Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał retro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał retro. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 maja 2014

Pozdrowienia z Londynu - Krzysztof Beśka

Wydawnictwo Rebis, Okładka miękka, Moja ocena 5,5/6
Doskonała, arcywyborna kontynuacja przygód detektywa poznanego w I tomie serii, zatytułowanym Trzeci brzeg Styksu (moja recenzja tutaj klik)
Ponownie przenosimy się do fabrykanckiej Łodzi końca XIX wieku. Miasto wielu kultur, gdzie współżyją obok siebie na pozór zgodnie Polacy, Żydzi, Rosjanie, Niemcy. Miasto, gdzie każdy znajdzie miejsce dla siebie, także największe szumowiny i najgorsi zwyrodnialcy. 
Pewnego dnia znalezione zostają zwłoki dwóch kobiet, które zamordowano w wyjątkowo bestialski sposób. Ofiarom m.in. wycięto narządy rodne. Ciała zostały zmasakrowane, okaleczone. Widać też, że ofiarom przed śmiercią zadano wiele bólu. Kto i dlaczego dopuścił się tak makabrycznej zbrodni? Policja zamiast zajmować się śledztwem w sprawie zabójstw, musi pilnować porządku w mieście. W Łodzi rozpoczynają się bowiem zamieszki, które historia nazwie później „buntem łódzkim”.
Gdzie policja nie może, tam pośle...prywatnego detektywa. Jest nim nie kto inny tylko nasz "stary" znajomy, prowadzący śledztwo w poprzednim tomie, Stanisław Berg. Niestety tym razem okaże się, iż śledztwo w sprawie łódzkiego wampira jest dużo bardziej skomplikowane niż wszystkie, jakie dotychczas prowadził. 
Skąd taki tytuł książki? Czy Berg zawita do zamorskiej stolicy? Czy sprawa wampira zostanie ostatecznie rozwiązana? Tego nie zdradzę. Zachęcam za to do lektury książki. Pozdrowienia z Londynu to pasjonujący kryminał retro + świetna książka obyczajowo – społeczno- historyczna rozgrywające się w Łodzi końca XIX wieku. Autorowi udało się wybornie oddać klimat robotniczej Łodzi, łącznie ze szczegółowymi opisami istniejących wówczas budowli (część z nich przetrwała do dziś). Czytając Pozdrowienia z Londynu przenosimy się o ponad 100 lat wstecz do miasta o tyleż fascynującego (bo taka Łódź była), co przerażającego. Gorąco zachęcam do tych wędrówek. Doskonale oddane są nastroje ludności, niezadowolenie wynikające z różnic klasowych, animozje pomiędzy przedstawicielami różnych narodów i religii. wszak Łódź była tyglem kulturowo-narodowościowym, w którym wrzało, oj wrzało. Niestety, o tym ciągle zbyt mało osób pamięta, wie. Dobrze, że Krzysztof Beśka przybliżył atmosferę dziewiętnastowiecznej Łodzi. 
Ul. Piotrkowska pod koniec XIX wieku, źródło wikipedia
Willa Meyera, Łódź ok. 1890-1895 roku, źródło wikipedia
Bardzo ciekawie ukazany jest także sam wątek kryminalny i drobiazgowo prowadzone śledztwo. Momentami aż grozą wieje i trzyma się kciuki za dzielnego detektywa.
Szczerze, to nie mam do czego się przyczepić. No może zakończenie odrobinę bym zmieniła. Co nie znaczy, iż jest ono złe. Po prostu wymarzyło mi się inne:).
Gorąco zachęcam do lektury. I z niecierpliwością czekam na III tom serii.

piątek, 5 kwietnia 2013

Poszukiwana - Małgorzata Kochanowicz

Instytut Wydawniczy Erica, Okładka miękka, 320s., Moja ocena 5-/6
Zaczęłam przedwczoraj czytać Zamiast ciebie, ale w początkowej fazie lektury naszła mnie nagle niespodziewana ochota na książkę polskiego autora i sięgnęłam po Poszukiwaną. Do skandynawskiego kryminału wracam dzisiaj.
Gdy rozpoczynałam lekturę, nic nie zapowiadało, że ocenię Poszukiwaną tak wysoko, ba początkowo chciałam dać 4-/6, ale ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu autorka uwiodła mnie. Czym? O tym za chwilę.
Akcja rozgrywa się w Krakowie i jego okolicznych wsiach oraz miasteczkach. Pewnego dnia roku pańskiego 1904, do Witolda Korczyńskiego, zubożałego odrobinę przez wystawne życie i długi detektywa-amatora, zgłasza się niezwykle zamożny przedsiębiorca Stanisław Wereszyński. Mężczyzna zleca Korczyńskiemu poprowadzenie śledztwa i odnalezienie jego dużo młodszej i pięknej żony Anny. Korczyński przyjmuje zlecenie, nie wie jednak, że otwiera przysłowiową puszkę Pandory, a niebezpieczeństwo będzie czyhać nie tylko na niego, ale także na jego bliskich.
Bardzo szybko okazuje się, że zmartwiony i troskliwy z pozoru małżonek, który jest także znanym w krakowskim środowisku filantropem, nie jest takim na jakiego pozuje. Jest to mężczyzna bezwzględny, który jeżeli coś idzie nie po jego myśli, nie waha się sięgnąć po drastyczne środki. Oczekuje od Korczyńskiego szybkich efektów, a jednocześnie nie chce mu udzielić odpowiedzi na podstawowe pytania. Dlaczego? Co takiego skrywa zamożny przedsiębiorca? Co kryje się za zniknięciem jego żony? Dlaczego giną kolejni służący z jej otoczenia?
Witold prowadzi śledztwo we własnym tempie i wg. swoich własnych metod, co bardzo nie podoba się zleceniodawcy (i z tego co zauważyłam także wielu blogerom:)). Następuje starcie obu panów, z których każdy posiada niezwykle silną osobowość. Za opis owych starć należy się autorce ogromny plus, doskonale ukazała obu mężczyzn i występujące między nimi waśnie.
Plusem są także opisy innych bohaterów. Kreacje stworzone przez pisarkę są doskonałe. Nieistotne, czy chodzi o drobnego złodziejaszka, czy dozorcę, dorożkarza, subiekta w sklepie...każda z postaci odmalowana jest z niezwykłą dbałością o szczegóły. Jednak mnie najbardziej ujęła Jadwiga, gosposia Korczyńskiego. Niesamowita, troskliwa, mamrocząca wiecznie pod nosem, a jednocześnie taka po matczynemu troszcząca się o swojego chlebodawcę.
Jednak tym, co mnie zaczarowało są opisy Krakowa. I nie chodzi tu tylko o zabytki, uliczki, zaułki, ale także o życie w mieście i to życie ludzi pochodzących z wszystkich warstw społecznych. Genialny misz masz i świetne opisy z oddaniem najdrobniejszych szczegółów.
Dzięki tym opisom atmosfera książki jest niepowtarzalna. 
Sama intryga kryminalna jest tak na 4/6, no bo jakaż to intryga mogla narodzić się na początku XX w.?! Ale trzeba oddać sprawiedliwość - zakończenie zaskakuje i skłania do zadumy, iż czasami nie warto szukać na siłę tych, którzy nie chcą być odnalezieni i sięgać po sekrety, które powinny być ukryte.
Prowadzenie śledztwa...nie ukrywam, ta część (jak nadmieniłam wcześniej) nie jest najmocniejszą stroną książki, dochodzenie jest powolne, ale można przypuszczać, że takie też było ponad 100 lat temu. Dla niektórych może być to wada, mnie to absolutnie nie przeszkadzało, dałam się porwać doskonałym opisom miasta i to wynagrodziło mi pewne kryminalne niedociągnięcia. Muszę jednak przyznać, że Poszukiwana to bardziej powieść kryminalno-obyczajowo-historyczna niż czysty kryminał, należy o tym pamiętać wybierając tę lekturę. 
Całość czyta się wyśmienicie, szybko i z prawdziwą przyjemnością (przynajmniej mnie się tak czytało:)).
Gorąco zachęcam do lektury.


poniedziałek, 9 lipca 2012

Trzeci brzeg Styksu - Krzysztof Beśka

Dom Wydawniczy Rebis, Okładka miękka, 392 s., Moja ocena 5,5/6
Odwiedzający mój blog od jakiegoś już czasu, wiedzą doskonale, że jestem wielbicielką (wręcz fanatyczną:)) mojego rodzinnego miasta, którym jest Łódż. Dlatego lektura kryminału Krzysztofa Beśki była dla mnie niesamowitą przyjemnością. Mam nadzieję, że uda mi się zachęcić was do sięgnięcia po tę książkę. Na prawdę warto.
Lekturę Trzeciego brzegu Styksu rozpoczęłam w samolocie lecąc na urlop i dawno lot nie minął mi tak szybko, nawet śmiało mogę stwierdzić, że za szybko. Akcja wciągnęła mnie od pierwszej strony i nie puściła :), aż do końca.
Trzeci brzeg Styksu to pasjonujący kryminał retro + świetna książka obyczajowo – społeczno- historyczna rozgrywające się w Łodzi końca XIX wieku - tego jeszcze nie było. Od czasów Reymonta i fenomenalnej Ziemi Obiecanej, nikt z autorów nie pokusił się o umieszczenie akcji książki w fabrykanckiej Łodzi. Dlatego jestem w dwójnasób wdzięczna Krzysztofowi Beśce – za świetną książkę i za tak wspaniale ukazane tło historyczne i społeczne. 

Wszystkie szczegóły i opisy ukazujące nam tło historyczne, obyczaje, ubrania, budownictwo, problemy, radości mieszkańców Łodzi z końca XIX w., autor przedstawia w fantastyczny sposób. Widać że zadał sobie bardzo dużo trudu, żeby te szczegóły odnależć, wyciągnąć na światło dzienne XXI w. Na pewno musiał myszkować po wielu książkach historycznych dot. Łodzi i okolic, oglądać dawne zdjęcia, rozmawiać z pasjonatami łódzkiej historii oraz historii przemysłu włókienniczego.
Dzięki temu czytając Trzeci brzeg Styksu przenosimy się do miasta dymiących kominów, pracujących pełną parą fabryk włókienniczych, rozkwitających i upadających fortun końca XIX w. Ziemia obiecana dla wielu, ziemia przeklęta dla innych. I taką Łódż (niezwykle autentyczną) genialnie ukazuje autor.
To właśnie klimat i realia ukazane przez autora tworzą tak niesamowitą książkę, jaką jest Trzeci brzeg Styksu.
Nie bez kozery jeden z bohaterów książki tak opisuje miasto:
Niektórzy ludzie (…), są przekonani, że Łódź to tylko setki wielkich fabryk, gdzie ludzie nie mają nic innego do roboty poza właśnie… robotą. Jedni przy maszynach, inni- przeliczając pieniądze, bo to też, wbrew pozorom, dość wyczerpujące zajęcie.(…)
Ale Łódź to także kraina wszelakiego występku i zbrodni. Mówią, że to miasto wybrukowane złotem. Może i tak, ale wszyscy doskonale wiedzą, że znajdziesz w nim pod stopami także błoto i wszelakie robactwo, i krew, bo przecież w tak wielkim organizmie, gdzie człowiek ciasno przy człowieku, sam pan rozumie…

Ale teraz kilka słów o samej fabule i wątku kryminalnym, który choć niezmiernie ważny, nie jest
jednak tym najważniejszym.
Pewnej nocy z pałacu bardzo zamożnego fabrykanta Friedricha Neumanna zostaje nocą porwany jego 6-letni syn. Policja rozpoczyna zakrojone na wielka skalę śledztwo, ale nie przynosi ono niestety pozytywnych rezultatów. Po kilkunastu dniach znika kolejne dziecko, tym razem  inżyniera Szałkowskiego z fabryki Scheiblera. Miasto, a przede wszystkim rodziców zaczyna ogarniać panika.
W tym samym czasie do Łodzi przyjeżdża Andrzej Potulicki, zlicytowany szlachcic, i również przepada bez wieści. Wtedy na scenę wkraczają dwaj główni bohaterowie – detektywi Riepin i Raczyński. Na prośbę zrozpaczonej p. Neumann rozpoczynają śledztwo. Przy czym od razu trafiają na pewien trop, na który nie zwróciła uwagi policja. Prowadząc śledztwo stosują wiele niekonwencjonalnych (jak dla stróżów prawa) metod. Bardzo szybko udaje im się trafić na trop, który wiedzie do cyrku. Rozpoczyna się wyścig z czasem, a droga do poznania prawdy powiedzie poprzez podejrzane szynki, zadymione cukiernie, ruiny spalonych fabryk i ciemne zaułki, ale też pałace przemysłowego miasta.
Więcej nie zdradzę, żeby nie psuć wam przyjemności lektury tej wyjątkowej pozycji.
Zagłębiając się w kolejne strony książki będziecie mieli okazję poznać niesamowite miasto, jakim była fabrykancka Łódż, kalejdoskop najróżniejszych ludzkich postaci, które to miasto tworzyły oraz dwójkę detektywów, którzy niestrudzenie prowadzą śledztwo zgodnie ze wszystkimi klasycznymi jego kanonami. 
Poza tym przeogromne bogactwo różnorodnych postaci – zarówno jeżeli chodzi o ich pochodzenie, charakter, wykonywane profesje jak i wiele innych aspektów. Beśka udowodnił, że tworząc tak barwną galerię bohaterów nie trzeba robić tego „po łebkach”, tworząc płytkie postacie, jak to się niestety wielu autorom zdarza. Wręcz przeciwnie, Beśka stworzył rzeszę pełnokrwistych, fascynujących postaci. I chwała mu za to.
Ogromny plusem jest także fakt, że mnogość wątków, które śledzimy jest bardzo klarownie przedstawiona, nic się nie myli w trakcie lektury, wszystkie wątki, problemy są doprowadzone konsekwentnie do końca, nic autor nie pozostawia tylko naszym domysłom.
Brak mi tylko ilustracji, rycin, które ukazywałyby piękno fabrykanckiej Łodzi, ale to taki drobny minus absolutnie nie wpływający na bardzo wysoki poziom książki.
Oby więcej takich pozycji na naszym rynku wydawniczym.
Dla mnie (miłośniczki dawnej Łodzi i doskonałej prozy) spotkanie z Trzecim brzegiem Styksu było niesamowitą frajdą, czego i wam życzę.
A autor trafia na listę moich ulubionych polskich pisarzy. Na urlopie przeczytałam jeszcze jeden z jego kryminałów Wieczorny seans, który niedługo zrecenzuję.
A jak należy rozumieć tytuł książki, ów Trzeci brzeg Styksu? Jak w jednym z wywiadów powiedział autor - (…) ów trzeci brzeg to pewien symbol tamtych czasów, końca XIX wieku. Wtedy niemożliwe okazywało się możliwe, fortuny rodziły się w ciągu jednego miesiąca i jeszcze szybciej upadały, a milioner zostawał żebrakiem. Ale nawet znalezienie się na brzegu mitycznej rzeki umarłych nie oznaczało końca, czyli wędrówki, a raczej rejsu na drugi brzeg. Zawsze przecież jest jakaś nadzieja...

Łódż końca XIX w. - zdjęcie ze zbiorów UMŁ.
Obecnie autor pracuje następną częścią przygód bohaterów: Pozdrowienia z Londynu. 
Jak sam mówi w jednym z wywiadów (...)  książka jest na ukończeniu (...) Będzie sporo znanych już bohaterów, ale i wielu nowych, ale rzecz dzieje się znów w Łodzi, pod rządami nowego policmajstra. Myślę, że w księgarniach książka pojawi się za rok.(...) Szkoda, że dopiero wtedy:(.

niedziela, 8 lipca 2012

Kamienny manuskrypt - Luis Garcia Jambrina

Wydawnictwo WAM, Tytuł oryginalny: El manuscrito de piedra,  Okładka miękka, 344 s., Moja ocena 4,5/6
Rozpoczynając lekturę Kamiennego manuskryptu, przenosimy się do 1497 r., do Hiszpanii, do Salamanki. 
Tak od siebie dodam, że spalona słońcem Salamanka to jedno z najstarszych miast Hiszpanii, które 4 lata temu miałam okazję zwiedzić. Salamanka słynie z tradycji uniwersyteckiej i mnóstwa zabytków, których  fasady wykuto w złotym piaskowcu pochodzącym z pobliskich kamieniołomów. Przepiękne miasto, bajkowe, odrobinę magiczne. Spacerując po historycznym centrum, miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie o kilka wieków. 
Miasto leży w środku Półwyspu Iberyjskiego, na rozległym płaskowyżu nad rzeką Tormes (jest stolicą prowincji o tej samej nazwie w południowej części regionu Kastylia León). 

Ale wracajmy do Kamiennego manuskryptu. Bohaterem jest młody student prawa Fernando de Rojas, który  wraca po krótkim pobycie w rodzinnym domu do Salamanki. Mieszka w tym mieście od kilku lat i dzięki temu Kolegium Św. Bartłomieja (gdzie pobiera nauki) jest dla niego drugim domem, zdecydowanie czymś więcej niż tylko miejscem zdobywania wiedzy.
Miejsce to zostało założone w przez Diega de Anayę y Maldonado w 1401r. 
Była to pierwsza tego typu instytucja w Hiszpanii i to właśnie na jej wzór zakładano póżniej kolegia w całym kraju, a nawet poza jego granicami. Miejsce to nie było tylko bursą dla niezamożnych studentów, ale przede wszystkim ośrodkiem naukowym z prawdziwego zdarzenia. W zamian za możliwość kształcenia się, utrzymanie, uczniowie byli zobowiązani do niemal klasztornego życia. Całkowicie musieli poświęcić się nauce i modlitwie. Ale większości z nich to nie przeszkadzało inaczej nie mogliby sobie pozwolić na tak dobre wykształcenie.
Bezpośrednio po przybyciu do Salamanki Fernando zostaje wezwany do pałacu biskupiego. Tam dowiaduje się, że fray Tomas został w wyjątkowo okrutny i wyrachowany sposób zamordowany, zasztyletowano go przed główną bramą katedry. W ustach zamordowanego znaleziono monetę. Fernando dostaje zadanie wyjaśnienia dlaczego ofiara zginęła i co oznacza tajemnicza moneta.
Biskup nie bez kozery powierzył młodemu studentowi takie odpowiedzialne zadanie. Dzięki śledztwu, jakie wcześniej prowadził Fernando wykryto sprawcę kilku tajemniczych kradzieży, które wcześniej zdarzały się na uniwersytecie. W obu przypadkach detektyw – amator zaskarbił sobie szacunek i wdzięczność wykładowców.
Fernando rozpoczyna śledztwo, ale w najśmielszych przypuszczeniach nie domyśla się nawet, co go czeka.
Kilka dni po pogrzebie fray Tomasa do miasta przybywają -  następca hiszpańskiego tronu oraz tajemnicza uliczna dziewka. Zdradzę tylko, że następca tronu ginie w tajemniczych okolicznościach, ale to nie jedyna ofiara, trup ściele się gęsto. Niebezpieczeństwo czyha także na samego Fernanda. Wszystko wskazuje, że zabójca w przypadku wszystkich ofiar jest ten sam. Ale czy na pewno?
Dodatkowo Fernando (jakby miał mało problemów) zaczyna mieć kłopoty z Inkwizycją i władzami kościelnymi, którym coraz bardziej nie w smak jest prowadzone śledztwo. A wiecie na pewno, co potrafiło Święte Oficjum, w zasadzie wszystko. W Hiszpanii pod koniec XV w., dla tego, kto wpadł w tryby Oficjum na ogół niestety nie było ratunku. Nic więc dziwnego, że nasz student – detektyw zaczyna mieć nie lada kłopoty, a mimo początkowej sympatii, coraz mniej osób chce mu pomóc.  Fernando niespodziewanie znajduje się w samym centrum niezmiernie skomplikowanych intryg politycznych. Najmniejszy błąd może sprawić, że zginie.
Jak potoczą się losy młodego studenta – detektywa? Kto i dlaczego morduje? Co oznacza tajemnicza moneta?
Na te i inne pytania (a pytań jest sporo, bo w trakcie lektury mnożą się w tempie odwrotnie proporcjonalnym do ich wyjaśniania) znajdziecie odpowiedź w książce. Gorąco zachęcam do lektury. Autor jest u nas nieznany, ale warto dać mu szansę.
Książkę czyta się doskonale, głównie za sprawą lekkiego pióra, które jest cechą charakterystyczną Jambrina.  Liczne fakty historyczne, jakie nam serwuje w książce są tak opisane, że ich lektura  nie sprawi kłopotu, ani nie znudzi nawet najbardziej zagorzałych przeciwników powieści historycznych.
Co prawda w ciągu ostatnich kilku lat wydano całkiem sporą liczbę książek z akcją osadzoną w Hiszpanii w okresie od XIII do XVIII w., ale ich poziom był bardzo (oględnie pisząc) nierówny. Kilka z nich, mimo wspaniałej reklamy, wyjątkowo nie przypadło mi do gustu, po prostu znudziło mnie. Dlatego też do Kamiennego manuskryptu podchodziłam z lekkim dystansem, ale bardzo mile się rozczarowałam. 
Intryga kryminalna i kolejne etapy śledztwa są doskonale opisane, aura tajemniczości, spisków, intryg sprawia, że lektura jest naprawdę wciągająca.
Oczywiście, książka nie każdemu musi się spodobać, ale mam nadzieję, że dacie jej szansę i sięgniecie po nią. Jestem ciekawa waszych wrażeń po lekturze.
Kamienny manuskrypt to powieść detektywistyczna z bogatym wątkiem historycznym i bardzo plastycznie odmalowanymi realiami epoki. Seria Labirynty w jakiej książka została wydana gwarantuje wysoki jej poziom. Nic dziwnego, że książka uhonorowana została V Międzynarodową Nagrodą Ciudad de Zaragoza za najlepszą powieść historyczną 2009 r.

Polecam na lato, ale nie tylko.
A tu na zdjęciu sam autor - Luis Garcia Jambrina, ur. w 1960r. w Zambronie w Hiszpanii. Obecnie wykłada na Uniwersytecie w Salamancie i pisze kolejne książki, artykuły. 


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Gotenhafen - Izabela Żukowska

Wydawnictwo Nowy Świat, Okładka miękka, 240 s., Moja ocena 5/6
Podczas II wojny światowej polskie okno na świat, jakim był port w Gdyni hitlerowcy przekształcili w potężną bazę wojskową. Dogodne położenie, z dala od nieprzyjacielskich baz wojskowych sprawiło też, że nowoczesny polski port i przynależna do niego zatoka stały się zapleczem badawczym nowych broni. Nowoczesna infrastruktura sprawiły, że to właśnie tam przechodziły remonty i wyposażanie duże okręty jak Gneisenau czy jedyny niemiecki lotniskowiec Graff Zeppelin.
W takim miejscu i czasie rozgrywa się nowy kryminał autorstwa Izabeli Żukowskiej Gotenhafen.

Niemcy w Gdyni, czyli w Gotenhafen.
Bohaterem jest emerytowany komisarz policji Wolnego Miasta Gdańsk – Franz Thiedtke. 
Jest to bohater, które poznałam przy okazji lektury kryminału Teufel pióra tej samej autorki. 
Pewnego poranka Franz Thiedtke budzi się z okropnym bólem głowy i co najgorsze nie wie, ani gdzie jest, ani kim jest. 
Na dodatek na podłodze koło łóżka, na którym leży znajduje...zwłoki mężczyzny. Nie ma pojęcia kim jest ten mężczyzna. Bardzo szybko okazuje się, że to wysoki rangą urzędnik Gestapo. Thiedtkemu nic to nie mówi, ponieważ nie ma pojęcia co to za instytucja Gestapo, nie ma pojęcia, że jest wojna etc. Okazuje się, że stracił pamięć, w co nikt mu nie wierzy. 
W trakcie przesłuchań, jakim jest poddawany wmawiają mu, że to jego linia obrony.
Thiedtke próbuje odkryć prawdę i odpowiedzieć na pytanie, co się stało.Ucieka z konwoju, który wiezie go do kwatery Gestapo. Z kajdankami na rękach i amnezją idąc wzdłuż torów kolejki podmiejskiej dociera do kościoła, w którym znajduje schronienie. Nie wie, co robić dalej, ale opatrzność w postaci pastora z Rygi czuwa nad nim. Komisarzowi pomoże także polska lekarka, która podpisała Volkslistę - dr Kamieńska.
To jednak dopiero początek przygód komisarza. Akcja z każdą kolejną stroną rozkręca się i gmatwa. Chociaż jest to akcja powolna z dużą ilością opisów, wciągnęła mnie niesamowicie. Mam nadzieje, że wam także przypadnie do gustu.
A kto jest mordercą, dlaczego zabił i komu jest na rękę amnezja komisarza Thiedtke? Tego dowiecie się z kart książki.
Gorąco polecam lekturę Gotenhafen, to świetny kryminał z niebanalnym zakończeniem. Jest jeszcze lepszy niż Teufel, o którym wspomniałam wcześniej. Widać, że autorka zdecydowanie ewoluowała, zarówno, jeżeli chodzi o styl pisarski, jak i samą intrygę i treść kryminałów.
Za co niezwykle cenię Izabelę Żukowską, to fakt, iż w obu powieściach widać niezwykłą dbałość zarówno jeżeli chodzi o realia jak i tło historyczne. Autorka włożyła mnóstwo pracy w zgromadzenie odpowiedniego materiału, jak chociażby nazwy ulic, placów, właściwa topografia niemieckiego miasta. Niesamowicie drobiazgowo odtwarza realia tamtych czasów, wplata w tekst wiele ciekawostek dot. zarówno historii, jak i tła społecznego i kulturowego. Informacje, których nie uda jej się zawrzeć w tekście książki umieszcza w licznych bardzo rozbudowanych przypisach, które ku mojemu ogromnemu zadowoleniu znajdują się u dołu każdej strony.
Gotenhafen.
Plusem są wspaniałe zdjęcia z tamtego okresu, których jest bardzo dużo, a które dodatkowo pozwalają wczuć się w atmosferę książki. Kilka zdjęć pozwoliłam sobie zamieścić w tej recenzji. Bardzo pomocnym dodatkiem jest także plan Gotenhafen z okresu okupacji hitlerowskiej, który zamieszczono na wewnętrznej stronie okładki. Daje to przedsmak wspaniałej przygody, jaką bez wątpienia jest wyprawa do Gdyni w 1940r.
O klimacie książki stanowi także nietypowy główny bohater. Nie jest to super macho wymachujący bronią. Thiedtke to solidny urzędnik, stateczny obywatel i przykładny mąż, tuż (na oko) po 50tce, a przy tym kiedyś bardzo skuteczny śledczy. Jak się w trakcie lektury okaże, mimo przejścia na emeryturę nie stracił nic ze swojego policyjnego nosa. Zawsze znany był z niebanalnych metod śledczych i chodzenia własnymi drogami, za co jedni go niezwykle cenili, a inni nie znosili. Te cechy bardzo mu się przydadzą w trakcie śledztwa, jakie prowadzi w Gotenhafen.
Thiedtke jest przy tym zdystansowany wobec świata i innych, nawet wyobcowany, można śmiało powiedzieć, że znajduje się na marginesie, dlatego że nie akceptuje nowych porządków, jakie zaprowadzają jego rodacy zapatrzeni w Hitlera; przy czym nie buntuje się, stosuje strategię biernego oporu i po prostu robi to, co do niego należy. Niektórzy uznają tą metodę za próbę przetrwania okupacyjnego horroru, który nawet dla części Niemców musiał być straszny. Ale dla mnie to wygląda trochę na metodę strusia, głowy i piasku...
Co by jednak nie mówić o naszym komisarzu, na pewno nie jest on bohaterem sztampowym. 
Gotenhafen to nie tylko  kryminał, to także świetna powieść z dogłębnie ukazanym tłem historycznym, socjologicznym i psychologicznym. Autorka bardzo interesująco opisuje rozterki poszczególnych bohaterów, nawiązuje do ich przeszłości, analizuje wpływy, jakie na ich czyny i postawę ma przynależność narodowa.
Gorąco zachęcam do lektury obu kryminałów Izabeli Żukowskiej i czekam na kolejny tom przygód komisarza Thiedtke.


poniedziałek, 7 maja 2012

Teufel - Izabela Żukowska

Wydawnictwo Nowy Świat, Okładka miękka, 224 s., Moja ocena 4,5/6
Akcja książki rozgrywa się w Gdańsku w ostatnich dniach sierpnia 1939r. Możecie sobie od razu wyobrazić atmosferę, jaka wtedy w Trójmieście panowała. Tą atmosferą przesiąknięta jest cała książka. Pewnego dnia przy molo w Glettkau (Jelitkowo) zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Na miejsce zbrodni zostaje wezwana asystentka policji Lotte Meier. W ofierze rozpoznaje ona swoją byłą pracodawczynię, Mariannę Walewicz, Polkę pochodzącą z zamożnej, gdańskiej rodziny antykwariuszy. Ze względu na narodowość ofiary i napiętą do granic wytrzymałości atmosferę w mieście, dochodzenie przejmuje policja polityczna. Sprawą zajmuje się odchodzący właśnie na emeryturę komisarz Franz Thiedtke, jednak zostaje mu ona niemal natychmiast odebrana. Lotte pod wpływem przeczuć prosi komisarza, by sprawdził jej wątpliwości. Komisarz odkrywa, że zwłoki z molo w Glettkau to ciało zupełnie innej osoby niż z początku sądzono. Stopniowo dowiadujemy się, na czym polegała praca panny Meier u zamożnej Polki, i jak ewoluowały ich kontakty. Ale to dopiero początek.
I w tym momencie rozpoczyna się prawdziwa akcja. W tym też momencie zaczęła mnie na prawdę wciągać. Na początku ciężko mi szło czytanie, oj ciężko. Powodem byl przede wszystkim specyficzny styl pisania autorki. Zdania są długie, momentami bardzo długie, co kilkakrotnie sprawiało, że gubiłam wątek, ale to tylko przez pierwsze kilka stron. Z biegiem czasu klimat książki coraz bardziej mnie wciągnął, a sam sposób pisania Żukowskiej idealnie wpasował się w stworzony przez nią nastrój.
Dzięki dokładnym, bardzo dokładnym opisom, mamy okazję wędrować wraz z głównymi bohaterami po przedwojennych, brukowanych ulicach Trójmiasta, mijamy wiele fantastycznych miejsc, których obecnie na próżno szukać w Trójmieście. Trzeba autorce oddać sprawiedliwość - doskonale ukazała klimat przedwojennego Gdańska, zarówno jeżeli chodzi o wygląd miasta, jak i rozszerzającą się atmosferę strachu i niepewności.  Dodatkowym plusem jest świetna szata graficzna - liczne czarno-białe fotografie miejsc, w których rozgrywa się akcja kryminału, plan przedwojennego Gdańska i wiele innych drobiazgów, które sprawiają, że wraz z autorką i bohaterami cofamy się o ponad 70 lat wstecz do przedwojennego Gdańska.
Powinniśmy jeszcze zastanowić się nad znaczeniem tytułu książki? Dla mnie ma on kilka znaczeń. Teufel w jęz. niemieckim oznacza diabła, siłę nieczystą,szatana. Dla jednych będzie to brutalny morderca, którego Lotte próbuje złapać, dla innych sprawca trudnej sytuacji, która w tym momencie miała miejsce w Gdańsku, a kto nim był, to dobrze wiemy z historii.
Teufel Izabeli Żukowskiej to nie tylko kryminał. Mogę śmiało stwierdzić, iż  wątek zabójstwa nie jest dla autorki najważniejszy. Nie jest ważne kto zabił, tzn. jest ale mniej, najważniejsze jest dlaczego zabił. Mimo to w książce znajdziemy świetnie zarysowane postacie (ważne, że te postacie nigdy nie są jednoznaczne) i bardzo ciekawe opisy trudnych relacji między bohaterami, opisy napiętej sytuacji w Gdańsku tuż przed II wojną światową i wspomniane już opisy magicznego przedwojennego miasta. 
Debiutancka powieść Izabeli Żukowskiej na pewno zasługuje na uwagę, zarówno ze strony wielbicieli kryminałów, jak i powieści retro, czy przedwojennego Gdańska. Teufel to dopracowany kryminał retro, w którym autorka zajmuje się nie tylko śledztwem. Zmieniłabym trochę zakończenie oraz skróciłabym zdania, ale to już moje subiektywne uczucie. 
Doskonałą recenzją może być wg. mnie pozytywna opinia Stefana Chwina, który poleca książkę i kładzie nacisk na umiejętność odtwarzania świata, który należy już do przeszłości. Jeżeli chcecie przenieść się do magicznego przedwojennego Gdańska, zachęcam do lektury.
 Od 10 maja będzie w sprzedaży kolejna część (jak się okazało) trylogii Izabeli Żukowskiej. Tym razem akcja dzieje się kilka lat pózniej w czasie okupacji.
Bohaterem jest znany z kryminału Teufel  emerytowany komisarz gdańskiej policji Franz Thiedtke jest podejrzany o morderstwo. Traci jednak pamięć i nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, jaka jest prawda. Czy uda mu się ją odkryć? Dlaczego sprawą zainteresuje się gestapo? I czy odzyska pamięć? Komisarzowi pomogą polska lekarka i niemiecki pastor z Rygi. W tle Port Gotów, czyli Gdynia czasu II wojny światowej.