Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 4-/6
Nie ukrywam, że czytając wydawnicze porównanie do Twin Peaks (na marginesie - uwielbiam ten serial) spodziewałam się równie wspaniałej i klimatycznej książki. I niestety rozczarowałam się. Tzn. Laura jako taka nie jest złą powieścią (choć nie jest arcydziełem). Może gdyby nie zapowiedzi wydawnicze...
Jedynym punktem łączącym omawianą książkę z w/w serialem jest tajemnicze zaginięcie uczennicy Laury i liczne tajemnice, które posiada zaginiona, a które w trakcie śledztwa odsłaniane są jedna po drugiej. Dochodzenie rozpoczyna przybyła do Palokaski po wielu latach nieobecności Mia, która objęła posadę pedagoga w szkole, w której uczyła się zaginiona. Mia ma do tego predyspozycje. Przez ostatnie lata pracowała jako
konsultantka w policji i brała udział w organizowaniu grupy do spraw
mediów społecznościowych, zna także większość mieszkańców Palokaski. A propos Mii mała dygresja, a właściwie chwila zastanowienia, czy jest ona typowym przykładem fińskich wyzwolonych kobiet po 30-tce? Jeżeli tak to strach się bać. Kobieta doskonale wykształcona, ale uzależniona od portali społecznościowych i mam wrażenie, że także seksu z przypadkowymi męźczyznami oraz kalorycznych przysmaków oraz z mnóstwem problemów wewnętrznych.
Ale wracajmy do śledztwa. Mia nawet przez moment nie przypuszcza, iż rozpoczynając je otwiera coś jeszcze gorszego niż przysłowiowa puszka Pandory. Na jaw wychodzą różne tajemnice, niektóre błahe inne okropne, przerażające. I to powiedzmy w jakiś tam minimalny sposób łączy Laurę z Twin Peaks. Brak jednak czegoś podstawowego, czym jest to nieuchwytne coś, co niewątpliwe posiadał serial Davida Lyncha - brak atmosfery, grozy, tajemnicy, brak ikry.
Gdybym dostała Laurę bez okładki, bez notek wydawniczych, oceniłabym książkę wyżej. Czyli z tego wniosek, że wydawniczy PR nie zawsze służy książkom. Ponieważ jest to 1. (z zaplanowanych trzech) część historii, nie skreślam Laury całkowicie. Postanowiłam sięgnąć po kolejny tom licząc, iż autorzy postawią sobie wyżej poprzeczkę i do niej dociągną. Potencjał jest, możliwości także, zobaczymy co z tego wyjdzie.
Tak jeszcze się zastanawiam, gdyby wydać całą książkę od razu, może to by jakoś ożywiło lekturę, bo momentami śledztwo ciągnęło się odrobinę, a zakończenie jest takie jakieś zawieszone w próżni, jakby ktoś bez zastanowienia zdecydował - o tu zrobimy koniec 1. tomu, ciach tniemy.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
czwartek, 14 sierpnia 2014
środa, 13 sierpnia 2014
Parabellum Tom 2. Horyzont zdarzeń
Instytut Wydawniczy Erica, Ocena 5/6
Recenzja mojego męża.
Powieść Horyzont zdarzeń to druga część cyklu Parabellum. Trudno cokolwiek więcej napisać o 2. tomie, nie zdradzając przy tym treści 1. Siłą rzeczy, nie będzie to długa opinia.
Bohaterami są ponownie bracia Zaniewscy, którzy nadal tułają się po ogarniętej wojenną poźogą Europie. Mamy jesień 1939 roku, a dokładnie październik. Miesiąc temu Hitler napadł na Polskę. Jeden z braci, Bronisław próbuje z narażeniem życia, podróżując w bydlęcym wagonie odnaleźć na Kresach narzeczoną, a drugi - Stanisław wraz z ukochaną Marią nadal ucieka na Zachód. W trakcie tej podróży, ucieczki towarzyszył im psychopatyczny morderca, o którego tajemnicy nie mają pojęcia. Czyli podobnie jak w I tomie, Zaniewscy walczą, zabijają, uciekają przed wrogami, wplątują się w afery szpiegowskie, czyli ponownie dzieje się oj dzieje. Śledzimy także losy znanego z wcześniejszego tomu hauptmanna Leitnera, który został zdegradowany i obecnie za karę służy w SS. Temu ostatniemu towarzyszymy w pogoni za oczyszczaniem honoru i dobrego imienia. Wydarzenia śledzimy z perspektywy czterech osób, co daje nam ciekawy obraz zarówno wojny, jak i głównych bohaterów. Niektórych z nich polubimy bardziej, niektórych mniej, ale wobec żadnej z wykreowanych przez autora postaci nie pozostaniemy obojętni. Żadna z osób nie jest też jednoznaczna, dobra z charakteru lub zła. I to także jest bardzo ciekawe, jak w trakcie lektury zmienia się nasze podejście do danej osoby.
Autorowi po raz kolejny na tle zawirowań historycznych udało się ukazać arcyciekawe, mocno awanturnicze losy polskich braci oraz ich niemieckich i radzieckich wrogów, znajomych, sprzymierzeńców. W obu tomach akcja pędzi jak szalona. Jest ona o tyle zawadiacka, ciekawie ukazana, że w sumie można by ją przenieść w dowolny okres naszej historii. To ważne, ponieważ zdecydowanie może zachęcić do lektury cyklu przeciwników historii jako takiej. W Parabellum nie historia sama w sobie jest najważniejsza, a ludzie i ich przygody, takie trochę spod znaku płaszcza i szpady, Hansa Klossa:) Owszem historii w obu tomach jest sporo, ale jest ona tylko tłem. Na pierwszy plan wysuwają się świetnie zarysowani bohaterowie i ich przygody momentami ala mission impossible, ale doskonale opisane. Całość trzymają w ryzach i nadają tempa krótkie, jakby migawkowe rozdziały, opatrzone datą.
Jestem ciekawy, kiedy ktoś z producentów wpadnie na pomysł kupienia praw do ekranizacji serii Parabellum. Czyta się świetnie, podejrzewam, że przy odpowiednim scenarzyście, reżyserze i doskonałych aktorach, oglądałoby się równie doskonale. Na razie pozostaje nam czekać na dalszy ciąg przygód bohaterów.
Recenzja mojego męża.
Powieść Horyzont zdarzeń to druga część cyklu Parabellum. Trudno cokolwiek więcej napisać o 2. tomie, nie zdradzając przy tym treści 1. Siłą rzeczy, nie będzie to długa opinia.
Bohaterami są ponownie bracia Zaniewscy, którzy nadal tułają się po ogarniętej wojenną poźogą Europie. Mamy jesień 1939 roku, a dokładnie październik. Miesiąc temu Hitler napadł na Polskę. Jeden z braci, Bronisław próbuje z narażeniem życia, podróżując w bydlęcym wagonie odnaleźć na Kresach narzeczoną, a drugi - Stanisław wraz z ukochaną Marią nadal ucieka na Zachód. W trakcie tej podróży, ucieczki towarzyszył im psychopatyczny morderca, o którego tajemnicy nie mają pojęcia. Czyli podobnie jak w I tomie, Zaniewscy walczą, zabijają, uciekają przed wrogami, wplątują się w afery szpiegowskie, czyli ponownie dzieje się oj dzieje. Śledzimy także losy znanego z wcześniejszego tomu hauptmanna Leitnera, który został zdegradowany i obecnie za karę służy w SS. Temu ostatniemu towarzyszymy w pogoni za oczyszczaniem honoru i dobrego imienia. Wydarzenia śledzimy z perspektywy czterech osób, co daje nam ciekawy obraz zarówno wojny, jak i głównych bohaterów. Niektórych z nich polubimy bardziej, niektórych mniej, ale wobec żadnej z wykreowanych przez autora postaci nie pozostaniemy obojętni. Żadna z osób nie jest też jednoznaczna, dobra z charakteru lub zła. I to także jest bardzo ciekawe, jak w trakcie lektury zmienia się nasze podejście do danej osoby.
Autorowi po raz kolejny na tle zawirowań historycznych udało się ukazać arcyciekawe, mocno awanturnicze losy polskich braci oraz ich niemieckich i radzieckich wrogów, znajomych, sprzymierzeńców. W obu tomach akcja pędzi jak szalona. Jest ona o tyle zawadiacka, ciekawie ukazana, że w sumie można by ją przenieść w dowolny okres naszej historii. To ważne, ponieważ zdecydowanie może zachęcić do lektury cyklu przeciwników historii jako takiej. W Parabellum nie historia sama w sobie jest najważniejsza, a ludzie i ich przygody, takie trochę spod znaku płaszcza i szpady, Hansa Klossa:) Owszem historii w obu tomach jest sporo, ale jest ona tylko tłem. Na pierwszy plan wysuwają się świetnie zarysowani bohaterowie i ich przygody momentami ala mission impossible, ale doskonale opisane. Całość trzymają w ryzach i nadają tempa krótkie, jakby migawkowe rozdziały, opatrzone datą.
Jestem ciekawy, kiedy ktoś z producentów wpadnie na pomysł kupienia praw do ekranizacji serii Parabellum. Czyta się świetnie, podejrzewam, że przy odpowiednim scenarzyście, reżyserze i doskonałych aktorach, oglądałoby się równie doskonale. Na razie pozostaje nam czekać na dalszy ciąg przygód bohaterów.
Jeżynowa zima
Wydawnictwo Między Słowami, Moja ocena 5/6
Nie sądziłam, że Jeżynowa zima aż tak przypadnie mi do gustu i chwyci za serce. Tym bardziej, iż Marcowe fiołki tej samej autorki nie powaliły mnie z zachwytu na kolana. Przyznam się, iż książkę zaczęłam czytać bez zbytniego przekonania. Na urlopie jestem i jedynym sensownym czytadłem, cienkim, lekkim na plażę jest ta książka. Zaczęłam czytać i przepadłam.
Autorka naprzemiennie opowiada nam historie, które wydarzyły się w Seattle w czasie tzw. jeżynowej zimy w 1933 roku i 2010 roku. Bohaterkami są dwie kobiety, bardzo różne od siebie. Claire odnosząca sukcesy dziennikarka, mężatka, mająca ciepły dom, stałe dochody i Vera niedojadająca, chodząca w brudnych łachmanach pokojówka, której jedynym marzeniem jest zapewnienie kromki chleba i szklanki mleka dla swojego trzyletniego synka. Kobiety wydaja się tak różne od siebie. To prawda. Jednak łączy je tragedia, którą przeżyły. obie straciły dziecko. Claire od roku nie może pogodzić się ze śmiercią nienarodzonego dziecka. Jej małżeństwo rozlatuje się, nie potrafią z mężem zbliżyć się do siebie, każde z nich osobno przeżywa dramat.
Vera pewnej nocy musiała iść do pracy i zostawiła w nędznym, choć bezpiecznym jak jej się zdawało mieszkaniu swojego trzyletniego synka. Gdy rano wróciła do domu, Daniela nie było. Nikt nie potrafił jej powiedzieć, co się z chłopcem stało. Policja lekceważy jej zgłoszenie. wszak jest kolejną zawracającą głowę nędzarką.
Claire dostaje polecenie napisania artykułu o jeżynowej zimie sprzed blisko 80 lat. Trafia na ślad historii Very. Sprawa zaginionego chłopca na tyle ją intryguje, że rozpoczyna własne śledztwo. postanawia rozwikłać sprawę, co do tej pory nie udało się policji. Co prawda Verze juz nie pomoże, ale przebieg śledztwa i jego następstwa będą zadziwiające i niespodziewanie uratują ją samą.
Niesamowita, poruszająca i dająca nadzieję opowieść. Sarah Jio w fantastyczny sposób pokazuje co w życiu ma prawdziwą wartość, a co jest tylko bzdurną ułudą, o co warto kruszyć przysłowiową kopię, a co nie ma absolutnie znaczenia. Ważne, żeby w porę dostrzec i jedno i drugie. Jeżynowa zima sprawia, że pogrążamy się w lekturze, ale poza tym nabieramy siły, a to chyba każdej z nas od czasu do czasu jest potrzebne. Jest to taka historia, którą ja nazywam plasterkiem na zbolałą duszę. Gorąco zachęcam do lektury.
Nie sądziłam, że Jeżynowa zima aż tak przypadnie mi do gustu i chwyci za serce. Tym bardziej, iż Marcowe fiołki tej samej autorki nie powaliły mnie z zachwytu na kolana. Przyznam się, iż książkę zaczęłam czytać bez zbytniego przekonania. Na urlopie jestem i jedynym sensownym czytadłem, cienkim, lekkim na plażę jest ta książka. Zaczęłam czytać i przepadłam.
Autorka naprzemiennie opowiada nam historie, które wydarzyły się w Seattle w czasie tzw. jeżynowej zimy w 1933 roku i 2010 roku. Bohaterkami są dwie kobiety, bardzo różne od siebie. Claire odnosząca sukcesy dziennikarka, mężatka, mająca ciepły dom, stałe dochody i Vera niedojadająca, chodząca w brudnych łachmanach pokojówka, której jedynym marzeniem jest zapewnienie kromki chleba i szklanki mleka dla swojego trzyletniego synka. Kobiety wydaja się tak różne od siebie. To prawda. Jednak łączy je tragedia, którą przeżyły. obie straciły dziecko. Claire od roku nie może pogodzić się ze śmiercią nienarodzonego dziecka. Jej małżeństwo rozlatuje się, nie potrafią z mężem zbliżyć się do siebie, każde z nich osobno przeżywa dramat.
Vera pewnej nocy musiała iść do pracy i zostawiła w nędznym, choć bezpiecznym jak jej się zdawało mieszkaniu swojego trzyletniego synka. Gdy rano wróciła do domu, Daniela nie było. Nikt nie potrafił jej powiedzieć, co się z chłopcem stało. Policja lekceważy jej zgłoszenie. wszak jest kolejną zawracającą głowę nędzarką.
Claire dostaje polecenie napisania artykułu o jeżynowej zimie sprzed blisko 80 lat. Trafia na ślad historii Very. Sprawa zaginionego chłopca na tyle ją intryguje, że rozpoczyna własne śledztwo. postanawia rozwikłać sprawę, co do tej pory nie udało się policji. Co prawda Verze juz nie pomoże, ale przebieg śledztwa i jego następstwa będą zadziwiające i niespodziewanie uratują ją samą.
Niesamowita, poruszająca i dająca nadzieję opowieść. Sarah Jio w fantastyczny sposób pokazuje co w życiu ma prawdziwą wartość, a co jest tylko bzdurną ułudą, o co warto kruszyć przysłowiową kopię, a co nie ma absolutnie znaczenia. Ważne, żeby w porę dostrzec i jedno i drugie. Jeżynowa zima sprawia, że pogrążamy się w lekturze, ale poza tym nabieramy siły, a to chyba każdej z nas od czasu do czasu jest potrzebne. Jest to taka historia, którą ja nazywam plasterkiem na zbolałą duszę. Gorąco zachęcam do lektury.
wtorek, 12 sierpnia 2014
Powróz, czyli Białkowski po raz kolejny zaskakuje i trzyma formę
Wydawnictwo Oficynka, Moja ocena 5,5/6
Książki Tomasza Białkowskiego bardzo cenię. Sam pisarz też jest człowiekiem niezwykle sympatycznym, bardzo mądrym, o czym najdobitniej może świadczyć ilość posiadanych kotów oraz fakt, iż to one wiodą prym w mieszkaniu (takie odnoszę wrażenie z zamieszczanych zdjęć na blogu). Mądry człowiek zawsze godzi się z oczywistymi faktami i uznaje prymat kota:). Wiem coś o tym, mam 3 koty w domu:) A koty mają nas, czyli służbę:)
Byłam ciekawa, jaki będzie Powróz. Książka zaskoczyła mnie, a jednocześnie nie. Nie zaskoczyła ponieważ okazała się świetną opowieścią opartą na autentycznych wydarzeniach. Do tego Białkowski przyzwyczaił mnie już w "werensowej trylogii" (moja własna nazwa:))
Zaskoczeniem był fakt, iż tym razem autor odrobinę bardziej odszedł od formy kryminału na rzecz powieści obyczajowo-społeczno-psychologicznej, trudno nawet jednoznacznie to określić.
O treści nie napiszę prawie nic. Po pierwsze nie chcę wam odbierać przyjemności i elementu zaskoczenia, które niewątpliwie będą waszym udziałem w trakcie lektury. A poza tym trudno o treści napisać. Tzn. wiadomo, iż podstawą są wydarzenia zwane pogromem kieleckim, które miały miejsce 04 lipca 1946 roku. Doszło wtedy m.in. do publicznej egzekucji 11 zbrodniarzy z hitlerowskiego obozu w Stutthofie oraz mordu na ludności żydowskiej. Tej ostatniej zbrodni dokonała ludność polska przy współudziale żołnierzy Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Milicji Obywatelskiej. W wyniku pogromu zginęło 37 Żydów (35 zostało rannych). Zginęło też trzech Polaków.
Jednak bez obaw, Powróz nie jest książką historyczną, a tylko nawiązuje do takowych wydarzeń. Białkowski nie stawia zarzutów, nowych tez historycznych, a tylko wplata minione wydarzenia w te współczesne. Akcja rozgrywa się bowiem współcześnie i w trakcie lektury długo trudno było mi powiązać wydarzenia sprzed ponad 60 lat z tymi współczesnymi. A wszystko łączy jedna prosta rzecz, człowiek i jego najprymitywniejsze, najgorsze cechy - nienawiść, żądza, strach i przerażająca małomiasteczkowa obłuda i głupota.
Wierzcie mi, autor tak realistycznie nakreślił małomiasteczkowe piekiełko, że po lekturze książki, będziecie tego typu miejsca omijać szerokim łukiem. Losowi dziękuję, że nie przyszło mi w takim miejscu żyć. To nawet nie jest Polska kategorii B, a jakiejś X, czy Y. Miasteczko na pozór zadbane, wszyscy mają pracę, działa szkoła, przedszkole, dom kultury, odbywają się festyny, a gdy zajrzeć pod ten płaszczyk pozornego dostatku i szczęścia..strach się bać. I takie miasteczka możemy mijać wielokrotnie, nie zdając sobie nawet sprawy z ich istnienia.
Akcja jest wartka, ba można śmiało napisać, że od 1. strony pędzi i nie zwalnia nawet na moment. Bohaterowie odmalowani doskonale. Większości z nich nie polubimy, koło części nie chcielibyśmy nawet przejść, ale nic to, liczy się ich doskonałe ukazanie.
Najciekawiej jednak nakreślone są sylwetki 3 kobiet, niezwykle silnych. Każda z nich jest niebanalna, po przejściach, a jednak dają sobie radę i wzajemnie się wspierają. Iga, Marta i Anna podbiły mnie całkowicie.
Zakończenie, hmmm... zaskakuje i nie. Z jednej strony jest doskonałym odzwierciedleniem najgorszych cech ludzkich, a z drugiej daje jednak nadzieję.
Gorąco zachęcam do lektury i czekam na kolejną książkę autora.
Ps. Panie Tomaszu bardzo uprzejmie proszę Pawła Werensa (bardzo przeze mnie lubianego bohatera), trochę bardziej włączać do akcji. Ja wiem co przeszedł w trylogii, ale dobrze by było, żeby w kolejnej książce tak trochę się otrząsnął i uaktywnił. Mądry z niego był facet, choć życie go nie oszczędzało:). Smutno bez niego było, tak tylko sobie stanął chwilkę pogadał i już.
Książki Tomasza Białkowskiego bardzo cenię. Sam pisarz też jest człowiekiem niezwykle sympatycznym, bardzo mądrym, o czym najdobitniej może świadczyć ilość posiadanych kotów oraz fakt, iż to one wiodą prym w mieszkaniu (takie odnoszę wrażenie z zamieszczanych zdjęć na blogu). Mądry człowiek zawsze godzi się z oczywistymi faktami i uznaje prymat kota:). Wiem coś o tym, mam 3 koty w domu:) A koty mają nas, czyli służbę:)
Byłam ciekawa, jaki będzie Powróz. Książka zaskoczyła mnie, a jednocześnie nie. Nie zaskoczyła ponieważ okazała się świetną opowieścią opartą na autentycznych wydarzeniach. Do tego Białkowski przyzwyczaił mnie już w "werensowej trylogii" (moja własna nazwa:))
Zaskoczeniem był fakt, iż tym razem autor odrobinę bardziej odszedł od formy kryminału na rzecz powieści obyczajowo-społeczno-psychologicznej, trudno nawet jednoznacznie to określić.
O treści nie napiszę prawie nic. Po pierwsze nie chcę wam odbierać przyjemności i elementu zaskoczenia, które niewątpliwie będą waszym udziałem w trakcie lektury. A poza tym trudno o treści napisać. Tzn. wiadomo, iż podstawą są wydarzenia zwane pogromem kieleckim, które miały miejsce 04 lipca 1946 roku. Doszło wtedy m.in. do publicznej egzekucji 11 zbrodniarzy z hitlerowskiego obozu w Stutthofie oraz mordu na ludności żydowskiej. Tej ostatniej zbrodni dokonała ludność polska przy współudziale żołnierzy Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Milicji Obywatelskiej. W wyniku pogromu zginęło 37 Żydów (35 zostało rannych). Zginęło też trzech Polaków.
Jednak bez obaw, Powróz nie jest książką historyczną, a tylko nawiązuje do takowych wydarzeń. Białkowski nie stawia zarzutów, nowych tez historycznych, a tylko wplata minione wydarzenia w te współczesne. Akcja rozgrywa się bowiem współcześnie i w trakcie lektury długo trudno było mi powiązać wydarzenia sprzed ponad 60 lat z tymi współczesnymi. A wszystko łączy jedna prosta rzecz, człowiek i jego najprymitywniejsze, najgorsze cechy - nienawiść, żądza, strach i przerażająca małomiasteczkowa obłuda i głupota.
Wierzcie mi, autor tak realistycznie nakreślił małomiasteczkowe piekiełko, że po lekturze książki, będziecie tego typu miejsca omijać szerokim łukiem. Losowi dziękuję, że nie przyszło mi w takim miejscu żyć. To nawet nie jest Polska kategorii B, a jakiejś X, czy Y. Miasteczko na pozór zadbane, wszyscy mają pracę, działa szkoła, przedszkole, dom kultury, odbywają się festyny, a gdy zajrzeć pod ten płaszczyk pozornego dostatku i szczęścia..strach się bać. I takie miasteczka możemy mijać wielokrotnie, nie zdając sobie nawet sprawy z ich istnienia.
Akcja jest wartka, ba można śmiało napisać, że od 1. strony pędzi i nie zwalnia nawet na moment. Bohaterowie odmalowani doskonale. Większości z nich nie polubimy, koło części nie chcielibyśmy nawet przejść, ale nic to, liczy się ich doskonałe ukazanie.
Najciekawiej jednak nakreślone są sylwetki 3 kobiet, niezwykle silnych. Każda z nich jest niebanalna, po przejściach, a jednak dają sobie radę i wzajemnie się wspierają. Iga, Marta i Anna podbiły mnie całkowicie.
Zakończenie, hmmm... zaskakuje i nie. Z jednej strony jest doskonałym odzwierciedleniem najgorszych cech ludzkich, a z drugiej daje jednak nadzieję.
Gorąco zachęcam do lektury i czekam na kolejną książkę autora.
Ps. Panie Tomaszu bardzo uprzejmie proszę Pawła Werensa (bardzo przeze mnie lubianego bohatera), trochę bardziej włączać do akcji. Ja wiem co przeszedł w trylogii, ale dobrze by było, żeby w kolejnej książce tak trochę się otrząsnął i uaktywnił. Mądry z niego był facet, choć życie go nie oszczędzało:). Smutno bez niego było, tak tylko sobie stanął chwilkę pogadał i już.
A tutaj linki do recenzji książek Tomasza Białkowskiego:
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Magda może o jedzeniu, to ja też, a co tam:) i takie tam...
Po poście Magdy (klik) dobrą chwilę zastanawiałam się, co ja najbardziej lubię jeść... Hmmm wyszło mi, że poza: czerniną (no wiecie...zupa z kaczej krwi) zsiadłym mlekiem, kożuchem na gotowanym mleku (blee) to chyba wszystko.
Najbardziej jednak tak jak Magda szpinak pod wszelaką postacią+ wszystko co z greckiej kuchni pochodzi. Na zdjęciu powyżej macie właśnie fragment naszej wczorajszej kolacji- souvlaki (te kawałki mięska zdjęte z patyczka) z grilla, ziemniaki, tzn. to są te mega fryty, innych ziemniaczków tu się nie uświadczy, tzn. pod inną postacią. To białe na talerzyku w tle to tzatziki i tak, zdecydowanie to z greckiej kuchni kocham najbardziej+ dobre, zimne winko:)
Tzatziki nazywane bywa niesłusznie sosem. To bardziej dip, przekąska, nawet w upalne dni z warzywami samodzielne danie. Wiem z autopsji, że chociaż baza do sporządzania tzatziki jest w zasadzie jedna...no powiedzmy...to każda gospodyni (przynajmniej w okolicy moich teściów) ma swoją, pilnie strzeżoną, super mega tajną recepturę. Ja się nie paprzę, ja wg. mojej teściowej jestem profanką bo kupuję gotowe tzatziki w markecie i jem łychą siedząc przed komputerem:). Generalnie robione to to jest z bardzo gęstego jogurtu (nie bez kozery nazywanego u nas greckim:)) + fety (lub nie) + startego ogórka surowego (lub nie) + roztartego czosnku+anyżku+kuminu+ oliwy z oliwek.
Nie bez kozery Grecja nazywana bywa krajem dla zmysłów, cudnie pachnie (no nie zawsze i nie wszędzie), piękne widoki (na ogół) i wspaniałe smaki (prawie zawsze).
W Grecji zostajemy jeszcze kilka dni i wracamy autem, z przyczepką i promem. Nie wiem jaki udźwig ma prom, ale teściowa nas już obkupuje...bo wiadomo, co z Grecji to jest najlepsze:) Oliwa, no będzie kilka 5-ciolitrowych baniaczków takiej jak na zdjęciu:) + kilka baniaków z fetą w zalewie+ oliwki+ inne różne cuda wianki, już nawet nie wspomnę co. Na to jest przyczepka.
Ponieważ moje dzieci nie czytają tego bloga, to już mogę zdradzić, że zabieramy też psa. Takiego cudnego kudłacza, który mieszkał u teściów, niedawno przygarnięty i tak się zakochał w naszym najmłodszym synu, a on w nim, że teraz dziecię prawie mnie błaga na kolanach, żeby psa zabrać (wszystkie dokumenty+ paszport są) Jeszcze (oficjalnie) się nie zgodziłam, niech się dzieciątko trochę pomęczy, niech pomyśli, jak mamusię poprosić, ubłagać:) W domu mamy 3 koty, mam nadzieję, że się dogadają. Tutaj psiak z kotami żyje w przyjaźni. Tam mieszkanie wielkie. Jak będą kocio-psie wojny będziemy mediować i rozdzielać.
I tak z jedzenia zeszło mi na koty i psy:) No cóż, czasami tak wątek popłynie.
A wy jaką kuchnie najbardziej lubicie? A może jakie danie?
Najbardziej jednak tak jak Magda szpinak pod wszelaką postacią+ wszystko co z greckiej kuchni pochodzi. Na zdjęciu powyżej macie właśnie fragment naszej wczorajszej kolacji- souvlaki (te kawałki mięska zdjęte z patyczka) z grilla, ziemniaki, tzn. to są te mega fryty, innych ziemniaczków tu się nie uświadczy, tzn. pod inną postacią. To białe na talerzyku w tle to tzatziki i tak, zdecydowanie to z greckiej kuchni kocham najbardziej+ dobre, zimne winko:)
Tzatziki nazywane bywa niesłusznie sosem. To bardziej dip, przekąska, nawet w upalne dni z warzywami samodzielne danie. Wiem z autopsji, że chociaż baza do sporządzania tzatziki jest w zasadzie jedna...no powiedzmy...to każda gospodyni (przynajmniej w okolicy moich teściów) ma swoją, pilnie strzeżoną, super mega tajną recepturę. Ja się nie paprzę, ja wg. mojej teściowej jestem profanką bo kupuję gotowe tzatziki w markecie i jem łychą siedząc przed komputerem:). Generalnie robione to to jest z bardzo gęstego jogurtu (nie bez kozery nazywanego u nas greckim:)) + fety (lub nie) + startego ogórka surowego (lub nie) + roztartego czosnku+anyżku+kuminu+ oliwy z oliwek.
Nie bez kozery Grecja nazywana bywa krajem dla zmysłów, cudnie pachnie (no nie zawsze i nie wszędzie), piękne widoki (na ogół) i wspaniałe smaki (prawie zawsze).
W Grecji zostajemy jeszcze kilka dni i wracamy autem, z przyczepką i promem. Nie wiem jaki udźwig ma prom, ale teściowa nas już obkupuje...bo wiadomo, co z Grecji to jest najlepsze:) Oliwa, no będzie kilka 5-ciolitrowych baniaczków takiej jak na zdjęciu:) + kilka baniaków z fetą w zalewie+ oliwki+ inne różne cuda wianki, już nawet nie wspomnę co. Na to jest przyczepka.
Ponieważ moje dzieci nie czytają tego bloga, to już mogę zdradzić, że zabieramy też psa. Takiego cudnego kudłacza, który mieszkał u teściów, niedawno przygarnięty i tak się zakochał w naszym najmłodszym synu, a on w nim, że teraz dziecię prawie mnie błaga na kolanach, żeby psa zabrać (wszystkie dokumenty+ paszport są) Jeszcze (oficjalnie) się nie zgodziłam, niech się dzieciątko trochę pomęczy, niech pomyśli, jak mamusię poprosić, ubłagać:) W domu mamy 3 koty, mam nadzieję, że się dogadają. Tutaj psiak z kotami żyje w przyjaźni. Tam mieszkanie wielkie. Jak będą kocio-psie wojny będziemy mediować i rozdzielać.
I tak z jedzenia zeszło mi na koty i psy:) No cóż, czasami tak wątek popłynie.
A wy jaką kuchnie najbardziej lubicie? A może jakie danie?
Shibumi i Satori
Wydawnictwo Albatros, Ocena Shibumi 6/6, Satori 4/6
Recenzja mojego męża.
Shibumi i Satori to dwie pozycje na pozór podobne do siebie, a jednak bardzo się różniące. Łączy je niewątpliwie tematyka i główny bohater, Nikołaj Hel, będący człowiekiem ciekawym, dziwnym, niebezpiecznym. Urodził się w Szanghaju. Jego matką była Rosjanka, którą wygnali z ojczyzny bolszewicy, a ojcem Niemiec. Nikołaj mieszkał tylko z matką, ojca nie znał. Do momentu, gdy do jego domu (gdy Nikołaj by nastolatkiem) wprowadził się japoński generał. Stał się on wychowawcą Nikołaja, ale także można śmiało stwierdzić, iż zastąpił mu ojca, ukształtował chłopca w męźczyznę o niebanalnych cechach i wyjątkowej konstrukcji psychofizycznej. Za sprawą nauczyciela udało się Nikołajowi osiągnąć stan shibumi.Cóż to takiego? Słowo to nie ma jednego odpowiednika w języku polskim. Najprościej ujmując, jest to stan całkowitej doskonałości, spokoju, który bardzo trudno osiągnąć, a który pozwala człowiekowi na bardzo wiele. M.in. za jego sprawą (ale nie tylko) Nikołaj stał się jednym z najlepszych ludzi do zadań specjalnych na świecie i zabójcą. Wykonuje on różne zlecenia. Posługuje się niebanalną bronią, którą są standardowe rzeczy, ale także inteligencja i wyjątkowy talent w prastarej grze go.
O samej treści książki nie chcę pisać. Przede wszystkim dlatego, iż jest ona bardzo trudna do streszczenia. Shibumi książka jest tak samo unikalna, inna jak stan shibumi. Treścią przede wszystkim jest Nikołaj, jego rozwój, stan shibumi, ale także zadanie, jaki otrzymuje młody męźczyzna od swojej zleceniodawczyni. Wszystko to opisane niezwykle barwnym, obrazowym językiem. Cała historia już sama w sobie dla nas Europejczyków oryginalna, unikalna rozgrywa się na tle historycznych zawirowań połowy XX wieku. Tak jak wspomniałem, nie da się ani streścić, ani oddać ducha, atmosfery książki. Bez wątpienia Shibumi to dużo więcej niż opowieść o dorastaniu i kształtowaniu młodego człowieka, więcej niż historia o japońskiej kulturze, a na pewno książka diametralnie odbiegająca od tego czego można by się spodziewać po notce wydawniczej. W żadnym wypadku nie jest to typowa ala amerykańska pozycja sensacyjna z mordobiciem w tle. Nic z tych rzeczy. Shibumi jest niezwykłą pozycją, godną polecenia. I z żalem stwierdzam, takich książek już się na ogół nie tworzy. To klasyka sama w sobie, choć sporo w niej przemocy, seksu, ale i genialnie oddanych różnorodnych smaków i smaczków. Bardzo trudno tę pozycję scharakteryzować. I chociażby z tego powodu, a także żeby sprawdzić, jak my tę książkę odbierzemy, warto po nią sięgnąć. Gwarantuję, że będziecie zaskoczeni.
Autor Shibumi, Trevanian, przez wiele lat był jednym z najbardziej tajemniczych pisarzy świata. Próbowano wielokrotnie dotrzeć do niego, padały różne przypuszczenia co do tego, czyj jest to pseudonim. Za sprawą doskonale skrojonej i niebanalnej książki, którą wydano w 1979 roku, Trevanian stał się wręcz kultowym pisarzem. W końcu przedstawił się czytelnikom i fanom. Okazało się, że jest nim Rodney Whitaker.
Druga z książek, czyli Satori to prequel Shibumi, czyli poprzednik, nawiązanie. Czyli Satori miało opowiadać o wydarzeniach wcześniejszych niż opisane w Shibumi. I tak jest. Jest jedno ale... Satori generalnie jest dobrą książką, jako taką. Na plus autorowi należy poczytać bardzo dokładne przebadanie kultury, stylu życia i wszystkiego co z Japonią związane oraz świetne oddanie tego w książce. Pod tym kątem Winslow spisał się na 6. I gdyby książka była oceniana jako samodzielna pozycja, prawdopodobnie dosyć długo znajdowałaby się na TOP 10. Jednak jeżeli chodzi o całokształt Satori stoi daleko w tyle za Shibumi. Nie da się nie porównywać obu książek, skoro jednak jest prequelem drugiej. Winslowowi zabrakło tego nieuchwytnego czegoś, co miał Trevanian,a co uczyniło z Shibumi jedną z ikon literackich. Na tym tle Satori jawi się jako typowa amerykańskie czytadło jakich wiele, książka o rozgrywkach służb specjalnych, zamachach, zadaniach niewykonalnych, które tylko Hel potrafi wykonać. Owszem jest to lektura wciągająca, momentami bardzo, ale na tle jej podobnych, niczym się nie wyróźnia.
Niewątpliwie po obie książki warto sięgnąć. Jednak na początek polecam klasyka, czyli Shibumi. Wiem, sięgając póżniej po Satori możecie czuć pewne rozczarowanie, niedosyt. Jednak uważam, że Shibumi trzeba przeczytać i to koniecznie, a Satori można, ale nie ma przymusu.
Recenzja mojego męża.
Shibumi i Satori to dwie pozycje na pozór podobne do siebie, a jednak bardzo się różniące. Łączy je niewątpliwie tematyka i główny bohater, Nikołaj Hel, będący człowiekiem ciekawym, dziwnym, niebezpiecznym. Urodził się w Szanghaju. Jego matką była Rosjanka, którą wygnali z ojczyzny bolszewicy, a ojcem Niemiec. Nikołaj mieszkał tylko z matką, ojca nie znał. Do momentu, gdy do jego domu (gdy Nikołaj by nastolatkiem) wprowadził się japoński generał. Stał się on wychowawcą Nikołaja, ale także można śmiało stwierdzić, iż zastąpił mu ojca, ukształtował chłopca w męźczyznę o niebanalnych cechach i wyjątkowej konstrukcji psychofizycznej. Za sprawą nauczyciela udało się Nikołajowi osiągnąć stan shibumi.Cóż to takiego? Słowo to nie ma jednego odpowiednika w języku polskim. Najprościej ujmując, jest to stan całkowitej doskonałości, spokoju, który bardzo trudno osiągnąć, a który pozwala człowiekowi na bardzo wiele. M.in. za jego sprawą (ale nie tylko) Nikołaj stał się jednym z najlepszych ludzi do zadań specjalnych na świecie i zabójcą. Wykonuje on różne zlecenia. Posługuje się niebanalną bronią, którą są standardowe rzeczy, ale także inteligencja i wyjątkowy talent w prastarej grze go.O samej treści książki nie chcę pisać. Przede wszystkim dlatego, iż jest ona bardzo trudna do streszczenia. Shibumi książka jest tak samo unikalna, inna jak stan shibumi. Treścią przede wszystkim jest Nikołaj, jego rozwój, stan shibumi, ale także zadanie, jaki otrzymuje młody męźczyzna od swojej zleceniodawczyni. Wszystko to opisane niezwykle barwnym, obrazowym językiem. Cała historia już sama w sobie dla nas Europejczyków oryginalna, unikalna rozgrywa się na tle historycznych zawirowań połowy XX wieku. Tak jak wspomniałem, nie da się ani streścić, ani oddać ducha, atmosfery książki. Bez wątpienia Shibumi to dużo więcej niż opowieść o dorastaniu i kształtowaniu młodego człowieka, więcej niż historia o japońskiej kulturze, a na pewno książka diametralnie odbiegająca od tego czego można by się spodziewać po notce wydawniczej. W żadnym wypadku nie jest to typowa ala amerykańska pozycja sensacyjna z mordobiciem w tle. Nic z tych rzeczy. Shibumi jest niezwykłą pozycją, godną polecenia. I z żalem stwierdzam, takich książek już się na ogół nie tworzy. To klasyka sama w sobie, choć sporo w niej przemocy, seksu, ale i genialnie oddanych różnorodnych smaków i smaczków. Bardzo trudno tę pozycję scharakteryzować. I chociażby z tego powodu, a także żeby sprawdzić, jak my tę książkę odbierzemy, warto po nią sięgnąć. Gwarantuję, że będziecie zaskoczeni.
Autor Shibumi, Trevanian, przez wiele lat był jednym z najbardziej tajemniczych pisarzy świata. Próbowano wielokrotnie dotrzeć do niego, padały różne przypuszczenia co do tego, czyj jest to pseudonim. Za sprawą doskonale skrojonej i niebanalnej książki, którą wydano w 1979 roku, Trevanian stał się wręcz kultowym pisarzem. W końcu przedstawił się czytelnikom i fanom. Okazało się, że jest nim Rodney Whitaker.
Druga z książek, czyli Satori to prequel Shibumi, czyli poprzednik, nawiązanie. Czyli Satori miało opowiadać o wydarzeniach wcześniejszych niż opisane w Shibumi. I tak jest. Jest jedno ale... Satori generalnie jest dobrą książką, jako taką. Na plus autorowi należy poczytać bardzo dokładne przebadanie kultury, stylu życia i wszystkiego co z Japonią związane oraz świetne oddanie tego w książce. Pod tym kątem Winslow spisał się na 6. I gdyby książka była oceniana jako samodzielna pozycja, prawdopodobnie dosyć długo znajdowałaby się na TOP 10. Jednak jeżeli chodzi o całokształt Satori stoi daleko w tyle za Shibumi. Nie da się nie porównywać obu książek, skoro jednak jest prequelem drugiej. Winslowowi zabrakło tego nieuchwytnego czegoś, co miał Trevanian,a co uczyniło z Shibumi jedną z ikon literackich. Na tym tle Satori jawi się jako typowa amerykańskie czytadło jakich wiele, książka o rozgrywkach służb specjalnych, zamachach, zadaniach niewykonalnych, które tylko Hel potrafi wykonać. Owszem jest to lektura wciągająca, momentami bardzo, ale na tle jej podobnych, niczym się nie wyróźnia.
Niewątpliwie po obie książki warto sięgnąć. Jednak na początek polecam klasyka, czyli Shibumi. Wiem, sięgając póżniej po Satori możecie czuć pewne rozczarowanie, niedosyt. Jednak uważam, że Shibumi trzeba przeczytać i to koniecznie, a Satori można, ale nie ma przymusu.
Niewidzialna korona
Wydawnictwo Zysk - S-ka, Moja ocena 5,5/6
Już wróciłam do blogowania. Mam nadzieję, że chwilowo problemy zostały zażegnane. Trzymajcie proszę kciuki. Czy wybrałam właściwie, to się okaże za kilka tygodni, może nawet miesięcy.
Przy okazji dziękuję za wszystkie komentarze, emaile, głosy wsparcia. Bardzo mi to pomogło.
Przez ten ostatni tydzień przeczytałam Niewidzialną koronę, która okazała się doskonałym ratunkiem na smutki i zmartwienia.
Elżbieta Cherezińska kolejny raz porwała mnie opowieścią o naszej historii. Niewidzialna korona, to 2. część jak sądzę wielotomowej opowieści z dziejów historii Polski. Mimo, iż Niewidzialna korona jest kontynuacją historii, obie części można czytać niezależnie do siebie. Poprzednia część, czyli Korona śniegu i krwi kończy się morderstwem Przemysła II, czyli wydarzeniem, które miały miejsce w roku 1296 w Rogoźnie. Przemysł II był ostatnim męskim przedstawicielem linii wielkopolskiej Piastów, królem Polski od zaledwie kilku miesięcy (od 1295 roku). Nic dziwnego, iż wraz z jego śmiercią państwo polskie nie dość, że okrojone terytorialnie, to dodatkowo jest w prawie całkowitej rozsypce, grozi mu anarchia, wróg (pod postacią Brandenburczyków i Krzyżaków) czyha u bram, broń się szykuje, a dawni bogowie są ciągle uznawani w wielu miejscach za najważniejszych. Jest także dwóch chętnych na schedę po Przemyśle. Są nimi: książę kujawski Władysław, którego znamy, jako Łokietka i książę Henryk z Głogowa. Jak potoczy się historia, chyba każdy z grubsza, z lekcji historii pamięta. Istotnym jest, jak ten niełatwy kawałek naszych dziejów zaserwowała nam Elżbieta Cherezińska.
Ogromnym plusem książki jest ukazanie ówczesnego piekiełka, jakim bez wątpienia był tygiel, w którym smażono mniejsze i większe intrygi, sączono jad, knuto spiski. To wszystko okraszone jest sporą dawką poczucia humoru i wspaniałym kreacjami bohaterów, z których nawet ten najniższego stanu, najmniej znaczący ukazany jest w sposób wyborny. To co jednak najbardziej mnie uwiodło to obraz silnych kobiet, o których historycy i pisarze, zbyt często zapominają. Wszak wciąż z reguły uważa się, iż wieki średnie to świat dzielnych, walecznych męźczyzn,a niewiasty, słabowite, chorowite oczekiwały w domu na swoich panów. Można śmiało stwierdzić, że autorka wskrzesiła na kartach książki wiele zapomnianych (albo częstokroć praktycznie nieznanych) kobiecych postaci.
Cherezińskiej udało się we wspaniałych proporcjach wymieszać fakty historyczne z odrobiną fikcji i szczyptą fantastycznej magii. Powstało wyśmienite danie, które się połyka w mgnieniu oka.
Niewidzialna korona kończy się na 1306 roku. Liczę, iż na kolejny tom serii nie będziemy musieli zbyt długo czekać.
Już wróciłam do blogowania. Mam nadzieję, że chwilowo problemy zostały zażegnane. Trzymajcie proszę kciuki. Czy wybrałam właściwie, to się okaże za kilka tygodni, może nawet miesięcy.
Przy okazji dziękuję za wszystkie komentarze, emaile, głosy wsparcia. Bardzo mi to pomogło.
Przez ten ostatni tydzień przeczytałam Niewidzialną koronę, która okazała się doskonałym ratunkiem na smutki i zmartwienia.
Elżbieta Cherezińska kolejny raz porwała mnie opowieścią o naszej historii. Niewidzialna korona, to 2. część jak sądzę wielotomowej opowieści z dziejów historii Polski. Mimo, iż Niewidzialna korona jest kontynuacją historii, obie części można czytać niezależnie do siebie. Poprzednia część, czyli Korona śniegu i krwi kończy się morderstwem Przemysła II, czyli wydarzeniem, które miały miejsce w roku 1296 w Rogoźnie. Przemysł II był ostatnim męskim przedstawicielem linii wielkopolskiej Piastów, królem Polski od zaledwie kilku miesięcy (od 1295 roku). Nic dziwnego, iż wraz z jego śmiercią państwo polskie nie dość, że okrojone terytorialnie, to dodatkowo jest w prawie całkowitej rozsypce, grozi mu anarchia, wróg (pod postacią Brandenburczyków i Krzyżaków) czyha u bram, broń się szykuje, a dawni bogowie są ciągle uznawani w wielu miejscach za najważniejszych. Jest także dwóch chętnych na schedę po Przemyśle. Są nimi: książę kujawski Władysław, którego znamy, jako Łokietka i książę Henryk z Głogowa. Jak potoczy się historia, chyba każdy z grubsza, z lekcji historii pamięta. Istotnym jest, jak ten niełatwy kawałek naszych dziejów zaserwowała nam Elżbieta Cherezińska.
Ogromnym plusem książki jest ukazanie ówczesnego piekiełka, jakim bez wątpienia był tygiel, w którym smażono mniejsze i większe intrygi, sączono jad, knuto spiski. To wszystko okraszone jest sporą dawką poczucia humoru i wspaniałym kreacjami bohaterów, z których nawet ten najniższego stanu, najmniej znaczący ukazany jest w sposób wyborny. To co jednak najbardziej mnie uwiodło to obraz silnych kobiet, o których historycy i pisarze, zbyt często zapominają. Wszak wciąż z reguły uważa się, iż wieki średnie to świat dzielnych, walecznych męźczyzn,a niewiasty, słabowite, chorowite oczekiwały w domu na swoich panów. Można śmiało stwierdzić, że autorka wskrzesiła na kartach książki wiele zapomnianych (albo częstokroć praktycznie nieznanych) kobiecych postaci.
Cherezińskiej udało się we wspaniałych proporcjach wymieszać fakty historyczne z odrobiną fikcji i szczyptą fantastycznej magii. Powstało wyśmienite danie, które się połyka w mgnieniu oka.
Niewidzialna korona kończy się na 1306 roku. Liczę, iż na kolejny tom serii nie będziemy musieli zbyt długo czekać.
wtorek, 5 sierpnia 2014
Opuszczam was na trochę.
Będzie chwilowa cisza na blogu, jak długa (2-3-10 dni) nie mam pojęcia. Nie lecę na urlop, tak dobrze nie ma. Po prostu za dużo spraw mi się nawarstwiło, muszę wyjechać, odreagować, odpocząć, przemyśleć pewne sprawy, które zadecydują o tym co dalej. Czasami dochodzi się do ściany i trzeba zdecydować czy w prawo, czy w lewo.
Odezwę się za kilka dni. Ew. komentarze zatwierdzać będzie moja przyjaciółka, a czytanie i recenzowanie nadrobię po powrocie, o ile wcześniej kogoś nie zamorduję i mnie nie zamkną. Trzymajcie za mnie kciuki.
Odezwę się za kilka dni. Ew. komentarze zatwierdzać będzie moja przyjaciółka, a czytanie i recenzowanie nadrobię po powrocie, o ile wcześniej kogoś nie zamorduję i mnie nie zamkną. Trzymajcie za mnie kciuki.
Śmierć w Pont Aven
Wydawnictwo czarne, Moja ocena 4,5/6
Wolne mam to leżę i czytam.
Byłam bardzo ciekawa tej książki. Autor nieznany mi, a francuską literaturę lubię. Poza tym Czarne wydaje na ogół bardzo dobre kryminały, więc uznałam co mi szkodzi, dam książce szansę. I nie zawiodłam się na książce jako takiej, bo jeżeli chodzi o kryminał to średnio to wyszło.
Akcja rozgrywa się w Bretanii w niezwykle malowniczej miejscowości, tytułowym Pont-Aven. Miasteczko w sezonie jest oblegane przez turystów, głównie za sprawą działającej tam pod koniec XIX wieku tzw. Szkoły z Pont-Aven, którą tworzyli artyści pod przewodnictwem Paula Gaugaina.
Miasteczko jest pięknie położone, malownicze, sielskie. Ową idyliczną atmosferę przerywa makabryczna zbrodnia. Zamordowany zostaje Pierre-Luis Pennec, powszechnie szanowany właściciel Hotelu Central, człowiek legenda. Do prowadzenia śledztwa zostaje wyznaczony komisarz Georgesa Dupin. Liczący 190cm wzrostu, niesamowicie inteligenty, po przejściach, niepokorny i generalnie nastawiony na nie policjant, nie da się nie lubić. Pochodzi z Paryża, a do Bretanii został oddelegowany 3 lata temu. Taka jest wersja oficjalna, bo nieoficjalnie wszyscy wiedzą, że to swoista banicja za ową niepokorność i coś jeszcze.Komisarz z zapałem
przystępuje do akcji. Jest mu trudno ponieważ nadal (mimo trzyletniego pobytu) traktowany jest przez miejscowych jak obcy. Chociaż, jak śledztwo i treść książki pokażą, owa obcość będzie miała i swoje zalety. Dupin tropi zabójce, który okazuje się nad wyraz sprytny i bezwzględny. Do tego wykazał się nie lada odwagą, bezczelnością. Bo jak określić kogoś, kto w trakcie trwania sezonu turystycznego wchodzi do hotelu, prawie pełnego gości i w restauracji morduje staruszka. Jednak wbrew pozorom, to nie śledztwo w sprawie zabójstwa 91-letniego hotelarza jest kwintesencją książki. Równie ważny jest pewien obraz Paula Gauguina i wzajemne powiązania rodzinne, które hmm do prostych nie należą, a nienawykłego do tego typu rebusów paryżanina, mogą przyprawić o ból głowy.
Jednak na pierwszy plan przez cały czas lektury wysuwa się Bretania z jej wszystkimi zaletami i wadami. Bannalec to niemiecki autor, który pokochał Bretanię. Miłość do tej surowej, acz pięknej krainy, przebija od pierwszej strony książki. Oprócz opisów wspaniałej przyrody, ludzkich charakterów, mamy także wtrącenia na temat stylu życia, kuchni, architektury.
Śmierć w Pont-Aven to ciekawe połączenie niebanalnego kryminału (choć z intrygą może nie najwyższych lotów) i całkiem niezłej pochwały Bretanii.
Gorąco zachęcam do lektury.
Wolne mam to leżę i czytam.
Byłam bardzo ciekawa tej książki. Autor nieznany mi, a francuską literaturę lubię. Poza tym Czarne wydaje na ogół bardzo dobre kryminały, więc uznałam co mi szkodzi, dam książce szansę. I nie zawiodłam się na książce jako takiej, bo jeżeli chodzi o kryminał to średnio to wyszło.
Akcja rozgrywa się w Bretanii w niezwykle malowniczej miejscowości, tytułowym Pont-Aven. Miasteczko w sezonie jest oblegane przez turystów, głównie za sprawą działającej tam pod koniec XIX wieku tzw. Szkoły z Pont-Aven, którą tworzyli artyści pod przewodnictwem Paula Gaugaina.
Miasteczko jest pięknie położone, malownicze, sielskie. Ową idyliczną atmosferę przerywa makabryczna zbrodnia. Zamordowany zostaje Pierre-Luis Pennec, powszechnie szanowany właściciel Hotelu Central, człowiek legenda. Do prowadzenia śledztwa zostaje wyznaczony komisarz Georgesa Dupin. Liczący 190cm wzrostu, niesamowicie inteligenty, po przejściach, niepokorny i generalnie nastawiony na nie policjant, nie da się nie lubić. Pochodzi z Paryża, a do Bretanii został oddelegowany 3 lata temu. Taka jest wersja oficjalna, bo nieoficjalnie wszyscy wiedzą, że to swoista banicja za ową niepokorność i coś jeszcze.Komisarz z zapałem
| Pont Aven źródło ro.wikipedia.org |
Jednak na pierwszy plan przez cały czas lektury wysuwa się Bretania z jej wszystkimi zaletami i wadami. Bannalec to niemiecki autor, który pokochał Bretanię. Miłość do tej surowej, acz pięknej krainy, przebija od pierwszej strony książki. Oprócz opisów wspaniałej przyrody, ludzkich charakterów, mamy także wtrącenia na temat stylu życia, kuchni, architektury.
Śmierć w Pont-Aven to ciekawe połączenie niebanalnego kryminału (choć z intrygą może nie najwyższych lotów) i całkiem niezłej pochwały Bretanii.
Gorąco zachęcam do lektury.
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
Co pijacie w upał? + ogłoszenie wyników pakietowego konkursu
![]() |
| Piwko greckie |
![]() |
| Piwko austriackie.. |
A jeżeli chodzi o pakiet po opróżnianiu regału...wędruje on do ...koczowniczki. Poproszę adres do wysyłki na emaila anetapzn@gazeta.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)











