Wydawnictwo WAB, Moja ocena 5/6
Główną bohaterką jest 35-letnia Natalia, korektorka w wydawnictwie, żona dużo starszego, sztywnego, jak kij od szczotki, ponurego, z maksymalnie irytującymi zasadami Joachima.
Natalia wychowana w grobowcu (bo domem tego nie można było nazwać) od małego nauczyła się ukrywać i grać. Co ukrywa? Wszystko. Np. to, co lubi jeść, to co ją śmieszy, to, iż sama nauczyła się dwóch języków obcych, to jakiej muzyki lubi słuchać, to, że ma ochotę iść z koleżanka na lody, to z kim się przyjaźni, a w reszcie to co naprawdę czuje.
W domu Natalii nawet śmiać się nie wolno było..bo odsłonięte dziąsła w trakcie śmiechu są prostackie. Można było tylko uśmiechać się kącikami ust. O podnoszeniu głosu, słuchaniu innej niż poważna muzyki, nawet nie wspomnę.
Jeszcze sztywniej, bardziej ponuro było w domu, do którego Natalia wprowadziła się po ślubie. Co prawda dzięki małżeństwu kobieta zyskała pewną wolność i pieniądze, ale nie zyskała miłości. Tylko, że Natalia jeszcze nie wie o tym, że nie zna uczucia miłości. Ta wiedza niczym objawienie przychodzi wraz z odnowieniem szkolnej przyjaźni z Patrycją i wtedy się zaczyna.
Nie ukrywam, książkę zaczęłam czytać z lekką obawą. Na rynku od kilku lat jest ogromna ilość mniej lub bardziej wartościowych powieści określanych mianem literatury kobiecej. Niestety, większość pozycji zalicza się do grupy tych mniej wartościowych. Spora część nigdy nie powinna zostać wydana.
Z debiutancką książką Aldony Bognar jest inaczej. To doskonałą lektura. To także książka, która poprzez pryzmat perypetii Natalii ukazuje co tak naprawdę liczy się w życiu.
Zastanówcie się. Ile z nas jest tak naprawdę zadowolonych ze swojego życia. Wiem, dzieci, zdrowie, to najważniejsze. Ale gdzie jest miejsce dla nas samych? Gdzie miejsce na spełnienie marzeń, na bycie sobą, na zatroszczenie się o siebie o swoje radości i przyjemności?
Główna bohaterka pokazuje nam, iż zawsze warto walczyć o własne szczęście.
Przygody Natalii, młodej-starej-ciotkowatej (dlaczego, zrozumiecie po lekturze książki) żony radcy prawnego, to doskonała, mądra lektura zabarwiona niespotykaną wprost ilością humoru, zabawnych przemyśleń głównej bohaterki. Co mnie urzekło to fakt, iż humor, którym posługuje się Bognar jest humorem inteligentnym, daleko mu, bardzo daleko do głupkowatych (nie waham się użyć tego słowa) gagów, jakie prezentuje wiele książek.
W historię, którą czyta się w mgnieniu oka, wplecione są także 2 momenty, przy których wzruszy się każda czytelniczka.
Autorce udało się wszystko tak skomponować, iż nawet przez moment nie mamy wrażenia, iż czytamy przesłodzoną, infantylną, ckliwą powiastkę. A tego najbardziej się obawiałam.
Pięć kilometrów do świtu to doskonała powieść. Polecam z czystym sumieniem i nie ukrywam, czekam na kolejna książkę Aldony Bognar..
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
niedziela, 4 września 2016
sobota, 3 września 2016
Ktoś we mnie - Sarah Waters
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 6/6
Kolejna rewelacyjna powieść autorstwa Sarah Waters. Tym razem oceniam książkę tej pisarki najwyższa oceną i przyrównuję ją do mojej zdaniem najlepszej Złodziejki.
Akcja rozgrywa się kilka lat po zakończeniu II wojny światowej. Perypetie głównych bohaterów poznajemy z punktu widzenia męźczyzny, doktora Faradaya, który pewnego dnia zostaje wezwany do domostwa rodziny Ayersów. Dzięki niemu mamy okazję poznać takim, jakim widzi go mężczyzna, spojrzeć na otoczenie jego oczyma, poznać jego uczucia. On opowiada nam o otoczeniu, o bardzo ekscentrycznych, kuriozalnych zachowaniach Ayersów i ich otoczenia.
Akcja (jak to z reguły u tej pisarki) toczy się powoli. Początkowo lektura może nawet nużyć. Bowiem przez mniej więcej 200 stron nic takiego się nie dzieje. Ot poznajemy bohaterów, ich służbę, znajomych, otoczenie. Atutem tej części powieści są bardzo ciekawe profile psychologiczne bohaterów.
Zwiastunem tego, co będzie się działo, jest powoli otaczająca nas groza, zło, oblepiający nastrój mroku. Atmosfera się zagęszcza i powoli, krok po kroku wchodzimy do świata skonstruowanego przez angielska pisarkę.
Trzeba Waters przyznać, genialnie oddała klimat grozy, nawiedzonego domu, wielkiego i równie niespełnionego uczucia we wszelakich jego odmianach. Majstersztyk.
Co cenne, autorka wspaniale portretuje wszelakie szczegóły. Ot chociażby wygląd zewnętrzny i wewnętrzny chylącej się ku upadłości rezydencji, Hundreds Hall. Osiadające mury, zawilgocone przeciekające sufity, ponure korytarze, pogryzione przez myszy chodniki leżące na wypaczonej podłodze, pozamykane na klucz pokoje, nieuporządkowany, zapuszczony ogród, chwasty i dziko rosnące rośliny, które zdają się być realnymi właścicielami domostwa, zniszczony wystrój posiadłości, mrok, groza, nawet skrzypienie drzwi. Brr, strach się bać. Jeżeli do tego dodamy wszechobecne zło, grozę. Koszmar, z którego trudno się wyzwolić. I o to przede wszystkim w tej książce chodzi.
Pod względem oddania klimatu grozy, to chyba najlepsza, najbardziej sugestywna powieść Waters.
Do tego dochodzi samotnie borykająca się z trudem życia wdowa po pułkowniku oraz jej dwoje dzieci, w tym kaleki syn i brzydka, zdziwaczała, nie mająca szans na zamążpójście córka.
Macie trochę wyobraźni? Potraficie wyobrazić sobie gorsze położenie? Ja nie bardzo.
Po raz kolejny oprócz genialnie oddanej atmosfery urzekł mnie styl pisarki, piękny język, treściwe, bez lania wody, bez pisania o niczym pisarstwo.
Poza tym genialna przemiana, bowiem z opisy wydawcy (tego, czy innego) wynika, iż książka ta najprawdopodobniej będzie kolejnym kiczowatym horrorem, książką grozy kat. C lub gorzej. Otóż Waters pod tym względem rozczarowuje. I to jak rozczarowuje. Z czegoś banalnego zrobiła istne arcydzieło, i to pod każdym względem.
Waters po raz kolejny udało się mnie zachwycić. Stworzyła genialną, mistrzowsko nakreśloną powieść nie tyle grozy, co psychologiczno-obyczajowo-społeczną. Nie ukrywam, nie jest to czytadło. Książka (przynajmniej w początkowej części) wymaga skupienia i to sporego. Jednak zdecydowanie warto zadać sobie trud i zmierzyć się z nią. Gdy już was pochłonie będziecie z niecierpliwością odwracać kolejne strony. Tak było ze mną. I tego życzę wam.
Kolejna rewelacyjna powieść autorstwa Sarah Waters. Tym razem oceniam książkę tej pisarki najwyższa oceną i przyrównuję ją do mojej zdaniem najlepszej Złodziejki.
Akcja rozgrywa się kilka lat po zakończeniu II wojny światowej. Perypetie głównych bohaterów poznajemy z punktu widzenia męźczyzny, doktora Faradaya, który pewnego dnia zostaje wezwany do domostwa rodziny Ayersów. Dzięki niemu mamy okazję poznać takim, jakim widzi go mężczyzna, spojrzeć na otoczenie jego oczyma, poznać jego uczucia. On opowiada nam o otoczeniu, o bardzo ekscentrycznych, kuriozalnych zachowaniach Ayersów i ich otoczenia.
Akcja (jak to z reguły u tej pisarki) toczy się powoli. Początkowo lektura może nawet nużyć. Bowiem przez mniej więcej 200 stron nic takiego się nie dzieje. Ot poznajemy bohaterów, ich służbę, znajomych, otoczenie. Atutem tej części powieści są bardzo ciekawe profile psychologiczne bohaterów.
Zwiastunem tego, co będzie się działo, jest powoli otaczająca nas groza, zło, oblepiający nastrój mroku. Atmosfera się zagęszcza i powoli, krok po kroku wchodzimy do świata skonstruowanego przez angielska pisarkę.
Trzeba Waters przyznać, genialnie oddała klimat grozy, nawiedzonego domu, wielkiego i równie niespełnionego uczucia we wszelakich jego odmianach. Majstersztyk.
Co cenne, autorka wspaniale portretuje wszelakie szczegóły. Ot chociażby wygląd zewnętrzny i wewnętrzny chylącej się ku upadłości rezydencji, Hundreds Hall. Osiadające mury, zawilgocone przeciekające sufity, ponure korytarze, pogryzione przez myszy chodniki leżące na wypaczonej podłodze, pozamykane na klucz pokoje, nieuporządkowany, zapuszczony ogród, chwasty i dziko rosnące rośliny, które zdają się być realnymi właścicielami domostwa, zniszczony wystrój posiadłości, mrok, groza, nawet skrzypienie drzwi. Brr, strach się bać. Jeżeli do tego dodamy wszechobecne zło, grozę. Koszmar, z którego trudno się wyzwolić. I o to przede wszystkim w tej książce chodzi.
Pod względem oddania klimatu grozy, to chyba najlepsza, najbardziej sugestywna powieść Waters.
Do tego dochodzi samotnie borykająca się z trudem życia wdowa po pułkowniku oraz jej dwoje dzieci, w tym kaleki syn i brzydka, zdziwaczała, nie mająca szans na zamążpójście córka.
Macie trochę wyobraźni? Potraficie wyobrazić sobie gorsze położenie? Ja nie bardzo.
Po raz kolejny oprócz genialnie oddanej atmosfery urzekł mnie styl pisarki, piękny język, treściwe, bez lania wody, bez pisania o niczym pisarstwo.
Poza tym genialna przemiana, bowiem z opisy wydawcy (tego, czy innego) wynika, iż książka ta najprawdopodobniej będzie kolejnym kiczowatym horrorem, książką grozy kat. C lub gorzej. Otóż Waters pod tym względem rozczarowuje. I to jak rozczarowuje. Z czegoś banalnego zrobiła istne arcydzieło, i to pod każdym względem.
Waters po raz kolejny udało się mnie zachwycić. Stworzyła genialną, mistrzowsko nakreśloną powieść nie tyle grozy, co psychologiczno-obyczajowo-społeczną. Nie ukrywam, nie jest to czytadło. Książka (przynajmniej w początkowej części) wymaga skupienia i to sporego. Jednak zdecydowanie warto zadać sobie trud i zmierzyć się z nią. Gdy już was pochłonie będziecie z niecierpliwością odwracać kolejne strony. Tak było ze mną. I tego życzę wam.
czwartek, 1 września 2016
Królewska heretyczka - Magdalena Niedżwiedzka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 6/6
Królewska heretyczka to nowe spojrzenie na biografię jednej z najsłynniejszych kobiet w historii, Elżbiety I Tudor, córki Henryka VIII i Anny Boleyn.
Na przestrzeni ostatnich lat wydano kilka książek traktujących o życiu i dokonaniach Elżbiety. Miałam wrażenie, iż władczynię omówiono z każdej możliwej strony. Byłam ciekawa, jak do tematy podejdzie polska, nieznana dotąd pisarka.
Nie ukrywam, książkę zaczęłam czytać co prawda z ciekawością, ale i sporą dozą sceptycyzmu. Trudno mi było oczekiwać po lekturze jakiś spektakularnych wrażeń. Dawno tak się nie pomyliłam.
Książka jest wspaniała, cudownie napisana, pełna życia i łączy w sobie przykuwająca uwagę powieść historyczną z obyczajową, psychologiczną. W całość wplecione są praktycznie wszystkie elementy z mniej więcej 15-letniego okresu życia Elżbiety.
Co najbardziej przypadło mi w Królewskiej heretyczce do gustu? Wszystko. Nawet objętość (ponad 900 stron), która początkowo lekko przerażała, okazała się atutem. Dzięki tak dużej ilości storn autorka w pełni pokazała na co ja stać. A stać na wiele.
Przede wszystkim nie poszła w ślady najsłynniejszych autorów, który do tej pory pisali o Królowej Dziewicy. Nie zrobiła ze swojej książki pompatycznego dzieła, nie skupiła się tylko na epoce. Tchnęła zarówno w bohaterkę, jak i całą opowieść ducha współczesności. Nie znaczy to absolutnie, że przeniosła Elżbietę do naszych czasów. Nic z tych rzeczy. Królowa nadal pozostaje w XVI wieku. Jednak postać ta dostała ikry, zachowania, które do tej pory nie występowało w innych powieściach. Elżbieta potrafi zakląć, i to ostro, mniej zwraca uwagę na etykietę, jest bardziej samodzielna, wyemancypowana, kładzie nacisk na relacje Elżbiety z innymi ludźmi. Za sprawą Niedźwiedzkiej stała się bardziej przystępna dla czytelnika.
Co istotne, pisarce udało się idealnie wprost wyważyć pomiędzy wiernym oddaniem historycznych szczegółów, trzymaniem się historycznych źródeł, a dokonaniem pewnych zmian w postępowaniu, obyciu, zachowaniu bohaterki.
Wspaniale i niezwykle drobiazgowo oraz plastycznie nakreślone jest tło społeczno-kulturowe. Detale dot. ubioru, zamkowe wnętrza, klejnoty, kraj, miasta, wsie poza murami, kontrast wielkiego bogactwa i wszechobecnej nędzy, brudu, ubóstwa. To wszystko wplecione w fabułę książki niesamowicie działa na wyobraźnię.
Długo mogłabym pisać o Królewskiej heretyczce, bo jest o czym pisać. Książka jest cudowna, świetnie napisana, całość pochłania już po przeczytaniu kilkunastu pierwszych stron.
Jestem przekonana, iż każdemu przypadnie ona do gustu. Nawet osoby niezbyt lubiące historię zakochają się w Królewskiej heretyczce, a to za sprawą innego podejścia do Elżbiety I.
Zachęcam do lektury i niecierpliwie czekam na kolejną książkę Magdaleny Niedźwiedzkiej.
Królewska heretyczka to nowe spojrzenie na biografię jednej z najsłynniejszych kobiet w historii, Elżbiety I Tudor, córki Henryka VIII i Anny Boleyn.
Na przestrzeni ostatnich lat wydano kilka książek traktujących o życiu i dokonaniach Elżbiety. Miałam wrażenie, iż władczynię omówiono z każdej możliwej strony. Byłam ciekawa, jak do tematy podejdzie polska, nieznana dotąd pisarka.
Nie ukrywam, książkę zaczęłam czytać co prawda z ciekawością, ale i sporą dozą sceptycyzmu. Trudno mi było oczekiwać po lekturze jakiś spektakularnych wrażeń. Dawno tak się nie pomyliłam.
Książka jest wspaniała, cudownie napisana, pełna życia i łączy w sobie przykuwająca uwagę powieść historyczną z obyczajową, psychologiczną. W całość wplecione są praktycznie wszystkie elementy z mniej więcej 15-letniego okresu życia Elżbiety.
Co najbardziej przypadło mi w Królewskiej heretyczce do gustu? Wszystko. Nawet objętość (ponad 900 stron), która początkowo lekko przerażała, okazała się atutem. Dzięki tak dużej ilości storn autorka w pełni pokazała na co ja stać. A stać na wiele.
Przede wszystkim nie poszła w ślady najsłynniejszych autorów, który do tej pory pisali o Królowej Dziewicy. Nie zrobiła ze swojej książki pompatycznego dzieła, nie skupiła się tylko na epoce. Tchnęła zarówno w bohaterkę, jak i całą opowieść ducha współczesności. Nie znaczy to absolutnie, że przeniosła Elżbietę do naszych czasów. Nic z tych rzeczy. Królowa nadal pozostaje w XVI wieku. Jednak postać ta dostała ikry, zachowania, które do tej pory nie występowało w innych powieściach. Elżbieta potrafi zakląć, i to ostro, mniej zwraca uwagę na etykietę, jest bardziej samodzielna, wyemancypowana, kładzie nacisk na relacje Elżbiety z innymi ludźmi. Za sprawą Niedźwiedzkiej stała się bardziej przystępna dla czytelnika.
Co istotne, pisarce udało się idealnie wprost wyważyć pomiędzy wiernym oddaniem historycznych szczegółów, trzymaniem się historycznych źródeł, a dokonaniem pewnych zmian w postępowaniu, obyciu, zachowaniu bohaterki.
Wspaniale i niezwykle drobiazgowo oraz plastycznie nakreślone jest tło społeczno-kulturowe. Detale dot. ubioru, zamkowe wnętrza, klejnoty, kraj, miasta, wsie poza murami, kontrast wielkiego bogactwa i wszechobecnej nędzy, brudu, ubóstwa. To wszystko wplecione w fabułę książki niesamowicie działa na wyobraźnię.
Długo mogłabym pisać o Królewskiej heretyczce, bo jest o czym pisać. Książka jest cudowna, świetnie napisana, całość pochłania już po przeczytaniu kilkunastu pierwszych stron.
Jestem przekonana, iż każdemu przypadnie ona do gustu. Nawet osoby niezbyt lubiące historię zakochają się w Królewskiej heretyczce, a to za sprawą innego podejścia do Elżbiety I.
Zachęcam do lektury i niecierpliwie czekam na kolejną książkę Magdaleny Niedźwiedzkiej.
Rozwiązanie konkursu na komentarze...
To był ostatni miesiąc, w którym organizowałam konkurs.
Dziękuję wszystkim, którzy brali w nim udział.
W sierpniu zwycięzcą jest Aga.
Gratuluję.
Do wyboru masz 6 książek z poniższych. Jeżeli wolisz ebooki daj znać na email anetapzn@gazeta.pl, podeślę dostępne tytuły.
A może wolisz miks kilka książek papierowych i kilka ebooków....
Tak 6 książek :) Po pierwsze za wierne zaglądanie do mnie na bloga, po drugie na koniec wakacji, po trzecie na początek jesieni, po czwarte bo robię czystkę z książkami :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































