Wydawnictwo Rebis, Okładka twarda z obwolutą, 432 s., Ocena 5,5/6
Książkę przeczytałam jakiś czas temu, z recenzją czekałam, aż przeczyta ją także mój mąż, co nastąpiło w miniony weekend. Chciałam porównać nasze wrażenia z lektury tej niebanalnej pozycji.
Jej autor, Andrew Nagorski, Polak z pochodzenia, z zawodu i zamiłowania - dziennikarz, historyk i pisarz. Przez dłuższy okres czasu był on zagranicznym korespondentem amerykańskiego Newsweeka w Europie
Środkowej i Wschodniej.
Hitlerland, to to opowieść o Niemczech z lat 20. i 30. XX w., widzianych oczami mieszkających w tym kraju Amerykanów - korespondentów prasowych, radiowych, dyplomatów, przedsiębiorców, turystów, znanych postaci, jak np. pisarz Sinclair Lewis, sportowiec Jesse Owens, słynny lotnik Charles Lindbergh. Ludzie ci mieli okazję obserwować z bliska powstawanie i rozwój III Rzeszy, częstokroć spotkali Adolfa Hitlera. Mieli także możliwość śledzenia rozwoju Niemiec od klęski, jaką był bez wątpienia koniec I wojny światowej, aż do apogeum totalitarnej dyktatury Hitlera. Relacje Amerykanów, poznajemy głównie z wywiadów, jakie z nimi przeprowadzono oraz z licznych zapisków, dzienników, listów. Bardzo istotnym jest fakt, iż poprzez takie źródłoznawstwo, nie wszystkie fakty można zweryfikować, a poza tym opisy są niezwykle subiektywne, przedstawiają bowiem odczucia obserwatorów, rzadko rzetelną wiedzę historyczną i polityczną. Można to uznać za wadę książki, ale jednocześnie za jej zaletę, ponieważ całość sprawia wrażenie reportażu, pamiętnika, sprawozdania i dzięki temu czyta się ją lżej niż typową książkę historyczną.
Z tych relacji wyłania się obraz nie tylko Berlina zapełnionego zastępami żołnierzy w brunatnych i czarnych koszulach, ale także miasta niezwykle rozrywkowego, pięknego i o dziwo tolerancyjnego.
Wielu Amerykanów miało okazję poznać Hitlera na różnych etapach jego kariery, od puczu w Monachium po przejęcie władzy. Możemy poznać różne opinie o przywódcy III Rzeszy. Byli tacy, którzy twierdzili, że Hitler uosabia wielką siłę. Były także inne zdania na jego temat. Sprowadzają się one jednak do ogólnego zdziwienia, że to nie rekin, a (jak twierdzi jedna z osób) płotka. Byli jednak tacy, których Hitler porwał, zaślepił. Doskonałym przykładem jest amerykański dziennikarz S. Miles Bouton. On dostrzegał zagrożenie, ale nie w Hitlerze i jego dążeniach, a w kłodach, jakie mu rzucano pod nogi. Bardzo znamiennym jest zdanie, które dziennikarz wypowiada (...) A w ogóle całe to „zagrożenie hitlerowskie” to czcza gadanina.
W trakcie lektury wielokrotnie nasuwały mi się pytania - czy ci ludzie nie widzieli do czego dąży Hitler? Dlaczego nie zauważali co się dzieje? Dzisiaj, po upływie kilkudziesięciu lat oczywistym jest jakie były jego zamiary. Czy jednak 80-90 lat temu przeciętny turysta, dziennikarz, sportowiec był w stanie je zauważyć, rozszyfrować?
Warto pamiętać, iż słowo Hitlerland, które jest tytułem niniejszej książki, nie jest dziełem autora.
Było powszechnie używane przez amerykańskich korespondentów przebywających w Niemczech w latach 30. O czymś to świadczy.
Plusem poza unikatową treścią są przystępny język, doskonałe wydanie i bardzo dobre tłumaczenie. Książkę czyta się wyśmienicie, mogę ją więc polecić zwolennikom historii jak i jej przeciwnikom.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia powszechna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia powszechna. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
piątek, 24 sierpnia 2012
Historia zakonu krzyżackiego - Klaus Militzer
Wydawnictwo WAM, Okładka miękka, 332 s., Moja ocena 6/6
Nazwa Krzyżacy chyba wszystkim kojarzy się z filmem nakręconym na podstawie książki Henryka Sienkiewicza.W Polsce nadal zakorzeniony jest negatywny stosunek do zakonu
ukształtowany w znacznym stopniu przez literaturę XIX -wieczną..
Zakon krzyżacki - pełna nazwa brzmi: Zakon Szpitala Najświętszej Marii
Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie (Zakon Krzyżacki, Zakon Niemiecki,
łac. Ordo fratrum domus hospitalis Sanctae Mariae Theutonicorum in
Jerusalem, Ordo Teutonicus, OT, niem. Orden der Brüder vom Deutschen
Haus Sankt Mariens in Jerusalem, Deutscher Orden, DO) – zakon rycerski,
jeden z trzech największych, obok joannitów i templariuszy, które
powstały na fali krucjat w XII w. Zakon na wiele setek lat opanował
ziemie Prus Wschodnich oraz Łotwy i Estonii tworząc Prusy
Zakonne. Zakonnikom udało się także częściowo podbić tereny ówczesnej Polski oraz Litwy.
Książka Klausa Militzera przedstawia dzieje zakonu krzyżackiego od momentu jego powstania
z Ziemi Świętej w 1190 r., jako wspólnoty powołanej do opieki nad
chorymi, kalekami, pielgrzymami, aż do czasów po pierwszej wojnie
światowej, kiedy to przekształcił się w zakon duchowny, istniejący po
dziś dzień. Zakon krzyżacki podjął próbę podjęcia walki z niewiernymi poza Ziemią
Świętą, próbując najpierw zorganizować swoją siedzibę na terenie
Siedmiogrodu, a później ostatecznie w Prusach (1226).
Po utracie Akki w 1291 r. siedziba Wielkiego Mistrza została przeniesiona do Wenecji, a później w 1309r. do Malborka.
Po utracie Akki w 1291 r. siedziba Wielkiego Mistrza została przeniesiona do Wenecji, a później w 1309r. do Malborka.
Zakon miał wojskową organizację i sprawną politykę osadniczą, w sumie tworzył wiele dobrego, chociaż założę się, że wiele osób opierających swoją wiedzę o zakonie na Krzyżakach Henryka Sienkiewicza, zaśmiałoby się ironicznie..
Zakonnicy przede wszystkim zakładali miasta, rozbudowywali istniejące już zamki, dzięki czemu mogli kontrolować swoje włości:).
Ciężkie czasy zaczęły się po najsłynniejszej bitwie średniowiecza, bitwie pod Grunwaldem (1410r.), którą jak wiemy Zakon przegrał, a jej następstwem były dwa pokoje toruńskie (1411 i 1466).
Kolejnym przełomem było przejście na ewangelizm wielkiego mistrza Albrechta von Hohenzollerna, co automatycznie doprowadziło do sekularyzacji zakonu (1525r.). Dopiero jego następcy, Walterowi von Cronberg, powiodła się konsolidacja zakonu i konieczne reformy.
Na wzmocnienie pozycji zakonu wpłynęły bliskie powiązania z katolickimi rodami panującymi (przede wszystkim z Habsburgami).
Zakonnicy przede wszystkim zakładali miasta, rozbudowywali istniejące już zamki, dzięki czemu mogli kontrolować swoje włości:).
Ciężkie czasy zaczęły się po najsłynniejszej bitwie średniowiecza, bitwie pod Grunwaldem (1410r.), którą jak wiemy Zakon przegrał, a jej następstwem były dwa pokoje toruńskie (1411 i 1466).
Kolejnym przełomem było przejście na ewangelizm wielkiego mistrza Albrechta von Hohenzollerna, co automatycznie doprowadziło do sekularyzacji zakonu (1525r.). Dopiero jego następcy, Walterowi von Cronberg, powiodła się konsolidacja zakonu i konieczne reformy.
Na wzmocnienie pozycji zakonu wpłynęły bliskie powiązania z katolickimi rodami panującymi (przede wszystkim z Habsburgami).
Od połowy XVI w. i przez cały następny wiek Zakon brał udział w
walkach z Turkami, którzy w stopniu znacznym zagrażali chrześcijańskiej Europie. Rycerze
krzyżaccy uczestniczyli w bitwie pod Wiedniem w r. 1683, walczyli pod wodzą Jana III Sobieskiego.
W 1809 r. decyzją Napoleona zakon został rozwiązany. W posiadaniu zakonu pozostały jednie prowincje śląska i czeska oraz Słowenia i Tyrol.Terytorium zakonu było już zbyt małe, aby można było myśleć o suwerenności. Dopiero decyzja Franciszka I z 1834 r. wskrzesiła do życia zakon z jego przywilejami i obowiązkami w powiązaniu z cesarstwem naddunajskim.
W 1809 r. decyzją Napoleona zakon został rozwiązany. W posiadaniu zakonu pozostały jednie prowincje śląska i czeska oraz Słowenia i Tyrol.Terytorium zakonu było już zbyt małe, aby można było myśleć o suwerenności. Dopiero decyzja Franciszka I z 1834 r. wskrzesiła do życia zakon z jego przywilejami i obowiązkami w powiązaniu z cesarstwem naddunajskim.
Nowa konstytucja zakonu z 1840 r. została potwierdzona i
zaczął się okres szybkiego rozwoju.
Rozpad monarchii w 1918r. rozerwał zakon na cztery prowincje: austriacką, włosko – południowotyrolską, czechosłowacką i jugosłowiańską.
Rozpad monarchii w 1918r. rozerwał zakon na cztery prowincje: austriacką, włosko – południowotyrolską, czechosłowacką i jugosłowiańską.
W 1939 r.
Hitler zabronił działalności zakonu. Niełatwa była też sytuacja w okresie powojennym,
gdy majątek zakonu został przejęty. Jedynie w Austrii zakon odzyskał swe
posiadłości w 1947 r. W okresie powojennym zakon wznowił prace w
ramach opieki nad chorymi, szkolnictwie, domach studenckich, domach
starców i parafiach.
Jak wielkie kiedyś były posiadłości zakonu i jego znaczenie przypominają majątki w Wiener Neustadt, Friesach, Klagenfurt, Spital an der Drau, Gumpoldskirchen i w Wiedniu, gdzie od 1206 r. znajduje się siedziba główna zakonu w Austrii.
Jak wielkie kiedyś były posiadłości zakonu i jego znaczenie przypominają majątki w Wiener Neustadt, Friesach, Klagenfurt, Spital an der Drau, Gumpoldskirchen i w Wiedniu, gdzie od 1206 r. znajduje się siedziba główna zakonu w Austrii.
![]() |
| Kościół Zakonu w Wiedniu. |
Zakon doskonale funkcjonuje także obecnie. Niedawno miałam okazję będąc w Wiedniu zwiedzić siedzibę Wielkiego Mistrza. Jest nią dom zakonny przy
Singerstraße 7, obok archikatedry św. Szczepana. Austriackie zakonnice
mają swój dom w Friesach. Obecnie
tutaj jest także sekretariat Wielkiego Mistrza, gdzie referenci
podejmują decyzje o socjalnych i charytatywnych akcjach. Kościół i część konventu po uprzednim umówieniu się można zwiedzać. przy zakonie znajdują się także niedrogie (jak na warunki wiedeńskie) pokoje gościnne.
O przebogatej historii zakonu świadczą przechowywane w skarbcu i archiwum
centralnym zakonu obiekty liturgiczne, relikwiarze, insygnia, ornaty,
medale, akty nadania itp. W kompleksie przy Singerstrasse można często
posłuchać muzyki klasycznej w historycznej „salla ternara” lub
uczestniczyć w nabożeństwie w gotyckim kościele św. Elżbiety.
![]() |
| Wielki Mistrz - Abt Dr. Bruno Platter. |
Obecnie członkowie Zakonu noszą strój zgodny z gałęzią do której nalezą.
Nowicjusze Zakonu przywdziewają czarną sutannę przepasaną pasem oraz
czarny płaszcz. Dodatkowo na szyi noszą na sznurku krzyż zakonny. Po
ślubach czasowych otrzymują czarny płaszcz z krzyżem zakonu. Po ślubach
wieczystych w sutannę "na stałe" zostaje wpięty krzyż zakonny, zaś
zamiast czarnego płaszcza bracia noszą biały płaszcz z czarnym krzyżem.
Kandydaci na księży oblatów noszą najpierw szary płaszcz, zaś później
szary płaszcz z czarnym krzyżem. Siostry zakonne noszą czarne habity
oraz biały welon oraz podobnie jak bracia krzyż przewieszony na szyi.
Familiarzy świeccy noszą na świeckim ubraniu czarny płaszcz z krzyżem
zakonnym, zaś duchowni diecezjalni do sutanny w kolorze zgodnym z ich
godnością i komży czarny mucet z krzyżem zakonnym i krzyż powieszony na
szyi.
Autor Historii zakonu krzyżackiego, profesor mediewista na uniwersytecie w Bochum, omawia w książce niezwykle dokładnie etapy rozwoju zakonu od jego powstania, w zasadzie od jego zalążka, poprzez rozwój, opisuje podboje dokonane przez zakon,
przedstawia jego Regułę, strukturę organizacyjną i społeczną,
specyficzne warunki panujące w poszczególnych rejonach, stosunki z
sąsiadującymi państwami (np. z Polską) i stosunek do narodów sobie
podporządkowanych (np. Prusów, Litwinów, Łotyszów). Książka zawiera
wiele informacji na temat zmian, jakie na przestrzeni wieków zachodziły w
samym zakonie, oraz w sposobie postrzegania go przez inne kraje Europy, w tym przez Polskę i Polaków.
Książkę czytałam przez ostatnie 2 miesiące "w odcinkach". Chociaż czytało mi się ją doskonale, zdaje sobie sprawę, że jest to lektura dla osób zainteresowanych historią. Informacji w książce zawartych jest bardzo dużo, prof Militzer pokusił się bowiem o ukazanie kilku wieków historii Zakonu, historii, która była niesamowicie burzliwa. Warto jednak sięgnąć po książkę, chociażby z tego powodu, żeby sprawdzić, jak mylne mamy w sobie zakorzenione przekonanie o Zakonie i jak w sumie nijak ma się ono do prawdziwej historii i funkcji Zakonu.
Cennym dodatkiem jest bardzo bogata bibliografia, która pozwala osobom zainteresowanym tematyką sięgnąć do kolejnych źródeł.
Bardzo ważny i pomocny w lekturze jest słowniczek objaśnień, który prezentuje nam i tłumaczy wszystkie skróty i zagadnienia związane, czy to z historią, czy to z funkcjonowaniem Zakonu.
Dodatkowym plusem jest zbiór map, dzięki którym możemy zobaczyć kolejne etapy rozwoju i podbojów Zakonu na przestrzeni wieków.
Gorąco zachęcam do lektury książki, która pochodzi z cenionej przeze mnie (pod względem merytorycznym i formy przekazu informacji) serii Biblioteka Historii Kościoła.
Zdjęcia pochodzą ze strony www.deutscher-orden.at
Zdjęcia pochodzą ze strony www.deutscher-orden.at
wtorek, 12 czerwca 2012
Niemcy bronią się przed Polską. Ewolucja taktyki Blitzkriegu 1918-1933 - Robert Citino
Instytut Wydawniczy Erica, Tytuł oryginalny:
The Evolution of Blitzkrieg Tactics: German Defends Itself Against Poland, 1918-1933, Oprawa miękka, 352 s., Moja ocena 5,5/6
Mimo, iż książkę przeczytałam już jakiś czas temu, postanowiłam zaprezentować ją wam dzisiaj, jako swoiste preludium, wstęp, uzupełnienie (jak zwał tak zwał) do kryminałów Izabeli Żukowskiej Teufel i Gotenhafen. Oczywiście kryminały da się zrozumieć bez lektury książki autorstwa profesora Citino, ale znając tło historyczne i jego genezę, na pewno lektura będzie pełniejsza, jeżeli oczywiście interesuje was historia Pomorza i Wolnego Miasta Gdańsk.
Ja przeczytałam więcej niż pół książki, pominęłam część o uzbrojeniu, przyznaję się. Jestem z tych osób, które interesują - geneza i konsekwencje. Jednak ta część, którą przeczytałam, mnie (jako historykowi z wykształcenia) bardzo przypadła do gustu, zarówno pod względem merytorycznym jak i sposobu "zaserwowania" czytelnikowi informacji. Mój mąż, który od lat interesuje się historią I i II wojny światowej przeczytał całą książkę i jest nią zachwycony:)
Autor
tej monografii jest amerykańskim badaczem, zajmującym się rozwojem
doktryny wojny błyskawicznej oraz siłami zbrojnymi Niemiec. Z tej
dziedziny opublikował szereg znanych prac.
Wielu
historyków ma tendencję do spychania historii wojskowości na boczny
tor, uznając ją za mniej ważną. Jak twierdzi autor, nie sposób
jednak zrozumieć pewnych zagadnień historii bez zbadania jej
aspektów militarnych. I ja się z nim w 100% zgadzam.
Jednym
z takich zagadnień są omawiane także w tej książce stosunki Republiki Weimarskiej z Polską.
Po
klęsce w I wojnie światowej Niemcy zostały rozbrojone i znacznie
osłabione, a tym samym zmuszone do oddania nowo powstającemu państwu
polskiemu większej części Górnego Śląska, Wielkopolski, Prus
Zachodnich. Niektóre z tych ziem, jak np. Wielkopolska były
etnicznie polskie, inne, jak np. Górny Śląsk wręcz przeciwnie.
Ponadto wielkim problemem dla Niemców był Gdańsk, w którym
niemieccy mieszkańcy zostali przekształceni w mieszkańców Wolnego
Miasta Gdańsk.
Taka
sytuacja spowodowała, że w okresie między I i II wojną światową,
Polska i Niemcy byli wrogami. Ponieważ wojska niemieckie traktatem
wersalskim zostały ograniczone do 100,000 żołnierzy nie było
najmniejszych szans na rewizję ustaleń z Wersalu przy użyciu siły.
Takie realia militarne, jak pisze prof. Citino, zmuszały armię
niemiecką do planowania obrony granic przed potencjalnym polskim
atakiem. Stąd pomysł na książkę i jej tytuł.
Podstawą
książki są materiały niepublikowane w postaci zmikrofilmowanych
po wojnie niemieckich dokumentów oraz raportów amerykańskich
oficerów, przyglądających się niemieckim manewrom. Oprócz tego
autor wykorzystał oczywiście szereg opracowań. Ze względu na
trudności z dotarciem do materiałów, jak i zapewne ze względu na
barierę językową, prof. Citino nie dotarł do polskich dokumentów
i publikacji. Jednak biorąc pod uwagę opisane we wstępie idee, jakie przyświecały autorowi – ukazaniu armii polskiej oczami niemieckich żołnierzy –
materiały te nie byłyby, aż tak ważne, na pewno nie wpłynęłyby na poziom książki.
Praca
prof. Citino składa się z czterech rozdziałów. W pierwszym
omówiony został okres przejściowy w dziejach armii niemieckiej ,
czyli lata 1918 – 1921, kiedy to z jednej strony trwała
demobilizacja starej armii cesarskiej, a z drugiej budowa nowej
Reichswehry. Autor ukazał, jakim szokiem dla Niemców były
przekazane im 7 maja 1919 r. warunki traktatu wersalskiego.
Drugą
część swojej pracy prof. Citino poświęcił na omówienie okresu
stabilizacji i wzmacniania spójności armii.
Trzeci
rozdział swojej pracy prof. Citino poświęcił na przedstawienie
armii polskiej w oczach niemieckich wojskowych. Informacje o niej
czerpali oni z dwóch standardowych źródeł – informacji
wywiadowczych i przesłuchań dezerterów.
Czwarty
rozdział przedstawia przekształcenia armii niemieckiej w latach
1927 – 1933, która już w tym okresie rozpoczęła swoją
rozbudowę.
Autor
w bardzo przystępny sposób ukazuje nam procesy zachodzące w
Niemczech w latach 1918-1933. Choć powstrzymywany, wręcz spętany
kajdanami traktatu wersalskiego, kraj był ośrodkiem, w którym
prężnie działały wielkie umysły wojskowości. Citino opisuje
ewolucję armii niemieckiej, zmiany zachodzące w taktyce i doktrynie
wojskowości w kontekście stosunków polsko – niemieckich.
Książka
oparta jest na bardzo bogatym i dokładnie przebadanym
żródłoznawstwie. Język, jakim operuje autor jest bardzo
przystępny i pozwala zrozumieć, w jaki sposób armia niemiecka
dochodziła do swojej potęgi, jaką prezentowała na początku i w
trakcie II wojny światowej.
Ogromnym
plusem są przypisy i liczne mapy oraz obraz Wojska Polskiego ukazany
w opowieściach niemieckich żołnierzy. Doskonałym uzupełnieniem jest także bardzo obszerna bibliografia, pozwalająca osobom zainteresowanym sięgnąć do kolejnych pozycji.
I taki mały dodatek, to doskonała jakość wydania na świetnym papierze. Mamy gwarancję, że książka nie rozleci się po kilkukrotnym jej przeczytaniu.
I taki mały dodatek, to doskonała jakość wydania na świetnym papierze. Mamy gwarancję, że książka nie rozleci się po kilkukrotnym jej przeczytaniu.
Ale najbardziej urzekły mnie specjalne: przedmowa i wstęp do wydania polskiego.
Osobom zainteresowanym polecam lekturę książki. Jest to pozycja rzetelna i unikatowa zarówno, jeżeli chodzi o tematykę, jak i część merytoryczną.
sobota, 9 czerwca 2012
Długi cień Wielkiego Muru. Jak Polacy odkrywali Chiny - Edward Kajdański
Oficyna Naukowa, Okładka twarda, 399 s., Moja ocena 5,5/6
Jest to pozycja z tych, które czytam fragmentami, bo chociaż niezmiernie fascynujące, trzeba je niejako smakować, czytać powoli, trochę się nad treścią zastanowić.
Książce mogę dać tylko tak wysoką ocenę, a to z kilku powodów.
Książce mogę dać tylko tak wysoką ocenę, a to z kilku powodów.
Najważniejszy jest ten, iż takiej
pozycji dotąd na naszym rynku nie było. Aż dziwne, że nikt
wcześniej nie wpadł na pomysł poruszenia tej tematyki. Być może
nikomu nie przyszło do głowy, że tak liczna rzesza naszych rodaków
już kilka wieków temu podbijała Chiny.
Wśród wielu mieszkańców
Europy, którzy od XVII w. przybyli na dłużej bądż krócej do
tego kraju, Polaków była naprawdę duża grupa.
Należeli do nich przede wszystkim
misjonarze (głównie jezuici), którzy z polecenia rzymskich władz
udawali się na misje w Chinach, żeby szerzyć wiarę
chrześcijańską. Jednak, jak to jezuici, prowadzili nie tylko
działalność religijną, ale także naukową.
Druga grupa, która przybyła dosyć
licznie do Chin to polscy patrioci, którzy zostali wygnani lub sami
uciekli z kraju podczas powstań lub rozbiorów. Często byli oni
aresztowani przez carskie władze i trafiali na zesłanie hen daleko,
na krańce rosyjskiego imperium, aż pod granicę chińską. Stamtąd
już był krok do Chin. Była wśród nich grupa (całkiem zresztą
liczna), której udało się uciec z gułagu i przedostać do Chin.
Kolejna niestety zbyt liczna grupa polskich odkrywców Chin,
to urzędnicy i dyplomaci, którzy będąc zdrajcami lojalnymi wobec
zaborczych władz, brali udział w licznych rosyjskich misjach
dyplomatycznych i ekspedycjach naukowych do Chin.
Jako ciekawostkę podam wam, że
pierwszym Polakiem, który już w XIII w. dotarł do Chin był
wrocławski mnich, franciszkanin Benedykt Polak. W lipcu 1246 r. Benedykt Polak
stanął przed obliczem Wielkiego Chana. Był to pierwszy kontakt Starego
Świata z Imperium Mongołów, na długo przed wyprawą Marco Polo. Polak był współtowarzyszem
papieskiej misji do stolicy mongolskiej – Karakorum. Wyprawa była poselstwem papieża Innocentego IV na dwór chana mongolskiego Gujuka. Celem poselstwa było zawarcie sojuszu z Mongołami przeciwko muzułmanom, którzy zajęli Ziemię Świętą oraz dla zbadania sił tatarskich. Niespełna 4 lata wcześniej (1241r.) Tatarzy najechali Europę pozostawiając za sobą zgliszcza w Polsce, Węgrzech, Austrii i Dalmacji. Dalszy ich pochód przerwała śmierć wielkiego chana Ugedeja bowiem na wieść o niej Batu-chan wycofał swe wojska chcąc być obecnym przy podziale imperium.
Ta podróż do kraju Mongołów, w jaką udał się Benedykt Polak, była dla ówczesnych ludzi prawie
niewiarygodnym wyczynem! Bez jakichkolwiek map, bez podstawowych
informacji członkowie wyprawy przebyli na koniach w ciągu ponad 2 lat
ok. 14-15 tys. km. Po drodze walczyli z licznymi przeciwnościami losu, a owocem wyprawy
stał się pionierski opis nieznanej wcześniej części Azji i ludów, które
ją zamieszkiwały. Trzeba pamiętać, że horyzont geograficzny ludzi
średniowiecza był niezwykle ograniczony. Niemalże wszystko, co
znajdowało się na wschód od wybrzeży morza Kaspijskiego stanowiło dla
nich „terra incognita”. Wyobrażenia o tym, co znajdowało się „dalej”
sprowadzały się do opisów dziwacznych stworów i dzikich ludów. Wyprawa w
głąb Azji była więc, przedsięwzięciem nie tylko trudnym, ale i bardzo
niebezpiecznym.
Jak to się stało, że Benedykt Polak został członkiem tak prestiżowej
wyprawy? Najprawdopodobniej już wcześniej znał papieskiego legata.
Giovanni da Pian del Carpine był bowiem, jednym z bliskich
współpracowników św. Franciszka z Asyżu, zakładał franciszkańskie zakony
w całej Europie. W swoim czasie był także prowincjonałem zakonu we
Wrocławiu i zapewne z tego czasu wywodziła się ich znajomość.
Nie wiadomo, kiedy i gdzie dokładnie urodził się Benedykt Polak,
prawdopodobnie ok. roku 1200, a pojawiające się informacje o tym, że
pochodził z Wrocławia, czy Wielkopolski nie są udokumentowane. Nie wiadomo nawet czy Benedykt to jego prawdziwe imię, czy też przybrał je wstępując do zakonu. Benedictus Polonus był franciszkaninem, wstąpił do zakonu ok.
1236 r., ale zapewne większość życia spędzał poza murami klasztoru.
Był bowiem doświadczonym podróżnikiem, dobrze orientował się w geografii
ziem ruskich i biegle władał łaciną oraz językiem ruskim.
Dopiero w latach 60. XX w. została
odkryta przez amerykańskich naukowców z Uniwersytetu w Yale nieznana
dotąd relacja Benedykta z tej podróży. Jej fragmenty Edward
Kajdański zamieścił w swojej książce.
Kolejna grupą odkrywców Chin, o której wspomina Edward Kajdański, byli polscy budowniczowie także niezwykle
licznie przybywali na przestrzeni XVII i XIX w. do Chin. Budowali
przede wszystkim kolej wschodniochińską. Ich dzieło kontynuowali
specjaliści, którzy przybyli do Mandżurii bezpośrednio po
zakończeniu budowy kolei.
Wśród osób prezentowanych przez
autora jest także Witold Urbanowicz. Był on jedynym polskim
pilotem, który walczył z Japończykami w stacjonującej w Chinach, w
Kunmingu amerykańskiej eskadrze myśliwców, tzw. latających
tygrysów. Swój pobyt opisał on w książce Ogień nad Chinami,
której fragmenty Kajdański także przytacza.
Do najsłynniejszych odkrywców Chin
wymienionych w książce należą: Ignacy Krasicki, Maurycy Beniowski,
Jan Potocki, Józef Gieysztor.
Autor opowiada także o wielu innych,
mniej nam znanych, ale także niezmiernie fascynujących postaciach.
Sylwetka każdego z podróżników czy
misjonarzy jest bardzo szczegółowo opisana w książce. Autor
dołączył także bardzo dużą ilość przypisów. I co dla mnie
szczególnie istotne, przypisy znajdują się u dołu książki, nie
na jej końcu, co zdecydowanie ułatwia ich śledzenie.
Poza tym duża ilość zdjęć, planów
i rycin, które sprawiają, że lektura jest jeszcze ciekawsza. Czytając książkę Kajdańskiego, czułam się, jak kolejny odkrywca, zagłębiałam się bowiem w nieznane mi dotąd karty historii Polaków, z których na prawdę możemy być dumni.
Gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę
wyjątkową pozycję, tym bardziej, że zarówno od strony
merytorycznej, jak i od strony czysto estetycznych doznań
czytelniczych, jest to doskonała pozycja, a z każdej kolejnej
strony wyziera ogrom pracy, jaką autor włożył w zgromadzenie tak
dużej ilości materiałów.
Sam autor jest także postacią niebanalną i niezwykle ciekawą. Ur. w 1925r.w Chinach. Jest polskim pisarzem, dziennikarzem i dyplomatą. W 1944r. rozpoczął studia farmacji na Uniwersytecie Północnomandżurskim, które porzucił i w 1945, już po zajęciu Harbinu przez Armię Czerwoną,
rozpoczął studia związane z kolejnictwem na Politechnice Harbińskiej,
kończąc je w 1951. Od razu po zakończeniu studiów wyjechał do Polski, w
ramach repatriacji ludności polskiej. Dzięki płynnej znajomości chińskiego, od 1957r. pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a w 1963r. otrzymał stanowisko w biurze radcy handlowego w Pekinie, gdzie na różnych stanowiskach pracował do 1975r. W okresie 1979 - 1982 znów był w Chinach, tym razem jako konsul w Kantonie.
Cały dorobek literacki E. Kajdańskiego związany jest tematycznie z
Chinami i Polakami działającymi w Chinach. Działalność pisarską
rozpoczął w 1957, gdy dwa jego opowiadania przyjęło Poleskie Radio. Od 1957r. nawiązał współpracę z szeregiem czasopism polskich, m.in. Poznaj Świat, Wiedza i Życie
i Kontynenty. Od 1971r. wydaje też popularnonaukowe i naukowe książki
poświęcone Chinom. Część z nich wydał pod pseudonimem Władysław Kański.
Oprócz pisarstwa E. Kajdański maluje obrazy inspirowane malarstwem
chińskim. Miał kilka wystaw autorskich.
W 2006 r. pod pseudonimem Aleksander Franchetti wydał powieść Tybetańska księżniczka, zawierającą wątki autobiograficzne m.in. z
dzieciństwa i młodości w Mandżurii i pobytu na placówce w Kantonie.
Ciekawym fikcyjnym wątkiem powieści jest trzecia bomba atomowa, która
spadła na Japonię, ale nie eksplodowała. Bohater powieści dowiaduje się,
że rząd Cesarstwa Japonii potajemnie wywiózł ją do Szanghaju, aby mieć
kartę przetargową w pertraktacjach o kapitulację. Lekturę Tybetańskiej księżniczki mam za sobą i szczerze polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





