Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
David Attenborough to niezwykle ważna w świecie i dla wielu z nas postać. Brytyjski biolog, popularyzator wiedzy przyrodniczej na świecie, pisarz, narrator i podróżnik zaszczepił żądze podróżowania, chęć poznawania świata w milionach ludzi na całym świecie.
Filmy, których jest realizatorem i narratorem charakteryzują się przede wszystkim przepięknymi ujęciami i ukazywaniem świata, którego większość z nas nigdy by nie zobaczyła, a także prezentowaniem rzadkich, trudno osiągalnych zwierząt, które przywoził do kolekcji londyńskiego zoo.
Niniejsza książka to zapiski z wieloletnich podróży, notatki z obserwacji, dowcipne, ale i pouczające anegdoty, wspomnienia, zachwyty i uczucia wręcz przeciwne. To także opowieść o tym co było, a co (tu stwierdzam z żalem) niestety już nie wróci. Wiele rzeczy, zjawisk przestało być najważniejszych, pewne aspekty przegrały w wyścigu z wszechobecnym pieniądzem. Świat już niestety nie jest tym samy, jakim z początku swojej kariery opisuje go Attenborough.
Książka aż skrzy się od wspaniałych opisów. I nic dziwnego. Wszak jej autor to wielki pasjonat natury. Całość okraszona lekkim, ale naprawdę leciutki moralizatorstwem (wsadzonym w tekst, ot tak mimochodem) jest doskonale, lekko, acz inteligentnie napisana. Czyta się z wielką przyjemnością co i rusz wybuchając śmiechem...angielski humor jest jednak niesamowity.
Przygody młodego podróżnika, to także mądra książka, która uczy miłości do natury, pokory wobec świata, na którym żyjemy i który niestety konsekwentnie niszczymy, szacunku i po prostu innego spojrzenia na kilka ważnych spraw.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo prószyński i s-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo prószyński i s-ka. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 18 października 2018
wtorek, 16 października 2018
Skradzione małżeństwo - Diane Chamberlain
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 5/6
Kolejna, bardzo sprawnie napisana książką Chamberlain. Kolejna wg. znanego, sprawdzającego się schematu.
Jest rok 1944, Tess DeMello podejmuje brzemienną w skutki decyzję... zrywa zaręczyny z ukochanym mężczyzną i wyprowadza się z Baltimore do Hickory, małego miasteczka, aby tam poślubić człowieka, którego widziała tylko jeden raz w życiu.
Dlaczego? Co nią kierowało? Jak odnajdzie się w nowym środowisku, we wrogim jej miasteczku? Tess bardzo szybko zdaje sobie sprawę, jak wielki błąd popełniła. Wrogie otoczenie, nieznany, dziwny, często wrogo zachowujący się mąż. A to dopiero początek historii.
Chamberlain napisała dobrą, poruszająca powieść o tym, jak jeden krok może zmienić nasze całe życie i o tym do czego zdolna jest kobieta.
Bardzo ciekawie odmalowane male miasteczko, jego atmosfera, wizerunek mieszkających w nim ludzi. To niewątpliwie plus powieści.
Kolejnym atutem jest warstwa emocjonalna., Jak to u tej autorki, ładunek emocjonalny, gra na uczuciach czytelników jest ogromny. Książka, opisana w niej historia poruszają od pierwszego rozdziału. Chociaż nie ukrywam, główna bohaterka, Tess jest dziecinna, infantylna, w wielu momentach po prostu irytująca. Jednak takie wykreowanie p6sotaci to celowy zabieg. Młodziutka dziewczyna w połowie lat 40. XX wieku, małe miasteczko, jego atmosfera, problem, z którym boryka się Tess, w taką fabułę p6sotać infantylnej, egzaltowanej dziewczyny doskonale się wpisuje.
Na końcu oczywiście wielki happy end, który jest bardzo charakterystyczny dla prozy Diane Chamberlain. Scenariusz, tak jak napisałam, wyeksploatowany znany od wielu książek, ale doskonale się sprawdzający. Skradzione małżeństwo czyta się dobrze, szybko, doskonała lektura na długie jesienne i zimowe wieczory.
Kolejna, bardzo sprawnie napisana książką Chamberlain. Kolejna wg. znanego, sprawdzającego się schematu.
Jest rok 1944, Tess DeMello podejmuje brzemienną w skutki decyzję... zrywa zaręczyny z ukochanym mężczyzną i wyprowadza się z Baltimore do Hickory, małego miasteczka, aby tam poślubić człowieka, którego widziała tylko jeden raz w życiu.
Dlaczego? Co nią kierowało? Jak odnajdzie się w nowym środowisku, we wrogim jej miasteczku? Tess bardzo szybko zdaje sobie sprawę, jak wielki błąd popełniła. Wrogie otoczenie, nieznany, dziwny, często wrogo zachowujący się mąż. A to dopiero początek historii.
Chamberlain napisała dobrą, poruszająca powieść o tym, jak jeden krok może zmienić nasze całe życie i o tym do czego zdolna jest kobieta.
Bardzo ciekawie odmalowane male miasteczko, jego atmosfera, wizerunek mieszkających w nim ludzi. To niewątpliwie plus powieści.
Kolejnym atutem jest warstwa emocjonalna., Jak to u tej autorki, ładunek emocjonalny, gra na uczuciach czytelników jest ogromny. Książka, opisana w niej historia poruszają od pierwszego rozdziału. Chociaż nie ukrywam, główna bohaterka, Tess jest dziecinna, infantylna, w wielu momentach po prostu irytująca. Jednak takie wykreowanie p6sotaci to celowy zabieg. Młodziutka dziewczyna w połowie lat 40. XX wieku, małe miasteczko, jego atmosfera, problem, z którym boryka się Tess, w taką fabułę p6sotać infantylnej, egzaltowanej dziewczyny doskonale się wpisuje.
Na końcu oczywiście wielki happy end, który jest bardzo charakterystyczny dla prozy Diane Chamberlain. Scenariusz, tak jak napisałam, wyeksploatowany znany od wielu książek, ale doskonale się sprawdzający. Skradzione małżeństwo czyta się dobrze, szybko, doskonała lektura na długie jesienne i zimowe wieczory.
sobota, 6 października 2018
Była raz wojna. Bomby poszły - Steinbeck John
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 5-/6
Recenzja mojego męża
Była raz wojna... to niezapomniany i poruszający obraz życia w czasie wojny. Jest początek lat 40. XX wieku, środek najokrutniejszej z okrutnych wojen.
Steinbeck ukazuje nam Wielką Brytanię, Afrykę północną, Włochy i wielką wojnę w poruszającym kolażu obrazów i opisów.
Razem z autorem jesteśmy w samym sercu wydarzeń. Obcujemy z ludźmi, jemy, śpimy, przezywamy z nimi sukcesy i porażki, rozmawiamy, walczymy obok nich.
To co moim zdaniem najważniejsze w tej książce to fakt, iż Steinbeck głos oddaje ludziom, walczącym żołnierzom, tym, którzy na co dzień mają do czynienia z okrucieństwem wojny. To oni są na pierwszym miejscu. Walka, wojna jest tylko tłem do ukazania prawdziwych bohaterów.
Autor reportaży ukazuje swoich bohaterów we wszystkich możliwych sytuacjach. Steinbeck, tak znany ze swojej wnikliwości, także tym razem zdaje się nie opuszczać żołnierzy ani na krok, a obrazy, które widzi, wydarzenia, których jest świadkiem prezentuje wyraziście, bez upiększania.
Drugi aspekt książki, oprócz ukazania żołnierzy wplecionych w okrucieństwo wojny, to fakt zaprezentowania wyjątkowej grupy ludzi. Są nimi lotnicy obsługujący bombowce. Śledzimy ich proces rekrutacji, szkolenia, działanie w sercu akcji, poznajemy dzień codzienny, poczynania, przemyślenia elity żołnierskiej, jak nazywa ich Steinbeck.
Była raz wojna... to reportaże, które pisane na zamówienie dziennika "New York Herald Tribune" tworzą poruszający i wyjątkowy zbiór, który z pewnością warto przeczytać.
To także swoisty przykład doskonale napisanej literatury na zamówienie, literatury, która z założenia miała podnieść morale zarówno żołnierzy, jak i cywilów. Niezależnie od tego, jak potraktujemy tę książkę, warto po nią sięgnąć i poznać reportaże. W kilku miejscach może razić odrobinę afektowany styl pisarski, ale należy pamiętać w jakim celu powstały te teksty.
Recenzja mojego męża
Była raz wojna... to niezapomniany i poruszający obraz życia w czasie wojny. Jest początek lat 40. XX wieku, środek najokrutniejszej z okrutnych wojen.
Steinbeck ukazuje nam Wielką Brytanię, Afrykę północną, Włochy i wielką wojnę w poruszającym kolażu obrazów i opisów.
Razem z autorem jesteśmy w samym sercu wydarzeń. Obcujemy z ludźmi, jemy, śpimy, przezywamy z nimi sukcesy i porażki, rozmawiamy, walczymy obok nich.
To co moim zdaniem najważniejsze w tej książce to fakt, iż Steinbeck głos oddaje ludziom, walczącym żołnierzom, tym, którzy na co dzień mają do czynienia z okrucieństwem wojny. To oni są na pierwszym miejscu. Walka, wojna jest tylko tłem do ukazania prawdziwych bohaterów.
Autor reportaży ukazuje swoich bohaterów we wszystkich możliwych sytuacjach. Steinbeck, tak znany ze swojej wnikliwości, także tym razem zdaje się nie opuszczać żołnierzy ani na krok, a obrazy, które widzi, wydarzenia, których jest świadkiem prezentuje wyraziście, bez upiększania.
Drugi aspekt książki, oprócz ukazania żołnierzy wplecionych w okrucieństwo wojny, to fakt zaprezentowania wyjątkowej grupy ludzi. Są nimi lotnicy obsługujący bombowce. Śledzimy ich proces rekrutacji, szkolenia, działanie w sercu akcji, poznajemy dzień codzienny, poczynania, przemyślenia elity żołnierskiej, jak nazywa ich Steinbeck.
Była raz wojna... to reportaże, które pisane na zamówienie dziennika "New York Herald Tribune" tworzą poruszający i wyjątkowy zbiór, który z pewnością warto przeczytać.
To także swoisty przykład doskonale napisanej literatury na zamówienie, literatury, która z założenia miała podnieść morale zarówno żołnierzy, jak i cywilów. Niezależnie od tego, jak potraktujemy tę książkę, warto po nią sięgnąć i poznać reportaże. W kilku miejscach może razić odrobinę afektowany styl pisarski, ale należy pamiętać w jakim celu powstały te teksty.
środa, 3 października 2018
Bona. Zmierzch Jagiellonów - Magdalena Niedźwiedzka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 5,5/6
Bona otwiera cykl, który nie ukrywam, zapowiada się doskonale...Zmierzch Jagiellonów.
Chyba każdy, nawet osoba nieinteresująca się historią, słyszał, czytał o królowej Bonie, ma o niej większe lub mniejsze pojęcie. Była jedną z najsłynniejszych kobiet na polskim tronie, najbardziej władczą, ale i taką, która najwięcej zrobiła dla naszego kraju.
Żyła w fascynujący sposób,umarła osamotniona i zdradzona. Byłam bardzo ciekawa, jak przedstawi ją Magdalena Niedźwiedzka, jaka to powieść. Bo od razu zaznaczę, należy pamiętać, iż Bona,,, Niedźwiedzkiej to powieść historyczna, nie rozprawa naukowa.
Jednak należy od razu zaznaczyć, iż powieść jest niesłychanie dopracowana pod względem merytorycznym. Dotyczy to zarówno wszystkich szczegółów życia dworskiego, jak i postaci uwiecznionych na kartach książki.
Kraków XV i XVI wieku nakreślony przez pisarkę ożywa na kartach książki na tyle, iż czytelnik w trakcie lektury zdaje się przenosić w czasie. Wierne oddanie realiów Polski w tym okresie to jeden z wielu atutów książki. O Polsce tuż przed przybyciem Bony do Krakowa i za jej czasów dowiadujemy się bardzo wiele i ze wszystkimi szczegółami. Trzeba autorce przyznać, iż w tym (ale nie tylko w tym) zakresie dokonała bardzo drobiazgowego resarchu.
Podobnie ma się sprawa z Italią, w której rodzi się i dorasta przyszła królowa Polski. Dwór matki Bony, księżnej Izabeli zdaje się ożywać w trakcie lektury.
A sama główna bohaterka....no cóż, jest niezwykła, nietuzinkowa, ostra, inteligentna, nie dająca się podporządkować nikomu i niczemu. Z pewnością jest kimś więcej niż tylko żoną swojego męża. Niedźwiedzka swoją bohaterkę uczyniła kobietą z krwi i kości, niezwykłą, pełną werwy, żądzy, nietuzinkową. Warto ją poznać w trakcie lektury książki. Zachęcam do lektury.
Bona otwiera cykl, który nie ukrywam, zapowiada się doskonale...Zmierzch Jagiellonów.
Chyba każdy, nawet osoba nieinteresująca się historią, słyszał, czytał o królowej Bonie, ma o niej większe lub mniejsze pojęcie. Była jedną z najsłynniejszych kobiet na polskim tronie, najbardziej władczą, ale i taką, która najwięcej zrobiła dla naszego kraju.
Żyła w fascynujący sposób,umarła osamotniona i zdradzona. Byłam bardzo ciekawa, jak przedstawi ją Magdalena Niedźwiedzka, jaka to powieść. Bo od razu zaznaczę, należy pamiętać, iż Bona,,, Niedźwiedzkiej to powieść historyczna, nie rozprawa naukowa.
Jednak należy od razu zaznaczyć, iż powieść jest niesłychanie dopracowana pod względem merytorycznym. Dotyczy to zarówno wszystkich szczegółów życia dworskiego, jak i postaci uwiecznionych na kartach książki.
Kraków XV i XVI wieku nakreślony przez pisarkę ożywa na kartach książki na tyle, iż czytelnik w trakcie lektury zdaje się przenosić w czasie. Wierne oddanie realiów Polski w tym okresie to jeden z wielu atutów książki. O Polsce tuż przed przybyciem Bony do Krakowa i za jej czasów dowiadujemy się bardzo wiele i ze wszystkimi szczegółami. Trzeba autorce przyznać, iż w tym (ale nie tylko w tym) zakresie dokonała bardzo drobiazgowego resarchu.
Podobnie ma się sprawa z Italią, w której rodzi się i dorasta przyszła królowa Polski. Dwór matki Bony, księżnej Izabeli zdaje się ożywać w trakcie lektury.
A sama główna bohaterka....no cóż, jest niezwykła, nietuzinkowa, ostra, inteligentna, nie dająca się podporządkować nikomu i niczemu. Z pewnością jest kimś więcej niż tylko żoną swojego męża. Niedźwiedzka swoją bohaterkę uczyniła kobietą z krwi i kości, niezwykłą, pełną werwy, żądzy, nietuzinkową. Warto ją poznać w trakcie lektury książki. Zachęcam do lektury.
wtorek, 25 września 2018
Córka kucharki - Weronika Wierzchowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 5/6
Ciekawa opowieść o Lucynie Ćwierczakiewiczowej – matce, kucharce, autorce bestsellerowych książek kucharskich i pierwszej kulinarnej celebrytce w drugiej połowie XIX wieku.
Ta książka to opowieść o Ćwierczakiewiczowej, ale i o tym czego często mimo dostatku i powodzenia, brakuje. Chodzi tu o dziecko, którego Lucynie brakowało, ale nie tylko. Także (a może przede wszystkim) o miłość, wzajemny szacunek, ciepło, przyjaźń, ludzkie odruchy wobec drugiego człowieka.
O co dokładnie chodzi, tego nie zdradzę. Zachęcam za to do lektury tej ciekawiej, dobrze napisanej książki.
Córka kucharki wciąga od pierwszego rozdziału. Największy atut książki to doskonale nakreślone postaci Ćwierczakiewiczowej i małej sieroty Tosi, konflikt między nimi, postawa obu. Bardzo ciekawie ukazana jest sama Ćwierczakiewiczowa, jej ego, osobowość, zasady, dominująca postawa, poglądy i ich co najmniej dyskusyjny sposób oznajmiania wszem i wobec.
Do tego dochodzi gro innych, drugoplanowych bohaterów, których autorka także doskonale ukazała.
Wierzchowskiej udało się tak dobrze sportretować bohaterki, iż jedną lubimy, ba kochamy od razu, drugiej szczerze nie znosimy. Te uczucia nie zmieniają się przez cały czas lektury, chociaż dla samej Ćwierczakiewiczowej seniorki miałam z biegiem czasu sporo zrozumienia.
Dodatkowym atutem jest drobiazgowe oddanie XIX-wiecznej rzeczywistości, tego jak się żyło, jak myślano, jakie były obyczaje, dni codzienne.
Książkową rzeczywistość poznajemy z punktu widzenia sieroty Tosi, w jej wspomnieniach. Tosia będąc dorosłą, sędziwą kobietą, żyjąc już w XX wieku cofa się kilka dekad do wieku XIX i prezentuje nam świat mieszczan, niekiedy blichtru, patos, zakłamania, radości, ale i okrucieństwa.
Wisienką na torcie są kulinarne opisy, których autorka sporo zamieściła w książce. Trudno zresztą inaczej, gdy jedną z bohaterek jest najsłynniejsza kucharka XIX wieku. Opisy, smaki, aromaty, krzątanina, atmosfera kuchni i salonu, a także targu w trakcie zakupów...sprawiają, iż wielokrotnie w trakcie lektury ślinka płynie do ust, a nos nieomal sam wyczuwa wszelkie zapachy.
Gorąco zachęcam do lektury. Dobra, dopracowana obyczajowa powieść z elementami historycznymi i humorystycznymi.
Ciekawa opowieść o Lucynie Ćwierczakiewiczowej – matce, kucharce, autorce bestsellerowych książek kucharskich i pierwszej kulinarnej celebrytce w drugiej połowie XIX wieku.
Ta książka to opowieść o Ćwierczakiewiczowej, ale i o tym czego często mimo dostatku i powodzenia, brakuje. Chodzi tu o dziecko, którego Lucynie brakowało, ale nie tylko. Także (a może przede wszystkim) o miłość, wzajemny szacunek, ciepło, przyjaźń, ludzkie odruchy wobec drugiego człowieka.
O co dokładnie chodzi, tego nie zdradzę. Zachęcam za to do lektury tej ciekawiej, dobrze napisanej książki.
Córka kucharki wciąga od pierwszego rozdziału. Największy atut książki to doskonale nakreślone postaci Ćwierczakiewiczowej i małej sieroty Tosi, konflikt między nimi, postawa obu. Bardzo ciekawie ukazana jest sama Ćwierczakiewiczowa, jej ego, osobowość, zasady, dominująca postawa, poglądy i ich co najmniej dyskusyjny sposób oznajmiania wszem i wobec.
Do tego dochodzi gro innych, drugoplanowych bohaterów, których autorka także doskonale ukazała.
Wierzchowskiej udało się tak dobrze sportretować bohaterki, iż jedną lubimy, ba kochamy od razu, drugiej szczerze nie znosimy. Te uczucia nie zmieniają się przez cały czas lektury, chociaż dla samej Ćwierczakiewiczowej seniorki miałam z biegiem czasu sporo zrozumienia.
Dodatkowym atutem jest drobiazgowe oddanie XIX-wiecznej rzeczywistości, tego jak się żyło, jak myślano, jakie były obyczaje, dni codzienne.
Książkową rzeczywistość poznajemy z punktu widzenia sieroty Tosi, w jej wspomnieniach. Tosia będąc dorosłą, sędziwą kobietą, żyjąc już w XX wieku cofa się kilka dekad do wieku XIX i prezentuje nam świat mieszczan, niekiedy blichtru, patos, zakłamania, radości, ale i okrucieństwa.
Wisienką na torcie są kulinarne opisy, których autorka sporo zamieściła w książce. Trudno zresztą inaczej, gdy jedną z bohaterek jest najsłynniejsza kucharka XIX wieku. Opisy, smaki, aromaty, krzątanina, atmosfera kuchni i salonu, a także targu w trakcie zakupów...sprawiają, iż wielokrotnie w trakcie lektury ślinka płynie do ust, a nos nieomal sam wyczuwa wszelkie zapachy.
Gorąco zachęcam do lektury. Dobra, dopracowana obyczajowa powieść z elementami historycznymi i humorystycznymi.
niedziela, 23 września 2018
Tańczący trumniarz - Jeffery Deaver
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 5/6
Recenzja mojego męża.
Jeffery Deaver ma bardzo ciekawy styl pisarski, dobre, mocne piór i sięgając po jego książki wiem, że mnie nie zawiedzie. Nie inaczej było w przypadku Tańczącego trumniarza. To dobry, mocny, realny thriller wymieszany z doskonałym kryminałem.
Tytułowy tańczący trumniarz to seryjny zabójca, który dostaje zadanie zlikwidowania trójki świadków. Trumniarz jest nieprzewidywalny, inteligentny, jest jak duch, po którym można spodziewać się najgorsze. Powstrzymać go i zlikwidować może równie groźny przeciwnik Jest nim genialny Lincoln Rhyme.Ma na to 48 godz. Jak łatwo przewidzieć wszystko mu się uda, ale perypetii i nagłych zwrotów akcji będzie co niemiara. Smaczku dodaje swoisty pojedynek pomiędzy Lincolnem a Trumniarzem. Jest to pojedynek na to, kto kogo przechytrzy, kto jest bardziej inteligentny, pomysłowy, sprytny, cwany, bardziej bezwzględny. Tę walkę możemy obserwować przez całą książkę. Bardzo ciekawy zabieg.
Po raz kolejny Deaver mnie nie zawiódł. Zaserwował mi prawdziwą ucztę thrillerowo-kryminalną, kilka godzin wspaniałej, pełnej napięcia lektury i lekturę od której wierzcie mi, trudno się oderwać.Dużo akcji, bardzo dobre tempo, inteligentna rozgrywka między dobrem, a złem i niespodziewany zwrot pod sam koniec książki. To jest to, co u Deavera lubię najbardziej. Autor ponownie napisał świetną książkę. I fakt, iż nieomal od początku znamy tożsamość zabójcy, w niczym nie przeszkadza. Książkę czyta się i tak doskonale. Polecam.
Recenzja mojego męża.
Jeffery Deaver ma bardzo ciekawy styl pisarski, dobre, mocne piór i sięgając po jego książki wiem, że mnie nie zawiedzie. Nie inaczej było w przypadku Tańczącego trumniarza. To dobry, mocny, realny thriller wymieszany z doskonałym kryminałem.
Tytułowy tańczący trumniarz to seryjny zabójca, który dostaje zadanie zlikwidowania trójki świadków. Trumniarz jest nieprzewidywalny, inteligentny, jest jak duch, po którym można spodziewać się najgorsze. Powstrzymać go i zlikwidować może równie groźny przeciwnik Jest nim genialny Lincoln Rhyme.Ma na to 48 godz. Jak łatwo przewidzieć wszystko mu się uda, ale perypetii i nagłych zwrotów akcji będzie co niemiara. Smaczku dodaje swoisty pojedynek pomiędzy Lincolnem a Trumniarzem. Jest to pojedynek na to, kto kogo przechytrzy, kto jest bardziej inteligentny, pomysłowy, sprytny, cwany, bardziej bezwzględny. Tę walkę możemy obserwować przez całą książkę. Bardzo ciekawy zabieg.
Po raz kolejny Deaver mnie nie zawiódł. Zaserwował mi prawdziwą ucztę thrillerowo-kryminalną, kilka godzin wspaniałej, pełnej napięcia lektury i lekturę od której wierzcie mi, trudno się oderwać.Dużo akcji, bardzo dobre tempo, inteligentna rozgrywka między dobrem, a złem i niespodziewany zwrot pod sam koniec książki. To jest to, co u Deavera lubię najbardziej. Autor ponownie napisał świetną książkę. I fakt, iż nieomal od początku znamy tożsamość zabójcy, w niczym nie przeszkadza. Książkę czyta się i tak doskonale. Polecam.
sobota, 22 września 2018
Czarownice z Manningtree - Beth Underdown
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 5,5/6
Czarownice z Manningtree to opowieść o czarach, wielkiej księdze, czarownicach i ich brutalnym tropicielu oraz Anglii rodem z XVII wieku z całym brudem, waśniami rodzinnymi i wojnami. Te elementy wymieszane razem dają dosyć upiorny, ale bardzo ciekawy efekt.
Niewątpliwym atutem jest fakt, iż tworząc swoją książkę autorka bazowała na sporej porcji autentycznych dokumentów, które pochodzą z XVII-wiecznej Anglii. Suche fakty udało jej się przekuć w fascynująca opowieść, którą czyta się z wypiekami na twarzy.
Książka ma formę dziennika. Narratorką i autorką jest młoda
Alice Hopkins, która po powrocie do rodzinnego miasteczka w 1645 roku została uwięziona. Szybko okazało się, iż jej dawny dom rodzinny przestał być bezpiecznym miejscem, a ukochany brat stał się kimś obcym, okrutnym, przerażającym. Mathew Hopkins stał się bowiem człowiekiem owładniętym jedną obsesją - tropieniem czarownic. Swój pamiętnik Alice pisze właśnie w niewoli, w której ma do czynienia z tym co najokrutniejsze ze strony drugiego człowieka, najbardziej prymitywnym, upokarzającym, nie dającym nadziei.
Czarownice z Manningtree to poruszająca, a w wielu momentach nawet wstrząsająca lektura. Ukazane w książce okrucieństwo wobec drugiego człowieka, ciemnota, zabobon, a dodatkowo też zwyczajna ludzka głupota w połączeniu z mrokami XVII-wiecznej Anglii tworzą niesamowity klimat. Smaczku dodaje fakt oparcia książki na autentycznych wydarzeniach. Groza przejmuje w trakcie lektury. W wielu momentach wydaje się niewiarygodnym, iż coś takiego mogło się wydarzyć.
Dodatkową grozę wzbudza fakt, jak zręcznie można było przed wiekami manipulować ludźmi, jak sprawnie i szybko zarażać ich obawami, lekami, nienawiścią, chorymi urojeniami, jak sprytnie i sprawnie szerzyło się zło.
Z drugiej strony mamy ofiary, bezbronne, słabe, samotne, zniewalane, często powoli lądujące w okowach niewoli, czy to fizycznej czy mentalnej.
Jest to książka, w której próżno szukać akcji, szybkich zwrotów fabuły. W wielu miejscach to lektura powolna, ba nawet statyczna. Jednak doskonałym piórem i opracowaniem tematu autorka udowadnia, iż szybka ala amerykańska akcja nie jest potrzebna do tego, żeby czytelnika wciągnąć w głąb lektury i bez mała osaczyć.
Napięcie, groza wzrastają z każdą stroną. Do tego dochodzi mrok i czające się w tle nieoznaczone złe siły. Wszystko jest umiejętnie dozowane i podkręcane przez autorkę aż do bez mała eksplodującego finału. Idealna gra na podszytej lękiem wyobraźni, która jest częścią składową każdego człowieka.
Bardzo dobry obraz XVII-wiecznej Anglii, ówczesnej ciemnoty, obyczajów, absurdu i męskiego szaleństwa ukazany w kobiecym dzienniku. Jednak zapiski Alice Hopkins to nie jedyny wątek, który jest główną osią książki. Underdown serwuje nam dużo więcej.
Zdecydowanie warto po tę książkę sięgnąć. Czyta się wyśmienicie, a ciekawe doznania i mroczne, przepełnione grozą wrażenia gwarantowane.
Czarownice z Manningtree to opowieść o czarach, wielkiej księdze, czarownicach i ich brutalnym tropicielu oraz Anglii rodem z XVII wieku z całym brudem, waśniami rodzinnymi i wojnami. Te elementy wymieszane razem dają dosyć upiorny, ale bardzo ciekawy efekt.
Niewątpliwym atutem jest fakt, iż tworząc swoją książkę autorka bazowała na sporej porcji autentycznych dokumentów, które pochodzą z XVII-wiecznej Anglii. Suche fakty udało jej się przekuć w fascynująca opowieść, którą czyta się z wypiekami na twarzy.
Książka ma formę dziennika. Narratorką i autorką jest młoda
Alice Hopkins, która po powrocie do rodzinnego miasteczka w 1645 roku została uwięziona. Szybko okazało się, iż jej dawny dom rodzinny przestał być bezpiecznym miejscem, a ukochany brat stał się kimś obcym, okrutnym, przerażającym. Mathew Hopkins stał się bowiem człowiekiem owładniętym jedną obsesją - tropieniem czarownic. Swój pamiętnik Alice pisze właśnie w niewoli, w której ma do czynienia z tym co najokrutniejsze ze strony drugiego człowieka, najbardziej prymitywnym, upokarzającym, nie dającym nadziei.
Czarownice z Manningtree to poruszająca, a w wielu momentach nawet wstrząsająca lektura. Ukazane w książce okrucieństwo wobec drugiego człowieka, ciemnota, zabobon, a dodatkowo też zwyczajna ludzka głupota w połączeniu z mrokami XVII-wiecznej Anglii tworzą niesamowity klimat. Smaczku dodaje fakt oparcia książki na autentycznych wydarzeniach. Groza przejmuje w trakcie lektury. W wielu momentach wydaje się niewiarygodnym, iż coś takiego mogło się wydarzyć.
Dodatkową grozę wzbudza fakt, jak zręcznie można było przed wiekami manipulować ludźmi, jak sprawnie i szybko zarażać ich obawami, lekami, nienawiścią, chorymi urojeniami, jak sprytnie i sprawnie szerzyło się zło.
Z drugiej strony mamy ofiary, bezbronne, słabe, samotne, zniewalane, często powoli lądujące w okowach niewoli, czy to fizycznej czy mentalnej.
Jest to książka, w której próżno szukać akcji, szybkich zwrotów fabuły. W wielu miejscach to lektura powolna, ba nawet statyczna. Jednak doskonałym piórem i opracowaniem tematu autorka udowadnia, iż szybka ala amerykańska akcja nie jest potrzebna do tego, żeby czytelnika wciągnąć w głąb lektury i bez mała osaczyć.
Napięcie, groza wzrastają z każdą stroną. Do tego dochodzi mrok i czające się w tle nieoznaczone złe siły. Wszystko jest umiejętnie dozowane i podkręcane przez autorkę aż do bez mała eksplodującego finału. Idealna gra na podszytej lękiem wyobraźni, która jest częścią składową każdego człowieka.
Bardzo dobry obraz XVII-wiecznej Anglii, ówczesnej ciemnoty, obyczajów, absurdu i męskiego szaleństwa ukazany w kobiecym dzienniku. Jednak zapiski Alice Hopkins to nie jedyny wątek, który jest główną osią książki. Underdown serwuje nam dużo więcej.
Zdecydowanie warto po tę książkę sięgnąć. Czyta się wyśmienicie, a ciekawe doznania i mroczne, przepełnione grozą wrażenia gwarantowane.
wtorek, 18 września 2018
Skrzydła dla motyla - Ntailan Lolkoki
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 5,5/6
Książka w stylu Kwiatu pustyni autorstwa Waris Dirie.
Skrzydła dla motyla poruszają i to bardzo. Do tego szokują, wzbudzają złość, chęć niesienia pomocy, a nawet pomszczenia.
Główną bohaterką jest Masajka Ntailan Lolkoki, która opisuje swoje dzieciństwo w Kenii. Z założenia powinno ono upłynąć w nieomal sielskiej atmosferze. Rodzina dziewczyny należała bowiem do średnio zamożnej, z pozoru normalnej rodziny.
Jednak i w dobrze sytuowanej rodzinie tradycja to rzecz święta, nie ważne są cierpienia młodej dziewczyny liczy się tradycja.
To co spotkało 12-letnią Ntailan było koszmarem, które skutki ciążą na jej ciele i psychice do dziś, mimo iż jest dorosłą kobietą.
Mimo, iż historia opisana w książce jest okropna, to jestem zadowolona, iż taka pozycja powstała. O tym barbarzyństwie (a także innych, które dzieją się na całym świecie w imię tradycji) powinno się mówić głośno, jak najwięcej, z najdrobniejszymi szczegółami opisując koszmar, jakiego doświadczają dziewczynki.
Autorka bardzo szczerze opowiada o Kenii, o obyczajach nadal istniejących w tym kraju, o tym, jak się odbyło jej obrzezanie, o skutkach tego barbarzyństwa i o swoim życiu po.
Opowiada także o operacji o której dowiedziała się od Waris Dirie. Poddała się możliwości operacji rekonstrukcyjnej dla ofiar okaleczenia żeńskich narządów płciowych (FGM) i ze szczegółami opowiada także o tym co dał jej ten zabieg.
Jako 12-letnia dziewczynka Ntailan Lolkoki została okaleczona i przez długie lata milczała. Jako dorosła kobieta otrzymała szansę, by cofnąć to, co się stało i żyć normalnie.
Gorąco zachęcam do lektury.
Książka w stylu Kwiatu pustyni autorstwa Waris Dirie.
Skrzydła dla motyla poruszają i to bardzo. Do tego szokują, wzbudzają złość, chęć niesienia pomocy, a nawet pomszczenia.
Główną bohaterką jest Masajka Ntailan Lolkoki, która opisuje swoje dzieciństwo w Kenii. Z założenia powinno ono upłynąć w nieomal sielskiej atmosferze. Rodzina dziewczyny należała bowiem do średnio zamożnej, z pozoru normalnej rodziny.
Jednak i w dobrze sytuowanej rodzinie tradycja to rzecz święta, nie ważne są cierpienia młodej dziewczyny liczy się tradycja.
To co spotkało 12-letnią Ntailan było koszmarem, które skutki ciążą na jej ciele i psychice do dziś, mimo iż jest dorosłą kobietą.
Mimo, iż historia opisana w książce jest okropna, to jestem zadowolona, iż taka pozycja powstała. O tym barbarzyństwie (a także innych, które dzieją się na całym świecie w imię tradycji) powinno się mówić głośno, jak najwięcej, z najdrobniejszymi szczegółami opisując koszmar, jakiego doświadczają dziewczynki.
Autorka bardzo szczerze opowiada o Kenii, o obyczajach nadal istniejących w tym kraju, o tym, jak się odbyło jej obrzezanie, o skutkach tego barbarzyństwa i o swoim życiu po.
Opowiada także o operacji o której dowiedziała się od Waris Dirie. Poddała się możliwości operacji rekonstrukcyjnej dla ofiar okaleczenia żeńskich narządów płciowych (FGM) i ze szczegółami opowiada także o tym co dał jej ten zabieg.
Jako 12-letnia dziewczynka Ntailan Lolkoki została okaleczona i przez długie lata milczała. Jako dorosła kobieta otrzymała szansę, by cofnąć to, co się stało i żyć normalnie.
Gorąco zachęcam do lektury.
środa, 29 sierpnia 2018
Kobiety w blasku słońca - Frances Mayes
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 3,5/6
Po książkę sięgnęłam zachęcona włoskimi klimatami, które bardzo lubię i piórem Frances Mayes. Niestety, ale się zawiodłam. Wcześniejsze książki autorki są dużo lepsze.
Kobiety w blasku słońca niby nie są złe, ale to niewykorzystany potencjał (aż żal) i historia, którą pisarka zamieniła zamiast w ciekawą w banalną.
To jedna z tych książek, które się czyta nie najgorzej, ale nie należy po niej zbyt wiele oczekiwać.Dodatkowo 2-3 dni po lekturze zapomina się o czym książka była. Nie wiem, może moje oczekiwania były zbyt wygórowane.
Jest to opowieść głównie o dniu dzisiejszym i zderzeniu marzeń z szarą, monotonną rzeczywistością.
To także historia o spotkaniu czterech kobiet Camille, Susan, Julii i Kit i tym co z tego wynikło. Mogło wyniknąć bardzo wiele, bohaterki są bowiem ciekawe, różnorodne, świetnie nakreślone, doświadczone przez życie. Niestety Mayes poszła na łatwiznę i po ciekawym przedstawieniu kobiecych postaci zrobiła z pań jakieś takie mamałygi, które bardzo by chciały, ale jednocześnie nie bardzo dają radę. Ja rozumiem, że kobiety są po przejściach, życie je bardzo boleśnie doświadczyło, ale mimo wszystko...
I gdyby ta niemoc była jakoś ciekawie nakreślona...mogłaby być naprawdę interesująca. Niestety, ale autorce to nie wyszło. Brak po prostu ikry, jakiegoś takiego jak ja to nazywam kleju, który scaliłby tę historię, dodał jej życia, uczynił z niej interesującą, życiową książkę.
Niewątpliwym plusem są liczne wstawki dot. krajobrazu, kuchni, języka, kultury, sztuki, mentalności ludzi mieszkających, pracujących, żyjących wokół bohaterek. To czyni książkę dużo ciekawszą, ale to za mało, żeby uczynić ją pozycją, która na dłużej zostanie w pamięci czytelnika.
Mimo wszystko gorąco zachęcam was do lektury. Jestem przekonana, iż znajdzie się wiele osób, które zachwycone opisami Toskanii nie zwrócą uwagi na mankamenty, o których ja wspominam. Z pewnością znajdzie się też wiele osób, które książkę ocenią wyżej niż ja. Jestem ciekawa waszych opinii.
Po książkę sięgnęłam zachęcona włoskimi klimatami, które bardzo lubię i piórem Frances Mayes. Niestety, ale się zawiodłam. Wcześniejsze książki autorki są dużo lepsze.
Kobiety w blasku słońca niby nie są złe, ale to niewykorzystany potencjał (aż żal) i historia, którą pisarka zamieniła zamiast w ciekawą w banalną.
To jedna z tych książek, które się czyta nie najgorzej, ale nie należy po niej zbyt wiele oczekiwać.Dodatkowo 2-3 dni po lekturze zapomina się o czym książka była. Nie wiem, może moje oczekiwania były zbyt wygórowane.
Jest to opowieść głównie o dniu dzisiejszym i zderzeniu marzeń z szarą, monotonną rzeczywistością.
To także historia o spotkaniu czterech kobiet Camille, Susan, Julii i Kit i tym co z tego wynikło. Mogło wyniknąć bardzo wiele, bohaterki są bowiem ciekawe, różnorodne, świetnie nakreślone, doświadczone przez życie. Niestety Mayes poszła na łatwiznę i po ciekawym przedstawieniu kobiecych postaci zrobiła z pań jakieś takie mamałygi, które bardzo by chciały, ale jednocześnie nie bardzo dają radę. Ja rozumiem, że kobiety są po przejściach, życie je bardzo boleśnie doświadczyło, ale mimo wszystko...
I gdyby ta niemoc była jakoś ciekawie nakreślona...mogłaby być naprawdę interesująca. Niestety, ale autorce to nie wyszło. Brak po prostu ikry, jakiegoś takiego jak ja to nazywam kleju, który scaliłby tę historię, dodał jej życia, uczynił z niej interesującą, życiową książkę.
Niewątpliwym plusem są liczne wstawki dot. krajobrazu, kuchni, języka, kultury, sztuki, mentalności ludzi mieszkających, pracujących, żyjących wokół bohaterek. To czyni książkę dużo ciekawszą, ale to za mało, żeby uczynić ją pozycją, która na dłużej zostanie w pamięci czytelnika.
Mimo wszystko gorąco zachęcam was do lektury. Jestem przekonana, iż znajdzie się wiele osób, które zachwycone opisami Toskanii nie zwrócą uwagi na mankamenty, o których ja wspominam. Z pewnością znajdzie się też wiele osób, które książkę ocenią wyżej niż ja. Jestem ciekawa waszych opinii.
niedziela, 26 sierpnia 2018
Puste krzesło - Jeffery Deaver
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
Jeffery Deaver ma bardzo ciekawy styl pisarski, dobre, mocne piór i sięgając po jego książki wiem, że mnie nie zawiedzie. Nie inaczej było w przypadku Pustego krzesła. To dobry, mocny, realny thriller wymieszany z doskonałym kryminałem.
Śledztwo w sprawie serii tragicznych wydarzeń w niewielkim miasteczku prowadzą niezawodni - Amelia Sachs i Lincoln Rhyme.
Pierwsze co rzuca się w oczy i nadaje klimat całej książce to świetnie oddane tło, klimat, atmosfera malutkiego miasteczka, takiego trochę sennego, otoczonego moczarami stanu Karolina Północna.
Kolejnym atutem jest mistrzowsko prowadzone śledztwo. Duet jak zwykle doskonale się uzupełnia...Amelia zbiera ślady, dowody, czasami tylko ich drobinki, a Lincoln je analizuje z podziwu godną biegłością z najdrobniejszych skrawków wyciągając coś niesamowitego.
Puste krzesło zaczyna się takim miksem z jednej strony szybka zbrodnia z drugiej leniwe senne miasteczko. Z każdą kolejną stroną akcja jest umiejętnie podkręcana, aż do spektakularnego finału.
Z każdym kolejnym rozdziałem zagadki mnożą się, tropy pączkują niczym drożdże i nic nie jest takim, jakim przed chwilą się zdawało być.
Pod koniec książki mamy oczywiście niesamowity zwrot akcji.
Po raz kolejny Deaver mnie nie zawiódł. Zaserwował mi prawdziwą ucztę thrillerowo-kryminalną, kilka godzin wspaniałej, pełnej napięcia lektury i lekturę od której wierzcie mi, trudno się oderwać.Do tego ta okładka...brr.. gdy przeczytacie książkę zrozumiecie dlaczego tak reaguję. Polecam.
Recenzja mojego męża.
Jeffery Deaver ma bardzo ciekawy styl pisarski, dobre, mocne piór i sięgając po jego książki wiem, że mnie nie zawiedzie. Nie inaczej było w przypadku Pustego krzesła. To dobry, mocny, realny thriller wymieszany z doskonałym kryminałem.
Śledztwo w sprawie serii tragicznych wydarzeń w niewielkim miasteczku prowadzą niezawodni - Amelia Sachs i Lincoln Rhyme.
Pierwsze co rzuca się w oczy i nadaje klimat całej książce to świetnie oddane tło, klimat, atmosfera malutkiego miasteczka, takiego trochę sennego, otoczonego moczarami stanu Karolina Północna.
Kolejnym atutem jest mistrzowsko prowadzone śledztwo. Duet jak zwykle doskonale się uzupełnia...Amelia zbiera ślady, dowody, czasami tylko ich drobinki, a Lincoln je analizuje z podziwu godną biegłością z najdrobniejszych skrawków wyciągając coś niesamowitego.
Puste krzesło zaczyna się takim miksem z jednej strony szybka zbrodnia z drugiej leniwe senne miasteczko. Z każdą kolejną stroną akcja jest umiejętnie podkręcana, aż do spektakularnego finału.
Z każdym kolejnym rozdziałem zagadki mnożą się, tropy pączkują niczym drożdże i nic nie jest takim, jakim przed chwilą się zdawało być.
Pod koniec książki mamy oczywiście niesamowity zwrot akcji.
Po raz kolejny Deaver mnie nie zawiódł. Zaserwował mi prawdziwą ucztę thrillerowo-kryminalną, kilka godzin wspaniałej, pełnej napięcia lektury i lekturę od której wierzcie mi, trudno się oderwać.Do tego ta okładka...brr.. gdy przeczytacie książkę zrozumiecie dlaczego tak reaguję. Polecam.
sobota, 18 sierpnia 2018
Na marginesie życia - Stanisław Grzesiuk
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 5/6
Recenzja mojego męża.
Na marginesie życia to ostatnia część kultowej trylogii Stanisława Grzesiuka. Była ona pisana tuż przed śmiercią autora, gdy był świadomy, że koniec jest blisko.
To wydanie jest o tyle cenne, iż jest ono pierwszym bez skreśleń i cenzury.
W tym tomie Grzesiuk opisuje życie po wyzwoleniu, po pobycie w obozie koncentracyjnym, opowiada o walce z tym co mu po tym okresie pozostało - traumą i gruźlicą.
Długotrwała walka z chorobą, pobyty w szpitalach, trudne badania, bolesne zabiegi, rekonwalescencja w sanatoriach, leki, coraz gorsze samopoczucie, to wszystko jest treścią Na marginesie życia.
To książka smutna, ale i przeplatana anegdotami, śmiesznymi wtrętami. Taki śmiech przez łzy...łzy w kontekście tego, jak chory był Grzesiuk i z powodu tego, iż wiemy, że jego koniec był bliski.
Łatwo można wyczuć melancholię, ale i smutek autora, który zdawał sobie sprawę z tego, że nie wygra z chorobą.
Na uwagę zasługuje tez opis sposobu leczenia i traktowania ludzi chorych na gruźlice. Poruszające i zmuszające do myślenia, jak my dzisiaj w XXI wieku traktujemy ludzi chorych, jak traktujemy np. niepełnosprawnych.
Warto przeczytać mimo, iż ta część jest trochę słabsza od dwóch wcześniejszych. Cała trylogia prezentuje się doskonale, ukazuje Grzesiuka, jako człowieka i jednocześnie swoistego króla życia. Warto w wielu sprawach wzorować się na nim. Warto, żeby Grzesiuka poznali ciekawi świata i innych ludzi.
Recenzja - Pięć lat kacetu (klik)
Recenzja - Boso, ale w ostrogach (klik)
Recenzja mojego męża.
Na marginesie życia to ostatnia część kultowej trylogii Stanisława Grzesiuka. Była ona pisana tuż przed śmiercią autora, gdy był świadomy, że koniec jest blisko.
To wydanie jest o tyle cenne, iż jest ono pierwszym bez skreśleń i cenzury.
W tym tomie Grzesiuk opisuje życie po wyzwoleniu, po pobycie w obozie koncentracyjnym, opowiada o walce z tym co mu po tym okresie pozostało - traumą i gruźlicą.
Długotrwała walka z chorobą, pobyty w szpitalach, trudne badania, bolesne zabiegi, rekonwalescencja w sanatoriach, leki, coraz gorsze samopoczucie, to wszystko jest treścią Na marginesie życia.
To książka smutna, ale i przeplatana anegdotami, śmiesznymi wtrętami. Taki śmiech przez łzy...łzy w kontekście tego, jak chory był Grzesiuk i z powodu tego, iż wiemy, że jego koniec był bliski.
Łatwo można wyczuć melancholię, ale i smutek autora, który zdawał sobie sprawę z tego, że nie wygra z chorobą.
Na uwagę zasługuje tez opis sposobu leczenia i traktowania ludzi chorych na gruźlice. Poruszające i zmuszające do myślenia, jak my dzisiaj w XXI wieku traktujemy ludzi chorych, jak traktujemy np. niepełnosprawnych.
Warto przeczytać mimo, iż ta część jest trochę słabsza od dwóch wcześniejszych. Cała trylogia prezentuje się doskonale, ukazuje Grzesiuka, jako człowieka i jednocześnie swoistego króla życia. Warto w wielu sprawach wzorować się na nim. Warto, żeby Grzesiuka poznali ciekawi świata i innych ludzi.
Recenzja - Pięć lat kacetu (klik)
Recenzja - Boso, ale w ostrogach (klik)
sobota, 4 sierpnia 2018
Metoda wodna - John Irving
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 4,5/6
Recenzja mojego męża.
Metoda wodna to 2. powieść w dorobku Irvinga, prawie jak debiut, inna, świeża, może momentami niezbyt dopracowana (zdarzyło się w kilku miejscach), ale czuć to pióro początkującego autora, który ma zadatki na wielkiego pisarza i który ma niezwykły język i umiejętność wyjątkowego przekładania słów na papier. .
Kłopoty z moczowodem na które cierpi bohater Fred Trumper, praca nad tłumaczeniem poematu z języka staro-dolno-nordyjskiego, afera narkotykowa, chroniczne kłamanie i wiele innych spraw to kwintesencja książki. Fabula, jak to u Irvinga..zaskakuje i to bardzo.
Zagadnienia niby niepowiązane ze sobą, banalne, może nawet jakieś takie dziwne, ale splecione w całość u Irvinga, podlane tym jego sarkastycznym tonem, ciętym językiem sprawiają, iż książkę czyta się lekko, momentami ze szczerym zdumieniem, otwierając szeroko oczy na drażniące, lekko pikantne słowa.
Książka bez wątpienia bawi, drażni, intryguje, zmusza do poświecenia jej większej porcji uwagi, ale też i do przemyślenia kilku spraw... choć teoretycznie Metoda wodna zdaje się być książką o..niczym. Tak, dobrze czytacie. Każda książka Irvinga zdaje się być o niczym, jedna mniej, druga bardziej, ale takie już są. Każda z nich z biegiem fabuły okazuje się być książką o życiu, ot tak po prostu, o jego najbardziej nieraz głęboko skrywanych aspektach.
Całość opowiedziana szelmowsko, inteligentnie, ciętym językiem. Polecam.
Recenzja mojego męża.
Metoda wodna to 2. powieść w dorobku Irvinga, prawie jak debiut, inna, świeża, może momentami niezbyt dopracowana (zdarzyło się w kilku miejscach), ale czuć to pióro początkującego autora, który ma zadatki na wielkiego pisarza i który ma niezwykły język i umiejętność wyjątkowego przekładania słów na papier. .
Kłopoty z moczowodem na które cierpi bohater Fred Trumper, praca nad tłumaczeniem poematu z języka staro-dolno-nordyjskiego, afera narkotykowa, chroniczne kłamanie i wiele innych spraw to kwintesencja książki. Fabula, jak to u Irvinga..zaskakuje i to bardzo.
Zagadnienia niby niepowiązane ze sobą, banalne, może nawet jakieś takie dziwne, ale splecione w całość u Irvinga, podlane tym jego sarkastycznym tonem, ciętym językiem sprawiają, iż książkę czyta się lekko, momentami ze szczerym zdumieniem, otwierając szeroko oczy na drażniące, lekko pikantne słowa.
Książka bez wątpienia bawi, drażni, intryguje, zmusza do poświecenia jej większej porcji uwagi, ale też i do przemyślenia kilku spraw... choć teoretycznie Metoda wodna zdaje się być książką o..niczym. Tak, dobrze czytacie. Każda książka Irvinga zdaje się być o niczym, jedna mniej, druga bardziej, ale takie już są. Każda z nich z biegiem fabuły okazuje się być książką o życiu, ot tak po prostu, o jego najbardziej nieraz głęboko skrywanych aspektach.
Całość opowiedziana szelmowsko, inteligentnie, ciętym językiem. Polecam.
piątek, 20 lipca 2018
Czas zabijania. Bełżec, Sobibór, Treblinka i akcja "Reinhardt" - Stephan Lehnstaedt
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
Auschwitz ze słyszenia znają chyba wszyscy. Natomiast o akcji Reinhardt, w skład której wchodziły obozy zagłady Bełżec, Sobibór i Treblinka mało kto słyszał.
Aktion Reinhardt, Einsatz Reinhardt, czyli po polsku akcja Reinhardt to był kryptonim akcji zagłady Żydów z Generalnego Gubernatorstwa i Okręgu Białostockiego przeprowadzonej w latach 1942–1943 na terytorium okupowanej Polski w ramach tzw. ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. W czasie kilkunastu miesięcy zamordowano ok. 1,85 mln Żydów, spalili ciała i zakopali popioły. Przeżyło nie więcej niż 150 osób. Większość zamordowanych była obywatelami II RP. Aż trudno to sobie wyobrazić.
Książkę czyta się bardzo źle. Bynajmniej nie chodzi tu o sposób jej napisania. Napisana jest bowiem doskonale, merytorycznie, ale i językiem przystępnym. Poza tym składa się nie tylko z suchych danych, faktów historycznych, ale także z emocji, wtrętów o czynniku ludzkim. I może ta ostatnia kwestia jest największym problemem. Trudno bowiem przejść do porządku nad ogromem zbrodni, okrucieństwa, jakie znajdują się na kartach książki. Trudno nie reagować maksymalnie emocjonalnie. Z tego powodu jest to bardzo trudna lektura.
Sporo w książce śladów polskich. Dużo miejsca jest poświęcone Polakom, którzy pomagali w tym trudnym czasie i w tych miejscach Żydom. Jednak Lehnstaedt pokazuje nie tylko pozytywną kartę polskiego udziału w akcji Reinhardt. I podejrzewam, że to najbardziej nie przypadnie do gustu sporej części naszych rodaków.
Autor opisuje bowiem nie tylko zbrodnie hitlerowskie, ale także to co po tytułowej akcji robili Polacy. Wspomina m.in. o przekopywaniu obozowych zgliszczy, przeszukiwaniu baraków, stert wszystkiego, co w obozach zostało. Wspomina o pięknych odruchach ludzkich, ale i o najbardziej prymitywnych, mrocznych stronach ludzkiej duszy.
W trakcie lektury w czytelniku walczą ze sobą rozmaite uczucia. Z jednej strony jest to niedowierzanie, wściekłość, czasem nawet rozpacz, a z drugiej duma z garstki naszych rodaków.
Stephan Lehnstaedt napisał książkę ważną i potrzebną, dopracowaną merytorycznie, poruszającą, szokującą. Napisał także pierwszą w języku niemieckim monografię akcji Reinhardt, w której w rzeczowy, ale i wstrząsający sposób przypomina o wymordowaniu polskich Żydów. Warto, ba trzeba przeczytać.
Recenzja mojego męża.
Auschwitz ze słyszenia znają chyba wszyscy. Natomiast o akcji Reinhardt, w skład której wchodziły obozy zagłady Bełżec, Sobibór i Treblinka mało kto słyszał.
Aktion Reinhardt, Einsatz Reinhardt, czyli po polsku akcja Reinhardt to był kryptonim akcji zagłady Żydów z Generalnego Gubernatorstwa i Okręgu Białostockiego przeprowadzonej w latach 1942–1943 na terytorium okupowanej Polski w ramach tzw. ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. W czasie kilkunastu miesięcy zamordowano ok. 1,85 mln Żydów, spalili ciała i zakopali popioły. Przeżyło nie więcej niż 150 osób. Większość zamordowanych była obywatelami II RP. Aż trudno to sobie wyobrazić.
Książkę czyta się bardzo źle. Bynajmniej nie chodzi tu o sposób jej napisania. Napisana jest bowiem doskonale, merytorycznie, ale i językiem przystępnym. Poza tym składa się nie tylko z suchych danych, faktów historycznych, ale także z emocji, wtrętów o czynniku ludzkim. I może ta ostatnia kwestia jest największym problemem. Trudno bowiem przejść do porządku nad ogromem zbrodni, okrucieństwa, jakie znajdują się na kartach książki. Trudno nie reagować maksymalnie emocjonalnie. Z tego powodu jest to bardzo trudna lektura.
Sporo w książce śladów polskich. Dużo miejsca jest poświęcone Polakom, którzy pomagali w tym trudnym czasie i w tych miejscach Żydom. Jednak Lehnstaedt pokazuje nie tylko pozytywną kartę polskiego udziału w akcji Reinhardt. I podejrzewam, że to najbardziej nie przypadnie do gustu sporej części naszych rodaków.
Autor opisuje bowiem nie tylko zbrodnie hitlerowskie, ale także to co po tytułowej akcji robili Polacy. Wspomina m.in. o przekopywaniu obozowych zgliszczy, przeszukiwaniu baraków, stert wszystkiego, co w obozach zostało. Wspomina o pięknych odruchach ludzkich, ale i o najbardziej prymitywnych, mrocznych stronach ludzkiej duszy.
W trakcie lektury w czytelniku walczą ze sobą rozmaite uczucia. Z jednej strony jest to niedowierzanie, wściekłość, czasem nawet rozpacz, a z drugiej duma z garstki naszych rodaków.
Stephan Lehnstaedt napisał książkę ważną i potrzebną, dopracowaną merytorycznie, poruszającą, szokującą. Napisał także pierwszą w języku niemieckim monografię akcji Reinhardt, w której w rzeczowy, ale i wstrząsający sposób przypomina o wymordowaniu polskich Żydów. Warto, ba trzeba przeczytać.
sobota, 14 lipca 2018
300 uczonych prywatnie i na wesoło. Tom 1, Tom 2 - Andrzej Kajetan Wróblewski
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 5/6
Bardzo fajnie napisana, ciekawa, idealna do podczytywania we fragmentach książka, a raczej dwie książki.
Zawiera ona biogramy 300 najsłynniejszych uczonych. Jednak bez obaw. Nie będzie to nudna lekcja historii czy innego przedmiotu.
Biogramy zebrane przez autora to raczej mnóstwo faktów poprzeplatanych bardzo ciekawymi anegdotami, ciekawostkami, dowcipami.
Dzięki ogromnej pracy, jaką wykonał autor, oba tomy są prawdziwą kopalnią wiedzy...i to jak ciekawą.
Autor, profesor fizyki, były rektor Uniwersytetu Warszawskiego łączy w swojej książce wiedzę ze swadą, przymróżeniem oka i lekkim choć merytorycznym stylem.
Bohaterami swoich książek uczynił największych, najsłynniejszych, tych, którzy zmienili świat i nasze jego pojmowanie.
Wymienię tylko kilka nazwisk, ale one same powiedzą wam wszystko...Galileusz, Charles Darwin, Albert Einstein, Erwin Schrödinger czy Benjamin Franklin. To tylko kilka spośród tytułowych 300 postaci.
Informacje o niezwykłych bohaterach zamieszczone są w tekstach maksymalnie obejmujących 3 strony książki. Nie dużo. Dla mnie to akurat w sam raz żeby zaciekawić i ewentualnie zmusić do poszukiwania dalszych informacji o danej osobie.
Wróblewski opowiada nie tylko o pracy zawodowej, działalności naukowej każdej postaci, ale także o ich wadach, zaletach, przywarach, dziwactwach, upodobaniach, a także o wyjątkowo w wielu przypadkach burzliwym życiu prywatnym.Oj dzieje się w tej książce, dzieje. Aż kipi ona wiedzą i energią.
Gorąco zachęcam was do lektury obu części. Doskonała pozycja, mistrzowska narracja, ogromna porcja wiedzy i ciekawostek, a do tego pyszna zabawa. Idealna lektura do podczytywania we fragmentach nie tylko latem.
Bardzo fajnie napisana, ciekawa, idealna do podczytywania we fragmentach książka, a raczej dwie książki.
Zawiera ona biogramy 300 najsłynniejszych uczonych. Jednak bez obaw. Nie będzie to nudna lekcja historii czy innego przedmiotu.
Biogramy zebrane przez autora to raczej mnóstwo faktów poprzeplatanych bardzo ciekawymi anegdotami, ciekawostkami, dowcipami.
Dzięki ogromnej pracy, jaką wykonał autor, oba tomy są prawdziwą kopalnią wiedzy...i to jak ciekawą.
Autor, profesor fizyki, były rektor Uniwersytetu Warszawskiego łączy w swojej książce wiedzę ze swadą, przymróżeniem oka i lekkim choć merytorycznym stylem. Bohaterami swoich książek uczynił największych, najsłynniejszych, tych, którzy zmienili świat i nasze jego pojmowanie.
Wymienię tylko kilka nazwisk, ale one same powiedzą wam wszystko...Galileusz, Charles Darwin, Albert Einstein, Erwin Schrödinger czy Benjamin Franklin. To tylko kilka spośród tytułowych 300 postaci.
Informacje o niezwykłych bohaterach zamieszczone są w tekstach maksymalnie obejmujących 3 strony książki. Nie dużo. Dla mnie to akurat w sam raz żeby zaciekawić i ewentualnie zmusić do poszukiwania dalszych informacji o danej osobie.
Wróblewski opowiada nie tylko o pracy zawodowej, działalności naukowej każdej postaci, ale także o ich wadach, zaletach, przywarach, dziwactwach, upodobaniach, a także o wyjątkowo w wielu przypadkach burzliwym życiu prywatnym.Oj dzieje się w tej książce, dzieje. Aż kipi ona wiedzą i energią.
Gorąco zachęcam was do lektury obu części. Doskonała pozycja, mistrzowska narracja, ogromna porcja wiedzy i ciekawostek, a do tego pyszna zabawa. Idealna lektura do podczytywania we fragmentach nie tylko latem.
wtorek, 10 lipca 2018
Życie bez ciebie - Katie Marsh
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 5/6
Bardzo dobra powieść.
Trudno jednoznacznie określić o czym jest książka. Z pewnością porusza ona trudny temat relacji na linii matka-córka oraz to, jak wielki wpływ na póżniejsze życie kilkorga osób mogą mieć wydarzenia z teraźniejszości.
Zoe i jej mamę podzieliły kilkanaście lat temu pewne wydarzenia. Od tego czasu każda z kobiet żyła osobnym życiem, obie były daleko od siebie, praktycznie nie utrzymywały ze sobą kontaktu. A jeżeli już to czyniły, to atmosfera była niezwykle napięta, daleko jej było do tej, jaka powinna byc udziałem najbliższych osób.
Pewnego dnia, w momencie, który dla Zoe ma być najważniejszym w jej życiu, wydarza się coś, co boleśnie dotyka obu kobiet. Zoe staje przed trudnym wyborem, co jest dla niej ważniejsze, a raczej kto w danym momencie jest najważniejszy.
Fabuła jest trudna, ale jestem przekonana, iz pewne elementy, które są jej częścią składową, będą dotyczyć (w mniejszym lub większym stopniu) wielu czytelniczek.
Historia porusza, porusza także sposób w jaki się ona rozwija, poruszają wzajemne stosunki matki i córki, spojrzenie na wiele spraw i to co z tego wyniknie.
Życie bez ciebie, to książka z pozoru banalna, ale tylko z pozoru. To lektura, która łamie wręcz serce czytelniczek, moje przynajmniej złamała. Jednak umiejętnie prowadzona fabuła, to jak autorka posługuje się uczuciami, jak o nich pisze, sprawiają, iż książkę czyta się niecierpliwe przewracając kolejne kartki.
Ogromnym atutem jest też sposób w jaki autorka połączyła wydarzenia z przeszłości z tymi z teraźniejszości.
Nie ukrywam, każda z czytelniczek w trakcie lektury będzie liczyła na Happy end. Czy takowy nastąpi? Tego nie zdradzę. Zachęcam za to bardzo mocno do lektury.
Bardzo dobra powieść.
Trudno jednoznacznie określić o czym jest książka. Z pewnością porusza ona trudny temat relacji na linii matka-córka oraz to, jak wielki wpływ na póżniejsze życie kilkorga osób mogą mieć wydarzenia z teraźniejszości.
Zoe i jej mamę podzieliły kilkanaście lat temu pewne wydarzenia. Od tego czasu każda z kobiet żyła osobnym życiem, obie były daleko od siebie, praktycznie nie utrzymywały ze sobą kontaktu. A jeżeli już to czyniły, to atmosfera była niezwykle napięta, daleko jej było do tej, jaka powinna byc udziałem najbliższych osób.
Pewnego dnia, w momencie, który dla Zoe ma być najważniejszym w jej życiu, wydarza się coś, co boleśnie dotyka obu kobiet. Zoe staje przed trudnym wyborem, co jest dla niej ważniejsze, a raczej kto w danym momencie jest najważniejszy.
Fabuła jest trudna, ale jestem przekonana, iz pewne elementy, które są jej częścią składową, będą dotyczyć (w mniejszym lub większym stopniu) wielu czytelniczek.
Historia porusza, porusza także sposób w jaki się ona rozwija, poruszają wzajemne stosunki matki i córki, spojrzenie na wiele spraw i to co z tego wyniknie.
Życie bez ciebie, to książka z pozoru banalna, ale tylko z pozoru. To lektura, która łamie wręcz serce czytelniczek, moje przynajmniej złamała. Jednak umiejętnie prowadzona fabuła, to jak autorka posługuje się uczuciami, jak o nich pisze, sprawiają, iż książkę czyta się niecierpliwe przewracając kolejne kartki.
Ogromnym atutem jest też sposób w jaki autorka połączyła wydarzenia z przeszłości z tymi z teraźniejszości.
Nie ukrywam, każda z czytelniczek w trakcie lektury będzie liczyła na Happy end. Czy takowy nastąpi? Tego nie zdradzę. Zachęcam za to bardzo mocno do lektury.
niedziela, 8 lipca 2018
Lenin. Dyktator - Victor Sebestyen
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
Lenin wymyka się schematom, którym podlegali wszyscy późniejsi dyktatorzy. Nie działał wyłącznie za pomocą terroru. Pod wieloma względami był fenomenem politycznym, demagogiem, szafującym obietnicami bez pokrycia, kłamstwami i wyznającym prostą zasadę, że cel uświęca środki. Nie był sadystą, szaleńcem ani nawet fanatykiem.
Kim zatem był? Czy autorowi niniejszej książki, Victorowi Sebestyenowi udało się na 624 stronach odpowiedzieć na te i wiele innych pytań?
Brytyjski dziennikarz i historyk napisał takie 2 w 1.
Z jednej strony przedstawia głęboki, przeanalizowany portret człowieka, który zmienił nie tylko swój kraj, ale wpłynął także na miliony ludzi na całym świecie, wszak był twórcą najokrutniejszego systemu na świecie.
Z drugiej strony mamy okazję prześledzić krok po kroku kształtowanie się dyktatury, zobaczyć mechanizmy jej powstawania i rozwoju oraz prześledzić kształtowanie się rosyjskiego socjalizmu.
Jednocześnie Sebestyen weryfikuje wiele mitów i wyjaśnia wiele zagadek, które przez dekady narosły wokół Lenina i jego życia oraz działalności.
Sylwetka jego bohatera ukazana jest od młodych lat, w szerokim kontekście gospodarczo-historyczno-społecznym. Postępowanie Lenina wplecione jest w cały ciąg wydarzeń przyczynowo-skutkowych, które doprowadziły do takiego, a nie innego zachowania, postępowania.
Lenin Sebestyena to nie tylko dyktator, polityk. To także syn, mąż, ojciec, przyjaciel, kochanek, mol książkowy namiętnie odwiedzający miejskie biblioteki, o którego prywatnym życiu najlepiej świadczą prywatne listy i zapiski licznie przytoczone w książce.
Postać nakreślona przez historyka nie jest wybielana, nie jest oceniana. Jego Lenin przedstawiony jest czytelnikowi tak, żeby można było samemu wyciągnąć wnioski, dokonać oceny, poznać, a może w wielu momentach nawet zrozumieć.
Niewątpliwie warto po tę pozycję sięgnąć, czytać ją z doskoku, po kilka-kilkanaście stron co kilka dni przeplatając lżejszą lekturą, jak ja to robiłem,albo całą uwagę poświecić tylko temu dziełu. Wybór należy do was. Gorąco zachęcam do lektury.
Niech was nie przeraża objętość książki. Sebestyen pisze lekko, co nie znaczy, że jest to pozycja beletrystyczna. Jest to książka w pełni naukowa, dopracowana, porządnie napisana. Autor bardzo profesjonalnie podszedł do zadania, przeprowadził bardzo złożone, trwające lata i szeroko zakrojone badania, przeczesał wiele archiwów.
Efektem jest bardzo bogata baza źródłowa i książka, której lektura (mimo trudnego tematu jaki jest w niej poruszany) jest wielką przyjemnością. Bo nawet gdy temat trudny, bolesny, dyskusyjny, ale książka napisana jest doskonale, po mistrzowsku pod względem przeprowadzonej kwerendy, lekkim mimo ciężkiego tematu językiem, czyta się ją doskonale.
Recenzja mojego męża.
Lenin wymyka się schematom, którym podlegali wszyscy późniejsi dyktatorzy. Nie działał wyłącznie za pomocą terroru. Pod wieloma względami był fenomenem politycznym, demagogiem, szafującym obietnicami bez pokrycia, kłamstwami i wyznającym prostą zasadę, że cel uświęca środki. Nie był sadystą, szaleńcem ani nawet fanatykiem.
Kim zatem był? Czy autorowi niniejszej książki, Victorowi Sebestyenowi udało się na 624 stronach odpowiedzieć na te i wiele innych pytań?
Brytyjski dziennikarz i historyk napisał takie 2 w 1.
Z jednej strony przedstawia głęboki, przeanalizowany portret człowieka, który zmienił nie tylko swój kraj, ale wpłynął także na miliony ludzi na całym świecie, wszak był twórcą najokrutniejszego systemu na świecie.
Z drugiej strony mamy okazję prześledzić krok po kroku kształtowanie się dyktatury, zobaczyć mechanizmy jej powstawania i rozwoju oraz prześledzić kształtowanie się rosyjskiego socjalizmu.
Jednocześnie Sebestyen weryfikuje wiele mitów i wyjaśnia wiele zagadek, które przez dekady narosły wokół Lenina i jego życia oraz działalności.
Sylwetka jego bohatera ukazana jest od młodych lat, w szerokim kontekście gospodarczo-historyczno-społecznym. Postępowanie Lenina wplecione jest w cały ciąg wydarzeń przyczynowo-skutkowych, które doprowadziły do takiego, a nie innego zachowania, postępowania.
Lenin Sebestyena to nie tylko dyktator, polityk. To także syn, mąż, ojciec, przyjaciel, kochanek, mol książkowy namiętnie odwiedzający miejskie biblioteki, o którego prywatnym życiu najlepiej świadczą prywatne listy i zapiski licznie przytoczone w książce.
Postać nakreślona przez historyka nie jest wybielana, nie jest oceniana. Jego Lenin przedstawiony jest czytelnikowi tak, żeby można było samemu wyciągnąć wnioski, dokonać oceny, poznać, a może w wielu momentach nawet zrozumieć.
Niewątpliwie warto po tę pozycję sięgnąć, czytać ją z doskoku, po kilka-kilkanaście stron co kilka dni przeplatając lżejszą lekturą, jak ja to robiłem,albo całą uwagę poświecić tylko temu dziełu. Wybór należy do was. Gorąco zachęcam do lektury.
Niech was nie przeraża objętość książki. Sebestyen pisze lekko, co nie znaczy, że jest to pozycja beletrystyczna. Jest to książka w pełni naukowa, dopracowana, porządnie napisana. Autor bardzo profesjonalnie podszedł do zadania, przeprowadził bardzo złożone, trwające lata i szeroko zakrojone badania, przeczesał wiele archiwów.
Efektem jest bardzo bogata baza źródłowa i książka, której lektura (mimo trudnego tematu jaki jest w niej poruszany) jest wielką przyjemnością. Bo nawet gdy temat trudny, bolesny, dyskusyjny, ale książka napisana jest doskonale, po mistrzowsku pod względem przeprowadzonej kwerendy, lekkim mimo ciężkiego tematu językiem, czyta się ją doskonale.
poniedziałek, 2 lipca 2018
Tajemna historia czarownic - Louisa Morgan
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 4/6
Tajemna historia czarownic to powieść dla osób lubiących sagi, magię, mających sporą dozę cierpliwości. To dobra lektura na nadchodzące lato.
Autorka pokusiła się o napisanie sagi opowiadającej losy pięciu pokoleń kobiet obdarzonych niezwykłymi mocami. Kobiety te, matki, córki, babki posiadają dar, który może być na równi dobrodziejstwem, jak i przekleństwem.
Akcja toczy się na przestrzeni ponad 100 lat. Opowieść rozpoczyna się w Bretanii w 1821 roku, a kończy w 1937 roku.
W książce znajdziemy wszystko, co potrzebne, żeby lektura nas wciągnęła. Mamy więc wielką, przekazywaną z pokolenia na pokolenie tajemnicę, walkę o władzę, kilka wojen (większych i mniejszych), inkwizycję i co za tym idzie dla naszych bohaterek olbrzymie zagrożenie. Mamy w opowieści także przyjaźń, ciepło i miłość...i to nie jedną.
To wszystko umiejętnie połączone powinno stworzyć doskonałą książkę. Owszem, ale Tajemnej historii czarownic czegoś zabrakło.
W samej treści jest sporo akcji, mnóstwo się dzieje. Wszak czasy w jakich rozgrywa się fabuła były bardzo burzliwe. Jednak autorce zabrakło pomysłu, jak dziejowe zawieruchy przełożyć na karty książki, jak w to wpleść opowieść o rodzinie czarownic.
Książkę w sumie czyta się nieźle, ale długo. Dlatego na początku napisałam, że to powieść dla osób z dużą dozą cierpliwości. Wiele opisów jest zbyt długich, akcja zbyt powolna, dłużąca się. Co najmniej 60-70 stron usunęłabym z tej książki. Odchudzona Tajemna historia...byłaby bardziej dynamiczna, wciągająca.
Całość ratuje ciekawa historia, burzliwe losy kolejnych pokoleń kobiet, ciekawe wątki poboczne. I ogólnie książkę czyta się nieźle, choć czasami trzeba zacisnąć zęby i wytrzymać ślimacze tempo opisów i wydarzeń.
Tajemna historia czarownic to powieść dla osób lubiących sagi, magię, mających sporą dozę cierpliwości. To dobra lektura na nadchodzące lato.
Autorka pokusiła się o napisanie sagi opowiadającej losy pięciu pokoleń kobiet obdarzonych niezwykłymi mocami. Kobiety te, matki, córki, babki posiadają dar, który może być na równi dobrodziejstwem, jak i przekleństwem.
Akcja toczy się na przestrzeni ponad 100 lat. Opowieść rozpoczyna się w Bretanii w 1821 roku, a kończy w 1937 roku.
W książce znajdziemy wszystko, co potrzebne, żeby lektura nas wciągnęła. Mamy więc wielką, przekazywaną z pokolenia na pokolenie tajemnicę, walkę o władzę, kilka wojen (większych i mniejszych), inkwizycję i co za tym idzie dla naszych bohaterek olbrzymie zagrożenie. Mamy w opowieści także przyjaźń, ciepło i miłość...i to nie jedną.
To wszystko umiejętnie połączone powinno stworzyć doskonałą książkę. Owszem, ale Tajemnej historii czarownic czegoś zabrakło.
W samej treści jest sporo akcji, mnóstwo się dzieje. Wszak czasy w jakich rozgrywa się fabuła były bardzo burzliwe. Jednak autorce zabrakło pomysłu, jak dziejowe zawieruchy przełożyć na karty książki, jak w to wpleść opowieść o rodzinie czarownic.
Książkę w sumie czyta się nieźle, ale długo. Dlatego na początku napisałam, że to powieść dla osób z dużą dozą cierpliwości. Wiele opisów jest zbyt długich, akcja zbyt powolna, dłużąca się. Co najmniej 60-70 stron usunęłabym z tej książki. Odchudzona Tajemna historia...byłaby bardziej dynamiczna, wciągająca.
Całość ratuje ciekawa historia, burzliwe losy kolejnych pokoleń kobiet, ciekawe wątki poboczne. I ogólnie książkę czyta się nieźle, choć czasami trzeba zacisnąć zęby i wytrzymać ślimacze tempo opisów i wydarzeń.
niedziela, 1 lipca 2018
Boso, ale w ostrogach - Stanisław Grzesiuk
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
Boso, ale w ostrogach, to opowieść o przedwojennej Warszawie widzianej oczyma młodego warszawskiego cwaniaka.
Mamy okazję poznać coś co już nie istnieje, przedwojenną stolicę, jej klimat, smaczki, język, obyczaje, miejscowy kodeks honorowy i wiele innych.
Książka całkowicie odmienna od Pięciu lat kacetu, które ostatnio miałem okazję czytać. Inna nie znaczy, ze gorsza. Grzesiuk po raz kolejny zachwyca językiem, stylem, spostrzegawczością, poczuciem humoru i tym czymś, co tylko on ma.
To co łączy obie książki to fakt, iż autor przedstawia otaczający go świat bez upiększeń, bez owijania w przysłowiową bawełnę, obrazuje go takim jakim jest, ze wszystkimi zaletami, ale i wadami.
Jestem przekonany, iż wielu z was lekturą będzie zaskoczonych. Obraz przedwojennej Warszawy oraz stolicy z początku wojny, nie jest tak sielski, anielski, klimatyczny, jakim znamy go z filmów czy innych książek. Stolica Grzesiuka zaskakuje i to bardzo.
Na tym tle poznajemy i śledzimy perypetie głównego bohatera. Wielokrotnie otwieramy ze zdziwienia oczy, czy wybuchamy śmiechem. Ówczesne trudności, niedostatki dosłownie wszystkiego zmuszały ludzi do kombinowania, a ludzka inwencja była niesamowita, zadziwiająca, czasami nawet przerażająca, granicząca z szaleństwem.
Grzesiuk prezentuje ówczesną Warszawę, jej mieszkańców, ale przede wszystkim siebie udowadniając, jaki był z niego gieroj, cwaniak. Nie bez kozery ukuto powiedzenie...nie ma cwaniaka nad warszawiaka.
Boso, ale w ostrogach to doskonałą, niezwykle pouczająca, bawiąca, ale i zmuszająca do refleksji książka. Czyta się ją wyśmienicie. Warto, żeby Grzesiuka poznali ciekawi świata, ale także ci, którym ciągle mało i mało, którzy nie potrafią docenić tego, co obecnie mają. Świat widziany oczyma nastolatków u progu II wojny światowej i na jej początku, świat chłopaków z Czerniakowa wart jest poznania.
Recenzja mojego męża.
Boso, ale w ostrogach, to opowieść o przedwojennej Warszawie widzianej oczyma młodego warszawskiego cwaniaka.
Mamy okazję poznać coś co już nie istnieje, przedwojenną stolicę, jej klimat, smaczki, język, obyczaje, miejscowy kodeks honorowy i wiele innych.
Książka całkowicie odmienna od Pięciu lat kacetu, które ostatnio miałem okazję czytać. Inna nie znaczy, ze gorsza. Grzesiuk po raz kolejny zachwyca językiem, stylem, spostrzegawczością, poczuciem humoru i tym czymś, co tylko on ma.
To co łączy obie książki to fakt, iż autor przedstawia otaczający go świat bez upiększeń, bez owijania w przysłowiową bawełnę, obrazuje go takim jakim jest, ze wszystkimi zaletami, ale i wadami.
Jestem przekonany, iż wielu z was lekturą będzie zaskoczonych. Obraz przedwojennej Warszawy oraz stolicy z początku wojny, nie jest tak sielski, anielski, klimatyczny, jakim znamy go z filmów czy innych książek. Stolica Grzesiuka zaskakuje i to bardzo.
Na tym tle poznajemy i śledzimy perypetie głównego bohatera. Wielokrotnie otwieramy ze zdziwienia oczy, czy wybuchamy śmiechem. Ówczesne trudności, niedostatki dosłownie wszystkiego zmuszały ludzi do kombinowania, a ludzka inwencja była niesamowita, zadziwiająca, czasami nawet przerażająca, granicząca z szaleństwem.
Grzesiuk prezentuje ówczesną Warszawę, jej mieszkańców, ale przede wszystkim siebie udowadniając, jaki był z niego gieroj, cwaniak. Nie bez kozery ukuto powiedzenie...nie ma cwaniaka nad warszawiaka.
Boso, ale w ostrogach to doskonałą, niezwykle pouczająca, bawiąca, ale i zmuszająca do refleksji książka. Czyta się ją wyśmienicie. Warto, żeby Grzesiuka poznali ciekawi świata, ale także ci, którym ciągle mało i mało, którzy nie potrafią docenić tego, co obecnie mają. Świat widziany oczyma nastolatków u progu II wojny światowej i na jej początku, świat chłopaków z Czerniakowa wart jest poznania.
czwartek, 21 czerwca 2018
Zmowa byłych żon - Grażyna Jeromin-Gałuszka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 5,5/6
Ni to komedia, ni to powieść obyczajowa z wątkiem psychologicznym i leciutkim okruchem kryminału w tle. Z pewnością jest to ciekawa, wciągająca, przezabawna, umilająca wieczór i bardzo dobra lektura.
Bohaterkami są trzy byłe żony miejscowego, będącego ostoją, filarem społeczności biznesmena. Owa ostoja i bycie filarem to tylko fasada, pozory, mimo, iż rzeczony eks małżonek dochrapał się nawet stanowiska burmistrza.
Kobiety spotykają się przypadkiem w salonie fryzjerskim. Od słowa do słowa wychodzi na jaw, że były małżonek znowu się rozwodzi bo po raz kolejny zakochał się. Kobiety, które mają dość zarówno swojego losu, tego, jak je potraktował jakiś czas temu, jak i współczują jeszcze obecnej małżonce, postanawiają działać.
Co z tego wyniknie? Gwarantuję, iz nawet nie przyjdzie wam to do głowy.Autorka całkowicie mnie zaskoczyła. Ta książka jest całkowicie odmienna od tych, które dotychczas pisała Grażyna Jeromin- Gałuszka, a przy tym jest po prostu świetna, zabawna, inteligentna, pomysłowa i momentami bardzo kuriozalna.
Choć opis, zarys fabuły zapowiada lekką, relaksującą, ba momentami nawet odrobinę banalna lekturę, to Zmowa...wcale taka nie jest. Tzn. jest zabawna, ale to nie jest jej największy atut. W książce sporo jest mądrych przemyśleń, celnych uwag, a pod pozorem ironicznej, zabawnej opowiastki autorka ukazuje nam kilka życiowych prawd.
Poza tym mnóstwo w opowieści pozytywnych wartości, jak przyjaźń, miłość, dobro, wsparcie, jakie może dać tylko drugi człowiek.
Czyta się doskonale, śmiech przeplata się z lekką melancholią,a przebieg wypadków całkowicie zaskakuje. Polecam, gorąco polecam.
Ni to komedia, ni to powieść obyczajowa z wątkiem psychologicznym i leciutkim okruchem kryminału w tle. Z pewnością jest to ciekawa, wciągająca, przezabawna, umilająca wieczór i bardzo dobra lektura.
Bohaterkami są trzy byłe żony miejscowego, będącego ostoją, filarem społeczności biznesmena. Owa ostoja i bycie filarem to tylko fasada, pozory, mimo, iż rzeczony eks małżonek dochrapał się nawet stanowiska burmistrza.
Kobiety spotykają się przypadkiem w salonie fryzjerskim. Od słowa do słowa wychodzi na jaw, że były małżonek znowu się rozwodzi bo po raz kolejny zakochał się. Kobiety, które mają dość zarówno swojego losu, tego, jak je potraktował jakiś czas temu, jak i współczują jeszcze obecnej małżonce, postanawiają działać.
Co z tego wyniknie? Gwarantuję, iz nawet nie przyjdzie wam to do głowy.Autorka całkowicie mnie zaskoczyła. Ta książka jest całkowicie odmienna od tych, które dotychczas pisała Grażyna Jeromin- Gałuszka, a przy tym jest po prostu świetna, zabawna, inteligentna, pomysłowa i momentami bardzo kuriozalna.
Choć opis, zarys fabuły zapowiada lekką, relaksującą, ba momentami nawet odrobinę banalna lekturę, to Zmowa...wcale taka nie jest. Tzn. jest zabawna, ale to nie jest jej największy atut. W książce sporo jest mądrych przemyśleń, celnych uwag, a pod pozorem ironicznej, zabawnej opowiastki autorka ukazuje nam kilka życiowych prawd.
Poza tym mnóstwo w opowieści pozytywnych wartości, jak przyjaźń, miłość, dobro, wsparcie, jakie może dać tylko drugi człowiek.
Czyta się doskonale, śmiech przeplata się z lekką melancholią,a przebieg wypadków całkowicie zaskakuje. Polecam, gorąco polecam.
wtorek, 29 maja 2018
Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty - Grzegorz Rossoliński-Liebe
Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Moja ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty to opasłe liczące 904 strony tomisko. Książka ciężka zarówno jeżeli chodzi o wagę w kg., jak i ciężar zawartej w niej wiedzy, dostarczonych przez autora informacji.
Nie da się tej pozycji czytać jednym ciągiem. Ja przynajmniej nie potrafiłem. Lektura we fragmentach zajęła mi 2 miesiące. Czytanie Bandery.... przeplatane było lektura innych, lżejszych gatunkowo książek.
Grzegorz Rossoliński-Liebe, historyk pracujący na Freie Universität Berlin stworzył książkę niezwykłą, będącą dokładnym studium kata Bandery, ale nie tylko.
Już w trakcie trwających długie miesiące badań nad postacią Bandery, jego prace, poszukiwania spotkały się z bardzo dużą niechęcią, żeby nie powiedzieć nienawiścią ze strony ukraińskiej.Ta praca historyczna to taki ukraiński odpowiednik prac Jana Tomasza Grossa. Gdy książka była skończona, zabroniono jej wydania na Ukrainie. Sam autor zaczął otrzymywać groźby ze strony licznych zwolenników Bandery. To o czymś świadczy. Kult Bandery ma się na Ukrainie nadal bardzo dobrze.
Historyk prezentuje historię działań Ukraińca od lat 30. XX wieku ukazując coś więcej niż tylko wojenne zbrodnie na polskiej ludności. To dobrze, iż Bandera został przedstawiony całościowo, w szerokim kontekście.
Bohater książki ukazany jest w szerokim kontekście, a sam autor rzuca światło na ogromna ilość najmniejszych nawet czynów, wydarzeń, elementów składających się na historię nacjonalisty. Szeroko omawiana jest historia, głównie ukraińska, ale nie tylko. Bardzo ciekawie pokazane są elementy historii polskiej, żydowskiej, radzieckiej, niemieckiej i ich związek przyczynowo-skutkowy z historią ukraińską i osobą bohatera.
Bardzo szeroko i dokładnie jest omówiony wątek ludobójczej działalności Bandery i UPA.
Sporo miejsca poświęcone jest kultowi Bandery, który w zasadzie nieprzerwanie trwa od lat 30. XX wieku, aż do dziś.Autor kładzie mocny nacisk na zbrodnie Bandery, ale także innych Ukraińców, ich powiązania z faszystami, na przemiany Bandery od nacjonalisty do zbrodniarza. W książce obalony jest także mit Bandery-ofiary, który przez lata pokutował w różnych kręgach i do dziś jest popularny na terenie Ukrainy.
Książka jest bardzo dobrze napisana. mimo trudnego tematu, dokładnego podejścia do okrutnych, zadziwiających, poruszających kwestii czyta się ją bardzo dobrze. Jest to praca wnikliwa, doskonale opracowana, przygotowana. Sądzę, że większość osób powinna ja przeczytać, żeby wiedzieć, żeby zrozumieć.
Recenzja mojego męża.
Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty to opasłe liczące 904 strony tomisko. Książka ciężka zarówno jeżeli chodzi o wagę w kg., jak i ciężar zawartej w niej wiedzy, dostarczonych przez autora informacji.
Nie da się tej pozycji czytać jednym ciągiem. Ja przynajmniej nie potrafiłem. Lektura we fragmentach zajęła mi 2 miesiące. Czytanie Bandery.... przeplatane było lektura innych, lżejszych gatunkowo książek.
Grzegorz Rossoliński-Liebe, historyk pracujący na Freie Universität Berlin stworzył książkę niezwykłą, będącą dokładnym studium kata Bandery, ale nie tylko.
Już w trakcie trwających długie miesiące badań nad postacią Bandery, jego prace, poszukiwania spotkały się z bardzo dużą niechęcią, żeby nie powiedzieć nienawiścią ze strony ukraińskiej.Ta praca historyczna to taki ukraiński odpowiednik prac Jana Tomasza Grossa. Gdy książka była skończona, zabroniono jej wydania na Ukrainie. Sam autor zaczął otrzymywać groźby ze strony licznych zwolenników Bandery. To o czymś świadczy. Kult Bandery ma się na Ukrainie nadal bardzo dobrze.
Historyk prezentuje historię działań Ukraińca od lat 30. XX wieku ukazując coś więcej niż tylko wojenne zbrodnie na polskiej ludności. To dobrze, iż Bandera został przedstawiony całościowo, w szerokim kontekście.
Bohater książki ukazany jest w szerokim kontekście, a sam autor rzuca światło na ogromna ilość najmniejszych nawet czynów, wydarzeń, elementów składających się na historię nacjonalisty. Szeroko omawiana jest historia, głównie ukraińska, ale nie tylko. Bardzo ciekawie pokazane są elementy historii polskiej, żydowskiej, radzieckiej, niemieckiej i ich związek przyczynowo-skutkowy z historią ukraińską i osobą bohatera.
Bardzo szeroko i dokładnie jest omówiony wątek ludobójczej działalności Bandery i UPA.
Sporo miejsca poświęcone jest kultowi Bandery, który w zasadzie nieprzerwanie trwa od lat 30. XX wieku, aż do dziś.Autor kładzie mocny nacisk na zbrodnie Bandery, ale także innych Ukraińców, ich powiązania z faszystami, na przemiany Bandery od nacjonalisty do zbrodniarza. W książce obalony jest także mit Bandery-ofiary, który przez lata pokutował w różnych kręgach i do dziś jest popularny na terenie Ukrainy.
Książka jest bardzo dobrze napisana. mimo trudnego tematu, dokładnego podejścia do okrutnych, zadziwiających, poruszających kwestii czyta się ją bardzo dobrze. Jest to praca wnikliwa, doskonale opracowana, przygotowana. Sądzę, że większość osób powinna ja przeczytać, żeby wiedzieć, żeby zrozumieć.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



















