Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczepan twardoch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczepan twardoch. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 grudnia 2013

Wieczny Grunwald - Szczepan Twardoch

Wydawnictwo Literackie, Okładka miękka, 212 s., Moja ocena 5/6
Wieczny Grunwald to kolejna po Morfinie (recenzja tutaj) książka autorstwa Szczepana Twardocha, po którą miałam okazję sięgnąć. Tym razem wiedziałam czego mniej więcej po autorze się spodziewać, jakiego stylu pisarskiego, ale przyznam, iż kilkakrotnie i tak mnie zaskoczył.
Ponownie Twardoch zabrał się za swoistą polską świętość historyczną. W Morfinie było to walczący-niewalczący Polak, z którego zrobił autor mega oportunistę, w Wiecznym Grunwaldzie mamy....ale po kolei.
Głównym bohaterem książki jest Paszko, jeden z wielu nieślubnych synów (bękartów po prostu, nie wahajmy się użyć tego słowa) króla Kazimierza Wielkiego. Paszko był owocem hmmm.. namiętnej miłości króla do córki kupca (z pochodzenia Niemca). No miał Paszko pecha, nie da się tego ukryć. Pech był wielki, i nie przesadzam ani trochę. No bo jak napisać o chłopcu, który był nieślubnym dzieckiem z ojca, którym nie mógł się chwalić, nie wie w zasadzie kim jest czy Polakiem czy Niemcem, a  do tego przyszło Paszko zginąć pod Grunwaldem i na dodatek walczył on po stronie Krzyżaków. I do tego momentu jest wszystko powiedzmy normalnie. Cała kwintesencja książki rozpoczyna się wraz ze ową śmiercią bohatera. Paszko przeżywa bowiem swoje życie wielokrotnie. Wszystkie wersje jego żywota mają jednak wspólny element - bitwę pod Grunwaldem, która zdaje się być wieczną, stąd tytuł powieści.Zaznaczam od razu, iż żywoty paszko nie oscylują tylko i wyłącznie wokół XV wieku. Autor puścił wodze fantazji i to porządnie, to mu trzeba przyznać. Paszko w swoich alternatywnych żywotach wędruje bowiem nawet do XX wieku.
Całość książki przypomina trochę film Dzień Świstaka, z tym, że tam aktor przezywa na nowo ten sam dzień, a tu Paszko przeżywa to samo, ale inne życie, a na dodatek mierzy się z problemami ciężkiego kalibru, jak Bóg, wiara, głód, śmierć, seks, wojna, pokój etc. 
Trudno cokolwiek więcej napisać o Wiecznym Grunwaldzie. Na pewno jest to inna książka, niezwykle ciekawa, nowatorska, obalająca wiele polskich historycznych świętości, co przyznajmy uczciwie, nie wszystkim musi się podobać. Porównując książkę do Morfiny muszę przyznać, iż Morfina jest dużo lepszą i łatwiejszą lekturą. Wieczny Grunwald czytało mi się gorzej, trudniej, brakowało w nim tego nieuchwytnego czegoś, co mnie zachwyciło w Morfinie. Dodatkowo żywoty Paszko, które rozgrywają się w XIV, XV wieku napisane są językiem stylizowanym na ówczesny, co automatycznie czyni lekturę i tak niezbyt łatwą, jeszcze trudniejszą.
Wieczny Grunwald bardzo przypadł do gustu mojemu mężowi. Ba spodobał mu się dużo bardziej niż Morfina, czemu nadal niepomiernie się dziwię.
Mimo kilku zastrzeżeń, o których wspomniałam, polecam lekturę Wiecznego Grunwaldu. Każdy powinien sięgnąć po tę pozycję i samemu wyrobić sobie zdanie. Jestem pewna, że ilu czytelników tyle opinii. Z tym, że mam jedną radę - jeżeli będzie to pierwsza książka Twardocha od jakiej zaczniecie znajomość z jego twórczością, odłóżcie ja na bok i sięgnijcie po Morfinę. Wieczny Grunwald jest książką, która przy pierwszym spotkaniu z pisarstwem autora, może do niego zrazić, a Szczepan Twardoch jest z pewnością pisarzem niebanalnym, któremu warto dać szansę.
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi 

wtorek, 16 kwietnia 2013

Morfina - Szczepan Twardoch

Wydawnictwo Literackie, Okładka miękka, 580s., Moja ocena 5.5/6
Szczepanowi Twardochowi udało się mnie zachwycić, chociaż zabierałam się do tej książki z dużą dozą nieufności. 
Autor stworzył antybohatera, którego niezmiernie polubiłam, któremu kibicowałam przez całą lekturę.
Akcja rozpoczyna się na samy początku II wojny światowej, a ów antybohater to Konstanty Willemann, syn Niemca i spolszczonej Ślązaczki. Mimo posiadania wysokiego stopnia oficerskiego, Konstanty ma w nosie wojnę ojczyznę (obojętnie którą by wziąć pod uwagę, i tak ma ją w nosie) i robi wszystko, ale to dosłownie wszystko, żeby uniknąć powołania do wojska i przetrwać we względnym spokoju okupację. Ale to ma być jego, Kostkowy spokój. Spokój ten ma polegać na tym, żeby nikt mu przysłowiowych 4 liter nie zawracał, do walki za ojczyznę nie zmuszał i niewierności nie wymawiał. Bo Kostek ma kochani żonę i dziecko. Jednak czas zamiast z rodziną woli spędzać z paniami lekkich obyczajów, upijając się i narkotyzując i pilnując żeby go do wojska nikt nie wcielił. Taaak, trzeba mieć jakieś priorytety w życiu.
Konstanty ma więc plan wojenny, przetrwać w spokoju. Jednak plany planami, a życie czasami lubi płatać figle. Pewnego dnia Kostek poznaje przywódcę jednej z organizacji podziemnych i zaczyna się...ale co, to już tego nie zdradzę.
Nie mam pojęcia, dlaczego Morfina, aż tak mi się spodobała i polubiłam głównego bohatera. Obiektywnie muszę przyznać, że to mężczyzna z wyjątkowo paskudnym charakterem, uosabia wszystko to, czego we własnym mężu nigdy nie chciałoby się znaleźć. Jednak mimo mnóstwa niezaprzeczalnych wad, Kostek da się lubić.
Plusem jest narracja w pierwszej osobie, która jest doskonałym zabiegiem, sprawia, że mamy odczucie uczestniczenia w pokręconym życiu Willemanna. Dodatkowo niezwykle szybkie zwroty akcji sprawiające, że od lektury trudno się oderwać. Nie należy jednak w Morfinie szukać wielkich scen batalistycznych, konspiracyjnych akcji, poświęceń dla ojczyzny. Nic z tych rzeczy, Morfina to nie Czas honoru. Ale może dzięki temu jest to książka niezwykle prawdziwa. Ilekroć czytam o walecznych partyzantach, siłach zbrojnych etc w czasie II wojny światowej, wszyscy są dzielni, gotowi zginąć za ojczyznę. Zawsze miałam wątpliwości, czy faktycznie każdy w tym okresie był gotów ginąć za Polskę. Jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Nie neguję i nie umniejszam bohaterstwa walczących o nasz kraj, ale nie wierzę, że wszyscy tacy byli. Na pewno była grupa osób, które nie ważne jak, ale chciały przeżyć i Szczepan Twardoch pokazuje takich ludzi.
Udało mu się przy tym narysować sylwetki pełnokrwistych ludzi z ich wszystkimi wadami i zaletami (tych ostatnich jest zdecydowanie mniej). Mimo wszystko warto ich poznać.
Jednak co najważniejsze, Morfina, to 580s. doskonałej polskiej literatury. Zachęcam do lektury w trakcie której będziecie śmiać się, pomstować, otwierać oczy z niedowierzania, a i brzydkie słowo czasami wam się wymknie (no bo jak tu nie używać niecenzuralnego słownictwa w stosunku do Kostka, nie da się). 
Miłej lektury i pobytu w oportunistycznym świecie Konstantego Willemanna:)