Wydawnictwo Marginesy, ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
Główny bohater, Lale Sokołow, słowacki Żyd trafił do Auschwitz w 1942 roku mając 26 lat. Jego zadaniem było tatuowanie numerów na przedramionach przybywających do obozu więźniów. Byli to ci szczęśliwcy, których nie wysłano do komory gazowej, przynajmniej od razu.
Niniejsza książka przybliża jego losy, a także historię niezwykłej, naznaczonej mrokiem dziejów i śmierci miłości.
Autorka książki Heather Morris, przez trzy lata nagrywała historię mężczyzny. A historia ta jest poruszająca i niezwykła. Opisów wojennych losów ludzi różnej narodowości, różnego wyznania jest ogromna ilość. Nigdy się na nie nie uodpornimy, zawsze będą poruszać, ale trudno wśród nich znaleźć wyjątkową, unikalna historię człowieka, pojedynczej jednostki. Historia Sokołowa bez wątpienia jest taką unikalna historią.
To czego bohater doświadczył w Auschwitz, to do czego go zmuszono, wywarło na nim na zawsze niezatarte piętno. Nie potrafił, nie chciał o tym mówić. Powodów było wiele, głównym jednak był fakt, iż Lale był przekonany, że inni będą go uważać za współsprawcę zagłady, aktywnego współpracownika machiny śmierci, kolaboranta mimo, iż sam siebie za takowego nie uważał. Zrobił po prostu to co musiał żeby przeżyć.
Wykonując swoją pracę tatuatora miał z tego tytułu wiele profitów. Owe bonusy były w piekle Auschwitz bezcenne. Miał lepsze warunki bytowe niż pozostali więźniowie. Jadł w budynku administracyjnym, dostawał dodatkowe porcje żywności. Miał także osobny pokój, pozwalano mu na odpoczynek.
Dopiero po śmierci żony Gity ujawnił swoją mroczną i tragiczną historię.
To tylko część tej niezwykłej historii. pozostałą poznacie z lektury tej wyjątkowej i poruszającej książki. Jednak ostrzegam, książka jest wyjątkowo przepełniona dramatem, okrucieństwem, tragizmem. Odebrałem ją wyjątkowo emocjonalnie i jestem przekonany, że na zawsze we mnie zostanie. Uczucia, przeżycia bohatera, to jak reagował, albo jak raczej nie reagował na wiele spraw, dlaczego tak się zachowywał, to co go wyjątkowo poruszyło, jak masakra jednej nocy, gdy do komór gazowych zagoniono 4,5 tys. Cyganów, coś niewyobrażalnego. I to wszystko w zestawieniu z uczuciem miłości.
Mimo trudnego tematu (a może właśnie z tego powodu) zachęcam do lektury.Jednak zaznaczam, jest to książka, którą wielu odbierze inaczej, ba każdy może odebrać inaczej. Wszystko zależy od nas na co bardziej zwrócimy w trakcie lektury uwagę.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty
sobota, 23 czerwca 2018
środa, 16 maja 2018
Konferencja w Wannsee. Droga do "ostatecznego rozwiązania" - Peter Longerich
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 6-/6
Recenzja mojego męża.
Tytułowa Konferencja w Wannsee było to spotkanie, które odbyło się 20 stycznia 1942 roku w willi przy Großer Wannsee 56/58 w Berlinie. Udział wzięli w nim niemieccy prominenci nazistowskiej służby państwowej, pod przewodnictwem Reinharda Heydricha.
Tematem spotkania było ostateczne i jak najszybsze rozwiązanie "sprawy żydowskiej". Tak eufemistycznie nazywano zaplanowane masowe ludobójstwo, eksterminację wszystkich Żydów.
Heydrich został upoważniony do podjęcia: „wszelkich niezbędnych przygotowań do globalnego rozwiązania kwestii żydowskiej na europejskim obszarze wpływów niemieckich”.
To spotkanie i wszystko co się wokół niego działo porusza w niniejszej książce Peter Longerich, jeden z najlepszych historyków zajmujących się m.in. hitlerowskimi Niemcami i III Rzeszą. Longerich jest specjalista w tych zagadnieniach. Spod jego pióra wyszły np. opasłe i wyczerpujące tematykę biografie Hitlera, Goebbelsa oraz Himmlera.
Konferencja w Wansee podzielona jest na trzy spore rozdziały, z których każdy porusza inne zagadnienie. Cennym dodatkiem są ciekawy i potrzebny prolog oraz bardzo bogaty materiał źródłowy, ze sporym spisem bibliografii. Taki układ książki jest bardzo dobry.
Minus daję tylko za umieszczenie przypisów na końcu książki, co zdecydowanie utrudnia lekturę.
Cennym i ciekawym uzupełnieniem jest dodatek w postaci zdjęć protokołu z konferencji wraz z tłumaczeniem. Protokolantem był Adolf Eichmann, zbrodniarz wojenny, skazany za ludobójstwo, póżniejszy główny koordynator i wykonawca planu ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej.
Książkę mimo tragicznej tematyki jaką porusza, czyta się doskonale. Dla osób zainteresowanych Holokaustem, dziejami Żydów, II wojna światową to pozycja obowiązkowa.
Recenzja mojego męża.
Tytułowa Konferencja w Wannsee było to spotkanie, które odbyło się 20 stycznia 1942 roku w willi przy Großer Wannsee 56/58 w Berlinie. Udział wzięli w nim niemieccy prominenci nazistowskiej służby państwowej, pod przewodnictwem Reinharda Heydricha.
Tematem spotkania było ostateczne i jak najszybsze rozwiązanie "sprawy żydowskiej". Tak eufemistycznie nazywano zaplanowane masowe ludobójstwo, eksterminację wszystkich Żydów.
Heydrich został upoważniony do podjęcia: „wszelkich niezbędnych przygotowań do globalnego rozwiązania kwestii żydowskiej na europejskim obszarze wpływów niemieckich”.
To spotkanie i wszystko co się wokół niego działo porusza w niniejszej książce Peter Longerich, jeden z najlepszych historyków zajmujących się m.in. hitlerowskimi Niemcami i III Rzeszą. Longerich jest specjalista w tych zagadnieniach. Spod jego pióra wyszły np. opasłe i wyczerpujące tematykę biografie Hitlera, Goebbelsa oraz Himmlera.
Konferencja w Wansee podzielona jest na trzy spore rozdziały, z których każdy porusza inne zagadnienie. Cennym dodatkiem są ciekawy i potrzebny prolog oraz bardzo bogaty materiał źródłowy, ze sporym spisem bibliografii. Taki układ książki jest bardzo dobry.
Minus daję tylko za umieszczenie przypisów na końcu książki, co zdecydowanie utrudnia lekturę.
Cennym i ciekawym uzupełnieniem jest dodatek w postaci zdjęć protokołu z konferencji wraz z tłumaczeniem. Protokolantem był Adolf Eichmann, zbrodniarz wojenny, skazany za ludobójstwo, póżniejszy główny koordynator i wykonawca planu ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej.
Książkę mimo tragicznej tematyki jaką porusza, czyta się doskonale. Dla osób zainteresowanych Holokaustem, dziejami Żydów, II wojna światową to pozycja obowiązkowa.
niedziela, 8 kwietnia 2018
Pięć lat kacetu - Stanisław Grzesiuk
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
Pięć lat kacetu to pozycja wyjątkowa i jeden z najbardziej poruszających, wstrząsających dokumentów, świadectw z obozów koncentracyjnych.
Autor, Stanisław Grzesiuka opowiada o trwającym aż 5 lat pobycie w obozach koncentracyjnych na terenie Niemiec i Austrii.Jego udziałem był pobyt w najgorszych, najokrutniejszych miejscach na świecie, w obozach w Dachau, Mauthausen oraz Gusen.
Gusen nie bez kozery do dziś jest nazywane grobem polskiej inteligencji.
Autor opowiada o tym co było przed obozami, jak się w nich znalazł. Jednak gro książki to wspomnienia z obozów, opisy dnia codziennego, prób przetrwania, radzenia sobie nie tylko ze strachem i głodem, ale także katorżniczą pracą.
Książka z założenia (jak wspomina w dołączonym do niej wywiadzie sam autor) nie miała być kolejna martyrologią. Miała ona ukazać beznamiętnie, w sposób ala dokumentalny obozowy dzień, życie, próby przetrwania, 5 lat piekła. Trzeba przyznać, iż Grzesiuk osiągnął zamierzony cel. Pisząc o dramatycznych, często niewyobrażalnych wydarzeniach, które składały się na kolejne dni w obozach śmierci, używa języka prostego, łatwego w odbiorze, beznamiętnego, często podszytego tak charakterystyczną dla siebie ironią. Kontrast sprawia, iż czytelnik czuje się jak uderzony obuchem.
Do tego dochodzi szczerość (momentami posunięta do granic absurdu) autora, który niczego nie upiększa, nie owija w przysłowiową bawełnę, nie zataja, a z pewnością działa na wyobraźnię. Lektura tak szczerych wspomnień z piekła na ziemi, to bardzo ciekawe doświadczenie.
W całym nieszczęściu autorowi dopisywało szczęście. Dzięki niemu uniknął najgorszego. Rzadko komu udało się przeżyć 5 lat takiego piekła. Książka robi niesamowite wrażenie, uczy pokory, docenienia tego, co mamy, wzbudza podziw. Polecam.
Recenzja mojego męża.
Pięć lat kacetu to pozycja wyjątkowa i jeden z najbardziej poruszających, wstrząsających dokumentów, świadectw z obozów koncentracyjnych.
Autor, Stanisław Grzesiuka opowiada o trwającym aż 5 lat pobycie w obozach koncentracyjnych na terenie Niemiec i Austrii.Jego udziałem był pobyt w najgorszych, najokrutniejszych miejscach na świecie, w obozach w Dachau, Mauthausen oraz Gusen.
Gusen nie bez kozery do dziś jest nazywane grobem polskiej inteligencji.
Autor opowiada o tym co było przed obozami, jak się w nich znalazł. Jednak gro książki to wspomnienia z obozów, opisy dnia codziennego, prób przetrwania, radzenia sobie nie tylko ze strachem i głodem, ale także katorżniczą pracą.
Książka z założenia (jak wspomina w dołączonym do niej wywiadzie sam autor) nie miała być kolejna martyrologią. Miała ona ukazać beznamiętnie, w sposób ala dokumentalny obozowy dzień, życie, próby przetrwania, 5 lat piekła. Trzeba przyznać, iż Grzesiuk osiągnął zamierzony cel. Pisząc o dramatycznych, często niewyobrażalnych wydarzeniach, które składały się na kolejne dni w obozach śmierci, używa języka prostego, łatwego w odbiorze, beznamiętnego, często podszytego tak charakterystyczną dla siebie ironią. Kontrast sprawia, iż czytelnik czuje się jak uderzony obuchem.
Umęczony ciężką pracą, bity, głodny, jedzony przez wszy, pchły, mendy, toczony przez liszaje, wrzody i świerzb – to właśnie ja, tysiące takich samych jak ja, a w tych tysiącach jednostki, którym życie w obozie ułożyło się inaczej.
W całym nieszczęściu autorowi dopisywało szczęście. Dzięki niemu uniknął najgorszego. Rzadko komu udało się przeżyć 5 lat takiego piekła. Książka robi niesamowite wrażenie, uczy pokory, docenienia tego, co mamy, wzbudza podziw. Polecam.
niedziela, 1 kwietnia 2018
Dziecko w śniegu - Włodek Goldkorn
Wydawnictwo Czarne, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
Książka bardzo na czasie. Jej autor, syn ocalałych z Holokaustu to emigrant marca 1968 roku. Sam pisze tak... (...) Zdecydowałem, że jestem Polakiem, kilka lat po tym, jak władze tego kraju odebrały mi obywatelstwo (...)
Dziecko w śniegu to opowieść autobiograficzna, niezwykłe świadectwo dorastania w cieniu zagłady, wszystkiego co się z nią wiązało, a także tego co nastąpiło ponad 20 lat po wojnie, czyli w marcu 1968 roku.
To także jedna z niewielu książek, opowieści autobiograficznych o dzieciach ocalałych. Tym razem nie chodzi o tych, którzy ocaleli z pożogi wojennej, ale o ich potomstwo. Większość pisarzy, historyków porusza tematykę osób, które przeżyły Holokausat. O ich dzieciach urodzonych po wojnie mówi się, pisze bardzo niewiele. Goldkorn wypełnia w pewnej mierze tę pustkę.
Autor urodził się w 1952 roku. W marcu 1968 roku, gdy wraz z rodziną musiał w ciągu kilku dni opuścić Polskę, miał 16 lat. Zamieszkał we Włoszech, gdzie został redaktorem L’Espresso i skąd wspierał opozycję. Póżniej nastąpiły bolesne lata, trudne i kuriozalne dzieciństwo, jak chociażby jadanie z zastawy ozdobionej swastykami, zabawy w Auschwitz i wiele innych.
Goldkorn dziecko, Goldkorn nastolatek i dorosły musiał radzić sobie na równi z zagładą swojego narodu, jak i wypędzeniem z Polski, z ojczyzny. Trudne zadanie.Czy pustkę po tak traumatycznych wydarzeniach da się w ogóle czymś zapełnić?
Za sprawą tej niezbyt grubej książki poznajemy dzieciństwo autora, miejsca związane z zagładą jego narodu, z jego dorastaniem i z marcem 1968 roku. Śledzimy to co się z nim działo, jaki to miało na niego wpływ, jakie piętno w nim zostawiło.
Chociaż docelowo książka adresowana jest do włoskiego czytelnika, moim zdaniem warto żeby po nią sięgnęli także Polacy. Książka wiele prezentuje, wyjaśnia, po cichu piętnuje, wskazuje, wytyka.
Recenzja mojego męża.
Książka bardzo na czasie. Jej autor, syn ocalałych z Holokaustu to emigrant marca 1968 roku. Sam pisze tak... (...) Zdecydowałem, że jestem Polakiem, kilka lat po tym, jak władze tego kraju odebrały mi obywatelstwo (...)
Dziecko w śniegu to opowieść autobiograficzna, niezwykłe świadectwo dorastania w cieniu zagłady, wszystkiego co się z nią wiązało, a także tego co nastąpiło ponad 20 lat po wojnie, czyli w marcu 1968 roku.
To także jedna z niewielu książek, opowieści autobiograficznych o dzieciach ocalałych. Tym razem nie chodzi o tych, którzy ocaleli z pożogi wojennej, ale o ich potomstwo. Większość pisarzy, historyków porusza tematykę osób, które przeżyły Holokausat. O ich dzieciach urodzonych po wojnie mówi się, pisze bardzo niewiele. Goldkorn wypełnia w pewnej mierze tę pustkę.
Autor urodził się w 1952 roku. W marcu 1968 roku, gdy wraz z rodziną musiał w ciągu kilku dni opuścić Polskę, miał 16 lat. Zamieszkał we Włoszech, gdzie został redaktorem L’Espresso i skąd wspierał opozycję. Póżniej nastąpiły bolesne lata, trudne i kuriozalne dzieciństwo, jak chociażby jadanie z zastawy ozdobionej swastykami, zabawy w Auschwitz i wiele innych.
Goldkorn dziecko, Goldkorn nastolatek i dorosły musiał radzić sobie na równi z zagładą swojego narodu, jak i wypędzeniem z Polski, z ojczyzny. Trudne zadanie.Czy pustkę po tak traumatycznych wydarzeniach da się w ogóle czymś zapełnić?
Za sprawą tej niezbyt grubej książki poznajemy dzieciństwo autora, miejsca związane z zagładą jego narodu, z jego dorastaniem i z marcem 1968 roku. Śledzimy to co się z nim działo, jaki to miało na niego wpływ, jakie piętno w nim zostawiło.
Chociaż docelowo książka adresowana jest do włoskiego czytelnika, moim zdaniem warto żeby po nią sięgnęli także Polacy. Książka wiele prezentuje, wyjaśnia, po cichu piętnuje, wskazuje, wytyka.
środa, 5 lipca 2017
Kobiety z Ravensbrück. Życie i śmierć w hitlerowskim obozie koncentracyjnym dla kobiet - Sarah Helm
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 6/6
Podczytywałam tę książkę od kilku tygodni, fragmentami, nie da się czytać dłużej niż pół godziny dziennie, co kilka dni. Ja po prostu nie dałam rady.
Konzentrationslager Ravensbrück to był obóz koncentracyjny tylko dla kobiet, miejsce kaźni i zagłady. Wśród więźniarek było wiele dzieci. Budowę obozu rozpoczęto z rozkazu Himmlera w 1938 roku. Początkowe założenia budownicze zakładały 15 000 więźniarek, obóz jednak był wielokrotnie powiększany.
W latach 1942-1944 w KL Ravensbrück przeprowadzano zbrodnicze doświadczenia pseudomedyczne na więźniarkach – w większości młodych Polkach. Operacjom kostnym i mięśniowym poddano 86 więźniarek, w tym 74 Polki, przy czym wiele z tych, które przeżyły, zostało kalekami.
Od 1942 roku kobiety wycieńczone i niezdolne do pracy uśmiercano w pobliskich komorach gazowych oraz zastrzykami dosercowymi fenolu. Pod koniec roku 1944 została oddana do użytku w samym obozie komora gazowa, w której uśmiercono 5 do 6 tys. osób.
Książka Sarah Helm opowiada o zbrodniach popełnionych w obozie, ale są one jakby tłem (jeżeli tak można napisać) do ukazania czegoś co podziwiam nade wszystko. Chodzi o walkę, heroizm, wyjątkową, wręcz nadludzką chęć życia, wytrwania za wszelką cenę, a przy tym często przyjaźni w obliczu obozowego piekła.
Czytałam o tych biednych kobietach, o tych, które przeżyły i o tych, którym to nie było dane. Poznałam ich losy, to co im zrobiono i to jak one się zachowywały i jestem w szoku.
To, że szokują zbrodnie popełnione na tych niewinnych istotach, to oczywiste.
Równie szokujące (choć w pozytywnym tego słowa znaczeniu) jest to, jakim cudem tak wielu kobietom udało się wytrwać, jak w tym piekle udało im się walczyć i pozostać człowiekiem, istota godna tego miana. W większości tych kobiet nigdy nie zanikły odruchy solidarności z innymi więźniarkami. Wiele z nich na ile mogło pomagało sobie nawzajem, próbowało stworzyć namiastkę normalności, życia za obozowymi drutami.
Z moje strony przeogromny podziw i szacunek dla tych kobiet.
Książka jest wielka, dosłownie (bo gruba, potężna) i w przenośni (bo potrzebna). Co istotne, Helm nie bazuje na współczuciu czytelnika, nie o to jej chodzi. Kobiety z Ravensbrück...nie potrzebują otoczki egzaltowanego współczucia dla bohaterek. Ta książka broni się sama.
Jej treść książki to przeplatające się, doskonale opracowane dokumenty, materiały źródłowe oraz wspomnienia więźniarek, którym udało się ocaleć.
Cokolwiek bym nie napisała o tej książce, o jej treści nie odda tego co czuję. Mogę tylko was nie tyle zachęcić do lektury, co napisać, że to nasz obowiązek wobec ofiar. Musimy pamiętać zarówno o tych kobietach, które tam zamęczono, o tych które ocalały, jak i o tym, czym grozi pójście o krok za daleko. Wszystko, nawet faszyzm, jego zbrodnie zaczynało się zwyczajnie. Pamiętajmy o tym szczególnie w tak trudnym czasie, w jakim żyjemy.
Podczytywałam tę książkę od kilku tygodni, fragmentami, nie da się czytać dłużej niż pół godziny dziennie, co kilka dni. Ja po prostu nie dałam rady.
Konzentrationslager Ravensbrück to był obóz koncentracyjny tylko dla kobiet, miejsce kaźni i zagłady. Wśród więźniarek było wiele dzieci. Budowę obozu rozpoczęto z rozkazu Himmlera w 1938 roku. Początkowe założenia budownicze zakładały 15 000 więźniarek, obóz jednak był wielokrotnie powiększany.
W latach 1942-1944 w KL Ravensbrück przeprowadzano zbrodnicze doświadczenia pseudomedyczne na więźniarkach – w większości młodych Polkach. Operacjom kostnym i mięśniowym poddano 86 więźniarek, w tym 74 Polki, przy czym wiele z tych, które przeżyły, zostało kalekami.
Od 1942 roku kobiety wycieńczone i niezdolne do pracy uśmiercano w pobliskich komorach gazowych oraz zastrzykami dosercowymi fenolu. Pod koniec roku 1944 została oddana do użytku w samym obozie komora gazowa, w której uśmiercono 5 do 6 tys. osób.
Książka Sarah Helm opowiada o zbrodniach popełnionych w obozie, ale są one jakby tłem (jeżeli tak można napisać) do ukazania czegoś co podziwiam nade wszystko. Chodzi o walkę, heroizm, wyjątkową, wręcz nadludzką chęć życia, wytrwania za wszelką cenę, a przy tym często przyjaźni w obliczu obozowego piekła.
Czytałam o tych biednych kobietach, o tych, które przeżyły i o tych, którym to nie było dane. Poznałam ich losy, to co im zrobiono i to jak one się zachowywały i jestem w szoku.
To, że szokują zbrodnie popełnione na tych niewinnych istotach, to oczywiste.
Równie szokujące (choć w pozytywnym tego słowa znaczeniu) jest to, jakim cudem tak wielu kobietom udało się wytrwać, jak w tym piekle udało im się walczyć i pozostać człowiekiem, istota godna tego miana. W większości tych kobiet nigdy nie zanikły odruchy solidarności z innymi więźniarkami. Wiele z nich na ile mogło pomagało sobie nawzajem, próbowało stworzyć namiastkę normalności, życia za obozowymi drutami.
Z moje strony przeogromny podziw i szacunek dla tych kobiet.
Książka jest wielka, dosłownie (bo gruba, potężna) i w przenośni (bo potrzebna). Co istotne, Helm nie bazuje na współczuciu czytelnika, nie o to jej chodzi. Kobiety z Ravensbrück...nie potrzebują otoczki egzaltowanego współczucia dla bohaterek. Ta książka broni się sama.
Jej treść książki to przeplatające się, doskonale opracowane dokumenty, materiały źródłowe oraz wspomnienia więźniarek, którym udało się ocaleć.
Cokolwiek bym nie napisała o tej książce, o jej treści nie odda tego co czuję. Mogę tylko was nie tyle zachęcić do lektury, co napisać, że to nasz obowiązek wobec ofiar. Musimy pamiętać zarówno o tych kobietach, które tam zamęczono, o tych które ocalały, jak i o tym, czym grozi pójście o krok za daleko. Wszystko, nawet faszyzm, jego zbrodnie zaczynało się zwyczajnie. Pamiętajmy o tym szczególnie w tak trudnym czasie, w jakim żyjemy.
czwartek, 15 grudnia 2016
Zarządca do spraw śmierci. Odilo Globocnik, eksterminacja i obozy zagłady
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 4/6
Recenzja mojego męża.
Odilo Globocnik był jednym z najważniejszych urządzeń w niemieckiej maszynie śmierci i zagłady. Był dowódcą SS i policji na Dystrykt Lublin, SS-Gruppenführerem, Gauleiterem Wiednia und Generalleutnantem der Polizei.
13 października 1941 Globocnik otrzymał od Himmlera rozkaz budowy pierwszego obozu zagłady w Generalnym Gubernatorstwie. Miał się on mieścić w Bełżcu. Rok póżniej rozpoczął budowę dwóch kolejnych obozów zagłady w Treblince i Sobiborze.
Globocnik był odpowiedzialny za śmierć ponad 1,5 miliona Żydów, Polaków, Słowaków, Czechów, Holendrów, Francuzów, Rosjan, Niemców i Austriaków w obozach śmierci podczas Operacji Reinhard, którą organizował i nadzorował. Jak sam mówił zabił ich dużo więcej, ok. 2 milionów. Wykorzystywał Żydów jako niewolniczą siłę roboczą w obozach pracy, gromadził własność i kosztowności zamordowanych Żydów. Był także odpowiedzialny za pacyfikację wiosek na Zamojszczyźnie, gehennę Dzieci Zamojszczyzny, ale nie tylko. Był także autorem nieludzkiego, koszmarnego planu likwidacji Żydów przebywających we wszystkich gettach. Potwór, to mało powiedziane.
Globnick był postacią wyjątkową, kanalią, odrażającym, bezdusznym i wynaturzonym typem, maszyną do wypełniania rozkazów, które każdego innego człowieka przyprawiłyby co najmniej o mdłości i choćby najmniejszy opór. To wynika z kolejnych punktów w jego nazistowskiej karierze, dokonań w SS. I tak też go przedstawia w swojej książce znany austriacki historyk Johannes Sachslehner.
Co istotne, skupia się on nie tylko na okołowojennej karierze Globocnika, ale opowiada także o wcześniejszych latach, o jego dorastaniu, o tym co go ukształtowało, jak przebiegała jego wczesna kariera w partii, co stało się z nim po wojnie przed schwytaniem przez Brytyjczyków, jakie były losy jego najbliższych współpracowników .
Książka jest bardzo dobrze napisana, realistycznie, bez niepotrzebnego epatowania i egzaltacji. Ot autor krok po kroku podaje kolejne fakty. Za ich sprawą poznajemy osobowość Globocnika, którego wielu uważało za...miłego.
Książka bardzo ciekawa, potrzebna, dobrze, konkretnie napisana. Z pewnością pozycja ta zasługuje na wyższą ocenę. Dlaczego jej nie dałem? Z jednego powodu. jest nim brak przypisów. W tego typu pozycji jest to dla mnie niedopuszczalne tym bardziej, iż autor co i rusz powołuje się na różnorodne fakty, źródła, a bibliografia zamieszczona na końcu książki jest bardzo obszerna. Przypisy zdecydowanie ułatwiłyby lekturę i ew. zapoznanie się z innymi źródłami.
Mimo tego drobnego mankamentu polecam książkę. To doskonale dopracowana, niezwykle poruszająca i potrzebna pozycja.
Recenzja mojego męża.
Odilo Globocnik był jednym z najważniejszych urządzeń w niemieckiej maszynie śmierci i zagłady. Był dowódcą SS i policji na Dystrykt Lublin, SS-Gruppenführerem, Gauleiterem Wiednia und Generalleutnantem der Polizei.
13 października 1941 Globocnik otrzymał od Himmlera rozkaz budowy pierwszego obozu zagłady w Generalnym Gubernatorstwie. Miał się on mieścić w Bełżcu. Rok póżniej rozpoczął budowę dwóch kolejnych obozów zagłady w Treblince i Sobiborze.
Globocnik był odpowiedzialny za śmierć ponad 1,5 miliona Żydów, Polaków, Słowaków, Czechów, Holendrów, Francuzów, Rosjan, Niemców i Austriaków w obozach śmierci podczas Operacji Reinhard, którą organizował i nadzorował. Jak sam mówił zabił ich dużo więcej, ok. 2 milionów. Wykorzystywał Żydów jako niewolniczą siłę roboczą w obozach pracy, gromadził własność i kosztowności zamordowanych Żydów. Był także odpowiedzialny za pacyfikację wiosek na Zamojszczyźnie, gehennę Dzieci Zamojszczyzny, ale nie tylko. Był także autorem nieludzkiego, koszmarnego planu likwidacji Żydów przebywających we wszystkich gettach. Potwór, to mało powiedziane.
Globnick był postacią wyjątkową, kanalią, odrażającym, bezdusznym i wynaturzonym typem, maszyną do wypełniania rozkazów, które każdego innego człowieka przyprawiłyby co najmniej o mdłości i choćby najmniejszy opór. To wynika z kolejnych punktów w jego nazistowskiej karierze, dokonań w SS. I tak też go przedstawia w swojej książce znany austriacki historyk Johannes Sachslehner.
Co istotne, skupia się on nie tylko na okołowojennej karierze Globocnika, ale opowiada także o wcześniejszych latach, o jego dorastaniu, o tym co go ukształtowało, jak przebiegała jego wczesna kariera w partii, co stało się z nim po wojnie przed schwytaniem przez Brytyjczyków, jakie były losy jego najbliższych współpracowników .
Książka jest bardzo dobrze napisana, realistycznie, bez niepotrzebnego epatowania i egzaltacji. Ot autor krok po kroku podaje kolejne fakty. Za ich sprawą poznajemy osobowość Globocnika, którego wielu uważało za...miłego.
Książka bardzo ciekawa, potrzebna, dobrze, konkretnie napisana. Z pewnością pozycja ta zasługuje na wyższą ocenę. Dlaczego jej nie dałem? Z jednego powodu. jest nim brak przypisów. W tego typu pozycji jest to dla mnie niedopuszczalne tym bardziej, iż autor co i rusz powołuje się na różnorodne fakty, źródła, a bibliografia zamieszczona na końcu książki jest bardzo obszerna. Przypisy zdecydowanie ułatwiłyby lekturę i ew. zapoznanie się z innymi źródłami.
Mimo tego drobnego mankamentu polecam książkę. To doskonale dopracowana, niezwykle poruszająca i potrzebna pozycja.
piątek, 23 września 2016
Kościół szpiegów - Mark Riebling
Wydawnictwo Literackie, Ocena 5/6
Recenzja mojego męża.
Na przestrzeni wieków kolejni papieże byli bardzo różnorodni. Wielu było typowymi osobami duchownymi, wielu rozwiązłymi hedonistami, a kilkorga z nich nie da się jednoznacznie zaklasyfikować.
Do tych ostatnich bez wątpienia należy Pius XII. Głową kościoła katolickiego był od 1939 roku do 1958 roku, a więc w czasach tragicznych dla Europy.
Wielu historyków atakuje go zarzucając współpracę z Hitlerem, brak stanowczego "nie", brak pomocy ofiarom nazizmu.
Przeciwnicy tej opinii z kolei podkreślają, iż papież chronił na terenie Watykanu ok. 500 Żydów.
Mark Riebling, amerykański historyk i eseista, w swojej książce opowiada o Piusie XII, o początkach jego kariery, o tym, jak został głową kościoła, o jego posłudze papieskiej w okresie II wojny światowej, ale także o watykańskiej siatce szpiegowskiej i jej kształtowaniu się od podstaw, o pomocy w próbie przeprowadzenia zamachu na Hitlera, o szpiegach ukrywających się w kryptach kościelnych i o wielu innych sprawach.
Książka podzielona jest na 26 krótkich rozdziałów. Dzięki ich kilkustronicowej objętości i sposobowi pisania autora, czyta się je błyskawicznie.
Historyk otworzył przed nami drzwi do Watykanu i ukazał zadziwiające wydarzenia jakie były udziałem pontyfikatu Piusa XII i jak papiestwo radziło sobie z najokrutniejszym wydarzeniem XX wieku, jak podchodziło do tego nie tylko w sferze sacrum, ale także jak działało, co robiło, jakie były tego efekty.
Książka jest bardzo ciekawie napisana, czyta się ją dobrze. Jednak jeżeli oczekujecie typowej pracy historycznej, to rozczarujecie się. Kościół szpiegów jest bowiem bardziej podobny do porywającej książki historyczno-szpiegowskiej, do beletrystyki spod znaku krzyża i szpady niż do pracy historyka, mimo, iż Riebling swoje informacje popiera bogatym materiałem źródłowym, który na każdym czytelniku zrobi ogromne wrażenie. Powodem tego jest z pewnością styl pisarski Rieblinga, ale nie tylko. Moim zdaniem autor powinien trochę odwrócić proporcje i mniej uwagi poświęcić przygotowywanemu zamachowi na Hitlera, a więcej kwestiom historycznym dot. innych spraw.
Z jednej strony to wada dla tych, którzy liczą na stricte naukową prace historyczną. Z drugiej strony, dla tych, którzy takowymi pracami po prostu się nudzą, wolą historię w lżejszym wydaniu, to zdecydowana zaleta.
Zachęcam do czytania Kościoła szpiegów. Bez wątpienia książka warta jest tego, żeby poświecić jej uwagę i zagłębić w lekturę na kilka wieczorów, tym bardziej, iż pomijając sensacyjny styl autora, Riebling fachowo podszedł do całej sprawy, wiedział o czym pisze i wysnuł kilka ciekawych teorii oraz obalił kilka pokutujących od dawna mitów.
Recenzja mojego męża.
Na przestrzeni wieków kolejni papieże byli bardzo różnorodni. Wielu było typowymi osobami duchownymi, wielu rozwiązłymi hedonistami, a kilkorga z nich nie da się jednoznacznie zaklasyfikować.
Do tych ostatnich bez wątpienia należy Pius XII. Głową kościoła katolickiego był od 1939 roku do 1958 roku, a więc w czasach tragicznych dla Europy.
Wielu historyków atakuje go zarzucając współpracę z Hitlerem, brak stanowczego "nie", brak pomocy ofiarom nazizmu.
Przeciwnicy tej opinii z kolei podkreślają, iż papież chronił na terenie Watykanu ok. 500 Żydów.
Mark Riebling, amerykański historyk i eseista, w swojej książce opowiada o Piusie XII, o początkach jego kariery, o tym, jak został głową kościoła, o jego posłudze papieskiej w okresie II wojny światowej, ale także o watykańskiej siatce szpiegowskiej i jej kształtowaniu się od podstaw, o pomocy w próbie przeprowadzenia zamachu na Hitlera, o szpiegach ukrywających się w kryptach kościelnych i o wielu innych sprawach.
Książka podzielona jest na 26 krótkich rozdziałów. Dzięki ich kilkustronicowej objętości i sposobowi pisania autora, czyta się je błyskawicznie.
Historyk otworzył przed nami drzwi do Watykanu i ukazał zadziwiające wydarzenia jakie były udziałem pontyfikatu Piusa XII i jak papiestwo radziło sobie z najokrutniejszym wydarzeniem XX wieku, jak podchodziło do tego nie tylko w sferze sacrum, ale także jak działało, co robiło, jakie były tego efekty.
Książka jest bardzo ciekawie napisana, czyta się ją dobrze. Jednak jeżeli oczekujecie typowej pracy historycznej, to rozczarujecie się. Kościół szpiegów jest bowiem bardziej podobny do porywającej książki historyczno-szpiegowskiej, do beletrystyki spod znaku krzyża i szpady niż do pracy historyka, mimo, iż Riebling swoje informacje popiera bogatym materiałem źródłowym, który na każdym czytelniku zrobi ogromne wrażenie. Powodem tego jest z pewnością styl pisarski Rieblinga, ale nie tylko. Moim zdaniem autor powinien trochę odwrócić proporcje i mniej uwagi poświęcić przygotowywanemu zamachowi na Hitlera, a więcej kwestiom historycznym dot. innych spraw.
Z jednej strony to wada dla tych, którzy liczą na stricte naukową prace historyczną. Z drugiej strony, dla tych, którzy takowymi pracami po prostu się nudzą, wolą historię w lżejszym wydaniu, to zdecydowana zaleta.
Zachęcam do czytania Kościoła szpiegów. Bez wątpienia książka warta jest tego, żeby poświecić jej uwagę i zagłębić w lekturę na kilka wieczorów, tym bardziej, iż pomijając sensacyjny styl autora, Riebling fachowo podszedł do całej sprawy, wiedział o czym pisze i wysnuł kilka ciekawych teorii oraz obalił kilka pokutujących od dawna mitów.
wtorek, 22 grudnia 2015
Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie - Timothy Snyder
Wydawnictwo Znak, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
Holokaust, najtragiczniejsze wydarzenie ludzkości w XX wieku.
O Holokauście napisano wiele, bardzo wiele książek. Ludobójstwo to pokazano chyba z każdej możliwej strony, przeanalizowano na wiele sposobów, zaprezentowano wszystkie fakty, daty i liczby. Wciąż nie potrafimy go jednak zrozumieć. Zbrodnia na taka skalę nie mieści się po prostu w rozumowaniu przeciętnego człowieka.
Snyder podsumowuje najzwięźlej jak można (na ile pozwala poruszana tematyka) kwestię Holokaustu. Z tym, że podsumowanie w kontekście takiej tematyki jak Holokaust, zaserwowanie jej w pigułce, to jednak kilkaset stron.
Autor w sposób klarowny, a jednocześnie daleki od taniej sensacji czy beletrystyki opisuje mechanizm zagłady, sporo pisze także o ofiarach, świadkach, sięga do mało znanych żydowskich świadectw i zawartych w nich obserwacji. Oczywiście w takim opisie nie mogło zabraknąć Polaków i to w różnorodnych aspektach historii. Snyder w książce porusza, przedstawia wiele zapomnianych, mało znanych aspektów dot. Holokaustu i Polaków. Chodzi tu m.in. o pomoc, jaką Polacy udzielili Żydom, ale nie tylko w trakcie II wojny światowej, ale także w okresie wcześniejszym w II RP.
Jednak to nie jedyna tematyka, jaką porusza amerykański historyk. Opisując historię lat 30. i 40. XX wieku ukazuje kwestię osadnictwa żydowskiego w Palestynie, ale tak jak ją widzieli mieszkańcy wielu krajów Europu, np. Polski, Niemiec, Anglii. Owo spojrzenie na tę kwestię także miało swój przyczynek do takiego, a nie innego dalszego rozwoju historii.
Snyder wysuwa wiele ciekawych tez, stwierdzeń. Uważa m.in., iż antysemityzm Hitlera wcale nie stanowi dla niego wytłumaczenia Holokaustu. Badacz zadaje także wiele ważnych pytań. Jednym z nich, wartym moim zdaniem rozważenia w kontekście tego co dzieje się wokół nas w XXI wieku, jest zagadnienie- dlaczego Holokaust zaczął się właśnie w Niemczech?
Co istotne, wszystkie poruszane przez Snydera wątki, stawiane tezy maja na celu nie epatowanie sensacją, a wyjaśnienie pewnych mechanizmów, poparcie faktami jego tez. Autor jest przeciwnikiem obiegowej teorii, iż rynek wydawniczy, naukowy jest nasycony do maksimum pozycjami o Holokauście, że temat ten jest praktycznie na wyczerpaniu, o ile nagle nie pojawią się jakieś nowe, przełomowe materiały. Zdaniem badacza jest wręcz odwrotnie. Większość osób jednak nie zdaje sobie z tego sprawy, nie wie, iż Holokaust to coś co nas dotyczy tu i teraz. Holokaust to nie przeszłość, a terażniejszość, która tworzy się tu i teraz na naszych oczach. XXI wiek to jego zdaniem początek kolejnego Holokaust. Jego oznakami i przyczynami są m.in. polityczne niepokoje, które od jakiegoś czasu mają miejsce w różnych rejonach ziemi. A świat, w którym żyjemy, świat, który w błogiej często niefrasobliwości obserwujemy zatrważająco bowiem przypomina świat, który 80 lat temu zrodził Hitlera.
W swojej książce Timothy Snyder prezentuje nowatorskie, zaskakująco logiczne wyjaśnienie największej zbrodni XX wieku. Czy jest jednak ono aż tak proste?
Czy to co pisze Snyder, wnioski jakie wysnuwa są trafne? Czy można, należy się z nimi zgodzić? Czy w ogóle istnieje jedne sposób rozumienia Holokaustu?
Na te i wiele innych pytań (które rodzą się w trakcie lektury książki) każdy z nas powinien sobie odpowiedzieć sam. Każdy z nas ma swój światopogląd, swoje własne zdanie. Dotoczy ono także Holokaustu i tego co się teraz dzieje.
Nie wiem do jakich konkluzji dojdą inni czytelnicy. Mnie Snyder przekonał do większości swoich tez, teorii. Niestety przekonał. Dlaczego niestety? Dlatego, iż z pewnym przerażeniem patrzę na otaczający nas świat, na to co dzieje się w różnych częściach globu, słucham tego co mówią politycy.
Jedno jest pewne, z tej bolesnej, trwającej kilka lat lekcji historii, musimy teraz i przez kolejne lata wyciągać nieustająco wnioski.
Zachęcam do lektury.
Recenzja mojego męża.
Holokaust, najtragiczniejsze wydarzenie ludzkości w XX wieku.
O Holokauście napisano wiele, bardzo wiele książek. Ludobójstwo to pokazano chyba z każdej możliwej strony, przeanalizowano na wiele sposobów, zaprezentowano wszystkie fakty, daty i liczby. Wciąż nie potrafimy go jednak zrozumieć. Zbrodnia na taka skalę nie mieści się po prostu w rozumowaniu przeciętnego człowieka.
Snyder podsumowuje najzwięźlej jak można (na ile pozwala poruszana tematyka) kwestię Holokaustu. Z tym, że podsumowanie w kontekście takiej tematyki jak Holokaust, zaserwowanie jej w pigułce, to jednak kilkaset stron.
Autor w sposób klarowny, a jednocześnie daleki od taniej sensacji czy beletrystyki opisuje mechanizm zagłady, sporo pisze także o ofiarach, świadkach, sięga do mało znanych żydowskich świadectw i zawartych w nich obserwacji. Oczywiście w takim opisie nie mogło zabraknąć Polaków i to w różnorodnych aspektach historii. Snyder w książce porusza, przedstawia wiele zapomnianych, mało znanych aspektów dot. Holokaustu i Polaków. Chodzi tu m.in. o pomoc, jaką Polacy udzielili Żydom, ale nie tylko w trakcie II wojny światowej, ale także w okresie wcześniejszym w II RP.
Jednak to nie jedyna tematyka, jaką porusza amerykański historyk. Opisując historię lat 30. i 40. XX wieku ukazuje kwestię osadnictwa żydowskiego w Palestynie, ale tak jak ją widzieli mieszkańcy wielu krajów Europu, np. Polski, Niemiec, Anglii. Owo spojrzenie na tę kwestię także miało swój przyczynek do takiego, a nie innego dalszego rozwoju historii.
Snyder wysuwa wiele ciekawych tez, stwierdzeń. Uważa m.in., iż antysemityzm Hitlera wcale nie stanowi dla niego wytłumaczenia Holokaustu. Badacz zadaje także wiele ważnych pytań. Jednym z nich, wartym moim zdaniem rozważenia w kontekście tego co dzieje się wokół nas w XXI wieku, jest zagadnienie- dlaczego Holokaust zaczął się właśnie w Niemczech?
Co istotne, wszystkie poruszane przez Snydera wątki, stawiane tezy maja na celu nie epatowanie sensacją, a wyjaśnienie pewnych mechanizmów, poparcie faktami jego tez. Autor jest przeciwnikiem obiegowej teorii, iż rynek wydawniczy, naukowy jest nasycony do maksimum pozycjami o Holokauście, że temat ten jest praktycznie na wyczerpaniu, o ile nagle nie pojawią się jakieś nowe, przełomowe materiały. Zdaniem badacza jest wręcz odwrotnie. Większość osób jednak nie zdaje sobie z tego sprawy, nie wie, iż Holokaust to coś co nas dotyczy tu i teraz. Holokaust to nie przeszłość, a terażniejszość, która tworzy się tu i teraz na naszych oczach. XXI wiek to jego zdaniem początek kolejnego Holokaust. Jego oznakami i przyczynami są m.in. polityczne niepokoje, które od jakiegoś czasu mają miejsce w różnych rejonach ziemi. A świat, w którym żyjemy, świat, który w błogiej często niefrasobliwości obserwujemy zatrważająco bowiem przypomina świat, który 80 lat temu zrodził Hitlera.
W swojej książce Timothy Snyder prezentuje nowatorskie, zaskakująco logiczne wyjaśnienie największej zbrodni XX wieku. Czy jest jednak ono aż tak proste?
Czy to co pisze Snyder, wnioski jakie wysnuwa są trafne? Czy można, należy się z nimi zgodzić? Czy w ogóle istnieje jedne sposób rozumienia Holokaustu?
Na te i wiele innych pytań (które rodzą się w trakcie lektury książki) każdy z nas powinien sobie odpowiedzieć sam. Każdy z nas ma swój światopogląd, swoje własne zdanie. Dotoczy ono także Holokaustu i tego co się teraz dzieje.
Nie wiem do jakich konkluzji dojdą inni czytelnicy. Mnie Snyder przekonał do większości swoich tez, teorii. Niestety przekonał. Dlaczego niestety? Dlatego, iż z pewnym przerażeniem patrzę na otaczający nas świat, na to co dzieje się w różnych częściach globu, słucham tego co mówią politycy.
Jedno jest pewne, z tej bolesnej, trwającej kilka lat lekcji historii, musimy teraz i przez kolejne lata wyciągać nieustająco wnioski.
Zachęcam do lektury.
środa, 6 maja 2015
Dziennik - Dawid Sierakowiak
Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 6/6
W końcu zmobilizowałam się i napiszę kilka słów o książce. Dopiero teraz, chociaż czytać ją skończyłam kilka dni temu.
Jest to książka średniej grubości, ale ogromnie ważna. Niesie w sobie zarówno niezwykle ważny dokument historyczny, jak i ogromny ładunek emocjonalny. Podczytywałam ją fragmentami przez ostatnie 2 tygodnie.
Pozycja ta to po raz pierwszy w Polsce wydane zeszyty żydowskiego nastolatka, urodzonego w 1924 roku syna ubogiego stolarza, Dawida Sierakowiaka.
Dla mnie to podwójnie ważna lektura z racji tego, iż jej autor opowiada m.in. o pobycie w łódzkim getcie, o miejscach, których dziś na mapie Łodzi już nie znajdziemy (jak np. żydowski cmentarz przy ul. Wesołej), a także o tych, które pełnią zupełnie inną funkcję. Sporo w książce opisów rzeczywistości z Litzmannstadt Getto, sporo wspomnień o dyskusyjnym nadal Chaimie Rumkowskim, o wywózce łódzkich Żydów do Auschwitz, o wielu innych rzeczach dot. okupowanej Łodzi. Mnie, jako rodowitą łodziankę takie zapiski, wspomnienia tym bardziej interesują i mimo grozy ich wymowy fascynują.
Dzienniki, które mamy okazję dzięki Wydawnictwu Marginesy poznać, nie są zapewne całością notatek Dawida, lecz tylko tyle udało się zgromadzić, tylko tyle (albo aż tyle) ocalało z wojennej pożogi. Dwa zeszyty na piecu w swoim bałuckim mieszkaniu znalazł po wojnie wysiedlony przez hitlerowców Wacław Szkudlarek. Trzy pozostałe zeszyty odnalazł i kupił w 1967 roku dziennikarz Konrad Turowski. Wersję przygotowaną wespół z prof. Lucjanem Dobroszyckim, który także przeżył piekło łódzkiego getta, w końcu lat 60. XX wieku zablokowała cenzura władz PRL.
Obecnie za sprawą Wydawnictwa Marginesy możemy poznać to niesamowite świadectwo ludzkiego okrucieństwa, ale i wielkiej siły, nadziei, rozpaczy pomieszanej z drobnymi chwilami szczęścia. To także zmieniające się spojrzenie na świat nad wyraz dojrzałego jak na swój wiek nastolatka.
Pamiętniki Dawida Sierakowiaka bywają porównywane z zapiskami szerzej znanymi w świecie, których autorką jest Anna Frank. Jednak moim zdaniem to błąd. Co prawda jedne i drugie dotyczą żydowskiej, ogólnoludzkiej gehenny z okresu wojny. Jednak zapiski Sierakowiaka poruszyły mnie bardziej. I nie chodzi tu tylko o fakt, iż dotyczą one Polski, czy mojej rodzinnej Łodzi. Chodzi tu bardziej o kwestię stylu pisania. Frank pisze bardziej..hmm..jak to określić... literacko, odrobinę zbyt może nie patetycznie, ale coś w tym stylu.
Sierakowiak z kolei pisze jak dziecko, prosto, normalnie, od serca. I ten sposób pisania zmienia się z kolejnymi stronami. Podobnie zmienia się jego spojrzenie na otaczającą go rzeczywistość zmienia się podejście do tego co ważne, zmienia się po prostu wszystko. Zmienia się także sam Dawid ewoluując od odrobinę naiwnego, infantylnego nastolatka do człowieka, którym nie powinien być nigdy i w żadnej sytuacji żaden nastolatek.
Pierwsze zapiski w zeszytach poczynione zostały w czerwcu 1939 roku. Gdy 30 kwietnia 1940 roku hitlerowcy zamknęli getto Dawid wraz z rodzicami i siostrą Natalią znalazł się w grupie 140,000 jego mieszkańców. Zamieszkali przy ulicy Spacerowej 5/7 m. 11 (budynek zachował się do dziś).
Ostatnie zapiski pochodzą z dnia 15 kwietnia 1943 roku, gdy ten młody człowiek cieszy się, iż dostał pracę w piekarni i w końcu naje się do syta. Niestety, umiera w sierpniu tego samego roku.
Dziennik wymyka się moim zdaniem jakiejkolwiek ocenie. Jest to lektura ważna, potrzebna, taka po którą powinien sięgnąć każdy. Jeżeli uważacie, że w waszym życiu jest coś nie tak, przeczytajcie choć fragment zapisków Dawida Sierakowiaka. Gwarantuję cios jak obuchem w głowę i przewartościowanie wszystkiego.
Ile ja się napłakałam w trakcie lektury, to chyba nie muszę wspominać.
W końcu zmobilizowałam się i napiszę kilka słów o książce. Dopiero teraz, chociaż czytać ją skończyłam kilka dni temu.
Jest to książka średniej grubości, ale ogromnie ważna. Niesie w sobie zarówno niezwykle ważny dokument historyczny, jak i ogromny ładunek emocjonalny. Podczytywałam ją fragmentami przez ostatnie 2 tygodnie.
Pozycja ta to po raz pierwszy w Polsce wydane zeszyty żydowskiego nastolatka, urodzonego w 1924 roku syna ubogiego stolarza, Dawida Sierakowiaka.
Dla mnie to podwójnie ważna lektura z racji tego, iż jej autor opowiada m.in. o pobycie w łódzkim getcie, o miejscach, których dziś na mapie Łodzi już nie znajdziemy (jak np. żydowski cmentarz przy ul. Wesołej), a także o tych, które pełnią zupełnie inną funkcję. Sporo w książce opisów rzeczywistości z Litzmannstadt Getto, sporo wspomnień o dyskusyjnym nadal Chaimie Rumkowskim, o wywózce łódzkich Żydów do Auschwitz, o wielu innych rzeczach dot. okupowanej Łodzi. Mnie, jako rodowitą łodziankę takie zapiski, wspomnienia tym bardziej interesują i mimo grozy ich wymowy fascynują.
Dzienniki, które mamy okazję dzięki Wydawnictwu Marginesy poznać, nie są zapewne całością notatek Dawida, lecz tylko tyle udało się zgromadzić, tylko tyle (albo aż tyle) ocalało z wojennej pożogi. Dwa zeszyty na piecu w swoim bałuckim mieszkaniu znalazł po wojnie wysiedlony przez hitlerowców Wacław Szkudlarek. Trzy pozostałe zeszyty odnalazł i kupił w 1967 roku dziennikarz Konrad Turowski. Wersję przygotowaną wespół z prof. Lucjanem Dobroszyckim, który także przeżył piekło łódzkiego getta, w końcu lat 60. XX wieku zablokowała cenzura władz PRL.
Obecnie za sprawą Wydawnictwa Marginesy możemy poznać to niesamowite świadectwo ludzkiego okrucieństwa, ale i wielkiej siły, nadziei, rozpaczy pomieszanej z drobnymi chwilami szczęścia. To także zmieniające się spojrzenie na świat nad wyraz dojrzałego jak na swój wiek nastolatka.
Pamiętniki Dawida Sierakowiaka bywają porównywane z zapiskami szerzej znanymi w świecie, których autorką jest Anna Frank. Jednak moim zdaniem to błąd. Co prawda jedne i drugie dotyczą żydowskiej, ogólnoludzkiej gehenny z okresu wojny. Jednak zapiski Sierakowiaka poruszyły mnie bardziej. I nie chodzi tu tylko o fakt, iż dotyczą one Polski, czy mojej rodzinnej Łodzi. Chodzi tu bardziej o kwestię stylu pisania. Frank pisze bardziej..hmm..jak to określić... literacko, odrobinę zbyt może nie patetycznie, ale coś w tym stylu.
Sierakowiak z kolei pisze jak dziecko, prosto, normalnie, od serca. I ten sposób pisania zmienia się z kolejnymi stronami. Podobnie zmienia się jego spojrzenie na otaczającą go rzeczywistość zmienia się podejście do tego co ważne, zmienia się po prostu wszystko. Zmienia się także sam Dawid ewoluując od odrobinę naiwnego, infantylnego nastolatka do człowieka, którym nie powinien być nigdy i w żadnej sytuacji żaden nastolatek.
Pierwsze zapiski w zeszytach poczynione zostały w czerwcu 1939 roku. Gdy 30 kwietnia 1940 roku hitlerowcy zamknęli getto Dawid wraz z rodzicami i siostrą Natalią znalazł się w grupie 140,000 jego mieszkańców. Zamieszkali przy ulicy Spacerowej 5/7 m. 11 (budynek zachował się do dziś).
Ostatnie zapiski pochodzą z dnia 15 kwietnia 1943 roku, gdy ten młody człowiek cieszy się, iż dostał pracę w piekarni i w końcu naje się do syta. Niestety, umiera w sierpniu tego samego roku.
Dziennik wymyka się moim zdaniem jakiejkolwiek ocenie. Jest to lektura ważna, potrzebna, taka po którą powinien sięgnąć każdy. Jeżeli uważacie, że w waszym życiu jest coś nie tak, przeczytajcie choć fragment zapisków Dawida Sierakowiaka. Gwarantuję cios jak obuchem w głowę i przewartościowanie wszystkiego.
Ile ja się napłakałam w trakcie lektury, to chyba nie muszę wspominać.
sobota, 7 lutego 2015
Kryptonim Verity
Wydawnictwo Imprint/PWN, Moja ocena 5/6
Książkę czytało mi się wyjątkowo dobrze i szybko. Kryptonim Verity to doskonale napisana historia przyjaźni dwóch młodych kobiet, które zamiast cieszyć się młodością, czerpać z niej pełnymi garściami, przez zawieruchę dziejową i okrutny los zostały zmuszone do walki o kraj, o wolność, o życie, a na szali stawiają lojalność, honor, przyjaźń.
Julia Beaufort- Stuart i Maddie Brodatt, bo to one są głównymi bohaterkami opowieści, biorą czynny udział w walce przeciwko hitlerowskiemu okupantowi. Wspólny los, strach, wspólny cel, codzienne przeżycia zbliżają je do siebie na tyle, iż stają się sobie bliższe nawet niż niejedne siostry. Kobiety wierzą, iż przyjaźń i opatrzność uchronią je od najgorszego. Jednak pewien lot samolotem zwiadowczym weryfikuje to wyobraźenie, a kobiety zostają postawione przed ogromnym wyzwaniem, przed próbą, której nie sprostałaby większość ludzi. Wszak strach, chęć przeżycia za wszelką cenę są zupełnie naturalnymi odruchami.
Historię poznajemy z perspektywy obu kobiet, jednak to Julia jest tą, która znajdzie się w większych tarapatach, która będzie w niewoli, która pisząc pamiętnik postara się, żeby pamięć o niej, jej przyjaciółce nie zaginęły.
Bardzo trudno pisze się o tej książce. Z jednej strony historia typowo wojenna, a z drugiej wyróżnia ją bardzo wiele. Poza tym Elizabeth Wein przekazała nam całą opowieść w wyjątkowy sposób, tworząc z niej coś więcej niż zwykłą przygodową książkę, czy ckliwe, tchnące rozpaczą uwięzionej świadectwo. Autorce udało się stworzyć doskonałych bohaterów, z których każdy wzbudza w nas wiele uczuć, od sympatii poprzez niechęć, aż do nienawiści.
Poza tym pisarka niezwykle umiejętnie buduje napięcie i stopniowo dawkuje całą fabułę. Może nie każda kolejna strona, ale na pewno kolejny rozdział byłby dla mnie sporym zaskoczeniem. Często nie rozumiałam do końca postępowania głównych bohaterów, często mnie ono irytowało, czasami oburzało, ale zawsze trzymało w napięciu i sprawiało, iż niecierpliwie przewracałam kolejne strony książki. Cieszę się, iż Wein głównymi bohaterkami swojej książki uczyniła dwie młode kobiety. Przywykło się uważać, iż II wojna światowa, walka z okupantem to przede wszystkim domena męźczyzn, a kobiety to ew. łączniczki, sanitariuszki. Wein udowadnia, że było inaczej. I bardzo dobrze. Mało wiemy o roli kobiet w II wojnie światowej. Potrzeba, jak najwięcej takich książek.
Tym co rzuca się w oczy w trakcie lektury jest także bardzo drobiazgowo (i wierzę, iż wiernie - nie jestem ekspertem) nakreślone tło historyczno-społeczno-obyczajowe, w jakim rozgrywa się akcja książki.
Kryptonim Verity to doskonała książka, dużo lepsza niż początkowo tego oczekiwałam. To wspaniałą opowieść o ludziach, o uczuciach oraz czynach, których często być może nie jesteśmy świadomi, a które objawiają się w dramatycznych sytuacjach - zagrożeniu, w obliczu śmierci, tuż przed jakby się wydawało końcem.
Wiem, że Elizabeth Wein napisała jeszcze inne książki. Każda z nich z tego co się zorientowałam jest równie silnie nacechowana emocjonalnie i równie mocno osadzona w realiach innej epoki, innych wydarzeń historycznych. Mam nadzieję, że wkrótce zostaną one u nas wydane.
Książkę czytało mi się wyjątkowo dobrze i szybko. Kryptonim Verity to doskonale napisana historia przyjaźni dwóch młodych kobiet, które zamiast cieszyć się młodością, czerpać z niej pełnymi garściami, przez zawieruchę dziejową i okrutny los zostały zmuszone do walki o kraj, o wolność, o życie, a na szali stawiają lojalność, honor, przyjaźń.
Julia Beaufort- Stuart i Maddie Brodatt, bo to one są głównymi bohaterkami opowieści, biorą czynny udział w walce przeciwko hitlerowskiemu okupantowi. Wspólny los, strach, wspólny cel, codzienne przeżycia zbliżają je do siebie na tyle, iż stają się sobie bliższe nawet niż niejedne siostry. Kobiety wierzą, iż przyjaźń i opatrzność uchronią je od najgorszego. Jednak pewien lot samolotem zwiadowczym weryfikuje to wyobraźenie, a kobiety zostają postawione przed ogromnym wyzwaniem, przed próbą, której nie sprostałaby większość ludzi. Wszak strach, chęć przeżycia za wszelką cenę są zupełnie naturalnymi odruchami.
Historię poznajemy z perspektywy obu kobiet, jednak to Julia jest tą, która znajdzie się w większych tarapatach, która będzie w niewoli, która pisząc pamiętnik postara się, żeby pamięć o niej, jej przyjaciółce nie zaginęły.
Bardzo trudno pisze się o tej książce. Z jednej strony historia typowo wojenna, a z drugiej wyróżnia ją bardzo wiele. Poza tym Elizabeth Wein przekazała nam całą opowieść w wyjątkowy sposób, tworząc z niej coś więcej niż zwykłą przygodową książkę, czy ckliwe, tchnące rozpaczą uwięzionej świadectwo. Autorce udało się stworzyć doskonałych bohaterów, z których każdy wzbudza w nas wiele uczuć, od sympatii poprzez niechęć, aż do nienawiści.
Poza tym pisarka niezwykle umiejętnie buduje napięcie i stopniowo dawkuje całą fabułę. Może nie każda kolejna strona, ale na pewno kolejny rozdział byłby dla mnie sporym zaskoczeniem. Często nie rozumiałam do końca postępowania głównych bohaterów, często mnie ono irytowało, czasami oburzało, ale zawsze trzymało w napięciu i sprawiało, iż niecierpliwie przewracałam kolejne strony książki. Cieszę się, iż Wein głównymi bohaterkami swojej książki uczyniła dwie młode kobiety. Przywykło się uważać, iż II wojna światowa, walka z okupantem to przede wszystkim domena męźczyzn, a kobiety to ew. łączniczki, sanitariuszki. Wein udowadnia, że było inaczej. I bardzo dobrze. Mało wiemy o roli kobiet w II wojnie światowej. Potrzeba, jak najwięcej takich książek.
Tym co rzuca się w oczy w trakcie lektury jest także bardzo drobiazgowo (i wierzę, iż wiernie - nie jestem ekspertem) nakreślone tło historyczno-społeczno-obyczajowe, w jakim rozgrywa się akcja książki.
Kryptonim Verity to doskonała książka, dużo lepsza niż początkowo tego oczekiwałam. To wspaniałą opowieść o ludziach, o uczuciach oraz czynach, których często być może nie jesteśmy świadomi, a które objawiają się w dramatycznych sytuacjach - zagrożeniu, w obliczu śmierci, tuż przed jakby się wydawało końcem.
Wiem, że Elizabeth Wein napisała jeszcze inne książki. Każda z nich z tego co się zorientowałam jest równie silnie nacechowana emocjonalnie i równie mocno osadzona w realiach innej epoki, innych wydarzeń historycznych. Mam nadzieję, że wkrótce zostaną one u nas wydane.
wtorek, 27 stycznia 2015
Wielka ucieczka. Prawdziwa historia. Brawurowa akcja jeńców stalagu pod Żaganiem
Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 5/6
W nocy z 24 na 25 marca 1944 roku miała miejsce najbardziej brawurowa ucieczka podczas II wojny światowej - z obozu jenieckiego pod Żaganiem przez tunel o długości 110 metrów pod ziemią uciekło 76 alianckich oficerów.Interesuję się historią, ale okres II wojny światowej nie należy do najbardziej przeze mnie lubianych. Nie zdziwił mnie wiec fakt, iż o w/w ucieczce nie słyszałam. Zainteresowało mnie natomiast samo wydarzenie. W związku z tym sięgnęłam po niniejszą książkę.
Stalag Luft III położony w okolicy Żagania powstał w 1942 roku, jako obóz dla alianckich jeńców. Zabezpieczenia, jakie w nim zastosowano należały do tych najwyższego kalibru. I z założenia ucieczka z niego miała być niemożliwa. M.in. obozowe baraki, które były domem dla jeńców zbudowano na specjalnych słupach kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Miało to dać strażnikom pełen widok na to, co dzieje się ewentualnie pod barakiem, czy więźniowie nie próbują przekopać się naruszając podłogę baraku. Cały obóz otoczony był podwójnym, potężnym ogrodzeniem. W ziemi, na której znajdował się obóz umieszczone były specjalne czujniki, które miały informować dowództwo obozu o wszelkich ew. pracach ziemnych, podejrzanych kopaniach etc. Jak pokazały póżniejsze wydarzenia, nie ma rzeczy niemożliwych. Ucieczka odbyła się. Jej historyczną, potwierdzoną wieloma dokumentami historycznymi oraz wspomnieniami jeńców i strażników obozowych wersję przedstawia w niniejszej książce angielski pisarz i historyk Guy Walters.
Co najbardziej przypadło mi do gustu, to fakt, iż Walters nie opowiada się po żadnej ze stron- tymi złymi nie czyni niemieckich strażników, a dobrymi alianckich jeńców. Autor po prostu doskonale relacjonuje historię stalagu, życie w nim, przygotowania do ucieczki, jej przebieg oraz to co chyba moim zdaniem w tym wszystkim najgorsze - okropną karę, jaka była odwetem za ucieczkę. Jak podaje historyk, żadna inna ucieczka z jakiegokolwiek obozu w okresie II wojny światowej nie spotkała się z tak okrutną karą, z takim odwetem ze strony Niemców.
Cennym uzupełnieniem tej godnej podziwu, acz niezwykle tragicznej historii są wspaniałe opisy żołnierzy obu stron- niemieckiej i alianckiej. Walters bardzo ciekawie o nich opowiada, przedstawia każdego z nich. W ogóle cała książka jest niezwykle interesująco napisana. Czytając ją wnikamy w całą historię, utożsamiamy się z niektórymi postaciami, mimo, iż wiemy, jak historia się zakończy, to wiernie im kibicujemy. Zręczne pióro brytyjskiego pisarza tak odmalowuje przed czytelnikiem przebieg wydarzeń, że w trakcie lektury zapomina się, iż jest to książka historyczna. Mam nadzieję, iż to zachęci do sięgnięcia po Wielką ucieczkę nawet przeciwników historii. Jest to historia, książka z typu tych, które (jak ja to określam) czytają się same.
Drobny minus daję tylko za to co zawsze maksymalnie mnie irytuje - umiejscowienie przypisów na końcu książki.
Gorąco zachęcam do lektury.
W nocy z 24 na 25 marca 1944 roku miała miejsce najbardziej brawurowa ucieczka podczas II wojny światowej - z obozu jenieckiego pod Żaganiem przez tunel o długości 110 metrów pod ziemią uciekło 76 alianckich oficerów.Interesuję się historią, ale okres II wojny światowej nie należy do najbardziej przeze mnie lubianych. Nie zdziwił mnie wiec fakt, iż o w/w ucieczce nie słyszałam. Zainteresowało mnie natomiast samo wydarzenie. W związku z tym sięgnęłam po niniejszą książkę.
Stalag Luft III położony w okolicy Żagania powstał w 1942 roku, jako obóz dla alianckich jeńców. Zabezpieczenia, jakie w nim zastosowano należały do tych najwyższego kalibru. I z założenia ucieczka z niego miała być niemożliwa. M.in. obozowe baraki, które były domem dla jeńców zbudowano na specjalnych słupach kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Miało to dać strażnikom pełen widok na to, co dzieje się ewentualnie pod barakiem, czy więźniowie nie próbują przekopać się naruszając podłogę baraku. Cały obóz otoczony był podwójnym, potężnym ogrodzeniem. W ziemi, na której znajdował się obóz umieszczone były specjalne czujniki, które miały informować dowództwo obozu o wszelkich ew. pracach ziemnych, podejrzanych kopaniach etc. Jak pokazały póżniejsze wydarzenia, nie ma rzeczy niemożliwych. Ucieczka odbyła się. Jej historyczną, potwierdzoną wieloma dokumentami historycznymi oraz wspomnieniami jeńców i strażników obozowych wersję przedstawia w niniejszej książce angielski pisarz i historyk Guy Walters.
Co najbardziej przypadło mi do gustu, to fakt, iż Walters nie opowiada się po żadnej ze stron- tymi złymi nie czyni niemieckich strażników, a dobrymi alianckich jeńców. Autor po prostu doskonale relacjonuje historię stalagu, życie w nim, przygotowania do ucieczki, jej przebieg oraz to co chyba moim zdaniem w tym wszystkim najgorsze - okropną karę, jaka była odwetem za ucieczkę. Jak podaje historyk, żadna inna ucieczka z jakiegokolwiek obozu w okresie II wojny światowej nie spotkała się z tak okrutną karą, z takim odwetem ze strony Niemców.
Cennym uzupełnieniem tej godnej podziwu, acz niezwykle tragicznej historii są wspaniałe opisy żołnierzy obu stron- niemieckiej i alianckiej. Walters bardzo ciekawie o nich opowiada, przedstawia każdego z nich. W ogóle cała książka jest niezwykle interesująco napisana. Czytając ją wnikamy w całą historię, utożsamiamy się z niektórymi postaciami, mimo, iż wiemy, jak historia się zakończy, to wiernie im kibicujemy. Zręczne pióro brytyjskiego pisarza tak odmalowuje przed czytelnikiem przebieg wydarzeń, że w trakcie lektury zapomina się, iż jest to książka historyczna. Mam nadzieję, iż to zachęci do sięgnięcia po Wielką ucieczkę nawet przeciwników historii. Jest to historia, książka z typu tych, które (jak ja to określam) czytają się same.
Drobny minus daję tylko za to co zawsze maksymalnie mnie irytuje - umiejscowienie przypisów na końcu książki.
Gorąco zachęcam do lektury.
sobota, 17 stycznia 2015
Moda w okupowanej Francji
Wydawnictwo Naukowe PWN, Moja ocena 6/6
Książkę przeczytałam we fragmentach kilka dni temu, ale chciałam żeby wzmianka o niej na moim blogu zbiegła się z recenzją Paryża, o której to książce wspominam w poście poniżej. Co prawda Moda w okupowanej Francji..., to nie tylko Paryż, ale przede wszystkim.
Może w moich zachwytach (tak, książka wzbudza same zachwyty) zacznę od strony wizualnej i hmm...dotykowej. Album ( bo określenie "tylko" książka jest moim zdaniem wielkim niedomówieniem) jak wszystkie wydane przez PWN prezentuje się niezwykle imponująco. Mam na myśli zarówno spore rozmiary (format dużo większy od standardowej książki oraz całkiem sporo bo 452 strony) jak i ciężar wagowy pozycji, który zwiększają sztywna oprawa i przepiękny, najwyższej jakości papier. Aż miło brać do ręki, dotykać i przewracać kolejne strony, na których znajdziemy same ciekawostki, historyczne smakołyki i piękne zdjęcia, których jest ponad 350.
Niezmiernie cieszy mnie, iż wydawnictwo od lat w zakresie tego typu pozycji trzyma tak wysoki poziom.
Autor niniejszej pozycji - Krzysztof Trojanowski, to romanista zarówno z wykształcenia, jak i zamiłowania, adiunkt w Katedrze Filologii Romańskiej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Pasja i wykształcenie skutkują tym, iż wiadomości zawarte w Modzie... są niezwykłe, doskonale dobrane, wyselekcjonowane.Czytamy o wszystkim, co dot. mody, ubrań w trakcie trwania II wojny światowej. jest rozdział o tym co noszono w Paryżu, a co w innych regionach Francji, o tym, jak historyczne zawirowania wpływały na to co się w latach 40. XX wieku nosiło, jak francuskie kobiety dbały o modę, o wygląd, jak sobie mimo trwającej wojny radziły z tym, żeby ładnie wyglądać, o tym co działo się z francuską modą i kreatorami w trakcie wojny, o odzieży ..na kartki, o pomysłowości poprzez francuskie zrób to sama, czyli bycie własną kreatorką mody i krawcową, o prowokacji i konspiracji oraz o tym, co mają one wspólnego z modą, o paryskim szyku, o ubiorach na co dzień, od święta, na rower... i wielu wielu innych tematach. Bardzo ciekawie są także ukazane sylwetki najsłynniejszych francuskich kreatorów mody i wpływy wojennej mody francuskiej na polską.
Cały materiał, jaki prezentuje nam autor, oparty jest na niezwykle bogatym materiale źródłowym, licznych artykułach, wspomnieniach, zapiskach, zdjęciach, plakatach.
Książka jest doskonale skonstruowana, wiadomości, których jest bardzo dużo są ciekawie zaserwowane w sposób, który bez wątpienia zainteresuje nawet te osoby, które umiarkowanie lubią historię.
Moda w okupowanej Francji i jej polskie echa, to wspaniała pozycja zarówno pod względem treści, jak i wyglądu. Dodatkowo jest to prawdziwa skarbnica wiedzy, którą warto poznać i posiadać.
Książkę przeczytałam we fragmentach kilka dni temu, ale chciałam żeby wzmianka o niej na moim blogu zbiegła się z recenzją Paryża, o której to książce wspominam w poście poniżej. Co prawda Moda w okupowanej Francji..., to nie tylko Paryż, ale przede wszystkim.
Może w moich zachwytach (tak, książka wzbudza same zachwyty) zacznę od strony wizualnej i hmm...dotykowej. Album ( bo określenie "tylko" książka jest moim zdaniem wielkim niedomówieniem) jak wszystkie wydane przez PWN prezentuje się niezwykle imponująco. Mam na myśli zarówno spore rozmiary (format dużo większy od standardowej książki oraz całkiem sporo bo 452 strony) jak i ciężar wagowy pozycji, który zwiększają sztywna oprawa i przepiękny, najwyższej jakości papier. Aż miło brać do ręki, dotykać i przewracać kolejne strony, na których znajdziemy same ciekawostki, historyczne smakołyki i piękne zdjęcia, których jest ponad 350.
Niezmiernie cieszy mnie, iż wydawnictwo od lat w zakresie tego typu pozycji trzyma tak wysoki poziom.
Autor niniejszej pozycji - Krzysztof Trojanowski, to romanista zarówno z wykształcenia, jak i zamiłowania, adiunkt w Katedrze Filologii Romańskiej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Pasja i wykształcenie skutkują tym, iż wiadomości zawarte w Modzie... są niezwykłe, doskonale dobrane, wyselekcjonowane.Czytamy o wszystkim, co dot. mody, ubrań w trakcie trwania II wojny światowej. jest rozdział o tym co noszono w Paryżu, a co w innych regionach Francji, o tym, jak historyczne zawirowania wpływały na to co się w latach 40. XX wieku nosiło, jak francuskie kobiety dbały o modę, o wygląd, jak sobie mimo trwającej wojny radziły z tym, żeby ładnie wyglądać, o tym co działo się z francuską modą i kreatorami w trakcie wojny, o odzieży ..na kartki, o pomysłowości poprzez francuskie zrób to sama, czyli bycie własną kreatorką mody i krawcową, o prowokacji i konspiracji oraz o tym, co mają one wspólnego z modą, o paryskim szyku, o ubiorach na co dzień, od święta, na rower... i wielu wielu innych tematach. Bardzo ciekawie są także ukazane sylwetki najsłynniejszych francuskich kreatorów mody i wpływy wojennej mody francuskiej na polską.
Cały materiał, jaki prezentuje nam autor, oparty jest na niezwykle bogatym materiale źródłowym, licznych artykułach, wspomnieniach, zapiskach, zdjęciach, plakatach.
Książka jest doskonale skonstruowana, wiadomości, których jest bardzo dużo są ciekawie zaserwowane w sposób, który bez wątpienia zainteresuje nawet te osoby, które umiarkowanie lubią historię.
Moda w okupowanej Francji i jej polskie echa, to wspaniała pozycja zarówno pod względem treści, jak i wyglądu. Dodatkowo jest to prawdziwa skarbnica wiedzy, którą warto poznać i posiadać.
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Ostatnia twierdza Hitlera Breslau 1945
Wydawnictwo Rebis, Ocena 6-/6
Recenzja mojego męża.
Breslau (czyli obecny Wrocław) to miasto, które wiele wycierpiało i doświadczyło pod koniec II wojny światowej. W sierpniu 1944 roku miasto zostało ogłoszone i nazwane Festung Breslau. Po upływie kilku miesięcy z początkiem 1945 roku, rozpoczęła się gehenna stolicy Dolnego Śląska. Armia radziecka prze na przód zdobywając kolejne tereny, miasteczka, wsie. Większość z nich stawia bardzo niewielki, w zasadzie symboliczny opór. Swoją zaciętością zadziwia Breslau, miasto, które Hitler ogłosił wspomnianą twierdzą III Rzeszy.
20 stycznia 1945 roku, na rozkaz gauleitera Hankego, rozpoczęto przymusową pieszą ewakuację większości pozostającej jeszcze w mieście ludności cywilnej. Była straszna zima, temperatura spadła poniżej minus 20 C. Jak się ocenia, podczas ewakuacji z zimna i przemęczenia zginęło (z reguły zamarzło lub dosłownie padło z powodu głodu, wycieńczenia) 25,000 osób. Wiele osób nie wytrzymywało i popełniało samobójstwo. Droga ewakuacji była usłana trupami, w dużej mierze były to dzieci, które wyglądały jak śpiące lalki.
Mimo prowadzonej ewakuacji w mieście pozostało ok. 200,000 cywilów. Wśród nich byli przebywający w obozach jeńcy wojenni oraz cudzoziemscy robotnicy przymusowi, także Polacy. Dla nich oraz "wolnych" mieszkańców miasta rozpoczęło się piekło.
W nocy z 15 na 16 lutego 1945 roku Armia Czerwona okrąża miasto.22 lutego ma miejsce początek szturmu na Wrocław. A to dopiero początek. W nocy z 01 na 02 kwietnia następuje masowe bombardowanie miasta. Bierze w nim udział 750 samolotów radzieckich. 12 kwietnia Hitler wydaje rozkaz nakazujący obronę miasta do ostatniego żołnierza. 05 maja Rosjanie wystosowali ultimatum do dowództwa twierdzy w sprawie bezwarunkowej kapitulacji. 06 maja podpisana zostaje kapitulacja. Jedno z najpiękniejszych miast ówczesnej Europy w zasadzie przestało istnieć.
Jak pisze autor: (...) Twierdza Wrocław – najdłużej broniące się miasto III Rzeszy (dłużej nawet niż Berlin!) walczyło tak naprawdę o nic. Rosyjski front był już tak rozległy, że samo miasto nie miało już poważniejszego znaczenia strategicznego. (...)
Wydawałoby się, iż po odzyskaniu niepodległości miasto powinno dźwigać się z ruin, a ludność powinna próbować we względnym spokoju odbudowywać swoje życie. Jednak to tylko pozory. Czas po 06 maja 1945 roku to okres głodu, chorób, bezdomności, rabunków, mordów, gwałtów, za które nikogo nie pociągano do odpowiedzialności. Panowało wtedy wszechobecne bezprawie. Zbrodnie były dokonywane zarówno na wysiedlanych Niemcach, jak i napływających osadnikach.
Niniejsza książka prezentuje wstrząsający opis tamtych dni zarówno okresu tuż przed oblężeniem, jak i tych kilku miesięcy, gdy miasto było otoczone i konsekwentnie bombardowane, jak i okresu po wyzwoleniu. Bazując na listach, zapiskach, sprawozdaniach, a wreszcie wspomnieniach ocalałych Hargreaves przedstawia historię miasta i związanych z nim ludzi. Jest to opis wyjątkowo wstrząsający i poruszający wszystkie struny w umyśle i sercu czytelnika. Historia naznaczona wyjątkowym okrucieństwem, niesamowitą ilością cierpienia, krwi i znaczona śladami trupów. Wspomnienia ludzi poruszają. Częstokroć są to ostatnie listy, zapiski ludzi, którzy wiedzą, iż za moment umrą. Niesamowita historia wyjątkowo bezsensownie zniszczonego miasta i tysięcy istnień ludzkich.
Książka angielskiego dziennikarza jest doskonale opracowana, poparta bogatym materiałem źródłowym, napisana przystępnym językiem w sposób, który sprawia, iż pochłania się ją jednym tchem. Minus daję tylko za umieszczenie przypisów na końcu książki.
Recenzja mojego męża.
Breslau (czyli obecny Wrocław) to miasto, które wiele wycierpiało i doświadczyło pod koniec II wojny światowej. W sierpniu 1944 roku miasto zostało ogłoszone i nazwane Festung Breslau. Po upływie kilku miesięcy z początkiem 1945 roku, rozpoczęła się gehenna stolicy Dolnego Śląska. Armia radziecka prze na przód zdobywając kolejne tereny, miasteczka, wsie. Większość z nich stawia bardzo niewielki, w zasadzie symboliczny opór. Swoją zaciętością zadziwia Breslau, miasto, które Hitler ogłosił wspomnianą twierdzą III Rzeszy.
20 stycznia 1945 roku, na rozkaz gauleitera Hankego, rozpoczęto przymusową pieszą ewakuację większości pozostającej jeszcze w mieście ludności cywilnej. Była straszna zima, temperatura spadła poniżej minus 20 C. Jak się ocenia, podczas ewakuacji z zimna i przemęczenia zginęło (z reguły zamarzło lub dosłownie padło z powodu głodu, wycieńczenia) 25,000 osób. Wiele osób nie wytrzymywało i popełniało samobójstwo. Droga ewakuacji była usłana trupami, w dużej mierze były to dzieci, które wyglądały jak śpiące lalki.
Mimo prowadzonej ewakuacji w mieście pozostało ok. 200,000 cywilów. Wśród nich byli przebywający w obozach jeńcy wojenni oraz cudzoziemscy robotnicy przymusowi, także Polacy. Dla nich oraz "wolnych" mieszkańców miasta rozpoczęło się piekło.
W nocy z 15 na 16 lutego 1945 roku Armia Czerwona okrąża miasto.22 lutego ma miejsce początek szturmu na Wrocław. A to dopiero początek. W nocy z 01 na 02 kwietnia następuje masowe bombardowanie miasta. Bierze w nim udział 750 samolotów radzieckich. 12 kwietnia Hitler wydaje rozkaz nakazujący obronę miasta do ostatniego żołnierza. 05 maja Rosjanie wystosowali ultimatum do dowództwa twierdzy w sprawie bezwarunkowej kapitulacji. 06 maja podpisana zostaje kapitulacja. Jedno z najpiękniejszych miast ówczesnej Europy w zasadzie przestało istnieć.
Jak pisze autor: (...) Twierdza Wrocław – najdłużej broniące się miasto III Rzeszy (dłużej nawet niż Berlin!) walczyło tak naprawdę o nic. Rosyjski front był już tak rozległy, że samo miasto nie miało już poważniejszego znaczenia strategicznego. (...)
Wydawałoby się, iż po odzyskaniu niepodległości miasto powinno dźwigać się z ruin, a ludność powinna próbować we względnym spokoju odbudowywać swoje życie. Jednak to tylko pozory. Czas po 06 maja 1945 roku to okres głodu, chorób, bezdomności, rabunków, mordów, gwałtów, za które nikogo nie pociągano do odpowiedzialności. Panowało wtedy wszechobecne bezprawie. Zbrodnie były dokonywane zarówno na wysiedlanych Niemcach, jak i napływających osadnikach.
Niniejsza książka prezentuje wstrząsający opis tamtych dni zarówno okresu tuż przed oblężeniem, jak i tych kilku miesięcy, gdy miasto było otoczone i konsekwentnie bombardowane, jak i okresu po wyzwoleniu. Bazując na listach, zapiskach, sprawozdaniach, a wreszcie wspomnieniach ocalałych Hargreaves przedstawia historię miasta i związanych z nim ludzi. Jest to opis wyjątkowo wstrząsający i poruszający wszystkie struny w umyśle i sercu czytelnika. Historia naznaczona wyjątkowym okrucieństwem, niesamowitą ilością cierpienia, krwi i znaczona śladami trupów. Wspomnienia ludzi poruszają. Częstokroć są to ostatnie listy, zapiski ludzi, którzy wiedzą, iż za moment umrą. Niesamowita historia wyjątkowo bezsensownie zniszczonego miasta i tysięcy istnień ludzkich.
Książka angielskiego dziennikarza jest doskonale opracowana, poparta bogatym materiałem źródłowym, napisana przystępnym językiem w sposób, który sprawia, iż pochłania się ją jednym tchem. Minus daję tylko za umieszczenie przypisów na końcu książki.
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Wybór Ireny
Dom Wydawniczy PWN, Moja ocena 5,5/6
To moje drugie spotkanie ze wspomnieniami spisanymi przez Remigiusza Grzelę. Wcześniej miałam okazję czytać Było, więc minęło, którą to książkę także serdecznie polecam.
Bohaterką najnowszej książki o znamiennym tytule - Wybór Ireny, jest Irena Gelblum. Kim była ta niepozorna kobieta, o której tak niewielu słyszało? Była ofiara i aktywną działaczką w okresie II wojny światowej. Pełniła różnorodne funkcje. M.in. była w getcie, opuściła je kilka miesięcy przed wybuchem powstania, była łączniczką po aryjskiej stronie, walczyła w powstaniu warszawskim, przenosiła ulotki, pomagała, zrobiła tyle, iż jej dokonaniami można by obdzielić wiele, wiele osób. Jednak spotkana przez znajomych po latach na ulicy odwracała głowę. Zmieniła swoją tożsamość stając się polską dziennikarką Ireną Waniewicz. Po 1968 roku emigrowała i wróciła do kraju już jako włoska poetka Conti Di Mauro. Dlaczego? Co nią kierowało? Co takiego stało się że miała 3 tożsamości, 3 życia, a w nich tkwiła, żyła ta sama kobieta? Czy przyczyną potrójnej tożsamości, "niepoznawania" dawnych znajomych był fakt, iż całą okupację, cały okres, gdy żyła po aryjskiej stronie musiała oszukiwać, kłamać, żyć inną toźsamością, innym życiem? Czy sama już zaczęła się w tym gubić? A może chodzi o coś innego. Takie i wiele innych pytań nasuwa się w trakcie lektury książki, którą się połyka, a nie czyta.
To moje drugie spotkanie ze wspomnieniami spisanymi przez Remigiusza Grzelę. Wcześniej miałam okazję czytać Było, więc minęło, którą to książkę także serdecznie polecam.
Bohaterką najnowszej książki o znamiennym tytule - Wybór Ireny, jest Irena Gelblum. Kim była ta niepozorna kobieta, o której tak niewielu słyszało? Była ofiara i aktywną działaczką w okresie II wojny światowej. Pełniła różnorodne funkcje. M.in. była w getcie, opuściła je kilka miesięcy przed wybuchem powstania, była łączniczką po aryjskiej stronie, walczyła w powstaniu warszawskim, przenosiła ulotki, pomagała, zrobiła tyle, iż jej dokonaniami można by obdzielić wiele, wiele osób. Jednak spotkana przez znajomych po latach na ulicy odwracała głowę. Zmieniła swoją tożsamość stając się polską dziennikarką Ireną Waniewicz. Po 1968 roku emigrowała i wróciła do kraju już jako włoska poetka Conti Di Mauro. Dlaczego? Co nią kierowało? Co takiego stało się że miała 3 tożsamości, 3 życia, a w nich tkwiła, żyła ta sama kobieta? Czy przyczyną potrójnej tożsamości, "niepoznawania" dawnych znajomych był fakt, iż całą okupację, cały okres, gdy żyła po aryjskiej stronie musiała oszukiwać, kłamać, żyć inną toźsamością, innym życiem? Czy sama już zaczęła się w tym gubić? A może chodzi o coś innego. Takie i wiele innych pytań nasuwa się w trakcie lektury książki, którą się połyka, a nie czyta.
Remigiusz Grzela latami zbierał materiały o Irenie. Interesowało go wszystko, każdy okruch był cenny, tym bardziej, iż świadków, jej znajomych, a nawet wrogów żyje do dziś niewiele. Zadanie, którego reporter się podjął, poskładanie fragmentów życia trzech Iren, dotarcie do tej właściwej i zaprezentowanie jej światu, wydawało się w zasadzie niewykonalne. A jednak. Udało się, czego najlepszym dowodem jest niniejsza książka.
W książce autor prezentuje materiał, który na przestrzeni lat udało mu się zgromadzić, fragmenty rozmów z dawną wielką miłością Ireny, żydowskim bojownikiem Kazikiem Ratajzerem, z wieloma innymi osobami, jak np. Markiem Edelmanem, a także zapis wypowiedzi Ireny dla radia. To
jedyny raz, w latach 60., gdy powiedziała cokolwiek o dokonaniach z okresu II wojny światowej. Grzela gromadzi także różne dokumenty dot. Ireny, czyta fragmenty listów, dziennika.
Marek Edelman dzięki któremu Grzela w ogóle dowiedział się o Irenie, tak o niej wspomina
(...)Irka wariatka (...) Cóż to był za numer. Piękna dziewczyna, a do tego nie wiedziała, co to
strach. Miała czarny, błyszczący płaszcz, do tego kapelusz z wielkim
rondem i tak wystrojona wkraczała do przedziału dla Niemców, by już po
chwili zasnąć z głową na ramieniu jakiegoś oficera Wehrmachtu.(...)
Na końcu książki Grzela udziela odpowiedzi na wiele pytań odnośnie dziwnego zachowania Ireny. Czy jest ona tą jedyna odpowiedzią, tą właściwą? Trudno powiedzieć, gdyż sama bohaterka nie żyje, zmarła w 2009 roku.
Niesamowicie poruszyła mnie lektura tej książki. Po raz kolejny Grzela na bohaterkę swojej opowieści wybrał kobietę wielką, niebanalną z życiem, które nadaje się na scenariusz kilku pasjonujących filmów. Za mrówczą, wieloletnią pracę i próbę zrekonstruowania życia i powodów takich, a nie innych decyzji Ireny Gelblum, należą się autorowi gorące brawa i uznanie.
środa, 12 listopada 2014
Sonderkommando. W piekle komór gazowych
Wydawnictwo WAB
Niezbyt gruba, bo licząca 204 strony książka, którą czytałam prawie miesiąc, a lekturę zakończyłam kilka dni temu. Powodem nie było znudzenie, a ogromnie bolesna, trudna, przerażająca treść. Autorem wspomnień jest Shlomo Venezia, Żyd, który w kwietniu 1944 roku trafił do Auschwitz Birkenau. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej mieszkał on w Grecji wierząc, iż jest w miarę (jak na tamten okres) bezpieczny. W Auschwitz Shlomo trafił do Sonderkommando. Był to specjalny oddział składający się z żydowskich więźniów. Zmuszano ich do zajmowania się wszystkim co związane było z masową eksterminacją, czyli mordowaniem innych więźniów. M.in. obsługiwali komory gazowe i krematoria, ale także pomagali się ofiarom rozebrać, wyrywali im złote zęby etc.Więźniowie pracujący w Sonderkommando byli trzymani z dala od reszty więźniów. Mogli zabierać dla swych potrzeb znalezione wśród ubrań ofiar jedzenie. W związku z tym byli dużo lepiej odżywieni od reszty więźniów. Auschwitz przeżyło zaledwie kilkudziesięciu członków oddziału Sonderkommando, wśród nich Shlomo Venezia. Pozostali będąc naocznymi świadkami zagłady, zbrodni hitlerowskich, zostali zamordowani. Autor wspomnień był przydzielony m.in. do obsługi pieca krematoryjnego.
Nie będę pisać o treści, bo po pierwsze nie da się tego opisać, po drugie każdy powinien te wspomnienia przeczytać i przeżyć sam, a poza tym o czym tu pisać. Co można napisać w notce recenzyjnej o człowieku, który zszedł na samo dno piekła, do jądra zła i ciemności? Jak można opisać jego chęć przetrwania za wszelką cenę? Są to przerażające zapiski człowieka będącego na granicy wszystkiego, co można sobie wyobrazić, człowieka bezbronnego i całkowicie zniewolonego, który był zmuszony do unicestwiania innych ludzi.
To prawda, że człowiek sam nie wie ile jest w stanie znieść. Shlomo Venezia miesiącami pomagał ofiarom wejść do komór gazowych, słuchał ich ostatnich krzyków, rozdrabniał kości, które nie spaliły się w piecu krematoryjnym. Przeżył (zmarł w 2012 roku), ale czy lata, które nastąpiły póżniej można nazwać życiem? Sięgnijcie po tę niepozorną książkę i przeczytajcie co ma do powiedzenia Shlomo Venezia. Ja po lekturze jestem w szoku, kłębi mi się w głowie tyle pytań aż trudno to wyrazić. Jednocześnie patrząc w lustro, patrząc na dzieci, czy za okno, nawet nie wyobrażacie sobie jaka jestem szczęśliwa, że jestem kim jestem i żyję takim życiem jakim żyję.
Zapiski Shlomo wymykają się jakiemukolwiek podsumowaniu i ocenie, a ich lektura powinna być obowiązkowa.
Niezbyt gruba, bo licząca 204 strony książka, którą czytałam prawie miesiąc, a lekturę zakończyłam kilka dni temu. Powodem nie było znudzenie, a ogromnie bolesna, trudna, przerażająca treść. Autorem wspomnień jest Shlomo Venezia, Żyd, który w kwietniu 1944 roku trafił do Auschwitz Birkenau. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej mieszkał on w Grecji wierząc, iż jest w miarę (jak na tamten okres) bezpieczny. W Auschwitz Shlomo trafił do Sonderkommando. Był to specjalny oddział składający się z żydowskich więźniów. Zmuszano ich do zajmowania się wszystkim co związane było z masową eksterminacją, czyli mordowaniem innych więźniów. M.in. obsługiwali komory gazowe i krematoria, ale także pomagali się ofiarom rozebrać, wyrywali im złote zęby etc.Więźniowie pracujący w Sonderkommando byli trzymani z dala od reszty więźniów. Mogli zabierać dla swych potrzeb znalezione wśród ubrań ofiar jedzenie. W związku z tym byli dużo lepiej odżywieni od reszty więźniów. Auschwitz przeżyło zaledwie kilkudziesięciu członków oddziału Sonderkommando, wśród nich Shlomo Venezia. Pozostali będąc naocznymi świadkami zagłady, zbrodni hitlerowskich, zostali zamordowani. Autor wspomnień był przydzielony m.in. do obsługi pieca krematoryjnego.
Nie będę pisać o treści, bo po pierwsze nie da się tego opisać, po drugie każdy powinien te wspomnienia przeczytać i przeżyć sam, a poza tym o czym tu pisać. Co można napisać w notce recenzyjnej o człowieku, który zszedł na samo dno piekła, do jądra zła i ciemności? Jak można opisać jego chęć przetrwania za wszelką cenę? Są to przerażające zapiski człowieka będącego na granicy wszystkiego, co można sobie wyobrazić, człowieka bezbronnego i całkowicie zniewolonego, który był zmuszony do unicestwiania innych ludzi.
To prawda, że człowiek sam nie wie ile jest w stanie znieść. Shlomo Venezia miesiącami pomagał ofiarom wejść do komór gazowych, słuchał ich ostatnich krzyków, rozdrabniał kości, które nie spaliły się w piecu krematoryjnym. Przeżył (zmarł w 2012 roku), ale czy lata, które nastąpiły póżniej można nazwać życiem? Sięgnijcie po tę niepozorną książkę i przeczytajcie co ma do powiedzenia Shlomo Venezia. Ja po lekturze jestem w szoku, kłębi mi się w głowie tyle pytań aż trudno to wyrazić. Jednocześnie patrząc w lustro, patrząc na dzieci, czy za okno, nawet nie wyobrażacie sobie jaka jestem szczęśliwa, że jestem kim jestem i żyję takim życiem jakim żyję.
Zapiski Shlomo wymykają się jakiemukolwiek podsumowaniu i ocenie, a ich lektura powinna być obowiązkowa.
środa, 5 listopada 2014
Tankiści
Wydawnictwo Znak Horyzont, Ocena 5/6
Kacper Śledziński to zręczny autor, którego kolejną książkę przeczytałem z wielką przyjemnością i odrobiną sentymentu. Bo który męźczyzna (tak w wieku 40+) będąc chłopcem nie marzył o byciu w załodze Rudego 102:)?
Kto nie zna filmowych przygód Janka, Olgierda, Gustlika, Grigorija i naturalnie Szarika? Jednak prawdziwe życie załogi czołgu wyglądało inaczej.
Autor niniejszej książki sięga do naszych dziecięcych marzeń zabaw i idzie krok dalej. W przeciwieństwie do opowieści autorstwa Janusza Przymanowskiego, fikcyjne są tylko dialogi włożone w usta bohaterów. Pozostałe fakty są jak najbardziej autentyczne, oparte na bogatym materiale. Bohaterami są żołnierze 1. Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte. Ogromnym plusem książek Śledzińskiego jest właśnie dogłębne zbadanie tematu i mocne osadzenie ich w realiach historycznych.
Tankiści to bardzo ciekawa opowieść o autentycznych pancernych, o tym kim byli, dlaczego walczyli, jak to robili, co czuli. Poznajemy także wady i zalety czołgów, broni bojowej.
Autor sięga do samego początku, do genezy powstania 1. Brygady, opisuje jej początki i rozwój oraz najważniejsze momenty, dzień codzienny, bitwy, strach, brud, często głód, choroby. Bierzemy udział w wielu bitwach, np. pod Lenino czy pod Studziankami, walczymy o Wał Pomorski i Warszawę. Czyli poznajemy historię bitew II wojny światowej widzianych od czołgowych kulis, można śmiało rzec - od podszewki. Nic bowiem nie jest nam oszczędzone.
Jednak ta książka to nie tylko gloryfikacja i chwała. Śledzińskie nie osłania nieudolnych postaci, nie tuszuje błędnych decyzji, śmiało pisze o nieudolności, zniweczeniu szans.
Tym co stanowi o wielkości tej książki są losy pojedynczych osób, które dotychczas były na ogół anonimowymi bohaterami, a których czyny składają się na historię tych prawdziwych tankistów.
Tankiści to rzetelnie napisana, dopracowana w każdym calu, porywająca książka. Gorąco zachęcam do lektury.
Kacper Śledziński to zręczny autor, którego kolejną książkę przeczytałem z wielką przyjemnością i odrobiną sentymentu. Bo który męźczyzna (tak w wieku 40+) będąc chłopcem nie marzył o byciu w załodze Rudego 102:)?
Kto nie zna filmowych przygód Janka, Olgierda, Gustlika, Grigorija i naturalnie Szarika? Jednak prawdziwe życie załogi czołgu wyglądało inaczej.
Autor niniejszej książki sięga do naszych dziecięcych marzeń zabaw i idzie krok dalej. W przeciwieństwie do opowieści autorstwa Janusza Przymanowskiego, fikcyjne są tylko dialogi włożone w usta bohaterów. Pozostałe fakty są jak najbardziej autentyczne, oparte na bogatym materiale. Bohaterami są żołnierze 1. Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte. Ogromnym plusem książek Śledzińskiego jest właśnie dogłębne zbadanie tematu i mocne osadzenie ich w realiach historycznych.
Tankiści to bardzo ciekawa opowieść o autentycznych pancernych, o tym kim byli, dlaczego walczyli, jak to robili, co czuli. Poznajemy także wady i zalety czołgów, broni bojowej.
Autor sięga do samego początku, do genezy powstania 1. Brygady, opisuje jej początki i rozwój oraz najważniejsze momenty, dzień codzienny, bitwy, strach, brud, często głód, choroby. Bierzemy udział w wielu bitwach, np. pod Lenino czy pod Studziankami, walczymy o Wał Pomorski i Warszawę. Czyli poznajemy historię bitew II wojny światowej widzianych od czołgowych kulis, można śmiało rzec - od podszewki. Nic bowiem nie jest nam oszczędzone.
Jednak ta książka to nie tylko gloryfikacja i chwała. Śledzińskie nie osłania nieudolnych postaci, nie tuszuje błędnych decyzji, śmiało pisze o nieudolności, zniweczeniu szans.
Tym co stanowi o wielkości tej książki są losy pojedynczych osób, które dotychczas były na ogół anonimowymi bohaterami, a których czyny składają się na historię tych prawdziwych tankistów.
Tankiści to rzetelnie napisana, dopracowana w każdym calu, porywająca książka. Gorąco zachęcam do lektury.
wtorek, 23 września 2014
Naziści? Jeńcy niemieccy w Ameryce
Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 5,5/6
Bardzo ciekawa książka, która ukazuje temat stosunkowo mało u nas w Polsce znany. Autor opowiada i analizuje kwestię niemieckich jeńców, którzy do niewoli trafili od połowy 1943 roku, po kapitulacji w Tunezji na Przylądku Bon. Dokładnie chodzi o wydarzenie, które miały miejsce w okresie po 13 maja 1943 roku, po kapitulacji ostatnich oddziałów niemiecko-włoskich w Afryce. Był to pierwszy front, na którym przegrali Niemcy. Do niewoli dostało się wtedy ponad 275 tysięcy Włochów i Niemców. Niemieckich jeńców było ok. 150 tysięcy. Bardzo szybko dołączyli do nich kolejni jeńcy, tym razem pojmani na terenie Italii, a póżniej w Normandii. Ponieważ byli to jeńcy będący w niewoli amerykańskiej, władze USA musiały znaleźć sposób i miejsce żeby ich przetrzymywać. Sprawa była o tyle pilna, iż ani w Afryce, ani w Europie nie było możliwości pobudowania obozów jenieckich, a z każdym tygodniem, z każdym kolejnym wydarzeniem wojennym jeńców przybywało. Zdecydowano się więc na przetransportowanie ich drogą morską do USA. Jeńców było tylu, iż jak podaje autor książki, pod koniec II wojny światowej, USA przetrzymywały na swoim terenie 425 tysięcy jeńców, z czego większość stanowili Niemcy. Tych ostatnich było ok. 380 tysięcy, chociaż tutaj dane też są różne.
Autor bardzo ciekawie opisuje zarówno "gromadzenie" jeńców, ich drogę do USA, przebywanie w licznych obozach (których na terenie Stanów Zjednoczonych było blisko 600). Jednak to co zwróciło moją największą uwagę, to reakcja niemieckich jeńców na Amerykę, na społeczeństwo, które tam poznawali, a przede wszystkim swoisty szok, jakiego doznali. Propaganda hitlerowska przedstawiała tuż przed wybuchem wojny i w jej trakcie USA, jako kraj zła, rządzony przez żydowskich manipulatorów, a jedynym słusznym miejscem do życia były oczywiście Niemcy, o które walczono. Duża grupa jeńców niemieckich była wykorzystywana do różnych prac, czy to w fabrykach, czy na farmach, czy w innych miejscach. Na skutek działań wojennych brakowało rąk do pracy, stąd taka siła robocza była bardzo aktywnie wykorzystywana. Szok w zetknięciu z amerykańską rzeczywistością był dla nich wielki. Wielu z nich odkrywanym nowym światem wręcz się zachwyciło. Co z tego wynikło? Nie zdradzę. Dowiecie się z książki.
Bardzo interesująco są także przedstawione warunki życia w obozach, hierarchia, jaka w nich panowała, swoiste mini-państwo obozowe jakie powstało, oraz to na ile silna mimo praktycznie zakończonej porażką wojny, była w wielu niemieckich żołnierzach wiara w idee Hitlera. Wielu jeńców nie godziło się z kapitulacją i napływające rzesze nowych jeńców oskarżano o zakamuflowaną dezercję. Działały wewnętrzne, obozowe sądy kapturowe złożone z zagorzałych zwolenników Hitlera. Procesy, jakie potajemnie miały miejsce przed tymi sądami, zazwyczaj kończyły się wyrokami śmierci, które wykonywano pod osłoną nocy. W ten sposób fanatyczni wielbiciele Hitlera rozprawiali się z tymi, którzy przejrzeli na oczy. Jak na te morderstwa reagowały władze amerykańskie? To także jest bardzo ciekawe.
Poruszyło mnie, jak wielka grupa niemieckich jeńców nadal, mimo nieuchronności klęski i upadku Rzeszy, wielbiła wodza, obchodziła wszystkie uroczystości z nim związane, a rocznica urodzin Hitlera była wielkim obozowym świętem.
Część jeńców chciała przenieść choćby fragment ojczyzny do obozu. Tworzono place jak w rodzinnych miastach, typowe bawarskie ogródki piwne etc.
Co stało się z jeńcami po zakończeniu II wojny światowej? Jeżeli jesteście ciekawi, zachęcam do lektury książki. Czyta się ją błyskawicznie. Jest napisana bardzo przystępnym stylem. Autorowi udało się ogromną ilość materiału historycznego z jakiego korzystał przedstawić tak, iż w trakcie lektury ma się wrażenie zagłębiania w arcyciekawą powieść. Treść oparta została na obszernych świadectwach jeńców (każdorazowo podane jest imię, nazwisko i stopień wypowiadającej się osoby), wypowiedziach strażników, a także amerykańskiej ludności cywilnej, która miała z jeńcami kontakt.
Zakończeniem książki jest tekst Konwencji Genewskiej z 1929 roku dot. traktowania jeńców wojennych. Na ile Amerykanie respektowali Konwencję? Tego dowiecie się w trakcie lektury, do której jeszcze raz gorąco zachęcam.
Bardzo ciekawa książka, która ukazuje temat stosunkowo mało u nas w Polsce znany. Autor opowiada i analizuje kwestię niemieckich jeńców, którzy do niewoli trafili od połowy 1943 roku, po kapitulacji w Tunezji na Przylądku Bon. Dokładnie chodzi o wydarzenie, które miały miejsce w okresie po 13 maja 1943 roku, po kapitulacji ostatnich oddziałów niemiecko-włoskich w Afryce. Był to pierwszy front, na którym przegrali Niemcy. Do niewoli dostało się wtedy ponad 275 tysięcy Włochów i Niemców. Niemieckich jeńców było ok. 150 tysięcy. Bardzo szybko dołączyli do nich kolejni jeńcy, tym razem pojmani na terenie Italii, a póżniej w Normandii. Ponieważ byli to jeńcy będący w niewoli amerykańskiej, władze USA musiały znaleźć sposób i miejsce żeby ich przetrzymywać. Sprawa była o tyle pilna, iż ani w Afryce, ani w Europie nie było możliwości pobudowania obozów jenieckich, a z każdym tygodniem, z każdym kolejnym wydarzeniem wojennym jeńców przybywało. Zdecydowano się więc na przetransportowanie ich drogą morską do USA. Jeńców było tylu, iż jak podaje autor książki, pod koniec II wojny światowej, USA przetrzymywały na swoim terenie 425 tysięcy jeńców, z czego większość stanowili Niemcy. Tych ostatnich było ok. 380 tysięcy, chociaż tutaj dane też są różne.
Autor bardzo ciekawie opisuje zarówno "gromadzenie" jeńców, ich drogę do USA, przebywanie w licznych obozach (których na terenie Stanów Zjednoczonych było blisko 600). Jednak to co zwróciło moją największą uwagę, to reakcja niemieckich jeńców na Amerykę, na społeczeństwo, które tam poznawali, a przede wszystkim swoisty szok, jakiego doznali. Propaganda hitlerowska przedstawiała tuż przed wybuchem wojny i w jej trakcie USA, jako kraj zła, rządzony przez żydowskich manipulatorów, a jedynym słusznym miejscem do życia były oczywiście Niemcy, o które walczono. Duża grupa jeńców niemieckich była wykorzystywana do różnych prac, czy to w fabrykach, czy na farmach, czy w innych miejscach. Na skutek działań wojennych brakowało rąk do pracy, stąd taka siła robocza była bardzo aktywnie wykorzystywana. Szok w zetknięciu z amerykańską rzeczywistością był dla nich wielki. Wielu z nich odkrywanym nowym światem wręcz się zachwyciło. Co z tego wynikło? Nie zdradzę. Dowiecie się z książki.
Bardzo interesująco są także przedstawione warunki życia w obozach, hierarchia, jaka w nich panowała, swoiste mini-państwo obozowe jakie powstało, oraz to na ile silna mimo praktycznie zakończonej porażką wojny, była w wielu niemieckich żołnierzach wiara w idee Hitlera. Wielu jeńców nie godziło się z kapitulacją i napływające rzesze nowych jeńców oskarżano o zakamuflowaną dezercję. Działały wewnętrzne, obozowe sądy kapturowe złożone z zagorzałych zwolenników Hitlera. Procesy, jakie potajemnie miały miejsce przed tymi sądami, zazwyczaj kończyły się wyrokami śmierci, które wykonywano pod osłoną nocy. W ten sposób fanatyczni wielbiciele Hitlera rozprawiali się z tymi, którzy przejrzeli na oczy. Jak na te morderstwa reagowały władze amerykańskie? To także jest bardzo ciekawe.
Poruszyło mnie, jak wielka grupa niemieckich jeńców nadal, mimo nieuchronności klęski i upadku Rzeszy, wielbiła wodza, obchodziła wszystkie uroczystości z nim związane, a rocznica urodzin Hitlera była wielkim obozowym świętem.
Część jeńców chciała przenieść choćby fragment ojczyzny do obozu. Tworzono place jak w rodzinnych miastach, typowe bawarskie ogródki piwne etc.
Co stało się z jeńcami po zakończeniu II wojny światowej? Jeżeli jesteście ciekawi, zachęcam do lektury książki. Czyta się ją błyskawicznie. Jest napisana bardzo przystępnym stylem. Autorowi udało się ogromną ilość materiału historycznego z jakiego korzystał przedstawić tak, iż w trakcie lektury ma się wrażenie zagłębiania w arcyciekawą powieść. Treść oparta została na obszernych świadectwach jeńców (każdorazowo podane jest imię, nazwisko i stopień wypowiadającej się osoby), wypowiedziach strażników, a także amerykańskiej ludności cywilnej, która miała z jeńcami kontakt.
Zakończeniem książki jest tekst Konwencji Genewskiej z 1929 roku dot. traktowania jeńców wojennych. Na ile Amerykanie respektowali Konwencję? Tego dowiecie się w trakcie lektury, do której jeszcze raz gorąco zachęcam.
piątek, 1 sierpnia 2014
Dni walczącej stolicy - Władysław Bartoszewski
Wydawnictwo Świat Książki, 526 s., Moja ocena 6/6
Dzisiaj dzień niezwykle ważny, 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Lektury, które chciałabym wam polecić, będą do tej rocznicy nawiązywać. Będą to dwie książki, które czytałam przez ostatnie kilka tygodni, ale z napisaniem o nich celowo wstrzymywałam się do dzisiejszego dnia.
Dni walczącej stolicy, o tej pozycji wiele słyszałam, wszak to jej kolejne wznowienie, tym razem z okazji okrągłej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Jednak wcześniej nie miałam okazji zapoznać się z treścią książki.
Jest to książka ze wszech miar wyjątkowa. Przede wszystkim dlatego, że jest zapisem sześćdziesięciu siedmiu audycji dokumentalnych poświęconych powstańczej Warszawie. Audycje te były nadawane w programie III Polskiego Radia od 30 lipca do 4 października 1981 roku i odtworzone przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa w 1984 roku. Czas nadawania audycji, to dodatkowy atut książki. Pierwsze książkowe wydania kroniki ukazały się w tym samym czasie nakładem londyńskiego wydawnictwa Aneks i podziemnego wydawnictwa Krąg.
Jednak największą wartością książki są wspomnienia osób biorących udział w Powstaniu oraz wiele (często nieznanych) zdjęć, które pochodzą z Muzeum Powstania Warszawskiego. Ukazują one życie powstańców i ludności cywilnej Warszawy od 31 lipca (czyli od ostatnich dni przed burzą, jak je określa prof. Bartoszewski) do 4 października 1944 roku.
Zdjęcia są różnorodne, różne wyzwalają emocje. Nad niektórymi się podchodzi do porządku dziennego, ot zdjęcia walczących ludzi, niektóre szokują grozą, okrucieństwem, bezsensem. Nie ukrywam, że zdjęcie tej uśmiechniętej dziewczynki (Różyczki), która jak opowiada prof. Bartoszewski pomagała ze wszystkich sił, najbardziej chwyciło mnie za serce. Nikt nie powinien brać udziału w koszmarze wojny, powstania zbrojnego, a już na pewno nie dzieci.
Bohaterami 67 audycji są ludzie w różnym wieku, zarówno młodzi, będący częstokroć jeszcze dziećmi, jak i osoby dorosłe, oraz w podeszłym wieku, powstańcy, a także osoby nie biorące czynnego udziału w tej zbrojnej akcji. Książka i opublikowane w niej audycje wiernie oddają, to co działo się w Warszawie tuż przed wybuchem Powstania, w jego trakcie i tuż po jego upadku.
Mimo, iż profesor Bartoszewski był bezpośrednim uczestnikiem Powstania, w książce brak wątków osobistych dot. bezpośrednio profesora. Jest za to narracja prowadzona w taki sposób, że książkę czyta się niezwykle szybko. Dodatek wspomnień zwykłych ludzi żyjących w tym okresie w stolicy, zdjęcia ukazujące ogrom tragedii, ale i męstwa zwyczajnych ludzi sprawiają, iż jest to lektura z wyjątkowo ściśniętym gardłem.
Wątki osobiste, uczucia opisuje inna książka profesora Bartoszewskiego (okładkę widać obok). Jej recenzje zamieszczę za kilka godzin.
Ten post pisałam wczoraj, nie wiem jak przebiegną uroczystości związane z rocznicą Powstania Warszawskiego. Nieodmiennie zdumiewają, szokują i oburzają mnie wszelkie manifestacje sprzeciwu przeciwko wybuchowi Powstania. Mam nadzieję, że w tym roku wszystko przebiegnie w spokoju.
Rozumiem dyskusję na temat Powstania, jego ew. sensu, ale nie rozumiem niemerytorycznej krytyki na ulicach (jaka kilkakrotnie w rocznicę miała miejsce), manifestacji, gwizdów etc.
Uważam, że nie nam jest oceniać, krytykować ludzi, którzy 70 lat temu podjęli się heroicznego skądinąd czynu, jakim było stanięcie zbrojne przeciwko okupantowi. Nie wiem, czy ja będąc na ich miejscu miałabym tyle odwagi.
Dzisiaj dzień niezwykle ważny, 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Lektury, które chciałabym wam polecić, będą do tej rocznicy nawiązywać. Będą to dwie książki, które czytałam przez ostatnie kilka tygodni, ale z napisaniem o nich celowo wstrzymywałam się do dzisiejszego dnia.
Dni walczącej stolicy, o tej pozycji wiele słyszałam, wszak to jej kolejne wznowienie, tym razem z okazji okrągłej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Jednak wcześniej nie miałam okazji zapoznać się z treścią książki.
Jest to książka ze wszech miar wyjątkowa. Przede wszystkim dlatego, że jest zapisem sześćdziesięciu siedmiu audycji dokumentalnych poświęconych powstańczej Warszawie. Audycje te były nadawane w programie III Polskiego Radia od 30 lipca do 4 października 1981 roku i odtworzone przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa w 1984 roku. Czas nadawania audycji, to dodatkowy atut książki. Pierwsze książkowe wydania kroniki ukazały się w tym samym czasie nakładem londyńskiego wydawnictwa Aneks i podziemnego wydawnictwa Krąg.
Jednak największą wartością książki są wspomnienia osób biorących udział w Powstaniu oraz wiele (często nieznanych) zdjęć, które pochodzą z Muzeum Powstania Warszawskiego. Ukazują one życie powstańców i ludności cywilnej Warszawy od 31 lipca (czyli od ostatnich dni przed burzą, jak je określa prof. Bartoszewski) do 4 października 1944 roku.
Zdjęcia są różnorodne, różne wyzwalają emocje. Nad niektórymi się podchodzi do porządku dziennego, ot zdjęcia walczących ludzi, niektóre szokują grozą, okrucieństwem, bezsensem. Nie ukrywam, że zdjęcie tej uśmiechniętej dziewczynki (Różyczki), która jak opowiada prof. Bartoszewski pomagała ze wszystkich sił, najbardziej chwyciło mnie za serce. Nikt nie powinien brać udziału w koszmarze wojny, powstania zbrojnego, a już na pewno nie dzieci.
Bohaterami 67 audycji są ludzie w różnym wieku, zarówno młodzi, będący częstokroć jeszcze dziećmi, jak i osoby dorosłe, oraz w podeszłym wieku, powstańcy, a także osoby nie biorące czynnego udziału w tej zbrojnej akcji. Książka i opublikowane w niej audycje wiernie oddają, to co działo się w Warszawie tuż przed wybuchem Powstania, w jego trakcie i tuż po jego upadku.
Mimo, iż profesor Bartoszewski był bezpośrednim uczestnikiem Powstania, w książce brak wątków osobistych dot. bezpośrednio profesora. Jest za to narracja prowadzona w taki sposób, że książkę czyta się niezwykle szybko. Dodatek wspomnień zwykłych ludzi żyjących w tym okresie w stolicy, zdjęcia ukazujące ogrom tragedii, ale i męstwa zwyczajnych ludzi sprawiają, iż jest to lektura z wyjątkowo ściśniętym gardłem.
Wątki osobiste, uczucia opisuje inna książka profesora Bartoszewskiego (okładkę widać obok). Jej recenzje zamieszczę za kilka godzin. Ten post pisałam wczoraj, nie wiem jak przebiegną uroczystości związane z rocznicą Powstania Warszawskiego. Nieodmiennie zdumiewają, szokują i oburzają mnie wszelkie manifestacje sprzeciwu przeciwko wybuchowi Powstania. Mam nadzieję, że w tym roku wszystko przebiegnie w spokoju.
Rozumiem dyskusję na temat Powstania, jego ew. sensu, ale nie rozumiem niemerytorycznej krytyki na ulicach (jaka kilkakrotnie w rocznicę miała miejsce), manifestacji, gwizdów etc.
Uważam, że nie nam jest oceniać, krytykować ludzi, którzy 70 lat temu podjęli się heroicznego skądinąd czynu, jakim było stanięcie zbrojne przeciwko okupantowi. Nie wiem, czy ja będąc na ich miejscu miałabym tyle odwagi.
środa, 23 lipca 2014
Wicher wojny
Wydawnictwo Magnum, 656 s., Ocena 6-/6
Jest to recenzja mojego męża, który książkę podoczytywał od ok. 2 miesięcy.
Książek traktujących w sposób naukowy (lub bliski takiemu) tematykę II wojny światowej jest na rynku bardzo dużo. Jednak Wicher wojny jest odrobinę inną pozycją. Ową odmiennością jest przede wszystkim fakt, iż autor ogrom faktów historycznych, jakim bez wątpienia jest 5 lat II wojny światowej, potraktował w sposób syntetyczny, co absolutnie nie oznacza, iż niedokładny. Książka po prostu przedstawia z nowej perspektywy wydarzenia rozgrywające się na frontach II wojny światowej, w tym mało znane epizody, które zaciekawią nie tylko wielbicieli historii XX wieku, ale także osoby niezbyt lubiące historię.
Autor książki, Andrew Robertsa, to pisarz, publicysta mający w swoim dorobku kilku książek oraz członek Royal Sociaty of Literature, Royal Sociaty of Art, Napoleonic Institute czy International Churchill Sociaty. Wichrem wojny po raz kolejny potwierdził swój talent.
Materiał, jaki serwuje nam Roberts jest przedstawiony chronologicznie, co zdecydowanie ułatwia lekturę i zrozumienie niektórych faktów. Całość podzielona jest na trzy rozdziały. Ich nazwy: napaść, przesilenie i klęska oddają w pełni treść.
Roberts rozpoczyna swoją opowieść od momentu, gdy Adolf Hitler buduje militarną potęgę III Rzeszy. Dalej porusza tematy przebiegu wojny, ukazując także jej przebieg na Dalekim Wschodzie. Końcowymi zagadnieniami, jakie porusza jest klęska Niemiec i rola w tym wydarzeniu, jaką odegrał Hitler. Czy jego dowódcy mieli rację oskarżając swojego wodza o całe zło? Ciekawym i niezwykle cennym jest wplecenie w opowieść cytatów z autentycznych wypowiedzi niemieckich żołnierzy różnego stopnia. Sprawia to wrażenie książki historyczno-dokumentalnej i zdecydowanie poprawia przyswajalność faktów przez czytelnika.
Roberts porusza głównie kwestie ogólnoeuropejskie związane z przebiegiem II wojny światowej. Jednak w książce znaleźć można polskie akcenty. Są nimi: sprawa - mordu w Katyniu, śmierci generała Sikorskiego oraz bardzo lakonicznie potraktowana (ale jednak) kampania wrześniowa.
Cennym uzupełnieniem są znajdujące się na początku książki liczne mapki, 52 wkładki ze zdjęciami oraz bogata bibliografia.
Na zdecydowany minus zasługuje umiejscowienie przypisów na końcu książki, co utrudnia lekturę i nie ukrywam, zniechęca do zaglądania do przypisów.
Poza tą drobną wadą, jest to bardzo dobrze napisana książka. Mimo, iż jej treść nie przyniosła żadnego przełomowego odkrycia dot. faktów z okresu II wojny światowej, to wielkie uznanie należy się autorowi za potraktowanie ogromu materiału w tak przystępny sposób. Napisanie tego typu książki językiem, który nie tylko porwie fanów historii, ale bez wątpienia także zaciekawi jej przeciwników jest sztuką.
Jest to recenzja mojego męża, który książkę podoczytywał od ok. 2 miesięcy.
Książek traktujących w sposób naukowy (lub bliski takiemu) tematykę II wojny światowej jest na rynku bardzo dużo. Jednak Wicher wojny jest odrobinę inną pozycją. Ową odmiennością jest przede wszystkim fakt, iż autor ogrom faktów historycznych, jakim bez wątpienia jest 5 lat II wojny światowej, potraktował w sposób syntetyczny, co absolutnie nie oznacza, iż niedokładny. Książka po prostu przedstawia z nowej perspektywy wydarzenia rozgrywające się na frontach II wojny światowej, w tym mało znane epizody, które zaciekawią nie tylko wielbicieli historii XX wieku, ale także osoby niezbyt lubiące historię.
Autor książki, Andrew Robertsa, to pisarz, publicysta mający w swoim dorobku kilku książek oraz członek Royal Sociaty of Literature, Royal Sociaty of Art, Napoleonic Institute czy International Churchill Sociaty. Wichrem wojny po raz kolejny potwierdził swój talent.
Materiał, jaki serwuje nam Roberts jest przedstawiony chronologicznie, co zdecydowanie ułatwia lekturę i zrozumienie niektórych faktów. Całość podzielona jest na trzy rozdziały. Ich nazwy: napaść, przesilenie i klęska oddają w pełni treść.
Roberts rozpoczyna swoją opowieść od momentu, gdy Adolf Hitler buduje militarną potęgę III Rzeszy. Dalej porusza tematy przebiegu wojny, ukazując także jej przebieg na Dalekim Wschodzie. Końcowymi zagadnieniami, jakie porusza jest klęska Niemiec i rola w tym wydarzeniu, jaką odegrał Hitler. Czy jego dowódcy mieli rację oskarżając swojego wodza o całe zło? Ciekawym i niezwykle cennym jest wplecenie w opowieść cytatów z autentycznych wypowiedzi niemieckich żołnierzy różnego stopnia. Sprawia to wrażenie książki historyczno-dokumentalnej i zdecydowanie poprawia przyswajalność faktów przez czytelnika.
Roberts porusza głównie kwestie ogólnoeuropejskie związane z przebiegiem II wojny światowej. Jednak w książce znaleźć można polskie akcenty. Są nimi: sprawa - mordu w Katyniu, śmierci generała Sikorskiego oraz bardzo lakonicznie potraktowana (ale jednak) kampania wrześniowa.
Cennym uzupełnieniem są znajdujące się na początku książki liczne mapki, 52 wkładki ze zdjęciami oraz bogata bibliografia.
Na zdecydowany minus zasługuje umiejscowienie przypisów na końcu książki, co utrudnia lekturę i nie ukrywam, zniechęca do zaglądania do przypisów.
Poza tą drobną wadą, jest to bardzo dobrze napisana książka. Mimo, iż jej treść nie przyniosła żadnego przełomowego odkrycia dot. faktów z okresu II wojny światowej, to wielkie uznanie należy się autorowi za potraktowanie ogromu materiału w tak przystępny sposób. Napisanie tego typu książki językiem, który nie tylko porwie fanów historii, ale bez wątpienia także zaciekawi jej przeciwników jest sztuką.
poniedziałek, 14 lipca 2014
Rotmistrz Pilecki ochotnik do Auschwitz
Wydawnictwo RM, Ocena 6-/6
Recenzja mojego męża.
Witold Pilecki urodził się 13 maja 1901 roku w Ołońcu (na terenie dzisiejszej Rosji). Walczył w obu wojnach światowych, był oficerem AK, był także przez 3 lata dobrowolnym więźniem w KL Auschwitz. W 1940 roku, za zgodą komendanta głównego Związku Walki Zbrojnej, gen. Stefana Roweckiego „Grota”, został zatrzymany w łapance na Żoliborzu i wywieziony do Auschwitz. Celem tej misji było zorganizowanie komórki konspiracji wojskowej. Po ucieczce z obozu walczył w powstaniu warszawskim. Po jego upadku został uwięziony w dwóch obozach jenieckich - Lansdorf i Murnau. Walczył także w II Korpusie Polskim generała Władysława Andersa. Został stracony 25 maja 1948 roku w wyniku zbrodniczego procesu stalinowskiego.
Pilecki to postać niebanalna, której losy, całe życie zostały zdeterminowane przez czasy w jakich przyszło mu żyć oraz przez wyjątkowe poczucie godności i patriotyzmu. Żył życiem, którym z powodzeniem można by obdzielić kilka osób. Autor prowadzi nas od dnia jego narodzin, aż do śmierci. Ponieważ okres międzywojenny nie przyniósł w życiu Pileckiego przełomowych wydarzeń, Adam Cyra skupia się przede wszystkim na życiu i działalności swojego bohatera od wybuchu II wojny światowej, aż do jego śmierci.
Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza z nich to opowieść o życiu i dokonaniach Pileckiego, a druga to jego słynny raport, który stworzył po ucieczce z Auschwitz w kwietniu 1943 roku. Źródła, na których opierał się autor są różnorodne (każde jest omówione szczegółowo). Duża część informacji pochodzi z teczek osobowych rotmistrza, które znajdują się w Centralnym Archiwum Wojskowym w Warszawie oraz z Zeszytu Ewidencyjnego, którego oryginał znajduje się w Studium Polski podziemnej w Londynie. Kolejnym źródłem informacji były teczki więzienne, które znajdują się w archiwum IPN. Część materiałów ofiarowali najbliżsi rotmistrza - wdowa po nim i syn.
Akta procesowe Pileckiego i pozostałych osób, które wraz z nim były sądzone to także cenne źródło wiedzy. Dostęp do nich stał się możliwy dopiero po 1989 roku. Akta te liczą blisko 2000 kart. Ich zawartość to wiele nowych faktów z życia rotmistrza i przebiegu zbrodniczej farsy, jaką bez wątpienia był proces.
Rotmistrz Pilecki był człowiekiem wielkim w całym tego słowa znaczeniu. Niewielu może się poszczycić dokonaniami choćby zbliżonymi do jego. przyszło mu żyć w trudnych czasach, które jednak decydowały o przyszłości Polski i Polaków. Potrafił czynnie włączyć się w ich nurt i zapłacił za to cenę najwyższą. Został rozstrzelany. Najprawdopodobniej strzelono mu w tył głowy. Nikt nie jest tego pewien, ponieważ zwłok straconych więźniów nie wydawano rodzinom. Bardzo często bliscy nie otrzymywali także żadnych informacji o egzekucji. W przypadku Pileckiego zachowało się tylko pismo wiceprokuratora do naczelnika więzienia na Mokotowie. Żadnej dokumentacji o złożeniu zwłok nie ma. Rotmistrz został najprawdopodobniej pochowany w jednej z wielu (zbyt wielu) zbiorowych, anonimowych mogił. Rotmistrz Pilecki był jedną z 2450 ofiar zbrodni sądowych, które miały miejsce w Polsce w latach 1944-56.
Książka jest doskonale napisana. Mimo sporej zawartości historycznych faktów, czyta się ją niczym arcyciekawą powieść, tym bardziej porywającą i poruszającą, iż opartą na faktach. Szczególnie wstrząsająca i dająca do myślenia jest druga część książki, czyli raport Pileckiego. To co w nim uderza to pewność, że robi, to co należy zrobić, oraz jego upór w dążeniu do celu i przedkładanie dobra rodaków, miłości do ojczyzny nad własne życie.
Najbardziej poruszającą jest jednak jego reakcja na wyrok śmierci.
Książka o jednym z największych, najbardziej zasłużonych Polaków I połowy XX wieku, a jednocześnie o osobie tak mało znanej. Dobrze, że coraz więcej pisze, mówi się o rotmistrzu. Czas zwrócić mu pamięć, czas o nim mówić.
Minus należy się tylko za umieszczenie przypisów nie u dołu strony, a na końcu każdego rozdziału. Zdecydowanie utrudnia to lekturę.
Recenzja mojego męża.
Witold Pilecki urodził się 13 maja 1901 roku w Ołońcu (na terenie dzisiejszej Rosji). Walczył w obu wojnach światowych, był oficerem AK, był także przez 3 lata dobrowolnym więźniem w KL Auschwitz. W 1940 roku, za zgodą komendanta głównego Związku Walki Zbrojnej, gen. Stefana Roweckiego „Grota”, został zatrzymany w łapance na Żoliborzu i wywieziony do Auschwitz. Celem tej misji było zorganizowanie komórki konspiracji wojskowej. Po ucieczce z obozu walczył w powstaniu warszawskim. Po jego upadku został uwięziony w dwóch obozach jenieckich - Lansdorf i Murnau. Walczył także w II Korpusie Polskim generała Władysława Andersa. Został stracony 25 maja 1948 roku w wyniku zbrodniczego procesu stalinowskiego.
Pilecki to postać niebanalna, której losy, całe życie zostały zdeterminowane przez czasy w jakich przyszło mu żyć oraz przez wyjątkowe poczucie godności i patriotyzmu. Żył życiem, którym z powodzeniem można by obdzielić kilka osób. Autor prowadzi nas od dnia jego narodzin, aż do śmierci. Ponieważ okres międzywojenny nie przyniósł w życiu Pileckiego przełomowych wydarzeń, Adam Cyra skupia się przede wszystkim na życiu i działalności swojego bohatera od wybuchu II wojny światowej, aż do jego śmierci.
Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza z nich to opowieść o życiu i dokonaniach Pileckiego, a druga to jego słynny raport, który stworzył po ucieczce z Auschwitz w kwietniu 1943 roku. Źródła, na których opierał się autor są różnorodne (każde jest omówione szczegółowo). Duża część informacji pochodzi z teczek osobowych rotmistrza, które znajdują się w Centralnym Archiwum Wojskowym w Warszawie oraz z Zeszytu Ewidencyjnego, którego oryginał znajduje się w Studium Polski podziemnej w Londynie. Kolejnym źródłem informacji były teczki więzienne, które znajdują się w archiwum IPN. Część materiałów ofiarowali najbliżsi rotmistrza - wdowa po nim i syn.
Akta procesowe Pileckiego i pozostałych osób, które wraz z nim były sądzone to także cenne źródło wiedzy. Dostęp do nich stał się możliwy dopiero po 1989 roku. Akta te liczą blisko 2000 kart. Ich zawartość to wiele nowych faktów z życia rotmistrza i przebiegu zbrodniczej farsy, jaką bez wątpienia był proces.
Rotmistrz Pilecki był człowiekiem wielkim w całym tego słowa znaczeniu. Niewielu może się poszczycić dokonaniami choćby zbliżonymi do jego. przyszło mu żyć w trudnych czasach, które jednak decydowały o przyszłości Polski i Polaków. Potrafił czynnie włączyć się w ich nurt i zapłacił za to cenę najwyższą. Został rozstrzelany. Najprawdopodobniej strzelono mu w tył głowy. Nikt nie jest tego pewien, ponieważ zwłok straconych więźniów nie wydawano rodzinom. Bardzo często bliscy nie otrzymywali także żadnych informacji o egzekucji. W przypadku Pileckiego zachowało się tylko pismo wiceprokuratora do naczelnika więzienia na Mokotowie. Żadnej dokumentacji o złożeniu zwłok nie ma. Rotmistrz został najprawdopodobniej pochowany w jednej z wielu (zbyt wielu) zbiorowych, anonimowych mogił. Rotmistrz Pilecki był jedną z 2450 ofiar zbrodni sądowych, które miały miejsce w Polsce w latach 1944-56.
Książka jest doskonale napisana. Mimo sporej zawartości historycznych faktów, czyta się ją niczym arcyciekawą powieść, tym bardziej porywającą i poruszającą, iż opartą na faktach. Szczególnie wstrząsająca i dająca do myślenia jest druga część książki, czyli raport Pileckiego. To co w nim uderza to pewność, że robi, to co należy zrobić, oraz jego upór w dążeniu do celu i przedkładanie dobra rodaków, miłości do ojczyzny nad własne życie.
Najbardziej poruszającą jest jednak jego reakcja na wyrok śmierci.
Książka o jednym z największych, najbardziej zasłużonych Polaków I połowy XX wieku, a jednocześnie o osobie tak mało znanej. Dobrze, że coraz więcej pisze, mówi się o rotmistrzu. Czas zwrócić mu pamięć, czas o nim mówić.
Minus należy się tylko za umieszczenie przypisów nie u dołu strony, a na końcu każdego rozdziału. Zdecydowanie utrudnia to lekturę.
O autorze: DR ADAM
CYRA (ur. w 1949 roku.), starszy kustosz Państwowego Muzeum
Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu oraz współtwórca stałej ekspozycji o
obozowym ruchu oporu na terenie Muzeum w bloku nr 11, zorganizował ponad
dwadzieścia krajowych i zagranicznych wystaw poświęconych historii KL
Auschwitz. Aktywnie współpracuje z Towarzystwem Opieki nad Oświęcimiem
oraz Towarzystwem Miłośników Wołynia i Polesia. Jest autorem wielu
publikacji z zakresu historii KL Auschwitz oraz bloga historycznego
Cyra.wblogu.pl. Za swą działalność został uhonorowany między innymi
Złotym Krzyżem Zasługi i medalem Pro Memoria.
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























