Wydawnictwo Harlequin/Mira, Okładka twarda, 400 s., Moja ocena 5/6
Długo trwało zanim zabrałam się za lekturę tej pozycji. Oczekiwałam jakiegoś ckliwego romansidła, a tym czasem otrzymałam świetną powieść z owszem wątkiem romansowym, ale przy tym z niezłą intrygą oraz gra pomyłek.
Muszę przyznać, że przy lekturze Intrygi i namiętności bardzo miło spędziłam czas, książka niesamowicie mnie wciągnęła i świetnie się bawiłam.
Autorka (zupełnie wcześniej mi nieznana) opowiada historię dwóch braci bliźniaków. Jeden Stefan, dziedzic książęcego tytułu, odpowiedzialny, poważny aż do bólu i drugi z braci - Edmond jego zupełne przeciwieństwo. Obaj podobni do siebie jak dwie krople wody. To podobieństwo postanawia wykorzystać Edmond, gdy dowiaduje się, że na życie jego brata ktoś czyha i Stefan cudem uniknął dwukrotnego zamachu. Edmond zdaje sobie sprawę, że kolejny zamach niestety może się powieść.
Stefan nic sobie z niebezpieczeństwa nie robi dlatego Edmond postanawia wrócić z Rosji, gdzie na co dzień mieszka i zastawić pułapkę na zamachowca. W tym celu przebiera się za swojego brata, udaje się ich londyńskiego pałacu i odgrywa mistyfikację. Jest pewien, że nikt się nie zorientuje w tej małej zamianie, w końcu obaj ze Stefanem są identyczni.
Mistyfikację odkrywa jednak Brianna będąca podopieczną Stefana, która szukając z nim kontaktu niespodziewanie zjawia się na londyńskim balu. Brianna pragnie nakłonić Stefana, żeby ochronił ją przed niecnymi zakusami ojczyma. Jest pewna, że gdy poprosi Stefana ten nie odmówi jej schronienia w wiejskiej posiadłości. A tu niespodzianka, zamiast Stefana na balu spotyka jego brata bliżniaka i dopiero wtedy zaczynają się kłopoty i komedia omyłek.
Więcej już nie napiszę za to zachęcam do lektury.
Do romansów historycznych podchodzę bardzo sceptycznie, czasami ich lekturą bardzo mile się rozczarowuję. Tak było i w tym przypadku.
Książkę czyta się z uśmiechem na ustach, szybko i z prawdziwą przyjemnością. Moją sympatię zbudzili zarówno niepokorna Brianna jak i łotrzykowaty Edmond. Załozę się, ze takiego mężczyznę jak Edmond niejedna kobieta chciałaby spotkać na swojej drodze. Gorzej z tym mydłkowatym Stefanem, jakiś taki ten bohater dziwny, trochę ciapowaty.
Plusem jest olbrzymie poczucie humoru autorki i niezwykła pomysłowość w wymyślaniu intryg. Zaletą są także doskonale oddane realia mrożnej carskiej Rosji i XIX-wiecznej Anglii. Autorka doskonale, jakby mimochodem wplata w treść książki niezwykle dokładne opisy posiadłości cara i londyńskich pałaców oraz mrocznych zaułków tego miasta.
Jeżeli dodamy do tego szybką, wartką akcję, to mamy doskonałą powieść do lektury której gorąco zachęcam.
Dobra książka jest jak alkohol - też idzie do głowy. (Magdalena Samozwaniec)
Strony
- Strona główna
- Przeczytane w grudniu 2011r. i 2012r.
- Przeczytane w 2013r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
- Przeczytane w 2022r.
- Przeczytane w 2023 roku
- Przeczytane w 2024, 2025, 2026 roku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans historyczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans historyczny. Pokaż wszystkie posty
środa, 9 stycznia 2013
sobota, 20 października 2012
Tajemniczy książę - Jo Beverly
Wydawnictwo Bis, Okładka miękka, 464 s., Moja ocena 5/6
Jeszcze nigdy nie dałam romansowi historycznemu tak wysokiej oceny, ale też nigdy tak dobrego nie czytałam.
Jo Beverly była dla mnie całkowicie nie znaną autorką, ale po tej lekturze wpisuje ją na listę moich ulubiony pisarek. Beverly zabrała mnie do XVIII wiecznej Anglii, w świat arystokracji, pięknych sukien, rozbójniczych awantur, gorących uczuć, przystojnych kawalerów. Oklepane, mdłe?
Może, ale jakże przyjemnie się czytało i przebywało w tym świecie:).
Mamy rok 1760, główną bohaterką jest piękna (bo jakże by inaczej) Bella Barstowe. Dziewczyna zostaje uprowadzona z rodzinnego domu. Powód prozaiczny, żadna tam wielka miłość tylko pieniądze. Jednak porywacze źle trafili, nie na jakąś głupiutką gąskę, która będzie cicho siedzieć i czekać aż ją uratują. O co to to nie. Bella ucieka, a schronienie znajduje w najmniej odpowiednim miejscu dla młodej, ładnej, pochodzącej z dobrego domu panienki - w tawernie na obrzeżach miasta. I w tym momencie zaczynają się jej prawdziwe problemy. Można powiedzieć, że sprawdza się przysłowie – z deszczu pod rynnę. Bella staje się ofiarą napastliwości kilkorga mężczyzn, gości tawerny i nie wiadomo (a raczej wiadomo...) jakby się to skończyło, gdyby na ratunek dziewczynie nie ruszył, szarmancki, przystojny kapitan Rose, który postanawia pomóc młodej damie znajdującej się w opałach. Efekt jest taki, że wyswobodzona z opresji Bella ucieka na jego koniu. Gdy dociera do domu zostaje uwięziona przez rodzinę, która nie mogąc zapanować w tradycyjny sposób nad dziewczyną, postanawia ją uwięzić. Wg nich nie mogąc zapanować, bo wg Belli jest ona po prostu więźniem paskudnego, chytrego brata i głupiej, histerycznej siostry.
Bella od zawsze była czarną owcą w rodzinie. Jak sama twierdzi,gdyby żyła w innych czasach, z pewnością zamknięto by ją w klasztornej celi i wyrzucono klucz. Ponieważ było to jednak niemożliwe, uwięziono ją w rodzinnej posiadłości, w Carscourt. Pozbawiono ją przy tym pieniędzy, nowych ubrań i zabroniono wychodzenia na dwór. Cały czas spędza z paskudną siostrą i jeszcze gorszym bratem Agustusem, chytrym tłuściochem o rumianych policzkach i małych, świdrujących oczkach.
Mijają 4 lata, Bella żyje niczym mniszka, gdy nagle dostaje wiadomość, że odziedziczyła spadek i to bardzo duży, bo w kwocie 15 tys. funtów. Spadek ten zapisała jej ukochana prababcia, pomijając przy tym całkowicie Augustusa, chytrego brata Belli i Lucindę, ową histeryczną siostrę. Warunek jest jednak taki, że Bella w ciągu godziny wraz z adwokatem prababci musi opuścić rodzinne więzienie, co też dziewczyna niezwłocznie czyni. Bella mimo, iż spadek należy się prawnie jej, wcale tak łatwo go nie otrzyma, będzie do niego prowadziła długa i wyboista droga.
W dalszych perypetiach, m.in. w wymierzaniu kary wstrętnemu bratu (za co, nie zdradzę) pomaga jej po raz kolejny przystojniacha, czyli znany już nam kapitan Rose, który okazuje się kimś zupełnie innym, niż na początku sądziła Bella.
Dalszych losów tej pary nie zdradzę, napiszę tylko, że czekają na nich niesamowite wręcz przygody, a iskrzyć między nimi będzie od samego początku.
Tajemniczy książę to książka wciągająca, książka o tajemnicy, miłości, przygodach i problemach rodzinnych. Trochę przypomina mi bajkę o Kopciuszku, który zostaje wyratowany ze szponów złej rodziny przez pięknego, walecznego kawalera. Ale nie jest to zwykły Kopciuszek, bo Bella ma charakterek, oj ma, jest niezwykle odważna i wyemancypowana, jak na połowę XVIII w., przy tym ma niewyparzony język, jest pomysłowa i inteligentna, co w tamtych czasach było niedopuszczalne, a co w połączeniu z lekkim piórem Jo Beverly, daje gwarancję świetnej zabawy.
Jak na wstępie wspomniałam, nie bez powodu daję książce tak wysoką ocenę.
Przede wszystkim ujął mnie język, jakim operuje autorka, prosty, lekko sarkastyczny, bardzo plastyczny. W trakcie lektury miałam wrażenie, jakbym razem z bohaterami przeżywała wszystkie przygody.
Poza tym książka ma niesamowite tempo, ani przez chwile się nie nudziłam no i to poczucie humoru, kilkakrotnie czytając o kolejnych przygodach Belli, zaśmiewałam się do łez.
Tajemniczy książę to bez wątpienia jeden z najlepszych historycznych romansów, jakie czytałam. Po ostatnich moich lekturach, które aż ociekały tragizmem, II wojną i martyrologią, tego typu lektura była mi niezbędna. Szukałam lekkiej, porywającej i zapewniającej miłe spędzenie czasu książki i taką znalazłam. Polecam wam lekturę Tajemniczego księcia. A ja z pewnością sięgnę po kolejny romans autorstwa Jo Beverly, może nie od razu (raczej na pewno nie), bo co za dużo to nie zdrowo, ale wkrótce...
Jo Beverley, z domu Mary Josephine Dunn (ur. 22 września 1947 w Lancashire , Anglia ) kanadyjska pisarka zabytkowego romansu i powieści. Jej prace są uważane za bardzo dobre, pełne szczegółów historycznych i rozciągające się w granicach historycznych gatunków romantycznych fikcji. Zostały one przetłumaczone na wiele języków, a ona otrzymała kilka nagród.
A poniżej fragment I rozdziału...na zachętę:)
Rozdział 1
Dover, rok 1760
Śmiech może przybierać różne formy, odzwierciedlać różne stany emocjonalne: od czystej radości szczęśliwego dziecka po chichot szaleńca. Śmiech, który zakłócił ciszę pogrążonego w ciemności i mgle Dover brzmiał jak rechot okrutnego drapieżcy, który dopadł właśnie bezbronną ofiarę.
Jego dźwięk sprawił, że podążający ulicą mężczyzna się zatrzymał.
Po lewej woda uderzała o nabrzeże, a wiatr szarpał takielunkiem przycumowanych statków. Nieco dalej pobrzękiwała metalicznie boja, podskakując na wysokiej fali. Po prawej latarnie zawieszone na pobliskim budynku rozpraszały nieco mgłę, dostarczając jedynie tyle światła, by dało się wyminąć co bardziej pokaźne przeszkody – zaśmiecające nabrzeże zwoje lin, fragmenty gnijących bali i połamanych beczek, z których wyciekała cuchnąca zawartość.
Mężczyzna potrząsnął głową i ruszył dalej, lecz śmiech rozległ się znowu, tym razem przerwany ostrym słowem. Nie był w stanie zrozumieć, co zostało powiedziane, głos brzmiał jednak, jakby należał do kobiety.
Co prawda mógł to być chłopiec okrętowy, z którego podśmiewali się marynarze, lub dziwka doskonale wiedząca, jak przetrwać w niebezpiecznej okolicy. Nic, czym powinien lub chciałby się interesować.
Lecz potem usłyszał kilka następnych słów. Wypowiedzianych wyższym, pełnym napięcia, lecz władczym tonem. Nie chłopiec. I niemal na pewno nie dziwka. Ale co przyzwoita kobieta mogłaby robić w porcie w zimny październikowy wieczór?
A niech to wszyscy diabli! Spędził na morzu dwie doby, przemarzł i nie mógł się już doczekać smacznego posiłku oraz ciepłego łóżka czekającego nań w tawernie Busola. Rankiem zamierzał opuścić Devon i wrócić do domu.
Nasłuchiwał przez chwilę, lecz nie usłyszał nic więcej.
Cokolwiek się tam działo, zapewne było już po wszystkim. Jednak kolejny wybuch głośnego, wulgarnego śmiechu i towarzyszące mu pogwizdywania sprawiły, że zaklął znowu i skierował się w stronę źródła hałasu. Jedna z rzucających przymglone światło kul wskazywała zapewne wejście do tawerny, ale poza tym niewiele dało się dostrzec.
Gdy podszedł bliżej, zobaczył dwa niewielkie okna, umieszczone po obu stronach krzywych drzwi i zakryte okiennicami z listewek. Przez szpary w drewnie przenikały smugi mdłego światła. A także dym tytoniowy, woń piwa, zarówno świeżego, jak starego oraz smród potu. Miał przed sobą portową knajpę najgorszego rodzaju, spelunkę odwiedzaną przez najtwardszych, najbardziej nieokrzesanych ludzi morza i robotników portowych.
Chrapliwy głos wycedził coś na temat cycuszków.
Kobieta nie odpowiedziała.
Nie była w stanie odpowiedzieć?
Gdy podszedł do drzwi, zobaczył przybity powyżej, niezdarnie namalowany szyld informujący z dumą, że lokal nazywa się Pod Czarnym Szczurem.
- A niech was zaraza - wymamrotał, napierając barkiem na spaczone drzwi.
Miał rację co do dymu i światła. Przymglony blask łojówek okazał się jednak wystarczający, by mógł dostrzec, co dzieje się we wnętrzu.
Lokal był zatłoczony. Większość mężczyzn siedziała na stołkach i ławach, popijając z kufli i kubków. Spoglądali w stronę, gdzie działo się coś, co zapewniało im rozrywkę. W kącie po prawej pięciu mężczyzn przypierało do ściany kobietę. Prawdopodobnie zapędzili ją tam zaraz po tym, gdy okazała się na tyle nierozsądna, by wejść.
Co też sobie, do diaska, myślała? Na pierwszy rzut oka widać było, że jest młoda i dobrze urodzona. Suknia w kremowo- brązowe pasy musiała sporo kosztować, na głowie zaś miała wykwintny czepeczek, obszyty koronką. I rzeczywiście, pod zakrywającą dekolt, ozdobną chusteczką skrywała z pewnością ładne cycuszki. Jeden z mężczyzn wyciągnął rękę, jakby chciał zerwać delikatny materiał. Bawił się z dziewczyną niczym kot z myszą, pewny ostatecznego zwycięstwa.
Trzepnęła natręta po dłoni.
Mężczyzna się roześmiał.
Rose rozejrzał się, szukając sojuszników, lecz nie zobaczył znajomej twarzy.
W tawernie znajdowała się jeszcze jedna kobieta, zaprawiona w bojach czterdziestoletnia weteranka, strzegąca beczki z piwem. Właścicielka tawerny lub żona właściciela. Widać było, że nie zamierza interweniować. Jak gdyby nigdy nic napełniała kufle oraz szklaneczki, inkasując monety. Był sam przeciwko pięciu, na domiar złego pijący zauważyli już, że przyszedł ktoś nowy. Trącali się łokciami, mamrocząc pod nosem.
Nic w tym dziwnego. Był tu tak samo obcy jak dziewczyna. Jego ciemny surdut wprawdzie dawno już wyszedł z mody, ale uszyto go z doskonałego materiału. Puszczone luzem włosy opadały mu na ramiona, a twarz pokrywał kilkudniowy zarost, bywalcy potrafili jednak rozpoznać człowieka z wyższych sfer, posiadającego władzę i autorytet.
Obie te cechy mogły mu pomóc, lecz mogły też sprawić, że ktoś poderżnie mu gardło. Nietrudno byłoby pozbyć się ciała: wystarczyło zepchnąć trupa z nabrzeża i ślad by po nim zaginął. W miejscach takich jak to, ludzie przywykli trzymać język za zębami.
Któryś z bywalców mógł zorientować się, że ma przed sobą kapitana Rose – czerwona chusta na szyi i kolczyk w kształcie czaszki stanowiły znak rozpoznawczy - lecz to by go nie ocaliło, gdyby tłum zwrócił się przeciwko niemu.
Na razie nie wyczuwał wrogości, jedynie zainteresowanie: na scenie pojawił się nowy aktor, a to zapowiadało więcej darmowej rozrywki. Przeniósł znowu uwagę na scenę w kącie. Tak, dziewczyna była zdecydowanie damą. Świadczył o tym nie tylko jej strój, ale i postawa, o gniewnym błysku w oku nie wspominając. Czyżby spodziewała się zastać w miejscu takim jak to dżentelmenów?
Wyniosłe maniery i zmysłowa figura zachęcą mężczyzn do gwałtu. Nawet ci szakale zawahaliby się przed dręczeniem przerażonej i drżącej ofiary, jednak odważna dziewczyna byłaby dla nich pożądaną zdobyczą, zwłaszcza jeśli znalazła się tu z własnej woli.
Czyżby szukała tego rodzaju przygody? Niektóre damy uważały prymitywnych mężczyzn za podniecających, musiałaby postradać jednak rozum, by upaść tak nisko. Poza tym, choć próbowała zachowywać się z godnością, widział, że jest bardzo młoda. Zapewne nie miała nawet osiemnastu lat. Zbyt młoda, aby być tak zdeprawowaną. Kilku spośród dręczycieli odwróciło się tymczasem ku niemu. Może mógłbym uratować dziewczynę zapewniając, że jest niespełna rozumu, pomyślał.
Jeden z mężczyzn był poznaczony bliznami i żylasty, drugi wyglądał niczym wół: wielki, umięśniony, o niskim, guzowatym czole. Wydostanie dziewczęcia z tawerny bez rozlewu krwi nie będzie łatwe, i to mogła być jego krew. Niższy mężczyzna zdążył już wyciągnąć długi, ostry jak brzytwa nóż do filetowania ryb.
Za późno na zastanawianie się. Jak w przypadku każdego dzikiego zwierzęcia okazanie strachu mogłoby zakończyć się katastrofą, ukrył go zatem, choć serce mocno biło mu w piersi. Bał się, lecz wiedział, że nie potrafi zostawić niemądrego stworzenia na pastwę łotrów z portowej spelunki.
Ruszył zatem przed siebie, przepychając się między stołami.
– Mam cię, tępa dziwko! – wrzasnął tonem, jakiego używał, wydając rozkazy podczas sztormu. – Co ty sobie, do czorta, myślałaś, żeby tu przyłazić?
Żaden z dręczycieli się nie poruszył. Podobnie ich ofiara. Stała, wpatrując się w niego okrągłymi z przerażenia oczami. Miał nadzieję, że jego spojrzenie nie zdradza podobnego strachu. Graj swoją rolę, do cholery, nakazał jej w duchu, oceniając niebezpieczeństwo.
Zapewne najgroźniejsi mogli okazać się dwaj mężczyźni, których miał teraz przed sobą, lecz gdyby pozostali wyczuli, że choć trochę się boi, rzuciliby się na niego niczym sfora dzikich psów. Miał w kieszeni pistolet, ale mógł oddać tylko jeden strzał. Miał także szpadę, nie łudził się jednak, że zdoła zwyciężyć w walce na noże, poza tym wyciągnięcie akurat w tej chwili broni oznaczałoby pokazanie im, że się boi.
Za późno na wycofanie się: musi stawić czoło sytuacji. Przepchnął się obok mężczyzn, jakby ich w ogóle nie zauważył i chwycił dziewczynę za ramię.
– No, dalej - warknął.
Odsunęła się instynktownie, lecz tylko o krok. Wyglądało to bardzo przekonująco: ot, kobieta przyłapana w chwili szaleństwa przez rozgniewanego męża lub opiekuna. Lecz kiedy ruszył, ciągnąc ją za sobą, ku drzwiom, mężczyźni zastawili mu drogę.
- Twoja damulka wpadła tu z wizytą – powiedział osiłek, zginając wielkie dłonie. Uważał widać, iż jako broń w zupełności mu wystarczą i miał zapewne rację. – Teraz jest nasza.
- To moja żona – powiedział Rose znużonym tonem. Miał nadzieję, że zaskarbi sobie w ten sposób odrobinę współczucia. – Jak widzicie, ma trochę nierówno pod sufitem. Puśćcie nas.
Jeszcze nigdy nie dałam romansowi historycznemu tak wysokiej oceny, ale też nigdy tak dobrego nie czytałam.
Jo Beverly była dla mnie całkowicie nie znaną autorką, ale po tej lekturze wpisuje ją na listę moich ulubiony pisarek. Beverly zabrała mnie do XVIII wiecznej Anglii, w świat arystokracji, pięknych sukien, rozbójniczych awantur, gorących uczuć, przystojnych kawalerów. Oklepane, mdłe?
Może, ale jakże przyjemnie się czytało i przebywało w tym świecie:).
Mamy rok 1760, główną bohaterką jest piękna (bo jakże by inaczej) Bella Barstowe. Dziewczyna zostaje uprowadzona z rodzinnego domu. Powód prozaiczny, żadna tam wielka miłość tylko pieniądze. Jednak porywacze źle trafili, nie na jakąś głupiutką gąskę, która będzie cicho siedzieć i czekać aż ją uratują. O co to to nie. Bella ucieka, a schronienie znajduje w najmniej odpowiednim miejscu dla młodej, ładnej, pochodzącej z dobrego domu panienki - w tawernie na obrzeżach miasta. I w tym momencie zaczynają się jej prawdziwe problemy. Można powiedzieć, że sprawdza się przysłowie – z deszczu pod rynnę. Bella staje się ofiarą napastliwości kilkorga mężczyzn, gości tawerny i nie wiadomo (a raczej wiadomo...) jakby się to skończyło, gdyby na ratunek dziewczynie nie ruszył, szarmancki, przystojny kapitan Rose, który postanawia pomóc młodej damie znajdującej się w opałach. Efekt jest taki, że wyswobodzona z opresji Bella ucieka na jego koniu. Gdy dociera do domu zostaje uwięziona przez rodzinę, która nie mogąc zapanować w tradycyjny sposób nad dziewczyną, postanawia ją uwięzić. Wg nich nie mogąc zapanować, bo wg Belli jest ona po prostu więźniem paskudnego, chytrego brata i głupiej, histerycznej siostry.
Bella od zawsze była czarną owcą w rodzinie. Jak sama twierdzi,gdyby żyła w innych czasach, z pewnością zamknięto by ją w klasztornej celi i wyrzucono klucz. Ponieważ było to jednak niemożliwe, uwięziono ją w rodzinnej posiadłości, w Carscourt. Pozbawiono ją przy tym pieniędzy, nowych ubrań i zabroniono wychodzenia na dwór. Cały czas spędza z paskudną siostrą i jeszcze gorszym bratem Agustusem, chytrym tłuściochem o rumianych policzkach i małych, świdrujących oczkach.
Mijają 4 lata, Bella żyje niczym mniszka, gdy nagle dostaje wiadomość, że odziedziczyła spadek i to bardzo duży, bo w kwocie 15 tys. funtów. Spadek ten zapisała jej ukochana prababcia, pomijając przy tym całkowicie Augustusa, chytrego brata Belli i Lucindę, ową histeryczną siostrę. Warunek jest jednak taki, że Bella w ciągu godziny wraz z adwokatem prababci musi opuścić rodzinne więzienie, co też dziewczyna niezwłocznie czyni. Bella mimo, iż spadek należy się prawnie jej, wcale tak łatwo go nie otrzyma, będzie do niego prowadziła długa i wyboista droga.
W dalszych perypetiach, m.in. w wymierzaniu kary wstrętnemu bratu (za co, nie zdradzę) pomaga jej po raz kolejny przystojniacha, czyli znany już nam kapitan Rose, który okazuje się kimś zupełnie innym, niż na początku sądziła Bella.
Dalszych losów tej pary nie zdradzę, napiszę tylko, że czekają na nich niesamowite wręcz przygody, a iskrzyć między nimi będzie od samego początku.
Tajemniczy książę to książka wciągająca, książka o tajemnicy, miłości, przygodach i problemach rodzinnych. Trochę przypomina mi bajkę o Kopciuszku, który zostaje wyratowany ze szponów złej rodziny przez pięknego, walecznego kawalera. Ale nie jest to zwykły Kopciuszek, bo Bella ma charakterek, oj ma, jest niezwykle odważna i wyemancypowana, jak na połowę XVIII w., przy tym ma niewyparzony język, jest pomysłowa i inteligentna, co w tamtych czasach było niedopuszczalne, a co w połączeniu z lekkim piórem Jo Beverly, daje gwarancję świetnej zabawy.
Jak na wstępie wspomniałam, nie bez powodu daję książce tak wysoką ocenę.
Przede wszystkim ujął mnie język, jakim operuje autorka, prosty, lekko sarkastyczny, bardzo plastyczny. W trakcie lektury miałam wrażenie, jakbym razem z bohaterami przeżywała wszystkie przygody.
Poza tym książka ma niesamowite tempo, ani przez chwile się nie nudziłam no i to poczucie humoru, kilkakrotnie czytając o kolejnych przygodach Belli, zaśmiewałam się do łez.
Tajemniczy książę to bez wątpienia jeden z najlepszych historycznych romansów, jakie czytałam. Po ostatnich moich lekturach, które aż ociekały tragizmem, II wojną i martyrologią, tego typu lektura była mi niezbędna. Szukałam lekkiej, porywającej i zapewniającej miłe spędzenie czasu książki i taką znalazłam. Polecam wam lekturę Tajemniczego księcia. A ja z pewnością sięgnę po kolejny romans autorstwa Jo Beverly, może nie od razu (raczej na pewno nie), bo co za dużo to nie zdrowo, ale wkrótce...
Jo Beverley, z domu Mary Josephine Dunn (ur. 22 września 1947 w Lancashire , Anglia ) kanadyjska pisarka zabytkowego romansu i powieści. Jej prace są uważane za bardzo dobre, pełne szczegółów historycznych i rozciągające się w granicach historycznych gatunków romantycznych fikcji. Zostały one przetłumaczone na wiele języków, a ona otrzymała kilka nagród.
A poniżej fragment I rozdziału...na zachętę:)
Rozdział 1
Dover, rok 1760
Śmiech może przybierać różne formy, odzwierciedlać różne stany emocjonalne: od czystej radości szczęśliwego dziecka po chichot szaleńca. Śmiech, który zakłócił ciszę pogrążonego w ciemności i mgle Dover brzmiał jak rechot okrutnego drapieżcy, który dopadł właśnie bezbronną ofiarę.
Jego dźwięk sprawił, że podążający ulicą mężczyzna się zatrzymał.
Po lewej woda uderzała o nabrzeże, a wiatr szarpał takielunkiem przycumowanych statków. Nieco dalej pobrzękiwała metalicznie boja, podskakując na wysokiej fali. Po prawej latarnie zawieszone na pobliskim budynku rozpraszały nieco mgłę, dostarczając jedynie tyle światła, by dało się wyminąć co bardziej pokaźne przeszkody – zaśmiecające nabrzeże zwoje lin, fragmenty gnijących bali i połamanych beczek, z których wyciekała cuchnąca zawartość.
Mężczyzna potrząsnął głową i ruszył dalej, lecz śmiech rozległ się znowu, tym razem przerwany ostrym słowem. Nie był w stanie zrozumieć, co zostało powiedziane, głos brzmiał jednak, jakby należał do kobiety.
Co prawda mógł to być chłopiec okrętowy, z którego podśmiewali się marynarze, lub dziwka doskonale wiedząca, jak przetrwać w niebezpiecznej okolicy. Nic, czym powinien lub chciałby się interesować.
Lecz potem usłyszał kilka następnych słów. Wypowiedzianych wyższym, pełnym napięcia, lecz władczym tonem. Nie chłopiec. I niemal na pewno nie dziwka. Ale co przyzwoita kobieta mogłaby robić w porcie w zimny październikowy wieczór?
A niech to wszyscy diabli! Spędził na morzu dwie doby, przemarzł i nie mógł się już doczekać smacznego posiłku oraz ciepłego łóżka czekającego nań w tawernie Busola. Rankiem zamierzał opuścić Devon i wrócić do domu.
Nasłuchiwał przez chwilę, lecz nie usłyszał nic więcej.
Cokolwiek się tam działo, zapewne było już po wszystkim. Jednak kolejny wybuch głośnego, wulgarnego śmiechu i towarzyszące mu pogwizdywania sprawiły, że zaklął znowu i skierował się w stronę źródła hałasu. Jedna z rzucających przymglone światło kul wskazywała zapewne wejście do tawerny, ale poza tym niewiele dało się dostrzec.
Gdy podszedł bliżej, zobaczył dwa niewielkie okna, umieszczone po obu stronach krzywych drzwi i zakryte okiennicami z listewek. Przez szpary w drewnie przenikały smugi mdłego światła. A także dym tytoniowy, woń piwa, zarówno świeżego, jak starego oraz smród potu. Miał przed sobą portową knajpę najgorszego rodzaju, spelunkę odwiedzaną przez najtwardszych, najbardziej nieokrzesanych ludzi morza i robotników portowych.
Chrapliwy głos wycedził coś na temat cycuszków.
Kobieta nie odpowiedziała.
Nie była w stanie odpowiedzieć?
Gdy podszedł do drzwi, zobaczył przybity powyżej, niezdarnie namalowany szyld informujący z dumą, że lokal nazywa się Pod Czarnym Szczurem.
- A niech was zaraza - wymamrotał, napierając barkiem na spaczone drzwi.
Miał rację co do dymu i światła. Przymglony blask łojówek okazał się jednak wystarczający, by mógł dostrzec, co dzieje się we wnętrzu.
Lokal był zatłoczony. Większość mężczyzn siedziała na stołkach i ławach, popijając z kufli i kubków. Spoglądali w stronę, gdzie działo się coś, co zapewniało im rozrywkę. W kącie po prawej pięciu mężczyzn przypierało do ściany kobietę. Prawdopodobnie zapędzili ją tam zaraz po tym, gdy okazała się na tyle nierozsądna, by wejść.
Co też sobie, do diaska, myślała? Na pierwszy rzut oka widać było, że jest młoda i dobrze urodzona. Suknia w kremowo- brązowe pasy musiała sporo kosztować, na głowie zaś miała wykwintny czepeczek, obszyty koronką. I rzeczywiście, pod zakrywającą dekolt, ozdobną chusteczką skrywała z pewnością ładne cycuszki. Jeden z mężczyzn wyciągnął rękę, jakby chciał zerwać delikatny materiał. Bawił się z dziewczyną niczym kot z myszą, pewny ostatecznego zwycięstwa.
Trzepnęła natręta po dłoni.
Mężczyzna się roześmiał.
Rose rozejrzał się, szukając sojuszników, lecz nie zobaczył znajomej twarzy.
W tawernie znajdowała się jeszcze jedna kobieta, zaprawiona w bojach czterdziestoletnia weteranka, strzegąca beczki z piwem. Właścicielka tawerny lub żona właściciela. Widać było, że nie zamierza interweniować. Jak gdyby nigdy nic napełniała kufle oraz szklaneczki, inkasując monety. Był sam przeciwko pięciu, na domiar złego pijący zauważyli już, że przyszedł ktoś nowy. Trącali się łokciami, mamrocząc pod nosem.
Nic w tym dziwnego. Był tu tak samo obcy jak dziewczyna. Jego ciemny surdut wprawdzie dawno już wyszedł z mody, ale uszyto go z doskonałego materiału. Puszczone luzem włosy opadały mu na ramiona, a twarz pokrywał kilkudniowy zarost, bywalcy potrafili jednak rozpoznać człowieka z wyższych sfer, posiadającego władzę i autorytet.
Obie te cechy mogły mu pomóc, lecz mogły też sprawić, że ktoś poderżnie mu gardło. Nietrudno byłoby pozbyć się ciała: wystarczyło zepchnąć trupa z nabrzeża i ślad by po nim zaginął. W miejscach takich jak to, ludzie przywykli trzymać język za zębami.
Któryś z bywalców mógł zorientować się, że ma przed sobą kapitana Rose – czerwona chusta na szyi i kolczyk w kształcie czaszki stanowiły znak rozpoznawczy - lecz to by go nie ocaliło, gdyby tłum zwrócił się przeciwko niemu.
Na razie nie wyczuwał wrogości, jedynie zainteresowanie: na scenie pojawił się nowy aktor, a to zapowiadało więcej darmowej rozrywki. Przeniósł znowu uwagę na scenę w kącie. Tak, dziewczyna była zdecydowanie damą. Świadczył o tym nie tylko jej strój, ale i postawa, o gniewnym błysku w oku nie wspominając. Czyżby spodziewała się zastać w miejscu takim jak to dżentelmenów?
Wyniosłe maniery i zmysłowa figura zachęcą mężczyzn do gwałtu. Nawet ci szakale zawahaliby się przed dręczeniem przerażonej i drżącej ofiary, jednak odważna dziewczyna byłaby dla nich pożądaną zdobyczą, zwłaszcza jeśli znalazła się tu z własnej woli.
Czyżby szukała tego rodzaju przygody? Niektóre damy uważały prymitywnych mężczyzn za podniecających, musiałaby postradać jednak rozum, by upaść tak nisko. Poza tym, choć próbowała zachowywać się z godnością, widział, że jest bardzo młoda. Zapewne nie miała nawet osiemnastu lat. Zbyt młoda, aby być tak zdeprawowaną. Kilku spośród dręczycieli odwróciło się tymczasem ku niemu. Może mógłbym uratować dziewczynę zapewniając, że jest niespełna rozumu, pomyślał.
Jeden z mężczyzn był poznaczony bliznami i żylasty, drugi wyglądał niczym wół: wielki, umięśniony, o niskim, guzowatym czole. Wydostanie dziewczęcia z tawerny bez rozlewu krwi nie będzie łatwe, i to mogła być jego krew. Niższy mężczyzna zdążył już wyciągnąć długi, ostry jak brzytwa nóż do filetowania ryb.
Za późno na zastanawianie się. Jak w przypadku każdego dzikiego zwierzęcia okazanie strachu mogłoby zakończyć się katastrofą, ukrył go zatem, choć serce mocno biło mu w piersi. Bał się, lecz wiedział, że nie potrafi zostawić niemądrego stworzenia na pastwę łotrów z portowej spelunki.
Ruszył zatem przed siebie, przepychając się między stołami.
– Mam cię, tępa dziwko! – wrzasnął tonem, jakiego używał, wydając rozkazy podczas sztormu. – Co ty sobie, do czorta, myślałaś, żeby tu przyłazić?
Żaden z dręczycieli się nie poruszył. Podobnie ich ofiara. Stała, wpatrując się w niego okrągłymi z przerażenia oczami. Miał nadzieję, że jego spojrzenie nie zdradza podobnego strachu. Graj swoją rolę, do cholery, nakazał jej w duchu, oceniając niebezpieczeństwo.
Zapewne najgroźniejsi mogli okazać się dwaj mężczyźni, których miał teraz przed sobą, lecz gdyby pozostali wyczuli, że choć trochę się boi, rzuciliby się na niego niczym sfora dzikich psów. Miał w kieszeni pistolet, ale mógł oddać tylko jeden strzał. Miał także szpadę, nie łudził się jednak, że zdoła zwyciężyć w walce na noże, poza tym wyciągnięcie akurat w tej chwili broni oznaczałoby pokazanie im, że się boi.
Za późno na wycofanie się: musi stawić czoło sytuacji. Przepchnął się obok mężczyzn, jakby ich w ogóle nie zauważył i chwycił dziewczynę za ramię.
– No, dalej - warknął.
Odsunęła się instynktownie, lecz tylko o krok. Wyglądało to bardzo przekonująco: ot, kobieta przyłapana w chwili szaleństwa przez rozgniewanego męża lub opiekuna. Lecz kiedy ruszył, ciągnąc ją za sobą, ku drzwiom, mężczyźni zastawili mu drogę.
- Twoja damulka wpadła tu z wizytą – powiedział osiłek, zginając wielkie dłonie. Uważał widać, iż jako broń w zupełności mu wystarczą i miał zapewne rację. – Teraz jest nasza.
- To moja żona – powiedział Rose znużonym tonem. Miał nadzieję, że zaskarbi sobie w ten sposób odrobinę współczucia. – Jak widzicie, ma trochę nierówno pod sufitem. Puśćcie nas.
sobota, 8 września 2012
Narzeczona lorda Ravensdena - Anne Herries
Wydawnictwo Harlequin/Mira, Okładka miękka, 272 s., Moja ocena 4/6
To moje drugie w ciągu miesiąca spotkanie z romansem historycznym. Jakoś tak się złożyło, że nie czytałam tego typu literatury przez kilka ostatnich lat, ale jak zaczęłam to jeden za drugim czytam.
Główną bohaterką Narzeczonej lorda Ravensdena jest 23-letnia Beatrice Roade. Ponieważ akcja książki rozgrywa się w 1811r. niezamężna kobieta w tym wieku jest już dawno starą panną. Beatrice już dawno porzuciła wszelką nadzieję na wyjście za mąż. Mimo, iż jest wysoka, zgrabna, ładna, ma klasyczne rysy i piękne kasztanowe włosy, a więc ma wszystko, co powinno przyciągnąć do niej potencjalnego przyszłego męża. Ma jednak jeszcze jedną cechę , która kawalerów na początku XIX w. skutecznie odstraszała- jest niebywale inteligentna, a kawalerom nie w smak jest jej ironiczne poczucie humoru. Na dodatek Beatrice zawsze była porównywana ze swoją dużo ładniejszą i młodszą siostrą Oliwią. Lata leciały i w końcu, gdy poznajemy obie kobiety – Beatrice mieszka z ojcem pogodzona ze swoim staropanieństwem, a Oliwia ma lada moment wyjść za mąż za tytułowego lorda Ravensdena.
Od jakiegoś czasu Oliwia przebywa u krewnych w Londynie, jednak pewnego dnia wraca do rodzinnego domu, uprzednio zerwawszy zaręczyny co w tamtym okresie było jednoznaczne ze zhańbieniem rodziny. Porzucony narzeczony nie zamierza jednak rozstać się z Oliwią i pragnąc odzyskać ukochaną udaje się za nią i przybywa do rodzinnego Steepwood. Tam jednak czeka na niego ogromna niespodzianka, zupełnie niespodziewane, acz niełatwe uczucie do Beatrice.
Co wybierze lord Ravensden- obowiązek czy uczucie? Jak zachowa się każda z sióstr?
Dzięki lekturze spędziłam kilka miłych chwil, lektura była lekka, styl pisarki dobry, a książkę czytało mi się błyskawicznie. W książce znalazłam wszystko czym powinien (moim zdaniem) charakteryzować się romans historyczny: piękne stroje i ich opisy, miłość, walkę z niespodziewanym uczuciem, tajemnicę i próbę jej rozwiązania, tajemnicze opactwo, doskonale oddany klimat epoki, dbałość o wszystkie detale, ale...w porównaniu z wcześniej czytanym Czarnym brylantem recenzja tutaj. czegoś Narzeczonej lorda Ravensdena brakuje.
Niby książkę czytało mi się dobrze, momentami bardzo dobrze, była wspaniałym relaksem, miłym przerywnikiem między trochę poważniejszymi lekturami, ale jednak poziom pisarstwa Candace Camp jest dużo wyższy niż Anne Herries.
A może niepotrzebnie porównuję obie książki i obie autorki?
Nie jestem wielką znawczynią romansów historycznych, może mam za małe doświadczenie w lekturze tego typu pozycji?! Prawdopodobnie tak.
Mimo kilku wad jestem jednak przekonana, że wielbicielki lekkich powieści historycznych i romansów znajdą w książce odpowiednią dla siebie lekturę.
Plusem niewątpliwie jest świetne oddanie specyfiki zarówno epoki, jak i np. tajemniczego opactwa oraz bardzo silne postacie głównych bohaterów. Np. tytułowy lord Ravensden to nie jakiś płochliwy fircyk tylko silny, pewny siebie mężczyzna. Podobnie jest z Beatrice. Oboje doskonale wpasowują się w angielskie konwenanse XIX w. Bardzo podoba mi się także okładka, która idealnie współgra z treścią.
Anne Herries to pseudonim Lindy Sole. Na świat przyszła w Swindon, a następnie wraz z rodziną przeprowadziła się do Ely w Cambridgeshire. Karierę pisarki rozpoczęła w 1976 roku, a prędzej prowadziła zakład fryzjerski. Za swą twórczość zdobyła nawet kilka nagród, w tym nagrodę Romance RNA oraz Betty Trophy Neels.
To moje drugie w ciągu miesiąca spotkanie z romansem historycznym. Jakoś tak się złożyło, że nie czytałam tego typu literatury przez kilka ostatnich lat, ale jak zaczęłam to jeden za drugim czytam.
Główną bohaterką Narzeczonej lorda Ravensdena jest 23-letnia Beatrice Roade. Ponieważ akcja książki rozgrywa się w 1811r. niezamężna kobieta w tym wieku jest już dawno starą panną. Beatrice już dawno porzuciła wszelką nadzieję na wyjście za mąż. Mimo, iż jest wysoka, zgrabna, ładna, ma klasyczne rysy i piękne kasztanowe włosy, a więc ma wszystko, co powinno przyciągnąć do niej potencjalnego przyszłego męża. Ma jednak jeszcze jedną cechę , która kawalerów na początku XIX w. skutecznie odstraszała- jest niebywale inteligentna, a kawalerom nie w smak jest jej ironiczne poczucie humoru. Na dodatek Beatrice zawsze była porównywana ze swoją dużo ładniejszą i młodszą siostrą Oliwią. Lata leciały i w końcu, gdy poznajemy obie kobiety – Beatrice mieszka z ojcem pogodzona ze swoim staropanieństwem, a Oliwia ma lada moment wyjść za mąż za tytułowego lorda Ravensdena.
Od jakiegoś czasu Oliwia przebywa u krewnych w Londynie, jednak pewnego dnia wraca do rodzinnego domu, uprzednio zerwawszy zaręczyny co w tamtym okresie było jednoznaczne ze zhańbieniem rodziny. Porzucony narzeczony nie zamierza jednak rozstać się z Oliwią i pragnąc odzyskać ukochaną udaje się za nią i przybywa do rodzinnego Steepwood. Tam jednak czeka na niego ogromna niespodzianka, zupełnie niespodziewane, acz niełatwe uczucie do Beatrice.
Co wybierze lord Ravensden- obowiązek czy uczucie? Jak zachowa się każda z sióstr?
Dzięki lekturze spędziłam kilka miłych chwil, lektura była lekka, styl pisarki dobry, a książkę czytało mi się błyskawicznie. W książce znalazłam wszystko czym powinien (moim zdaniem) charakteryzować się romans historyczny: piękne stroje i ich opisy, miłość, walkę z niespodziewanym uczuciem, tajemnicę i próbę jej rozwiązania, tajemnicze opactwo, doskonale oddany klimat epoki, dbałość o wszystkie detale, ale...w porównaniu z wcześniej czytanym Czarnym brylantem recenzja tutaj. czegoś Narzeczonej lorda Ravensdena brakuje.
Niby książkę czytało mi się dobrze, momentami bardzo dobrze, była wspaniałym relaksem, miłym przerywnikiem między trochę poważniejszymi lekturami, ale jednak poziom pisarstwa Candace Camp jest dużo wyższy niż Anne Herries.
A może niepotrzebnie porównuję obie książki i obie autorki?
Nie jestem wielką znawczynią romansów historycznych, może mam za małe doświadczenie w lekturze tego typu pozycji?! Prawdopodobnie tak.
Mimo kilku wad jestem jednak przekonana, że wielbicielki lekkich powieści historycznych i romansów znajdą w książce odpowiednią dla siebie lekturę.
Plusem niewątpliwie jest świetne oddanie specyfiki zarówno epoki, jak i np. tajemniczego opactwa oraz bardzo silne postacie głównych bohaterów. Np. tytułowy lord Ravensden to nie jakiś płochliwy fircyk tylko silny, pewny siebie mężczyzna. Podobnie jest z Beatrice. Oboje doskonale wpasowują się w angielskie konwenanse XIX w. Bardzo podoba mi się także okładka, która idealnie współgra z treścią.
Anne Herries to pseudonim Lindy Sole. Na świat przyszła w Swindon, a następnie wraz z rodziną przeprowadziła się do Ely w Cambridgeshire. Karierę pisarki rozpoczęła w 1976 roku, a prędzej prowadziła zakład fryzjerski. Za swą twórczość zdobyła nawet kilka nagród, w tym nagrodę Romance RNA oraz Betty Trophy Neels.
piątek, 3 sierpnia 2012
Czarny brylant - Candace Camp
Wydawnictwo Harlequin/Mira, Okładka twarda, 416 s., Moja ocena 4,5/6
Wczoraj miałam dzień w poczekalni u lekarza, nie ma to jak w upał siedzieć 6 godzin i czekać na umówioną wizytę....Przewidując dłuższe oczekiwanie (ale nie aż takie) zabrałam z domu Czarny brylant. Po ostatnich kryminałach i thrillerach, które czytałam, potrzebowałam lektury lekkiej, rozlużniajacej.
X lat temu, będąc jeszcze beztroską uczennica LO:), zaczytywałam się w romansach historycznych. Najpopularniejsze były ter wydawane przez nieistniejące już wydawnictwo DaCapo. Od tego czasu nie sięgałam juz po żadną pozycję z tego gatunku, aż do wczoraj. Czas oczekiwania na 10 minutowe spotkanie z lekarzem minął mi zdecydowanie szybciej dzięki lekturze.
Główną bohaterką Czarnego brylantu jest piękna Kyria Moreland. Poznajemy ja w momencie, gdy nadzoruje wszystko co związane z przygotowaniami do ślubu jej siostry próbując to pogodzić nad zapanowaniem nad służbą, niesfornymi braćmi bliżniakami i zabawianiem gości. Dziewczyna w miarę nad wszystkim panuje do momentu, aż w jej życie wkracza tyleż przystojny co niebezpieczny Amerykanin Rafe McIntyre, którego nie sposób się pozbyć ponieważ jest najlepszym przyjacielem i świadkiem pana młodego. Mimo, iż między nimi zaczyna od razu wręcz iskrzyć, Kyria nie traktuje Rafe'a poważnie. Wychodzi z założenia, ze ktoś tak przystojny, czarujący musi być drugim Casanovą. Flirt jednak się rozwija, obojgu grozi co najwyżej lekkie zadurzenie, aż do nocy weselnej, gdy Rafe wychodząc na dwór spotyka tajemniczego jeżdżca (wiem brzmi wyjątkowo banalnie, ale takie nie jest, gwarantuję), który wręcza mu podarunek dla Kyri. Jest nim szkatułka z przepięknym czarnym brylantem.
Nie wiadomo od kogo pochodzi podarek, dlaczego właśnie Kyria go otrzymała. Kyria I Rafe postanawiają wyjaśnić tajemnicę. Wydaje się ona prosta do rozwikłania, ale to tylko pozory. Żadne z nich nie wie na co się decydują i jak wielkie grozi im niebezpieczeństwo. I od tego momentu rozpoczyna się właściwa akcja.
Podczas lektury początkowej części książki tzn. tej o spotkaniu i flircie Kyri i Rafe'a dobrze się bawiłam. Jednak część opowiadająca o brylantowym śledztwie i wątek wręcz sensacyjny na prawdę mnie wciągnęły, aż sama byłam zdziwiona.
Bardzo ciekawy jest zastosowany przez autorkę wątek sensacyjno - przygodowy w powiązaniu z legendą związaną z cesarzem Konstantynem. Brawo dla pisarki za pomysł i na prawdę doskonałe poprowadzenie akcji, a przy tym stworzenie wyjątkowo barwnych, energicznych i bardzo wyrazistych bohaterów. Kyria i Rafe to wyjątkowo niebanalna para w towarzystwie której nie sposób się nudzić. Do tego należy dodać bardzo realistyczne opisy epoki, w której rozgrywa się akcja i niebanalne poczucie humoru autorki. To wszystko gwarantuje dobrą zabawę i miłe spędzenie czasu (nawet w kolejce u lekarza:)).
Idealna lektura na lato, ale nie tylko.
Brawa należą się wydawcy za świetną okładkę. A ja za jakiś czas na pewno sięgnę po kolejną książkę autorstwa Candace Camp.
Candace Camp zaczęła spisywać swoje opowiadania, kiedy miała 10 lat,
i od tamtej pory pisanie było Jej ulubiona formą wypoczynku. Swoją
pasję do pisania potwierdza mówiąc: „ Zawsze byłam nieśmiała i
małomówna, jednakże w formach pisanych zawsze potrafiłam wyrazić
wszystkie swoje myśli i uczucia”.
Pisanie traktowała jako hobby. Długo później rozpoczęła studia
prawnicze na Uniwersytecie Północnej Karoliny. Podczas studiów
rozpoczęła pisanie swojej pierwszej powieści „Więzy miłości” a w
zakończeniu jej pomogły zajęcia na studiach, które uczyły wysokiej
dyscypliny.
Candace Camp zrezygnowała z praktyki prawniczej i w całości poświęciła swój czas na pisanie.
Candace Camp zrezygnowała z praktyki prawniczej i w całości poświęciła swój czas na pisanie.
Candace Camp zaczęła spisywać swoje opowiadania, kiedy miała 10
lat, i od tamtej pory pisanie było Jej ulubiona formą wypoczynku. Swoją
pasję do pisania potwierdza mówiąc: „ Zawsze byłam nieśmiała i
małomówna, jednakże w formach pisanych zawsze potrafiłam wyrazić
wszystkie swoje myśli i uczucia”.
Pisanie traktowała jako hobby. Długo później rozpoczęła studia
prawnicze na Uniwersytecie Północnej Karoliny. Podczas studiów
rozpoczęła pisanie swojej pierwszej powieści „Więzy miłości” a w
zakończeniu jej pomogły zajęcia na studiach, które uczyły wysokiej
dyscypliny.
Candace Camp zrezygnowała z praktyki prawniczej i w całości poświęciła swój czas na pisanie.
Candace Camp zrezygnowała z praktyki prawniczej i w całości poświęciła swój czas na pisanie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






