Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seria leniwa niedziela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seria leniwa niedziela. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2015

Stojąc pod tęczą - Dorota Schrammek

Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 4,5/6
Bohaterkami książki są cztery kobiety po 30-tce, ale równie dobrze na ich miejscu mogłoby się znajdować wiele z nas. I to moim zdaniem jest największa siła powieści Doroty Schrammek - możliwość identyfikacji i to w wielu aspektach całkowitej z bohaterkami.  
Patrycja, Magdalena, Aneta i Jagoda to cztery bohaterki książki i przyjaciółki pracujące w szczecińskiej agencji nieruchomości. Różnią się w większości kwestii, inaczej wychowane, z innym podejściem do życia. Połączyła je praca i choroba jednej z nich. Mimo, że tak odmienne od siebie, udowadniają, że każda z nich potrzebuje tego samego - uczucia i akceptacji. 
Rozczarowana mężczyznami Patrycja dzieli mieszkanie z ukochanym dogiem Apollem. Magdalena, wychowana na księżniczkę przez zadurzonego w niej ojca, chce skończyć z byciem „córeczką tatusia” , nietrafionymi próbami jej swatania i nadmiernym parasolem ochronnym, który roztoczył nad nią ojciec. Aneta jest zmęczona obowiązkami domowymi, opieką nad trójką dzieci i egocentryzmem męża oraz maksymalnie wredną teściową. Jagoda wdała się w romans z przystojnym Francuzem, kładąc na szali wspólne życie z mężem. Jedno wydarzenie rzuci zupełnie inne światło na ich życie, na to co uważały za swoje nieszczęście, albo wręcz przeciwnie za szczyt szczęścia. Okaże się, że nie są w stanie zmienić całego swojego życia, ale mogą, a nawet muszą cieszyć się tym co mają.
Autorka książki bardzo zręcznie domalowała cztery tak różne kobiety, różne barwy szczęścia, smutków i radości dnia codziennego.
Książkę czyta się błyskawicznie. Nie jest ona zbyt gruba a dodatkowo bardzo zręcznie napisana. Od pierwszej strony rzuca się w oczy, iż autorka jest kobietą, która podobnie jak jej bohaterki wiele przeszła. W związku z  tym doskonale potrafiła wczuć się w ich rolę i przelać to na papier. To skutkowało bardzo dobrą, życiową powieścią, pod koniec której płakałam jak przysłowiowy bóbr, a która zmusiła mnie do poważnej chwili refleksji i bilansu zysków i strat.
Gorąco zachęcam do lektury i czekam na kolejne powieści Doroty Schrammek.

piątek, 22 sierpnia 2014

Niech w końcu coś się zdarzy

Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 4,5/6
Jest to opowieść o Fritzi Berger, mieszkance Kolonii, która za kilka tygodni będzie obchodzić 40. urodziny. Bilans życia średni- kiepska, momentami nudna praca w wydawnictwie Best & Seller, 15 lat małżeństwa, które poszły w przysłowiowy kubeł, kiepskie auto, brak własnego mieszkania, ciągłe kłótnie z eks o byle co. Jedyna radość to kilkuletnia córeczka. Pewnego dnia czara goryczy przepełnia się, gdy na Walentynki Fritzi dostaje od koleżanki z pracy termo poduszkę w serduszka (czujecie to?!), a miasto zajmuje jej konto w banku za niezapłacone przedszkole córki. Informacje, monity przychodziły, ale Fritzi czyta tylko korespondencję w pogodnych kopertach, szare koperty z urzędów ją dołują. Fritzi do końca miesiąca (który dopiero się zaczął) na utrzymanie córki ma 35,00 e. Bilans życia jest dołujący, 40-ka zbliża się wielkimi krokami, faceci wolą młodsze, a o podwyżce może zapomnieć. Fritzi ma dosyć. Fritzi chce, żeby coś się w końcu w jej nudnym do bólu i nieudanym życiu w końcu stało, żeby marazm ją opuścił, żeby zaczęła wreszcie żyć zamiast wegetować. No i zgodnie z życzeniem zaczyna się dziać. Może nie do końca tak, jak by sobie tego życzyła, ale dzieje się, oj dzieje. I tak śledzimy czasem smutną, a czasem bardzo zabawną i pełną niespodzianek historię.
Jest to dobra, momentami bardzo dobra, a na pewno szczera do bólu książka. Z tym, że jej odbiór jak podejrzewam będzie zależał od tego, kto ją będzie czytał. To taki typ książki. Inaczej odbiorą ją osoby koło 20-ki, inaczej o jedną czy dwie dekady starsze. Mniej więcej w okolicach 40-ki człowiek zaczyna robić podsumowanie dotychczasowych życiowych osiągnięć. Niestety zbyt często wypada ono na minusie, albo blisko zera lub stacza się po równi pochyłej. Mając 10-20 lat mniej ma się wielkie plany, jest się pewnym (jak Fritzi), że świat stoi przed nami otworem, że się go zawojuje, a do 40-ki jest huhu i jeszcze trochę czasu. Tym czasem życie to nie bajka, a czas pędzi nieubłaganie. I zanim się spostrzeżemy będziemy w punkcie, w którym znalazła się bohaterka książki. Oby to nie był tak smutny punkt. 
Książka jest niesamowicie życiowa, prawdziwa, szczera do bólu. Może nie jest to wielka literatura, ale z pewnością dobrze napisana historia, w której wiele czytelniczek znajdzie siebie, swoje życie, czy też jego fragmenty.
Gorąco zachęcam do lektury. Książkę czyta się błyskawicznie (zresztą gruba to ona nie jest:)), niejednokrotnie z uśmiechem na ustach, albo też i z łezką zadumy, rozrzewnienia. Bardzo życiowa książka.