No właśnie, co jecie w taki upał? U nas królują głównie dania z grilla i sałatki na winie, czyli wkładamy do nich to co akurat mamy pod ręką, co się nawinie:). Wczorajszą sałatkę obiadowo-kolacyjną prezentuję na zdjęciu - pomidorki+ogórek+ rukola+ mozzarella i to polane ziołową oliwą z oliwek i schłodzone przed podaniem. Pycha, polecam.
Poza tym moje ukochane dwa dania: makaron z serem +cynamonem+cukrem waniliowym+ owocami ugniecionymi, czyli teraz jagodami lub faszerowane mięsem i ryżem zapiekane w piekarniku warzywa.
Mój mąż maniakalnie je ugotowane ziemniaki z koperkiem odrobiną oliwy i surowe ogórki z kefirem. Jego kultowe letnie danie.
Z zup to tylko chłodniki. Koleżanka żali mi się, że u niej nikt nie chce jeść chłodników. U mnie jedzą wszyscy, tzn. ci którzy są w domu akurat. Obecnie ja+ mąż+ z doskoku 16-latek. Ale nastolatek to pochłonie wszystko i w każdej ilości.On się więc nie liczy. Tzn. liczy się przy rachunkach za żywność, bo jego jedzenie kosztuje więcej niż moje i męża. Ostatnio patrzyłam ile my zjadamy, a ile syn...zgroza i chudy jak patyk, ale 182cm wzrostu ma i stale rośnie:) Nie żebym dziecku żałowała, ale ostatnio zastanawialiśmy się- jakim cudem tyle pieniędzy wydajemy na jedzenie...bzdur nie kupujemy, fast foody, gotowe dania to może 1x w miesiącu maksymalnie, chipsów gotowych dań nie..więc..
A wracając do tematu wątku - jakie wy dania preferujecie w takie upały?
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 lipca 2013
czwartek, 25 lipca 2013
Jak się pozbyć przydasi? No jak? Czyli z życia wzięte (6)...
Nie wiem czy wszyscy kojarzą cóż to są przydasie? To już wyjaśniam...otóż rzeczone przydasie to wszystkie mniejsze lub większe rzeczy, które trzyma się w domu od x czasu (na ogół nie pamięta się od jak dawna) bo..się przydadzą.
Od kilku tygodni w związku z przeprowadzką o której wspominałam, mimo, iż nie wyprowadzamy się na stałe a na kilkanaście miesięcy, postanowiłam zrobić selekcję przydasi.
Prawie dostałam zawału, jak musiałam wyeksmitować na śmietnik kilka porcelanowych żabek, które dawno są już pełnoletnie, a które kolekcjonowałam w zamierzchłej przeszłości.
Prawie rozwiodłam się z mężem, gdy bezlitosnym ruchem zgarnął do pudła moją ukochaną kolekcję nadtłuczonych dzbanuszków do mleka i wyrzucił to na śmieci. A ja te dzbanuszki trzymałam od przed naszego ślubu, bo to uszko co się 15 lat temu ukruszyło to kiedyś się doklei, a ten dziubek to do pamiątkowego dzbanuszka z Polanicy etc.
3 worki ciuchów, których nie nosimy, stare komplety pościeli wywiozłam do schroniska dla zwierząt. Tam zawsze się przydadzą.
Pudło książek, do których nie wrócę (głównie romansidła) w dobrym stanie zawiozłam do pobliskiego szpitala ginekologicznego...
Odkryłam wiele skarbów, jak albumy ze zdjęciami ze szkoły podstawowej (Boże jaką ja miałam fryzurę, rany...), pamiętniki z I i II klasy podstawówki z czułymi wyznaniami kolegów:) Tego nie wyrzuciłam, to pamiątka.
Tylko do dokumentów gromadzonych w 2 dużych szufladach jeszcze się nie dotykamy, nie mamy odwagi. Dokumenty dot. dzieci, nas, domu, samochodów etc mamy posegregowane, opisane w koszulkach w segregatorze. A co jest w szufladach? Czort wie. Chyba tym razem sprawdzanie sobie odpuścimy.
Nie wiem tylko co zrobić z workiem pluszaków (kolejnego dziecka juz nie planuję:)), czy trzema wydaniami Chłopów, dwa ładnie oprawione i tak stoją na półce):).
Oj ciężko było, ciężko. Wywaliliśmy tony przydasi, a drugie tyle zostało i mam wrażenie, że nic nie ubyło. Gdzie to się wszystko mieściło?
Też macie taką chomiczą naturę? Walczycie z przydasiami? Macie jakieś patenty żeby ich nie gromadzić? Chociaż wiecie, ja ich nie gromadzę, to one same siebie jakoś u nas gromadzą.
Od kilku tygodni w związku z przeprowadzką o której wspominałam, mimo, iż nie wyprowadzamy się na stałe a na kilkanaście miesięcy, postanowiłam zrobić selekcję przydasi.
Prawie dostałam zawału, jak musiałam wyeksmitować na śmietnik kilka porcelanowych żabek, które dawno są już pełnoletnie, a które kolekcjonowałam w zamierzchłej przeszłości.
Prawie rozwiodłam się z mężem, gdy bezlitosnym ruchem zgarnął do pudła moją ukochaną kolekcję nadtłuczonych dzbanuszków do mleka i wyrzucił to na śmieci. A ja te dzbanuszki trzymałam od przed naszego ślubu, bo to uszko co się 15 lat temu ukruszyło to kiedyś się doklei, a ten dziubek to do pamiątkowego dzbanuszka z Polanicy etc.
3 worki ciuchów, których nie nosimy, stare komplety pościeli wywiozłam do schroniska dla zwierząt. Tam zawsze się przydadzą.
Pudło książek, do których nie wrócę (głównie romansidła) w dobrym stanie zawiozłam do pobliskiego szpitala ginekologicznego...
Odkryłam wiele skarbów, jak albumy ze zdjęciami ze szkoły podstawowej (Boże jaką ja miałam fryzurę, rany...), pamiętniki z I i II klasy podstawówki z czułymi wyznaniami kolegów:) Tego nie wyrzuciłam, to pamiątka.
Tylko do dokumentów gromadzonych w 2 dużych szufladach jeszcze się nie dotykamy, nie mamy odwagi. Dokumenty dot. dzieci, nas, domu, samochodów etc mamy posegregowane, opisane w koszulkach w segregatorze. A co jest w szufladach? Czort wie. Chyba tym razem sprawdzanie sobie odpuścimy.
Nie wiem tylko co zrobić z workiem pluszaków (kolejnego dziecka juz nie planuję:)), czy trzema wydaniami Chłopów, dwa ładnie oprawione i tak stoją na półce):).
Oj ciężko było, ciężko. Wywaliliśmy tony przydasi, a drugie tyle zostało i mam wrażenie, że nic nie ubyło. Gdzie to się wszystko mieściło?
Też macie taką chomiczą naturę? Walczycie z przydasiami? Macie jakieś patenty żeby ich nie gromadzić? Chociaż wiecie, ja ich nie gromadzę, to one same siebie jakoś u nas gromadzą.
czwartek, 20 czerwca 2013
Sytuacja awaryjna, czyli z życia wzięte (4)...
Wychodzę z pracy, jadę już do domu, po drodze basenik:), ale musiałam na szybko napisać kilka słów...
Dzwoni przed chwilą do mnie firma z jednej z miejscowości z okolic Łodzi. Tłumacz im się rozchorował,. a drugi z tym samym językiem co ja, nie chce przyjąć zlecenia (ciekawe dlaczego? zaraz się dowiecie:)). Firma wie, że sytuacja awaryjna, dla nich patowa, innostrańcy dzisiaj póżnym wieczorem mają wylądować na Okęciu, trzeba ich odebrać i zająć się nimi, w sobotę wieczorem odlatują do siebie. W związku z tym, że sytuacja patowa, firma dobrze zapłaci.... Hehe..dobre sobie:)
Bardzo firmie zależy żeby tłumacz był w języku ojczystym kontrahenta nie angielskim, dlatego bardzo mnie proszą...blablabla...
No ok, na szybko pomyślałam, niech będzie, jakoś udobrucham męża, że nagle zniknę z domu (on z kolei często znika, jak klienci z problemami prawniczymi dzwonią, więc remisik będzie), na Okęcie na póżny wieczór dojadę.
W głowie uruchomił mi się kalkulator, vaty i inne pierdółki policzyłam i podaję firmie kwotę x...o 1/2 wyższą niż normalna, skoro sytuacja patowa, chcą dobrze zapłacić, a w razie czego mogę trochę opuścić, bo taki bezpieczny zapas kwotowy podałam.
A firma owszem zapłaci, ale połowę normalnej stawki, takiej płatnej nie w przypadku sytuacji awaryjnej. Czyli po polskiemu - ja np. poprosiłam o 1500zł. (1000zł. stawka normalna +50%) a oni chcą zapłacić 500zł. bo więcej nie mają. I jeszcze komentarz, że powinnam się cieszyć, że chcą ze mną współpracować. Nie muszę dodawać, że oferty nie przyjęłam. Rozumiem, że jest kryzys, ale wytłumaczenie mężowi i zawiedzionym dzieciom, którym coś tam obiecałam na ten weekend, też ma swoja cenę, a ta była zdecydowanie za niska.
I takie to jest robienie interesów po polsku.
Jadę na basen:)
Dzwoni przed chwilą do mnie firma z jednej z miejscowości z okolic Łodzi. Tłumacz im się rozchorował,. a drugi z tym samym językiem co ja, nie chce przyjąć zlecenia (ciekawe dlaczego? zaraz się dowiecie:)). Firma wie, że sytuacja awaryjna, dla nich patowa, innostrańcy dzisiaj póżnym wieczorem mają wylądować na Okęciu, trzeba ich odebrać i zająć się nimi, w sobotę wieczorem odlatują do siebie. W związku z tym, że sytuacja patowa, firma dobrze zapłaci.... Hehe..dobre sobie:)
Bardzo firmie zależy żeby tłumacz był w języku ojczystym kontrahenta nie angielskim, dlatego bardzo mnie proszą...blablabla...
No ok, na szybko pomyślałam, niech będzie, jakoś udobrucham męża, że nagle zniknę z domu (on z kolei często znika, jak klienci z problemami prawniczymi dzwonią, więc remisik będzie), na Okęcie na póżny wieczór dojadę.
W głowie uruchomił mi się kalkulator, vaty i inne pierdółki policzyłam i podaję firmie kwotę x...o 1/2 wyższą niż normalna, skoro sytuacja patowa, chcą dobrze zapłacić, a w razie czego mogę trochę opuścić, bo taki bezpieczny zapas kwotowy podałam.
A firma owszem zapłaci, ale połowę normalnej stawki, takiej płatnej nie w przypadku sytuacji awaryjnej. Czyli po polskiemu - ja np. poprosiłam o 1500zł. (1000zł. stawka normalna +50%) a oni chcą zapłacić 500zł. bo więcej nie mają. I jeszcze komentarz, że powinnam się cieszyć, że chcą ze mną współpracować. Nie muszę dodawać, że oferty nie przyjęłam. Rozumiem, że jest kryzys, ale wytłumaczenie mężowi i zawiedzionym dzieciom, którym coś tam obiecałam na ten weekend, też ma swoja cenę, a ta była zdecydowanie za niska.
I takie to jest robienie interesów po polsku.
Jadę na basen:)
czwartek, 23 maja 2013
Z życia wzięte (3)...
Większość osób bywających na moim blogu wie, że m.in. jestem z zawodu tłumaczem.
Praca ok, tylko nigdy nie wiadomo, czy jutro będzie, czy nie; jakiż to zleceniodawca się trafi etc.
Tym razem kwestia wygląda tak...od powrotu z Grecji, czyli od ok. 2 tygodni, prowadzę dosyć intensywną korespondencję via email i rozmowy przez skypa z panem z dosyć poważnej firmy na Pomorzu (litościwie nie zdradzę o jakie miasto chodzi). Uzgodnione zostało wszystko, co można było uzgodnić (hehe, tak mi się tylko wydawało..). W poniedziałek wysyłam umowę emailem i zonk..wielkie zdziwienie...pan niemożebnie zaskoczony, że oczekuję noclegu przed rozpoczęciem usługi + przewodnika w Warszawie i Krakowie.
Kwestia wygląda tak - miałabym na lotnisku odebrać grupę cudzoziemców i kilka dni pohasać z nimi po naszym pięknym kraju. Oczywiście goście mieliby jak najlepiej poznać naszą ojczyznę, zwiedzić, pojeść przysmaków, popić polskich specjałów i generalnie wrócić do domku wielce usatysfakcjonowani.
I wszystko ok, tylko: nie czuję się kompetentna oprowadzać po Krakowie i Warszawie. Mimo, iż uwolniono już zawód przewodnika, czyli de facto oprowadzać może każdy, nawet pies Burek (z wyrazami szacunku dla psinki). Ja jednak nie czuję się na siłach oprowadzać po w/w miastach i gadać trzy po trzy o ich zabytkach i historii. Nie lubię robić z ludzi za przeproszeniem idiotów, w końcu płacą za kompetentną usługę. A poza tym sama nie znoszę, jak ktoś ze mnie idiotkę robi.
A teraz kwestia noclegu...grupę mam odebrać z rzeczonego lotniska nad ranem. Ja mieszkam w Łodzi, lotnisko jest na Pomorzu. Po odbiorze grupy mam cały dzień z nimi zwiedzać, uśmiechać się do grupy, tłumaczyć, udzielać odpowiedzi na pytania wszelakie. Czyli mam być miła, uśmiechnięta, wypoczęta i kompetentna. Jak taką być po nocnej jeżdzie z Łodzi na Pomorze, noclegu w aucie...? A to mi właśnie rzeczony pan zaproponował na moje zdziwione pytanie - to noclegu przed rozpoczęciem imprezy Państwo nie gwarantujecie?
I to tyle... Od poniedziałku pan milczy, emaila z zapytaniem co dalej, pan odebrał przedwczoraj rano i ciiiisza. A firma duża, prężnie działająca, o sławie prawie światowej. Pan ma wykształcenie, że mucha nie siada, bardzo uprzejmy był do czasu.
Nie rozumiem kilku kwestii - czy nie można napisać po prostu... pani warunki nam nie odpowiadają?! Wtedy ok, wiem na czym stoję. A nie milczymy i milczymy.
A druga kwestia - jak można od współpracownika (którym potencjalnie miałam być) oczekiwać, że po kilkugodzinnej jeździe autem będzie w nim nocował oczekując na klienta i z radosną pieśnią na ustach przez cały dzień zmęczony, brudny pełnił posługę dla firmy? I to w myśl idei - zaoszczędźmy dla firmy kilka pln.
Wiecie, ja może i kwestię noclegu bym przełknęła, sama bym go sobie opłaciła, ale przewodników nie popuszczę.
Aha, nadmienię, że to firma X sama się do mnie o współpracę zwróciła, zależało firmie, żebym to ja ich reprezentowała przed innostrańcami.
Dziwny jest ten świat...a powinnam przestać się dziwić (jak ta małpka na początku posta)...
piątek, 8 marca 2013
Z życia wzięte - o zimie (znowu), o Dniu Kobiet i takie tam...
Wstałam dzisiaj, spojrzałam za okno i...załamałam się...znowu zima, przynajmniej u mnie w Łodzi, nie wiem, jak u was...Wczoraj piękne słońce, a dzisiaj śnieżyca i zamieć wręcz.
I jak tu można się dobrze czuć?
Od kilku dni czuję się jakby czołg mnie rozjechał, na nic nie mam siły, wszystko mnie boli, wory pod oczami, że szok (jak wklepię tonę korektora, to dopiero je zamaskuję), śpię po 8-9 godzin, a mimo to wstaję niesamowicie zmęczona.
Rano dzisiaj po odwiezieniu syna do przedszkola, pojechałam na badania - krew etc. Odbiór dziś po 15.00, nawet kolejki nie było cud.
Mam nadzieję, że badania będą ok. Ale wtedy co jest sprawcą tego złego samopoczucia u mnie - przesilenie wiosenne, czy jakaś nieznana jeszcze (miejmy nadzieję, że nie śmiertelna) jednostka chorobowa?:):)
Czy któraś z blogerek też się tak czuje? Nie życzę wam tego, ale nie zaprzeczę, że pocieszyłoby mnie to, że mam współtowarzyszkę niedoli:) Jeżeli wasze samopoczucie też jest takie nędzne, jak moje, jak sobie z nim radzicie?
Dzisiaj rano powiedziałam mężowi, że nie muszę się już przejmować nędzną (bo tak zapowiadają) emeryturą z zusu, bo jej nie dożyję, kolejna wiosna mnie wykończy:). Fakt, że do emerytury mam ponad ćwierć wieku jeszcze...ale przy takim samopoczuciu...
Dzisiaj Dzień Kobiet. Śmiać mi się chce z tego święta, mężczyźni powinni cały rok zachowywać się z szacunkiem wobec kobiet, a nie tylko w tym dniu.
Tak myślałam do dzisiejszego poranka. Z przedszkola do poradni na badania podjechałam 3 przystanki tramwajem, wsiadam do pojazdu i co...wszystkie siedzenia zajęte, na nich rozparci przedstawiciele męskiego gatunku, byki w kwiecie wieku w przedziale 20-45 lat, a kobiety stoją...aż się przez moment zastanowiłam, czy nie teleportowałam się na Bliski Wschód.
Oczywiście jadąc z 10 minut tramwajem zdążyłam zrobić awanturę...w tramwajach są wyznaczone (piktogramami, jakby ktoś nie rozumiał słowa pisanego są obrazki) miejsca dla osób starszych, matek z dzieckiem na ręku i kobiet w ciąży.
Wsiada ze mną do wagonu kobieta w zaawansowanej ciąży, staje obok takiego miejsca na którym siedzi byk, okaz zdrowia, mięśnie mu kurtkę prawie przebiły, ze 30 lat na oko, spojrzał na kobietę i nic dalej siedzi, odczekałam z 5 sekund, zagotowało się we mnie i klepię go po ramieniu z tekstem - może pan ustąpić pani miejsca? A on - bo co? Od razu nie odparcie nasuwa mi się tekst - bo g...o, ale staram się być kulturalna, wiec mówię - bo ta pani jest w ciąży, a pan siedzi na miejscu dla niej wyznaczonym, a nawet jeżeli by to nie było wyznaczone miejsce, to kultura nakazuje ustąpić kobiecie miejsca..
On na mnie oczy jak 5 zł i tekst - a jak nie wstanę to co? A ja - poczekaj to się przekonasz... Wstał i Bogu Najwyższemu dzięki, bo nie wiem co bym zrobiła. Poza przywaleniem mu torbą w głowę nic innego mi nie przychodziło do głowy...a to chyba karalne, nie?!
Może pomyślał, że ma do czynienia z wariatką (czyli ze mną), a z takimi lepiej nie zaczynać... W każdym bądź razie efekt końcowy się liczy.
A wiecie co z tego wszystkiego jest najlepsze? Wszyscy, ale to wszyscy w tramwaju patrzyli słuchali, nikt nie zareagował, nikt nie ustąpił tej kobiecie miejsca...dla mnie szok.
Czy ja jako kobieta, jako człowiek oczekując minimalnych zasad kultury i szacunku od współobywateli wymagam w dzisiejszych czasach zbyt wiele?
Mamy 3 synów i od małego uczmy ich z mężem podstawowych zasad kultury - przepuszczania kobiet, starszych osób w drzwiach, ustępowania miejsca, chodzenia prawą strona chodnika nie jak muł lewą, wstawania gdy kobieta podchodzi/odchodzi od biurka, stolika, nieżucia gumy w trakcie rozmowy z kimś etc...czy to tak dużo? Dla mnie to norma.
A teraz o prezencie od męża na dzisiejsze święto..dostałam 3 dniowy wyjazd do SPA nad nasze polskie morze (które kocham, ale woda w nim no cóż w porywach ma 19C, ale na SPA i spacery się nada), skierowanie open, muszę zadzwonić i uzgodnić termin.
Jestem bardzo zadowolona tylko tekst męża...pamiętaj, że cię kocham...obojętnie co by się stało...
No rany...jak ja mam to rozumieć i jak ja mam się nie martwić na zapas?
To tyle:)
Kochane blogerki i czytelniczki moich wypociny i wynurzeń:), życzę wam wszystkiego naj..spełnienia marzeń i co najmniej taaaakiej biblioteki:)
I jak tu można się dobrze czuć?
Od kilku dni czuję się jakby czołg mnie rozjechał, na nic nie mam siły, wszystko mnie boli, wory pod oczami, że szok (jak wklepię tonę korektora, to dopiero je zamaskuję), śpię po 8-9 godzin, a mimo to wstaję niesamowicie zmęczona.
Rano dzisiaj po odwiezieniu syna do przedszkola, pojechałam na badania - krew etc. Odbiór dziś po 15.00, nawet kolejki nie było cud.
Mam nadzieję, że badania będą ok. Ale wtedy co jest sprawcą tego złego samopoczucia u mnie - przesilenie wiosenne, czy jakaś nieznana jeszcze (miejmy nadzieję, że nie śmiertelna) jednostka chorobowa?:):)
Czy któraś z blogerek też się tak czuje? Nie życzę wam tego, ale nie zaprzeczę, że pocieszyłoby mnie to, że mam współtowarzyszkę niedoli:) Jeżeli wasze samopoczucie też jest takie nędzne, jak moje, jak sobie z nim radzicie?
Dzisiaj rano powiedziałam mężowi, że nie muszę się już przejmować nędzną (bo tak zapowiadają) emeryturą z zusu, bo jej nie dożyję, kolejna wiosna mnie wykończy:). Fakt, że do emerytury mam ponad ćwierć wieku jeszcze...ale przy takim samopoczuciu...
Dzisiaj Dzień Kobiet. Śmiać mi się chce z tego święta, mężczyźni powinni cały rok zachowywać się z szacunkiem wobec kobiet, a nie tylko w tym dniu.
Tak myślałam do dzisiejszego poranka. Z przedszkola do poradni na badania podjechałam 3 przystanki tramwajem, wsiadam do pojazdu i co...wszystkie siedzenia zajęte, na nich rozparci przedstawiciele męskiego gatunku, byki w kwiecie wieku w przedziale 20-45 lat, a kobiety stoją...aż się przez moment zastanowiłam, czy nie teleportowałam się na Bliski Wschód.
Oczywiście jadąc z 10 minut tramwajem zdążyłam zrobić awanturę...w tramwajach są wyznaczone (piktogramami, jakby ktoś nie rozumiał słowa pisanego są obrazki) miejsca dla osób starszych, matek z dzieckiem na ręku i kobiet w ciąży.
Wsiada ze mną do wagonu kobieta w zaawansowanej ciąży, staje obok takiego miejsca na którym siedzi byk, okaz zdrowia, mięśnie mu kurtkę prawie przebiły, ze 30 lat na oko, spojrzał na kobietę i nic dalej siedzi, odczekałam z 5 sekund, zagotowało się we mnie i klepię go po ramieniu z tekstem - może pan ustąpić pani miejsca? A on - bo co? Od razu nie odparcie nasuwa mi się tekst - bo g...o, ale staram się być kulturalna, wiec mówię - bo ta pani jest w ciąży, a pan siedzi na miejscu dla niej wyznaczonym, a nawet jeżeli by to nie było wyznaczone miejsce, to kultura nakazuje ustąpić kobiecie miejsca..
On na mnie oczy jak 5 zł i tekst - a jak nie wstanę to co? A ja - poczekaj to się przekonasz... Wstał i Bogu Najwyższemu dzięki, bo nie wiem co bym zrobiła. Poza przywaleniem mu torbą w głowę nic innego mi nie przychodziło do głowy...a to chyba karalne, nie?!
Może pomyślał, że ma do czynienia z wariatką (czyli ze mną), a z takimi lepiej nie zaczynać... W każdym bądź razie efekt końcowy się liczy.
A wiecie co z tego wszystkiego jest najlepsze? Wszyscy, ale to wszyscy w tramwaju patrzyli słuchali, nikt nie zareagował, nikt nie ustąpił tej kobiecie miejsca...dla mnie szok.
Czy ja jako kobieta, jako człowiek oczekując minimalnych zasad kultury i szacunku od współobywateli wymagam w dzisiejszych czasach zbyt wiele?
Mamy 3 synów i od małego uczmy ich z mężem podstawowych zasad kultury - przepuszczania kobiet, starszych osób w drzwiach, ustępowania miejsca, chodzenia prawą strona chodnika nie jak muł lewą, wstawania gdy kobieta podchodzi/odchodzi od biurka, stolika, nieżucia gumy w trakcie rozmowy z kimś etc...czy to tak dużo? Dla mnie to norma.
A teraz o prezencie od męża na dzisiejsze święto..dostałam 3 dniowy wyjazd do SPA nad nasze polskie morze (które kocham, ale woda w nim no cóż w porywach ma 19C, ale na SPA i spacery się nada), skierowanie open, muszę zadzwonić i uzgodnić termin.
Jestem bardzo zadowolona tylko tekst męża...pamiętaj, że cię kocham...obojętnie co by się stało...
No rany...jak ja mam to rozumieć i jak ja mam się nie martwić na zapas?
To tyle:)
Kochane blogerki i czytelniczki moich wypociny i wynurzeń:), życzę wam wszystkiego naj..spełnienia marzeń i co najmniej taaaakiej biblioteki:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.png)
.jpg)


