Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tomasz białkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tomasz białkowski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 maja 2016

Rausz - Tomasz Białkowski

Wydawnictwo Muza, Moja ocena 6/6
Rewelacyjna książka, w której podobnie jak w innych książkach autora, do głosu dochodzi wstydliwa, bolesna prawda historyczna odziana w beletrystyczną opowieść.
Głównym bohaterem jest młody (22-letni) pruski arystokrata Egon von Rausch, koneser sztuki, członek SS, który z wielkim upodobaniem nosi czarny mundur, a ideologię Hitlera, zamierzenia III Rzeszy uważa za słuszne i jedyne właściwe. Ba, Rausch nie zastanawia się, on wykonuje rozkazy. A owe rozkazy to nie skopanie przechodnia, czy nawet zastrzelenie go. To w kontekście tego co Rausch ma zrobić, w czym ma brać udział, byłoby drobiazgiem. Młody oficer ma bowiem uczestniczyć w Action T-4. Co to było? Proste- eksterminacja wszystkich, którzy nie przystawali do idealnego, aryjskiego wzorca. Ze świata, który miał powstać wg. standardów Rzeszy eliminowano psychicznie chorych, epileptyków, alkoholików, gruźlików, chorych na pląsawicę Hunttingtona i upośledzonych. Program ten trwał w latach 1939–1944, a jego początek był wstępem do Holokaustu. Eliminowano tych, których życie było nic nie warte (wg. standardów niemieckich) Vernichtung von lebensunwertem Leben. Liczba zamordowanych w czasie trwania tej akcji jest trudna do oszacowania ze względu na jej półoficjalny charakter (a w późniejszym okresie jej utajnienie), przeniesienia chorych pomiędzy poszczególnymi zakładami opiekuńczymi i na ogół niewielkie zainteresowanie rodzin losami chorych. Szacuje się jednak, że w tej akcji wyeliminowano (cóż za eufemizm morderstwa) ok. 200 tys. osób. Ofiary głównie rozstrzelano, zagazowano lub otruto.
Ponieważ Rausch studiował chemię, jest niesłychanie opanowany (nic nie potrafi go wyprowadzić z równowagi..ale do pewnego momentu), ma koneksje, powierzono mu udział w tej akcji. Dodatkowo często pytano go o zdanie. I niby to nic wielkiego, ma się przyglądać, odpowiadać na pytania, uczyć się...ale...
Jednak nie o tym, nie o Action T-4 jest ta książka. Oczywiście, eksterminacja upośledzonych, chorych to niezwykle ważne wydarzenie w życiu Rauscha, dramat w skali ludzkości. Jednak sednem tej wielopłaszczyznowej opowieści jest sam główny bohater i to co się stanie z nim, z jego życiem oraz fakt, jakie przemiany w nim zajdą.
Obecnie ten młody człowiek jest uosobieniem rasy panów - młody, wykształcony, bez szemrania i najmniejszego zastanowienia wykonujący rozkazy, bezwzględnie egzekwujący od niższego personelu wykonywanie Action T-4, z dumą noszący czarny mundur. Nie wie co to empatia wobec słabszych, czy po prostu innych. W jego głowie nawet przez moment nie zagości myśl, że może w projekcie, w którym bierze udział chodzi o zwyczajne zabójstwa, ludobójstwa. Całkowicie niedorzecznym wydaje mu się fakt, iż ktoś z jego rodziny, sfery ludzi uprzywilejowanych, mógłby zostać poddany akcji, którą sam wobec innych stosuje. Gdy po chwili zauważa, że gdyby jego matka, która urodziła go w wieku 38 lat, teraz była w ciąży, zostałaby na siłę zmuszona do usunięcia płodu, do zabicia go, kiwa głową, że to nie możliwe i za moment zapomina o tym. Takich jak on (jak to się nieraz określa - z mentalnością przysłowiowego Kalego) były setki tysięcy. Żyli wygodnie, często w luksusie, szanowani obywatele...mordujący pod płaszczykiem chorego faszystowskiego prawa, stosujący owo prawo do innych, nigdy do znajomych, najbliższych.
Tomasz Białkowski zawsze wspaniale konstruował swoich bohaterów, przedstawiał ich sylwetki, wewnętrzne rozterki. To największa siła jego książek. Tym razem jednak przeszedł sam siebie. Egon von Rausch to majstersztyk, osoba na wskroś zła, przerażająca, mroczna niczym jego mundur, a przy tym fascynująca.Tak, ten młody gestapowiec zafascynował mnie. Od dawna interesuje mnie mechanizm otumaniania niemieckich żołnierzy przez propagandę Rzeszy, to jakimi drogami szły ich uczucia, jak zwyczajni ludzie jakimi większość z nich była przed 1939 rokiem, mogli stać się machinami śmierci, ludźmi na wskroś złymi, okrutnymi, uważającymi siebie za nadludzi. Jak ludzie pokroju von Rauscha, doskonale wykształceni, obyci, kulturalni mogli skazywać na śmierć tysiące ludzi, a za sekundę zapewniać najbliższych o swojej miłości, czy z oddaniem drapać za uchem ukochanego psa, tulić do siebie dzieci, czy wzruszać się na premierze w teatrze. Egon von Rausch to kwintesencja takiej osoby.
Ale nie tylko ten bohater został wspaniale nakreślony. Każda z postaci pierwszo- i drugoplanowych jest po mistrzowsku przedstawiona. Chociażby taka Greta, przez krótki okres czasu będąca kochanką Egona, albo Lange kierujący osobiście zagładą niegodnych by żyć. Seks w cieniu śmierci, grabieże, rozpatrywanie dodatkowej przydatności eliminowanych (nie będę wdawać się w szczegóły), krojenie mięsa w trakcie obiadu i rozmowa o "gazowanych bydlątkach" (tak Lange określał ofiary) i o tym, jak ulepszyć proces eliminacji, picie drogiego koniaku z kieliszka ofiary, która przed chwilą została rozstrzelona. Te i wiele innych zachowań są wśród bohaterów książki na porządku dziennym, a mnie niestety często doprowadzały do mdłości.
I niby wszystko jest proste, jednoznaczne, zły to zły, dobry to dobry, ale czy na pewno? 

Czy zawsze kat jest katem? Czy można kogoś, jego czyny jednoznacznie zakwalifikować? Czy ten młody oficer sam z siebie taki jest, czy może przeszedł coś, co potocznie nazywamy praniem mózgu, uległ manipulacji, propagandzie? A może jednak nie, może jest po prostu wcieleniem zła, które tak naprawdę drzemie w każdym z nas? Wszak (patrząc nawet na to co dzieje się ostatnio w naszym kraju) czasami wystarczy iskra, pretekst, zapewnienie bezkarności, żeby drzemiące w człowieku demony doszły do głosu. Czy w końcowej fazie w człowieku zwyciężają jednak nawet głęboko ukryte pokłady moralności, przyzwoitości? Bo chyba każdy z nas je ma?! Czy w Egonie von Rauschu one się obudzą? Czy on je w ogóle posiada?
Tomasz Białkowski ponownie pokazał co potrafi:) Do końca lektury w mojej głowie kłębiły się powyższe pytania oraz kilka dodatkowych. To wielka sztuka tak skonstruować powieść, żeby zmuszała czytelnika nie tylko do myślenia, ale także do walki z własnymi opiniami, które zmieniają się z rozdziału na rozdział. A tego właśnie dokonał autor książki.
Sporo w Rauszu także tajemnic rodowych. Wszak każda porządna rodzina z wielowiekowymi korzeniami musi mieć jakieś przysłowiowe trupy w szafie. Co się stanie, gdy one z tej szafy wypadną, gdy przez lata skrywane tajemnice wyjdą na jaw? Czy zagrożenie ze strony prawa, któremu się hołduje, którego się przestrzega sprawi, iż von Rausch zmieni swoje zachowanie, poglądy?
Taką swoistą wisienką na torcie są oczywiście (bo jakżeby inaczej mogło być:)) opisy okolic Olsztyna. Niestety kontekst ich umieszczenie w tej historii jest tragiczny.
To nie wszystkie wątki Rauszu, nie wszystkie przemyślenia, które nasunęły mi się w trakcie lektury, nie wszystkie tematy, które porusza autor. Nie chcę jednak pisać o pozostałych. Musicie sami je odkryć.
Książka jest doskonała, niebywale mądra, bardzo niejednoznaczna, zmuszająca do myślenia i niesłychanie potrzebna, szczególnie teraz, gdy na światło dzienne w Europie wypełzają demony. Musimy się im przeciwstawiać z całą stanowczością. Nie wolno ich lekceważyć. Zaniechanie działania, lekceważenie, to najgorsze zbrodnie. Wszak zbrodnia, której dopuścili się Niemcy, to nie tylko ich domena, nie tylko czyny lat 30. i 40. XX wieku dokonany przez jeden konkretny naród.
Nie ukrywam jednak, to także książka okrutna (pod względem niemieckiej zbrodni oraz charakteru i zachowania bohaterów), pełna bólu, zła, momentami wzbudzająca maksymalne nie tyle nerwy co wręcz agresję, obrzydzenie do konkretnych zachowań, do całej ówczesnej sytuacji. Białkowski kilkakrotnie ostro mną potrząsnął, aż miałam ochotę rzucić książkę w kąt. Jednak ciekawość, ponadczasowa waga tej historii zwyciężyły, czytałam dalej.
Pisarz w każdej książce prezentuje brudy historii, czyny, o których jedni nie wiedzą, a inni wolą nie wiedzieć. Jednak wiedzieć trzeba, to nasza powinność, wiedzieć i nie zapomnieć.
Musimy pamiętać, żeby oddać cześć ofiarom, ale przede wszystkim żeby nie popełnić błędów ludzi żyjących 70-80 lat temu blisko naszej granicy, ludzi, których tak jak wielu Polaków, mieszkańców innych krajów UE dziś uwiodły hasła populistów (żeby nie być złośliwym i nie napisać...dobrej zmiany).
Panie Tomaszu, chapeau bas. Warto było czekać na kolejną pana książkę.


Rozpisałam się, ale mniej się nie dało:)


A tutaj linki do recenzji książek Tomasza Białkowskiego: 

wtorek, 12 sierpnia 2014

Powróz, czyli Białkowski po raz kolejny zaskakuje i trzyma formę

Wydawnictwo Oficynka, Moja ocena 5,5/6
Książki Tomasza Białkowskiego bardzo cenię. Sam pisarz też jest człowiekiem niezwykle sympatycznym, bardzo mądrym, o czym najdobitniej może świadczyć ilość posiadanych kotów oraz fakt, iż to one wiodą prym w mieszkaniu (takie odnoszę wrażenie z zamieszczanych zdjęć na blogu). Mądry człowiek zawsze godzi się z oczywistymi faktami i uznaje prymat kota:). Wiem coś o tym, mam 3 koty w domu:) A koty mają nas, czyli służbę:)
Byłam ciekawa, jaki będzie Powróz. Książka zaskoczyła mnie, a jednocześnie nie. Nie zaskoczyła ponieważ okazała się świetną opowieścią opartą na autentycznych wydarzeniach. Do tego Białkowski przyzwyczaił mnie już w "werensowej trylogii" (moja własna nazwa:))
Zaskoczeniem był fakt, iż tym razem autor odrobinę bardziej odszedł od formy kryminału na rzecz powieści obyczajowo-społeczno-psychologicznej, trudno nawet jednoznacznie to określić. 
O treści nie napiszę prawie nic. Po pierwsze nie chcę wam odbierać przyjemności i elementu zaskoczenia, które niewątpliwie będą waszym udziałem w trakcie lektury. A poza tym trudno o treści napisać. Tzn. wiadomo, iż podstawą są wydarzenia zwane pogromem kieleckim, które miały miejsce 04 lipca 1946 roku. Doszło wtedy m.in. do  publicznej egzekucji 11 zbrodniarzy z hitlerowskiego obozu w Stutthofie oraz mordu na ludności żydowskiej. Tej ostatniej zbrodni dokonała ludność polska przy współudziale żołnierzy Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Milicji Obywatelskiej. W wyniku pogromu zginęło 37 Żydów (35 zostało rannych). Zginęło też trzech Polaków.
Jednak bez obaw, Powróz nie jest książką historyczną, a tylko nawiązuje do takowych wydarzeń. Białkowski nie stawia zarzutów, nowych tez historycznych, a tylko wplata minione wydarzenia w te współczesne. Akcja rozgrywa się bowiem współcześnie i w trakcie lektury długo trudno było mi powiązać wydarzenia sprzed ponad 60 lat z tymi współczesnymi. A wszystko łączy jedna prosta rzecz, człowiek i jego najprymitywniejsze, najgorsze cechy - nienawiść, żądza, strach i przerażająca małomiasteczkowa obłuda i głupota. 
Wierzcie mi, autor tak realistycznie nakreślił małomiasteczkowe piekiełko, że po lekturze książki, będziecie tego typu miejsca omijać szerokim łukiem. Losowi dziękuję, że nie przyszło mi w takim miejscu żyć. To nawet nie jest Polska kategorii B, a jakiejś X, czy Y. Miasteczko na pozór zadbane, wszyscy mają pracę, działa szkoła, przedszkole, dom kultury, odbywają się festyny, a gdy zajrzeć pod ten płaszczyk pozornego dostatku i szczęścia..strach się bać. I takie miasteczka możemy mijać wielokrotnie, nie zdając sobie nawet sprawy z ich istnienia.
Akcja jest wartka, ba można śmiało napisać, że od 1. strony pędzi i nie zwalnia nawet na moment. Bohaterowie odmalowani doskonale. Większości z nich nie polubimy, koło części nie chcielibyśmy nawet przejść, ale nic to, liczy się ich doskonałe ukazanie. 
Najciekawiej jednak nakreślone są sylwetki 3 kobiet, niezwykle silnych. Każda z nich jest niebanalna, po przejściach, a jednak dają sobie radę i wzajemnie się wspierają. Iga, Marta i Anna podbiły mnie całkowicie.
Zakończenie, hmmm... zaskakuje i nie. Z jednej strony jest doskonałym odzwierciedleniem najgorszych cech ludzkich, a z drugiej daje jednak nadzieję. 
Gorąco zachęcam do lektury i czekam na kolejną książkę autora.
Ps. Panie Tomaszu bardzo uprzejmie proszę Pawła Werensa (bardzo przeze mnie lubianego bohatera), trochę bardziej włączać do akcji. Ja wiem co przeszedł w trylogii, ale dobrze by było, żeby w kolejnej książce tak trochę się otrząsnął i uaktywnił. Mądry z niego był facet, choć życie go nie oszczędzało:). Smutno bez niego było, tak tylko sobie stanął chwilkę pogadał i już. 
A tutaj linki do recenzji książek Tomasza Białkowskiego: 


wtorek, 25 czerwca 2013

Król Tyru - Tomasz Białkowski + wynik konkursu

Wydawnictwo Szara Godzina, Okładka, 240 s., Moja ocena 5/6
Dzisiejsza chandra mi służy, skończyłam książkę czytać.  

Smutno mi, na prawdę mi smutno. To już ostatni (wg. autora) tom przygód Pawła Werensa. Mam nadzieję, że Tomasz Białkowski zmieni zdanie. Bo ja na ostatni tom nie wyrażam zgody. Polubiłam bystrego dziennikarza, bo lubię ludzi zaradnych, inteligentnych i dostrzegających co w życiu jest  istotne.
Ale po kolei.
I tom, Drzewo morwowe, recenzowałam tutaj.
II tom, Kłamcę, recenzowałam tutaj.
Bohaterem całej trylogii jest dziennikarz Paweł Werens. Na początku przyznam, nie wzbudzał mojej sympatii, ot taki pseudo dziennikarski celebryta używający życia ile wlezie, ze schizami z przeszłości. Rozumiałam, że życie go nie rozpieszczało i miałam nadzieję, że z biegiem czasu Paweł zmieni się. I tak się stało. Zmiany następują już w II tomie. W kolejnej części (Król Tyru), to zupełnie inny człowiek. Jego życie zatacza koło. Paweł wraca do rodzinnego miasta, podejmuje się niezwykle trudnej opieki nad cierpiącym na Alzheimera ojcem, odcina się od wcześniejszego życia. Nie zdaje sobie sprawy, że życie ma wobec niego zupełnie inne plany. Jego drogi krzyżują się z parą bohaterów, których poznaliśmy w Kłamcy.
Adam Dera, sprytny i dociekliwy policjant zostaje zdegradowany i wysłany na swoistą banicję na Mazury. Myśląc, że będzie to okres spokojnej służby połączony z dużą ilością wolnego czasu na wędkowanie, Dera nie wiedział jak bardzo się myli.
Piękna i inteligentna doktor Lena Lipska znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie. Ujawni nam także swoja wielką, skrywaną tajemnicę, która jest ogromnym dramatem jej życia.
Cała trójka spotyka się ponownie. Tym co ich połączy będą spalone zwłoki, które zostaną odnalezione w zamurowanej piramidzie oraz kilkoro psychopatów (w męskim i żeńskim wydaniu, a jak, mamy w końcu równouprawnienie), których będą ścigać nasi bohaterowie (przez nich też będą ścigani, nie ma taryfy ulgowej). 
Król Tyru aż kipi od dynamicznej akcji. Co prawda w oczy bije schemat ala Dan Brown, ale mnie to zupełnie nie przeszkadza. Jeżeli schemat się sprawdza, to dlaczego z niego nie korzystać? Konia z rzędem temu, kto jest w stanie wymyślić w zakresie kryminałów coś nowatorskiego. 
Tomasz Białkowski z każdym rozdziałem podkręca tempo akcji, mnoży tajemnice, a gdy myślimy, że wiemy jakie jest rozwiązanie, szybko okazuje się, że jesteśmy w wielkim błędzie. 
Zakończenie podzieliłabym na dwie części - jedna dot. pewnej hmm niezbyt zrównoważonej psychicznie kobiety, a druga pewnego okrutnego drania i jego kilkuletniej córeczki. Jeżeli chodzi o kwestię Cecylii G. zakończenie jest takie jakie powinno być. Jeżeli zaś chodzi o pewnego czarującego z pozoru psychopatę nie podoba mi się takie zakończenie, nie zgadzam się na nie, zło nie może zwyciężać. Jednocześnie liczę, że zostawiając tę kwestię w pewien sposób otwartą (jak i kilka innych), Tomasz Białkowski w niedługim czasie powróci do opowieści o przygodach Pawła Werensa.
Zachęcam do lektury wszystkich trzech tomów. Werensowa trylogia to doskonała lektura na wakacje, ale nie tylko.  
Blog autora znajdziecie tutaj. 

  • W niedzielę zakończył się konkurs, w którym można było wygrać Króla Tyru z autografem autora. Książkę otrzymuje kwiatusia1. Proszę o podanie adresu do wysyłki na email: anetapzn@gazeta.pl
  • Poprawne odpowiedzi to: 
    1. Jak nazywa się pies, który pojawił się w pierwszej części i towarzyszy Werensowi przez wszystkie jego śledztwa? Kort
    2. Gdzie znajduje się grobowiec rodu Fahrenheitów, w którym znaleziono martwe ciało bez głowy? W Rapach.

    3. Kto jest autorem książki "Krwawa setka", która stanowi zbiór najważniejszych kryminałów w historii gatunku? Mariusz Czubaj, Wojciech Józef Burszta


Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy polskie kryminały

wtorek, 15 stycznia 2013

Kłamca - Tomasz Białkowski

Wydawnictwo Szara Godzina, Okładka miękka, 256 s., Moja ocena 5/6
Kłamca to kontynuacja Drzewa morwowego, książki którą recenzowałam tutaj.
Ponownie spotykamy dziennikarza Pawła Werensa. W Drzewie morwowym zarzucałam bohaterowi, że jest jakiś taki...nieogarnięty w sobie:). Z wielką radością donoszę, że w II części trylogii ogarnął się i to bardzo, mimo iż spadają na niego ogromne ciosy - urywa mu się kontakt z ojcem, z którym w końcu znalazł po latach wspólny język; stryj Mariusz wraz z żoną zostają zamordowani w wyjątkowo brutalny i z pozoru bezsensowny sposób, a życie zawodowe mimo sławy, jaką zdobył po rozwiązaniu sprawy opisanej w Drzewie morwowym także wisi na włosku.
Życie prywatne i uczuciowe dziennikarza...w zasadzie nie istnieje. A na dodatek spadają na niego kolejne ciosy, pojawiają się trupy, które zdają się być ściśle powiązane ze śmiercią Mariusza Werensa - w wyjątkowo okrutny, a jednocześnie wyrafinowany sposób giną: znany warszawski adwokat oraz kustosz muzeum Czartoryskich w Krakowie.
Paweł rozpoczyna śledztwo nie mając jednak pojęcia, jak daleko go ono zaprowadzi i jak bardzo niebezpieczne będą to poszukiwania. Towarzyszą mu o tyleż piękna, co mądra pani doktor Lena oraz wyjątkowo bystry i nieznoszący służb specjalnych policjant podkomisarz Adam Dera. 
Cała trójka toczy kolejną rozgrywkę z mającymi niezłego świra Kainitam.  
Jaki związek współczesne morderstwa mają z 1945r., gdy pewnego dnia w opuszczonym pałacu, żołnierze znależli małego, zapłakanego chłopca? Gwarantuję, że rozwiązanie zagadki bardzo was zaskoczy.
Akcja powieści toczy się błyskawicznie. Trzeba przyznać autorowi, że w budowaniu napięcia i zaskakujących zwrotów akcji jest doskonały. Bardzo podobało mi się umieszczenie korzeni całej intrygi w przeszłości. Trochę trąci to Danem Brownem, ale tylko troszeczkę, a jak się to czyta...  
Owszem, można zarzucać autorowi, że Kłamca wszedł w pewne schematy, jest mało nowatorski (spotkałam się z taką opinią). Ale skoro te schematy sprawdziły się w przypadku I tomu trylogii, oraz od lat sprawdzają się także u innych autorów, to dlaczego z nich zrezygnować? 
Nic nie zmieni faktu, że jest to po prostu dobry, wciągający kryminał i to do tego nasz polski.,
Plusem (o którym wspominałam przy okazji recenzji Drzewa morwowego) jest talent autora do bardzo umiejętnego budowania atmosfery narastającego zła oraz wplatania w akcję motywów biblijnych.
Kłamcę czyta się doskonale, a im bliżej końca książki i finału, tym trudniej się oderwać od lektury. 
Książka jak już wspomniałam,  jest kontynuacją Drzewa morwowego, ale jest to także zupełnie samodzielna historia. Jeżeli nie czytaliście I części trylogii, bez obaw możecie zacząć lekturę Kłamcy, tym bardziej, iż w I rozdziale autor przybliża w skrótowy sposób fabułę I tomu.  
Bardzo podobało mi się zakończenie, a przy ostatniej scenie szeroko się uśmiechnęłam. Dlaczego? Tego już nie zdradzę. 
Trudno napisać coś więcej nie zdradzając zbyt dużo z fabuły obu części trylogii. Mogę was tylko zachęcić do lektury i liczyć, że III tom Król Tyru będzie  jeszcze lepszy niż Kłamca.

sobota, 17 listopada 2012

Wywiad z Tomaszem Białkowskim...


ANKA WROCŁAWIANKA
  • Co poradziłby Pan komuś, kto myśli o napisaniu książki? Jak się za to zabrać? Jak to było w Pana przypadku?
Skoro już ktoś myśli o napisaniu książki, to znaczy, że ma jakiś pomysł na fabułę. Bez pomysłu niewiele z tego wyniknie. Jest wiele sposobów pracy nad powieścią. Mogę powiedzieć, jak wygląda to w moim przypadku. Najpierw zbieram materiały. To są najróżniejsze rzeczy. Gazety, zdjęcia, książki, wydruki z Internetu, mapy. W punktach rozpisuję kolejność zdarzeń. Wymyślam sceny. Oczywiście, najistotniejsze są postacie. Muszę stworzyć wiarygodny rys psychologiczny każdej z nich. Znać ich motywacje. Dobrze jest rozmawiać o książce. Ktoś z zewnątrz siłą rzeczy ma inne spojrzenie na nasze pomysły. To może ubogacić historię, nasycić ją nowymi treściami. Może też ustrzec nas przed błędami. Warto spisywać swoje przemyślenia. Ja zawsze mam przy sobie niewielki notes. Pomysły przychodzą w najdziwniejszych miejscach i okolicznościach. Kiedyś krępowałem się sięgania po notes w miejscach publicznych. Potem tego żałowałem. Sceny, dialogi ulatywały. Teraz kiedy wiem, że usłyszałem bądź wymyśliłem coś ważnego, niezwykłego, natychmiast sięgam po notes i długopis (przezornie pisaków noszę zawsze kilka). Z boku może to wyglądać dziwacznie. Facet stoi np. na przejściu dla pieszych i coś gryzmoli w czerwonym notesiku. Kim on jest? Inspektorem ruchu? A może, nie daj Bóg, jakimś donosicielem! Potem zostaje już tylko ciężka praca nad tekstem, której, niestety, nikt za nas nie wykona. Następnie trzeba uzbroić się w cierpliwość i czekać na decyzję wydawcy. To bywa czasem dużo trudniejsze niż samo pisanie.

AGNIESZKA

  • Wiele osób uważa, że kryminały to gatunek pośredni, trywialny, nie zasługujący na miano "literatury". Jak Pan to widzi?
Odwrócę pytanie. Czy już sam fakt pisania książki tzw. „artystycznej” sprawi, że to będzie literatura? Jestem przekonany, że tak nie będzie. Kryminał, jak każdy inny gatunek literacki, wymaga od piszącego wyobraźni, talentu, słuchu językowego. Autor to nie empiryk, który „lepi” tekst z życiowych zdarzeń, ubarwiając je nieco i podkręcając językowo. Tu się tak nie da. Owszem, można sięgać po fachową literaturę, obrazy krwawych mordów, kroniki kryminalne. Lecz intrygę, fabułę trzeba stworzyć od zera. Wszystkie elementy układanki muszą do siebie pasować. Jak w równaniu matematycznym. Powtarzam, podział w literaturze może się odbywać na poziomie jakości tekstów, a nie ich gatunków. Oczywiście, za kryminał Nobla nie dają, ale np. Albert Camus, laureat tej prestiżowej nagrody, uwielbiał twórczość Georgesa Simenona, jednego z najwybitniejszych autorów kryminalnych.
  • Ktoś powiedział, że sztuka pisania kryminałów to opowiadanie tej samej historii od nowa. Zgadza się Pan z tym? I czy w ogóle można na tym polu wymyślić coś nowego?
W tym gatunku istnieje kanon. Wiadomo, że mamy królową czyli Agatę Christie i kilku „ojców założycieli”. Są nimi Dickens, Poe, Conan-Doyle, Chesterton. Następne pokolenia pisarzy wprowadzały swoich bohaterów i to z dobrym skutkiem. Rzeczywiście, są to jednak mutacje, wariacje czy, jak byśmy tego nie nazwali, utwory zdecydowanie wykorzystujące dorobek mistrzów. Czy to umniejsza wartość tych książek? Moim zdaniem nie. Historia kryminałów zaczęła się w chwili kiedy Kain zabił Abla, bo z jakiegoś powodu ofiara, którą jeden z braci podarował ojcu była mu milsza. Tak to się zaczęło. Od morderstwa, po którym Kain został skazany na wieczną tułaczkę po krainie Nod. Pisanie kryminałów to w pewnym sensie oprowadzanie czytelników po tej mrocznej krainie. Współczesny złoczyńca tuła się po świecie z krwią na rękach, a my obserwujemy jego los.
  • Czy istnieje zbrodnia doskonała?
Pytanie niemalże filozoficzne. Jeśli jest, to na czym miałaby polegać? Na tym, że nikt nie wie, kto zamordował, i nie ma najmniejszej szansy, by ktoś wpadł na trop przestępcy? Czy może na tym, że zbrodnia się dokonała, ale nikt oprócz ofiary i mordercy o niej nie wie? W każdym z tych przypadków zwycięzcą i przegranym jest czas. Myślę, że potrzebna jest nam wiara w to, że zbrodni doskonałej nie ma. To krzepi i daje nadzieję.
  • Czy polscy autorzy kryminalni mają szansę przebić się na rynku międzynarodowym? Dlaczego tak niewielu polskich pisarzy odnosi spektakularne sukcesy za granicą?
Oczywiście. Niektórzy, jak chociażby Marek Krajewski i idący w jego ślady Zygmunt Miłoszewski taki sukces odnieśli. Dlaczego tych autorów jest tak niewielu? Powodów można wymienić kilka. Pierwszy to hermetyczność niektórych tematów, zupełnie nieczytelnych dla cudzoziemca. Kolejny, brak liczących się na Zachodzie polskich agencji literackich. Tam agent to podstawa. Następną przyczyną są bardzo słabe działy foreign rights w wydawnictwach, gdzie głównie się kupuje zagraniczne tytuły, a nie zajmuje sprzedażą rodzimych autorów. W Polsce ciągle jeszcze pisarz prywatnymi kanałami próbuje zainteresować zagranicznego wydawcę. Często pomaga mu tłumacz. To jest totalna amatorka. Mamy katalog targowy wydawany przez Instytut Książki, który jest pokazywany np. we Frankfurcie n. Menem. Czasem rekomenduje się w nim jeden, dwa kryminały. Powinien być osobny, robiony przez specjalistów. Pokazujący osiągnięcia naszych pisarzy kryminalnych.
  • Czy pisarstwo to misja, męka czy przyjemność?
Wszystko razem. Różne tylko czasem bywają proporcje. Męka jest wówczas, kiedy krążymy wokół tematu, lecz nie wiemy jak go „ugryźć”. Kiedy odczuwamy zwyczajny ból fizyczny związany z wielogodzinnym ślęczeniem nad klawiaturą. Bolą nas oczy, kręgosłup. Przyjemność odczuwamy wówczas, kiedy uda nam się napisać dobry dialog, celną myśl. Misji jest w tym wszystkim najmniej. Przynajmniej u mnie. 

Od ANONIMA:)
  • Czy ma Pan swoje miejsce na ziemi, takie, gdzie czuje się Pan najlepiej, gdzie Pan wypoczywa.
Mam, lecz nie zdradzę, co to za miejsce, aby go nie stracić. To moja tajemnica. Człowiek, a już autor kryminalnych historii w szczególności, powinien mieć swoje słodkie tajemnice. Zdradzę tylko, że nie jest tym miejscem jakaś luksusowa rezydencja. To miejsce związane jest z okolicznymi terenami. Dobrze też się czuję w moim olsztyńskim mieszkaniu. Wśród regałów z książkami, między którymi przemykają nasze trzy koty.

NATANNA

  • Kiedy Pan się zorientował, że pisanie książek to jest to co chce Pan robić w życiu i dlaczego są to kryminały, i czy zakładał Pan, że da to Panu utrzymanie.
Zanim napisałem „Drzewo morwowe” ukazało się sześć książek, które kryminałami nie są, chociaż motywy zbrodni w nich są umieszczone. Tak więc, dojście do gatunku zwanego kryminałem zajęło mi sporo czasu. Próby pisarskie podejmowałem dużo, dużo wcześniej. Były to nieudolne, jak teraz myślę z perspektywy czasu, opowiastki inspirowane twórczością wielkich pisarzy np. Nabokova. Od dziecka miałem tzw. „lekką rękę”. Tworzenie nowych światów i powoływanie w wyobraźni istot ludzkich jest zajęciem tyleż męczącym, co fascynującym. Mnie całkowicie pochłonęło i uzależniło. Wydaje mi się, że w naturalny sposób moje życiowe działania doprowadziły mnie do tego punktu, w którym teraz jestem.

KOCZOWNICZKA

  • Czy przejmuje się Pan negatywnymi recenzjami?
Warto dokonać rozróżnienia. Są recenzje, są też opinie. W Polsce jest wielu znakomitych krytyków, którzy mają, niestety, coraz mniej miejsca do publikacji swoich recenzji. Opiniotwórcze gazety mocno okroiły działy kultury. Czasem ci najwybitniejsi recenzenci wydają teksty krytyczne w formie książki. Lecz wówczas ich siła oddziaływania jest prawie znikoma. Powód jest prosty. Te teksty w chwili publikacji nie mają wpływu na kształtowanie opinii o danym tytule. Ukazują się zbyt późno. Owszem, to cenne źródło wiedzy, lecz już tylko i wyłącznie dla specjalistów, ewentualnie studentów. Tu potrzeba natychmiastowego wartościowania. Taką możliwość daje Internet. Ale w Internecie znaleźć można, poza nielicznymi wyjątkami, tylko opinie pisane przez mniej bądź bardziej wrażliwych czytelników. Tu decydują nie kompetencje zawodowe, lecz zupełnie inne przesłanki. A te mogą być różne. Sympatia do danego autora, podjęcie modnego tematu, szantaż emocjonalny czy nawet ładna okładka. Wracając do sedna. Tak, przejmuję się negatywnymi recenzjami, bo jak większość ludzi lubię być dobrze oceniany za wykonaną pracę. Nie ufam pisarzom, którzy twierdzą, że głos czytelników nie ma dla ich samopoczucia większego znaczenia. To nieprawda.
  • Czy przegląda Pan blogi książkowe w poszukiwaniu recenzji swoich książek, tak jak to robi wielu polskich autorów?
Tak. To chyba naturalne? Autor chce wiedzieć, jak i czy w ogóle o nim piszą czytelnicy. Czasem są to informacje przykre zarówno dla pisarza, jak i dla oceniającego czytelnika. Zdarzyło mi się przeczytać przy „Drzewie morwowym” opinię osoby, która nawet nie potrafiła poprawnie zapisać mojego nazwiska. Przez chwilę myślałem nawet, że to tekst o kim innym, lecz tytuł mojej książki rozwiał wątpliwości. To całkowicie dyskwalifikuje taką opinię. Ale, powtarzam, czytam. Piszę dla ludzi i to oni decydują o moim pisarskim być lub nie być swoimi portfelami. Nawet najbardziej zakochany w twórczości swojego autora wydawca, mając słabe wyniki finansowe sprzedaży, musi podejmować ciężkie decyzje. 

ANNE18

  • Właśnie w księgarniach ukazał się „Kłamca”, a jaką książkę zamierza Pan napisać w najbliższym czasie?
Poprawiam po raz kolejny trzecią część trylogii z dziennikarzem Werensem. Nosić będzie tytuł „Król Tyru”. Według mnie to będzie najmroczniejsza książka z całej trylogii. Począwszy od tego, że akcja toczy się podczas mroźnej zimy, przez tło w postaci mazurskich lasów, zamarzniętych pół i jezior, ponurych rodzinnych grobowców aż po tragiczne relacje rodzinne. To będzie książka o nieuchronności śmierci, o ciele, które się starzeje, odmawia posłuszeństwa, o gasnącej pamięci. Opowiem w niej historię związaną z przeszłością rodziny największego wroga Werensa – generała Szuberta. Chciałbym, aby ta książka trafiła w ręce czytelników na wiosnę 2013 roku. W przypadku serii cykl półroczny wydaje się być uzasadniony.
  • Od jak dawna Pan pisze i jaki był pierwszy utwór, który wyszedł spod Pana pióra?
Piszę książki od 10 lat. Debiutowałem zbiorem opowiadań pt. „Leze”. To historie dziejące się na północy Polski. Część z nich opowiada chłopiec przezywany przez rówieśników właśnie Leze. Inne opowiadają o trudnym życiu prostych ludzi, którzy po transformacji ustrojowej stracili pracę, a jeśli już ją wykonują, to są to ciężkie fizyczne zajęcia, źle opłacane. Wcześniej napisałem sztukę „Drzewo”. Ale jak to bywa w świecie literackim, losy tekstów są czasami bardzo pokrętne. Tak więc utwór napisany wcześniej ukazał się później. 

ANETAPZN

  • „Drzewo morwowe” to Pana pierwszy kryminał. Skąd pomysł na taką (skądinąd odrobinę krwawą) tematykę dotyczącą zbrodni, kary etc. Dlaczego nie napisał Pan kryminału dotyczącego jakiejś mniej krwawej tematyki?
Przy pisaniu „Zmarzliny” natrafiłem na informacje o sekcie kainitów. Wzmianki o niej znaleźć można chociażby u św. Ireneusza z Lionu w dziele pt. „Zdemaskowanie i odparcie fałszywej gnozy”. Autorem tekstów o gnostykach był również Epifaniusz z Salaminy, o herezji napisał „Panarion”. To bardzo ciekawy temat. Kainici przestawili wektory wartości. Dobrzy to w ich rozumieniu źli. I na odwrót. Kolejnym elementem, który umieściłem w książce są obchody uroczystości zorganizowanych w moim mieście, na które przybywa przywódca partii. Wiadomo, że były podejmowane próby przejęcia władzy podczas jego wieloletnich rządów. Postanowiłem opowiedzieć swoją wersję takiego potencjalnego puczu. Kolejna rzecz, która wydała mi się ważna, to fakt, że Olsztyn nie miał swojego współczesnego detektywa. A dlaczego mój kryminał jest taki krwawy? Odpowiedź tkwi w spisie męczenników Kościoła zwanym Acta Martyrum. Aby postępowanie mordercy miało uzasadnienie, musiało być współczesnym odtworzeniem historycznych kaźni. Proszę mi wierzyć, że moje opisy w porównaniu z historycznymi zapiskami są niewinną zabawą!
  • Jaki jest Pana ulubiony autor kryminałów i dlaczego?
Nie mam jednego, ulubionego autora. Na tym polega niezwykłość literatury, że potrafimy się wielokroć zachwycać często zupełnie różnymi światami powieściowymi. Raz może to być historia głęboko osadzona np. w mrokach Średniowiecza, którą stworzył Umberto Eco w „Imieniu róży”, a następnym razem sięgamy po utwór krańcowo różny, bo osadzony dajmy na to w świecie przyszłości. Dobry autor to taki, który potrafi stworzyć powieściowy świat, w który ja natychmiast wejdę, uwierzę w problemy bohaterów, będę ciekaw ich losów. Mówiąc kolokwialnie, „będę im kibicował”. W przypadku kryminału równie ważny jak detektyw jest jego przeciwnik. Sztuką jest stworzenie prawdziwego napięcia pomiędzy nimi. Przekonujące oddanie ich motywacji. Morderca to nie może być bezmyślna maszyna do zabijania. To ktoś, kto przecież nie urodził się zły, chociaż i tacy się zdarzają, a w pewnym sensie ofiara. Chociażby systemu norm społecznych, wykluczenia, niespełnionych ambicji. Przyczyn może być cała masa. Jeśli dodamy do tego odpowiedni klimat i stworzymy zróżnicowany język, którym posługują się książkowi bohaterowie, wówczas mamy to, o co chodzi. Mogę powiedzieć jaka książka ostatnio mnie poruszyła. Był to „Paryski ekspres” Georgesa Simenona. Opowieść o Keesie Popindze – przykładnym ojcu, mężu, pracowniku, który nagle postanawia zmienić swoje dotychczasowe życie. Wkrótce media określają go „Zboczeńcem z Amsterdamu”. To nie jest typowy kryminał. Raczej studium stawania się zbrodniarzem. Ciekawie jest w tej książce pokazane społeczeństwo, które natychmiast osądza tego człowieka. To ono z dnia na dzień stwarza potwora. Z tej książki wyłania się ponura prawda, że w odpowiednich okolicznościach, w chwili krytycznej, zdolni jesteśmy do rzeczy najstraszniejszych. Wychodzą z nas demony.



Nagrodę - świeżutki, pachnący, ultra nowy metalik egzemplarz Kłamcy z autografem autora otrzymuje...tadam....Agnieszka.
Gratulacje i poproszę adres do wysyłki na anetapzn@gazeta.pl

Niedługo będziemy zbierać pytania do dwóch wywiadów:). Jeden ogloszę w przyszłym tygodniu.

niedziela, 28 października 2012

Drzewo morwowe- Tomasz Białkowski

Wydawnictwo Szara Godzina, Okładka miękka, 304 s., Moja ocena 5-/6
To moje pierwsze zetknięcie z twórczością Tomasza Białkowskiego, ale bardzo obiecujące. Agatą Christie autor jeszcze nie jest, ale ma ogromny potencjał, potrafi zaskakiwać i trzymać w napięciu.
Akcja książki rozpoczyna się w Olsztynie w 2004r. Do miasta przyjeżdża młody warszawski dziennikarz, Paweł Werens. Ma przeprowadzić śledztwo dziennikarskie w sprawie serii makabrycznych, acz jeszcze nie wyjaśnionych morderstw,  których ofiarami są starsi mężczyźni. Każdy z nich ginie w zadziwiających, wręcz absurdalnych okolicznościach, a w ustach ofiar zostają znalezione motyle, jak się z  biegiem czasu okaże – jedwabniki morwowe.
W tym momencie rozpoczynają się równoległe wątki – zabójstw oraz wręcz traumatycznego powrotu do korzeni Werensa. Olsztyn jest jego miastem rodzinnym, z którego w bardzo nieciekawych okolicznościach wyjechał kilka lat wcześniej. Powrót w rodzinne strony jest dla niego swoistą drogą przez mękę (taką psychiczną, jak i fizyczną, bo Werens mimo, iż mężczyzna niegłupi, zaradny to wplątuje się co i rusz w jakieś dziwne koszałki opałki). Na początku denerwował mnie niesamowicie, ot taki z lekka niedorobiony mi się wydawał, ale gdy z biegiem czasu (a właściwie lektury) poznawałam powody takiego, a nie innego jego zachowania, zaczynałam go coraz lepiej rozumieć, akceptować, a nawet polubiłam. Trochę przeszkadzała mi jego nad aktywność seksualna, no ale cóż....
Dziennikarz z wielką niechęcią przyjeżdża do rodzinnego Olsztyna, zamiast u ojca zatrzymuje się u wuja, byłego księdza, który niespodziewanie bardzo pomoże mu w prowadzonym śledztwie. Sięgną razem w głąb historii PRL-u, do Biblii i do różnych miejsc, o których istnieniu sami nie wiedzieli.Trochę dużo w książce jest odniesień religijnych, biblijnych, ale można się przyzwyczaić, tym bardziej, że ma to swoje uzasadnienie w treści. 

Ogromny plus należy się autorowi za świetną moim zdaniem, sylwetkę wuja, byłego księdza. Bardzo ciekawie odmalowana postać i bardzo pomocna w śledztwie, bowiem do kilku ważnych wniosków dojdzie Paweł Werens tylko dzięki pomocy wuja.
Plusem jest także bardzo umiejętnie budowana atmosfera narastającego zła, które korzenie ma hen hen. 
Jaki jednak związek mają współczesne brutalne morderstwa z męczeńską śmiercią pierwszych chrześcijan? Czy dziennikarskie śledztwo prowadzone przez Werensa pozwoli na rozwiązanie zagadki i powstrzymanie przestępcy przed ukończeniem szaleńczego planu, czy też zadziała jak katalizator, pociągając za sobą kolejne ofiary? I co oznaczają motyle znalezione w ustach zabitych?
Mamy w książce aż 3 wątki: prywatny połączony ze wszelkimi możliwymi schizami i przeszłością rodziny Werensów, kryminalno-historyczny związany z przeszłością ofiar zadziwiającego mordercy i współczesno-kryminalno-sadystyczny związany z morderstwami. I wszystkie te wątki są klarownie i konsekwentnie prowadzone i trzymane dosyć silną ręką autora, żaden wątek nie staje się ważniejszy niż inne, żaden się nie plącze, ale jest jedno ale...mam po lekturze takie wrażenia, jakby czegoś na końcu brakowało książce. W związku z tym cieszę się, że autor pociągnie wątek dalej. Drzewo morwowe to zapowiedź cyklu trzyczęściowego.
13 listopada ma mieć premierę część druga, czyli Kłamca. To już informacja potwierdzona. Trzecia zaś będzie nosiła tytuł Król Tyru.
Jak pisze autor na swoim blogu, W Kłamcy znany, ale i kontrowersyjny warszawski dziennikarz Paweł Werens musi stawić czoła zbrodniom, które dotykają go bezpośrednio, ofiarami są bowiem jego najbliżsi. W spektakularny sposób zostaje zamordowany jego stryj Mariusz Werens wraz z żoną. Na plecach starszego mężczyzny oprawca zostawia tajemnicze słowo: szadrak. Niebawem giną kolejne osoby. Rozpoczyna się śledztwo, które ujawnia zaskakujące fakty z przeszłości. Dotyczą one tajemniczych wydarzeń z ostatnich dni drugiej wojny światowej na Dolnym Śląsku. Mnożą się pytania, a czasu jest coraz mniej… Czy za wszystkim stoi dawny, śmiertelny wróg? Czy uda się rozwikłać misterną i skomplikowaną intrygę, zanim morderca ponownie zaatakuje? 

Jestem niezwykle ciekawa II części tryptyku werensowego:). Mam nadzieję, że pan dziennikarz trochę się w sobie ogarnie (o takie wewnętrzne ogarnięcie mi chodzi). Jeżeli chodzi o sferę kryminalną, to Drzewem morwowym ustawił sobie autor niezwykle wysoko poprzeczkę, ciekawe, jak będzie w II części. 

A tutaj moja recenzja na blogu autora:).