Wydawnictwo Szara Godzina, Okładka miękka, 256 s., Moja ocena 4,5/6
Siedzę i myślę, co by wam tutaj napisać o książce Agnieszki. Przede wszystkim nie chcę opisywać treści, nie chcę spojlerować. Nadmienię tylko, iż chodzi o zaginięcie niespełna 30-letniej mieszkanki Piotrkowa Trybunalskiego. I to jest pierwsza kwestia, która bardzo mnie zadziwiła, a jednocześnie przypadła mi do gustu - umieszczenie akcji w Piotrkowie Trybunalskim. Nie żebym pałała jakąś wielką miłością czy antypatią do tego miasta. Bardzo sympatyczne miasto, z ciekawą historią i kilkoma atrakcyjnymi miejscami. Ale pomyślcie, kto umieszcza akcję kryminału w Piotrkowie Tryb.? Kraków, Wrocław, Warszawa, nawet Katowice, ale Piotrków???? I bardzo dobrze, że właśnie to miasto uczyniła autorka scenerią swojego debiutanckiego kryminału. Przyznam wam się, że gdy widzę w opisie kryminału np. Wrocław, powoli mnie mdli.Nie mam nic do tego pięknego miasta, ale sami powiedzcie..ile można.
Małomiasteczkowość, tak przez niektórych wykpiwaną, można przekuć także w atut książki. A i tytułowemu inspektorowi Kresowi może czasami pomóc w prowadzonym dochodzeniu. Jednak nie tylko Piotrków jest scenerią powieści. Inspektora prowadzone dochodzenie zaprowadzi daleko, daleko poza miejskie rogatki.
No właśnie, nasz tytułowy dzielny policjant. Doskonale odmalowany portret męźczyzny koło 50-ki ze wszystkimi frustracjami, które spowodowały głównie niespełnione marzenia z młodości i ich zderzenie z brutalną, szarą codziennością. Kto z nas nie przeżywa takich frustracji? Chyba na pewnym etapie życia każdy. Pewnego dnia budzimy się i okazuje się, że życie nie to, współmałżonek jakby podmieniony (a 15-20 lat temu był/była kimś innym), znienawidzony kandydat na zięcia, trochę głupkowaty współpracownik (protegowany kogoś wysoko postawionego) etc. Ehhh życie:)
Jednak przy tym Kres ma niebywały zapał do pracy. Zrobił na mnie wrażenie..dobermana. Jak już się dorwał do dochodzenia, to nie popuścił (mimo, iż w trakcie prowadzonego śledztwa poniósł kilka porażek). Gdyby tylko wiedział dokąd ono go zaprowadzi i co z niego wyniknie.... A co wyniknie, to już nie zdradzę. Z pewnością będziecie zaintrygowani kilkoma pomysłami Turzynieckiej.
Spodobał mi się także sposób prowadzenia narracji - w pierwszej osobie i narratorem za każdym razem jest ktoś inny. Dzięki temu poznajemy historię jakby od środka, z punktu widzenia zarówno naszego dzielnego policjanta, jak i zaginionej Basi oraz sprawcy całego zła. Pewien niedosyt czuję jeżeli chodzi o narrację tego ostatniego, czyli bandyty, który za całokształtem stoi. Jego przemyślenia odrobinę bym rozszerzyła.
Dalej poprowadziłabym także kilka innych wątków, w tym jeden mający kolosalne znaczenie dla śledztwa oraz wątek prywatny Kresa. To co u pana policjanta dzieje się w domu, ma ogromny wpływ na jego pracę, a co za tym idzie na rozgrywającą się akcję. Dodałabym też trochę charakteru naszemu Kresowi. Mógłby czasami walnąć ręką w stół, a nie tylko wychodzić szybko z domu, żeby nie kłócić się z żoną. Autorka narysowała nam obraz fajnego, bystrego faceta, tylko że brakuje mu odrobiny ikry i zdecydowania w kwestiach domowych. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach Kres się zmieni:) Liczę także na kontynuację wątków, które I tom pozostawia niedokończonymi. Daje to jednak nadzieję na kolejne części przygód Kresa. A z tego co wiem, autorka pracuje nad II tomem.
Wspominałam o różnorodnej narracji oraz o tym, iż za zwyczajnym z pozoru zniknięciem młodej kobiety kryje się coś więcej. Tak zastosowane zabiegi do złudzenia przypominają skandynawskie kryminały. I bardzo dobrze z tym, że dodałabym do całości odrobinę...skandynawskiego mroku. Czytelnicy kryminałów wiedzą zapewne o co mi chodzi.
Generalnie jest to dobra książka, niezły kryminał mimo kilku w/w drobiazgów. Trudno uwierzyć, iż jest to powieściowy debiut Agnieszki Turzynieckiej. Jestem przekonana, że kolejne części przygód inspektora Kresa będą coraz lepsze. Autorka ma spory potencjał, a nikt od razu nie pisze jak Agatha Christie. Pierwsze koty za płoty:)
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy kryminały
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytanie miejskie
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy polskie kryminały
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo szara godzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo szara godzina. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 listopada 2013
wtorek, 25 czerwca 2013
Król Tyru - Tomasz Białkowski + wynik konkursu
Wydawnictwo Szara Godzina, Okładka, 240 s., Moja ocena 5/6
Dzisiejsza chandra mi służy, skończyłam książkę czytać.
Smutno mi, na prawdę mi smutno. To już ostatni (wg. autora) tom przygód Pawła Werensa. Mam nadzieję, że Tomasz Białkowski zmieni zdanie. Bo ja na ostatni tom nie wyrażam zgody. Polubiłam bystrego dziennikarza, bo lubię ludzi zaradnych, inteligentnych i dostrzegających co w życiu jest istotne.
Ale po kolei.
I tom, Drzewo morwowe, recenzowałam tutaj.
II tom, Kłamcę, recenzowałam tutaj.
Bohaterem całej trylogii jest dziennikarz Paweł Werens. Na początku przyznam, nie wzbudzał mojej sympatii, ot taki pseudo dziennikarski celebryta używający życia ile wlezie, ze schizami z przeszłości. Rozumiałam, że życie go nie rozpieszczało i miałam nadzieję, że z biegiem czasu Paweł zmieni się. I tak się stało. Zmiany następują już w II tomie. W kolejnej części (Król Tyru), to zupełnie inny człowiek. Jego życie zatacza koło. Paweł wraca do rodzinnego miasta, podejmuje się niezwykle trudnej opieki nad cierpiącym na Alzheimera ojcem, odcina się od wcześniejszego życia. Nie zdaje sobie sprawy, że życie ma wobec niego zupełnie inne plany. Jego drogi krzyżują się z parą bohaterów, których poznaliśmy w Kłamcy.
Adam Dera, sprytny i dociekliwy policjant zostaje zdegradowany i wysłany na swoistą banicję na Mazury. Myśląc, że będzie to okres spokojnej służby połączony z dużą ilością wolnego czasu na wędkowanie, Dera nie wiedział jak bardzo się myli.
Piękna i inteligentna doktor Lena Lipska znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie. Ujawni nam także swoja wielką, skrywaną tajemnicę, która jest ogromnym dramatem jej życia.
Cała trójka spotyka się ponownie. Tym co ich połączy będą spalone zwłoki, które zostaną odnalezione w zamurowanej piramidzie oraz kilkoro psychopatów (w męskim i żeńskim wydaniu, a jak, mamy w końcu równouprawnienie), których będą ścigać nasi bohaterowie (przez nich też będą ścigani, nie ma taryfy ulgowej).
Król Tyru aż kipi od dynamicznej akcji. Co prawda w oczy bije schemat ala Dan Brown, ale mnie to zupełnie nie przeszkadza. Jeżeli schemat się sprawdza, to dlaczego z niego nie korzystać? Konia z rzędem temu, kto jest w stanie wymyślić w zakresie kryminałów coś nowatorskiego.
Tomasz Białkowski z każdym rozdziałem podkręca tempo akcji, mnoży tajemnice, a gdy myślimy, że wiemy jakie jest rozwiązanie, szybko okazuje się, że jesteśmy w wielkim błędzie.
Zakończenie podzieliłabym na dwie części - jedna dot. pewnej hmm niezbyt zrównoważonej psychicznie kobiety, a druga pewnego okrutnego drania i jego kilkuletniej córeczki. Jeżeli chodzi o kwestię Cecylii G. zakończenie jest takie jakie powinno być. Jeżeli zaś chodzi o pewnego czarującego z pozoru psychopatę nie podoba mi się takie zakończenie, nie zgadzam się na nie, zło nie może zwyciężać. Jednocześnie liczę, że zostawiając tę kwestię w pewien sposób otwartą (jak i kilka innych), Tomasz Białkowski w niedługim czasie powróci do opowieści o przygodach Pawła Werensa.
Zachęcam do lektury wszystkich trzech tomów. Werensowa trylogia to doskonała lektura na wakacje, ale nie tylko.
Blog autora znajdziecie tutaj.
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy polskie kryminały
Dzisiejsza chandra mi służy, skończyłam książkę czytać.
Smutno mi, na prawdę mi smutno. To już ostatni (wg. autora) tom przygód Pawła Werensa. Mam nadzieję, że Tomasz Białkowski zmieni zdanie. Bo ja na ostatni tom nie wyrażam zgody. Polubiłam bystrego dziennikarza, bo lubię ludzi zaradnych, inteligentnych i dostrzegających co w życiu jest istotne.
Ale po kolei.
I tom, Drzewo morwowe, recenzowałam tutaj.
II tom, Kłamcę, recenzowałam tutaj.
Bohaterem całej trylogii jest dziennikarz Paweł Werens. Na początku przyznam, nie wzbudzał mojej sympatii, ot taki pseudo dziennikarski celebryta używający życia ile wlezie, ze schizami z przeszłości. Rozumiałam, że życie go nie rozpieszczało i miałam nadzieję, że z biegiem czasu Paweł zmieni się. I tak się stało. Zmiany następują już w II tomie. W kolejnej części (Król Tyru), to zupełnie inny człowiek. Jego życie zatacza koło. Paweł wraca do rodzinnego miasta, podejmuje się niezwykle trudnej opieki nad cierpiącym na Alzheimera ojcem, odcina się od wcześniejszego życia. Nie zdaje sobie sprawy, że życie ma wobec niego zupełnie inne plany. Jego drogi krzyżują się z parą bohaterów, których poznaliśmy w Kłamcy.
Adam Dera, sprytny i dociekliwy policjant zostaje zdegradowany i wysłany na swoistą banicję na Mazury. Myśląc, że będzie to okres spokojnej służby połączony z dużą ilością wolnego czasu na wędkowanie, Dera nie wiedział jak bardzo się myli.
Piękna i inteligentna doktor Lena Lipska znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie. Ujawni nam także swoja wielką, skrywaną tajemnicę, która jest ogromnym dramatem jej życia.
Cała trójka spotyka się ponownie. Tym co ich połączy będą spalone zwłoki, które zostaną odnalezione w zamurowanej piramidzie oraz kilkoro psychopatów (w męskim i żeńskim wydaniu, a jak, mamy w końcu równouprawnienie), których będą ścigać nasi bohaterowie (przez nich też będą ścigani, nie ma taryfy ulgowej).
Król Tyru aż kipi od dynamicznej akcji. Co prawda w oczy bije schemat ala Dan Brown, ale mnie to zupełnie nie przeszkadza. Jeżeli schemat się sprawdza, to dlaczego z niego nie korzystać? Konia z rzędem temu, kto jest w stanie wymyślić w zakresie kryminałów coś nowatorskiego.
Tomasz Białkowski z każdym rozdziałem podkręca tempo akcji, mnoży tajemnice, a gdy myślimy, że wiemy jakie jest rozwiązanie, szybko okazuje się, że jesteśmy w wielkim błędzie.
Zakończenie podzieliłabym na dwie części - jedna dot. pewnej hmm niezbyt zrównoważonej psychicznie kobiety, a druga pewnego okrutnego drania i jego kilkuletniej córeczki. Jeżeli chodzi o kwestię Cecylii G. zakończenie jest takie jakie powinno być. Jeżeli zaś chodzi o pewnego czarującego z pozoru psychopatę nie podoba mi się takie zakończenie, nie zgadzam się na nie, zło nie może zwyciężać. Jednocześnie liczę, że zostawiając tę kwestię w pewien sposób otwartą (jak i kilka innych), Tomasz Białkowski w niedługim czasie powróci do opowieści o przygodach Pawła Werensa.
Zachęcam do lektury wszystkich trzech tomów. Werensowa trylogia to doskonała lektura na wakacje, ale nie tylko.
Blog autora znajdziecie tutaj.
- W niedzielę zakończył się konkurs, w którym można było wygrać Króla Tyru z autografem autora. Książkę otrzymuje kwiatusia1. Proszę o podanie adresu do wysyłki na email: anetapzn@gazeta.pl
- Poprawne odpowiedzi to:
1. Jak nazywa się pies, który pojawił się w pierwszej części i towarzyszy Werensowi przez wszystkie jego śledztwa? Kort
2. Gdzie znajduje się grobowiec rodu Fahrenheitów, w którym znaleziono martwe ciało bez głowy? W Rapach.
3. Kto jest autorem książki "Krwawa setka", która stanowi zbiór najważniejszych kryminałów w historii gatunku? Mariusz Czubaj, Wojciech Józef Burszta
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy polskie kryminały
środa, 29 maja 2013
Nieczynne do odwołania - I. Chodorek, P. Chodorek, A. Trojanowska
Wydawnictwo Szara Godzina, Okładka miękka, 320 s., Moja ocena 4,5/6
Nerwy mnie jeszcze trzymają przez tą akcję, o której wczoraj wam wspominałam, więc spać nie mogę. Jakie jest na to najlepsze lekarstwo? Lektura:).
Nieczynne do odwołania w roli poprawiacza nastroju sprawdziło się wyśmienicie. Jest to przesympatyczna, pełna ciepła i humoru opowieść. Polecam każdemu zwierzolubnemu i nie tylko.
Trójka autorów opowiada nam historię dwojga braci (Wojtka, który właśnie ukończył weterynarię i jego nastoletniego brata Mikołaja). Wojtek po skończeniu studiów ma swoje plany, pragnie wyjechać za granicę, iść własną drogą. Niestety, los bywa przewrotny i okrutny. Pewnego dnia bracia dowiadują się, że ich rodzice wracając z urlopu, zginęli w wypadku samochodowym. Dla Wojtka i Mikołaja jest to szok. Razem próbują dać sobie radę z tragedią. Ale podtrzymywanie siebie nawzajem na duchu to nie wszystko, pozostaje jeszcze kwestia, z czego się utrzymać. Jedyne rozwiązanie, jakie automatycznie się nasuwa, to reaktywacja prowadzonej przed wypadkiem przez rodziców przychodni weterynaryjnej. Początkowo Wojtek nie chce o tym słyszeć (przecież miał zupełnie inne plany, a poza tym nie ma wprawy w leczeniu zwierząt), ale sami pacjenci i ich opiekunowie niejako wymuszają na nim podjęcie decyzji. Czy poradnia zostanie uruchomiona? Czy Wojtek sprawdzi się w roli lekarza? Jak bracia poradzą sobie w nowej sytuacji?
Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedź w książce.
Książkę czyta się lekko, łatwo i z uśmiechem na ustach. Jednak nie spodziewajcie się, że Nieczynne do dowołania, to jakieś niewiele znaczące czytadło. O nie. Mimo pozornie lekkiej treści, autorzy poruszają wiele istotnych tematów i wielokrotnie zmuszają do przemyśleń.
Snują przede wszystkim doskonałą opowieść o życiu, które w mgnieniu oka potrafi się zmienić o 180 stopni i o tym, jak przewrotny potrafi być los. Jesteśmy także świadkami podejmowania trudnych i jeszcze trudniejszych decyzji przez młodego lekarza weterynarii, jakim jest Wojtek. Poznajemy jego pierwszych pacjentów, diagnozy, towarzyszymy pierwszej operacji. Autorom w tym miejscu należą się ogromne brawa za doskonałe ukazanie świata lecznicy weterynaryjnej od środka.
Nieczynne do odwołania, to świetna książka na lato, na dłuższy weekend, opowiadająca o przyjażni i różnych barwach życia oraz miłości z rodzinną tajemnicą w tle.
Gorąco zachęcam do lektury.
Nerwy mnie jeszcze trzymają przez tą akcję, o której wczoraj wam wspominałam, więc spać nie mogę. Jakie jest na to najlepsze lekarstwo? Lektura:).
Nieczynne do odwołania w roli poprawiacza nastroju sprawdziło się wyśmienicie. Jest to przesympatyczna, pełna ciepła i humoru opowieść. Polecam każdemu zwierzolubnemu i nie tylko.
Trójka autorów opowiada nam historię dwojga braci (Wojtka, który właśnie ukończył weterynarię i jego nastoletniego brata Mikołaja). Wojtek po skończeniu studiów ma swoje plany, pragnie wyjechać za granicę, iść własną drogą. Niestety, los bywa przewrotny i okrutny. Pewnego dnia bracia dowiadują się, że ich rodzice wracając z urlopu, zginęli w wypadku samochodowym. Dla Wojtka i Mikołaja jest to szok. Razem próbują dać sobie radę z tragedią. Ale podtrzymywanie siebie nawzajem na duchu to nie wszystko, pozostaje jeszcze kwestia, z czego się utrzymać. Jedyne rozwiązanie, jakie automatycznie się nasuwa, to reaktywacja prowadzonej przed wypadkiem przez rodziców przychodni weterynaryjnej. Początkowo Wojtek nie chce o tym słyszeć (przecież miał zupełnie inne plany, a poza tym nie ma wprawy w leczeniu zwierząt), ale sami pacjenci i ich opiekunowie niejako wymuszają na nim podjęcie decyzji. Czy poradnia zostanie uruchomiona? Czy Wojtek sprawdzi się w roli lekarza? Jak bracia poradzą sobie w nowej sytuacji?
Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedź w książce.
Książkę czyta się lekko, łatwo i z uśmiechem na ustach. Jednak nie spodziewajcie się, że Nieczynne do dowołania, to jakieś niewiele znaczące czytadło. O nie. Mimo pozornie lekkiej treści, autorzy poruszają wiele istotnych tematów i wielokrotnie zmuszają do przemyśleń.
Snują przede wszystkim doskonałą opowieść o życiu, które w mgnieniu oka potrafi się zmienić o 180 stopni i o tym, jak przewrotny potrafi być los. Jesteśmy także świadkami podejmowania trudnych i jeszcze trudniejszych decyzji przez młodego lekarza weterynarii, jakim jest Wojtek. Poznajemy jego pierwszych pacjentów, diagnozy, towarzyszymy pierwszej operacji. Autorom w tym miejscu należą się ogromne brawa za doskonałe ukazanie świata lecznicy weterynaryjnej od środka.
Nieczynne do odwołania, to świetna książka na lato, na dłuższy weekend, opowiadająca o przyjażni i różnych barwach życia oraz miłości z rodzinną tajemnicą w tle.
Gorąco zachęcam do lektury.
wtorek, 15 stycznia 2013
Kłamca - Tomasz Białkowski
Wydawnictwo Szara Godzina, Okładka miękka, 256 s., Moja ocena 5/6
Kłamca to kontynuacja Drzewa morwowego, książki którą recenzowałam tutaj.
Ponownie spotykamy dziennikarza Pawła Werensa. W Drzewie morwowym zarzucałam bohaterowi, że jest jakiś taki...nieogarnięty w sobie:). Z wielką radością donoszę, że w II części trylogii ogarnął się i to bardzo, mimo iż spadają na niego ogromne ciosy - urywa mu się kontakt z ojcem, z którym w końcu znalazł po latach wspólny język; stryj Mariusz wraz z żoną zostają zamordowani w wyjątkowo brutalny i z pozoru bezsensowny sposób, a życie zawodowe mimo sławy, jaką zdobył po rozwiązaniu sprawy opisanej w Drzewie morwowym także wisi na włosku.
Życie prywatne i uczuciowe dziennikarza...w zasadzie nie istnieje. A na dodatek spadają na niego kolejne ciosy, pojawiają się trupy, które zdają się być ściśle powiązane ze śmiercią Mariusza Werensa - w wyjątkowo okrutny, a jednocześnie wyrafinowany sposób giną: znany warszawski adwokat oraz kustosz muzeum Czartoryskich w Krakowie.
Paweł rozpoczyna śledztwo nie mając jednak pojęcia, jak daleko go ono zaprowadzi i jak bardzo niebezpieczne będą to poszukiwania. Towarzyszą mu o tyleż piękna, co mądra pani doktor Lena oraz wyjątkowo bystry i nieznoszący służb specjalnych policjant podkomisarz Adam Dera.
Cała trójka toczy kolejną rozgrywkę z mającymi niezłego świra Kainitam.
Jaki związek współczesne morderstwa mają z 1945r., gdy pewnego dnia w opuszczonym pałacu, żołnierze znależli małego, zapłakanego chłopca? Gwarantuję, że rozwiązanie zagadki bardzo was zaskoczy.
Akcja powieści toczy się błyskawicznie. Trzeba przyznać autorowi, że w budowaniu napięcia i zaskakujących zwrotów akcji jest doskonały. Bardzo podobało mi się umieszczenie korzeni całej intrygi w przeszłości. Trochę trąci to Danem Brownem, ale tylko troszeczkę, a jak się to czyta...
Owszem, można zarzucać autorowi, że Kłamca wszedł w pewne schematy, jest mało nowatorski (spotkałam się z taką opinią). Ale skoro te schematy sprawdziły się w przypadku I tomu trylogii, oraz od lat sprawdzają się także u innych autorów, to dlaczego z nich zrezygnować?
Nic nie zmieni faktu, że jest to po prostu dobry, wciągający kryminał i to do tego nasz polski.,
Plusem (o którym wspominałam przy okazji recenzji Drzewa morwowego) jest talent autora do bardzo umiejętnego budowania atmosfery narastającego zła oraz wplatania w akcję motywów biblijnych.
Kłamcę czyta się doskonale, a im bliżej końca książki i finału, tym trudniej się oderwać od lektury.
Książka jak już wspomniałam, jest kontynuacją Drzewa morwowego, ale jest to także zupełnie samodzielna historia. Jeżeli nie czytaliście I części trylogii, bez obaw możecie zacząć lekturę Kłamcy, tym bardziej, iż w I rozdziale autor przybliża w skrótowy sposób fabułę I tomu.
Bardzo podobało mi się zakończenie, a przy ostatniej scenie szeroko się uśmiechnęłam. Dlaczego? Tego już nie zdradzę.
Trudno napisać coś więcej nie zdradzając zbyt dużo z fabuły obu części trylogii. Mogę was tylko zachęcić do lektury i liczyć, że III tom Król Tyru będzie jeszcze lepszy niż Kłamca.
Kłamca to kontynuacja Drzewa morwowego, książki którą recenzowałam tutaj.
Ponownie spotykamy dziennikarza Pawła Werensa. W Drzewie morwowym zarzucałam bohaterowi, że jest jakiś taki...nieogarnięty w sobie:). Z wielką radością donoszę, że w II części trylogii ogarnął się i to bardzo, mimo iż spadają na niego ogromne ciosy - urywa mu się kontakt z ojcem, z którym w końcu znalazł po latach wspólny język; stryj Mariusz wraz z żoną zostają zamordowani w wyjątkowo brutalny i z pozoru bezsensowny sposób, a życie zawodowe mimo sławy, jaką zdobył po rozwiązaniu sprawy opisanej w Drzewie morwowym także wisi na włosku.
Życie prywatne i uczuciowe dziennikarza...w zasadzie nie istnieje. A na dodatek spadają na niego kolejne ciosy, pojawiają się trupy, które zdają się być ściśle powiązane ze śmiercią Mariusza Werensa - w wyjątkowo okrutny, a jednocześnie wyrafinowany sposób giną: znany warszawski adwokat oraz kustosz muzeum Czartoryskich w Krakowie.
Paweł rozpoczyna śledztwo nie mając jednak pojęcia, jak daleko go ono zaprowadzi i jak bardzo niebezpieczne będą to poszukiwania. Towarzyszą mu o tyleż piękna, co mądra pani doktor Lena oraz wyjątkowo bystry i nieznoszący służb specjalnych policjant podkomisarz Adam Dera.
Cała trójka toczy kolejną rozgrywkę z mającymi niezłego świra Kainitam.
Jaki związek współczesne morderstwa mają z 1945r., gdy pewnego dnia w opuszczonym pałacu, żołnierze znależli małego, zapłakanego chłopca? Gwarantuję, że rozwiązanie zagadki bardzo was zaskoczy.
Akcja powieści toczy się błyskawicznie. Trzeba przyznać autorowi, że w budowaniu napięcia i zaskakujących zwrotów akcji jest doskonały. Bardzo podobało mi się umieszczenie korzeni całej intrygi w przeszłości. Trochę trąci to Danem Brownem, ale tylko troszeczkę, a jak się to czyta...
Owszem, można zarzucać autorowi, że Kłamca wszedł w pewne schematy, jest mało nowatorski (spotkałam się z taką opinią). Ale skoro te schematy sprawdziły się w przypadku I tomu trylogii, oraz od lat sprawdzają się także u innych autorów, to dlaczego z nich zrezygnować?
Nic nie zmieni faktu, że jest to po prostu dobry, wciągający kryminał i to do tego nasz polski.,
Plusem (o którym wspominałam przy okazji recenzji Drzewa morwowego) jest talent autora do bardzo umiejętnego budowania atmosfery narastającego zła oraz wplatania w akcję motywów biblijnych.
Kłamcę czyta się doskonale, a im bliżej końca książki i finału, tym trudniej się oderwać od lektury.
Książka jak już wspomniałam, jest kontynuacją Drzewa morwowego, ale jest to także zupełnie samodzielna historia. Jeżeli nie czytaliście I części trylogii, bez obaw możecie zacząć lekturę Kłamcy, tym bardziej, iż w I rozdziale autor przybliża w skrótowy sposób fabułę I tomu.
Bardzo podobało mi się zakończenie, a przy ostatniej scenie szeroko się uśmiechnęłam. Dlaczego? Tego już nie zdradzę.
Trudno napisać coś więcej nie zdradzając zbyt dużo z fabuły obu części trylogii. Mogę was tylko zachęcić do lektury i liczyć, że III tom Król Tyru będzie jeszcze lepszy niż Kłamca.
środa, 12 grudnia 2012
Spiżowy łabędź - Kaari Utrio
Wydawnictwo Szara Godzina, Okładka miękka, 544 s., Moja ocena 5,5/6
Spiżowego łabędzia zaczęłam czytać w poniedziałek rano i mimo sporej objętości, skończyłam dzisiaj rano, wniosek z tego, że książka niesamowicie wciąga i czyta się ją błyskawicznie. Miałam co prawda na początku trochę trudności z przyswojeniem nazewnictwa, mitologii fińskiej, tych trudnych skądinąd imion, ale po kilkunastu stronach wniknęłam w świat fińskiego średniowiecza i lektura okazała się niesamowita przygodą.
Ale po kolei.
Spiżowy łabędź to niezwykle barwna opowieść, której akcja rozgrywa się w mrokach średniowiecza. Sami musicie przyznać, że XI w., okres rodzącej, kształtującej się dopiero Europy, rozprzestrzenianie chrześcijaństwa, walka z zabobonami i pogaństwem, zamki, czary, magia to niezwykle barwne tło dla opowieści. Taki klimat historyczny to także szansa dla stworzenia na prawdę fascynującej książki, co Kaari Utrio udało się doskonale.
Główną bohaterką jest niezwykła, obdarzona magiczną mocą Terhen, która już od dzieciństwa musiała walczyć o bezpieczeństwo i prawdziwą miłość. Akcja opowieści rozpoczyna się dosłownie moment przed narodzinami Terhen. Ponieważ jest dziewczynką, teściowa wzywa miejscowego guru, którym jest czarnoksiężnik, żeby zdecydował, czy dziewczynkę zostawić w rodzinnym domostwie, czy porzucić.
Tak więc już od narodzin nad Terhen ciąży złe fatum, złe w postaci ludzi i życia, a dobre w postaci mocy, którą posiada. Okres, w którym żyje dziewczynka jest czasem gdy stare, czyli pogańskie ściera się z nowym, czyli chrześcijańskim. Oba te światy przenikają się w życiu zwykłych ludzi, które genialnie zobrazowała Kaari Utrio, ścierają się także w duszy Terhen, która raz jest pogańską szamanką, a raz chrześcijanką.Terhen żeby pogłębić swoje wrodzone zdolności pobiera nauki u szamana, dzięki nim potrafi zmieniać zjawiska atmosferyczne czy przenosić się do krainy zmarłych. Takie zdolności są darem, ale niosą ze sobą także wiele problemów.
Od najmłodszych lat Terhen towarzyszy wiernie Eryk. Z czasem przyjaźń zamienia się w głębokie uczucie, które nie jest jednak uczuciem łatwym i prostym. Podobnie, jak nie jest prostym całe życie w XI - wiecznej Europie, które wspaniale odmalowała Utrio. Za to należy się jej ogromny plus. Opisy są tak plastyczne i pełne szczegółów, że miałam wrażenie przebywania w tym świecie.
Kolejną zaletą powieści są bardzo ciekawi bohaterowie, co ciekawe w książce brak postaci mdłych, nijakich, wszyscy są albo dobrzy, albo żli, możemy niektórych z nich nie lubić, ale wobec żadnego z bohaterów na pewno nie pozostaniemy obojętni.
Cenne jest także doskonale odmalowane tło zarówno historyczne, jaki i społeczne i polityczne. Dzięki perypetiom, jakie spotykają Terhen śledzimy zmiany, jakie w ówczesnym świecie zachodziły nie tylko na terenie Skandynawii, ale także w pozostałej części świata, m.in. na Rusi, w Bizancjum. Poznajemy także nastroje, jakie panują na Zachodzie w związku z tworzeniem się zalążków przyszłych wypraw krzyżowych.
Niezwykle ciekawie opisane są zmiany zachodzące w samej Terhen i szukanie przez nią własnego miejsca na świecie. Nie chcę opisywać przygód Terhen, ale w trakcie lektury przekonacie się, jak trudne było życie w średniowiecznej Europie (szczególnie dla niezwykłej kobiety) i jak dziwne potrafią być koleje ludzkiego losu.
Wymieniam same plusy, a minusy zapytacie?! Otóż brak ich, ta książka ich po prostu nie posiada.
No może małym minusem jest fakt, że na kolejne dwa tomy przygód Terhen będzie trzeba jeszcze trochę poczekać.
W trakcie lektury Spiżowego łabędzia nieodparcie nasuwało mi się porównanie z Krystyną córką Lavransa, niezwykle podobne do siebie książki, zarówno jeżeli chodzi o styl, drobiazgowość opowieści i skandynawskie mroczne klimaty przeszłych wieków.
Kaari Utrio jest niezwykle popularną pisarką, autorką ponad 70 powieści. Mam nadzieję, że wydawnictwo pokusi się o zaprezentowanie nam także pozostałych jej książek.
Spiżowego łabędzia zaczęłam czytać w poniedziałek rano i mimo sporej objętości, skończyłam dzisiaj rano, wniosek z tego, że książka niesamowicie wciąga i czyta się ją błyskawicznie. Miałam co prawda na początku trochę trudności z przyswojeniem nazewnictwa, mitologii fińskiej, tych trudnych skądinąd imion, ale po kilkunastu stronach wniknęłam w świat fińskiego średniowiecza i lektura okazała się niesamowita przygodą.
Ale po kolei.
Spiżowy łabędź to niezwykle barwna opowieść, której akcja rozgrywa się w mrokach średniowiecza. Sami musicie przyznać, że XI w., okres rodzącej, kształtującej się dopiero Europy, rozprzestrzenianie chrześcijaństwa, walka z zabobonami i pogaństwem, zamki, czary, magia to niezwykle barwne tło dla opowieści. Taki klimat historyczny to także szansa dla stworzenia na prawdę fascynującej książki, co Kaari Utrio udało się doskonale.
Główną bohaterką jest niezwykła, obdarzona magiczną mocą Terhen, która już od dzieciństwa musiała walczyć o bezpieczeństwo i prawdziwą miłość. Akcja opowieści rozpoczyna się dosłownie moment przed narodzinami Terhen. Ponieważ jest dziewczynką, teściowa wzywa miejscowego guru, którym jest czarnoksiężnik, żeby zdecydował, czy dziewczynkę zostawić w rodzinnym domostwie, czy porzucić.
Tak więc już od narodzin nad Terhen ciąży złe fatum, złe w postaci ludzi i życia, a dobre w postaci mocy, którą posiada. Okres, w którym żyje dziewczynka jest czasem gdy stare, czyli pogańskie ściera się z nowym, czyli chrześcijańskim. Oba te światy przenikają się w życiu zwykłych ludzi, które genialnie zobrazowała Kaari Utrio, ścierają się także w duszy Terhen, która raz jest pogańską szamanką, a raz chrześcijanką.Terhen żeby pogłębić swoje wrodzone zdolności pobiera nauki u szamana, dzięki nim potrafi zmieniać zjawiska atmosferyczne czy przenosić się do krainy zmarłych. Takie zdolności są darem, ale niosą ze sobą także wiele problemów.
Od najmłodszych lat Terhen towarzyszy wiernie Eryk. Z czasem przyjaźń zamienia się w głębokie uczucie, które nie jest jednak uczuciem łatwym i prostym. Podobnie, jak nie jest prostym całe życie w XI - wiecznej Europie, które wspaniale odmalowała Utrio. Za to należy się jej ogromny plus. Opisy są tak plastyczne i pełne szczegółów, że miałam wrażenie przebywania w tym świecie.
Kolejną zaletą powieści są bardzo ciekawi bohaterowie, co ciekawe w książce brak postaci mdłych, nijakich, wszyscy są albo dobrzy, albo żli, możemy niektórych z nich nie lubić, ale wobec żadnego z bohaterów na pewno nie pozostaniemy obojętni.
Cenne jest także doskonale odmalowane tło zarówno historyczne, jaki i społeczne i polityczne. Dzięki perypetiom, jakie spotykają Terhen śledzimy zmiany, jakie w ówczesnym świecie zachodziły nie tylko na terenie Skandynawii, ale także w pozostałej części świata, m.in. na Rusi, w Bizancjum. Poznajemy także nastroje, jakie panują na Zachodzie w związku z tworzeniem się zalążków przyszłych wypraw krzyżowych.
Niezwykle ciekawie opisane są zmiany zachodzące w samej Terhen i szukanie przez nią własnego miejsca na świecie. Nie chcę opisywać przygód Terhen, ale w trakcie lektury przekonacie się, jak trudne było życie w średniowiecznej Europie (szczególnie dla niezwykłej kobiety) i jak dziwne potrafią być koleje ludzkiego losu.
Wymieniam same plusy, a minusy zapytacie?! Otóż brak ich, ta książka ich po prostu nie posiada.
No może małym minusem jest fakt, że na kolejne dwa tomy przygód Terhen będzie trzeba jeszcze trochę poczekać.
W trakcie lektury Spiżowego łabędzia nieodparcie nasuwało mi się porównanie z Krystyną córką Lavransa, niezwykle podobne do siebie książki, zarówno jeżeli chodzi o styl, drobiazgowość opowieści i skandynawskie mroczne klimaty przeszłych wieków.
Kaari Utrio jest niezwykle popularną pisarką, autorką ponad 70 powieści. Mam nadzieję, że wydawnictwo pokusi się o zaprezentowanie nam także pozostałych jej książek.
niedziela, 28 października 2012
Drzewo morwowe- Tomasz Białkowski
Wydawnictwo Szara Godzina, Okładka miękka, 304 s., Moja ocena 5-/6
To moje pierwsze zetknięcie z twórczością Tomasza Białkowskiego, ale bardzo obiecujące. Agatą Christie autor jeszcze nie jest, ale ma ogromny potencjał, potrafi zaskakiwać i trzymać w napięciu.
Akcja książki rozpoczyna się w Olsztynie w 2004r. Do miasta przyjeżdża młody warszawski dziennikarz, Paweł Werens. Ma przeprowadzić śledztwo dziennikarskie w sprawie serii makabrycznych, acz jeszcze nie wyjaśnionych morderstw, których ofiarami są starsi mężczyźni. Każdy z nich ginie w zadziwiających, wręcz absurdalnych okolicznościach, a w ustach ofiar zostają znalezione motyle, jak się z biegiem czasu okaże – jedwabniki morwowe.
W tym momencie rozpoczynają się równoległe wątki – zabójstw oraz wręcz traumatycznego powrotu do korzeni Werensa. Olsztyn jest jego miastem rodzinnym, z którego w bardzo nieciekawych okolicznościach wyjechał kilka lat wcześniej. Powrót w rodzinne strony jest dla niego swoistą drogą przez mękę (taką psychiczną, jak i fizyczną, bo Werens mimo, iż mężczyzna niegłupi, zaradny to wplątuje się co i rusz w jakieś dziwne koszałki opałki). Na początku denerwował mnie niesamowicie, ot taki z lekka niedorobiony mi się wydawał, ale gdy z biegiem czasu (a właściwie lektury) poznawałam powody takiego, a nie innego jego zachowania, zaczynałam go coraz lepiej rozumieć, akceptować, a nawet polubiłam. Trochę przeszkadzała mi jego nad aktywność seksualna, no ale cóż....
Dziennikarz z wielką niechęcią przyjeżdża do rodzinnego Olsztyna, zamiast u ojca zatrzymuje się u wuja, byłego księdza, który niespodziewanie bardzo pomoże mu w prowadzonym śledztwie. Sięgną razem w głąb historii PRL-u, do Biblii i do różnych miejsc, o których istnieniu sami nie wiedzieli.Trochę dużo w książce jest odniesień religijnych, biblijnych, ale można się przyzwyczaić, tym bardziej, że ma to swoje uzasadnienie w treści.
Ogromny plus należy się autorowi za świetną moim zdaniem, sylwetkę wuja, byłego księdza. Bardzo ciekawie odmalowana postać i bardzo pomocna w śledztwie, bowiem do kilku ważnych wniosków dojdzie Paweł Werens tylko dzięki pomocy wuja.
Plusem jest także bardzo umiejętnie budowana atmosfera narastającego zła, które korzenie ma hen hen.
Jaki jednak związek mają współczesne brutalne morderstwa z męczeńską śmiercią pierwszych chrześcijan? Czy dziennikarskie śledztwo prowadzone przez Werensa pozwoli na rozwiązanie zagadki i powstrzymanie przestępcy przed ukończeniem szaleńczego planu, czy też zadziała jak katalizator, pociągając za sobą kolejne ofiary? I co oznaczają motyle znalezione w ustach zabitych?
Mamy w książce aż 3 wątki: prywatny połączony ze wszelkimi możliwymi schizami i przeszłością rodziny Werensów, kryminalno-historyczny związany z przeszłością ofiar zadziwiającego mordercy i współczesno-kryminalno-sadystyczny związany z morderstwami. I wszystkie te wątki są klarownie i konsekwentnie prowadzone i trzymane dosyć silną ręką autora, żaden wątek nie staje się ważniejszy niż inne, żaden się nie plącze, ale jest jedno ale...mam po lekturze takie wrażenia, jakby czegoś na końcu brakowało książce. W związku z tym cieszę się, że autor pociągnie wątek dalej. Drzewo morwowe to zapowiedź cyklu trzyczęściowego.
13 listopada ma mieć premierę część druga, czyli Kłamca. To już informacja potwierdzona. Trzecia zaś będzie nosiła tytuł Król Tyru.
Jak pisze autor na swoim blogu, W Kłamcy znany, ale i kontrowersyjny warszawski dziennikarz Paweł Werens musi stawić czoła zbrodniom, które dotykają go bezpośrednio, ofiarami są bowiem jego najbliżsi. W spektakularny sposób zostaje zamordowany jego stryj Mariusz Werens wraz z żoną. Na plecach starszego mężczyzny oprawca zostawia tajemnicze słowo: szadrak. Niebawem giną kolejne osoby. Rozpoczyna się śledztwo, które ujawnia zaskakujące fakty z przeszłości. Dotyczą one tajemniczych wydarzeń z ostatnich dni drugiej wojny światowej na Dolnym Śląsku. Mnożą się pytania, a czasu jest coraz mniej… Czy za wszystkim stoi dawny, śmiertelny wróg? Czy uda się rozwikłać misterną i skomplikowaną intrygę, zanim morderca ponownie zaatakuje?
Jestem niezwykle ciekawa II części tryptyku werensowego:). Mam nadzieję, że pan dziennikarz trochę się w sobie ogarnie (o takie wewnętrzne ogarnięcie mi chodzi). Jeżeli chodzi o sferę kryminalną, to Drzewem morwowym ustawił sobie autor niezwykle wysoko poprzeczkę, ciekawe, jak będzie w II części.
A tutaj moja recenzja na blogu autora:).
To moje pierwsze zetknięcie z twórczością Tomasza Białkowskiego, ale bardzo obiecujące. Agatą Christie autor jeszcze nie jest, ale ma ogromny potencjał, potrafi zaskakiwać i trzymać w napięciu.
Akcja książki rozpoczyna się w Olsztynie w 2004r. Do miasta przyjeżdża młody warszawski dziennikarz, Paweł Werens. Ma przeprowadzić śledztwo dziennikarskie w sprawie serii makabrycznych, acz jeszcze nie wyjaśnionych morderstw, których ofiarami są starsi mężczyźni. Każdy z nich ginie w zadziwiających, wręcz absurdalnych okolicznościach, a w ustach ofiar zostają znalezione motyle, jak się z biegiem czasu okaże – jedwabniki morwowe.
W tym momencie rozpoczynają się równoległe wątki – zabójstw oraz wręcz traumatycznego powrotu do korzeni Werensa. Olsztyn jest jego miastem rodzinnym, z którego w bardzo nieciekawych okolicznościach wyjechał kilka lat wcześniej. Powrót w rodzinne strony jest dla niego swoistą drogą przez mękę (taką psychiczną, jak i fizyczną, bo Werens mimo, iż mężczyzna niegłupi, zaradny to wplątuje się co i rusz w jakieś dziwne koszałki opałki). Na początku denerwował mnie niesamowicie, ot taki z lekka niedorobiony mi się wydawał, ale gdy z biegiem czasu (a właściwie lektury) poznawałam powody takiego, a nie innego jego zachowania, zaczynałam go coraz lepiej rozumieć, akceptować, a nawet polubiłam. Trochę przeszkadzała mi jego nad aktywność seksualna, no ale cóż....
Dziennikarz z wielką niechęcią przyjeżdża do rodzinnego Olsztyna, zamiast u ojca zatrzymuje się u wuja, byłego księdza, który niespodziewanie bardzo pomoże mu w prowadzonym śledztwie. Sięgną razem w głąb historii PRL-u, do Biblii i do różnych miejsc, o których istnieniu sami nie wiedzieli.Trochę dużo w książce jest odniesień religijnych, biblijnych, ale można się przyzwyczaić, tym bardziej, że ma to swoje uzasadnienie w treści.
Ogromny plus należy się autorowi za świetną moim zdaniem, sylwetkę wuja, byłego księdza. Bardzo ciekawie odmalowana postać i bardzo pomocna w śledztwie, bowiem do kilku ważnych wniosków dojdzie Paweł Werens tylko dzięki pomocy wuja.
Plusem jest także bardzo umiejętnie budowana atmosfera narastającego zła, które korzenie ma hen hen.
Jaki jednak związek mają współczesne brutalne morderstwa z męczeńską śmiercią pierwszych chrześcijan? Czy dziennikarskie śledztwo prowadzone przez Werensa pozwoli na rozwiązanie zagadki i powstrzymanie przestępcy przed ukończeniem szaleńczego planu, czy też zadziała jak katalizator, pociągając za sobą kolejne ofiary? I co oznaczają motyle znalezione w ustach zabitych?
Mamy w książce aż 3 wątki: prywatny połączony ze wszelkimi możliwymi schizami i przeszłością rodziny Werensów, kryminalno-historyczny związany z przeszłością ofiar zadziwiającego mordercy i współczesno-kryminalno-sadystyczny związany z morderstwami. I wszystkie te wątki są klarownie i konsekwentnie prowadzone i trzymane dosyć silną ręką autora, żaden wątek nie staje się ważniejszy niż inne, żaden się nie plącze, ale jest jedno ale...mam po lekturze takie wrażenia, jakby czegoś na końcu brakowało książce. W związku z tym cieszę się, że autor pociągnie wątek dalej. Drzewo morwowe to zapowiedź cyklu trzyczęściowego.
13 listopada ma mieć premierę część druga, czyli Kłamca. To już informacja potwierdzona. Trzecia zaś będzie nosiła tytuł Król Tyru.
Jak pisze autor na swoim blogu, W Kłamcy znany, ale i kontrowersyjny warszawski dziennikarz Paweł Werens musi stawić czoła zbrodniom, które dotykają go bezpośrednio, ofiarami są bowiem jego najbliżsi. W spektakularny sposób zostaje zamordowany jego stryj Mariusz Werens wraz z żoną. Na plecach starszego mężczyzny oprawca zostawia tajemnicze słowo: szadrak. Niebawem giną kolejne osoby. Rozpoczyna się śledztwo, które ujawnia zaskakujące fakty z przeszłości. Dotyczą one tajemniczych wydarzeń z ostatnich dni drugiej wojny światowej na Dolnym Śląsku. Mnożą się pytania, a czasu jest coraz mniej… Czy za wszystkim stoi dawny, śmiertelny wróg? Czy uda się rozwikłać misterną i skomplikowaną intrygę, zanim morderca ponownie zaatakuje?
Jestem niezwykle ciekawa II części tryptyku werensowego:). Mam nadzieję, że pan dziennikarz trochę się w sobie ogarnie (o takie wewnętrzne ogarnięcie mi chodzi). Jeżeli chodzi o sferę kryminalną, to Drzewem morwowym ustawił sobie autor niezwykle wysoko poprzeczkę, ciekawe, jak będzie w II części.
A tutaj moja recenzja na blogu autora:).
czwartek, 12 kwietnia 2012
Przypadek Ritterów. - Adam Węgłowski
Wydawnictwo Szara Godzina, Okładka miękka, 240 s., Moja ocena 5,5/6
Przypadek Ritterów to doskonały historyczny kryminał autorstwa dziennikarza historycznego - Adama Węgłowskiego. Co mnie zachęciło do sięgnięcia po w sumie nieznaną książkę? Przede wszystkim adnotacja znajdująca się na okładce Ta zbrodnia wydarzyła się na prawdę. Oczekiwałam porządnego kryminału opartego na faktach i nie zawiodłam się, a nawet więcej - jestem mile zaskoczona na plus. Ale po kolei. Akcja rozgrywa się pod koniec XIX w. w różnych częściach Austro - Węgier. Zostają znalezione zwłoki dwóch kobiet, które z pozoru nic ze sobą nie łączy. Ale czy na pewno? Śledztwo przebiega bardzo sprawnie (oczywiście, jak na standardy XIX wieczne) i już po kilku godzinach, jako winni zostają wytypowani tytułowi Ritterowie. Czy rzeczywiście ta żydowska rodzina dokonała
makabrycznego, rytualnego mordu? Czy był on elementem większego
zbrodniczego procederu? A może są oni zupełnie niewinni, a oskarżenie to element spisku lub ogarniającego coraz większe tereny Europy antysemityzmu? Własne śledztwo w sprawie jednej ze zbrodni, która miała miejsce w Lutczy
prowadzi znudzony bogaty panicz Kamil Kord. Jednak Kamil nie jest przygotowany
na to, czego dowie się o otaczającym świecie, o bliskich i o sobie
samym. Czy detektywa
amatora nie odciągnie od sedna sprawy antysemityzm mistrza Matejki,
badanie hebrajskiego zaklęcia ze Szczerbca bądź tropienie zaginionego
dzieła Wita Stwosza? A może Kordowi przyjdzie z pomocą Mark Twain? W co warto wierzyć? Co jest prawdą, a co manipulacją? Tego dowiecie się czytając książkę. Warto po nią sięgnąć.
Mamy tu wszystko czego potrzeba, żeby kryminał był porządnym kryminałem: są trupy i to nie byle jakie, jest okrutny morderca
wycinający płód z ciała ofiary, mroczne gry tajnych służb Austro-Węgier i
Rosji i wiele, wiele intryg. Niektóre mogą się nam wydawać z lekka anachroniczne, śmieszne nawet, ale trzeba pamiętać, że akcja toczy się ponad 130 lat temu. Mamy także pseudo niezawisłość ówczesnych sądów i wątek miłosny i to taki porządny wątek z podziałami klasowymi i wynikającymi z tego perypetiami włącznie. Książkę przeczytałam błyskawicznie, bo na prawdę wciąga. Momentami lekko się uśmiechałam, ale niestety częściej byłam przerażona i to porządnie. Przerażało mnie zarówno okrucieństwo zbrodni, jak i okrucieństwo "prawdziwych ludzi", jak sami siebie nazywają, czyli katolików. Autor ukazuje, jak łatwo jest oskarżyć tylko dlatego, ze ktoś jest inny. Łatwość i szybkość z jaką oskarżono Ritterów oraz łatwość interpretowania dowodów na
niekorzyść aresztowanej rodziny żydowskiej jest przedstawiona
wyjątkowo przekonująco. Chociaż autor nawet przez moment nie oddaje głosu Ritterom, bardzo
łatwo można dostrzec ich przerażenie, samotność, opuszczenie przez wszystkich i
poczucie, że obrona nic nie da, że już wydano na nich wyrok, tylko dlatego, że są Żydami. To ogromny atut tej historii. I co ważne (a może najbardziej przerażające) historia na prawdę oparta jest na faktach. W latach osiemdziesiątych XIX w. sprawa ta
długo bulwersowała galicyjskich polityków, dziennikarzy i środowisko
lekarskie.
Ciekawe jest także zakończenie. Węgłowski pozostawia nas w zawieszeniu –
w pierwszej wersji zakończenia daje jednoznaczną wskazówkę oraz odpowiedź, która
przewartościowuje wszystko to, co poznaliśmy wcześniej, w wersji drugiej
natomiast próbuje oferować dość przewrotne pocieszenie, które w kontekście historii, która póżniej nastąpi jest jakby mrocznym ostrzeżeniem przed nami samymi i nie ma nic wspólnego z przekonaniem, że
będzie kiedyś lepiej. Przy czym należy zaznaczyć, że Przypadek Ritterów na pewno nie jest książką tylko o polskim antysemityzmie, chociaż tak właśnie wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Głównym przesłaniem książki jest moim zdaniem wskazanie na potrzebę myślenia i
samodzielnego wyciągania wniosków, a nie powielanie utartych stereotypów. O tym, że jest to niełatwe nawet dla ludzi
znanych i bardzo wykształconych, może świadczyć przykład Jana Matejki. Będąc dyrektorem
Szkoły Sztuk Pięknych w Krakowie, wygłosił on do swoich studentów mowę, w
której żydowskim studentom zalecał uznanie Polski za swą Ojczyznę lub, w
przeciwnym wypadku, dolę emigranta. W ustach patrioty, jakim był wielki
malarz, takie sądy mogłyby brzmieć tylko jako wyjątkowo wrogie, okrutne.
W warunkach podgrzewanej w tym okresie histerii antyżydowskiej wzbudziły natomiast
niepotrzebną burzę.Takich przykładów autor podaje wiele. I jest to jeden z wielu atutów książki. Kolejnym jest umieszczenie wielu, na prawdę wielu bardzo bogatych i dokładnych przypisów, które zainteresowanym pozwalają sięgnąć do innych żródeł, z których autor czerpał wiadomości, a które pozwolą poszerzyć wiedzę na temat morderstw i przebiegu procesu. Jak pisze autor: W tej historii najbardziej niewiarygodne rzeczy są
prawdziwe: od serii szytych grubymi nićmi procesów o mord rytualny,
przez antysemicką retorykę Matejki, po hebrajskie zaklęcie na Szczerbcu.
Fikcją literacką są zaś perypetie głównych bohaterów - ludzi w miarę
normalnych, starających się rozwikłać kryminalną zagadkę.
Ogromny plus dla wydawnictwa za okładkę. Wspaniała i idealnie oddająca klimat książki.
Autor ma ogromny potencjał w pisaniu historycznych kryminałów, potrafił opowiedzieć na prawdę interesującą historię śledztwa, w którym wina zatacza o wiele szersze kręgi niż w przypadku typowego zabójstwa, a przy tym wszystko umieścił w historycznej XIX wiecznej otoczce bez zbędnego przynudzania, którego niestety nie udaje się uniknąć wielu pisarzom. Stworzyć wciągający, wręcz fascynujący kryminał historyczny wcale nie jest łatwo. Adamowi Węgłowskiemu udało się to w 100%. Czekam na kolejną książkę tego autora.
Autor ma ogromny potencjał w pisaniu historycznych kryminałów, potrafił opowiedzieć na prawdę interesującą historię śledztwa, w którym wina zatacza o wiele szersze kręgi niż w przypadku typowego zabójstwa, a przy tym wszystko umieścił w historycznej XIX wiecznej otoczce bez zbędnego przynudzania, którego niestety nie udaje się uniknąć wielu pisarzom. Stworzyć wciągający, wręcz fascynujący kryminał historyczny wcale nie jest łatwo. Adamowi Węgłowskiemu udało się to w 100%. Czekam na kolejną książkę tego autora.
__________________________
Specjalnie dla krakusów - głównie Viv:) w książce jest całkiem sporo o Krakowie, Matejce, występach Modrzejewskiej etc. Poczuwam się do "winy", że nie napisałam o tym w recenzji, ponieważ nie to było dla mnie najważniejsze. Ale czego się nie robi dla zaprzyjażnionych krakusków :) nadmieniam niniejszym, iż wątek krakowski jest ukazywany dosyć bogato w książce, panicz Kamil m.in. spędza tam urlop u kuzyna etc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






