Wydawnictwo Newsweek, Moja ocena 5,5/6
Wiem, opowiadania nie należą do najbardziej lubianych form literackich, gro czytelników woli dłuższe utwory. Ale opowiadania same w sobie mają to coś, ukazują wielkość (albo płyciznę) ich autora. Sztuką jest bowiem na kilkudziesięciu stronach zawrzeć wiele, tyle ile normalnie znajduje się na kilkuset (w normalnej, pełnowymiarowej powieści).
Rzadko któremu autorowi uda się tak zainteresować czytelnika, żeby nie mógł od lektury się oderwać. Autorom, których twórczość złożyła się na ten tom, to się udało.
Zawarte w książce opowiadania napisane zostały przez popularnych autorów polskiej sceny literackiej. Ich nazwiska mówią same za siebie - Cichy, Dukaj, Engelking, Małecki, Muszyński, Orbitowski, Szczerek, Szostak, Witkowski.
Różni autorzy, różny styl pisarski, jeden temat - ojciec i jego rola w życiu dziecka, młodszego, starszego, osoby dorosłej, ale zawsze dziecka.
Nie są to banalne, proste, słodkie jak ulepek opowiadania. Każde z nich przedstawia relacje ojciec-dziecko an różnym etapie. Każde z opowiadań ma w sobie to coś, każde porusza, mniej lub bardziej, ale porusza. Wielu z nas ma w sobie jakąś zadrę z dzieciństwa, wielu coś tam z ojcem się nie ułożyło, wielu ma o coś do ojca pretensje, żałuje, ze coś zrobiło w ten czy inny sposób. Różnie to w życiu bywa. Jestem przekonana, iż tymi osobami lektura bardzo wstrząśnie.
Muszę przyznać, iż zarówno poziom, jak i treść opowiadań wywarły na mnie ogromne wrażenie.czytając kolejne opowiadania miałam wrażenie, jakby autorzy sięgali pod podszewkę duszy dziecka, które w każdym z nas ciągle drzemie.
Tym co mnie najbardziej zaskoczyło w trakcie lektury był fakt, iż tylko jedno z opowiadań zostało napisane z perspektywy ojca. Które, tego nie zdradzę, sami się przekonacie.
Gorąco zachęcam do lektury tego świetnego, tak mało reklamowanego zbioru opowiadań. Nie bójcie się trudnej tematyki, nie bójcie się formy opowiadania. Jestem przekonana, iż lektura was zadziwi (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Polecam.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 10 października 2017
czwartek, 16 lutego 2017
Królowa Pomorza - Andrea Camilleri
Opowiadania nie są najbardziej popularną formą literacką. Niektórzy narzekają, że za krótkie, że bez sensu, że zanim zacznie się czytelnik wczuwać, to już koniec etc.
Ja jednak do czasu do czasu lubię przeczytać dobrze napisane opowiadanie.
Zbiór Królowa Pomorza jest bardzo dobry. Podczytywałam go po jednym opowiadania od ok. 3 tygodni.
Opowiadań jest 8. Ich akcja rozgrywa się w w fikcyjnym sycylijskim miasteczku Vigata. To to samo miasteczko, w którym działa komisarz Montalbano. To za sprawą serii kryminałów z tym bohaterem Camilleri zyskał międzynarodową sławę. Sednem opowieści są losy mniej lub bardziej odległe mieszkańców Vigaty.Autor prezentuje wydarzenia zwyczajne, na które często nie zwrócilibyśmy uwagi, ale także te ważniejsze, bardziej doniosłe. Genialnie ukazany jest klimat miasteczka, animozje i sympatie panujące pomiędzy mieszkańcami, błyskawicznie zmieniające się nastroje oraz nierozerwalna nić, która łączy wszystkich członków społeczności Vigaty. A jak wyraziście owi mieszkańcy sycylijskiego miasteczka są nakreśleni. Majstersztyk.
Trudno napisać, które z opowiadań najbardziej mi się podobało. Wszystkie mają klasę, są świetne pod względem literackim. Jednak gdybym miała wybrać to jedno, jedyne, byłyby to Nowe buty. Oprócz w/w elementów opowiadanie to posiada nieprawdopodobną wprost ilość bardzo specyficznego poczucia humoru.
Opowiadaniami włoski pisarz udowadnia, iż kryminały to nie jedyny gatunek literacki, w którym świetnie się odnajduje. Każde z ośmiu opowiadań jest mistrzowsko nakreślone, posiada niesamowity klimat, jest wręcz przesiąknięte sycylijską atmosferą. Każde też kończy się morałem.
Gorąco zachęcam do lektury Królowej Pomorza. Andrea Camilleri to świetny pisarz, ale także niesamowicie inteligentny człowiek, obdarzony wyjątkowym poczuciem humoru i spostrzegawczym okiem. Gwarantuję wyborną lekturę i świetną zabawę.
sobota, 7 stycznia 2017
10 grudnia
Wydawnictwo WAB, Ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
10 grudnia to jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałem, a z pewnością najlepszy zbiór opowiadań. Książka mało u nas chyba popularna, ponieważ mało reklamowana, a poza tym opowiadania tak w ogóle z racji bycia krótkimi formami, cieszą się mniejszą popularnością niż powieści.
W przypadku tej konkretnej książki, niesięgnięcie po nią z racji tego, iż zawartość stanowią opowiadania, będzie wielką stratą.
Nie potrafię napisać, dlaczego opowiadania Saundersa są tak wspaniałe. Są sprawy, które trudno nazwać, opisać. I ta książka jest tego przykładem.
W tej niezbyt grubej książeczce znajdziemy 10 opowiadań. Ich bohaterowie są różni, ale łączy ich jedno - porządne przeczołganie przez życie, przez los oraz fakt, że nic nie układa im się tak jak sami by chcieli, tak jak powinno.Co gorsze, spełnienie ich marzeń jest w zasięgu ręki, jednak oni sami albo go nie widzą, albo nie doceniają, albo potencjał rozmieniają na drobne, potrafią np.jednym głupim, nikomu niepotrzebnym komentarzem zaprzepaścić szansę na awans.
Postaci genialnie nakreślone przez autora, na ogół reprezentują niezbyt pozytywne cechy charakteru - chciwość, mściwość, małostkowość etc. Z jednej strony są to ludzie, których nie da się polubić. Z drugiej strony, tak mimo woli wiernie się im kibicuje. Powodem zapewne jest fakt, iż są to ludzie, w których postawach, zachowaniu wielu z nas odnajdzie siebie, lub kogoś z bliskich.
Każde z opowiadań jest mistrzowskie, trudno wybrać to naj. Jednak muszę przyznać, iż najbardziej do gustu przypadło mi opowiadanie futurystyczne Ucieczka z Pajęczej Głowy. Mocna, mądra opowieść o futurystycznym społeczeństwie.
Polecam. Mocna, mądra, genialnie napisana książka, mistrzowski, zmuszający do myślenia zbiór opowiadań.
Za książkę dziękuję Księgarni Internetowej Platon24 (klik)
Recenzja mojego męża.
10 grudnia to jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałem, a z pewnością najlepszy zbiór opowiadań. Książka mało u nas chyba popularna, ponieważ mało reklamowana, a poza tym opowiadania tak w ogóle z racji bycia krótkimi formami, cieszą się mniejszą popularnością niż powieści.
W przypadku tej konkretnej książki, niesięgnięcie po nią z racji tego, iż zawartość stanowią opowiadania, będzie wielką stratą.
Nie potrafię napisać, dlaczego opowiadania Saundersa są tak wspaniałe. Są sprawy, które trudno nazwać, opisać. I ta książka jest tego przykładem.
W tej niezbyt grubej książeczce znajdziemy 10 opowiadań. Ich bohaterowie są różni, ale łączy ich jedno - porządne przeczołganie przez życie, przez los oraz fakt, że nic nie układa im się tak jak sami by chcieli, tak jak powinno.Co gorsze, spełnienie ich marzeń jest w zasięgu ręki, jednak oni sami albo go nie widzą, albo nie doceniają, albo potencjał rozmieniają na drobne, potrafią np.jednym głupim, nikomu niepotrzebnym komentarzem zaprzepaścić szansę na awans.
Postaci genialnie nakreślone przez autora, na ogół reprezentują niezbyt pozytywne cechy charakteru - chciwość, mściwość, małostkowość etc. Z jednej strony są to ludzie, których nie da się polubić. Z drugiej strony, tak mimo woli wiernie się im kibicuje. Powodem zapewne jest fakt, iż są to ludzie, w których postawach, zachowaniu wielu z nas odnajdzie siebie, lub kogoś z bliskich.
Każde z opowiadań jest mistrzowskie, trudno wybrać to naj. Jednak muszę przyznać, iż najbardziej do gustu przypadło mi opowiadanie futurystyczne Ucieczka z Pajęczej Głowy. Mocna, mądra opowieść o futurystycznym społeczeństwie.
Polecam. Mocna, mądra, genialnie napisana książka, mistrzowski, zmuszający do myślenia zbiór opowiadań.
Za książkę dziękuję Księgarni Internetowej Platon24 (klik)
poniedziałek, 14 listopada 2016
Rewers
Rewers, to zbiór bardzo różnorodnych i niezwykle ciekawych opowiadań kryminalnych.
Opowiadań jest jedenaście. Ich autorami jest jedenastu najlepszych polskich autorów kryminałów. Akcja rozgrywa się w jedenastu polskich miastach.
Zarówno poziom opowiadań, jak i styl autorów, przebieg fabuły, są niezwykle różnorodne. Jedenastu różnych autorów, to jedenaście bardzo się od siebie różniących dłuższych bądź krótszych opowiadań, jedenaście różnorodnych zakończeń, jedenaście odmiennych stylów narracji.
Opowiadania czytałam pojedynczo w odstępie kilku dni. Właśnie przed chwila skończyłam czytać ostatnie opowiadanie.
Nie wszystkie przypadły mi do gustu. Nie lubię np. stylu pisarskiego Joanny Opiat-Bojarskiej i Gaji Grzegorzewskiej. Myślałam, że krótsze formy, jakimi są opowiadania, będzie mi się czytać lepiej. Jednak nic z tego. Nie nadajemy z autorkami na tych samych falach.
Bardzo natomiast przypadły mi do gustu opowiadania m.in. Małgorzaty Sobieszczańskiej, Remigiusza Mroza, Wojciecha Małeckiego, Marty Guzowskiej, Wojciecha Chmielarza. Opowiadaniom tych autorów przyznaję ocenę 5,5/6.
Pozostałe opowiadania oceniam na 4,5/6.
Trudno jest jednoznacznie oceniać poziom zbioru opowiadań, których autorami są tak różni od siebie pisarze. Każde z w/w opowiadań oceniam inaczej, dziewięć z nich podobało mi się (każde na swój sposób, jedne bardziej, drugie mniej), dwa wyjątkowo nie przypadły do gustu. Z lektury tego tomu jestem bardzo zadowolona.
Ja co prawda wszystkich jedenastu autorów znałam przed rozpoczęciem lektury Rewersu. Jednak dla wielu osób tom ten będzie pierwszą okazją do poznania mniej znanych pisarzy, sprawdzenia, czy ich styl odpowiada danemu czytelnikowi, czy warto sięgać po powieści, kryminały danego pisarza. Chociażby z tego powodu, ale także dla relaksu, dla różnorodności opowiadań, dla poznania paskudnych i mrocznych stron jedenastu miast, warto po Rewers sięgnąć.
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Gorzki smak czekolady Lucullus i inne opowiadania
Wydawnictwo MG, Moja ocena 5,5/6
Kolejna książka ubóstwianego przeze mnie bezkrytycznie Tyrmanda.
Tym razem podczytywałam od kilkunastu dni, po trochu, opowiadania. Bo tym jest Gorzki smak..., zbiorem 14 opowiadań.
Wiem, opowiadania nie należą do najbardziej lubianych form literackich, gro czytelników woli dłuższe utwory. Ale opowiadania same w sobie maja to coś, ukazują wielkość (albo płyciznę) ich autora. Sztuką jest bowiem na kilkudziesięciu stronach zawrzeć wiele, tyle ile normalnie znajduje się na kilkuset (w normalnej, pełnowymiarowej powieści).
Rzadko któremu autorowi uda się tak zainteresować czytelnika, żeby nie mógł od lektury się oderwać. Tyrmandowi i jego opowiadaniom udało się to trudne zadanie. Czemu należy to przypisać? Moim zdaniem przede wszystkim talentowi Tyrmanda i tak unikalnej dla niego umiejętności posługiwania się piórem i operowania nim. Opowiadania są proste, a jednocześnie zawierają swoistą głębie, sporo w nich porównań, przenośni, ironii, obnażania absurdu ówczesnego okresu, czyli tego, co tak w Tyrmandzie cenię i co mnie już dawno ujęło w jego twórczości.
Dodatkowym atutem tego zbioru jest jego autor, niepokorny, nonkonformista, o życiu bujnym, niebanalnym, niepokornym i takim samym stylu pisania.
Gdy dodamy do tego fakt, iż Gorzki smak... to zbiór opowiadań, których bohaterem jest... życie samego Tyrmanda. To więcej moim zdaniem już nie potrzeba, żeby zachęcić do lektury.
Każde z opowiadań powstało w innym okresie, na innym etapie twórczości, rozwoju, życia pisarza. To nie oznacza, że dzielił je jakiś obłędny okres czasu, ale pisząc każde z tych opowiadań Tyrmand był inny.
Chociaż jestem (jak zwykle zresztą) zachwycona tym zbiorem, to jednak dostrzegam sporą różnicę między nimi, a np. Złym, czy Dziennikiem 1954. Opowiadania powstały zaraz po II wojnie światowej, w różnym odstępie czasu, ale jednak w przeciągu kilku lat po jej zakończeniu, czyli w zasadzie na początkowym etapie kształtowania się Tyrmanda, jako pisarza. Wydaje mi się, że były one swoistą wprawką do póżniejszej twórczości. Ale za to, jaka wprawką:)
Nie znaczy to, że opowiadania są złe, wręcz przeciwnie - są bardzo dobre, ale inne niż póżniejsze dzieła i odrobinkę, ale na prawdę odrobinkę gorsze od np. Siedmiu dalekich rejsów. Opowiadaniom zawdzięczamy jednak możliwość obserwowania, jak kształtował się Tyrmand, jako pisarz i poznania go, jako człowieka w tym okresie.
I to jest moim zdaniem w całym zbiorze najlepsze, najbardziej fascynujące. Bo (jak podkreślałam przy okazji innych recenzji dzieł Tyrmanda) w twórczości Leopolda Tyrmanda najlepszy jest sam Tyrmand:).
Opowiadania są wyjątkowo niebanalne, pomysłowe, niezwykłe, jak sam ich autor, a bohaterowie...majstersztyk. Dodatkowym atutem jest różnorodność tematyki.
Część z nich traktuje o końcówce II wojny światowej (choć grozy wojennej w nich nie czuć), a część o latach tuż po wojnie, o życiu, o sporcie, o miłości.
Do tego wszystko opisane tak wspaniałym, przepięknym, charakterystycznym dla pisarza językiem z wyjątkowym smakiem i spostrzegawczością.
Innym znakiem rozpoznawczym (oprócz języka) jest narracja w pierwszej osobie. Niezbyt ją lubię, muszę to przyznać. Lecz u Tyrmanda wyjątkowo mnie ona nie razi. Ba, wręcz jest niezbędna do wniknięcia w klimat tyrmandowskich utworów.
Opowiadania, podobnie, jak i pozostała twórczość Tyrmanda są ponadczasowe i takie, do których wraca się wielokrotnie.
Tych, którzy znają i jak ja uwielbiają dzieła autora, do lektury zachęcać nie trzeba.
Pozostałym pozostaje tylko sięgnąć po którekolwiek z dzieł Leopolda Tyrmanda i poznać tego niezwykłego człowieka, którego dzieła są niejako przedłużeniem i zwierciadłem jego życia.
Kolejna książka ubóstwianego przeze mnie bezkrytycznie Tyrmanda.
Tym razem podczytywałam od kilkunastu dni, po trochu, opowiadania. Bo tym jest Gorzki smak..., zbiorem 14 opowiadań.
Wiem, opowiadania nie należą do najbardziej lubianych form literackich, gro czytelników woli dłuższe utwory. Ale opowiadania same w sobie maja to coś, ukazują wielkość (albo płyciznę) ich autora. Sztuką jest bowiem na kilkudziesięciu stronach zawrzeć wiele, tyle ile normalnie znajduje się na kilkuset (w normalnej, pełnowymiarowej powieści).
Rzadko któremu autorowi uda się tak zainteresować czytelnika, żeby nie mógł od lektury się oderwać. Tyrmandowi i jego opowiadaniom udało się to trudne zadanie. Czemu należy to przypisać? Moim zdaniem przede wszystkim talentowi Tyrmanda i tak unikalnej dla niego umiejętności posługiwania się piórem i operowania nim. Opowiadania są proste, a jednocześnie zawierają swoistą głębie, sporo w nich porównań, przenośni, ironii, obnażania absurdu ówczesnego okresu, czyli tego, co tak w Tyrmandzie cenię i co mnie już dawno ujęło w jego twórczości.
Dodatkowym atutem tego zbioru jest jego autor, niepokorny, nonkonformista, o życiu bujnym, niebanalnym, niepokornym i takim samym stylu pisania.
Gdy dodamy do tego fakt, iż Gorzki smak... to zbiór opowiadań, których bohaterem jest... życie samego Tyrmanda. To więcej moim zdaniem już nie potrzeba, żeby zachęcić do lektury.
Każde z opowiadań powstało w innym okresie, na innym etapie twórczości, rozwoju, życia pisarza. To nie oznacza, że dzielił je jakiś obłędny okres czasu, ale pisząc każde z tych opowiadań Tyrmand był inny.
Chociaż jestem (jak zwykle zresztą) zachwycona tym zbiorem, to jednak dostrzegam sporą różnicę między nimi, a np. Złym, czy Dziennikiem 1954. Opowiadania powstały zaraz po II wojnie światowej, w różnym odstępie czasu, ale jednak w przeciągu kilku lat po jej zakończeniu, czyli w zasadzie na początkowym etapie kształtowania się Tyrmanda, jako pisarza. Wydaje mi się, że były one swoistą wprawką do póżniejszej twórczości. Ale za to, jaka wprawką:)
Nie znaczy to, że opowiadania są złe, wręcz przeciwnie - są bardzo dobre, ale inne niż póżniejsze dzieła i odrobinkę, ale na prawdę odrobinkę gorsze od np. Siedmiu dalekich rejsów. Opowiadaniom zawdzięczamy jednak możliwość obserwowania, jak kształtował się Tyrmand, jako pisarz i poznania go, jako człowieka w tym okresie.
I to jest moim zdaniem w całym zbiorze najlepsze, najbardziej fascynujące. Bo (jak podkreślałam przy okazji innych recenzji dzieł Tyrmanda) w twórczości Leopolda Tyrmanda najlepszy jest sam Tyrmand:).
Opowiadania są wyjątkowo niebanalne, pomysłowe, niezwykłe, jak sam ich autor, a bohaterowie...majstersztyk. Dodatkowym atutem jest różnorodność tematyki.
Część z nich traktuje o końcówce II wojny światowej (choć grozy wojennej w nich nie czuć), a część o latach tuż po wojnie, o życiu, o sporcie, o miłości.
Innym znakiem rozpoznawczym (oprócz języka) jest narracja w pierwszej osobie. Niezbyt ją lubię, muszę to przyznać. Lecz u Tyrmanda wyjątkowo mnie ona nie razi. Ba, wręcz jest niezbędna do wniknięcia w klimat tyrmandowskich utworów.
Opowiadania, podobnie, jak i pozostała twórczość Tyrmanda są ponadczasowe i takie, do których wraca się wielokrotnie.
Tych, którzy znają i jak ja uwielbiają dzieła autora, do lektury zachęcać nie trzeba.
Pozostałym pozostaje tylko sięgnąć po którekolwiek z dzieł Leopolda Tyrmanda i poznać tego niezwykłego człowieka, którego dzieła są niejako przedłużeniem i zwierciadłem jego życia.
środa, 16 marca 2016
W drodze nad Morze Żółte - Nic Pizzolato
Wydawnictwo Marginesy, Ocena 5/6
Nic Pizzolato, to znany twórca m.in. serialu True Detective, mrocznego thrillera Galvestone.
W drodze nad Morze Żółte, to kolejna przeczytana przeze mnie książka autora, ale inna niż dot. w/w serialu.
Na książkę składa się 11 bardzo dobrych opowiadań. Wczoraj skończyłam czytać ostatnie.
Wiem, opowiadania oraz inne krótkie formy cieszą się umiarkowaną popularnością, ale tym stworzonym przez Pizzolato warto dać szansę.
Trudno tu pisać o fabule, można jedynie wspomnieć, iż każde z opowiadań rozgrywa się w południowej części USA, każde dotyczy człowieka, jego dziwactw, często urojeń, smutku, żalu, próby radzenia sobie z traumatycznymi przeżyciami i każde ma zakończenie, które bez przesady można określić wbijającym w fotel.
Książka liczy 250 stron, jak wspomniałam zawiera 11 opowiadań. To mało, ale jednocześnie dużo. Po raz kolejny potwierdza się teza, iż nie ilość, a jakość jest istotna.
Sztuką jest w tak krótkiej formie, jaka jest opowiadanie zawrzeć tak wiele i na koniec pozostawić czytelnika w mniejszym lub większym osłupieniu. Pizzolato się to udało. Wykreowany przez niego świat jest niezwykle plastyczny, sugestywny, a bohaterowie, to ludzie z krwi i kości, tacy jak my, lub tacy, jakich możemy w każdym momencie spotkać, tuż za rogiem. Ich problemy, dramaty z jakimi się borykają także należą do tych, które mogą spotkać każdego czytelnika.
W drodze nad Morze Żółte to debiut literacki Pizzolato. I jeżeli mam być szczera, to życzyłabym sobie więcej takich debiutów.
Książka wydana została w 2006 roku. Bez wątpienia różni się ona od Galvestone, która przyniosła autorowi sławę. Jednak trudno tu w ogóle mówić o podobieństwach. Każde z tych literackich dzieł (thriller noir i opowiadania) są diametralnie od siebie różne.
Opowiadania spokojniejsze, nastawione bardziej na człowieka, jego problemy, obyczajowe, społeczne.
Thriller jest i owszem, także nastawiony na człowieka, analizę jego wnętrza, ale w zupełnie inny sposób, zdecydowanie mniej psychologiczny, bardziej ostry, mroczny. Gorąco zachęcam do lektury zarówno tego tomu opowiadań, jak i książki Galvestone. Jednak jeżeli nie znacie jeszcze twórczości Pizzolato, proponuję najpierw sięgnąć po W drodze nad Morze Żółte, a póżniej zagłębić się w mrokach Galvestone.
Gorąco zachęcam do lektury. Pizzolato to doskonały pisarz (z niezwykłym talentem) i doskonały obserwator, który potrafi dostrzegać wiele barw ludzkiego życia i odpowiednio przelać je na papier.
Nic Pizzolato, to znany twórca m.in. serialu True Detective, mrocznego thrillera Galvestone.
W drodze nad Morze Żółte, to kolejna przeczytana przeze mnie książka autora, ale inna niż dot. w/w serialu.
Na książkę składa się 11 bardzo dobrych opowiadań. Wczoraj skończyłam czytać ostatnie.
Wiem, opowiadania oraz inne krótkie formy cieszą się umiarkowaną popularnością, ale tym stworzonym przez Pizzolato warto dać szansę.
Trudno tu pisać o fabule, można jedynie wspomnieć, iż każde z opowiadań rozgrywa się w południowej części USA, każde dotyczy człowieka, jego dziwactw, często urojeń, smutku, żalu, próby radzenia sobie z traumatycznymi przeżyciami i każde ma zakończenie, które bez przesady można określić wbijającym w fotel.
Książka liczy 250 stron, jak wspomniałam zawiera 11 opowiadań. To mało, ale jednocześnie dużo. Po raz kolejny potwierdza się teza, iż nie ilość, a jakość jest istotna.
Sztuką jest w tak krótkiej formie, jaka jest opowiadanie zawrzeć tak wiele i na koniec pozostawić czytelnika w mniejszym lub większym osłupieniu. Pizzolato się to udało. Wykreowany przez niego świat jest niezwykle plastyczny, sugestywny, a bohaterowie, to ludzie z krwi i kości, tacy jak my, lub tacy, jakich możemy w każdym momencie spotkać, tuż za rogiem. Ich problemy, dramaty z jakimi się borykają także należą do tych, które mogą spotkać każdego czytelnika.
W drodze nad Morze Żółte to debiut literacki Pizzolato. I jeżeli mam być szczera, to życzyłabym sobie więcej takich debiutów.
Książka wydana została w 2006 roku. Bez wątpienia różni się ona od Galvestone, która przyniosła autorowi sławę. Jednak trudno tu w ogóle mówić o podobieństwach. Każde z tych literackich dzieł (thriller noir i opowiadania) są diametralnie od siebie różne.
Opowiadania spokojniejsze, nastawione bardziej na człowieka, jego problemy, obyczajowe, społeczne.
Thriller jest i owszem, także nastawiony na człowieka, analizę jego wnętrza, ale w zupełnie inny sposób, zdecydowanie mniej psychologiczny, bardziej ostry, mroczny. Gorąco zachęcam do lektury zarówno tego tomu opowiadań, jak i książki Galvestone. Jednak jeżeli nie znacie jeszcze twórczości Pizzolato, proponuję najpierw sięgnąć po W drodze nad Morze Żółte, a póżniej zagłębić się w mrokach Galvestone.
Gorąco zachęcam do lektury. Pizzolato to doskonały pisarz (z niezwykłym talentem) i doskonały obserwator, który potrafi dostrzegać wiele barw ludzkiego życia i odpowiednio przelać je na papier.
sobota, 21 listopada 2015
Zamach na Margaret Thatcher - Hilary Mantel
Wydawnictwo Sonia Draga, Moja ocena 5-/6
Zamach na Margaret Thatcher, to zbiór opowiadań, który podczytywałam od jakiegoś czasu, po jednym opowiadaniu co kilka dni. Dzisiaj przeczytałam ostatnie opowiadanie i uznałam, iż czas najwyższy kilka słów o nich napisać.
Wiem, opowiadania nie należą do najbardziej lubianych form literackich, ale tym, które stworzyła Mantel (jedna z bardziej lubianych przeze mnie autorek) zdecydowanie warto dać szansę.
Nie będę streszczać kolejnych opowiadań, nie ma to najmniejszego sensu. Napiszę tylko, że choć utwory zawarte w tej książce różnią się od siebie, to jednak są do siebie także bardzo podobne.
Autorka (podobnie, jak w swoich historycznych powieściach, za sprawą których stała się znana na całym świecie) opisuje niezwykle dokładnie, z wielką przenikliwością swoich bohaterów, opowiada o ich życiu, problemach czyniąc nas niejako towarzyszami ich życia. Za sprawą Mantel docieramy do najmroczniejszych zakamarków duszy powołanych do życia przez pisarkę postaci. To co czai się w umyśle kolejnych postaci, jest tajemnicze a często także wręcz przerażające.
Pisarka prezentuje bohaterów w różnych sceneriach, na różnych etapach ich życia. Śledzimy ich losy w Anglii, na zachodnim wybrzeżu Arabii Saudyjskiej, a także na jednej z greckich wysp. Jesteśmy świadkami potrącenia dziecka, śledzimy kuriozalną znajomość pisarki z upośledzoną osobą, nocujemy w maksymalnie obskurnym pensjonacie, gościmy w mieszkaniu nawiedzonym przez duchy. Wszystko to okraszone jest tak charakterystycznym dla Hillary Mantel humorem.
Książka ta to dobre teksty, ciekawie napisane, prezentujące najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy i zawiłości ludzkiego, często wynaturzonego umysłu. Na drobny minus zasługują tylko dialogi w jednym z opowiadań (celowo nie podaję, w którym, żeby was nie zrażać do lektury). Nie wiem, może to wina tłumaczenia..
Gorąco zachęcam do lektury.
Zamach na Margaret Thatcher, to zbiór opowiadań, który podczytywałam od jakiegoś czasu, po jednym opowiadaniu co kilka dni. Dzisiaj przeczytałam ostatnie opowiadanie i uznałam, iż czas najwyższy kilka słów o nich napisać.
Wiem, opowiadania nie należą do najbardziej lubianych form literackich, ale tym, które stworzyła Mantel (jedna z bardziej lubianych przeze mnie autorek) zdecydowanie warto dać szansę.
Nie będę streszczać kolejnych opowiadań, nie ma to najmniejszego sensu. Napiszę tylko, że choć utwory zawarte w tej książce różnią się od siebie, to jednak są do siebie także bardzo podobne.
Autorka (podobnie, jak w swoich historycznych powieściach, za sprawą których stała się znana na całym świecie) opisuje niezwykle dokładnie, z wielką przenikliwością swoich bohaterów, opowiada o ich życiu, problemach czyniąc nas niejako towarzyszami ich życia. Za sprawą Mantel docieramy do najmroczniejszych zakamarków duszy powołanych do życia przez pisarkę postaci. To co czai się w umyśle kolejnych postaci, jest tajemnicze a często także wręcz przerażające.
Pisarka prezentuje bohaterów w różnych sceneriach, na różnych etapach ich życia. Śledzimy ich losy w Anglii, na zachodnim wybrzeżu Arabii Saudyjskiej, a także na jednej z greckich wysp. Jesteśmy świadkami potrącenia dziecka, śledzimy kuriozalną znajomość pisarki z upośledzoną osobą, nocujemy w maksymalnie obskurnym pensjonacie, gościmy w mieszkaniu nawiedzonym przez duchy. Wszystko to okraszone jest tak charakterystycznym dla Hillary Mantel humorem.
Książka ta to dobre teksty, ciekawie napisane, prezentujące najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy i zawiłości ludzkiego, często wynaturzonego umysłu. Na drobny minus zasługują tylko dialogi w jednym z opowiadań (celowo nie podaję, w którym, żeby was nie zrażać do lektury). Nie wiem, może to wina tłumaczenia..
Gorąco zachęcam do lektury.
wtorek, 28 kwietnia 2015
Opowieści niepokojące - Joseph Conrad
Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
Jospeh Conrad (autor z polskimi korzeniami) należy do najbardziej przeze mnnie lubianych i cenionych mistrzów pióra.
Opowieści niepokojące, to zbiór pięciu opowiadań, które są jakby preludium do najsłynniejszych utworów autora Lord Jima i Jądro ciemności.Zbiór ten został po raz 1. wydany w 1989 roku. Mimo, iż na nich pisarz niejako doskonalił swój warsztat, to już w tym niepozornych utworach widać całkiem spory ślad jego geniuszu.
Na tomik składają się utwory o niezwykle zróżnicowanej tematyce.
Wśród bohaterów, których Conrad powołuje na karty książki mamy malajskiego wodza plemiennego, prostych francuskich chłopów, angielskich pseudo handlowców w samym sercu Afryki oraz kilka innych równie ciekawych postaci. Każdy z bohaterów Conrada jest człowiekiem znajdującym się pod przysłowiową ścianą, zmuszonym do podjęcia jednej, konkretnej, niezwykle ważnej i bez wątpienia brzemiennej w skutki decyzji. Nie istotne, czy dotyczy to tego co tu i teraz, czy tego co odległe i odsunięte w niebyt. Każdy z bohaterów jest człowiekiem rozdartym, na krawędzi, każdy dzierży los swój i innych we własnych rękach, każdy musi zdecydować co dobre, a co złe. Doskonale ukazane jest także to, jakim próbom moralnym jest zdolny poddać się człowiek, do czego jest się w stanie posunąć w ekstremalnych warunkach.
Tym co u Conrada (nie tylko w tych utworach) zasługuje na najwyższe uznanie, to właśnie kreacje bohaterów i ich wewnętrzna walka z losem i samym sobą. Fabuła, perypetie postaci są zaledwie tłem do ukazania czegoś zdecydowanie ważniejszego. Problematyka psychologiczno-moralno-egzystencjalna jest jak zawsze u Conrada najważniejsza i genialnie zaprezentowana.
Fabuły opowiadań nie streszczam. Nie ma to najmniejszego sensu, a i czytelnikom odebrałoby nie tylko przyjemność lektury, ale wręcz rozkosz obcowania z mistrzowskim piórem i ujęciem psychiki i moralności człowieka.
Wiem, opowiadania, nowele nie są najbardziej lubianą forma literacką. Ale są opowiadania i OPOWIADANIA. Są takie, które można przeczytać i takie, które przeczytać TRZEBA. Opowieści niepokojące należą z pewnością do tych drugich.
Zachęcam do lektury, do podczytywania we fragmentach, do rozmyślań.
Recenzja mojego męża.
Jospeh Conrad (autor z polskimi korzeniami) należy do najbardziej przeze mnnie lubianych i cenionych mistrzów pióra.
Opowieści niepokojące, to zbiór pięciu opowiadań, które są jakby preludium do najsłynniejszych utworów autora Lord Jima i Jądro ciemności.Zbiór ten został po raz 1. wydany w 1989 roku. Mimo, iż na nich pisarz niejako doskonalił swój warsztat, to już w tym niepozornych utworach widać całkiem spory ślad jego geniuszu.
Na tomik składają się utwory o niezwykle zróżnicowanej tematyce.
Wśród bohaterów, których Conrad powołuje na karty książki mamy malajskiego wodza plemiennego, prostych francuskich chłopów, angielskich pseudo handlowców w samym sercu Afryki oraz kilka innych równie ciekawych postaci. Każdy z bohaterów Conrada jest człowiekiem znajdującym się pod przysłowiową ścianą, zmuszonym do podjęcia jednej, konkretnej, niezwykle ważnej i bez wątpienia brzemiennej w skutki decyzji. Nie istotne, czy dotyczy to tego co tu i teraz, czy tego co odległe i odsunięte w niebyt. Każdy z bohaterów jest człowiekiem rozdartym, na krawędzi, każdy dzierży los swój i innych we własnych rękach, każdy musi zdecydować co dobre, a co złe. Doskonale ukazane jest także to, jakim próbom moralnym jest zdolny poddać się człowiek, do czego jest się w stanie posunąć w ekstremalnych warunkach.
Tym co u Conrada (nie tylko w tych utworach) zasługuje na najwyższe uznanie, to właśnie kreacje bohaterów i ich wewnętrzna walka z losem i samym sobą. Fabuła, perypetie postaci są zaledwie tłem do ukazania czegoś zdecydowanie ważniejszego. Problematyka psychologiczno-moralno-egzystencjalna jest jak zawsze u Conrada najważniejsza i genialnie zaprezentowana.
Fabuły opowiadań nie streszczam. Nie ma to najmniejszego sensu, a i czytelnikom odebrałoby nie tylko przyjemność lektury, ale wręcz rozkosz obcowania z mistrzowskim piórem i ujęciem psychiki i moralności człowieka.
Wiem, opowiadania, nowele nie są najbardziej lubianą forma literacką. Ale są opowiadania i OPOWIADANIA. Są takie, które można przeczytać i takie, które przeczytać TRZEBA. Opowieści niepokojące należą z pewnością do tych drugich.
Zachęcam do lektury, do podczytywania we fragmentach, do rozmyślań.
sobota, 14 marca 2015
Moje historie prawdziwe - Janusz Leon Wiśniewski
Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 5,5/6
Premiera książki za kilka dni (konkretnie 18 marca), jednak miałam okazję poznać ją wcześniej i czytać egz. przedpremierowy.
Moje historie prawdziwe, to jedna z tych książek, które leżą obok łóżka, które podczytuję fragmentami co kilka dni, którymi chcę, jak najdłużej się rozkoszować. Właśnie skończyłam. Lekturę rozpoczęłam kilka tygodni temu. Jak jednak wspomniałam, zbiór tekstów Wiśniewskiego czytałam z przerwami, w odcinkach (jak ja to nazywam). Poza chęcią jak najdłuższego pozostawania w wykreowanym przez pisarza świecie, powolne czytanie opowiadań Wiśniewskiego wymusza także ładunek emocjonalny jaki jest zawarty w każdym z nich.
Moje historie prawdziwe to kolekcjonerskie wydanie opowiadań Wiśniewskiego. Tom spory, bo liczący 560 stron. Jednak objętości tekstu nie odczuwa się. Całość jest bowiem (jak to u Wiśniewskiego) po mistrzowsku napisana, uchwycone są palety uczuć, niuansów, ludzkich egzystencji. Teksty zawarte w tym zbiorze podzielone są tematycznie na trzy działy: on, ona i oni, opisują różne stany emocjonalne i przybliżają nam istotę życia każdego człowieka, istotę kontaktów jego i jej.
Eseje, opowiadania nie są zbyt lubianą w Polsce formą literacką. Wielką sztuką jest zawrzeć wiele w tak niewielkiej ilości słów. Wiśniewskiemu udało się to po mistrzowsku. Każdym z tekstów udowadnia, że nie bez kozery jest uważany za jednego z najlepszych polskich współczesnych pisarzy. Jest także doskonałym słuchaczem, który potrafi niejako wniknąć w duszę drugiego człowieka, wczuć się w jego sytuację, odbiera najdelikatniejsze sygnały.
Te cechy w połączeniu ze świetnym piórem dały sporą ilość doskonałych tekstów. Teksty te są delikatne, ale rzeczywiste, realne, potrafią zawładnąć czytelnikiem na długo. Po skończeniu lektury każdego tekstu, jeszcze przez jakiś czas myślałam o nim, zostawał on w mojej głowie, czułam, jakby nie chciał odejść. Z niektórymi bohaterami utożsamiałam się, niektórzy byli znajomi aż do bólu. Mocne. To wielki dar tak pisać. Wiśniewski ten talent bez wątpienia posiada.
Co jeszcze cenię u autora? A to, że pozwala, ba zmusza czytelnika do myślenia, do własnej interpretacji zakończenia tekstu, a często i jego całości. Na własny użytek określam to prozą inteligentną:) w przeciwieństwie do tej ala amerykańskie czytadła.
Moje historie prawdziwe to doskonały zbiór i zgodnie z tym co w zapowiedziach pisze wydawca - prawdziwa gratka dla czytelnika.
Premiera książki za kilka dni (konkretnie 18 marca), jednak miałam okazję poznać ją wcześniej i czytać egz. przedpremierowy.
Moje historie prawdziwe, to jedna z tych książek, które leżą obok łóżka, które podczytuję fragmentami co kilka dni, którymi chcę, jak najdłużej się rozkoszować. Właśnie skończyłam. Lekturę rozpoczęłam kilka tygodni temu. Jak jednak wspomniałam, zbiór tekstów Wiśniewskiego czytałam z przerwami, w odcinkach (jak ja to nazywam). Poza chęcią jak najdłuższego pozostawania w wykreowanym przez pisarza świecie, powolne czytanie opowiadań Wiśniewskiego wymusza także ładunek emocjonalny jaki jest zawarty w każdym z nich.
Moje historie prawdziwe to kolekcjonerskie wydanie opowiadań Wiśniewskiego. Tom spory, bo liczący 560 stron. Jednak objętości tekstu nie odczuwa się. Całość jest bowiem (jak to u Wiśniewskiego) po mistrzowsku napisana, uchwycone są palety uczuć, niuansów, ludzkich egzystencji. Teksty zawarte w tym zbiorze podzielone są tematycznie na trzy działy: on, ona i oni, opisują różne stany emocjonalne i przybliżają nam istotę życia każdego człowieka, istotę kontaktów jego i jej.
Eseje, opowiadania nie są zbyt lubianą w Polsce formą literacką. Wielką sztuką jest zawrzeć wiele w tak niewielkiej ilości słów. Wiśniewskiemu udało się to po mistrzowsku. Każdym z tekstów udowadnia, że nie bez kozery jest uważany za jednego z najlepszych polskich współczesnych pisarzy. Jest także doskonałym słuchaczem, który potrafi niejako wniknąć w duszę drugiego człowieka, wczuć się w jego sytuację, odbiera najdelikatniejsze sygnały.
Te cechy w połączeniu ze świetnym piórem dały sporą ilość doskonałych tekstów. Teksty te są delikatne, ale rzeczywiste, realne, potrafią zawładnąć czytelnikiem na długo. Po skończeniu lektury każdego tekstu, jeszcze przez jakiś czas myślałam o nim, zostawał on w mojej głowie, czułam, jakby nie chciał odejść. Z niektórymi bohaterami utożsamiałam się, niektórzy byli znajomi aż do bólu. Mocne. To wielki dar tak pisać. Wiśniewski ten talent bez wątpienia posiada. Co jeszcze cenię u autora? A to, że pozwala, ba zmusza czytelnika do myślenia, do własnej interpretacji zakończenia tekstu, a często i jego całości. Na własny użytek określam to prozą inteligentną:) w przeciwieństwie do tej ala amerykańskie czytadła.
Moje historie prawdziwe to doskonały zbiór i zgodnie z tym co w zapowiedziach pisze wydawca - prawdziwa gratka dla czytelnika.
piątek, 9 maja 2014
Ciemna strona
Wydawnictwo Literackie, Okładka miękka, Moja ocena 5,5/6
Literaturę skandynawską uwielbiam. Po opowiadania także chętnie sięgam. Nic więc dziwnego, że nie mogłam sobie odmówić lektury zbioru opowiadań skandynawskich autorów. Opowiadania mają jednak to do siebie, że czyta się je (przynajmniej ja tak robię) "z doskoku", po jednym - dwa codziennie, co kilka dni. Nie inaczej było z Ciemną stroną. Opowiadania podczytywałam przez ostatnie bodajże 2 tygodnie. Przed chwilą skończyłam czytać ostatnie utwór.
Autorami 17 opowiadań są pisarze, których znakiem rozpoznawczym są serie kryminalne: Ake Edwardson, duet Sjöwall-Wahlöö, Åsa Larsson oraz moi ukochani pisarze: Haakan Nesser, Henning Mankell i najukochańszy Stieg Larsson. Przyznam się, iż to właśnie to ostatnie nazwisko było najsilniejszym magnesem, który wręcz zmusił mnie do lektury opowiadań. Swoistą wisienką na torcie są opowiadania wieloletniej towarzyszki życia Stiega Larssona - Evy Gabrielsson, nieznanej u nas Tove Alstredal i nie kojarzonej z literaturą kryminalną, podobno najwybitniejszej szwedzkiej pisarki Sary Stridsberg (nie znam niestety utworów pisarki, ale zamierzam to nadrobić).
Pierwszym opowiadaniem, jakie przeczytałam było to autorstwa Stiega Larssona, inaczej być nie mogło. I ...totalne zaskoczenie. Utwór odmienny od Millenium, a jednocześnie bardzo do trylogii podobny, napisany stylem charakterystycznym dla Larssona, choć jeszcze nie tak doskonałym. Co było powodem zaskoczenia? Tego nie zdradzę. Nie chcę pozbawiać was przyjemności lektury. Przyznam tylko, że to jedno z dwóch najlepszych (moim skromnym zdaniem) opowiadań w całym tomie. Dodam tylko, iż Larsson napisał to opowiadanie mając zaledwie 18 lat. Jak na tak młody wiek, naprawdę doskonały utwór.
Autorem drugiego najlepszego opowiadania jest Henning Mankell. Wyjątkowo przewrotny utwór, będziecie zaskoczeni.
Ciekawe, typowo policyjne, można rzec takie w prawdziwym kryminalnym, starym stylu jest opowiadanie Anny Jansson. Gorąco je polecam.
Przyznam się, iż najmniej byłam ciekawa opowiadania autorstwa Cilli i Rolfa Börjlindów. Jakiś czas temu czytałam ich kryminał, lub raczej książkę, która miała nim być. I przyznam, wrażenia z tego spotkania wyniosłam niezbyt pozytywne. Ku mojemu zaskoczeniu, opowiadanie tej pary nie jest może oszałamiającym sukcesem literackim, ale jest to lektura zdecydowanie lepsza niż w/w książka.
Ogromnym plusem jest zebranie w jednym tomie opowiadań znanych u nas i zupełnie nieznanych autorów. Gorące brawa dla wydawnictwa. A wszystkich miłośników skandynawskiej literatury, gorąco zachęcam do lektury. Być może nie wszystkie opowiadania przypadną wam do gustu. jestem jednak pewna, że każdy fan kryminałów skandynawskich znajdzie w tym zbiorze coś dla siebie.
Literaturę skandynawską uwielbiam. Po opowiadania także chętnie sięgam. Nic więc dziwnego, że nie mogłam sobie odmówić lektury zbioru opowiadań skandynawskich autorów. Opowiadania mają jednak to do siebie, że czyta się je (przynajmniej ja tak robię) "z doskoku", po jednym - dwa codziennie, co kilka dni. Nie inaczej było z Ciemną stroną. Opowiadania podczytywałam przez ostatnie bodajże 2 tygodnie. Przed chwilą skończyłam czytać ostatnie utwór.
Autorami 17 opowiadań są pisarze, których znakiem rozpoznawczym są serie kryminalne: Ake Edwardson, duet Sjöwall-Wahlöö, Åsa Larsson oraz moi ukochani pisarze: Haakan Nesser, Henning Mankell i najukochańszy Stieg Larsson. Przyznam się, iż to właśnie to ostatnie nazwisko było najsilniejszym magnesem, który wręcz zmusił mnie do lektury opowiadań. Swoistą wisienką na torcie są opowiadania wieloletniej towarzyszki życia Stiega Larssona - Evy Gabrielsson, nieznanej u nas Tove Alstredal i nie kojarzonej z literaturą kryminalną, podobno najwybitniejszej szwedzkiej pisarki Sary Stridsberg (nie znam niestety utworów pisarki, ale zamierzam to nadrobić).
Pierwszym opowiadaniem, jakie przeczytałam było to autorstwa Stiega Larssona, inaczej być nie mogło. I ...totalne zaskoczenie. Utwór odmienny od Millenium, a jednocześnie bardzo do trylogii podobny, napisany stylem charakterystycznym dla Larssona, choć jeszcze nie tak doskonałym. Co było powodem zaskoczenia? Tego nie zdradzę. Nie chcę pozbawiać was przyjemności lektury. Przyznam tylko, że to jedno z dwóch najlepszych (moim skromnym zdaniem) opowiadań w całym tomie. Dodam tylko, iż Larsson napisał to opowiadanie mając zaledwie 18 lat. Jak na tak młody wiek, naprawdę doskonały utwór.
Autorem drugiego najlepszego opowiadania jest Henning Mankell. Wyjątkowo przewrotny utwór, będziecie zaskoczeni.
Ciekawe, typowo policyjne, można rzec takie w prawdziwym kryminalnym, starym stylu jest opowiadanie Anny Jansson. Gorąco je polecam.
Przyznam się, iż najmniej byłam ciekawa opowiadania autorstwa Cilli i Rolfa Börjlindów. Jakiś czas temu czytałam ich kryminał, lub raczej książkę, która miała nim być. I przyznam, wrażenia z tego spotkania wyniosłam niezbyt pozytywne. Ku mojemu zaskoczeniu, opowiadanie tej pary nie jest może oszałamiającym sukcesem literackim, ale jest to lektura zdecydowanie lepsza niż w/w książka.
Ogromnym plusem jest zebranie w jednym tomie opowiadań znanych u nas i zupełnie nieznanych autorów. Gorące brawa dla wydawnictwa. A wszystkich miłośników skandynawskiej literatury, gorąco zachęcam do lektury. Być może nie wszystkie opowiadania przypadną wam do gustu. jestem jednak pewna, że każdy fan kryminałów skandynawskich znajdzie w tym zbiorze coś dla siebie.
czwartek, 20 marca 2014
Strach. Opowiadania kresowe
Wydawnictwo Fronda, Okładka miękka, Ocena 5,5/6
Recenzja moje męża.
Opowiadania nie są najbardziej lubianą formą literacką. Niektórzy uważają, iż niewielka ilość tekstu, jaka z reguły jest w nich zawarta, ogranicza ich przesłanie, wymowę, to co autor chciał w treści zawrzeć. Strach... przeczy tej tezie. Opowiadania (a jest ich 12) ukazują bezmiar ludzkiego okrucieństwa, to co jeden człowiek jest w stanie zrobić drugiemu w imię jakiejś chorej, urojonej ni to sprawiedliwości ni to zemsty. Ludobójstwo, śmierć, zabójstwa, akceptowalne przez dużą część jednego narodu, wszechogarniający strach i groza są w tym niewielkim tomiku opowiadań wszechobecne. Głównym bohaterem przewijającym się przez kolejne opowiadania jest Stanisław, którego możemy utożsamiać z osobą autora. Męźczyznę poznajemy w momencie, gdy trwa II wojna światowa. Wraz z rodziną zamieszkuje on w niewielkiej wsi na polskich kresach wschodnich. To automatycznie sprawia, że jego los, jego każdy dzień związany jest zarówno z codziennością polską, jak i ukraińską, a to determinuje jego zachowanie, życie, postrzeganie świata. Stanisław jest bowiem świadkiem wielu, zbyt wielu okrutnych akcji banderowców, którzy nieludzko traktują swoich wieloletnich sąsiadów i to w imię jakiejś chorej, całkowicie niezrozumiałej sprawiedliwości. Jak wspomina sam bohater, banderowcy pojawiali się nagle, niczym bezszelestne, czarne potwory i wyrzynali wieś po wsi. Dla Stanisława byli oni kimś znacznie gorszym niż zwyczajni mordercy. Dla nich liczyło się tylko zarżnięcie, zamęczenie kolejnego Polaka oraz fakt, iż dzięki temu stają się bohaterami nowej Ukrainy. Swoistym trofeum, którym się chlubili były rękawiczki, czyli...skóra w całości ściągnięta z dłoni ofiary. Takie rękawiczki nosili zatknięte za pasek. Ten który miał ich więcej był większym bohaterem i prawdziwym synem Ukrainy.
Strach, okrucieństwo, zło są w książce na porządku dziennym. Niby są to opowiadania, ale jakże prawdziwe, bo oparte na faktach. Niby to krótkie formy literackie, ale tak przepełnione złem, krzywdą ludzką, że aż niepojęte, jak udało się autorowi zawrzeć tyle na tak niewielu stronach.
Ta książka to wstrząsająca lektura i porażający fragment polskiej historii. Zachęcam do lektury.
Recenzja moje męża.
Opowiadania nie są najbardziej lubianą formą literacką. Niektórzy uważają, iż niewielka ilość tekstu, jaka z reguły jest w nich zawarta, ogranicza ich przesłanie, wymowę, to co autor chciał w treści zawrzeć. Strach... przeczy tej tezie. Opowiadania (a jest ich 12) ukazują bezmiar ludzkiego okrucieństwa, to co jeden człowiek jest w stanie zrobić drugiemu w imię jakiejś chorej, urojonej ni to sprawiedliwości ni to zemsty. Ludobójstwo, śmierć, zabójstwa, akceptowalne przez dużą część jednego narodu, wszechogarniający strach i groza są w tym niewielkim tomiku opowiadań wszechobecne. Głównym bohaterem przewijającym się przez kolejne opowiadania jest Stanisław, którego możemy utożsamiać z osobą autora. Męźczyznę poznajemy w momencie, gdy trwa II wojna światowa. Wraz z rodziną zamieszkuje on w niewielkiej wsi na polskich kresach wschodnich. To automatycznie sprawia, że jego los, jego każdy dzień związany jest zarówno z codziennością polską, jak i ukraińską, a to determinuje jego zachowanie, życie, postrzeganie świata. Stanisław jest bowiem świadkiem wielu, zbyt wielu okrutnych akcji banderowców, którzy nieludzko traktują swoich wieloletnich sąsiadów i to w imię jakiejś chorej, całkowicie niezrozumiałej sprawiedliwości. Jak wspomina sam bohater, banderowcy pojawiali się nagle, niczym bezszelestne, czarne potwory i wyrzynali wieś po wsi. Dla Stanisława byli oni kimś znacznie gorszym niż zwyczajni mordercy. Dla nich liczyło się tylko zarżnięcie, zamęczenie kolejnego Polaka oraz fakt, iż dzięki temu stają się bohaterami nowej Ukrainy. Swoistym trofeum, którym się chlubili były rękawiczki, czyli...skóra w całości ściągnięta z dłoni ofiary. Takie rękawiczki nosili zatknięte za pasek. Ten który miał ich więcej był większym bohaterem i prawdziwym synem Ukrainy.
Strach, okrucieństwo, zło są w książce na porządku dziennym. Niby są to opowiadania, ale jakże prawdziwe, bo oparte na faktach. Niby to krótkie formy literackie, ale tak przepełnione złem, krzywdą ludzką, że aż niepojęte, jak udało się autorowi zawrzeć tyle na tak niewielu stronach.
Ta książka to wstrząsająca lektura i porażający fragment polskiej historii. Zachęcam do lektury.
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Taniec szczęśliwych cieni, Przyjaciółka z młodości, czyli podwójne spotkanie z noblistką Alice Munro
Wydawnictwo Literackie, Okładka miękka, Moja ocena 5,5/6
Kolejne 2 tomy opowiadań wybitnej kanadyjskiej pisarki.Opowiadania te podczytywałam od jakiegoś czasu. W końcu uznałam, iż czas najwyższy kilka słów o nich napisać. Wiem, opowiadania nie należą do najbardziej lubianych form literackich, ale tym, które stworzyła Munro zdecydowanie warto dać szansę.
Zbiór Taniec szczęśliwych cieni powstał w 1968 roku i był debiutanckim w dorobku pisarki. W trakcie lektury nie mogłam uwierzyć, iż jest to debiut, tak dojrzałe stylistycznie i uczuciowo są to opowiadania.
Taniec... to 15 historii zwyczajnych ludzi, takich jak każdy z nas.
Poznajemy ich życie codzienne na kanadyjskiej prowincji, radości,
smutki. Życie każdego z nich toczy się swoim rytmem w okresie po
zakończeniu II wojny światowej. Brak w opowiadaniach jakiś wielkich, wiekopomnych wydarzeń, dramatów, euforycznych radości. Ot jakieś przyjecie, egzamin, zakupy, rodzinne spotkanie. Czyli zwyczajne, najzwyczajniejsze w świecie sprawy, takie, jakie znależć można w życiu każdego z nas. Ot okruchy dnia codziennego wymieszane. Ta mieszanina to zbiór rewelacyjnych opowiadań, które czyta się z prawdziwą przyjemnością i podziwem dla kunsztu ubiegłorocznej laureatki Nagrody Nobla. Munro, jak nikt inny w tak krótkiej formie, jaką jest opowiadanie potrafi tak wiele ukazać.
Przyjaciółka z młodości, to kolejny zbiór opowiadań Munro. Powstał on w 1990 roku i mimo, iż wspomniałam, że Taniec... jest doskonały, to Przyjaciółka... jeszcze go przebija. Już od 1. opowiadania rzuca się w oczy, iż styl pisarski Munro przez okres czasu pomiędzy wydaniem obu książek zdecydowanie ewoluował, stal się doskonalszy, bardziej dojrzały. Tym razem kanadyjska pisarka serwuje nam 10 opowiadań. Nadal ich główną tematyką są sprawy dnia codziennego zwykłych ludzi, dominują jednak sprawy damsko-męskie i ich ocena przez przedstawicielki płci pięknej po latach. Która z nas mając za sobą x lat, pewien bagaż życiowych doświadczeń, kontaktów damsko-męskich (na różnych płaszczyznach) nie robiła (lub nie zrobi) takich podsumowań?! Warto przeczytać opowiadania Munro i poznać punkt widzenia i problemy kanadyjskich kobiet. Jedna z nich kilkakrotnie ryzykowała uczucie do męźczyzny w efekcie zostając z niczym (bez uczucia, bez pieniędzy), inna bierze udział w dziwacznej rozgrywce między trojgiem ludzi, kolejna rozpamiętuje zerwanie najważniejszego związku w jej życiu, jakim była przyjażń.
Niestety, ale większość bohaterek tych 10 opowiadań dochodzi do smutnego wniosku - nie warto było, gdybym zrobiła wtedy inaczej. Która z nas może z ręką na sercu powiedzieć, że choć raz w życiu nie pomyślała tak samo?!
Tych, którzy nie mieli jeszcze okazji sięgnąć po opowiadania Alice Munro, gorąco, przegorąco zachęcam do lektury. Nie bójcie się opowiadań.
Kolejne 2 tomy opowiadań wybitnej kanadyjskiej pisarki.Opowiadania te podczytywałam od jakiegoś czasu. W końcu uznałam, iż czas najwyższy kilka słów o nich napisać. Wiem, opowiadania nie należą do najbardziej lubianych form literackich, ale tym, które stworzyła Munro zdecydowanie warto dać szansę.
Zbiór Taniec szczęśliwych cieni powstał w 1968 roku i był debiutanckim w dorobku pisarki. W trakcie lektury nie mogłam uwierzyć, iż jest to debiut, tak dojrzałe stylistycznie i uczuciowo są to opowiadania.
Taniec... to 15 historii zwyczajnych ludzi, takich jak każdy z nas.
Poznajemy ich życie codzienne na kanadyjskiej prowincji, radości,
smutki. Życie każdego z nich toczy się swoim rytmem w okresie po
zakończeniu II wojny światowej. Brak w opowiadaniach jakiś wielkich, wiekopomnych wydarzeń, dramatów, euforycznych radości. Ot jakieś przyjecie, egzamin, zakupy, rodzinne spotkanie. Czyli zwyczajne, najzwyczajniejsze w świecie sprawy, takie, jakie znależć można w życiu każdego z nas. Ot okruchy dnia codziennego wymieszane. Ta mieszanina to zbiór rewelacyjnych opowiadań, które czyta się z prawdziwą przyjemnością i podziwem dla kunsztu ubiegłorocznej laureatki Nagrody Nobla. Munro, jak nikt inny w tak krótkiej formie, jaką jest opowiadanie potrafi tak wiele ukazać.
Przyjaciółka z młodości, to kolejny zbiór opowiadań Munro. Powstał on w 1990 roku i mimo, iż wspomniałam, że Taniec... jest doskonały, to Przyjaciółka... jeszcze go przebija. Już od 1. opowiadania rzuca się w oczy, iż styl pisarski Munro przez okres czasu pomiędzy wydaniem obu książek zdecydowanie ewoluował, stal się doskonalszy, bardziej dojrzały. Tym razem kanadyjska pisarka serwuje nam 10 opowiadań. Nadal ich główną tematyką są sprawy dnia codziennego zwykłych ludzi, dominują jednak sprawy damsko-męskie i ich ocena przez przedstawicielki płci pięknej po latach. Która z nas mając za sobą x lat, pewien bagaż życiowych doświadczeń, kontaktów damsko-męskich (na różnych płaszczyznach) nie robiła (lub nie zrobi) takich podsumowań?! Warto przeczytać opowiadania Munro i poznać punkt widzenia i problemy kanadyjskich kobiet. Jedna z nich kilkakrotnie ryzykowała uczucie do męźczyzny w efekcie zostając z niczym (bez uczucia, bez pieniędzy), inna bierze udział w dziwacznej rozgrywce między trojgiem ludzi, kolejna rozpamiętuje zerwanie najważniejszego związku w jej życiu, jakim była przyjażń.
Niestety, ale większość bohaterek tych 10 opowiadań dochodzi do smutnego wniosku - nie warto było, gdybym zrobiła wtedy inaczej. Która z nas może z ręką na sercu powiedzieć, że choć raz w życiu nie pomyślała tak samo?!
Tych, którzy nie mieli jeszcze okazji sięgnąć po opowiadania Alice Munro, gorąco, przegorąco zachęcam do lektury. Nie bójcie się opowiadań.
piątek, 8 listopada 2013
Dziwki morderczynie - Roberto Bolano
Wydawnictwo Muza, Okładka miękka, 208 s., Moja ocena 5,5/6
To moje kolejne spotkanie z twórczością tego nieżyjącego już niestety chilijskiego pisarza i kolejny raz jestem zachwycona.
Z reguły od książek Bolano nie mogłam się oderwać. Tym razem było jednak inaczej, książkę czytałam na raty - jeden fragment i kilkudniowa przerwa. Powodem tego, jest fakt, iż Dziwki morderczynie to zbiór opowiadań. A opowiadania czyta się wolniej, niejednokrotnie trudniej. Z reguły są to bowiem formy literackie bardziej (jak ja to nazywam) skondensowane. Wszak na kilku-kilkudziesięciu stronach autor musi zawrzeć ten sam sens opowieści, co w przypadku normalnej książki zajęłoby mu kilka-kilkanaście razy więcej stron. Trudna sztuka, nie wszystkim się ona udaje.
Co do tego, że opowiadania, których autorem jest Bolano, będą doskonałej jakości, nie miałam wątpliwości. Nie wiedziałam jednak, że do tak charakterystycznego dla siebie lekko ponurego, ironicznego stylu dołączy pisarz także coś jeszcze. Chodzi mi o swoisty mrok, czy to duszy, czy krajobrazu, czy też przeszłości, czy wreszcie życia codziennego (bary, speluny, domy publiczne, zakazane zaułki).
Opowiadania są niezwykle różnorodne. Obok w/w mroku, rozterek egzystencjalnych karty niniejszego tomiku Bolano zapełnia także seksem, rozpamiętywaniem tego co ma sens, a co jest go pozbawione. Nie brak także elementów autobiograficznych, bardzo silnie nawiązujących do trudnej i bolesnej historii Chille. Mimo, iż wraz z początkiem dyktatury Pinocheta, Bolano opuścił ojczyznę, to jednak nigdy nie przestał za nią tęsknić, nigdy nie pogodził się z tym, co dzieje się w jego ojczyźnie. Ślady owej tęsknoty oraz krótkotrwałego pobytu w chilijskim wiezieniu, także wyraźnie widać w omawianych opowiadaniach.
Znajdziemy w nich także to, co najbardziej lubię u Bolano, zręczne pióro, cięty język, niesamowicie spostrzegawcze oko, niebywałą wyobraźnię i magię niedomówień.
W związku z tym każdy wg. mnie może te opowiadania interpretować inaczej. I to mi się w twórczości Bolano najbardziej podoba.
Dziwki morderczynie to nie jest łatwa pozycja, ale bez wątpienia warto po nią sięgnąć. Nie wszystkie opowiadania muszą wam się spodobać, ale gwarantuję, żadne nie pozostawi was obojętnymi.
To moje kolejne spotkanie z twórczością tego nieżyjącego już niestety chilijskiego pisarza i kolejny raz jestem zachwycona.
Z reguły od książek Bolano nie mogłam się oderwać. Tym razem było jednak inaczej, książkę czytałam na raty - jeden fragment i kilkudniowa przerwa. Powodem tego, jest fakt, iż Dziwki morderczynie to zbiór opowiadań. A opowiadania czyta się wolniej, niejednokrotnie trudniej. Z reguły są to bowiem formy literackie bardziej (jak ja to nazywam) skondensowane. Wszak na kilku-kilkudziesięciu stronach autor musi zawrzeć ten sam sens opowieści, co w przypadku normalnej książki zajęłoby mu kilka-kilkanaście razy więcej stron. Trudna sztuka, nie wszystkim się ona udaje.
Co do tego, że opowiadania, których autorem jest Bolano, będą doskonałej jakości, nie miałam wątpliwości. Nie wiedziałam jednak, że do tak charakterystycznego dla siebie lekko ponurego, ironicznego stylu dołączy pisarz także coś jeszcze. Chodzi mi o swoisty mrok, czy to duszy, czy krajobrazu, czy też przeszłości, czy wreszcie życia codziennego (bary, speluny, domy publiczne, zakazane zaułki).
Opowiadania są niezwykle różnorodne. Obok w/w mroku, rozterek egzystencjalnych karty niniejszego tomiku Bolano zapełnia także seksem, rozpamiętywaniem tego co ma sens, a co jest go pozbawione. Nie brak także elementów autobiograficznych, bardzo silnie nawiązujących do trudnej i bolesnej historii Chille. Mimo, iż wraz z początkiem dyktatury Pinocheta, Bolano opuścił ojczyznę, to jednak nigdy nie przestał za nią tęsknić, nigdy nie pogodził się z tym, co dzieje się w jego ojczyźnie. Ślady owej tęsknoty oraz krótkotrwałego pobytu w chilijskim wiezieniu, także wyraźnie widać w omawianych opowiadaniach.
Znajdziemy w nich także to, co najbardziej lubię u Bolano, zręczne pióro, cięty język, niesamowicie spostrzegawcze oko, niebywałą wyobraźnię i magię niedomówień.
W związku z tym każdy wg. mnie może te opowiadania interpretować inaczej. I to mi się w twórczości Bolano najbardziej podoba.
Dziwki morderczynie to nie jest łatwa pozycja, ale bez wątpienia warto po nią sięgnąć. Nie wszystkie opowiadania muszą wam się spodobać, ale gwarantuję, żadne nie pozostawi was obojętnymi.
środa, 5 czerwca 2013
Wśród swoich - Amos Oz
Wydawnictwo Rebis, Okładka twarda z obwolutą, 152 s., Moja ocena 5/6
Wśród swoich to zbiór 8 opowiadań izraelskiego pisarza. Każde z opowiadań to inny bohater, inne radości i smutki. Łączy je jednak jedno. Ich akcja rozgrywa się w kibucu, miejscu, gdzie brakuje prywatnej własności, gdzie wszystko jest wspólne, gdzie niczego z pozoru nie brakuje do szczęścia. Ale czy tak jest na pewno?
Oz opowiada o życiu w kibucu Jikhat pod koniec lat 50. XX w. Opowiada także o jego mieszkańcach, którzy wtłoczeni w ramy wspólnoty próbują ocalić swoją indywidualność, starają się być inni, nie zlewać z otoczeniem ze swoimi sąsiadami. A przychodzi im to z wielkim trudem. Kibuc to miejsce, gdzie jedzenia i noclegu nigdy nikomu nie zabraknie. Wydawałoby się wspaniale, ale kibuc to także miejsce, w którym nie ma szans na odosobnienie, gdzie każda decyzja podejmowana jest wspólnie, gdzie wszystko omawia się na forum publicznym. Jak dla mnie miejsce koszmarne.
Bardzo poruszyły mnie szczegółowe opisy samego kibucu i życia w nim. Amos Oz zna takie miejsce z autopsji, dorastał w nim, po studiach wrócił do niego na 20 lat. Wszystkie uczucia, żale, radości, troski z tych lat zawarł w tych kilku opowiadaniach. Niezwykle realny opis, momentami aż nazbyt poruszający.
Oz to od dawna dla mnie mistrz tworzenia nastrojów, mistrz niedomówień, mistrz tajemnicy i zawoalowanych aluzji. Dzięki tym cechom, kibuc w trakcie lektury jawi nam się jako miejsce tajemnicze, a jednocześnie dziwne, przerażające. Przynajmniej na mnie zrobił takie wrażenie. Ciekawe jak będzie w waszym przypadku. Gorąco zachęcam was do sięgnięcia po tę pozycję. Wiem, opowiadania nie cieszą się zbytnim powodzeniem, nie wszyscy lubią krótkie formy, ale Ozowi warto dać szansę.
Wśród swoich to zbiór 8 opowiadań izraelskiego pisarza. Każde z opowiadań to inny bohater, inne radości i smutki. Łączy je jednak jedno. Ich akcja rozgrywa się w kibucu, miejscu, gdzie brakuje prywatnej własności, gdzie wszystko jest wspólne, gdzie niczego z pozoru nie brakuje do szczęścia. Ale czy tak jest na pewno?
Oz opowiada o życiu w kibucu Jikhat pod koniec lat 50. XX w. Opowiada także o jego mieszkańcach, którzy wtłoczeni w ramy wspólnoty próbują ocalić swoją indywidualność, starają się być inni, nie zlewać z otoczeniem ze swoimi sąsiadami. A przychodzi im to z wielkim trudem. Kibuc to miejsce, gdzie jedzenia i noclegu nigdy nikomu nie zabraknie. Wydawałoby się wspaniale, ale kibuc to także miejsce, w którym nie ma szans na odosobnienie, gdzie każda decyzja podejmowana jest wspólnie, gdzie wszystko omawia się na forum publicznym. Jak dla mnie miejsce koszmarne.
Bardzo poruszyły mnie szczegółowe opisy samego kibucu i życia w nim. Amos Oz zna takie miejsce z autopsji, dorastał w nim, po studiach wrócił do niego na 20 lat. Wszystkie uczucia, żale, radości, troski z tych lat zawarł w tych kilku opowiadaniach. Niezwykle realny opis, momentami aż nazbyt poruszający.
Oz to od dawna dla mnie mistrz tworzenia nastrojów, mistrz niedomówień, mistrz tajemnicy i zawoalowanych aluzji. Dzięki tym cechom, kibuc w trakcie lektury jawi nam się jako miejsce tajemnicze, a jednocześnie dziwne, przerażające. Przynajmniej na mnie zrobił takie wrażenie. Ciekawe jak będzie w waszym przypadku. Gorąco zachęcam was do sięgnięcia po tę pozycję. Wiem, opowiadania nie cieszą się zbytnim powodzeniem, nie wszyscy lubią krótkie formy, ale Ozowi warto dać szansę.
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Ja i inne małpy - Teresa Urban
Wydawnictwo WFW, Okładka miękka, 200 s., Moja ocena 4,5/6Przed rozpoczęciem lektury o autorce nic nie wiedziałam, a o książce tyle, że jest to zbiór opowiadań. Opowiadania, a w zasadzie ich zbiory traktuję z dużą dozą nieufności. Na ogół część opowiadań trzyma dosyć wysoki poziom, część jest po prostu kiepska.
W przypadku zbioru Ja i inne małpy poziom wszystkich 24 opowiadań jest wyrównany i trzeba autorce oddać sprawiedliwość, że jest on dosyć wysoki.
Teresa Urban pochodzi z Warszawy. Z zawodu jest mikrobiologiem (w zawodzie pracowała w Szwecji), a więc z literaturą zawodową ma niewiele wspólnego. Przez wiele lat zajmowała się diagnostyką bakteriologiczną i pracą naukową. Po zrobieniu doktoratu w Karolinska Institutet została zatrudniona w laboratorium farmaceutycznym. Opublikowała szereg artykułów naukowych w językach: angielskim, szwedzkim i polskim.
Od jakiegoś Teresa Urban czasu jest na emeryturze i oddaje się swojej pasji pisaniu.
W 2010r. wydawała swoja pierwszą dwujęzyczną polsko-szwedzką książkę Dino i inne opowiadania. Tej pozycji nie znam, ale sądząc po opisie wydawcy, muszą to być opowiadania bardzo zbliżone do tych zawartych w zbiorze Ja i inne małpy.
Opowiadania są różnorodne, zarówno pod względem długości, jak i tematyki. Łączy je jedno - wszystkie są z życia wzięte, oparte na faktach i każde z nich zawiera puentę, a niektóre bardzo ciekawy i pouczający morał. Nie znaczy to, że opowiadania są nudne, moralizatorskie; wręcz przeciwnie - są lekkie, dowcipne, bardzo ciekawe i niezwykle zaskakujące. W zbiorze nie brak nowelek z życia wziętych, sensacyjnych, esejów humorystycznych, sarkastycznych anegdot oraz reportaży z podróży.
Co ciekawe, ale wydaje mi się, że także niezwykle istotne, Teresa Urban zaskakuje czytelnika i to bardzo. Kilkakrotnie byłam pewna, że wiem, jakie będzie zaskoczenie, a tu ogromna niespodzianka. Kilka opowiadań ma charakter kryminalny, a duża ich część związana jest ze zwierzętami. Autorce w niezwykle ciekawy sposób udało się ukazać, jak przebiegłe, mądre i kochane potrafią być nasi mniejsi przyjaciele.
Co jeszcze charakterystyczne dla opowiadań, to fakt, iż autorka używa bardzo pięknej polszczyzny, bardzo opisowej, z którą rzadko już się spotykamy w przypadku literatury. Trudno jest mi nawet napisać co dokładnie mam na myśli. Jestem pewna, że taki sposób pisania od razu zwróci waszą uwagę.
Gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę niepozorną książeczkę. Nie zrażajcie się niewiele mówiącą okładką, nieznanym nazwiskiem autorki, czy faktem, iż jest to zbiór opowiadań (wiem, że taka forma literacka cieszy się umiarkowanym zainteresowaniem).
Dajcie szansę autorce, gwarantuję, że w trakcie lektury nie będziecie się nudzić, kilka razy uśmiechniecie się pod nosem, a jeszcze więcej razy autorka bardzo was zaskoczy i zadziwi.
wtorek, 14 sierpnia 2012
Opowiadania wszystkie - Leopold Tyrmand
Wydawnictwo MG, Okładka twarda, 384 s., Moja ocena 5,5/6
Opowiadania wszystkie Leopolda Tyrmanda czytałam od...kilku miesięcy. Książka nie jest gruba, opowiadanie doskonałe (zresztą, jak cała twórczość pisarza, którego jestem bezkrytyczną fanką, wręcz wielbicielką), ale nie jest to pozycja, którą można przeczytać „na raz”, „na jedno posiedzenie", jak to mawiała moja babcia.
Wydawnictwo pokusiło się o zebranie (po raz pierwszy od ich powstania) w jeden tom opowiadań Tyrmanda.
Jest to zbiór 14 opowiadań. Może się wydawać, że nie dużo, a jednak dużo. Przede wszystkim dlatego, że tematyka jaką autor w nich porusza jest bardzo różnorodna. Tyrmand opisuje swoje przeżycia wojenne, fascynację sportem, snuje rozważania nad naturą ludzką. Ale przede wszystkim pisze o sobie, a czyniąc to – opisuje otaczający go świat, a był to świat niezwykle barwny, ciekawy, fascynujący, bzdurny, kuriozalny, ale na pewno nie nudny.
Poza tym każde z opowiadań powstało w innym okresie, na innym etapie twórczości, rozwoju, życia pisarza. To nie oznacza, że dzielił je jakiś obłędny okres czasu, ale pisząc każde z tych opowiadań Tyrmand był inny.
Wydawnictwo pokusiło się o zebranie (po raz pierwszy od ich powstania) w jeden tom opowiadań Tyrmanda.
Jest to zbiór 14 opowiadań. Może się wydawać, że nie dużo, a jednak dużo. Przede wszystkim dlatego, że tematyka jaką autor w nich porusza jest bardzo różnorodna. Tyrmand opisuje swoje przeżycia wojenne, fascynację sportem, snuje rozważania nad naturą ludzką. Ale przede wszystkim pisze o sobie, a czyniąc to – opisuje otaczający go świat, a był to świat niezwykle barwny, ciekawy, fascynujący, bzdurny, kuriozalny, ale na pewno nie nudny.
Poza tym każde z opowiadań powstało w innym okresie, na innym etapie twórczości, rozwoju, życia pisarza. To nie oznacza, że dzielił je jakiś obłędny okres czasu, ale pisząc każde z tych opowiadań Tyrmand był inny.
Chociaż jestem (jak zwykle zresztą) zachwycona Opowiadaniami...to jednak dostrzegam sporą różnicę między nimi, a np. Złym, czy Dziennikiem 1954. Opowiadania powstały zaraz po II wojnie światowej, w różnym odstępie czasu, ale jednak w przeciągu kilku lat po jej zakończeniu, czyli w zasadzie na początkowym etapie kształtowania się Tyrmanda, jako pisarza. Wydaje mi się, że były one swoistą wprawką do póżniejszej twórczości. I to wprawianie się pisarza w profesji widać.
Nie znaczy to, że opowiadania są złe, wręcz przeciwnie - są bardzo dobre, ale inne niż póżniejsze dzieła i odrobinkę, ale na prawdę odrobinkę gorsze od np. Siedmiu dalekich rejsów. Opowiadaniom zawdzięczamy jednak możliwość obserwowania, jak kształtował się Tyrmand, jako pisarz i poznania go, jako człowieka w tym okresie.
Autor w ogóle należał do fascynujących osób, spójrzcie chociażby na moją recenzję jego Dziennika 1954 o tutaj (kliknij). Tą jego barwną, fascynującą i w okresie PRL-u unikalną osobowość, niechęć do poddania się oczekiwaniom otoczenia, widać dokładnie także w Opowiadaniach wszystkich.
Dzięki temu zbiór ten to swoisty kolaż, kolaż zarówno Tyrmanda, jego uczuć i charakteru (a charakterek miał, oj miał), jak i kolaż ówczesnej Polski.
Opowiadania, jako forma literacka cieszą się dużo mniejszym powodzeniem niż np. powieść. Rzadko któremu autorowi uda się tak zainteresować czytelnika, żeby nie mógł od lektury się oderwać. Tyrmandowi i jego opowiadaniom udało się to trudne zadanie. Czemu należy to przypisać? Moim zdaniem przede wszystkim talentowi Tyrmanda i tak unikalnej dla niego umiejętności posługiwania się piórem i operowania nim. Opowiadania są proste, a jednocześnie zawierają swoistą głębie, sporo w nich porównań, przenośni, ironii, obnażania absurdu ówczesnego okresu, czyli tego, co tak w Tyrmandzie cenię i co mnie już dawno ujęło w jego twórczości.
Poza tym cechą charakterystyczną tego zbioru opowiadań jest ich ogromna różnorodność tematyczna, pisze o pracy, o sporcie, o wojnie, dolach i niedolach codziennego życia, a przede wszystkim o sobie. Ten tom opowiadań na pewno ucieszy nie tylko wielbicieli Tyrmanda, jako pisarza, ale także Tyrmanda, jako człowieka. W opowiadaniach znajdziemy sporo odniesień oraz opisów wprost dot. życia pisarza. I to jest moim zdaniem w całym zbiorze najlepsze, najbardziej fascynujące. Bo (jak podkreślałam przy okazji innych recenzji dzieł Tyrmanda) w twórczości Leopolda Tyrmanda najlepszy jest sam Tyrmand:).
Znawców i miłośników twórczości Tyrmanda nie trzeba zachęcać do lektury, a przeciwników opowiadań i nieznających Tyrmanda, gorąco zachęcam, dajcie szansę pisarzowi, na prawdę warto. Jego teksty to prawdziwe perełki w zalewie większych i mniejszych literackich gniotów i gniotków.
środa, 18 lipca 2012
Opowiadacze. Nie tylko Hrabal. - Autorzy najlepszej prozy czeskiej.
Wydawnictwo Literackie, Okładka miękka, 308 s., Moja ocena 5/6
Z czym nam się kojarzy literatura czeska? Przede wszystkim z wojakiem Szwejkiem, Kunderą, Hrabalem i dla większości z nas to już koniec doświadczeń z literaturą naszych południowych sąsiadów. I nic dziwnego, że z tymi trzema nazwiskami najczęściej kojarzymy literacko Czechy. Mimo bliskości naszych krajów, literatura tego kraju jest u nas prawie nieznana, a ja lubię wszystko co nieznane lub mało znane. Tym chętniej sięgnęłam po nową pozycję na naszym rynku wydawniczym. Pod tytułem - Opowiadacze. Nie tylko Hrabal. kryje się bardzo ciekawy zbiór opowiadań czeskich autorów ostatnich lat. Subiektywnego wyboru takich, a nie innych opowiadań dokonali dwaj tłumacze - Andrzej S. Jagodziński i Jan Stachowski. Jednemu czytelnikowi taki wybór może przypaść do gustu, innemu nie. Mnie zdecydowanie spodobał się.
Dokonując takiego, a nie innego wyboru, tłumacze kierowali się jedna podstawową zasadą (poza czeskością opowiadań), a mianowicie faktem, że nigdy wcześniej nie były one publikowane w formie książkowej. Udało im się zgromadzić ciekawy zbiór krótszych i dłuższych opowiadań, które połączone w jedną książkę stworzyły niesamowicie barwny i frapujący czeski kolaż.
Opowiadania są bardzo różnorodne i trudno wybrać to, które najbardziej mi się spodobało. Każde jest inne, każde ma w sobie to coś i każde mogę śmiało polecić.
Charakterystyczną cechą wszystkich opowiadań jest przedstawienie prostej z pozoru rzeczywistości w sposób może odrobinę dziwny, odrobinę metafizyczny, po prostu inny. Przypomnijcie sobie proszę czeskie filmy, które kilka – kilkanaście lat temu TVP z lubością emitowała. W tych filmach ich twórcy z każdego najdrobniejszego aspektu życia codziennego potrafili zrobić mniejszy lub większy spektakl. Mam wrażenie, że taka sama maniera przełożyła się na literaturę czeską. Dlatego lektura zbioru czeskich opowiadań jest bardzo ciekawym doświadczeniem.
Co ciekawe, wśród autorów opowiadań znajdziemy tylko jedną kobietę – Evę Kriseovą. I tak się zastanawiam, czy w Czechach brakuje kobiet tworzących dobrą literaturę, czy po prostu dokonującym wyboru tłumaczom twórczość żadnej innej autorki nie przypadła do gustu.
Bardzo ciekawa jest też okładka, wyjątkowo rzuca się w oczy i jest wyjątkowo czeska. Widzimy w tle panoramę starej Pragi, kwintesencji Czech, a na pierwszym planie naga kobieta ciągnąc za sobą materiał – szatę, trochę, a nawet więcej niż trochę całość kojarzy mi się z twórczością Jana Saudka. Jest to artysta bardzo znany na Zachodzie, coraz bardziej w ojczyżnie, a niestety mało u nas.
Warto poznać czeską literaturę, sztukę i wyjść trochę dalej, poza ramy w/w Kundery i Hrabala.
A, że Hrabal jest jednym z najważniejszych czeskich pisarzy, swoistym punktem odniesienia, może świadczyć przewrotny i wiele mówiący tytuł zbioru – nie tylko Hrabal.
Bardzo się cieszę, że Wydawnictwo Literackie zaprezentowało nam fragment prozy czeskiej, niewielki, ale mam nadzieje, że wydawca nie spocznie na laurach.
Z radością obserwuję, że w naszych księgarniach pojawia się coraz więcej innej literatury niż amerykańska sieczka. Instytut Wydawniczy Erica wydaje powieści słowackiego autora Jurija Cervenaka, Wydawnictwo Cel zaczyna publikować rosyjską literaturę. Oby tak dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















