Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo wam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo wam. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 października 2017

Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości - Alicja Klenczon Tomasz Potkaj

Wydawnictwo WAM, Ocena 4,5/6
Tę książkę przeczytała akurat moja mama, która jest z pokolenia, gdy tworzył Krzysztof Klenczon. W związku z tym to będzie jej opinia.
Książka jest ciekawa, opowiada o początkach twórczości muzyka, gdy piosenki, kompozycje były najważniejsze, gdy było bardzo biednie, trudno, ale cały czas Klenczon wierzył, że się uda, że warto. 

Krzysztof Klenczon to początkowo zespół Niebiesko-Czarni, póżniej o wiele słynniejsze i pamiętane do dziś Czerwone Gitary.
Na uznanie, sławę, koncerty musiał długo czekać. Jednak gdy popularność nadeszła, jej efekt przerósł nawet oczekiwania samego muzyka. Liczne płyty, nagrania, teledyski, koncerty, fani (głównie fanki), sława.
Jednak sława, bycie na topie ma także swoja druga stronę. Są nią liczne nieporozumienia np.z ówczesnym monopolistą ZAIKSem, Sewerynem Krajewskim, z którym Klenczon toczył zażartą rywalizację. To wszystko spowodowało niesmak, niechęć i odejście ze święcących niesamowite triumfy Czerwonych Gitar. Powstał zespół Trzy Korony, który dosyć szybko zyskał grono wielbicieli.
Co było dalej, co było w międzyczasie...tego dowiecie się w trakcie lektury tej ciekawej książki.
Ogromnym atutem opowieści jest to, iż jednym z jej współtwórców jest żona nieżyjącego muzyka, Alicja Klenczon. Dzięki wstawkom dot. cech Krzysztofa, anegdotom z ich życia prywatnego, zawodowego, drobiazgom dodawanym tu i ówdzie, książka nabiera niepowtarzalnego smaku, klimatu. Dodatkowo artysta przed laty wielbiony przez tysiące fanów jawi nam się, jako zwyczajny człowiek, z zaletami, ale i wadami, humorami, gorszymi i lepszymi dniami. 

Alicja Klenczon męża, którego kochała ponad wszystko straciła wiele lat temu. Artysta zginął w tragicznym wypadku samochodowym. Pamięć o nim jest jednak dla niej ogromnie ważna i dlatego powstała ta książka, która jest nie tylko opowieścią o nim, o niej, o ich wspólnym życiu, ale także szkatułką pełną drobiazgów składających się na życie tej niezwykłej pary.
Czyta się dobrze, najlepiej, gdy w tle rozbrzmiewają dźwięki muzyki tworzonej przez bohatera. 

wtorek, 12 września 2017

Burka miłości - Reyes Monforte

Wydawnictwo WAM, Moja ocena 4,5/6
Kolejna z książek opisująca życie Europejki z męźczyzną z innego kręgu kulturowego.
Teoretycznie niczym się od wielu innych tego typu pozycji nie różni, poza językiem i stylem pisarskim. Monnforte pisze jednak dużo lepiej niż wielu innych płodnych pisarzy traktujących o zaślepionych miłością Europejkach.
Treścią książki jest wspólne życie młodej młodej Hiszpanki Maríi i przystojnego Afgańczyka Nasrada, które (jak to bywa w tego typu przypadkach) z początku przypominało piękny sen. Kiedy jednak oboje postanowili opuścić Europę i wyruszyć do Afganistanu, wszystko uległo zmianie, a dla Marii rozpoczął się okres koszmaru.
Jednak od razu zaznaczam, pisząc okres koszmaru, mam na myśli życie w Afganistanie, tak jak żyją tamtejsze kobiety. Maria nie była jakoś specjalnie bardziej gnębiona, nie zgotowano jej losu gorszego, niż typowej Afgance. I to samo w sobie nie wzbudza we mnie litości, nie powoduje, że na bohaterkę spojrzałam z jakąś sympatią. Ta postać, notabene bardzo dobrze nakreślona, nie wzbudziła we mnie sympatii.
Autorka szczegółowo opisuje zarówno początki związku obojga, fascynację kobiety przystojnym męźczyzną, jak i to, co spotkało Marię w Afganistanie. Był to koszmar dla nas mieszkańców Europy wprost nie do wyobrażenia. Opisy szokują i to bardzo.
Równie mocno szokuje postawa bohaterki, która zaślepiona miłością do przystojnego Afgańczyka nie zważa na nic, nic ani nikt się dla niej nie liczy, nawet dzieci.
Czyta się dobrze, wielokrotnie z niedowierzanie. Polecam.


piątek, 1 września 2017

Rosyjska namiętność - Reyes Monforte

Wydawnictwo WAM, Moja ocena 5,5/6
Bardzo dobra powieść, którą mimo sporej objętości przeczytałam dosyć szybko. Nie jest to łatwa lektura, ale warto po nią sięgnąć.
Autorka w fabularyzowany, fascynujący sposób opowiada historię życia Liny Prokofiew, żony znanego muzyka i kompozytora
Siergieja Prokofiewa.
Losy bohaterki poznajemy od lat nastoletnich poprzez kolejne dekady, wydarzenia. Od bezpiecznego domu rodzinnego w USA (rodzice zdecydowali się na ucieczkę z Rosji), poprzez spotkanie w wieku 19 lat słynnego już wtedy muzyka, sale koncertowe, salony, bale, spotkania z najważniejszymi ówczesnego świata, życie z ukochanym, narodziny synów, aż po oskarżenia w 1948 roku o szpiegostwo i życie, a w zasadzie gehennę w radzieckim gułagu.  Lina została skazana na 20 lat ciężkich robót. Wyrok nie dający szans nie tylko na wyjście na wolność, ale na przeżycie chociaż jego części. 
Ta część opowieści porusza wyjątkowo. Lina cierpi głód, zimno, choroby. Za najdrobniejsze przewinienia groził jej karcer, a nawet śmierć. Już pierwszego dnia po przybyciu została wysłana do morderczej pracy na wielkim mrozie. Dalej było tylko gorzej. Fakt, iż udało jej się przetrwać w gułagu kilka lat, to jakiś cud. Jak do tego doszło? O tym dowiecie się z książki.
Nie zdradzę jak potoczyły się dalsze losy tej biednej kobiety, której winą była tylko miłość do niewłaściwego człowieka. Gdyby nie pokochała Siergieja, jej życie potoczyłoby się inaczej. Jej miłość do wybranka była tak wielka, że najprawdopodobniej nawet gdyby miała świadomość co ją czeka i tak nie zrezygnowałaby z tego uczucia. 
Gorąco zachęcam do lektury. Jestem przekonana, iż ta opowieść zachwyci was podobnie, jak zachwyciła mnie.
Świetnie ukazane są obie części życia Liny, zarówno idealne życie w domu rodziców, jak i wejście i egzystencja w świecie bogatych i znanych. Dla kontrastu mniej więcej w połowie książki autorka prezentuje nam życie w sercu radzieckiego terroru, gehenn Liny, która po prostu kochała i popełniła jeden, brzemienny w skutkach błąd.
Doskonale także zaprezentowane są zmiany zachodzące w samej Linie. Na początku była ona pustą, naiwną, nawet infantylną i zazdrosną kobietką. Póżniej stała się kobietą walczącą o szczęście, o to żeby jej go nie odebrano. Pisarka dobrze ukazała to jak zmienia się jej bohaterka.
Książkę czyta się doskonale, choć lektura porusza i to bardzo. Monforte ma dar lekkiego pisania o ważnych sprawach i snucia porywających historii. Mimo, iż Rosyjska namiętność liczy 700 stron, to czyta się ją błyskawicznie z niesłabnącym zainteresowaniem. Przyznacie, iż to nie zawsze się zdarza.



piątek, 27 grudnia 2013

Niewierna

Wydawnictwo WAM, Okładka miękka, 580 s., Moja ocena 5,5/6
W trakcie lektury towarzyszyły mi dwa uczucia: w stosunku do głównej bohaterki : biedna kobieta, a jej hmmm...partnera...co za świr.
Główna bohaterka książki, Hiszpanka Sara uczy języka hiszpańskiego w szkole językowej. Jej życie układa się dobrze, ma ukochanego synka, w opiece nad którym pomaga jej ojciec. Pewnego dnia Sara poznaje Nahiba, niezwykle przystojnego, czarującego, na poziomie Marokańczyka. Męźczyzna adoruje Sarę, prawi jej komplementy, służy pomocą, daje jej to czego potrzebowała. Można śmiało powiedzieć, że oplata ją siecią, z której jak się szybko okaże, Sarze będzie niezwykle trudno się uwolnić. Między Nahibem i Sarą wybucha płomienny romans. Sara całym sercem angażuje się w niego, wierzy Nahibowi we wszystko co ten jej mówi. Bez oporów przyjmuje do wiadomości, iż jej ukochany jest prześladowany tylko za bycie Arabem. Coś jednak sprawia, iż Sarze spadają przysłowiowe klapki z oczu. Jednak wtedy jest już za póżno. Spada na nią okropny cios. Musi wybierać. Jakiego wyboru dokona? Co stanie się z nią i jej synkiem? Zachęcam do lektury. Szokująca historia.
Mimo, iż od kilku lat w literaturze światowej roi się od tego typu publikacji, Niewierna wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Od lektury książki nie mogłam się oderwać i mimo sporej objętości, przeczytałam ją bardzo szybko. Zawdzięczać to należy przede wszystkim sprawnemu pióru autorki, której na papier, oprócz tragicznej historii udało się przelać coś jeszcze. 
Książka jest jakby podzielona na dwie części. Pierwsza część to historia rozwijającego się na naszych oczach romansu Sary i Nahiba. Tu muszę przyznać, że dosyć banalna, choć zręcznie opisana. Za to druga część opowieści, w której mają miejsce niezwykle tragiczne wydarzenia, gdy Nahib odkrywa swoją prawdziwą twarz, gdy poznajemy jego faktyczne intencje, to jest coś, co zwala z nóg. Autorka zręcznie i przerażająco sugestywnie ukazuje kolejne etapy poniżania, zastraszania i uzależniania kobiety od okrutnego, złego męźczyzny. Historia tym bardziej przerażająca, iż oparta na faktach.
Jednak ta książka to nie tylko opowieść o romansie i jego konsekwencjach. To także przyczynek do chwili zadumy, nad tym ile kobiet podzieliło i podzieli los Sary, jak ślepe i zwodnicze może być uczucie.I niech mi żadna z czytelniczek tego posta nie pisze, że gdzie tam, ona z pewnością nie dałaby się tak omamić. Bzdura. Gdy w grę wchodzi uczucie, namiętność, spełnienie marzeń (a to dostała Sara) każda kobieta jest ślepa, niestety.
Sam finał z pewnością was zaskoczy. Jest zupełnie inny niż można by się było spodziewać.Gorąco zachęcam do lektury.


piątek, 13 grudnia 2013

Templariusze i Całun Turyński

Wydawnictwo WAM, Okładka miękka, 284 s., Moja ocena 5,5/6
Dr Barbara Frale autorka niniejszej książki, to włoski historyk średniowiecza, ekspert ds. tajnych archiwów Watykanu. Autorka podjęła się niełatwego i kontrowersyjnego zadania. W książce postawiła wiele śmiałych teorii, poruszyła temat i kwestię relikwii, która od wieków wzbudza gorące dyskusje, wojny, pożogi.
Do 1204 roku Całun Turyński (taka nazwa
obowiązuje od stosunkowo niedawna ) czyli de facto płótno pogrzebowe Chrystusa, należało do Bizancjum. W trakcie napaści na stolicę Bizancjum, Konstantynopol, relikwia zaginęła, dosłownie przepadła bez wieści. Jeden z kronikarzy krucjaty, Robert de Clari, pisze, że Całun znika z miasta. Na jego ślad natrafiono dopiero w połowie XIV wieku. Co się z Całunem działo przez półtora wieku? To od wielu, wielu lat pozostaje tak na prawdę w sferze domysłów naukowców. Wg. dr Frale relikwię na ponad wiek przejęli templariusze, który potajemnie mieli czcić Całun. Autorka przeprowadzając badania historyczne m.in. w watykańskich archiwach, natknęła się na pewne dokumenty, które potwierdzają jej teorię. Jakie to dokumenty? Na ile to odkrycie jest prawdziwe? Tego dowiecie się w trakcie lektury niniejszej książki, do czego serdecznie zapraszam.
Frale nie rozważa autentyczności Całunu, chociaż kwestia ta nadal (mimo upływu wieków) pozostaje dyskusyjną. Skupia się na aspektach naukowych, historycznych, tego co doprowadziło do zniknięcia relikwii na półtora wieku. Autorka na wstępie nakreśla rys historyczny. Ma on na celu przypomnienie, a niezorientowanym przybliżenie historii początku XIII wieku i wydarzeń, które doprowadziły do napaści krzyżowców na Jerozolimę. Sporo informacji uzyskamy także o Grobie Świętym i procesie przeciwko templariuszom, który wytoczył im francuski król Filip Piękny. Całkiem sporo miejsca Frale poświęca także tajemniczemu bożkowi, który do złudzenia miał przypominać postać z Całunu.  Dalej następują rozważania badaczki oparte na odnalezionych dokumentach, o których wcześniej wspomniałam. Co istotne, autorka nie ogranicza się do jednej li tylko słusznej hipotezy, a rozpatruje także różne teorie, bada np. historię templariuszy, analizuje motywy ich działań etc.
Całość jest bardzo dobrze opracowana, poparta licznymi przypisami, bibliografią i źródłoznawstwem. Tak, muszę przyznać, że bibliografia mnie zaskoczyła (chociaż to za mało powiedziane), gdyż liczy ona...40 stron. Imponujące zaprawdę. Świadczy to o pasji autorki i dogłębnym zbadaniu wszelkich dostępnych materiałów.
Język, którego Frale używa, choć naukowy, to jest na tyle przystępny, iż lektura zaciekawi i nie znuży także osoby nie zajmującej się na co dzień historią średniowiecza.  
Gorąco zachęcam do lektury. Doskonała, dopracowana w każdym calu, ale napisana przystępnym językiem pozycja.

 

środa, 11 grudnia 2013

Manuskrypt pisany na śniegu

Wydawnictwo WAM, Okładka miękka, 308 s., Moja ocena 5-/6
Mamy 1498 rok. Ponownie przenosimy się do Salamanki. Od przygód opisanych w Kamiennym manuskrypcie (recenzja tutaj) minęło kilka miesięcy. Główny bohater obu książek, Fernando de Rojas, przez ten czas uzyskał upragniony (jak mu się wydawało) zawód bakałarza. Jednak nadal nie jest pewien, czy chce pracować w tym zawodzie.
Pewnego dnia z prośbą o pomoc zwraca się do niego rektor miejscowego uniwersytetu. Fernando otrzymuje od niego ciekawą propozycję. Ma za zadanie wyjaśnić śmierć pewnego studenta, którego znaleziono w kadzi na wino. Z odniesionych ran miał tylko obcięte dłonie. Poza nimi żadnych śladów, które mogłyby wskazywać na przyczynę i okoliczności zgonu. Jeżeli zabójca szybko i dyskretnie nie zostanie odnaleziony, ucierpi na tym dobre imię uniwersytetu.
Nasz bohater podejmuje się tego zajęcia. Wszystko wydaje się bowiem ciekawsze niż rozpoczynanie pracy jako bakałarz. Fernando nie wie jednak, ze otwiera przysłowiową puszkę Pandory, a czekające na niego perypetie i niebezpieczeństwa przejdą jego najśmielsze oczekiwania.
Manuskrypt pisany na śniegu to zarówno dobrze skonstruowana powieść historyczna z bardzo ciekawie nakreślonym tłem historycznym oraz na prawdę niezły kryminał. Co prawda w niektórych momentach odrobinę podkręciłabym akcję, ale to już kwestia gustu.
Niewątpliwymi plusami są upór Fernanda w dochodzeniu do celu i genialnie ukazane życie XV-wiecznej Salamanki i Hiszpanii w ogóle. Wielu bohaterów to postaci historyczne, jak np. królowa Izabela Katolicka, arcybiskup Santiago de Compostela Alonso II de Fonseca oraz późniejszy święty kościoła katolickiego i patron Salamanki Juan de Sahagun. 
Lektura książki to przyjemność zarówno dla wielbicieli powieści historycznych, kryminałów jak i osób gustujących w odrobinie makabry. Autor nie stroni bowiem od uśmiercania kolejnych postaci i w efekcie trup ściele się gęsto. Niektóre ofiary przenoszą się na tamten świat za sprawą wyjątkowo makabrycznych zbrodni. 
Nie jest to może najwybitniejszy kryminał (za wątek kryminalny daję ocenę 4), ale całościowo, jako połączenie powieści historycznej (której daję 5,5) i kryminału, sprawdza się doskonale. 

niedziela, 17 listopada 2013

Rzeka - Michael Neale

Wydawnictwo WAM, Okładka miękka, 272 s., Moja ocena 5,5/6
Wyjątkowo piękna i mądra książką. Nawet nie wiem od czego zacząć jej opisywanie.I tak mam wrażenie, że obojętnie co bym nie napisała, nie odda jej treści.
Na lotnisku w Denver spotyka się dwóch męźczyzn. Zaczynają rozmawiać. Sytuacja jakich wiele. Czasami z kimś obcym rozmawia się łatwiej niż z bliskimi. Jeden z nich, męźczyzna o imieniu Gabriel, zaczyna opowiadać o swoim życiu. W swojej historii cofa się do 1956r., do momentu, gdy wszystko skończyło się dla niego, a jednocześnie zaczęło. 
Miałam opisać pokrótce historię Gabriela, ale uznałam, że lepiej zrobię, gdy pozostawię jej zgłębienie wam, czytelnikom książki. Czasami lepiej powiedzieć mniej, niż o kilka słów za dużo.
Rzeka to wspaniała, magiczna opowieść o...przede wszystkim o życiu, ale także o samotności, o bólu, o radości z każdego nowego kroku w życie, o tym, że czasami zapominamy jakim szczęściem może być uśmiech najbliższej osoby i jak trudna może być do udżwignięcia samotność i jak jeden moment, jedna sekunda może zmienić całe życie. 
O tym wszystkim przekonują się kilkuletni Gabriel i jego matka. Po tragicznej śmierci ojca chłopca, muszą sobie radzić sami na świecie. A nie jest im łatwo, i to nie tylko ze względów finansowych.
Pomagają im przypadek i stary właściciel farmy, z którego wszyscy się śmieją i którego nazywają dziwakiem. Jego głęboko skrywana dobroć i cierpliwość pomagają całej trójce. 
Co z tego wyniknie? O co dokładnie chodzi? Tego (tak jak wcześniej napisałam) nie zdradzę. Gorąco za to zachęcam do lektury tej wspaniałej książki.Taka w sumie cienka, niepozorna książeczka, a taka wielka treść i przesłanie. Po raz kolejny potwierdza się, że nie ilość, a jakość się liczą.
Książka zmusza do refleksji, zasmuca, ale jednocześnie daje nadzieję i swoisty drogowskaz. 
Jeszcze raz gorąco polecam. Seria Labirynty Wydawnictwa WAM to jednak wspaniały, niezwykle wartościowy cykl.

piątek, 26 lipca 2013

W pogoni za świetlikami - Charles Martin

Wydawnictwo WAM, Okładka miękka, 396 s., Moja ocena 5,5/6
Kolejna wspaniała książka autorstwa Charlesa Martina. Na blogu recenzowałam już:
Kolejny raz autor zachwycił mnie, poruszył i sprawił, że od lektury nie mogłam się oderwać.
Narratorem jest dziennikarz, męźczyzna po przejściach, z przeszłością i sporym balastem ukrytych złych wspomnień. Pewnego dnia na torach kolejowych zostaje znaleziony kilkuletni chłopiec, o którym nic nie wiadomo, nikt się o niego nie upomina, nikt go nie szuka, a na dodatek chłopiec nie mówi. Kontakt z chłopcem można nawiązać tylko poprzez piękne rysunki, których jest autorem. Losami chłopca zaczynają się interesować media. Do napisania artykułu o chłopcu zostaje oddelegowany nasz dziennikarz-narrator. Mimowolnie zaczyna angażować się w los chłopca i postanawia odnależć jego rodzinę. Nie zdaje sobie sprawy, jak wielki wpływ będzie to miało na nich oboje. Każdy z bohaterów niezależnie od wieku ma na swoich barkach niesamowity bagaż doświadczeń i cierpienia, którymi można by obdarować kilka osób. Obydwaj dostają też od losu szansę. Czy ją wykorzystają?
Treści książki nie da się opowiedzieć, zresztą nie miałoby to sensu.Im mniej wiecie przed rozpoczęciem lektury, tym większa będzie niespodzianka w jej trakcie. Książka, jak to u Martina, pełna jest magii, emocji i wielu z nas odnajdzie w bohaterach chociażby cząstkę siebie.
Najbardziej poruszyły mnie jednak tytułowe świetliki, które bohater zbierał pieczołowicie do słoików i ustawił je obok łóżka chłopca, aby rozświetliły noc. I to proste stwierdzenie...Jeśli Bóg jest w stanie stworzyć świetliki, których pupa świeci jak gwiazda, to myślę, że wszystko inne też jest możliwe. Wszystko.
Malo piszę o tej pozycji, bo są takie książki, o których nie da się napisać zbyt wiele, obojętnie coby się nie napisało, będzie to banałem i nie odda tego, co najważniejsze. 
W pogoni za świetlikami to magiczna opowieść, o wyobcowaniu, o miłości, o poznaniu siebie, o tym co na prawdę w życiu ważne. Poruszająca, chwytająca za serce, mądra opowieść, taka, po której lekturze nic nie jest już takie samo.

sobota, 9 marca 2013

Historia wypraw krzyżowych - Hans Eberhard Mayer

Wydawnictwo WAM, Okładka miękka, 461 s., Moja ocena 6/6
Chciałabym wam dzisiaj przedstawić książkę, którą podczytywałam od początku tego roku. W końcu przyszedł czas, żeby kilka słów o niej napisać.
Autor, profesor historii średniowiecznej na uniwersytecie w Kilonii w książce zawarł całą syntezę swoich wieloletnich badań. 
Dokładnie omawia sytuację historyczną i polityczną, jaka miała miejsce w basenie Morza Śródziemnego tuż przed rozpoczęciem I krucjaty, czyli pod koniec XI w.
Bardzo szczegółowo przedstawiona jest każda z wypraw oraz jej geneza. 
W wielu pozycjach spotykałam się z omówieniem tylko czterech pierwszych krucjat, pomijano na ogół Krucjatę Dziecięcą, która miała miejsce w 1212r. i Krucjatę przeciwko Diametcie (1217-21). Założę się, że szczególnie o tej ostatniej niewiele osób słyszało. Obie te wyprawy, a właściwie ich istnienie przez wielu nadal jest stawiane pod znakiem zapytania. 
Na ile istnienie w/w krucjat uprawdopodobnia (lub nie) autor i jak o nich pisze, możecie się przekonać z lektury książki.
Bardzo ciekawie omówione są także kolejne, mniej znane wyprawy: Cesarza Fryderyka II (1228-29) i Ludwika Świętego (1248-54). 
Zaprezentowane jest powstanie i rozwój Państwa  Krzyżowców, Grecji frankijskiej oraz najazd Mongołów na Azję Przednią.
Interesująco omówione są także aspekty życia w krajach bliskowschodnich, które były celem krzyżowców. Gwarantuję wam, że czytając wiele opisów bardzo mocno się zdziwicie. Wielu ówczesnych europejskich kronikarzy opisywało Bliski Wschód, jako siedlisko rozpusty, zacofania i brudu, a tu wielka niespodzianka, rzeczywistość odbiegała od tych opisów, co autor starannie dokumentuje materiałem naukowym. 
A propos dokumentacji, jest ona wielkim walorem książki, wszystko jest dokładnie opisane, przypisy (znajdujące się u dołu strony!!) są szczegółowe. Ogromny plus dzieła, widać, że tworzył je naukowiec z pasją.Kilkakrotnie w trakcie lektury uśmiechnęłam się ponieważ niektóre przypisy są tak rozbudowane, że ich objętość znacznie przekracza ilość tekstu, którego dotyczą. Lubię takie przypisy, do złudzenia przypominają mi te z moje pracy magisterskiej.
Co istotne, w całej książce zachowana jest kolejność chronologiczna, co zdecydowanie ułatwia lekturę. Autor skupia się tylko na krucjatach średniowiecznych, czyli obejmujących okres od XI do końca XIII w., pomija natomiast krucjaty wcześniejsze i późniejsze. I bardzo dobrze, ilość materiału dot. tylko trzech wieków jest i tak bardzo duża. 
Mimo, iż jest to praca naukowca, swoiste kompedium wieloletnich badań, wsparte przypisami i przebogatą bibliografią, całość napisana jest językiem bardzo przystępnym. 
Na pewno nie jest to lektura dla każdego, nie należy też do łatwych, ale jest to niewątpliwie pozycja niezwykle wartościowa i doskonała merytorycznie. 
Książka, którą mam przed sobą jest 10. wydaniem tytułu. Pierwowzór powstał w 1965r. i kolejne wydania były uzupełniane i ulepszane. Tak sobie myślę, że jeżeli jakaś pozycja naukowa ma już dziesięć wydań, to coś niezwykłego i wartościowego musi w sobie zawierać, tak na logikę... 
Jeżeli interesujecie się historią, historią średniowiecza i wypraw krzyżowych, koniecznie musicie zapoznać się z dziełem prof  Mayera. Książka mimo okrojenia ram czasowych i tak zawiera bardzo dużo informacji, nie wszystko musi was zainteresować, niektóre zagadnienia możecie w trakcie lektury pominąć, ale bez wątpienia musicie Historię wypraw krzyżowych przeczytać. 
Także osoby mniej pasjonujące się historią powinny choć częściowo zapoznać się z treścią książki. Jestem pewna, że wasze dotychczasowe wyobrażenie o krucjatach i rycerzach galopujących na koniach z okrzykiem i mieczem w dłoni zmieni się diametralnie. 

czwartek, 13 grudnia 2012

Preludium brzasku - Tracie Peterson

Wydawnictwo WAM, Okładka miękka, 356 s., Moja ocena 4,5/6
Preludium brzasku, to I tom trylogii Pieśń Alaski. 

Główną bohaterką jest 28-letnia dopiero co owdowiała Lydia. Śmierć męża uwolniła ją z 12-letniego koszmaru, jakim było małżeństwo z Floydem Greyem, dużo od niej starszym, bogatym, podłym, wyrachowanym draniem, który swoją młodziutką żonę traktował jak prywatną kurtyzanę i worek treningowy w jednym. Razem z Floydem zginął także ojciec Lydii, jedyna życzliwa jej osoba. Na skutek zapisów w testamentach, Lydia dziedziczy spory majątek po ojcu i jeszcze większy po mężu. Nagle staje się kobietą niezwykle bogatą, może robić co chce, w końcu zacząć decydować o swoim losie.
Zapisów testamentu nie akceptują pasierbowie Lydii. Kobieta odkrywa, że wraz ze śmiercią męża zyskała nie tylko majątek, ale także olbrzymią siłę, która pozwala jej się sprzeciwić okrutnym pasierbom i zrobić ze swoim życiem to co uznaje za stosowne. Potajemnie wyrusza na Alaskę, do mieszkającej tam od lat ciotki.
Bolesne wspomnienia odbierają jej nadzieję na to, że zazna jeszcze spokoju, szczęścia i prawdziwej miłości. Nie spodziewa się, że życie zgotuje jej jeszcze wiele niespodzianek, zarówno tych miłych jak i wręcz przeciwnie.
Nie chcę za dużo zdradzać z treści książki, nadmienię tylko, że choć Lydia w tajemnicy (nie zdradzając nikomu poza prawnikiem adresu) udała się na Alaskę, jej pasierbom udało się zdobyć jej nowy adres i udają się za nią, a to nie wróży nic dobrego. Więcej nie napiszę. Zachęcam do lektury.
Książkę czytało się bardzo dobrze i szybko. Autorka ma swoisty dar przelewania na papier emocji, jakie targają główną bohaterką. Możemy we wspomnieniach Lydii śledzić gehennę, jaką musiała przejść będąc żoną Floyda i strach, który towarzyszył jej w trakcie wyprawy na nieznany kontynent.
Niezwykle interesujące było śledzenie przemian, jakie w kobiecie zachodziły, jej przeobrażanie się, przechodzenie z infantylnej, zagubionej gęsi, jaką była w trakcie trwania małżeństwa, w pewną siebie, młodą kobietę. Gdy rozpoczynałam lekturę książki miałam ochotę potrząsnąć kilkakrotnie Lydią, tak mnie irytowała, ale z biegiem czasu polubiłam ją i szczerze jej kibicowałam.

Nie zdradzę, czy Lydii uda się osiągnąć wymarzony spokój i szczęście. Zapewne wiele osób może się zastanawiać (patrząc na okładkę), czy to nie jest jakieś ckliwe romansidło. Otóż nie jest. Oczywiście w książce nie brak wątku romansowego, gorącego uczucia, które wręcz na naszych oczach rozkwita:), ale ważniejsza jest część obyczajowo-psychologiczna, czyli cała otoczka związana z nieudanym dotychczas życiem Lydii, opisy życia na Alasce i groza, jaka dosięga kobietę wraz z przybycie do Sitki najokrutniejszego z pasierbów.
Jeżeli szukacie lekkiej, ale ciekawej i niosącej jakieś przesłanie lektury, zachęcam do sięgnięcia po Preludium brzasku.

środa, 7 listopada 2012

Pomiędzy nami góry - Charles Martin

Wydawnictwo WAM, Okładka miękka, 384 s., Moja ocena 5,5/6
Charlesa Martina, a właściwie jego książki uwielbiam od dawna. Każda niezwykle mnie wzrusza i porusza. 

W trakcie lektury Pomiędzy nami góry przechodziłam trzy różne etapy: pierwszy- o matko, czym wszyscy się aż tak zachwycają (znałam już wcześniej książki autora, ale ta w pierwszym rozdziale nie wzbudziła jakoś mojego zainteresowania, a zdążyłam przeczytać wcześniej recenzje o książce na różnych blogach); drugi etap – o rozbili się i próbują się wydostać, super (i z napięciem śledziłam wyczyny Bena i jego towarzyszki); trzeci – popłakałam się jak nie wiem co
Ale po kolei.
Tym razem autor opowiada historię lekarza Bena oraz dziennikarki Ashley, dwójki z pozoru zwyczajnych ludzi. Spotykają się zupełnie przypadkowo na lotnisku w Salt Lake City. Nadciągające śnieżyce i silny mróz paraliżują ruch na lotnisku, ich loty zostają odwołane. Dla obojga to bardzo niesprzyjająca okoliczność – Ben spieszy się do domu i do pracy (jest lekarzem), a Ashley na swój ślub. Perspektywa wielogodzinnego oczekiwania na niepewną poprawę pogody zmusza dwoje przygodnych znajomych do wynajęcia awionetki.
Niestety samolot rozbija się na pustkowiu. Ashley i Ben muszą stoczyć wspólną walkę o przetrwanie. Przeżyli tylko oni (pilot zginął na miejscu) i...pies. Bardzo zmarznięci (temperatura spada grubo poniżej zera), głodni (zapasy żywności, jakie mają są więcej niż skromne), ranni, muszą wspierać się nawzajem i walczyć, za wszelką cenę walczyć. Bardzo wzruszyło mnie zachowanie psa, który z narażeniem życia bronił Bena i Ashley przed pumą, mimo, iż został ranny, kolejnej nocy także ich pilnował.
Czy pośród bólu, głodu, lęku i słabości zdołają pokonać góry odcinające ich od świata i te, które wyrastają pomiędzy nimi?
Po wielu przygotowaniach i dniach wyruszają w trójkę i przedzierają się ranni, osłabieni, zmarznięci przez góry do cywilizacji. Ten etap zaciekawił mnie z takiego ludzkiego punktu widzenia – byłam ciekawa, jak sobie poradzą. Dobrze, że książkę czytałam leżąc pod ciepłą kołdrą, opisy Martina były tak sugestywne, że ciarki mnie przechodziły, zarówno z grozy, jak i zimna.
Wydaje mi się, że mogę śmiało napisać, iż udało im się uratować, cała trójka przeżyła, dotarła bezpiecznie do szpitala. Tym zdaniem nie zdradziłam za dużo treści, bo w sumie nie to jest sensem opowieści, jaką snuje autor. Samo przedzieranie się przez góry i walka z żywiołem i samym sobą jest wątkiem pobocznym. Owszem jest to emocjonujące i w trakcie lektury zaciskamy kciuki, żeby im się udało, ale nie to stanowi meritum opowieści.  Może się wam to wydawać dziwne, ale tak jest. Na tym polega magia pisarstwa Martina. Najistotniejsze jest moim zdaniem to, co autor zawarł na końcu. 

Przede wszystkim nadzieję i ogromne uczucie. Ale nie tylko chodzi o rodzące się uczucie między Ashley i Benem, ale o coś więcej. O co dokładnie, nie zdradzę. Gwarantuję, że będziecie zaskoczeni. 
Książka napawa optymizmem, nadzieją, jest pełna emocji.
Piękna i wzruszająca opowieść ze wspaniałym zakończeniem. To książka, która wciąga i od której nie sposób się oderwać, a jednocześnie czyta się ją błyskawicznie, idealna lektura na wieczór i kawałek nocy, które i ja zarwałam.

To kolejna książka Martina, którą przeczytałam i niby po każdej mniej więcej wiem czego się spodziewać - życiowej katastrofy, trudu, znoju i happy endu, może nie zawsze takiego, jakiego bym chciała, ale happy endu. Wiedza wiedzą, ale przyznam wam się szczerze, że książki tego autora zawsze emocjonalnie zwalają mnie z nóg. Pisarz ma dar, dzięki któremu pod płaszczykiem zwykłych opowieści porusza istotne tematy, i to jak porusza....
Gorąco polecam lekturę książek Charlesa Martina. Przyjemnie ogrzeją serce w tak paskudną pogodę.
Charles Martin kończył studia z literatury angielskiej i dziennikarstwa. Przez rok pracował jako wykładowca uniwersytecki, ale szybko zajął się wyłącznie pracą twórczą. Autor wielu bestsellerowych powieści w USA.
Z żoną Christy i trójką synów mieszka w Jacksonville. 




piątek, 24 sierpnia 2012

Historia zakonu krzyżackiego - Klaus Militzer

Wydawnictwo WAM, Okładka miękka, 332 s., Moja ocena 6/6
Nazwa Krzyżacy chyba wszystkim kojarzy się z filmem nakręconym na podstawie książki Henryka Sienkiewicza.W Polsce nadal zakorzeniony jest negatywny stosunek do zakonu ukształtowany w znacznym stopniu przez literaturę XIX -wieczną..
Zakon krzyżacki - pełna nazwa brzmi: Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie (Zakon Krzyżacki, Zakon Niemiecki, łac. Ordo fratrum domus hospitalis Sanctae Mariae Theutonicorum in Jerusalem, Ordo Teutonicus, OT, niem. Orden der Brüder vom Deutschen Haus Sankt Mariens in Jerusalem, Deutscher Orden, DO) – zakon rycerski, jeden z trzech największych, obok joannitów i templariuszy, które powstały na fali krucjat w XII w. Zakon na wiele setek lat opanował ziemie Prus Wschodnich oraz Łotwy i Estonii tworząc Prusy Zakonne. Zakonnikom udało się także częściowo podbić tereny ówczesnej Polski oraz Litwy.
Książka Klausa Militzera przedstawia dzieje zakonu krzyżackiego od momentu jego powstania z Ziemi Świętej w 1190 r., jako wspólnoty powołanej do opieki nad chorymi, kalekami, pielgrzymami, aż do czasów po pierwszej wojnie światowej, kiedy to przekształcił się w zakon duchowny, istniejący po dziś dzień. Zakon krzyżacki podjął próbę podjęcia walki z niewiernymi poza Ziemią Świętą, próbując najpierw zorganizować swoją siedzibę na terenie Siedmiogrodu, a później ostatecznie w Prusach (1226). 
Po utracie Akki w 1291 r. siedziba Wielkiego Mistrza została przeniesiona do Wenecji, a później w 1309r. do Malborka.
Zakon miał wojskową organizację i sprawną politykę osadniczą, w sumie tworzył wiele dobrego, chociaż założę się, że wiele osób opierających swoją wiedzę o zakonie na Krzyżakach Henryka Sienkiewicza, zaśmiałoby się ironicznie.. 
Zakonnicy przede wszystkim zakładali miasta, rozbudowywali istniejące już zamki, dzięki czemu mogli kontrolować swoje włości:).
Ciężkie czasy zaczęły się po najsłynniejszej bitwie średniowiecza, bitwie pod Grunwaldem (1410r.), którą jak wiemy Zakon przegrał, a jej następstwem były dwa pokoje toruńskie (1411 i 1466). 
Kolejnym przełomem było przejście na ewangelizm wielkiego mistrza Albrechta von Hohenzollerna, co automatycznie doprowadziło do sekularyzacji zakonu (1525r.). Dopiero jego następcy, Walterowi von Cronberg, powiodła się konsolidacja zakonu i konieczne reformy. 
Na wzmocnienie pozycji zakonu wpłynęły bliskie powiązania z katolickimi rodami panującymi (przede wszystkim z Habsburgami).
Od połowy XVI w. i przez cały następny wiek Zakon brał udział w walkach z Turkami, którzy w stopniu znacznym zagrażali chrześcijańskiej Europie. Rycerze krzyżaccy uczestniczyli w bitwie pod Wiedniem w r. 1683, walczyli pod wodzą Jana III Sobieskiego.
W 1809 r. decyzją Napoleona zakon został rozwiązany. W posiadaniu zakonu pozostały jednie prowincje śląska i czeska oraz Słowenia i Tyrol.Terytorium zakonu było już zbyt małe, aby można było myśleć o suwerenności. Dopiero decyzja Franciszka I z 1834 r. wskrzesiła do życia zakon z jego przywilejami i obowiązkami w powiązaniu z cesarstwem naddunajskim. 
Nowa konstytucja zakonu z 1840 r. została potwierdzona i zaczął się okres szybkiego rozwoju.
Rozpad monarchii w 1918r. rozerwał zakon na cztery prowincje: austriacką, włosko – południowotyrolską, czechosłowacką i jugosłowiańską.
W 1939 r. Hitler zabronił działalności zakonu. Niełatwa była też sytuacja w okresie powojennym, gdy majątek zakonu został przejęty. Jedynie w Austrii zakon odzyskał swe posiadłości w 1947 r. W okresie powojennym zakon wznowił prace w ramach opieki nad chorymi, szkolnictwie, domach studenckich, domach starców i parafiach.
Jak wielkie kiedyś były posiadłości zakonu i jego znaczenie przypominają majątki w Wiener Neustadt, Friesach, Klagenfurt, Spital an der Drau, Gumpoldskirchen i w Wiedniu, gdzie od 1206 r. znajduje się siedziba główna zakonu w Austrii.
 
Kościół Zakonu w Wiedniu.
Zakon doskonale funkcjonuje także obecnie. Niedawno miałam okazję będąc w Wiedniu zwiedzić siedzibę Wielkiego Mistrza. Jest nią dom zakonny przy Singerstraße 7, obok archikatedry św. Szczepana. Austriackie zakonnice mają swój dom w Friesach.  Obecnie tutaj jest także sekretariat Wielkiego Mistrza, gdzie referenci podejmują decyzje o socjalnych i charytatywnych akcjach. Kościół i część konventu po uprzednim umówieniu się można zwiedzać. przy zakonie znajdują się także niedrogie (jak na warunki wiedeńskie) pokoje gościnne.
O przebogatej historii zakonu świadczą przechowywane w skarbcu i archiwum centralnym zakonu obiekty liturgiczne, relikwiarze, insygnia, ornaty, medale, akty nadania itp. W kompleksie przy Singerstrasse można często posłuchać muzyki klasycznej w historycznej „salla ternara” lub uczestniczyć w nabożeństwie w gotyckim kościele św. Elżbiety.
Wielki Mistrz - Abt Dr. Bruno Platter.
Obecnie członkowie Zakonu noszą strój zgodny z gałęzią do której nalezą. Nowicjusze Zakonu przywdziewają czarną sutannę przepasaną pasem oraz czarny płaszcz. Dodatkowo na szyi noszą na sznurku krzyż zakonny. Po ślubach czasowych otrzymują czarny płaszcz z krzyżem zakonu. Po ślubach wieczystych w sutannę "na stałe" zostaje wpięty krzyż zakonny, zaś zamiast czarnego płaszcza bracia noszą biały płaszcz z czarnym krzyżem. Kandydaci na księży oblatów noszą najpierw szary płaszcz, zaś później szary płaszcz z czarnym krzyżem. Siostry zakonne noszą czarne habity oraz biały welon oraz podobnie jak bracia krzyż przewieszony na szyi. Familiarzy świeccy noszą na świeckim ubraniu czarny płaszcz z krzyżem zakonnym, zaś duchowni diecezjalni do sutanny w kolorze zgodnym z ich godnością i komży czarny mucet z krzyżem zakonnym i krzyż powieszony na szyi.
Autor Historii zakonu krzyżackiego, profesor mediewista na uniwersytecie w Bochum, omawia w książce niezwykle dokładnie etapy rozwoju zakonu od jego powstania, w zasadzie od jego zalążka, poprzez rozwój, opisuje podboje dokonane przez zakon, przedstawia jego Regułę, strukturę organizacyjną i społeczną, specyficzne warunki panujące w poszczególnych rejonach, stosunki z sąsiadującymi państwami (np. z Polską) i stosunek do narodów sobie podporządkowanych (np. Prusów, Litwinów, Łotyszów). Książka zawiera wiele informacji na temat zmian, jakie na przestrzeni wieków zachodziły w samym zakonie, oraz w sposobie postrzegania go przez inne kraje Europy, w tym przez Polskę i Polaków.
Książkę czytałam przez ostatnie 2 miesiące "w odcinkach". Chociaż czytało mi się ją doskonale, zdaje sobie sprawę, że jest to lektura dla osób zainteresowanych historią. Informacji w książce zawartych jest bardzo dużo, prof Militzer pokusił się bowiem o ukazanie kilku wieków historii Zakonu, historii, która była niesamowicie burzliwa. Warto jednak sięgnąć po książkę, chociażby z tego powodu, żeby sprawdzić, jak mylne mamy w sobie zakorzenione przekonanie o Zakonie i jak w sumie nijak ma się ono do prawdziwej historii i funkcji Zakonu.
Cennym dodatkiem jest bardzo bogata bibliografia, która pozwala osobom zainteresowanym tematyką sięgnąć do kolejnych źródeł. 
Bardzo ważny i pomocny w lekturze jest słowniczek objaśnień, który prezentuje nam i tłumaczy wszystkie skróty i zagadnienia związane, czy to z historią, czy to z funkcjonowaniem Zakonu. 
Dodatkowym plusem jest zbiór map, dzięki którym możemy zobaczyć kolejne etapy rozwoju i podbojów Zakonu na przestrzeni wieków.
Gorąco zachęcam do lektury książki, która pochodzi z cenionej przeze mnie (pod względem merytorycznym i formy przekazu informacji) serii Biblioteka Historii Kościoła
Zdjęcia pochodzą ze strony www.deutscher-orden.at

niedziela, 8 lipca 2012

Kamienny manuskrypt - Luis Garcia Jambrina

Wydawnictwo WAM, Tytuł oryginalny: El manuscrito de piedra,  Okładka miękka, 344 s., Moja ocena 4,5/6
Rozpoczynając lekturę Kamiennego manuskryptu, przenosimy się do 1497 r., do Hiszpanii, do Salamanki. 
Tak od siebie dodam, że spalona słońcem Salamanka to jedno z najstarszych miast Hiszpanii, które 4 lata temu miałam okazję zwiedzić. Salamanka słynie z tradycji uniwersyteckiej i mnóstwa zabytków, których  fasady wykuto w złotym piaskowcu pochodzącym z pobliskich kamieniołomów. Przepiękne miasto, bajkowe, odrobinę magiczne. Spacerując po historycznym centrum, miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie o kilka wieków. 
Miasto leży w środku Półwyspu Iberyjskiego, na rozległym płaskowyżu nad rzeką Tormes (jest stolicą prowincji o tej samej nazwie w południowej części regionu Kastylia León). 

Ale wracajmy do Kamiennego manuskryptu. Bohaterem jest młody student prawa Fernando de Rojas, który  wraca po krótkim pobycie w rodzinnym domu do Salamanki. Mieszka w tym mieście od kilku lat i dzięki temu Kolegium Św. Bartłomieja (gdzie pobiera nauki) jest dla niego drugim domem, zdecydowanie czymś więcej niż tylko miejscem zdobywania wiedzy.
Miejsce to zostało założone w przez Diega de Anayę y Maldonado w 1401r. 
Była to pierwsza tego typu instytucja w Hiszpanii i to właśnie na jej wzór zakładano póżniej kolegia w całym kraju, a nawet poza jego granicami. Miejsce to nie było tylko bursą dla niezamożnych studentów, ale przede wszystkim ośrodkiem naukowym z prawdziwego zdarzenia. W zamian za możliwość kształcenia się, utrzymanie, uczniowie byli zobowiązani do niemal klasztornego życia. Całkowicie musieli poświęcić się nauce i modlitwie. Ale większości z nich to nie przeszkadzało inaczej nie mogliby sobie pozwolić na tak dobre wykształcenie.
Bezpośrednio po przybyciu do Salamanki Fernando zostaje wezwany do pałacu biskupiego. Tam dowiaduje się, że fray Tomas został w wyjątkowo okrutny i wyrachowany sposób zamordowany, zasztyletowano go przed główną bramą katedry. W ustach zamordowanego znaleziono monetę. Fernando dostaje zadanie wyjaśnienia dlaczego ofiara zginęła i co oznacza tajemnicza moneta.
Biskup nie bez kozery powierzył młodemu studentowi takie odpowiedzialne zadanie. Dzięki śledztwu, jakie wcześniej prowadził Fernando wykryto sprawcę kilku tajemniczych kradzieży, które wcześniej zdarzały się na uniwersytecie. W obu przypadkach detektyw – amator zaskarbił sobie szacunek i wdzięczność wykładowców.
Fernando rozpoczyna śledztwo, ale w najśmielszych przypuszczeniach nie domyśla się nawet, co go czeka.
Kilka dni po pogrzebie fray Tomasa do miasta przybywają -  następca hiszpańskiego tronu oraz tajemnicza uliczna dziewka. Zdradzę tylko, że następca tronu ginie w tajemniczych okolicznościach, ale to nie jedyna ofiara, trup ściele się gęsto. Niebezpieczeństwo czyha także na samego Fernanda. Wszystko wskazuje, że zabójca w przypadku wszystkich ofiar jest ten sam. Ale czy na pewno?
Dodatkowo Fernando (jakby miał mało problemów) zaczyna mieć kłopoty z Inkwizycją i władzami kościelnymi, którym coraz bardziej nie w smak jest prowadzone śledztwo. A wiecie na pewno, co potrafiło Święte Oficjum, w zasadzie wszystko. W Hiszpanii pod koniec XV w., dla tego, kto wpadł w tryby Oficjum na ogół niestety nie było ratunku. Nic więc dziwnego, że nasz student – detektyw zaczyna mieć nie lada kłopoty, a mimo początkowej sympatii, coraz mniej osób chce mu pomóc.  Fernando niespodziewanie znajduje się w samym centrum niezmiernie skomplikowanych intryg politycznych. Najmniejszy błąd może sprawić, że zginie.
Jak potoczą się losy młodego studenta – detektywa? Kto i dlaczego morduje? Co oznacza tajemnicza moneta?
Na te i inne pytania (a pytań jest sporo, bo w trakcie lektury mnożą się w tempie odwrotnie proporcjonalnym do ich wyjaśniania) znajdziecie odpowiedź w książce. Gorąco zachęcam do lektury. Autor jest u nas nieznany, ale warto dać mu szansę.
Książkę czyta się doskonale, głównie za sprawą lekkiego pióra, które jest cechą charakterystyczną Jambrina.  Liczne fakty historyczne, jakie nam serwuje w książce są tak opisane, że ich lektura  nie sprawi kłopotu, ani nie znudzi nawet najbardziej zagorzałych przeciwników powieści historycznych.
Co prawda w ciągu ostatnich kilku lat wydano całkiem sporą liczbę książek z akcją osadzoną w Hiszpanii w okresie od XIII do XVIII w., ale ich poziom był bardzo (oględnie pisząc) nierówny. Kilka z nich, mimo wspaniałej reklamy, wyjątkowo nie przypadło mi do gustu, po prostu znudziło mnie. Dlatego też do Kamiennego manuskryptu podchodziłam z lekkim dystansem, ale bardzo mile się rozczarowałam. 
Intryga kryminalna i kolejne etapy śledztwa są doskonale opisane, aura tajemniczości, spisków, intryg sprawia, że lektura jest naprawdę wciągająca.
Oczywiście, książka nie każdemu musi się spodobać, ale mam nadzieję, że dacie jej szansę i sięgniecie po nią. Jestem ciekawa waszych wrażeń po lekturze.
Kamienny manuskrypt to powieść detektywistyczna z bogatym wątkiem historycznym i bardzo plastycznie odmalowanymi realiami epoki. Seria Labirynty w jakiej książka została wydana gwarantuje wysoki jej poziom. Nic dziwnego, że książka uhonorowana została V Międzynarodową Nagrodą Ciudad de Zaragoza za najlepszą powieść historyczną 2009 r.

Polecam na lato, ale nie tylko.
A tu na zdjęciu sam autor - Luis Garcia Jambrina, ur. w 1960r. w Zambronie w Hiszpanii. Obecnie wykłada na Uniwersytecie w Salamancie i pisze kolejne książki, artykuły. 


wtorek, 22 maja 2012

Ludzie średniowiecza - Robert Fossier

Wydawnictwo WAM, Tytuł oryginalny: Ces gens du moyen age, Okładka miękka, 391 s., Moja ocena 6-/6
Książkę przeczytałam już jakiś czas temu, ale stale coś mi stawało na przeszkodzie, żeby napisać recenzję. Niniejszym nadrabiam zaległości:).
Jest to pozycja wyjątkowa na światowym rynku. Nie tylko dlatego, że jej autor - francuski historyk Robert Fossier poświęcił książce spory kawał życia. Jest to dzieło wyjątkowe ponieważ Fossier podjął się próby opisania życia, dnia codziennego, radości i smutków ludzi, którzy dotychczas byli pomijani przez biografów, badaczy, historyków. Ci ludzie po prostu dla nich nie istnieli. Jak sam napisał w przedmowie:
(…) Przejadło mi się to: w kółko słucham o rycerzach, feudalizmie, reformie gregoriańskiej, powinnościach lennych i senioracie, a co więcej, moi koledzy i seminarzyści twierdzą, że o pozostałych ludziach średniowiecza nic im nie wiadomo. Jak to nie wiadomo, skoro stanowili (jak zwykle zresztą) 9/10 ówczesnego społeczeństwa? Może wystarczy spróbować ich zauważyć?(...)
Mam wrażenie, że oddając głos tej najliczniejszej, choć dla wielu nie istniejącej grupie społecznej, autor po prostu się zbuntował. I bardzo dobrze, nareszcie ktoś to zrobił.
Dzięki temu mamy okazję poznać wyjątkową pracę historyczną dot. zwykłych ludzi, takich jak ja, czy wy. Oddał po prostu głos grupie społecznej, która stanowiła (jak sam szacuje) ok. 90% całego średniowiecznego społeczeństwa.Oddał głos ludziom, którzy nigdy nie zostali uwiecznieni na kartach eposów, czy klasztornych kronik z tego prostego powodu, że byli ludżmi zwyczajnymi. Wielu historyków nazywa ich milczącą większością.
(…) Człowiek, o którym będę mówił, nie jest rycerzem, mnichem, biskupem, kimś 'wielkim" ani tym bardziej mieszczaninem, kupcem, panem czy kimś wykształconym. To człowiek, którego zajmuje deszcz, wilk i wino, kufer, płód czy ogień, siekiera, sąsiad, kazanie, zbawienie, wszystko to, o czym napomyka się przy okazji bądź kwituje niedopowiedzeniem, widziane przez deformujący pryzmat instytucji politycznych, hierarchii społecznej, prawa czy zasad wiary. Nie znajdzie się więc tutaj expose ekonomicznego, przeglądu technik, walki klas; jest tylko biedny człowiek i jego codzienność.(...)
Należy oddać wielki hołd autorowi, który w powstanie ksiażki włożył niesamowitą wprost ilość pracy. Pracę poświecił nie tylko w uporządkowaniu zgromadzonego materiału, ale przede wszystkim jego zgromadzeniu. Dlaczego? Otóż dlatego, że ten milczący trzeci stan społeczny w zasadzie niewiele po sobie pozostawił z dowodów kultury materialnej. Władcy, szlachta, mieszczanie, nawet zakonnicy, zostawili po sobie dosyć liczne, jak na okres średniowiecza świadectwa, dzienniki, dokumenty, obrazy, dary wotywne w kościołach etc. Życie codzienne włościan autor musiał zrekonstruować (tak, takie słowo jest idealne) z drobniutki fragmentów, wzmianek, zapisków (bardzo zresztą sporadycznych). Moim zdaniem mogło to wyglądać, jak układanie puzzle z 10000 fragmentów. Ale efekt końcowy jest fantastyczny. 
Na blisko 400 s., poznajemy całokształt życia człowieka z epoki wieków średnich. Poznajemy wszystkie jego etapy życia, od narodzin, poprzez dzieciństwo, choroby, wiek dojrzały, po śmierć (która niestety następowała dosyć szybko). Całkiem sporo dowiadujemy się także o otaczającej ludzi tego okresu naturze, jej dobrodziejstwach (żywność, opał, surowce na budowę domu etc.) po niebezpieczeństwa, jakie ludziom ze strony matki natury groziły.
Bardzo dużo uwagi Fossier poświęca człowiekowi samemu w sobie. Opisuje jego duszę, to co nim przypuszczalnie kierowało, a także to co go zmuszało do życia w ten, a nie inny sposób – czyli porusza także kwestię średniowiecznego prawa i władzy, jaką możni mieli nad maluczkimi. Na sam koniec, autor omawia szeroko pojętą kwestię wiary i jej rolę w życiu średniowiecznego ludu.
Fossier porusza więc wiele różniących się na pozór od siebie kwestii, ale tylko na pozór. Z każdą kolejna stroną udowadnia, że wszystkie te sprawy nierozerwalnie związane były z ludżmi średniowiecza, kierowały ich życiem. Udowadnia także, jak niewiele my ludzie z XXI w. różnimy się od swoich przodków sprzed kilku wieków.
Nie wierzycie, zapraszam do lektury Ludzi średniowiecza, Roberta Fosssiera. Na pewno w wielu miejscach autor was zaskoczy, w wielu stwierdzicie – faktycznie tak jest, a wiele kwestii będzie dla was zupełnie nowych.
Pod koniec swojej ksiązki Fossier pisze:
(…) Uważne przeczytanie jakiegokolwiek dziennika stawia przed oczyma to, co jest najistotniejsze - tak jak w tamtych odległych czasach, o których mówię, życie to nie zawirowania na giełdzie, scena polityczna czy zmieniający się sposób uczesania; w gruncie rzeczy w prasie mówi się po prostu o kłopotach z pracą, pieniędzmi, kwestiach związanych z jedzeniem i domem, grą, przemocą i miłością, a także pociesza się tych, którzy tego potrzebują. Gadatliwi ignoranci, którzy królują w naszych mediach, mogą od czasu do czasu określić jakąś decyzję czy wydarzenie jako "średniowieczne", nie spostrzegając, że wciąż żyją "w średniowieczu".
Jedyne czego w książce mi brakowało to przypisy i chociażby szczątkowe żródłoznawstwo i za to autorowi daję niewielki minus.
Robert Fossier (ur. w 1927r.) uczęszczał do paryskiego liceum Henryka IV (lycée Henri-IV) naukę kończąc w 1949r. uzyskaniem agregation z zakresu historii. Jego praca dyplomowa dotyczyła życia opactwa Cairvaux od czasu jego powstania do wieku XVI. Po studiach pracował początkowo (lata 1949-1953) jako archiwista w paryskiej bibliotece historycznej.
W 1957 r. został asystentem na Sorbonie, a następnie, od 1961 r., chargé de cours na Université Nancy. Od poczatku lat 70. pracował na stanowisku profesora na Universite de Paris. Od lat 70. publikował nieprzerwanie książki i artykuły na temat feudalizmu (nie używając jednak tego terminu) między XI i XII wiekiem.
Od 1993 r. profesor emerytowany.
Uczony zajmował się przez niemal całe swoje życie zawodowe życiem prywatnym współmieszkańców kontynentu, o czym świadczą zresztą tytuły jego prac: Dzieciństwo w Europie Zachodniej (X – XII w.), Historia pracy czy syntetyczna Historia chrześcijaństwa zachodniego.

piątek, 20 kwietnia 2012

Janusz Korczak. Życie dla dzieci. - Erich Dauzenroth

Wydawnictwo WAM, Tytuł oryginału: Ein Leben fur Kinder. Janusz Korczak Leben und Werk, Okładka miękka, 167 s., Moja ocena 5/6
Z tej niewielkiej książeczki dowiadujemy się nie tylko faktów znanych już powszechnie. Autor wydobywa bowiem na światło dzienne drastyczne tajemnice z przeszłości legendarnego pedagoga, jak np. choroba psychiczna ojca i wiele innych wydarzeń, które wg. mnie bardzo silnie rzutowały na dorosłe życie i zachowanie autora Króla Maciusia.
Janusz Korczak (właściwie Henryk Goldszmit) nie znał nawet prawdziwej daty swoich urodzin, gdyż jego ojciec zaniedbał tak prozaiczną procedurę, jak urzędowa rejestracja swojego potomka. 
Henryk Goldszmit przed wybuchem wojny zajmował się najbiedniejszymi dziećmi ulicy. Będąc w warszawskim gettcie czuł, że po prostu musi trwać przy porzuconych i opuszczonych ludziach. Żydzi skazani byli na śmierć odgórną decyzją okupanta, ale niektórzy mieli możliwość uratować swoje życie. Możemy zastanawiać się, dlaczego nie zostawił dzieci, dlaczego ten znany pedagog, lekarz i publicysta się nie uratował, chociaż mógł to zrobić? Ja wielokrotnie zastanawiałam się, dlaczego? Nie ptorafiłabym poświęcić życia w ten sposób i chyba większość osób także by nie potrafiła. On jednak zdecydował się trwać przy "swoich" dzieciach do samego końca. I za to oraz za to co wcześniej dla dzieci zrobił, szczerze go podziwiam.
Dauzenroth w swojej książeczce stworzył, jakby apoteozę postawy Janusza Korczaka. W wychwalaniu tej bohaterskiej postawy ucieka się do cytowania fragmentów różnych dziel literackich oraz Biblii. W książce także dużo jest bardzo poetyckich strof i listów, które bardzo wiarygodnie ukazują nam atmosferę, która musiała towarzyszyć jeszcze za życia Januszowi Korczakowi. Wszak wielu podziwiało jego poświęcenie dal dzieci, ale wielu ono także przeszkadzało.  
Książeczka jest opowieścią o niesamowicie trudnym życiu i wyborach oraz o niezrozumiałej dla wielu do dziś walce o godność i szczęście najmłodszych. Mamy okazję poznać sylwetkę Korczaka, która wyłania się z zebranych przez autora wywiadów, korespondencji ze współpracownikami i wychowankami oraz wspomnień przyjaciół i nieprzyjaciół, którzy żegnali Korczaka w ostatniej drodze z warszawskiego getta do Treblinki. 
Z materiału zebranego przez autora wyłania się chyba jedyny moimi zdaniem słuszny obraz Janusza Korczaka - człowieka napiętnowanego trudnym dzieciństwem, dobrego człowieka, przyjaciela dzieci, wrażliwego idealisty, po prostu dobrego człowieka, który mawiał (...) Nie ma dzieci, są po prostu ludzie.
Plusem książeczki jest bardzo duża liczba ilustracji ukazujących zarówno Janusza Korczaka, jak i jego dzieci i miejsca z nimi związane, np. ochronki, domy dziecka.
Jedna z ochronek - 1935r.
Poza tym ogromna ilość przypisów. W każdej recenzji podkreślam, że przypisy o ile są sensownie zamieszczone, są zawsze ważnym dodatkiem do lektury. W tym wypadku tak jest, przypisów jest dużo i są bardzo dobrze zamieszczone. Jeżeli kogoś zainteresuje osoba Korczaka i interpretacja jego postawy przez Dauzenrotha, może łatwo znależć dodatkowe materiały.
Książka jest niewielka rozmiarowo, ale ważna. Ukazuje z odrobinę innej strony osobę Janusza Korczaka, ukazuje ogromne zafascynowanie autora osobą wielkiego pedagoga. Chociażby z tego powodu, warto po nią sięgnąć.  
Warto także pamiętać, że rok 2012 został przez Sejm RP ogłoszony Rokiem Janusza Korczaka. W tym roku przypadają aż dwie bardzo ważne rocznice związane ze Starym Doktorem- 70. rocznica śmierci pedagoga oraz 100. rocznica założenia przed doktora Domu Sierot przy ulicy Krochmalnej w Warszawie.
Jestem nie po to, aby mnie kochali i podziwiali, ale po to, abym ja działał i kochał. – Nie obowiązkiem otoczenia pomagać mnie, ale ja mam obowiązek troszczenia się o świat, o człowieka...  Tak mawiał Janusz Korczak


poniedziałek, 2 kwietnia 2012

143 przysmaki siostry Anastazji.

Wydawnictwo WAM Oprawa twarda lakierowana, 336 s., Moja ocena 6/6
To kolejna książka z fantastycznej serii Przepisy siostry Anastazji. Pamiętam, jak brałam do ręki pierwszą książkę siostry, miałam pewne obawy, jaka to będzie książka, jakie w niej znajdę przepisy. Moje obawy były zupełnie bezpodstawne. Obecnie nie wyobrażam sobie mojej kuchni bez książek siostry Anastazji. Dlaczego tak lubię te książki? Otóż przede wszystkim dlatego, że są po prostu życiowe, normalne. Książki zawierają przepisy, które każdy z nas może zastosować u siebie w domu. Przygotowanie potraw na podstawie przepisów siostry Anastazji nie tylko nie stanowi żadnego problemu, ale jest wręcz niesamowicie przyjemne i proste.
Siostra Anastazja (autorka tej i poprzednich książek) ze Zgromadzenia Córek Bożej Miłości od lat gotuje i piecze dla krakowskich jezuitów. Nazwana przez tygodnik Gość Niedzielny "Pierwszą Kucharką Rzeczpospolitej" podbiła serca Polaków, podbiła także moje i mojego męża:). Jej kulinarne bestsellery sprzedały się dotąd w łącznym nakładzie ponad  1 800 000 egzemplarzy. 
W 2008 r. otrzymała Nagrodę Prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich.Polecam niezawodne i wspaniałe przepisy, które zawsze się udają (jeśli wykonuje się według przepisu). Gotowe dania wyglądają jak na zdjęciach, które znajdują się przy każdym z przepisów. Książka inspiruje do własnego łączenia smaków. Zanim sięgnęłam po książki kucharskie siostry Anastazji bardzo często wycinałam przepisy z gazet, szukałam inspiracji w internecie. Obecnie już nie szukam przepisów w internecie czy kolorowych gazetach, wystarczy, że sięgnę po książki Siostry Anastazji, zawsze znajdę przepis, który mnie zauroczy, który będę chciała przygotować, przepis, który będzie inspiracją, bazą do własnych eksperymentów kulinarnych.
143 przysmaki siostry Anastazji to kolejny tom z serii. Tym razem autorka podaje wiele wspaniałych przepisów podzielonych na pory roku. Wiadomo, że każda pora roku także w kuchni rządzi się swoimi prawami - co innego jemy latem, a co innego zimą. Przepisy zawarte w książce to uwzględniają. Poza tym wydzielona jest specjalna część z przepisami świątecznymi, w tym na tradycyjne (i nie tylko) potrawy, jakie przygotowuje się z okazji Świąt Wielkiej Nocy. Poza tym znajdziemy tam przepisy na takie dania, jak: placek grzybowy, cielęcinę w kurkach leśnych, risotto z pieczarkami, adwentowy placek jabłkowy z cynamonem,  piernik św. Jakuba, pstrąga w sosie jarzynowym i wiele, wiele innych. Na pewno skorzystam z tych przepisów. Sporo jest tez przepisów odświętnych z okazji np. chrzcin, komunii, zaręczyn czy innych uroczystości rodzinnych. każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. I to piękne wydanie - książka jest w sztywnej, lakierowanej oprawie, szyta i na pięknym papierze.
Wspaniała pozycja dla miłośników dobrego jedzenia.
Poniżej wklejam kilka przepisów z nowej książki siostry Anastazji.