Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Moja ocena 4/6
Hiszpański smyczek, to debiutancka powieść Andromedy Romano-Lax, która zgodnie z tym, co wydawca napisał na okładce, miała mnie porwać i zachwycić. Nie zdarzyło się ani jedno ani drugie. Chociaż muszę przyznać, iż książkę czytało się nieźle, ale bez jakiś specjalnych ochów i achów. Ot dobrze napisana powieść. Porównanie autorki do kultowego bez mała Zafona, jest dużym nieporozumieniem. Romano-Lax pisze dobrze, ale do poziomu autora Cienia wiatru jeszcze bardzo dużo jej brakuje.
Akcja książki jest wielowątkowa. Pierwszy wątek rozpoczyna się pod koniec XIX wieku i dotyczy narodzin chłopiec, który za kilkanaście lat stanie się największym wiolonczelistą w historii Hiszpanii.
Kolejny wątek to szeroko zakrojona panorama gospodarczo-historyczno-społeczna Hiszpanii początku XX wieku. Dwór
królewski w Madrycie chyli się powoli ku
upadkowi. W całej Europie rozpoczynają się zmiany i to jak pokaże czas - zmiany bardzo niekorzystne. Nadciąga I wojna światowa, później mają miejsce narodziny faszyzmu i kolejne zawieruchy dziejowe. Tło historyczne jest burzliwe, bo taka była tez I połowa XX wieku. Ciekawe, iż autorka nie skupia się tylko na wielkich wydarzeniach dotykających całej Europy, ale w nie mniejszym zakresie opowiada o trudnych kolejach hiszpańskiej historii, jak np. wojna domowa, dyktatura Franco.
Na tym tle śledzimy losy dorosłego już wiolonczelisty, jego walkę o karierę, miłość, szczęście czy wreszcie godne życie. Bardzo ciekawie opisane są wewnętrzne zmagania bohatera z okrutnym światem, konieczność dokonywania bardzo trudnych, a często i niejednoznacznych wyborów oraz rola jaką pełni muzyk w okrutnym świecie. Czy w ogóle artysta w trakcie niepokojów wojny pełni jakąkolwiek istotną rolę?
Historia ciekawie i dosyć zręcznie napisana. Ogromnym plusem jest spore podobieństwo głównego bohatera do postaci autentycznej, do Casalsa, który był wielkim wiolonczelistą i zagorzałym antyfaszystą.
Plusem jest także wplecenie historii w autentyczne wydarzenia. Tylko moim zdaniem pisarka zbyt wczuła się w rolę. Mimo mojej miłości do historii, w książce za dużo jest treści edukacyjnej, tonu moralizatorskiego. Przynajmniej ja tak Hiszpański smyczek odebrałam.
Poza tym to dobra powieść, do lektury której zachęcam.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo nasza księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo nasza księgarnia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 1 czerwca 2015
sobota, 12 lipca 2014
Scenariusz z życia
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Moja ocena 4,5/6
Główna bohaterka książki, Marta, kobieta ok. 50-ki, po rozwodzie. Wydawałoby się, że pozostało jej cieszenie się szczęściem innych, spotkania z przyjaciółkami, narzekanie na męźczyzn i niańczenie wnuczki. Marta postanawia udowodnić wszystkim (a przede wszystkim sobie), że rozwód i 50-ka na karku, to nie koniec świat,a nie dramat i nie powód żeby zaszywać się w domu. Kobieta odnosi sukces w każdej z możliwych dziedzin, co wprawia otoczenia, a także poniekąd ją samą w wielkie zdziwienie.
Autorka doskonale opowiada historię, która może przydarzyć się każdej z nas. Wiele kobiet w pewnym momencie życia staje przed widmem rozwodu. Gdy są w wieku Marty, otoczenie oczekuje od nich załamania, szlochania w chusteczkę, złorzeczenia na byłego męża i bawienia wnuków. Tymczasem większość z takich kobiet ma w sobie niebywały potencjał, któremu potrzeba (podobnie jak książkowej bohaterce) bodźca, jakiegoś impulsu.
Scenariusz z życia to lekka, acz niebywale mądra i z morałem opowieść. Autorka pod płaszczykiem perypetii Marty w zabawny (momentami ala Joanna Chmielewska) sposób przekazuje pewne życiowe prawdy, wskazuje delikatnie drogę. Książka aż kipi radością, uśmiechem, jest jak taki plasterek na styrana problemami kobieca duszę.
Moim zdaniem jest to doskonała lektura dla kobiet w każdym wieku, nie tylko tym w którym jest Marta. Lekcja, którą daje nam główna bohaterka może być doskonałym drogowskazem dla kobiet w każdym wieku. Wszak nigdzie nie jest napisane, iż rozwód jest dla pań po 50-tce, a x albo y dla pań w przedziale 30-40.
Scenariusz z życia to jednak nie tylko opowieść o kobiecie po przejściach, o jej sposobach radzenia sobie ze sobą, ze światem. To także (a może przede wszystkim) opowieść o kobiecie, której się chciało chcieć, której się chciało walczyć o coś dla siebie, a także książka o wielkiej radości życia.
Scenariusz z życia czyta się niezwykle szybko, lekko i z uśmiechem na ustach. Idealna lektura nie tylko na lato.Gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę niepozorną książkę, która jest debiutancką książką Anny M. Brengos. Oby tak dalej. niecierpliwie czekam na kolejną opowieść z życia:).
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi
Główna bohaterka książki, Marta, kobieta ok. 50-ki, po rozwodzie. Wydawałoby się, że pozostało jej cieszenie się szczęściem innych, spotkania z przyjaciółkami, narzekanie na męźczyzn i niańczenie wnuczki. Marta postanawia udowodnić wszystkim (a przede wszystkim sobie), że rozwód i 50-ka na karku, to nie koniec świat,a nie dramat i nie powód żeby zaszywać się w domu. Kobieta odnosi sukces w każdej z możliwych dziedzin, co wprawia otoczenia, a także poniekąd ją samą w wielkie zdziwienie.
Autorka doskonale opowiada historię, która może przydarzyć się każdej z nas. Wiele kobiet w pewnym momencie życia staje przed widmem rozwodu. Gdy są w wieku Marty, otoczenie oczekuje od nich załamania, szlochania w chusteczkę, złorzeczenia na byłego męża i bawienia wnuków. Tymczasem większość z takich kobiet ma w sobie niebywały potencjał, któremu potrzeba (podobnie jak książkowej bohaterce) bodźca, jakiegoś impulsu.
Scenariusz z życia to lekka, acz niebywale mądra i z morałem opowieść. Autorka pod płaszczykiem perypetii Marty w zabawny (momentami ala Joanna Chmielewska) sposób przekazuje pewne życiowe prawdy, wskazuje delikatnie drogę. Książka aż kipi radością, uśmiechem, jest jak taki plasterek na styrana problemami kobieca duszę.
Moim zdaniem jest to doskonała lektura dla kobiet w każdym wieku, nie tylko tym w którym jest Marta. Lekcja, którą daje nam główna bohaterka może być doskonałym drogowskazem dla kobiet w każdym wieku. Wszak nigdzie nie jest napisane, iż rozwód jest dla pań po 50-tce, a x albo y dla pań w przedziale 30-40.
Scenariusz z życia to jednak nie tylko opowieść o kobiecie po przejściach, o jej sposobach radzenia sobie ze sobą, ze światem. To także (a może przede wszystkim) opowieść o kobiecie, której się chciało chcieć, której się chciało walczyć o coś dla siebie, a także książka o wielkiej radości życia.
Scenariusz z życia czyta się niezwykle szybko, lekko i z uśmiechem na ustach. Idealna lektura nie tylko na lato.Gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę niepozorną książkę, która jest debiutancką książką Anny M. Brengos. Oby tak dalej. niecierpliwie czekam na kolejną opowieść z życia:).
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi
wtorek, 10 czerwca 2014
Trzy panie w samochodzie, czyli sekta olimpijska
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Moja ocena 4,5/6
Przyznam się, iż za lekturę tej książki zabierałam się z pewnym wahaniem. Obawiałam się jakiejś infantylnej opowiastki. Dostałam świetną, z każdym rozdziałem coraz lepszą, niezwykle życiową, zabawną i z morałem historię, która połknęłam w jedne wieczór.
Odrobinę utożsamiałam się z bohaterkami książki. Co prawda do ich wieku jeszcze trochę mi brakuje, ale bądźmy szczerzy, ku mojemu ubolewaniu coraz mniej, niestety.
Przedstawiam główne bohaterki, członkinie tytułowej sekty olimpijskiej (skąd nazwa, nie zdradzę:)):
Marta (spokojna bibliotekarka), którą mąż opuścił dla dużo młodszej kobiety, własnej studentki. Chociaż, jakby tak spojrzeć na to z drugiej strony, to można Marcie pogratulować, że uwolniła się od takiego niedojdowatego trutnia.
Druga z przyjaciółek to matka dzieciom, żona męża, pani wielkiego domu troszcząca się o wszystkich, wszystkim matkująca, z sercem na dłoni, z typu tych, co to kota zagłaszczą.
I trzecia pani, Jola, artystka w każdym calu - z zachowania, ubioru i zawodu. To tłumaczy wszystko co na przestrzeni lat zrobiła, robi w trakcie wspólnych z przyjaciółkami wypraw i jeszcze zrobi. Prawdziwie artystyczna i mocno zwariowana dusza.
Polubiłam każdą z tych niesamowitych kobiet, choć tak bardzo różnią się od siebie. Trzy postrzelone, zwariowane i mimo upływu lat, wcale nie nabierające powagi, a przy tym niezwykle ciepłe przyjaciółki. Trzy losy, trzy sposoby na życie. Pełna ciepła opowieść.
I te ich pomysły i przygody...chociażby ciotkowanie biednemu studentowi:)
W trakcie lektury trudno było mi uwierzyć, iż książka ta jest literackim debiutem Małgorzaty Thiele. Napisana niezwykle sprawnie, rzeczowo, inteligentnie, bez żadnego słodzenia, pisania o niczym. Autorce udało się pod płaszczykiem inteligentnego humoru ukazać kilka problemów dręczących kobiety niezależnie od wieku i wskazać kilka możliwych dróg do ich rozwiązania.
Gorąco zachęcam do lektury, nie tylko panie w wieku około 50-ki:).
Przyznam się, iż za lekturę tej książki zabierałam się z pewnym wahaniem. Obawiałam się jakiejś infantylnej opowiastki. Dostałam świetną, z każdym rozdziałem coraz lepszą, niezwykle życiową, zabawną i z morałem historię, która połknęłam w jedne wieczór.
Odrobinę utożsamiałam się z bohaterkami książki. Co prawda do ich wieku jeszcze trochę mi brakuje, ale bądźmy szczerzy, ku mojemu ubolewaniu coraz mniej, niestety.
Przedstawiam główne bohaterki, członkinie tytułowej sekty olimpijskiej (skąd nazwa, nie zdradzę:)):
Marta (spokojna bibliotekarka), którą mąż opuścił dla dużo młodszej kobiety, własnej studentki. Chociaż, jakby tak spojrzeć na to z drugiej strony, to można Marcie pogratulować, że uwolniła się od takiego niedojdowatego trutnia.
Druga z przyjaciółek to matka dzieciom, żona męża, pani wielkiego domu troszcząca się o wszystkich, wszystkim matkująca, z sercem na dłoni, z typu tych, co to kota zagłaszczą.
I trzecia pani, Jola, artystka w każdym calu - z zachowania, ubioru i zawodu. To tłumaczy wszystko co na przestrzeni lat zrobiła, robi w trakcie wspólnych z przyjaciółkami wypraw i jeszcze zrobi. Prawdziwie artystyczna i mocno zwariowana dusza.
Polubiłam każdą z tych niesamowitych kobiet, choć tak bardzo różnią się od siebie. Trzy postrzelone, zwariowane i mimo upływu lat, wcale nie nabierające powagi, a przy tym niezwykle ciepłe przyjaciółki. Trzy losy, trzy sposoby na życie. Pełna ciepła opowieść.
I te ich pomysły i przygody...chociażby ciotkowanie biednemu studentowi:)
W trakcie lektury trudno było mi uwierzyć, iż książka ta jest literackim debiutem Małgorzaty Thiele. Napisana niezwykle sprawnie, rzeczowo, inteligentnie, bez żadnego słodzenia, pisania o niczym. Autorce udało się pod płaszczykiem inteligentnego humoru ukazać kilka problemów dręczących kobiety niezależnie od wieku i wskazać kilka możliwych dróg do ich rozwiązania.
Gorąco zachęcam do lektury, nie tylko panie w wieku około 50-ki:).
wtorek, 13 maja 2014
Powrót na Staromiejską
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Okładka miękka, Moja ocena 5/6
Przed chwilą skończyłam czytać. Czekam na dzieci, które mają dodatkowe zajęcia (za szofera robię), więc miałam czas skończyć lekturę. Doskonała książka. Polecam. Ale po kolei.
Weronika Peterson, główna bohaterka, mniej więcej trzydziestolatka, szczęścia szukała w dalekiej Skandynawii. Po kilku latach spędzonych w Szwecji wraca ze złamanym sercem do Polski. W Sztokholmie zostawiła część swojego życia, serca i ukochane przyjaciółki. Szwecję kocha, pokochała tam także pewnego prawnika, który okazał się szują, kanalią i mendą najgorszego sortu. Weronika jest w trakcie rozwodu, który (jak to rozwody) trwa i trwa i trwa. Wybawieniem dla niej okazuje się spadek zapisany przez ukochanego dziadka. Jest nim niewielki (jak ja to nazywam - jak dziupla wiewiórki) dawny zakład zegarmistrzowski przy tytułowej ulicy Staromiejskiej na uroczym Starym Mieście. Weronika błyskawicznie decyduje, iż w odziedziczonych pomieszczeniach otworzy sklepik dla miłośniczek rękodzieła o wdzięcznej nazwie Robótkowo. Weronika pragnie zająć się tym na czym zna się najlepiej - robótkami ręcznymi wszelakiej maści. Organizuje kursy decoupagu, zdobienia, wyszywania, patchworku i wielu innych rzeczy. Jej prawdziwym jednak wyzwaniem jest kołdra patchworkowa Dear Jane. Przyznam się, iż ja, osoba całkowicie, w 100% pozbawiona jakichkolwiek zdolności manualnych i wyobraźni w tym zakresie, w trakcie lektury książki szeroko otwierałam oczy, gdy czytałam opisy cudów wychodzących spod palców Weroniki. Sama kołdra Dear Jane zafascynowała, ale i jednocześnie zaintrygowała mnie. Poszukałam w sieci informacji o niej. O to co znalazłam. Autorką i pomysłodawczynią była Jane A. Blakely Stickle, która w 1863 roku w USA uszyła w/w kołdrę z kawałków, a konkretnie z 225 kwadratów i trójkątów. Dodatkowo każdy trójkąt, kwadrat ma swoją nazwę i jest zdobiony. A tak prezentuje się kołdra:
Dla mnie absolutnie nie do wykonania, nigdy. Weronika (bohaterka Powrotu na Staromiejską) postanowiła, że kołdrę uszyje, a gdy ją skończy coś zmieni się w jej życiu. Czy tak faktycznie się stanie?
Powrót na Staromiejską ma (jak się z pozoru wydaje) fabułę wręcz banalną. Rozpoczynając lekturę książki byłam do niej bardzo sceptycznie nastawiona. Obawiałam się, że to będzie lektura (delikatnie to ujmując) odrobinę zbyt infantylna, taka o niczym. Nic bardziej mylnego. Jest to ciepła, niezwykle klimatyczna i życiowa opowieść, która niesie uśmiech, nadzieję na zmianę i pewność, że po każdej burzy, życiowym zakręcie czeka na ans słońce, coś dobrego, trzeba tylko dać sobie i innym szansę.
Napisałam, że główną bohaterką jest Weronika. Jednak cofam to. Najważniejsza w tej opowieści jest tytułowa ulica - Staromiejska. Miejsce niezwykłe, wręcz magiczne, które przyciąga do siebie ludzi po przejściach, będących na życiowym zakręcie, ludzi poranionych, niezwykłych. Zachęcam do spaceru po Staromiejskiej, zajrzenia do włoskiej trattorii, przegryzienia pralinki w czekoladziarni, zanurzenia się w aromatach magicznej mydlarni. Jestem pewna, iż po lekturze debiutanckiej książki Anny Mulczyńskiej, wielu z was (o ile nie wszyscy) będzie chciało znaleźć swoją Staromiejską i dłużej tam pozostać.
Doskonała, ciepła powieść, świetny debiut. Licząc na kontynuację losów mieszkańców Staromiejskiej, czekam niecierpliwie na Przyjaciółki ze Staromiejskiej.
Przed chwilą skończyłam czytać. Czekam na dzieci, które mają dodatkowe zajęcia (za szofera robię), więc miałam czas skończyć lekturę. Doskonała książka. Polecam. Ale po kolei.Weronika Peterson, główna bohaterka, mniej więcej trzydziestolatka, szczęścia szukała w dalekiej Skandynawii. Po kilku latach spędzonych w Szwecji wraca ze złamanym sercem do Polski. W Sztokholmie zostawiła część swojego życia, serca i ukochane przyjaciółki. Szwecję kocha, pokochała tam także pewnego prawnika, który okazał się szują, kanalią i mendą najgorszego sortu. Weronika jest w trakcie rozwodu, który (jak to rozwody) trwa i trwa i trwa. Wybawieniem dla niej okazuje się spadek zapisany przez ukochanego dziadka. Jest nim niewielki (jak ja to nazywam - jak dziupla wiewiórki) dawny zakład zegarmistrzowski przy tytułowej ulicy Staromiejskiej na uroczym Starym Mieście. Weronika błyskawicznie decyduje, iż w odziedziczonych pomieszczeniach otworzy sklepik dla miłośniczek rękodzieła o wdzięcznej nazwie Robótkowo. Weronika pragnie zająć się tym na czym zna się najlepiej - robótkami ręcznymi wszelakiej maści. Organizuje kursy decoupagu, zdobienia, wyszywania, patchworku i wielu innych rzeczy. Jej prawdziwym jednak wyzwaniem jest kołdra patchworkowa Dear Jane. Przyznam się, iż ja, osoba całkowicie, w 100% pozbawiona jakichkolwiek zdolności manualnych i wyobraźni w tym zakresie, w trakcie lektury książki szeroko otwierałam oczy, gdy czytałam opisy cudów wychodzących spod palców Weroniki. Sama kołdra Dear Jane zafascynowała, ale i jednocześnie zaintrygowała mnie. Poszukałam w sieci informacji o niej. O to co znalazłam. Autorką i pomysłodawczynią była Jane A. Blakely Stickle, która w 1863 roku w USA uszyła w/w kołdrę z kawałków, a konkretnie z 225 kwadratów i trójkątów. Dodatkowo każdy trójkąt, kwadrat ma swoją nazwę i jest zdobiony. A tak prezentuje się kołdra:
![]() |
| źródło: www.dearjane.com |
Powrót na Staromiejską ma (jak się z pozoru wydaje) fabułę wręcz banalną. Rozpoczynając lekturę książki byłam do niej bardzo sceptycznie nastawiona. Obawiałam się, że to będzie lektura (delikatnie to ujmując) odrobinę zbyt infantylna, taka o niczym. Nic bardziej mylnego. Jest to ciepła, niezwykle klimatyczna i życiowa opowieść, która niesie uśmiech, nadzieję na zmianę i pewność, że po każdej burzy, życiowym zakręcie czeka na ans słońce, coś dobrego, trzeba tylko dać sobie i innym szansę.
Napisałam, że główną bohaterką jest Weronika. Jednak cofam to. Najważniejsza w tej opowieści jest tytułowa ulica - Staromiejska. Miejsce niezwykłe, wręcz magiczne, które przyciąga do siebie ludzi po przejściach, będących na życiowym zakręcie, ludzi poranionych, niezwykłych. Zachęcam do spaceru po Staromiejskiej, zajrzenia do włoskiej trattorii, przegryzienia pralinki w czekoladziarni, zanurzenia się w aromatach magicznej mydlarni. Jestem pewna, iż po lekturze debiutanckiej książki Anny Mulczyńskiej, wielu z was (o ile nie wszyscy) będzie chciało znaleźć swoją Staromiejską i dłużej tam pozostać.
Doskonała, ciepła powieść, świetny debiut. Licząc na kontynuację losów mieszkańców Staromiejskiej, czekam niecierpliwie na Przyjaciółki ze Staromiejskiej.
czwartek, 24 kwietnia 2014
Układ nerwowy
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Okładka miękka, Moja ocena 5,5/6
Bohaterką książki jest Magdalena, matka uroczej kilkuletniej dziewczynki, żona męźczyzny odnoszącego sukcesy. Wydawałoby się, że Magdalena ma wszystko, czego potrzebuje: przede wszystkim wygodne życie. Ale to tylko pozory. Początkowo kobieta nie widzi, a może nie chce widzieć, że okazjonalne popijanie męża, służbowe kolacyjki zakończone piciem na umów, jedno piwo przed tv, które zamienia się w piw pięć, a nawet więcej, to coś więcej, to alkoholizm, to choroba. Magdalena broni męża przed sobą samą, ukrywa jego nałóg przed córką, przymyka na picie męża oko. Czyli popełnia klasyczne błędy żony alkoholika. Dlaczego? Bo tak wygodniej. Bo to nie jest tak jak się wydaje. Powodów jest wiele. W końcu prawda dociera do Magdaleny. Jednak mąż odmawia podjęcia terapii, zapewniając, że wszystko ma pod kontrolą. Szybko okazuje się, że to nieprawda. Żaden pijący alkoholik nie ma swojego nałogu pod kontrolą. Pewnego dnia mają miejsce wydarzenia, które sprawiają, że trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i odważyć się poprosić o pomoc. Ale to dopiero początek.
Układ nerwowy, to książka całkowicie wyczerpująca czytelnika pod względem psychicznym, a jednocześnie taka, od której nie można się oderwać, a jednocześnie niezwykle trudna, będąca odbiciem zbyt wielu kobiecych losów. Agnieszka Gil porusza temat tak powszechny w naszym kraju, że aż w wielu środowiskach normalny. Jednak ani zachowanie Magdaleny, ani postępowanie jej męża do normalnych nie należy. Magdalena nie odchodzi od męża tylko dlatego, że tak wygodniej. Nie robi tego, ponieważ jest współuzależniona. Alkoholizm to choroba dotykająca całych rodzin i autorka świetnie to ukazuje. O tym problemie trzeba mówić i to jak najgłośniej i jak najczęściej. Tymczasem u nas w wielu środowiskach chorobę alkoholową uznaje się za normalną, albo wstydliwą. W każdym bądź razie, nie mówi się o niej. A to pierwszy krok do popadnięcia w błędne kolo, do zniszczenia życia sobie i najbliższym.
Autorka na przykładzie Magdaleny wspaniale i z ogromnym wyczuciem pokazuje cały proces, jaki zachodzi w umyśle i osobowości osoby współuzależnionej, jej dramat, walkę z nałogiem męża i sobą samą, a przede wszystkim walkę o siebie i córkę.
Książka ukazuje bez ogródek dokąd prowadzi alkoholizm i przymykanie na tę chorobę oka. Ukazuje jednak także, że można, a nawet trzeba szukać pomocy i jak to robić.
Książka szczera, prawdziwa do bólu i niezwykle potrzebna.
Bohaterką książki jest Magdalena, matka uroczej kilkuletniej dziewczynki, żona męźczyzny odnoszącego sukcesy. Wydawałoby się, że Magdalena ma wszystko, czego potrzebuje: przede wszystkim wygodne życie. Ale to tylko pozory. Początkowo kobieta nie widzi, a może nie chce widzieć, że okazjonalne popijanie męża, służbowe kolacyjki zakończone piciem na umów, jedno piwo przed tv, które zamienia się w piw pięć, a nawet więcej, to coś więcej, to alkoholizm, to choroba. Magdalena broni męża przed sobą samą, ukrywa jego nałóg przed córką, przymyka na picie męża oko. Czyli popełnia klasyczne błędy żony alkoholika. Dlaczego? Bo tak wygodniej. Bo to nie jest tak jak się wydaje. Powodów jest wiele. W końcu prawda dociera do Magdaleny. Jednak mąż odmawia podjęcia terapii, zapewniając, że wszystko ma pod kontrolą. Szybko okazuje się, że to nieprawda. Żaden pijący alkoholik nie ma swojego nałogu pod kontrolą. Pewnego dnia mają miejsce wydarzenia, które sprawiają, że trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i odważyć się poprosić o pomoc. Ale to dopiero początek.
Układ nerwowy, to książka całkowicie wyczerpująca czytelnika pod względem psychicznym, a jednocześnie taka, od której nie można się oderwać, a jednocześnie niezwykle trudna, będąca odbiciem zbyt wielu kobiecych losów. Agnieszka Gil porusza temat tak powszechny w naszym kraju, że aż w wielu środowiskach normalny. Jednak ani zachowanie Magdaleny, ani postępowanie jej męża do normalnych nie należy. Magdalena nie odchodzi od męża tylko dlatego, że tak wygodniej. Nie robi tego, ponieważ jest współuzależniona. Alkoholizm to choroba dotykająca całych rodzin i autorka świetnie to ukazuje. O tym problemie trzeba mówić i to jak najgłośniej i jak najczęściej. Tymczasem u nas w wielu środowiskach chorobę alkoholową uznaje się za normalną, albo wstydliwą. W każdym bądź razie, nie mówi się o niej. A to pierwszy krok do popadnięcia w błędne kolo, do zniszczenia życia sobie i najbliższym.
Autorka na przykładzie Magdaleny wspaniale i z ogromnym wyczuciem pokazuje cały proces, jaki zachodzi w umyśle i osobowości osoby współuzależnionej, jej dramat, walkę z nałogiem męża i sobą samą, a przede wszystkim walkę o siebie i córkę.
Książka ukazuje bez ogródek dokąd prowadzi alkoholizm i przymykanie na tę chorobę oka. Ukazuje jednak także, że można, a nawet trzeba szukać pomocy i jak to robić.
Książka szczera, prawdziwa do bólu i niezwykle potrzebna.
sobota, 5 kwietnia 2014
Z jednej gliny - Liliana Fabisińska
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Okładka miękka, Moja ocena 5,5/6
Przyznam się, iż po tę książkę sięgałam bez zbytniego przekonania. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu otrzymałam powieść mądrą, lekką, niezmiernie życiową i tak zabawną, że w trakcie lektury wielokrotnie wybuchałam śmiechem. Motywem przewodnim jest zaginiecie męźczyzny, który zostawia żonę z pięciorgiem dzieci bez środków do życia. Jacek, mistrz ceramiki artystycznej nagle znika, jedzie na warsztaty rzemiosła i ulatnia się jak przysłowiowa kamfora. Nikt nie wie, co się z nim stało. Nora, od lat będąca na utrzymaniu męża, wychowująca pięcioro dzieci, zostaje pozostawiona sama sobie, z pustą lodówką, stosem nie zapłaconych rachunków i z widmem wyrzucenia na bruk. Nie ma za co żyć, o otrzymaniu siebie i dzieci nie wspominając. Jedyny pomysł, jaki przychodzi jej do głowy, to wykorzystanie tego co ma, czyli pieca do wypalania ceramiki, narzędzi, których używał mąż i niewielkich (ale naprawdę niewielkich) umiejętności w zakresie posługiwania się kołem garncarskim. Nora postanawia w warsztacie męża organizować kursy. Na pierwsze zajęcia przychodzą Marta, Lena i Gosia. Te kobiety różnią się od siebie tak, że bardziej już nie można. Początki ich znajomości są trudne, bardzo trudne. O mało nie dochodzi do tragedii. Jednak tym co je bardzo szybko połączy będzie chęć pomocy Norze. Środki, jakich do tego celu użyją, pomysły, jakie im przyjdą do głowy, będą co najmniej unikalne, a momentami szokujące. Gwarantuję wam, że na większość z nich żadna z nas by nie wpadła. Ale to dopiero początek całej historii. Bardzo szybko okaże się, iż każda z w/w kobiet ma w swoim sercu wielką ranę, skrywa tajemnicę. Czy przyjaźń z Norą, chęć niesienia jej pomocy, będzie terapią także dla nich?
Z jednej gliny, to wspaniała, pełna ciepła, optymizmu i nadziei opowieść, którą dosłownie się połyka, a w trakcie lektury, niejednokrotnie obetrze się łzę wzruszenia, ale i będzie płakać ze śmiechu. Brawa dla Liliany Fabisińskiej za powieść niezwykle życiową (wszak takie wydarzenia, jakie przeżywają bohaterki książki, mogą się zdarzyć także i nam), lekką, mądrą i tak pełną nadziei, iż jestem przekonana, iż jej lektura będzie terapia dla każdej z nas, która ma chandrę, problemy, czy chwilowego doła. Gorąco zachęcam do lektury. Po odłożeniu książki na półkę na pewno długo będziecie o niej myśleć, a także o tym, jak jeden gest, jeden uśmiech może zmienić czyjeś życie. Czasami potrzeba tak niewiele.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







