. Był on także przywódcą przewodniczącym nowo utworzonej Rady Najwyższej i Generalnej Inkwizycji (zwanej potocznie Suprema), będącej najwyższym trybunałem inkwizycyjnym dla Hiszpanii i wchodzącej w skład Rady Królewskiej. Kilkakrotnie (1484, 1485, 1488, 1494 i 1498) wydawał tak zwane Instrukcje, które regulowały sposób działania trybunałów inkwizycyjnych. Odpowiedzialny był za torturowanie i śmierć w męczarniach setek tysięcy ludzi. I to wszystko w imię Boga. Wyjątkowo obrzydliwa postać. 
Richard Neville
Innym arcyciekawym rozdziałem są królotwórcy. Postacią najbardziej charakterystyczną jest Richard Neville, który żył w XV wieku. Był on związany z dynastią Yorków, pozostawał na służbie u króla Henryka VI. Odegrał on niezwykle istotną rolę w słynnej wojnie dwóch róż, czyli serii wydarzeń związanych z krwawymi walkami, które miały miejsce w latach 1455-87. Neville był jedną z najbardziej wpływowych osób w Anglii w połowie XV wieku mimo, iż stał za kulisami władzy. Wiedział jednak z kim trzymać sojusz, za jakie sznurki pociągać. 
Nie tylko rozdziały demony czy królotwórcy są ciekawe. Każdy z rozdziałów, każda z kategorii, na jakie Swint podzielił Szare eminencje, ma w sobie to coś, każda przyciąga, wciąga. Książkę czyta się lekko i z prawdziwym zaciekawieniem. Autor historie kilkudziesięciu niebanalnych osób (w pozytywnym i negatywnym tego słowa znaczeniu) scalił w jedną pasjonującą opowieść. Co ciekawe, typ postaci, ich pochodzenie, okres w którym żyły jest niezwykle różnorodny, a Swint w swoich opowieściach wędruje od XIV do XX wieku, cofa się od XVII wieku do średniowiecza. W trakcie lektury (do której gorąco zachęcam) dowiecie się wiele nowego o znanych wam już osobach, ale też poznacie nowych, zakulisowych władców i mało znanych bohaterów historii. Poznacie ich życiorysy, drogi dochodzenia do władzy, najbardziej trafne decyzje i haniebne czyny, a także ich konsekwencje. Wszystko to podane w sposób lekki, strawny nawet dla przeciwników historii i okraszone anegdotami.Trzeba Swintowi przyznać, że potrafi wiele faktów, dat, nazwisk przekazać tak, że w trakcie lektury mamy wrażenie przemieszczania się wehikułem czasu, wyruszania an spotkania  z żywymi postaciami.
Książka ma tylko jeden minus. Są nim przypisy umieszczone na końcu każdego rozdziału. Mimo tej drobnej wady, warto po Szare eminencje sięgnąć. Niezwykle ciekawa lektura. Polecam.

Smakowita zapowiedź...

Julia ChildFrancuski Szef Kuchni
przeł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska
premiera: 24 października

Książkowa wersja kultowego, pierwszego w historii telewizji, kulinarnego reality show!
Pilotażowy odcinek „Francuskiego Szefa Kuchni” wyemitowano „w Bostonie 11 lutego 1963 roku, jeszcze w czarno-białej telewizji” – jak wspomina we wstępie sama Julia Child.
Przez kolejne lata podbił on serca telewidzów tak dalece, że doczekał się wznowień i kontynuacji, a jego prostolinijna, wielka wzrostem oraz kulinarnym kunsztem pomysłodawczyni i prowadząca – Julia Child – do dziś pozostaje ikoną sztuki kucharskiej, nie tylko dla Amerykanów.
Potrawy kuchni francuskiej należy przygotowywać starannie, przestrzegając odpowiedniej techniki.
Niniejsza książka ma na celu przybliżenie czytelnikowi podstaw gotowania, począwszy od właściwego
sposobu smażenia jajka i przyrządzania sosu do sałatki, skończywszy na gotowaniu łososia w całości
i wykonaniu bożonarodzeniowej bûche, przystrojonej bezowymi grzybkami (…). Mam nadzieję,
że będzie to przydatny wstęp do kuchni francuskiej i dzięki niemu czytelnicy przyrządzą wiele
satysfakcjonujących dań (…).
Zdecydowanie wolę, kiedy wszystko dzieje się w sposób naturalny, jak wtedy, gdy mus nie chce opuścić formy, ziemniaki kleją się do patelni,
a szarlotka powoli się zapada. Jednym z sekretów gotowania jest uświadomienie sobie, że trzeba wprowadzać poprawki, jeśli się da, lub pogodzić
się z sytuacją, kiedy nie można nic zrobić.






Dzięki doskonałemu początkowi posiłek
zawsze zyskuje na atrakcyjności
                – Julia Child, Francuski szef kuchni.
            PREMIERA 24 października 2013
Zacznijmy więc od Escargots a la bourguignonne
(Ślimaków z masłem czosnkowym zapiekanych w muszlach).
Escargots a la bourguignonne
(Ślimaki z masłem czosnkowym zapiekane w muszlach)
Dla czterech osób, po 6 ślimaków dla każdej  fot. vivelacuisine.pl
Ślimaki w puszkach oraz muszle znajdziesz w wielu sklepach delikatesowych,
nadają się do pieczenia od razu. Nabiorą jednak intensywniejszego smaku, jeśli
zajmiesz się nimi z kilkugodzinnym wyprzedzeniem i zdążą wchłonąć aromat masła.
Ślimaki piecze się i podaje w specjalnych naczyniach albo na żaroodpornych
talerzach wyłożonych folią aluminiową, w której należy wykonać zagłębienia
na każdą muszlę z osobna. Zazwyczaj podaje się po 6 ślimaków na osobę.
BEURRE POUR ESCARGOTS
(Masło do ok. 24 ślimaków)
pół kostki (11 dag) masła
1–2 zmiażdżone ząbki czosnku
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
sól, pieprz i sok cytrynowy
opcjonalnie: 1–2 łyżki bardzo drobno pokrojonej świeżej słoniny wieprzowej
W misce ugnieć masło na elastyczną masę (za pomocą drewnianej łyżki albo miksera).
Dodaj czosnek i natkę, sól, pieprz oraz sok cytrynowy do smaku, ewentualnie także
słoninę, która wzbogaci smak.
NAPEŁNIANIE MUSZLI
24 muszle ślimaków
24 ślimaki z puszki, odcedzone
Włóż . łyżeczki masła do otworu w muszli, a potem wkręć do niej ślimaka zgodnie z jego naturalnym spiralnym kształtem (węższy koniec powinien znaleźć się w głębi
skorupki). Wepchnij ślimaka najgłębiej jak się da, zamknij otwór jeszcze jedną porcją masła wielkości ćwierci łyżeczki i włóż ślimaka do naczynia do pieczenia. Tak
samo przygotuj pozostałe ślimaki. Jeśli to możliwe, wstaw je do lodówki na kilka godzin lub na noc.
PIECZENIE I PODAWANIE
(Wcześniej rozgrzej piekarnik do 230°C).
Piecz na środkowym poziomie piekarnika przez ok. 10 minut, aż z muszli zacznie wypływać spienione masło. Podawaj natychmiast z gorącymi bagietkami i młodym
czerwonym winem, takim jak beaujolais albo mountain red.
Podczas jedzenia ślimaki należy przytrzymywać specjalnymi szczypczykami albo widelcem. Mięso wykręca się z muszli małym widelczykiem lub wykałaczką, kładzie
na kawałku bagietki, polewa masłem i zjada. Po zjedzeniu wszystkich ślimaków wytrzyj resztki masła kawałkami bułki.

środa, 2 października 2013

Milcz nawet po śmierci - James Craig

Wydawnictwo Muza, Okładka miękka, 304 s., Ocena 5/6
Recenzja mojego męża, który po lekturze Londynu we krwi stał się fanem twórczości Jamesa Craiga. Milcz nawet po śmierci, to kontynuacja przygód niezłomnego  inspektora policji Johna Carlyle’a. Akcja książki ponownie rozgrywa się w Londynie. Tym razem autor ukazuje nam Londyn, jako miasto wielokulturowe, swoisty tygiel kultur, ras, ludzi. Tego typu miejsce, gdzie nowe (niekoniecznie chciane) łączy się z dawną, starą, poczciwą Anglią, musi generować konflikty, muszą istnieć przestępstwa. I Craig doskonale nam je ukazuje. Tym razem inspektor Carlyle ma do rozwiązania sprawę zagadkowego morderstwa z pozoru słodkiej, nikomu nie wadzącej starszej pani Agathy Mills. Błyskawicznie pierwszym i najbardziej oczywistym podejrzanym staje się mąż denatki. Wszyscy wierzą w jego winę, bowiem dowody w oczywisty sposób wskazują na niego. Carlyle ma jednak wątpliwości. Dla niego taki bezsporny podejrzany jest zbyt oczywistym. Policjant zaczyna tak charakterystyczne dla niego drobiazgowe śledztwo, które śmiało możemy nazwa węszeniem i odkopywaniem czego tylko się da. Drobiazgowa praca doprowadza go do wydarzeń sprzed ponad 30 lat, które zdają się być zalążkiem całej zbrodni. Ale czy na pewno? Co skrywa przeszłość spokojnej starszej pani? Co wydarzyło się  latach 70. w Chile? Co te wydarzenia mają wspólnego z zabójstwem?
Śledztwo nie jest proste, ba zaczyna się niespodziewanie gmatwać coraz bardziej. Jakby problemów i poszlak było mało, Craig wprowadza spora ilość wątków pobocznych. W przypadku wielu z nich, aż do końca lektury nie wiemy, czy mają one jakieś znaczenie dla sprawy czy nie. I cały czas nasuwa nam się pytanie - kto i dlaczego zabił?
Craigowi udało się po raz kolejny stworzyć doskonały, trzymający w napięciu i zmuszający do myślenia (i to nawet bardzo) rasowy kryminał. Śledztwu prowadzonemu przez inspektora (takiego wzorcowego policjanta, jakim Carlyle bez wątpienia jest) niczego nie można zarzucić. Co ciekawe Craig uczynił swojego głównego bohatera bardzo ludzkim. Daleko mu do super-hipermanów, którzy zaludniają różnorodne kryminały. Nasz inspektor pochłania tony ciastek, od których nie może się odzwyczaić, wypija litry kawy, ogląda z żoną tv (szczególnym sentymentem darzy idiotprogramy, czyli różne show), kocha córkę i ciągle ma dla niej za mało czasu. A przy tym jest gliną z prawdziwego zdarzenia, niezłomnym, nieskorumpowanym, porządnie wykonującym swoją robotę. W jednym z wywiadów Craig powiedział, że w kryminale najważniejsze są realne postacie. I bohaterowie Milcz nawet po śmierci tą jego tezę zdają się potwierdzać.
Książkę czyta się doskonale, szybko. James Craig po raz kolejny udowodnił, że jest doskonałym pisarzem.

wtorek, 1 października 2013

Spacer w parku - Jill Mansel

Wydawnictwo Literackie, Okładka miękka, 529 s., Moja ocena 5,5/6
Doskonała opowieść idealnie poprawiająca humor, rozlużniająca i wywołująca  uśmiech na twarzy. Przyznam wam się, że gdy rozpoczynałam lekturę książki, miałam bardzo mieszane uczucia, tym bardziej, iż w wielu księgarniach internetowych jest ona zaklasyfikowana do romansów. Fuj. Nie lubię romansów. 
Jak się szybko okazało, osoba przyklejająca etykietkę książce, chyba w ogóle jej nie czytała. Bo Spacer w parku, to wcale nie romans. Owszem są tam elementy miłosne, związki mniej lub bardziej udane, ale to jak (no nie ukrywajmy) w 3/4 książek. W ten sposób to i Otella można by nazwać romansem.
Czym wobec tego jest powieść Jill Mansell? Przede wszystkim niezwykle sprawnie napisaną opowieścią o niespełna 40-letniej samotnej matce, powracającej do rodzinnego Bath po wielu, wielu latach. Powraca na pogrzeb ojca, który ma nadzieje, jakimś cudem okaże się nie być jej ojcem. I rozpoczyna się komedia omyłek, spotkań po latach, spotkań chcianych i niechcianych. Każda kolejna strona wywoływała u mnie uśmiech na twarzy i salwy śmiechu.
Otoczenie głównej bohaterki to wspaniali ludzie (i kilka paskudnych zołz, jak chociażby macocha, tak taka podła jak z Kopciuszka). Prym wiedzie przyjaciółka ze szkolnych lat, Evie, która ucieka sprzed ołtarza, szyjący koszule z latającymi kaczkami Harry, hipochondryczny szef-jubiler Don, zwariowany raper ze złotymi zębami, urocza ciotka Nettie, która opiekuje się wszystkimi żywymi istotami, a w szczególności kozami, kotami, psami i wiele innych niezwykle barwnych i ciepłych postaci.
Autorce udało się stworzyć wspaniałą, ciepłą, rozluźniającą i niezwykle mądrą powieść. Bo Spacer w parku wbrew pozorom nie jest tylko lekką opowiastką, jest także historią z morałem w tle. Spacer...czyta się błyskawicznie, co widać po mnie, jeden wieczór i jedno przedpołudnie i już po książce, a wcale nie jest ona cienka. To świadczy najlepiej o tym, jak doskonałą lekturą jest książka Jill Mansel. Już wiem, dlaczego pisarka jest uwielbiana przez tak wiele czytelniczek. Nie mogę doczekać się jej kolejnej książki. A was gorąco zachęcam do lektury Spaceru w parku. Jestem pewna, że przypadnie wam do gustu równie mocno, jak mnie i szczerze polubicie zwariowanych bohaterów tej niezwykle promiennej książki.