Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 lipca 2013

Płomień i lód. Przygody mojego życia - Arthur Koestler

Wydawnictwo Magnum, Okładka miękka, 432 s., Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża:)

Arthur Koestler to urodzony w 1905r. w Budapeszcie pisarz i dziennikarz.
W 1976r. u Koestlera zdiagnozowano chorobę Parkinsona, a trzy lata później przewlekłą białaczkę limfatyczną w jej stadium terminalnym. Wraz z żoną w 1983 r. w Londynie popełnił samobójstwo.
Jego najgłośniejszą powieścią była Darkness at Noon (Ciemność w południe), poświęcona wielkiej czystce w ZSRR w latach 1934-1939, wydana w 1940r. (polskie wydanie na emigracji w 1949r.). 
Koleje losu Koestlera były niezwykle różnorodne. M.in. w 1937 r. przebywał w celi śmierci frankistowskiego więzienia. Postanowił, że jeśli przeżyje i wyjdzie na wolność, napisze autobiografię, w której nie zatai niczego. Wyszedł na wolność i dotrzymał słowa. Koestler opublikował cztery książki autobiograficzne: Arrow in the Blue, Invisible Writing, Dialogue with Death i Scum of the Earth. Recenzowana pozycja - Płomień i lód zawiera najciekawsze fragmenty wszystkich w/w biograficznych pozycji autora. Jest to niejako biografia  w pigułce, ale sporej pigułce i niezwykle ciekawej. 
Książka ta to fascynująca podróż zarówno przez wiele różnorodnych krajów, które pisarz odwiedził, jak i przez arcyciekawe życie niebanalnego człowieka. Życiem, które przypadło mu w udziale, można by obdzielić kilka osób. Na kanwie wybranych fragmentów, można by także nakręcić kilka pasjonujących filmów. 
Ponieważ miał korzenie żydowskie, jako dwudziestolatek rzucił studia i wyjechał do Palestyny. Pragnął poznać kraj swoich przodków i zostać żydowskim osadnikiem.Palestyna nie stała się tym właściwym miejscem na ziemi, ale była areną, na której Koestler przeżył kilka nieprawdopodobnych wręcz, a częstokroć także niezwykle grożnych przygód.  Tak pisze o tej wyprawie...
Pod koniec 1932 roku byłem wreszcie gotów pożegnać świat mieszczański i ruszyć w podróż do Ziemi Obiecanej, Palestyny. Czułem taką samą euforyczną radość, że spaliłem za sobą mosty i z tym samym gorączkowym podnieceniem oczekiwałem podróży do krainy utopii. Dopiero po wielu latach zrozumiałem, że niespokojny obieżyświat pragnie tylko jednego; uciec od samego siebie.
Śledzimy z pisarzem wiele niezwykle ważnych XX-wiecznych wydarzeń. Dwuletni pobyt w ZSRR zaowocował fascynującym opisem rozwoju sowieckiego komunizmu i póżniejszego rozczarowania nim. Najbardziej jednak poruszające fragmenty, to te opisujące udział pisarza w wojnie domowej w Hiszpanii i koszmarny wręcz pobyt we wspomnianej na wstępie celi śmierci. Gdy wybucha II wojna światowa Koestler znajduje się w obozie dla internowanych we Francji. Póżniej osiada w Anglii, pracując m.in. jako korespondent dla BBC.
Pisarz na przestrzeni kilkudziesięciu lat, brał udział w większości przełomowych w owym czasie wydarzeń, które miały miejsce na całym świecie. Co istotne, nigdy nie przyglądał się im z boku, z bezpiecznej odległości. Zawsze za to brał w nich czynny udział, co częstokroć bardzo żle się dla niego kończyło.Jak sam pisze w swoich biografiach...
Mieć odwagę, to nigdy nie pozwolić, aby twoje lęki miały wpływ na twoje czyny.
Płomień i lód to niezwykła opowieść o niesamowitym, odważnym w pełnym tego słowa znaczeniu i niebanalnym człowieku. Całość napisana jest zręcznym piórem w sposób, który sprawia, że od książki trudno się oderwać. Dodatkowym atutem są liczne zdjecia. 
Gorąco zachęcam do lektury. Warto po tę pozycję sięgnąć, raz ze względu na doskonałą formę literacką, a dwa, żeby poznać niezwykłego, stosunkowo mało u nas znanego człowieka, jakim niewątpliwie był Arthur Koestler.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Szara godzina - Zofia Kucówna

Wydawnictwo Zysk i S-ka, Okładka miękka, 364 s., Moja ocena 5/6
Zofia Kucówna to wspaniała aktorka filmowa i teatralna. W 1955r. ukończyła Wydział Aktorski Wyższej Szkoły Teatralnej, a na scenie w krakowskim Teatrze Młodego Widza zadebiutowała w sztuce „Ballady i romanse” Adama Mickiewicza. Pani Zofia, to wręcz ikona teatru polskiego, ma na swoim koncie wiele nagród i odznaczeń oraz role w kilkudziesięciu filmach i sztukach teatralnych..
Książka, która miałam okazję czytać przez ostatnie kilka dni, to zapis wspomnień aktorki, która jak sama pisze znajduje się już w szarej godzinie życia, stąd tytuł książki.
Jak w jednym z wywiadów mówi aktorka....To sprawa (książka) o czasie przesuwającym się. Ja już jestem w szarej godzinie życia. Te szare godziny przekładają się na to, co piszę.
Razem z panią Zofią niczym kolejne stop klatki, poznajemy najważniejsze momenty jej niezwykle fascynującego życia. W opowieściach aktorki urzekło mnie przede wszystkim ciepło i prostota z jaką potrafiła zachwycać się każdym, najbardziej nawet zwyczajnym aspektem życia codziennego. 
Dodatkowym atutem jest język, prosty, zwyczajny, nie mający w sobie nic z pozy "wiecie kim ja jestem..", ot jakbyśmy rozmawiali o minionych dniach z ukochana ciocią.
Wspaniale pisze o szarej godzinie życia, w której się obecnie znajduje...Patrzę w lustro i nie przerażają mnie bruzdy i zmarszczki. Przeciwnie. Nadają twarzy rangę, znamię czegoś, co jest zużyciem i zmęczeniem, ale stało się to z bezwzględnego nakazu czasu i zwyczajnej kolei rządzącej ludzką egzystencją. Nie wstydzę się, nie narzekam, nie mam do niczego pretensji. Życie toczy się i rzeźbi nie tylko moją twarz, ale duszę, i świadomość wyznaczonego mi miejsca w tym nadzwyczajnie dziwnym świecie.
W trakcie lektury wyłania się obraz  bardzo mądrego, dobrego i z dystansem do siebie człowieka. Taką Zofię Kucównę można oglądać w filmach i taka, jak widać z książki jest na prawdę - aktorka przez duże A i wspaniały człowiek.  
Szara godzina, to doskonała, momentami śmieszna, ale częściej wprawiająca w zadumę i poruszająca opowieść o dorastaniu w Komorowie, pobycie w Krakowie, powrocie do ukochanej Warszawy, pracy z tak lubianą przez aktorkę młodzieżą, drodze na deski teatralne i kinowy ekran i o tym co teraz trwa.
Gorąco zachęcam do lektury, warto.  
 

piątek, 9 listopada 2012

Przeżyłem sowieckie łagry - Józef Hermanowicz

Wydawnictwo Promic, Okładka miękka, 380s., Moja ocena 5,5/6
Wiedza o tym, jak okrutny był system  komunistyczny w ZSRR i ile ofiar pochłonął, staje się dziś coraz bardziej powszechna. Lata ustrojowej propagandy sprawiły jednak, że nie wszyscy zdają sobie sprawę ze sposobów, jakimi władze radzieckie rozprawiały się z przeciwnikami, a przeciwnikiem w zasadzie był każdy, powód zawsze się znalazł.
Łagry – przynajmniej w teorii – nie były miejscami zagłady. Był to istniejący od lat 20. XX w. system obozów pracy przymusowej. W założeniu więźniowie mieli w nich pracować, ginąć nie miał nikt.
Tyle, że rzeczywistość nie miała z założeniami wiele wspólnego. W nieludzkich warunkach ludzie umierali masowo. A, że znaleźć mógł się tam prawie każdy, liczba więźniów stale rosła.
Obozy pracy zasilane były „wrogami ustroju” właściwie nieustannie. Celem uwięzienia była teoretycznie reedukacja przez pracę kamieniołomach, przy wyrębie lasu, budowie linii kolejowych itd. Podczas takiej reedukacji umierała rocznie nawet jedna trzecia więźniów… Na ich miejscu szybko pojawiali się jednak nowi wrogowie.
Wielu osobom udało się przeżyć łagry, kilka z nich na przestrzeni lat zdecydowało się opowiedzieć o życiu, a raczej wegetacji w sowieckich łagrach, dać świadectwo temu co się tam działo.
Świadectwo takie daje także w swojej książce ks. Józef Hermanowicz.
Ur. się on w 1890 r., zmarł w 1978r. Był księdzem katolickim, marianinem, z pochodzenia Białorusinem. W 1932r. Podjął pracę na misji w Harbinie w Chinach. O tym wydarzeniu, o tej posłudze opowiada wstęp książki. Hermanowicz bardzo ciekawie i prostym językiem, tak po ludzku, bez wywyższania się wyjaśnia na czym polega specyfika katolickich misji na terenie Chin, jak powinni zachowywać się misjonarze, którzy tam przybywają, a jak niestety się zachowują.
W kolejnym rozdziale autor płynnie przechodzi do 1948r. gdy w Mandżurii władzę objęli komuniści, rychło zabrali się za likwidację katolickich szkół. 22 XII 1948 r. chińska milicja wtargnęła do budynku misji. Aresztowano księży i braci marianów oraz pracowników szkoły. Aresztowany zostaje także Józef Hermanowicz. Śledztwo trwało od początku stycznia do końca maja 1949 r. i było niezwykle wyniszczające. Przesłuchania ciągnęły się przez wiele godzin, niekiedy też w nocy, bez jedzenia. Ks. Hermanowicz musiał walczyć o to, by w protokole zapisywano jego zeznania, a nie te, które zmyślał przesłuchujący. Hermanowiczowi postawiono  „zarzuty”. Skazano go na 25 lat łagrów. W obozie był powszechnie znany jako ksiądz. Wzywano go do konających. Jego praca polegała na opiece nad trzema niewidomymi, wożeniu wody do kuchni oraz pracy w ogrodzie i w tartaku. Z łagru został zwolniony w 1954r.
O swoim pobycie, o posłudze ludziom, o tym, jak przetrwał ks. Hermanowicz opowiada językiem prostym, tak jakby opowiadał przyjacielowi przy szklance herbaty ot taką lekką opowieść. A opowieść, którą snuje wcale nie jest lekka, jest poruszająca i do bólu przejmująca. I nawet nie chodzi o to co przeżył, osób, które zostały skazane na łagry było wiele, zbyt wiele. Bardziej chodzi o to w jaki sposób swoje przeżycia ks. Hermanowicz opisuje. Co najbardziej mnie zadziwiło to pogoda, wręcz poczucie humoru z jakim ks. Hermanowicz opowiada niektóre wydarzenia, które były jego udziałem, bądź których był świadkiem.
Co ważne wspomnienia nie epatują ani nienawiścią do tych, którzy umieścili go w łagrach ani martyrologią. Pełno w nich natomiast zupełnie dla mnie niezrozumiałego pogodzenia się z losem, co nie znaczy,  że autor wspomnień nie walczył, walczył o przetrwanie każdego dnia, ale nie buntował się. Trudno to nawet wyjaśnić, trzeba samemu poczuć poprzez lekturę książki.

To kolejna książka Wydawnictwa Promic z serii Losy, którą miałam okazję przeczytać. 
Wcześniej recenzowałam:
Requiem dla młodego żołnierza spod Monte Cassino. 
Purpurę i czerń. 
Etty Hillesum. Świadek Boga w otchłani zła.  
Każda z książek opowiada historie niezwykłej osoby. Spotkałam się z komentarzami, że dużo w tej serii religii. Owszem, religia występuję w każdej z tych pozycji, ale zawsze jest silnie powiązana z danym bohaterem i zawsze ukazana jest w kontekście wpływu na jego decyzje i postępowanie. Żadna z w/w pozycji nie ma na celu nawracania, epatowania wiarą. Za to każda opowiada o niezwykłych ludziach, od których wiele mozemy się nauczyć.
Gorąco zachęcam do lektury.  
Poniżej fragment książki:
I JA TEŻ WPADŁEM
Wpadniesz w ręce jurysty, wyjdziesz czysty
Opisywać dzieje innych ludzi, to nic trudnego, ale pisać o swoich przeżyciach, to trochę jak wyrywanie zębów sobie samemu. Jednak aby stało się zadość sprawiedliwości, muszę się śmiało przyznać, że i mnie przyłapali.
Pamiętam z tych dni każdy swój krok. Koniec lata 1950 roku był prześliczny, po czym w całej swej krasie nadeszła jesień. Łagierne ogrody wskazywały, że była ona bardzo szczodrą gospodynią.
Inwalidzi nie tylko spoglądają pożądliwym okiem na ogrody, ale rzucają się na wszelką zieleninę. Po operacji mój organizm domaga się pokrzepienia. Naszego pożywienia wystarcza tylko na tyle, aby nie umrzeć, a skąd brać siły, aby żyć? To nie było życie, lecz wegetacja.
Łagier 020 leży na południowym zboczu góry. Można by z niego ogarniać wzrokiem rozległe, piękne przestrzenie, gdyby nie przeklęte, wysokie ogrodzenie, które odcina nas od Bożego świata. W obozie są szerokie, wydeptane ścieżki, po których kręcimy się wkoło jak ślepe konie w kieracie. Niewątpliwą ozdobą łagru są działki ogrodowe, znajdujące się na skraju obozu i między barakami. Rosną tam warzywa, trochę kwiatów, a najbardziej pieści oczy cudo i nadzieja palaczy – tytoń. Ogrody należą do kierownictwa, choć malutkie zagony są w posiadaniu pewnych grupek więźniów, przeważnie „błatnych”. My, frajerzy, mało cenimy te prywatne ogródki, bo rzadko kto może z nich korzystać z racji częstych „etapów”. Jedynie „błatni” umieją w jakiś tajemniczy sposób zapewnić sobie opłatę od „spadkobierców”. Przy „etapach” jedni drugim sprzedają swoje zasiewy. Sporządzają między sobą ustne kontrakty i rozrachunki. Pomaga im w tym niepisana tradycja, której nie znaliśmy.
Ogrody obozowe tego lata dają wielkie nadzieje, a najlepiej obrodziły ogórki. Starszy ogrodnik jest specem. On i jego pomocnicy jesienią stali się prawdziwymi „kułakami”. Nawet władze ich szanują. Teraz na zagonach pracują wyłącznie przyjaciele ogrodnika albo jego zaufani ludzie. Inni frajerzy mogą się tam dostać tylko w gorącym czasie „żniw”. Obcemu wcisnąć się tam do stałej pracy, to to samo, co wpaść w kłębowisko żmij albo włożyć palec między drzwi. I oto takie szczęście spada na mnie. Jak się można było spodziewać, dawni robotnicy przyjmują mnie jak intruza i nie włączają do swej szajki, nie wskazują pracy, nawet się nie odzywają. O wszystko muszę pytać samego ogrodnika. Ten odpowiada mi życzliwie, a banda zgrzyta zębami. Chcę ich pokonać cierpliwością. Starzy robotnicy pracują szybko i zręcznie, a przy tym zjadają po kryjomu młodą marchew, ogórki itd. Śledzą każdy krok ogrodnika i jak tylko się oddali, wpychają do ust co popadnie. Ledwie zjawi się w zasięgu wzroku, znów pracują jak mrówki. (...)
Późną jesienią, kiedy nędza nasiliła się jeszcze bardziej – a wtedy paczek nie otrzymywałem i już śmierć zaglądała mi w oczy – korzystam z pomocy jednego towarzysza, który częstuje mnie surową kapustą. Smakuje mi ona bardzo i podtrzymuje nadwątlone siły, ale cóż, nie mamy do niej prawa. Jestem nawet w rozterce, czy mogę z takich poczęstunków korzystać. Na szczęście to bałamuctwo nie trwało długo. Wzięto mnie do pracy przy zbieraniu warzyw. Tu już jakikolwiek zakaz nie ma żadnego sensu. Wszyscy jedzą wszystko, co im wpada w ręce. I nikt nie ogląda się na żadną władzę, a i samo naczalstwo zapomina na moment o sowieckich, wariackich przepisach. Dochodzi nawet do tego, że dozorcy czy oficerowie publicznie podchodzą do wozów, wybierają co czerwieńszą marchew i chrupią ją razem z więźniami. Gdy skończyła się marchew, rzucamy się na bydlęcą brukiew, potem na ogórki, zielone pomidory (nie dojrzewają na Syberii), buraki, cebulę i kapustę. O kapustę zaczynają się z nami kłócić, ale nic sobie z tego nie robimy, nie boimy się. Przy cebuli doszły groźby, wtedy już trzeba naprawdę uważać. Bo cebula to najbardziej smakowity cukierek, jest bowiem najlepszą obroną przed cyngą. Ale cebuli w łagrze więźniom nie pokazywano, a w kuchni chowano ją w obawie przed kradzieżą. Czosnek byłby jeszcze bardziej potrzebny, ale w naszym obozie, nie wiadomo dlaczego, czosnku nie uprawiano. Kiedy wreszcie zakończono zbiór warzyw i przystąpiono do szatkowania i kwaszenia kapusty, wszyscy rzucili się do niej jak wygłodniałe wilki. Władze obozowe zagroziły karami, a wtedy „żarłoczni” więźniowie zaczęli gryźć surowe kartofle. Nadzorcy zupełnie nie wiedzieli, jak na to zareagować – zabronić czy milczeć.(...)