Wydawnictwo MAG, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
Stephenson swoją mega książkę zaczyna mocno, bardzo mocno. Początkiem jest bowiem wybuch Księżyca. W efekcie tego Księżyc rozpada się na siedem części. Makabryczne, dziwne, niemożliwe?
Autor 7 EW udowadnia, iż wcale tak nie jest. Dodatkowo jest to tylko początek i to skromny początek całej opowieści, którą snuje na kolejnych blisko dziewięciuset stronach. Przyczyna rozpadu Księżyca jest tajemnicą prawie do końca książki.
Napisałem, iż rozpad Księżyca to dopiero początek. I tak jest. Jest to też jedno z wydarzeń, które prowadzi do apokaliptycznego kataklizmu na Ziemi. Nasza planeta staje się tykającą bombą z opóżnionym zapłonem. 7 części Księżyca rozpada się na mniejsze kawałki, które spalają się atmosferze tworząc tak niewyobrażalnie wysoką temperaturę, iż wyparowuje praktycznie wszystko łącznie z morzami, oceanami, zwierzętami. Przetrwa zaledwie garstka ludzi, która początkowo nie zdaje sobie sprawy z tego co się dzieje. Jednak w momencie, gdy sobie z tego zdadzą sprawę rozpoczyna się akcja ratunkowa. A to dopiero początek.
7 EW podzielone jest jakby na dwie części, choć niektórzy dzielą tę książkę na trzy części. Jedna to opowieść o rozpadzie Księżyca, o skutkach tego zdarzenia, o tym jak do ludzi zaczyna wszystko docierać i jak zaczynają się przygotowywać (ci co nie wyparowali) do przetrwania. Czasu mają niewiele, od momentu rozpadu Księżyca niespełna dwa lata. W tej części widzimy także postępującą w błyskawicznym tempie degradację Ziemi i to jak ludzie próbują sobie z tym poradzić. Wychodzi im to umiarkowanie dobrze.
Ta część to taki miks filozoficzno-beletrystyczno-naukowy. Jest ona bardzo porządnie napisana (zresztą, jak wszystko czego autorem jest Stephenson) dopracowana w każdym calu, aczkolwiek na plan pierwszy wysuwa się dosyć naukowe potraktowanie tematu. Stephenson słynie ze ścisłego związku literatury z nauką. Nie jest to jednak w żadnym przypadku rozprawka naukowa, ani dzieło, które do tego miana predystynuje. Nie jest to także typowa beletrystyka z mocną domieszką fantastyki. Ot ta część to taki miks, w którym autorowi wszystko udało się doskonale wyważyć. Do całego zagadnienia Stephenson podchodzi niezwykle metodycznie. Cała otoczka dot. Ziemi, ludzi jest tylko jakby tłem, szkieletem do napisania konkretnej historii, historii katastrofy i ocalenia oraz czegoś jeszcze. Niewątpliwym plusem jest to, iż w całej historii wszystko choćby nie wiem jak niewiarygodne (wszak w pewne sprawy się nie wierzy, pewnych nie dopuszcza do świadomości) jest realne. Nie ma tu miejsca na snucie nieprawdopodobnych wizji czy nierealnych scenariuszy. To najmocniejsza, a jednocześnie najstraszniejsza strona 7 EW.
W drugiej części fabułą toczy się po upływie 5000 lat. Jest to moment, gdy Ziemia nadaje już się do zamieszkania, gdy z ocalałej garstki wybranych powstają nowe kolonie ludzi. Śledzimy odradzające się życie oraz to co pozostało z Ziemi.
Stephenson po raz kolejny udowadnia, iż nauka i wykształcony człowiek są najważniejsi. W całej książce rządzą rozum i nauka. Ci, którym udaje się uratować, przetrwać, to nie są zwykli przysłowiowi Kowalscy. To ludzie doskonale wykształceni, specjaliści, osoby wyjątkowe, takie które mogą się przydać ogółowi. Można tu dyskutować czy tylko takie osoby w razie ewentualnej katastrofy zasługiwałyby na ocalenie. Można debatować nad względami moralnymi, etycznymi. Dla wielu czytelników będą one miały znaczenia. Dla autora nie mają najmniejszych. Nie chcę wdawać się w dysputy moralno-etyczne. Jeżeli ten temat was interesuje, zachęcam do lektury książki.
7 EW to najmocniejsza z książek Stephensona. Jest ona także najbardziej naukowa. Jednak bez obaw, jeżeli ta tematyka was interesuje, a nie jesteście naukowcami (podobnie jak ja) to i tak śmiało poradzicie sobie z lekturą. W książce nie ma żadnych super dziwnych naukowych określeń. Ot jest tylko hołd złożony ludzkiemu intelektowi i nauce i przekonanie, iż to te dwie kwestie są najważniejsze. Polecam. Warto.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo mag. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo mag. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 13 lutego 2017
niedziela, 2 października 2016
Okrutny miecz - Miles Cameron
Wydawnictwo Mag, Ocena 3/6
Recenzja mojego męża.
Okrutny miecz, to 2. tom serii Syn zdrajcy.
1. tom - Czerwony rycerz bardzo mi się podobał. Z tego też powodu sięgnąłem po kolejną część przygód bohatera. Liczyłem na co najmniej tak samo dobrą książkę. Niestety rozczarowałem się.
Niby wszystko ok. Autor operuje tym samym stylem, który we wcześniejszym tomie uznałem za humorystyczny, barwny, a przygody bohatera za łotrzykowsko- awanturnicze.
Ponownie udziałem Czerwonego Rycerza jest wiele groźnych, ale i zabawnych zdarzeń. Jednak tym razem autor chciał chyba zbyt wiele upchnąć w jednym tomie, obsadzić bohatera w zbyt wielu akcjach w efekcie czego mamy galimatias i żadna sprawa nie jest poprowadzona należycie, doprowadzona do końca. Gdyby odjąć bohaterowi mniej więcej 1/3 perypetii wszyscy by na tym zyskali.
Poza tym w zasadzie brak głównego wątku, który byłby osią książki. Tzn.on jest, ale jakby go nie było. Przytłacza go nadmierna ilość wątków pobocznych. W pewnym momencie całość się tak zapętla, że naprawdę nie wiadomo o co chodzi. Dodatkowo te liczne wątki poboczne nie zostają wyjaśnione. Należy więc liczyć się z tym, iż autor pociągnie je dalej w kolejnych tomach, których lekturę ja sobie daruję.
Kolejnym minusem jest zbyt duża ilość nowych bohaterów, z których część jest tak przewidywalna, tak stereotypowa, tak nudna, że aż żal czytać. Uważam, iż po postaciach wykreowanych w 1. tomie, pisarza było stać na ciekawszych, mniej sztampowych bohaterów, niż ci, którymi nas obdarzył w Okrutnym mieczu.
Na plus zasługują za to bardzo dobrze oddane realia średniowiecza. Dotyczy to przede wszystkim militariów, walk, życia codziennego rycerza, ale także podziału świata średniowiecznego na księstwa, cesarstwa, poddanych, wasali. Dodatkowo liczne wojny, mniejsze lub większe rewolty, bitwy, pojedynki etc. Jeżeli ktoś lubi takie klimaty, będzie z lektury zadowolony.
Kolejnym plusem jest spora dawka humoru, który poznałem już w Czerwonym rycerzu. Cameron nadal zręcznie się nim posługuje i zdecydowanie ubarwia lekturę.
Okrutny miecz sam w sobie nie jest aż taki zły, ale dobry także nie. Jest mniej więcej po środku. Jednak do poziomu Czerwonego Rycerza daleko mu. A tego oczekiwałem rozpoczynając lekturę.
Gdyby nie zbytnie zagmatwanie wątków, chęć pokazania autora, jak bardzo jest kreatywny, oceniłbym książkę zdecydowanie wyżej. Jednak w tej sytuacji nie potrafię.
Nie ukrywam, iż Okrutny miecz doczytałem do końca tylko dlatego, że leżałem w szpitalu i nie miałem akurat nic innego do czytania pod ręką. W innym przypadku odłożyłbym książkę na półkę po przeczytaniu mniej więcej 2/3, gdy stało się jasnym, iż tym razem Miles Cameron niczym nowym, ciekawym mnie nie uraczy.
Recenzja mojego męża.
Okrutny miecz, to 2. tom serii Syn zdrajcy.
1. tom - Czerwony rycerz bardzo mi się podobał. Z tego też powodu sięgnąłem po kolejną część przygód bohatera. Liczyłem na co najmniej tak samo dobrą książkę. Niestety rozczarowałem się.
Niby wszystko ok. Autor operuje tym samym stylem, który we wcześniejszym tomie uznałem za humorystyczny, barwny, a przygody bohatera za łotrzykowsko- awanturnicze.
Ponownie udziałem Czerwonego Rycerza jest wiele groźnych, ale i zabawnych zdarzeń. Jednak tym razem autor chciał chyba zbyt wiele upchnąć w jednym tomie, obsadzić bohatera w zbyt wielu akcjach w efekcie czego mamy galimatias i żadna sprawa nie jest poprowadzona należycie, doprowadzona do końca. Gdyby odjąć bohaterowi mniej więcej 1/3 perypetii wszyscy by na tym zyskali.
Poza tym w zasadzie brak głównego wątku, który byłby osią książki. Tzn.on jest, ale jakby go nie było. Przytłacza go nadmierna ilość wątków pobocznych. W pewnym momencie całość się tak zapętla, że naprawdę nie wiadomo o co chodzi. Dodatkowo te liczne wątki poboczne nie zostają wyjaśnione. Należy więc liczyć się z tym, iż autor pociągnie je dalej w kolejnych tomach, których lekturę ja sobie daruję.
Kolejnym minusem jest zbyt duża ilość nowych bohaterów, z których część jest tak przewidywalna, tak stereotypowa, tak nudna, że aż żal czytać. Uważam, iż po postaciach wykreowanych w 1. tomie, pisarza było stać na ciekawszych, mniej sztampowych bohaterów, niż ci, którymi nas obdarzył w Okrutnym mieczu.
Na plus zasługują za to bardzo dobrze oddane realia średniowiecza. Dotyczy to przede wszystkim militariów, walk, życia codziennego rycerza, ale także podziału świata średniowiecznego na księstwa, cesarstwa, poddanych, wasali. Dodatkowo liczne wojny, mniejsze lub większe rewolty, bitwy, pojedynki etc. Jeżeli ktoś lubi takie klimaty, będzie z lektury zadowolony.
Kolejnym plusem jest spora dawka humoru, który poznałem już w Czerwonym rycerzu. Cameron nadal zręcznie się nim posługuje i zdecydowanie ubarwia lekturę.
Okrutny miecz sam w sobie nie jest aż taki zły, ale dobry także nie. Jest mniej więcej po środku. Jednak do poziomu Czerwonego Rycerza daleko mu. A tego oczekiwałem rozpoczynając lekturę.
Gdyby nie zbytnie zagmatwanie wątków, chęć pokazania autora, jak bardzo jest kreatywny, oceniłbym książkę zdecydowanie wyżej. Jednak w tej sytuacji nie potrafię.
Nie ukrywam, iż Okrutny miecz doczytałem do końca tylko dlatego, że leżałem w szpitalu i nie miałem akurat nic innego do czytania pod ręką. W innym przypadku odłożyłbym książkę na półkę po przeczytaniu mniej więcej 2/3, gdy stało się jasnym, iż tym razem Miles Cameron niczym nowym, ciekawym mnie nie uraczy.
poniedziałek, 16 maja 2016
Pani Noc - Cassandra Clare
Wydawnictwo Mag
Książki Casandry Clare to jedna z nielicznych porcji fantastyki (obok Mitchella), którą jestem w stanie przełknąć bez krzywienia się.
Pani Noc to kontynuacja m.in. Darów Anioła, pozycji którą czytałam kilka lat temu. Bohaterami ponownie są Nocni Łowcy.
Mimo, iż cykle stanowią powiedzmy całość i dobrze jest czytać od początku, to jednak spokojnie można zacząć znajomość z Nocnymi Łowcami od Pani Nocy.
Autorka wplata w fabułę tyle nawiązań do wcześniejszych książek, tyle podszeptów, podpowiedzi, mniej lub bardziej zawoalowanych komentarzy, sugestii, że gdyby je wyciąć, to książka byłaby o mniej więcej 100-150 stron chudsza.
Dla wielu osób takie nawiązania, podpowiedzi etc to plus. Dla mnie zdecydowanie minus. W niektórych momentach musiałam wręcz przedzierać się przez gąszcze streszczeń, opisów, nawiązań, coś co ani mnie nie bawiło, ani nie interesowało. Wiem, w przypadku kontynuacji serii postępuje tak wielu pisarzy. Owszem. jednak Clare przesadziła. Z nawiązań do wcześniejszych książek zrobiła jakby osobną pozycję, którą wplotła w fabułę Pani Nocy. Lekka przesada.
Panią Noc czytało się w przeważającej części przyjemnie, lekko. Poza oczywiście w/w nawiązaniami do przeszłości. Problem jest w rtm, że nic mnie nie zaskoczyło. Brakło tego czegoś, co charakteryzowało wcześniejsze książki pisarki. W trakcie lektury miałam wrażenie, iż autorka powiela pomysły, schematy znane m.in. z Darów Anioła. Dla osób, które dopiero rozpoczynają przygodę z Nocnymi Łowcami, prozą Cassandry Clare będzie to z pewnością nowość, ciekawe, porywające. Trzeba autorce przyznać, iż potrafi pisać, wciągnąć czytelnika w fabułę...o ile przymknie się oko na wtręty dot. przeszłości.
Jednak dla osób znających wcześniejsze książki Clare, będzie to niejako wtórnik, przyjemny, zapewniający relaks, ale nie porywający.
Sam pomysł na fabułę ciekawy, chociaż nie ukrywam, nie porwał mnie na tyle, żebym nie mogla odłożyć książki na kilka godzin. Ciekawe są pojedyncze elementy np. spisek, śledztwo, liczne nawiązania do literackich klasyków i kilka innych spraw. Jednak sama akcja rozwija się tak wolno, iż miałam wrażenie, że przypomina rozpędzającego się żółwia.
Minusem jest (jak dla mnie) wątek miłosny i rozterki (maksymalnie infantylne, na poziomie gimnazjum) bohaterów.
Minusem jest także przeogromna ilość bohaterów. Podziwiam, że Clare nie gubi się w nich, że jej się nie mylą.
Nie ukrywam, spodziewałam się czegoś zdecydowanie lepszego. Poprzednie dwie serie przygód Nocnych Łowców czytałam kilka lat temu. Być może zmieniłam się ja, zmieniły się moje oczekiwania. Pani Noc to nie najgorsza lektura, ale też nic nadzwyczajnego. Sami musicie zdecydować, czy po nią sięgnąć.
Książki Casandry Clare to jedna z nielicznych porcji fantastyki (obok Mitchella), którą jestem w stanie przełknąć bez krzywienia się.
Pani Noc to kontynuacja m.in. Darów Anioła, pozycji którą czytałam kilka lat temu. Bohaterami ponownie są Nocni Łowcy.
Mimo, iż cykle stanowią powiedzmy całość i dobrze jest czytać od początku, to jednak spokojnie można zacząć znajomość z Nocnymi Łowcami od Pani Nocy.
Autorka wplata w fabułę tyle nawiązań do wcześniejszych książek, tyle podszeptów, podpowiedzi, mniej lub bardziej zawoalowanych komentarzy, sugestii, że gdyby je wyciąć, to książka byłaby o mniej więcej 100-150 stron chudsza.
Dla wielu osób takie nawiązania, podpowiedzi etc to plus. Dla mnie zdecydowanie minus. W niektórych momentach musiałam wręcz przedzierać się przez gąszcze streszczeń, opisów, nawiązań, coś co ani mnie nie bawiło, ani nie interesowało. Wiem, w przypadku kontynuacji serii postępuje tak wielu pisarzy. Owszem. jednak Clare przesadziła. Z nawiązań do wcześniejszych książek zrobiła jakby osobną pozycję, którą wplotła w fabułę Pani Nocy. Lekka przesada.
Panią Noc czytało się w przeważającej części przyjemnie, lekko. Poza oczywiście w/w nawiązaniami do przeszłości. Problem jest w rtm, że nic mnie nie zaskoczyło. Brakło tego czegoś, co charakteryzowało wcześniejsze książki pisarki. W trakcie lektury miałam wrażenie, iż autorka powiela pomysły, schematy znane m.in. z Darów Anioła. Dla osób, które dopiero rozpoczynają przygodę z Nocnymi Łowcami, prozą Cassandry Clare będzie to z pewnością nowość, ciekawe, porywające. Trzeba autorce przyznać, iż potrafi pisać, wciągnąć czytelnika w fabułę...o ile przymknie się oko na wtręty dot. przeszłości.
Jednak dla osób znających wcześniejsze książki Clare, będzie to niejako wtórnik, przyjemny, zapewniający relaks, ale nie porywający.
Sam pomysł na fabułę ciekawy, chociaż nie ukrywam, nie porwał mnie na tyle, żebym nie mogla odłożyć książki na kilka godzin. Ciekawe są pojedyncze elementy np. spisek, śledztwo, liczne nawiązania do literackich klasyków i kilka innych spraw. Jednak sama akcja rozwija się tak wolno, iż miałam wrażenie, że przypomina rozpędzającego się żółwia.
Minusem jest (jak dla mnie) wątek miłosny i rozterki (maksymalnie infantylne, na poziomie gimnazjum) bohaterów.
Minusem jest także przeogromna ilość bohaterów. Podziwiam, że Clare nie gubi się w nich, że jej się nie mylą.
Nie ukrywam, spodziewałam się czegoś zdecydowanie lepszego. Poprzednie dwie serie przygód Nocnych Łowców czytałam kilka lat temu. Być może zmieniłam się ja, zmieniły się moje oczekiwania. Pani Noc to nie najgorsza lektura, ale też nic nadzwyczajnego. Sami musicie zdecydować, czy po nią sięgnąć.
czwartek, 31 marca 2016
Czasomierze - David Mitchell
Wydawnictwo MAG, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
Czasomierze to taki miks powieści społeczno-obyczajowej z elementami fantastyki.
Czasomierze to 6 opowiadań, nowel, różnie je można określać. Elementem łączącym je jest bohaterka, Holly Sykes, mieszkająca w Anglii. Gdy poznajemy jej losy bohaterka ma zaledwie 15 lat i jest rok 1984, gdy kończymy lekturę mamy rok 2043. To co jej się przydarzyło przez ten czas stanowi treść książki i udowadnia, jak jedno, z pozoru błahe spotkanie może zmienić życie człowieka.
Mitchell zastosował motyw znany z Atlasu chmur. Każde z opowiadań ma swojego bohatera (który opowiada historię ze swojego punktu widzenia), chociaż w całość łączy je postać Holly.
W pierwszej noweli, którą czytałem, nic nie zapowiadało tak doskonałej i rozwijającej się lektury. Gdybym nie miał wcześniej do czynienia z prozą Mitchella, być może odłożyłbym książkę na półkę i przeczytał przy innej okazji. Znając jednak talent pisarza, byłem przekonany, iż lada moment Czasomierze pochłoną mnie całkowicie i zapewnią wiele godzin fantastycznej lektury. I faktycznie tak się stało.
Opowiadania ukazujące kolejne etapy, wydarzenia z życia Holly są różne, tak pod względem klimatu, jak i wymowy. Najbanalniejsze (bo opowiadające o zwyczajnej z pozoru nastolatce) jest opowiadanie początkowe. Najsmutniejszym, najbardziej gorzkim, ale i skłaniającym do refleksji, jest ostatnie.
Jedno łączy opowiadania, nie jest to lektura, łatwa, relaksująca, choć z pewnością wartościowa i taka, której warto poświecić czas i trud jej zrozumienia. Opowiadania wymagają otwartego umysłu, skupienia, przeanalizowania, czy to ich treści czy ukrytego przesłania. Nie są one lekką historyjką do czytania w trakcie jazdy np. pociągiem, czy tramwajem. To lektura wymagająca, ale w zamian wiele dająca. Idealnym wydaje się tytuł serii, w której Czasomierze zostały wydane - prawdziwa Uczta wyobraźni.
Recenzja mojego męża.
Czasomierze to taki miks powieści społeczno-obyczajowej z elementami fantastyki.
Czasomierze to 6 opowiadań, nowel, różnie je można określać. Elementem łączącym je jest bohaterka, Holly Sykes, mieszkająca w Anglii. Gdy poznajemy jej losy bohaterka ma zaledwie 15 lat i jest rok 1984, gdy kończymy lekturę mamy rok 2043. To co jej się przydarzyło przez ten czas stanowi treść książki i udowadnia, jak jedno, z pozoru błahe spotkanie może zmienić życie człowieka.
Mitchell zastosował motyw znany z Atlasu chmur. Każde z opowiadań ma swojego bohatera (który opowiada historię ze swojego punktu widzenia), chociaż w całość łączy je postać Holly.
W pierwszej noweli, którą czytałem, nic nie zapowiadało tak doskonałej i rozwijającej się lektury. Gdybym nie miał wcześniej do czynienia z prozą Mitchella, być może odłożyłbym książkę na półkę i przeczytał przy innej okazji. Znając jednak talent pisarza, byłem przekonany, iż lada moment Czasomierze pochłoną mnie całkowicie i zapewnią wiele godzin fantastycznej lektury. I faktycznie tak się stało.
Opowiadania ukazujące kolejne etapy, wydarzenia z życia Holly są różne, tak pod względem klimatu, jak i wymowy. Najbanalniejsze (bo opowiadające o zwyczajnej z pozoru nastolatce) jest opowiadanie początkowe. Najsmutniejszym, najbardziej gorzkim, ale i skłaniającym do refleksji, jest ostatnie.
Jedno łączy opowiadania, nie jest to lektura, łatwa, relaksująca, choć z pewnością wartościowa i taka, której warto poświecić czas i trud jej zrozumienia. Opowiadania wymagają otwartego umysłu, skupienia, przeanalizowania, czy to ich treści czy ukrytego przesłania. Nie są one lekką historyjką do czytania w trakcie jazdy np. pociągiem, czy tramwajem. To lektura wymagająca, ale w zamian wiele dająca. Idealnym wydaje się tytuł serii, w której Czasomierze zostały wydane - prawdziwa Uczta wyobraźni.
wtorek, 23 lutego 2016
Czerwony rycerz - Miles Cameron
Wydawnictwo MAG, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
Awanturnicze i łotrzykowskie ze sporą dawką humoru fantasy. Tak można by tę książkę podsumować.
Osią opowieści jest historia młodego rycerza, takiego co się zowie rycerza:), który jest biedny, jak przysłowiowa mysz kościelna, a chce sobie dorobić. Zatrudnia się więc, jako...ochrona w żeńskim klasztorze:):) Jednak wszystko idzie nie tak. Zarówno sam klasztor jest daleki od tego, jakim go sobie nasz bohater wyobrażał, jak i praca wcale nie jest taka łatwa. Czerwony rycerze szybko dowiaduje się, iż praca, która wybrał będzie prawdziwą orką na ugorze, zadaniem ze wszech miar trudnym i niebezpiecznym, a zarobek...hmmm...sami zobaczycie.
Powieść wielowątkowa, ze sporą ilością bohaterów, jeszcze większą liczbą zdarzeń. Oj dzieje się w Czerwonym rycerzu, dzieje. Ale co ważne, wszystko się ładnie ze sobą splata, łączy i wydarzenia z pozoru tak różne, splatają się w konsekwencji w ciekawą całość.
Książka ma same plusy. Przede wszystkim jest świetnie napisana. Co prawda sporo w niej zapożyczeń z innych dzieł fantasy, ale są one mistrzowsko wykorzystane i wplecione w fabułę tak, iż dodają jej niebanalnego uroku. Co ważne, Cameron bazuje nie tylko na zapożyczeniach, ale także na swojej pomysłowości. Dodał sporo nowych elementów. Mieszanka jaka dzięki temu powstała jest wspaniała.
Poza tym autorowi udało się stworzyć niezwykle wyrazistych bohaterów. dzięki temu nie dość, że czyta się o ich przygodach z przyjemnością, to dodatkowo nie mylą się oni. Jest to szczególnie ważne, gdy w książce (do tego tak obszernej) jest wiele równie ważnych postaci.
Ogromny plus należy się pisarzowi także za dokładne, niezwykle plastyczne oddanie rycerskich, chrześcijańskich realiów, szczegółowe opisy uzbrojenia, opisy świata, w którym żyją i działają bohaterowie.
Wszystko to z domieszką niesamowitego poczucia humoru autora sprawia, iż 832 strony (tyle liczy książka) pochłania się błyskawicznie, a lektura jest wielką przyjemnością.
Jestem przekonany, iż książka przypadnie do gustu zarówno wielbicielom fantasy, jak i osobom lubiącym przygodowo-awanturnicze pozycje.
Miles Cameron to nie tylko sprawny twórca fantasy, doskonały pisarz, ale także niezwykle pomysłowy człowiek. Niecierpliwie czekam na kolejny tom przygód Czerwonego rycerza.
A was zachęcam do lektury. To świetna książka.
Recenzja mojego męża.
Awanturnicze i łotrzykowskie ze sporą dawką humoru fantasy. Tak można by tę książkę podsumować.
Osią opowieści jest historia młodego rycerza, takiego co się zowie rycerza:), który jest biedny, jak przysłowiowa mysz kościelna, a chce sobie dorobić. Zatrudnia się więc, jako...ochrona w żeńskim klasztorze:):) Jednak wszystko idzie nie tak. Zarówno sam klasztor jest daleki od tego, jakim go sobie nasz bohater wyobrażał, jak i praca wcale nie jest taka łatwa. Czerwony rycerze szybko dowiaduje się, iż praca, która wybrał będzie prawdziwą orką na ugorze, zadaniem ze wszech miar trudnym i niebezpiecznym, a zarobek...hmmm...sami zobaczycie.
Powieść wielowątkowa, ze sporą ilością bohaterów, jeszcze większą liczbą zdarzeń. Oj dzieje się w Czerwonym rycerzu, dzieje. Ale co ważne, wszystko się ładnie ze sobą splata, łączy i wydarzenia z pozoru tak różne, splatają się w konsekwencji w ciekawą całość.
Książka ma same plusy. Przede wszystkim jest świetnie napisana. Co prawda sporo w niej zapożyczeń z innych dzieł fantasy, ale są one mistrzowsko wykorzystane i wplecione w fabułę tak, iż dodają jej niebanalnego uroku. Co ważne, Cameron bazuje nie tylko na zapożyczeniach, ale także na swojej pomysłowości. Dodał sporo nowych elementów. Mieszanka jaka dzięki temu powstała jest wspaniała.
Poza tym autorowi udało się stworzyć niezwykle wyrazistych bohaterów. dzięki temu nie dość, że czyta się o ich przygodach z przyjemnością, to dodatkowo nie mylą się oni. Jest to szczególnie ważne, gdy w książce (do tego tak obszernej) jest wiele równie ważnych postaci.
Ogromny plus należy się pisarzowi także za dokładne, niezwykle plastyczne oddanie rycerskich, chrześcijańskich realiów, szczegółowe opisy uzbrojenia, opisy świata, w którym żyją i działają bohaterowie.
Wszystko to z domieszką niesamowitego poczucia humoru autora sprawia, iż 832 strony (tyle liczy książka) pochłania się błyskawicznie, a lektura jest wielką przyjemnością.
Jestem przekonany, iż książka przypadnie do gustu zarówno wielbicielom fantasy, jak i osobom lubiącym przygodowo-awanturnicze pozycje.
Miles Cameron to nie tylko sprawny twórca fantasy, doskonały pisarz, ale także niezwykle pomysłowy człowiek. Niecierpliwie czekam na kolejny tom przygód Czerwonego rycerza.
A was zachęcam do lektury. To świetna książka.
niedziela, 8 lutego 2015
Cykl barokowy t. 3. Ustrój świata
Wydawnictwo MAG, Ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
Ustrój świata, to III i ostatni tom genialnego Cyklu Barokowego. Akcja trylogii rozgrywa się na przestrzeni 60 lat (1655-1714) niemal na całej kuli ziemskiej. Moim zdaniem, jest to najlepsza z książek Stephensona, jaką miałem okazję czytać. Autor przenosi nas do Londynu przełomu XVII i XVIII wieku, ale tak na prawdę miejscem akcji jest cały znany ówczesnym ludziom świat. Tłem powieści są wydarzenia polityczne od wybuchu wojny domowej w Anglii poprzez objęcie przez Cromwella funkcji lorda protektora. Autor przedstawia ówczesną historię, która sama w sobie była dosyć skomplikowana. Wojny, potyczki, odkrywanie nowego świata, tworzenie nauki i faktów, które obecnie uznajemy za oczywiste. Dodatkowo Stephenson w te wydarzenia wplata bójki, wyprawy religijne, całą garść wątków politycznych, filozoficznych i społecznych. Książka jest doskonała, a jednocześnie tak skonstruowana, że nie da się jej streścić. Zresztą nie miałoby to sensu. Cały cykl jest tak doskonały, tak wspaniale nakreślony, skonstruowany, iż odkrywanie jego treści jest wielką przyjemnością.
Bohaterami książki autor uczynił większość ważniejszych postaci XVII i XVIII wiecznej historii. Są nimi osoby znane nam z lekcji chociażby historii, jak np. Newton i Leibniz, ale także mniej znane, np. John Locke, Robert Hooke, Robert Boyle, Christiaan Huygens, Czarnobrody, cała cały bez mała ówczesny poczet królów i książąt, a nawet kilkuletni przyszły prezydent Ben Franklin. Obok tych autentycznych postaci, karty powieści zaludniają osoby całkowicie fikcyjne. Stephensonowi udało się je jednak tak odmalować, tak wpleść w treść książki, tak umiejscowić pośród postaci prawdziwych, iż pod koniec lektury zdumienie nas ogarnia, że X czy Y to bohaterowie fikcyjni.
Tom III rozpoczyna się w 1714 roku, czyli pod sam koniec opisywanej historii. Na całym ówczesnym świecie panuje ogromny chaos, który nie tylko nie omija Londynu, ale wręcz ma w nim swoje apogeum. Do Anglii wraca Daniel Waterhouse. W tym czasie wiele złego się dzieje. M.in. umiera królowa, a to wiadomo pociągnie za sobą wiele implikacji. Powstaje wiele nowych wynalazków w tym jeden, który całkowicie może odmienić oblicze świata. A to dopiero początek.
Po poprzednich dwóch tomach myślałem, że Stephenson niczym mnie już nie zaskoczy. Jakże się myliłem. III tom cyklu jest jeszcze genialniejszy niż poprzednie. I jak przystało na finał, dzieje się w nim oj dzieje. Cała książka aż kipi od akcji i nowych pomysłów autora, a finał..no cóż...
Cały cykl bije wszystko na głowę- genialnie oddano topografia ówczesnego Londynu, atmosfera miasta w powiązaniu z historycznymi wydarzeniami i postaciami. W to wszystko wpleceni fikcyjni bohaterowie. Awantury, groza, szpiedzy, wątki marynistyczne, bitewne i wiele, wiele więcej. Barok, obfitość w najlepszym wydaniu. I do tego fantazja, niewyobrażalna fantazja autora i wspaniałe pióro. Po prostu genialnie skonstruowane dzieło. Jeżeli jeszcze nie znacie, koniecznie sięgnijcie po wszystkie tomy.
Recenzja mojego męża.
Ustrój świata, to III i ostatni tom genialnego Cyklu Barokowego. Akcja trylogii rozgrywa się na przestrzeni 60 lat (1655-1714) niemal na całej kuli ziemskiej. Moim zdaniem, jest to najlepsza z książek Stephensona, jaką miałem okazję czytać. Autor przenosi nas do Londynu przełomu XVII i XVIII wieku, ale tak na prawdę miejscem akcji jest cały znany ówczesnym ludziom świat. Tłem powieści są wydarzenia polityczne od wybuchu wojny domowej w Anglii poprzez objęcie przez Cromwella funkcji lorda protektora. Autor przedstawia ówczesną historię, która sama w sobie była dosyć skomplikowana. Wojny, potyczki, odkrywanie nowego świata, tworzenie nauki i faktów, które obecnie uznajemy za oczywiste. Dodatkowo Stephenson w te wydarzenia wplata bójki, wyprawy religijne, całą garść wątków politycznych, filozoficznych i społecznych. Książka jest doskonała, a jednocześnie tak skonstruowana, że nie da się jej streścić. Zresztą nie miałoby to sensu. Cały cykl jest tak doskonały, tak wspaniale nakreślony, skonstruowany, iż odkrywanie jego treści jest wielką przyjemnością.
Bohaterami książki autor uczynił większość ważniejszych postaci XVII i XVIII wiecznej historii. Są nimi osoby znane nam z lekcji chociażby historii, jak np. Newton i Leibniz, ale także mniej znane, np. John Locke, Robert Hooke, Robert Boyle, Christiaan Huygens, Czarnobrody, cała cały bez mała ówczesny poczet królów i książąt, a nawet kilkuletni przyszły prezydent Ben Franklin. Obok tych autentycznych postaci, karty powieści zaludniają osoby całkowicie fikcyjne. Stephensonowi udało się je jednak tak odmalować, tak wpleść w treść książki, tak umiejscowić pośród postaci prawdziwych, iż pod koniec lektury zdumienie nas ogarnia, że X czy Y to bohaterowie fikcyjni.
Tom III rozpoczyna się w 1714 roku, czyli pod sam koniec opisywanej historii. Na całym ówczesnym świecie panuje ogromny chaos, który nie tylko nie omija Londynu, ale wręcz ma w nim swoje apogeum. Do Anglii wraca Daniel Waterhouse. W tym czasie wiele złego się dzieje. M.in. umiera królowa, a to wiadomo pociągnie za sobą wiele implikacji. Powstaje wiele nowych wynalazków w tym jeden, który całkowicie może odmienić oblicze świata. A to dopiero początek.
Po poprzednich dwóch tomach myślałem, że Stephenson niczym mnie już nie zaskoczy. Jakże się myliłem. III tom cyklu jest jeszcze genialniejszy niż poprzednie. I jak przystało na finał, dzieje się w nim oj dzieje. Cała książka aż kipi od akcji i nowych pomysłów autora, a finał..no cóż...
Cały cykl bije wszystko na głowę- genialnie oddano topografia ówczesnego Londynu, atmosfera miasta w powiązaniu z historycznymi wydarzeniami i postaciami. W to wszystko wpleceni fikcyjni bohaterowie. Awantury, groza, szpiedzy, wątki marynistyczne, bitewne i wiele, wiele więcej. Barok, obfitość w najlepszym wydaniu. I do tego fantazja, niewyobrażalna fantazja autora i wspaniałe pióro. Po prostu genialnie skonstruowane dzieło. Jeżeli jeszcze nie znacie, koniecznie sięgnijcie po wszystkie tomy.
czwartek, 11 grudnia 2014
Zamęt, czyli genialny II tom Cyklu barokowego
Wydawnictwo MAG, Ocena 6/6
Recenzja mojego męża.
Zamęt to II tom trylogii, tzw. Cyklu barokowego. I tom Żywe srebro recenzowałem tutaj (klik). Akcja całej trylogii rozgrywa się na przestrzeni 60 lat (1655-1714) niemal na całej kuli ziemskiej. Moim zdaniem, jest to najlepsza z książek Stephensona, jaką miałem okazję czytać.
Zamęt składa się z dwóch części o nazwach - Bonanza (opowiada o losach znanego z I tomu Jacka Shaftoe) i Juncto (opowiada o Elizie) .Co bardzo ciekawe i z lekka wprowadzające tytułowy zamęt, to fakt, iż autor nie opowiada ksiąg (części) jedna po drugiej, a tworzy z nich totalny misz masz, miesza je ze sobą. Powodem tego jest fakt, iż akcja obu ksiąg rozgrywa się na przestrzeni 13 lat, obie księgi są powiązane ze sobą, a przedstawienie najpierw jednej, a później drugiej, zmuszałoby czytelnika do cofania się w czasie. Stosując wymieszanie obu ksiąg, pisarz konsekwentnie trzyma się chronologii i opowiada zdarzenia łączące się ze sobą i częstokroć wypływające jedne z drugich. Zdecydowanie ułatwia to lekturę.
Bohaterami tego tomu (oprócz w/w Jacka i Elizy) nadal są ważniejsze, znane większości z nas postacie z historii XVII wieku. Ponownie mamy niesamowitą wprost ilość wątków fikcyjnych wymieszanych z prawdziwymi, historycznymi wydarzeniami. Wszystko to udało się Stephensonowi spleść w sposób iście mistrzowski tworząc lekturę, którą mimo sporej ilości stron wręcz się połyka. Stephenson ma rzadki, wręcz unikatowy dar. Stworzył w swojej trylogii świat niezwykle skomplikowany, który mimo pozornego (nomen omen) zamętu, jest światem unikalnym dopracowanym w każdym calu, wręcz powalającym.
Trudno więcej napisać o treści bez spojlerowania. W przypadku prozy Stephensona wątków, bohaterów, akcji, znaczących wydarzeń jest tak dużo, iż streszczanie tomu jest niemożliwym, a i mija się z sensem, gdyż odbierałoby to niesamowitą przyjemność i rozkosz lektury.
Niewątpliwym jest, iż autor po raz kolejny pokazał swój geniusz tworząc powieść wyjątkową, wymykającą się jakiejkolwiek klasyfikacji.
Niecierpliwie czekam na Mikołaja z III tomem trylogii. Mam nadzieję, iż wam także Żywe srebro i Zamęt przypadną do gustu, chociaż nie ukrywam, nie są to książki dla wszystkich. Jednak czas poświęcony na ich przeczytanie oraz początkowy trud w złapaniu wszystkich wątków, zostaną nagrodzone fantastyczną lekturą i doskonałym, wręcz mistrzowskim potraktowaniem faktów.
Recenzja mojego męża.
Zamęt to II tom trylogii, tzw. Cyklu barokowego. I tom Żywe srebro recenzowałem tutaj (klik). Akcja całej trylogii rozgrywa się na przestrzeni 60 lat (1655-1714) niemal na całej kuli ziemskiej. Moim zdaniem, jest to najlepsza z książek Stephensona, jaką miałem okazję czytać.
Zamęt składa się z dwóch części o nazwach - Bonanza (opowiada o losach znanego z I tomu Jacka Shaftoe) i Juncto (opowiada o Elizie) .Co bardzo ciekawe i z lekka wprowadzające tytułowy zamęt, to fakt, iż autor nie opowiada ksiąg (części) jedna po drugiej, a tworzy z nich totalny misz masz, miesza je ze sobą. Powodem tego jest fakt, iż akcja obu ksiąg rozgrywa się na przestrzeni 13 lat, obie księgi są powiązane ze sobą, a przedstawienie najpierw jednej, a później drugiej, zmuszałoby czytelnika do cofania się w czasie. Stosując wymieszanie obu ksiąg, pisarz konsekwentnie trzyma się chronologii i opowiada zdarzenia łączące się ze sobą i częstokroć wypływające jedne z drugich. Zdecydowanie ułatwia to lekturę.
Bohaterami tego tomu (oprócz w/w Jacka i Elizy) nadal są ważniejsze, znane większości z nas postacie z historii XVII wieku. Ponownie mamy niesamowitą wprost ilość wątków fikcyjnych wymieszanych z prawdziwymi, historycznymi wydarzeniami. Wszystko to udało się Stephensonowi spleść w sposób iście mistrzowski tworząc lekturę, którą mimo sporej ilości stron wręcz się połyka. Stephenson ma rzadki, wręcz unikatowy dar. Stworzył w swojej trylogii świat niezwykle skomplikowany, który mimo pozornego (nomen omen) zamętu, jest światem unikalnym dopracowanym w każdym calu, wręcz powalającym.
Trudno więcej napisać o treści bez spojlerowania. W przypadku prozy Stephensona wątków, bohaterów, akcji, znaczących wydarzeń jest tak dużo, iż streszczanie tomu jest niemożliwym, a i mija się z sensem, gdyż odbierałoby to niesamowitą przyjemność i rozkosz lektury.
Niewątpliwym jest, iż autor po raz kolejny pokazał swój geniusz tworząc powieść wyjątkową, wymykającą się jakiejkolwiek klasyfikacji.
Niecierpliwie czekam na Mikołaja z III tomem trylogii. Mam nadzieję, iż wam także Żywe srebro i Zamęt przypadną do gustu, chociaż nie ukrywam, nie są to książki dla wszystkich. Jednak czas poświęcony na ich przeczytanie oraz początkowy trud w złapaniu wszystkich wątków, zostaną nagrodzone fantastyczną lekturą i doskonałym, wręcz mistrzowskim potraktowaniem faktów.
piątek, 22 sierpnia 2014
Ksieżyc nad Soho
Wydawnictwo MAG, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.
Główny bohater, policjant, a właściwie sprytny detektyw z Londynu - Peter Grant ma do rozwiązania nie lada zagadkę. Musi on wyjaśnić zagadkę zgonów muzyków jazzowych. Sprawa jest o tyle zagadkowa, iż umierają ludzie w sile wieku, zdrowi, z pozoru nie mający żadnych dolegliwości, ani wrogów. Co w związku z tym jest przyczyną ich śmierci?
Nasz sprytny śledczy (znany już z Rzek Londynu) przy jednej z ofiar wyczuwa ślady magii i wtedy się zaczyna:).
Książka jest doskonale napisana, a Aaronovitch nadal trzyma poziom, choć miałem pewne obawy, czy po rewelacyjnych Rzekach Londynu nie spocznie na laurach, jak to często zdarza się wielu pisarzom. Nic z tych rzeczy. Bohater nadal działa, śmieszy, zaskakuje. Ponownie porywa Londyn. Miasto, które na kartach książki kreuje pisarz jest dosłownie i w przenośni magiczne. Pełno w nim magii takiej prawdziwej, która nikogo absolutnie nie dziwi. Dużo także wspaniałych opisów, które zaczarują także tych, którzy nigdy w tym mieście nie byli. Doskonale uchwycone jest połączenie nowoczesnego Londynu z czarami, magią, które drzemią w tym mieście dosłownie na każdym kroku, trzeba tylko umieć je dostrzec i skorzystać z nich.
Taką swoistą wisienką na torcie jest muzyka jazzowa, która przewija się w tle w trakcie całej lektury książki. I nic dziwnego. Wszak zamordowani zostali muzycy jazzowi. Wielokrotnie przytaczane są znane standardy tego gatunku muzyki. Ciekawym byłby odtworzyć sobie te utwory w trakcie lektury książki. Zdecydowanie dodałoby to specyficznego klimatu.
Każda scena jest dopracowana nawet w najmniejszym calu, a inteligentny i cięty humor to najmocniejsza strona książki.
Nie ukrywam, iż niecierpliwie czekam na kontynuację serii.
Aaronovitch po raz kolejny udowodnił, iż połączenie kryminału z miejskim fantasy i elementami komediowymi, może się doskonale sprawdzić.
Recenzja mojego męża.
Główny bohater, policjant, a właściwie sprytny detektyw z Londynu - Peter Grant ma do rozwiązania nie lada zagadkę. Musi on wyjaśnić zagadkę zgonów muzyków jazzowych. Sprawa jest o tyle zagadkowa, iż umierają ludzie w sile wieku, zdrowi, z pozoru nie mający żadnych dolegliwości, ani wrogów. Co w związku z tym jest przyczyną ich śmierci?
Nasz sprytny śledczy (znany już z Rzek Londynu) przy jednej z ofiar wyczuwa ślady magii i wtedy się zaczyna:).
Książka jest doskonale napisana, a Aaronovitch nadal trzyma poziom, choć miałem pewne obawy, czy po rewelacyjnych Rzekach Londynu nie spocznie na laurach, jak to często zdarza się wielu pisarzom. Nic z tych rzeczy. Bohater nadal działa, śmieszy, zaskakuje. Ponownie porywa Londyn. Miasto, które na kartach książki kreuje pisarz jest dosłownie i w przenośni magiczne. Pełno w nim magii takiej prawdziwej, która nikogo absolutnie nie dziwi. Dużo także wspaniałych opisów, które zaczarują także tych, którzy nigdy w tym mieście nie byli. Doskonale uchwycone jest połączenie nowoczesnego Londynu z czarami, magią, które drzemią w tym mieście dosłownie na każdym kroku, trzeba tylko umieć je dostrzec i skorzystać z nich.
Taką swoistą wisienką na torcie jest muzyka jazzowa, która przewija się w tle w trakcie całej lektury książki. I nic dziwnego. Wszak zamordowani zostali muzycy jazzowi. Wielokrotnie przytaczane są znane standardy tego gatunku muzyki. Ciekawym byłby odtworzyć sobie te utwory w trakcie lektury książki. Zdecydowanie dodałoby to specyficznego klimatu.
Każda scena jest dopracowana nawet w najmniejszym calu, a inteligentny i cięty humor to najmocniejsza strona książki.
Nie ukrywam, iż niecierpliwie czekam na kontynuację serii.
Aaronovitch po raz kolejny udowodnił, iż połączenie kryminału z miejskim fantasy i elementami komediowymi, może się doskonale sprawdzić.
piątek, 27 czerwca 2014
Żywe srebro - Neal Stephenson
Wydawnictwo MAG, ocena 6-/6
Recenzja mojego męża.
Żywe srebro, to I tom trzytomowego Cyklu Barokowego. Akcja trylogii rozgrywa się na przestrzeni 60 lat (1655-1714) niemal na całej kuli ziemskiej. Moim zdaniem, jest to najlepsza z książek Stephensona, jaką miałem okazję czytać. Autor przenosi nas do Londynu przełomu XVII i XVIII wieku, ale tak na prawdę miejscem akcji jest cały znany ówczesnym ludziom świat. Tłem powieści są wydarzenia polityczne od wybuchu wojny domowej w Anglii poprzez objęcie przez Cromwella funkcji lorda protektora. Autor przedstawia ówczesną historię, która sama w sobie była dosyć skomplikowana. Wojny, potyczki, odkrywanie nowego świata, tworzenie nauki i faktów, które obecnie uznajemy za oczywiste. Dodatkowo Stephenson w te wydarzenia wplata bójki, wyprawy religijne, całą garść wątków politycznych, filozoficznych i społecznych. Książka jest doskonała, a jednocześnie tak skonstruowana, że nie da się jej streścić.
Bohaterami książki autor uczynił większość ważniejszych postaci XVII i XVIII wiecznej historii. Są nimi osoby znane nam z lekcji chociażby historii, jak np. Newton i Leibniz, ale także mniej znane, np. John Locke, Robert Hooke, Robert Boyle, Christiaan Huygens, Czarnobrody, cała cały bez mała ówczesny poczet królów i książąt, a nawet kilkuletni przyszły prezydent Ben Franklin. Obok tych autentycznych postaci, karty powieści zaludniają osoby całkowicie fikcyjne. Stephensonowi udało się je jednak tak odmalować, tak wpleść w treść książki, tak umiejscowić pośród postaci prawdziwych, iż pod koniec lektury zdumienie nas ogarnia, iż X czy Y to bohaterowie fikcyjni.Celowo nie piszę, o których bohaterów chodzi. Musicie sami szczerze się zdziwić.
Ciekawy jest fakt przenoszenia czytelnika w czasie, czy to do przodu, czy też wstecz. Co kilka - kilkanaście storn znajdujemy się w innym miejscu, w innym czasie. Zabieg ciekawy, niezwykle ubarwiający całość, ale nie przeczę, niektórym może sprawiać pewne kłopoty, wymaga bowiem poświęcenia czasu i skupienia.
Mimo sporej ilości bohaterów, ogromnego zakresu niełatwej historii, wielu wątków i zagadnień ze wszystkich chyba dziedzin ówczesnego życia, książkę czyta się (biorąc pod uwagę jej objętość) błyskawicznie, tak bardzo wciąga. Mnie wręcz zafascynowała. Niecierpliwie czekam na II tom trylogii. Mam nadzieję, iż wam także Żywe srebro przypadnie do gustu, chociaż nie ukrywam, nie jest to książka dla wszystkich. Jednak czas poświęcony na jej przeczytanie oraz początkowy trud w złapaniu wszystkich wątków, zostaną nagrodzone fantastyczną lekturą i doskonałym, wręcz mistrzowskim potraktowaniem faktów.
Recenzja mojego męża.
Żywe srebro, to I tom trzytomowego Cyklu Barokowego. Akcja trylogii rozgrywa się na przestrzeni 60 lat (1655-1714) niemal na całej kuli ziemskiej. Moim zdaniem, jest to najlepsza z książek Stephensona, jaką miałem okazję czytać. Autor przenosi nas do Londynu przełomu XVII i XVIII wieku, ale tak na prawdę miejscem akcji jest cały znany ówczesnym ludziom świat. Tłem powieści są wydarzenia polityczne od wybuchu wojny domowej w Anglii poprzez objęcie przez Cromwella funkcji lorda protektora. Autor przedstawia ówczesną historię, która sama w sobie była dosyć skomplikowana. Wojny, potyczki, odkrywanie nowego świata, tworzenie nauki i faktów, które obecnie uznajemy za oczywiste. Dodatkowo Stephenson w te wydarzenia wplata bójki, wyprawy religijne, całą garść wątków politycznych, filozoficznych i społecznych. Książka jest doskonała, a jednocześnie tak skonstruowana, że nie da się jej streścić.
Bohaterami książki autor uczynił większość ważniejszych postaci XVII i XVIII wiecznej historii. Są nimi osoby znane nam z lekcji chociażby historii, jak np. Newton i Leibniz, ale także mniej znane, np. John Locke, Robert Hooke, Robert Boyle, Christiaan Huygens, Czarnobrody, cała cały bez mała ówczesny poczet królów i książąt, a nawet kilkuletni przyszły prezydent Ben Franklin. Obok tych autentycznych postaci, karty powieści zaludniają osoby całkowicie fikcyjne. Stephensonowi udało się je jednak tak odmalować, tak wpleść w treść książki, tak umiejscowić pośród postaci prawdziwych, iż pod koniec lektury zdumienie nas ogarnia, iż X czy Y to bohaterowie fikcyjni.Celowo nie piszę, o których bohaterów chodzi. Musicie sami szczerze się zdziwić.
Ciekawy jest fakt przenoszenia czytelnika w czasie, czy to do przodu, czy też wstecz. Co kilka - kilkanaście storn znajdujemy się w innym miejscu, w innym czasie. Zabieg ciekawy, niezwykle ubarwiający całość, ale nie przeczę, niektórym może sprawiać pewne kłopoty, wymaga bowiem poświęcenia czasu i skupienia.
Mimo sporej ilości bohaterów, ogromnego zakresu niełatwej historii, wielu wątków i zagadnień ze wszystkich chyba dziedzin ówczesnego życia, książkę czyta się (biorąc pod uwagę jej objętość) błyskawicznie, tak bardzo wciąga. Mnie wręcz zafascynowała. Niecierpliwie czekam na II tom trylogii. Mam nadzieję, iż wam także Żywe srebro przypadnie do gustu, chociaż nie ukrywam, nie jest to książka dla wszystkich. Jednak czas poświęcony na jej przeczytanie oraz początkowy trud w złapaniu wszystkich wątków, zostaną nagrodzone fantastyczną lekturą i doskonałym, wręcz mistrzowskim potraktowaniem faktów.
czwartek, 18 kwietnia 2013
Złomiarz - Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo MAG, Okładka miękka, 286 s., Ocena 5/6
Na początku przypomnienie dot. wyjaśnień, jakie otrzymałam od tłumacza Zatopionych miast i Wydawnictwa Literackiego, a dot. kolejności wydawania dzieł Bacigalupiego i faktu, iż Złomiarz i Zatopione miasta to nie jest!!! cykl. Informacja o tutaj.
Recenzja mojego męża:)
Akcja, jak i w przypadku innych książek tego autora, rozgrywa się w przyszłości. Tym razem Bacigalupi także porusza kwestie typowe dla jego pisarstwa, kwestie, które można określić jako priorytetowe w naszym świecie, ba prawie misyjne.
Liczne katastrofy ekologiczne, które miały miejsce doprowadziły do zatopienia miast. Zmianie ulega roślinność, linia brzegowa, poziom wód. Większość mieszkańców naszej planety nie ma gdzie mieszkać, co jeść, wegetują, próbują za wszelka cenę przetrwać. Jednak jak to zwykle bywa, istnieje także niewielka, ale jednak grupa, której ekologiczna zagłada i jej następstwa nie są straszne.Oni mają wszystko, a punkt widzenia jak od dawna wiadomo zależy od punktu siedzenia.
Poznajemy chłopca, który wykonując bardzo niebezpieczną pracę próbuje zarobić najmniejszy grosz żeby jakoś przetrwać. To on, Nailer jest tytułowym złomiarzem. Zajmuje się wczołgiwaniem w trudno dostępne zakamarki wraków statków i odzyskiwaniem metali. Niestety, ale pewnego dnia i ta praca kończy się. Chłopiec znajduje jednak zatopiony niedawno wrak statku, a w nim bardzo dużo rzeczy - kosztownych drobiazgów, a przede wszystkim jedzenia, na które w tym okresie nie ma ceny. Chłopiec znajduje jeszcze coś, co zmieni jego życie, zmusi do dokonania pewnych wyborów. Co? Tego już nie zdradzę.
Bacigalupi po raz kolejny zabrał mnie w fantastyczną podróż do swojego świata, świata ponurego, świata przyszłości, który jeżeli czegoś nie zrobimy tu i teraz może stać się prawdziwym.
Pisarz ukazuje różne osoby, ich zachowanie, kanon wartości w obliczu klęsk żywiołowych, kataklizmów. Niestety, w przeważającej części nie jest to obraz budujący, ale jest nadzieja, światełko w tym okrutnym świecie. Fabuła jest prosta, a jednocześnie skomplikowana (tak, to możliwe). Bez wątpienia spodoba się zarówno wiernym fanom autora, jak i dopiero rozpoczynającym przygodę z jego twórczością. Piszę przygodę, ponieważ każda z książek autorstwa Bacigalupiego to wyjątkowa, niezwykle ekscytująca i jakże realna przygoda.
Złomiarz to doskonała lektura, od której trudno się oderwać. jest to lektura smutna, skłaniająca do zadumy, ale i niezwykle trafna. Autor trzyma w napięciu, akcja jest doskonale dopracowana, a przy tym nie jest to zwykłe czytadło, a doskonała, mądra książka, którą polecam.
Na początku przypomnienie dot. wyjaśnień, jakie otrzymałam od tłumacza Zatopionych miast i Wydawnictwa Literackiego, a dot. kolejności wydawania dzieł Bacigalupiego i faktu, iż Złomiarz i Zatopione miasta to nie jest!!! cykl. Informacja o tutaj.
Recenzja mojego męża:)
Akcja, jak i w przypadku innych książek tego autora, rozgrywa się w przyszłości. Tym razem Bacigalupi także porusza kwestie typowe dla jego pisarstwa, kwestie, które można określić jako priorytetowe w naszym świecie, ba prawie misyjne.
Liczne katastrofy ekologiczne, które miały miejsce doprowadziły do zatopienia miast. Zmianie ulega roślinność, linia brzegowa, poziom wód. Większość mieszkańców naszej planety nie ma gdzie mieszkać, co jeść, wegetują, próbują za wszelka cenę przetrwać. Jednak jak to zwykle bywa, istnieje także niewielka, ale jednak grupa, której ekologiczna zagłada i jej następstwa nie są straszne.Oni mają wszystko, a punkt widzenia jak od dawna wiadomo zależy od punktu siedzenia.
Poznajemy chłopca, który wykonując bardzo niebezpieczną pracę próbuje zarobić najmniejszy grosz żeby jakoś przetrwać. To on, Nailer jest tytułowym złomiarzem. Zajmuje się wczołgiwaniem w trudno dostępne zakamarki wraków statków i odzyskiwaniem metali. Niestety, ale pewnego dnia i ta praca kończy się. Chłopiec znajduje jednak zatopiony niedawno wrak statku, a w nim bardzo dużo rzeczy - kosztownych drobiazgów, a przede wszystkim jedzenia, na które w tym okresie nie ma ceny. Chłopiec znajduje jeszcze coś, co zmieni jego życie, zmusi do dokonania pewnych wyborów. Co? Tego już nie zdradzę.
Bacigalupi po raz kolejny zabrał mnie w fantastyczną podróż do swojego świata, świata ponurego, świata przyszłości, który jeżeli czegoś nie zrobimy tu i teraz może stać się prawdziwym.
Pisarz ukazuje różne osoby, ich zachowanie, kanon wartości w obliczu klęsk żywiołowych, kataklizmów. Niestety, w przeważającej części nie jest to obraz budujący, ale jest nadzieja, światełko w tym okrutnym świecie. Fabuła jest prosta, a jednocześnie skomplikowana (tak, to możliwe). Bez wątpienia spodoba się zarówno wiernym fanom autora, jak i dopiero rozpoczynającym przygodę z jego twórczością. Piszę przygodę, ponieważ każda z książek autorstwa Bacigalupiego to wyjątkowa, niezwykle ekscytująca i jakże realna przygoda.
Złomiarz to doskonała lektura, od której trudno się oderwać. jest to lektura smutna, skłaniająca do zadumy, ale i niezwykle trafna. Autor trzyma w napięciu, akcja jest doskonale dopracowana, a przy tym nie jest to zwykłe czytadło, a doskonała, mądra książka, którą polecam.
wtorek, 26 marca 2013
Pozaświatowcy - Brandon Mull
Wydawnictwo MAG, Okładka miękka, 544 s., Ocena 4,5/6
Recenzja mojego męża:)
Nie chcę opowiadać treści, żeby nie odbierac wam przyjemności lektury i elementu zaskoczenia, w związku z tym recenzja będzie krótka, ale mam nadzieje, że zachęci was do lektury.
Brandon Mull opowiada historię dwójki nastolatków Jasona i Rachel, przed którymi stoi niezwykłe zadanie uratowania równoległego świata Lyrian.
A świat ten jest niebanalne, jego mieszkańcy mogą swobodnie odrzucać wybrane części ciała nie odczuwając najmniejszego bólu, po śmierci odrastają z nasiona etc. Niezwykłe miejsce.
Jason i Rachel trafiają do Lyrian przypadkiem, jako jedyni tytułowi pozaświatowcy. Otrzymują ważne choć na pozór proste zadanie - muszą zdobyć sylaby Słowa, które jest jedynym kluczem do zabicia okrutnego czarnoksiężnika.
Czy im się to uda? Tego nie zdradzę, zachęcam za to do sięgnięcia po książkę. W trakcie poszukiwania klucza młodzi ludzie przeżyją mnóstwo przygód, poznają niezwykłe istoty, dokonają niebanalnych czynów.
Mimo, iż Pozaświatowcy wydają się być lekturą dla młodzieży, śmiało mogę polecić ją każdemu, kto szuka relaksu, dobrej zabawy i niezłej literatury.
Jeżeli dodatkowo lubicie książki w typie Alicji w krainie czarów, nadal drzemie w was odrobina dziecka i chęć oderwania się od codzienności, Pozaświatowcy bez wątpienia są lekturą dla was. Poznacie świat bez bohaterów, bo takim miejscem jest Lyrian; przekonacie się, że nie wszyscy nastolatkowie są tacy, jakich często spotykamy na ulicach...; otrzymacie także odpowiedź, czy dobro zawsze zwycięża, a uśmiech nie będzie schodził z waszej twarzy.
Mullowi udało się stworzyć niezwykły, wręcz magiczny świat zapełniony barwnymi postaciami, w którym wszystko może się zdarzyć.
Zachęcam do lektury.
Recenzja mojego męża:)
Nie chcę opowiadać treści, żeby nie odbierac wam przyjemności lektury i elementu zaskoczenia, w związku z tym recenzja będzie krótka, ale mam nadzieje, że zachęci was do lektury.
Brandon Mull opowiada historię dwójki nastolatków Jasona i Rachel, przed którymi stoi niezwykłe zadanie uratowania równoległego świata Lyrian.
A świat ten jest niebanalne, jego mieszkańcy mogą swobodnie odrzucać wybrane części ciała nie odczuwając najmniejszego bólu, po śmierci odrastają z nasiona etc. Niezwykłe miejsce.
Jason i Rachel trafiają do Lyrian przypadkiem, jako jedyni tytułowi pozaświatowcy. Otrzymują ważne choć na pozór proste zadanie - muszą zdobyć sylaby Słowa, które jest jedynym kluczem do zabicia okrutnego czarnoksiężnika.
Czy im się to uda? Tego nie zdradzę, zachęcam za to do sięgnięcia po książkę. W trakcie poszukiwania klucza młodzi ludzie przeżyją mnóstwo przygód, poznają niezwykłe istoty, dokonają niebanalnych czynów.
Mimo, iż Pozaświatowcy wydają się być lekturą dla młodzieży, śmiało mogę polecić ją każdemu, kto szuka relaksu, dobrej zabawy i niezłej literatury.
Jeżeli dodatkowo lubicie książki w typie Alicji w krainie czarów, nadal drzemie w was odrobina dziecka i chęć oderwania się od codzienności, Pozaświatowcy bez wątpienia są lekturą dla was. Poznacie świat bez bohaterów, bo takim miejscem jest Lyrian; przekonacie się, że nie wszyscy nastolatkowie są tacy, jakich często spotykamy na ulicach...; otrzymacie także odpowiedź, czy dobro zawsze zwycięża, a uśmiech nie będzie schodził z waszej twarzy.
Mullowi udało się stworzyć niezwykły, wręcz magiczny świat zapełniony barwnymi postaciami, w którym wszystko może się zdarzyć.
Zachęcam do lektury.
niedziela, 17 marca 2013
Jonathan Strange i Pan Norrell - Susanna Clarke
Wydawnictwo MAG, Okładka twarda, 780 s., Moja ocena 5,5/6
Zaczarowała mnie ta książka na cały weekend:) Przypisanie jej etykietki Uczta wyobraźni jest niezwykle trafne, lepiej bym tego nie ujęła.
Akcja książki rozgrywa się na początku XIX w. w Anglii, w której jakoś tak się porobiło, że mimo istnienia wielu magów, czarnoksiężników, nikt już magii nie praktykuje. Dlaczego? To samo pytanie zadaje sobie relikt tej szanownej profesji, czyli stowarzyszenie magów z Yorku.
Ich działalność...zawodowa (czyli ta dot. magii) ogranicza się więc do posiadania ksiąg i prowadzenia długich dysput, które są jednak czysto teoretyczne i jak na razie do niczego istotnego nie doprowadziły.
Sensem tych debat jest zasadnicze pytanie - dlaczego w Anglii nie praktykuje się już czarów?
I zapewne prowadzono by te dysputy w nieskończoność, gdyby na scenę nie wkroczył tytułowy pan Norrell, jedyny mag aktywnie działający w zawodzie. Od tego momentu zaczyna się właściwa akcja, akcja niesamowicie pędząca i wciągająca. Jest to przy tym akcja tak nieprawdopodobna i...magiczna, że aż trudno ją opisać w kilku zdaniach nie opowiadając treści książki. Napisze tylko, że bardzo szybko na plan pierwszy wybija się kwestia Napoleona Bonaparte i konflikt angielsko-francuski. W rozwikłaniu owego konfliktu udział wezmą nasi magowie, a niezwykle aktywnym okaże się pan Norrelle.
Trzeba jednak od razu zaznaczyć, że wydarzenia historyczne opisane przez Susanne Clarke niewiele mają wspólnego z faktami rzeczywistymi, trzeba o tym pamiętać, bo kilkakrotnie można bardzo się zdziwić...
Jonathan Strange i pan Norrelle to fikcja literacka, ale jaka fikcja... W powieści pojawi się mnóstwo tajemniczych wydarzeń, magicznych iście czarodziejskich wydarzeń. Pojawią się także postaci historyczne, ale jak przedstawione, np. Lord Byron, książę Wellington, król Jerzy III i wiele innych.
Ciekawie przedstawieni są dwaj tytułowi bohaterowie, na zasadzie zupełnych przeciwieństw, co daje niezwykłe efekty. Norrell to taki odrobinę napuszony, żądny sławy, eksperymentujący na podstawie mądrości wyczytanych w książkach mag. Strange jest jego przeciwieństwem, swoisty samorodny talent, bez takiego doświadczenia, jak Norrell, lecz chwytający wiedzę w lot. Mimo, iż jest miedzy nimi pewna zależność, Clarke daje nam sporo do myślenia, kto właściwie jest magiem mistrzem, a kto jego uczniem...
Bohaterowie to wielki atut książki, ale nie jedyny.
Ogromnym plusem jest język, którym powieść jest napisana. Jest on jakby żywcem przeniesiony z początku XIX w. i przez cały czas lektury kojarzył mi się ze stylem pisarskim Karola Dickensa, idealnie pasuje on do tej bajecznej, magicznej opowieści. Za użycie takiego, a nie współczesnego nam języka, należy się autorce ogromny plus. Sprawiła, że czułam się jakby przeniesiona w sam środek wydarzeń. Jeżeli do tego dodamy wciągającą akcję, niesamowicie plastyczne opisy, magię wyzierającą z każdej linijki tekstu i doskonały pomysł na fabułę, mamy jedną z lepszych powieści, jakie w ciągu ostatnich miesięcy czytałam. Wierzcie mi, efekt końcowy starań Susanne Clark jest oszałamiający.
Jonathan Strange i Pan Norrell to książka, w której się bezwarunkowo zakochałam, ja przeciwniczka fantazji i magii, a zwolenniczka racjonalizmu:)
Gorąco zachęcam do lektury. Jednak zaznaczam, książka nie wciąga od razu, pierwsze 50-60 s. może nie przynudza, ale jest średnio ciekawe, ot zwyczajne. Piszę to, żebyście już na pierwszych stronach nie oczekiwali jakiegoś czytelniczego objawienia, na to trzeba poczekać, ale gwarantuję, że warto.
Zaczarowała mnie ta książka na cały weekend:) Przypisanie jej etykietki Uczta wyobraźni jest niezwykle trafne, lepiej bym tego nie ujęła.
Akcja książki rozgrywa się na początku XIX w. w Anglii, w której jakoś tak się porobiło, że mimo istnienia wielu magów, czarnoksiężników, nikt już magii nie praktykuje. Dlaczego? To samo pytanie zadaje sobie relikt tej szanownej profesji, czyli stowarzyszenie magów z Yorku.
Ich działalność...zawodowa (czyli ta dot. magii) ogranicza się więc do posiadania ksiąg i prowadzenia długich dysput, które są jednak czysto teoretyczne i jak na razie do niczego istotnego nie doprowadziły.
Sensem tych debat jest zasadnicze pytanie - dlaczego w Anglii nie praktykuje się już czarów?
I zapewne prowadzono by te dysputy w nieskończoność, gdyby na scenę nie wkroczył tytułowy pan Norrell, jedyny mag aktywnie działający w zawodzie. Od tego momentu zaczyna się właściwa akcja, akcja niesamowicie pędząca i wciągająca. Jest to przy tym akcja tak nieprawdopodobna i...magiczna, że aż trudno ją opisać w kilku zdaniach nie opowiadając treści książki. Napisze tylko, że bardzo szybko na plan pierwszy wybija się kwestia Napoleona Bonaparte i konflikt angielsko-francuski. W rozwikłaniu owego konfliktu udział wezmą nasi magowie, a niezwykle aktywnym okaże się pan Norrelle.
Trzeba jednak od razu zaznaczyć, że wydarzenia historyczne opisane przez Susanne Clarke niewiele mają wspólnego z faktami rzeczywistymi, trzeba o tym pamiętać, bo kilkakrotnie można bardzo się zdziwić...
Jonathan Strange i pan Norrelle to fikcja literacka, ale jaka fikcja... W powieści pojawi się mnóstwo tajemniczych wydarzeń, magicznych iście czarodziejskich wydarzeń. Pojawią się także postaci historyczne, ale jak przedstawione, np. Lord Byron, książę Wellington, król Jerzy III i wiele innych.
Ciekawie przedstawieni są dwaj tytułowi bohaterowie, na zasadzie zupełnych przeciwieństw, co daje niezwykłe efekty. Norrell to taki odrobinę napuszony, żądny sławy, eksperymentujący na podstawie mądrości wyczytanych w książkach mag. Strange jest jego przeciwieństwem, swoisty samorodny talent, bez takiego doświadczenia, jak Norrell, lecz chwytający wiedzę w lot. Mimo, iż jest miedzy nimi pewna zależność, Clarke daje nam sporo do myślenia, kto właściwie jest magiem mistrzem, a kto jego uczniem...
Bohaterowie to wielki atut książki, ale nie jedyny.
Ogromnym plusem jest język, którym powieść jest napisana. Jest on jakby żywcem przeniesiony z początku XIX w. i przez cały czas lektury kojarzył mi się ze stylem pisarskim Karola Dickensa, idealnie pasuje on do tej bajecznej, magicznej opowieści. Za użycie takiego, a nie współczesnego nam języka, należy się autorce ogromny plus. Sprawiła, że czułam się jakby przeniesiona w sam środek wydarzeń. Jeżeli do tego dodamy wciągającą akcję, niesamowicie plastyczne opisy, magię wyzierającą z każdej linijki tekstu i doskonały pomysł na fabułę, mamy jedną z lepszych powieści, jakie w ciągu ostatnich miesięcy czytałam. Wierzcie mi, efekt końcowy starań Susanne Clark jest oszałamiający.
Jonathan Strange i Pan Norrell to książka, w której się bezwarunkowo zakochałam, ja przeciwniczka fantazji i magii, a zwolenniczka racjonalizmu:)
Gorąco zachęcam do lektury. Jednak zaznaczam, książka nie wciąga od razu, pierwsze 50-60 s. może nie przynudza, ale jest średnio ciekawe, ot zwyczajne. Piszę to, żebyście już na pierwszych stronach nie oczekiwali jakiegoś czytelniczego objawienia, na to trzeba poczekać, ale gwarantuję, że warto.
wtorek, 5 marca 2013
Składany nóż - K. J. Parker
Wydawnictwo MAG, Okładka miękka, 626 s., Ocena 4/6
To recenzja mojego męża, ja tylko przepisuję posłusznie.
Książka jest reklamowana, jako fantastyka i to jest błąd. Zawartość fantastyki w tej fantastyce jest bardzo znikoma. Jedynym elementem fantastycznym jest fakt, iż akcja rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości. Nie ma żadnego smoka, maga, innej cywilizacji etc. Jest za to doskonale opisany klon świata antycznego do złudzenia podobnego do rzymskiego. Ale po kolei...
Głównym bohaterem książki jest Basso Wspaniały, idealny przywódca Republiki Wessańskiej, który dał swojemu narodowi upragnione spokój i dobrobyt. Mimo, iż poznajemy jego przeszłość, to jak będąc synem wybitnego obywatela dochodził do władzy, cała opowieść zaczyna się w momencie, gdy Basso jest u szczytu władzy. (Niczym jeden ze znanych rzymskich Cezarów...) Doskonale układa mu się w sferze zawodowej, za to wyjątkowo żle prywatnie - Basso dowiaduje się, że żona go zdradza. Jest to podłość nie do przyjęcia. Basso wtedy czyni coś strasznego......Co? Tego już nie zdradzę.
Co stanie się z najważniejszym, najpotężniejszym człowiekiem w państwie? Co stanie się z republiką? Tego jeżeli jesteście ciekawi dowiecie się z książki.
Składany nóż jest takim miszmaszem pełnym analogi do historii antycznej, nawiązań do aktualnych fuzji gospodarczych, do poczynań współczesnych nam ekonomistów.
Za to zaskakujące jest zakończenie i chociażby dla niego warto książkę przeczytać.
Chociaż przyznam się, że nie jest to lektura łatwa. Raz, że ci, którzy oczekują pełnokrwistej fantastyki będą rozczarowani, a dwa przedzieranie się przez ekonomiczno-polityczno-prawne dywagacje nie należy dla niewtajemniczonych do najłatwiejszych.
Plusem są za to opisy wessańskiej rzeczywistości i samego Basso. Władca republiki opisany jest doskonale, plastycznie i na próżno szukać w książce postaci, która chociaż w części mu dorówna. Ani przez chwilę nie wątpimy, że mimo tego co zrobił, Basso jest dobrym człowiekiem, że należy dać mu szansę, wybaczyć. Bo kto nie popełnia błędów? Tylko ten kto nic nie robi, a Basso trzeba mu to przyznać zrobił i nadal robi bardzo dużo.
Dodatkowy plus należy się autorowi (autorce?!) za wykorzystanie w prologu i zakończeniu tytułowego noża...
Dlaczego więc tylko taka ocena? Składany nóż nie jest lekturą złą, ba twierdzę, że jest prawie bardzo dobrą, błędem jest tylko nazywanie książki wielkim literackim dokonaniem z kręgu fantastyki. Jest to bardzo dobra pozycja przygodowo-polityczno-życiowa ukazująca, jak jeden czyn może zdecydować o wszystkim i jak w jednym momencie wszystko może się całkowicie zmienić.
Pomimo tych drobnych niedociągnięć z zakresu fantastyki, zachęcam do lektury.
To recenzja mojego męża, ja tylko przepisuję posłusznie.
Książka jest reklamowana, jako fantastyka i to jest błąd. Zawartość fantastyki w tej fantastyce jest bardzo znikoma. Jedynym elementem fantastycznym jest fakt, iż akcja rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości. Nie ma żadnego smoka, maga, innej cywilizacji etc. Jest za to doskonale opisany klon świata antycznego do złudzenia podobnego do rzymskiego. Ale po kolei...
Głównym bohaterem książki jest Basso Wspaniały, idealny przywódca Republiki Wessańskiej, który dał swojemu narodowi upragnione spokój i dobrobyt. Mimo, iż poznajemy jego przeszłość, to jak będąc synem wybitnego obywatela dochodził do władzy, cała opowieść zaczyna się w momencie, gdy Basso jest u szczytu władzy. (Niczym jeden ze znanych rzymskich Cezarów...) Doskonale układa mu się w sferze zawodowej, za to wyjątkowo żle prywatnie - Basso dowiaduje się, że żona go zdradza. Jest to podłość nie do przyjęcia. Basso wtedy czyni coś strasznego......Co? Tego już nie zdradzę.
Co stanie się z najważniejszym, najpotężniejszym człowiekiem w państwie? Co stanie się z republiką? Tego jeżeli jesteście ciekawi dowiecie się z książki.
Składany nóż jest takim miszmaszem pełnym analogi do historii antycznej, nawiązań do aktualnych fuzji gospodarczych, do poczynań współczesnych nam ekonomistów.
Za to zaskakujące jest zakończenie i chociażby dla niego warto książkę przeczytać.
Chociaż przyznam się, że nie jest to lektura łatwa. Raz, że ci, którzy oczekują pełnokrwistej fantastyki będą rozczarowani, a dwa przedzieranie się przez ekonomiczno-polityczno-prawne dywagacje nie należy dla niewtajemniczonych do najłatwiejszych.
Plusem są za to opisy wessańskiej rzeczywistości i samego Basso. Władca republiki opisany jest doskonale, plastycznie i na próżno szukać w książce postaci, która chociaż w części mu dorówna. Ani przez chwilę nie wątpimy, że mimo tego co zrobił, Basso jest dobrym człowiekiem, że należy dać mu szansę, wybaczyć. Bo kto nie popełnia błędów? Tylko ten kto nic nie robi, a Basso trzeba mu to przyznać zrobił i nadal robi bardzo dużo.
Dodatkowy plus należy się autorowi (autorce?!) za wykorzystanie w prologu i zakończeniu tytułowego noża...
Dlaczego więc tylko taka ocena? Składany nóż nie jest lekturą złą, ba twierdzę, że jest prawie bardzo dobrą, błędem jest tylko nazywanie książki wielkim literackim dokonaniem z kręgu fantastyki. Jest to bardzo dobra pozycja przygodowo-polityczno-życiowa ukazująca, jak jeden czyn może zdecydować o wszystkim i jak w jednym momencie wszystko może się całkowicie zmienić.
Pomimo tych drobnych niedociągnięć z zakresu fantastyki, zachęcam do lektury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












