Strony

poniedziałek, 27 marca 2017

Ćma - Katja Kettu

Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 5/6
To moje drugie spotkanie z książkami tej fińskiej autorki. Po raz drugi jestem rozdarta. Z jednej strony książka przypadła mi do gustu, a z drugiej niezupełnie (ze względu na lekki
choć zamierzony chaos ).
Akcja Ćmy rozgrywa się naprzemiennie na dwóch płaszczyznach czasowych, w przedwojennym Związku Radzieckim i we współczesnej Rosji.
Z Finlandii, która doskonale współpracuje z nazistami ucieka młoda ciężarna kobieta. Ucieka ona do ZSRR i wpada z przysłowiowego deszczu pod rynnę. Irga trafia bowiem do łagru. A wiadomo jakie były warunki w takich miejscach w ZSRR. Szans na przeżycie kobieta i do tego w ciąży nie miała praktycznie żądnych. Irga postanawia jednak walczyć dla siebie i dla dziecka.
Kolejna część opowieści przenosi nas w casie, kilkadziesiąt lat póżniej. Jest XXI wiek, wnuczka Irgi przybywa do wsi Ławra w Republice Mari El w Rosji. Wiodą ją tam korzenie rodzinne i chęć poznania relacji ludzi z momentów, gdy ustrój, okoliczności, czas doprowadzają ich do ostateczności. Ludzie, jak i miejsce do którego kobieta dociera, budzą w niej lęk, ale jednocześnie intrygują.
Opowieść Irgi przeplatana jest z opowieścią jej wnuczki.
Książka jest trudna i to w niektórych momentach nawet bardzo. Niewątpliwie wymaga skupienia, czasu i odpowiedniego podejścia do lektury.Tematyka trudna, bolesna, nadal wzbudzająca kontrowersje. Trudny i specyficzny jest także sposób pisania Finki. W wielu momentach autorka miesza style, rodzaje narracji, literatury. Taki chaos umiarkowanie przypadł mi do gustu.
Autorka miesza także uczucia, którymi książka jest wręcz przepełniona, chociaż to akurat rozumiem, jest kwintesencją opowieści, jej wymową. Ćma to bowiem nie tyle opowieść o trudnych losach co pochwała ludzkiej mocy, przyjaźni, samozaparcia, witalności.
Z drugiej strony opowieść jest przepełniona sadyzmem, nienawiścią, fanatyzmem i wieloma innymi negatywnymi uczuciami. Trudne były czasy, o których opowiada Kettu, trudne i bolesne ludzkie relacje, trudna powieść.Kettu obnaża historię, jej niewygodne dla wielu aspekty, pisze ostro, bezpardonowo o najbardziej drastycznych rzeczach, postępowaniach ludzi.
Na plus zasługuje język, którego używa autorka. Szczególnie przypadło mi do gustu użycie mowy potocznej, zastosowanie kontrastu polegającego na umieszczeniu wręcz bajkowych metafor obok ostrych wulgaryzmów.



niedziela, 26 marca 2017

Siostrzyczka musi umrzeć

Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 2/6
Freeda Wolff to pseudonim pisarskiej pary, dla której ta książka jest debiutem i niech to lepiej pozostanie pierwsza i ostatnia książka w ich dorobku.
Lubię thrillery, kryminały rozgrywające się w Skandynawii. Liczyłam na może nie wybitnie porywającą, ale ciekawą lekturę. Niestety, ale zawiodłam się.
Początek niemrawy, ale to mnie nie zraziło. W skandynawskich książkach lub pozycjach, których akcja rozgrywa się w tym rejonie, bardzo często tak jest. Póżniej akcja się rozkręca, jest wiele społecznych i politycznych nawiązań oraz zaskoczeń.
Niestety, ale tak nie jest w Siostrzyczce...
Przede wszystkim brak w/w rozkręcenia. Zdecydowanie nie jest to tak szumnie zapowiadany na okładce dreszczowiec czy thriller. Wbrew napisowi na okładce ta książka nie sprawi, że każda matka zacznie się lękać o swoją córkę – i każda córka o swoją matkę
Historia, którą opowiadają autorzy jest poruszająca i zapowiada się doskonała lektura, wciągająca. Niestety, ale większość akcji jest opisana na okładce. W samej książce niewiele poza tym się dzieje, brak spektakularnych zwrotów akcji, brak napięcia i co najgorsze..brak elementu zaskoczenia.
Owszem jest trochę tajemnic, ale są one zaserwowane jak dla kilkuletniego dziecka, co sprawia, iż ich rozwiązanie jest nieomal oczywiste.
No i główna bohaterka, doświadczona psycholog, która nie potrafi sobie poradzić z socjopata. Tragicznie przerysowana wzbudzająca we mnie uczucie pośrednie pomiędzy śmiechem, a złością postać.
W trakcie lektury nudziłam się i byłam jednocześnie zła ponieważ czas ten mogłam spożytkować na inną, dużo lepszą książkę.
Odradzam i to zdecydowanie, choć najprawdopodobniej moja negatywna opinia jest jedną z bardzo niewielu. Ze zdziwieniem bowiem zaobserwowałam, iż książka ta zbiera entuzjastyczne recenzje. No cóż, zależy co kto lubi.
Książka jest nudna i przewidywalna od samego niemal początku.

 

sobota, 25 marca 2017

Korzenie zła - Roberto Costantini

Wydawnictwo Sonia Draga, Moja ocena 5/6
Korzenie zła, to 2. tom Trylogii Zła. Nawet jeżeli nie znacie tomu 1. znajomość z głównym bohaterem, policjantem Michele Balistrerim śmiało możecie zacząć od tomu 2.
Książka rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych: w Trypolisie w latach 60. XX wieku i w Rzymie 20 lat póżniej, w altach 80. Głównego bohatera poznajemy gdy ma naście lat i pózniej, gdy jest doświadczonym policjantem. Zarówno młody, jak i dojrzały Michele nie jest łatwym człowiekiem podobnie, jak nie jest łatwe jego życie.
Młodość w Libii naznaczają dwie okrutne śmierci, których przyczyny pozostają tajemnicą, dwie niemożliwe do pogodzenia miłości, udział w spisku przeciwko Kadafiemu i przymierze krwi, które naznaczy nie tylko ciała, ale i dusze czterech przyjaciół.
To wszystko będzie miało wpływ na to co wydarzy się we Włoszech kilkanaście lat póżniej.
Życie Michele-policjanta jest mroczne, toczy się w pracy, a po godzinach w najobskurniejszych rzymskich zaułkach i spelunach. Praca bez emocji, kobiety, alkohol, poker to sedno jego życia.
Czy da się pogodzić mroczne nocne życie z byciem przykładnym policjantem?
Co z zaciągniętym kiedyś przyjacielskim długiem? Co z zawartym przed laty przymierzem?
Czy miłość, przyjaźń i lojalność oraz bycie gliną dadzą się ze sobą pogodzić?
Książkę czyta się doskonale, choć nie ukrywam, nie jest to łatwa lektura. Costantini wraz ze swoim bohaterem prowadzi nas do najmroczniejszych zakamarków Wiecznego Miasta. I wierzcie mi, jest to miasto diametralnie odmienne od tego, które znamy z turystycznych wycieczek czy folderów biur podróży. Autor jedzie po Rzymie, jak po przysłowiowej kobyle, ale z tej opowieści wybija się na plan pierwszy miłość do stolicy Włoch, choć to miłość trudna, bolesna i nomen omen...brudna.
Równie brudny i trudny jest sam bohater i jego charakter. Człowiek po przejściach, z demonami przeszłości ukrytymi na dnie duszy, człowiek trudny, niejednoznaczny, ale dający się lubić. Ja go bardzo polubiłam i wiernie mu kibicowałam.
Czyta się doskonale, choć nie jest to stricte kryminał. jest to raczej mocna, ponura, ostra powieść społeczno-obyczajowa z silnym wątkiem kryminalnym z ciekawą intrygą i tajemniczymi zaszłościami, które po 20 latach znajdą swoje rozwiązanie. Sporo w treści opisów, dywagacji i rozterek wewnętrznych bohatera, mało spektakularnej akcji ala zabiligoiuciekł. Mnie bardzo przypadła do gustu, podobnie, jak tom 1. Czekam niecierpliwie na tom 3.
Polecam.

Święto Narodowe Grecji

Dzisiaj 25 marca przypada jedno z najważniejszych Świąt w Grecji. Dzień ten upamiętnia wybuch powstania, które doprowadziło do zrzucenia prawie 400letniego jarzma niewoli tureckiej. Powstanie wg tradycji rozpoczęło się na znak wywieszonej przez biskupa Patry Germanosa greckiej flagi z okna klasztoru Agia Lavra (nieopodal miasteczka Kalavrita) 
25 marca 1821 r. Grecy po latach niewoli Ottomańskiej zdecydowali stanąć do walki o wolność z bronią w ręku. Dzień ten staje się kamieniem milowym w nowoczesnej historii Grecji. Powstanie, po krwawych walkach, z pomocą Anglii, Francji i Rosji, doprowadziło w 1830 r. do odzyskania niepodległości przez niewielką część obecnego terytorium Grecji. W wyniku wojny z imperium osmańskim w r. 1897 oraz wojen bałkańskich przyłączone zostały Kreta, Epir oraz Macedonia z Salonikami.


25.03.1821r. : Narodowy mit: Abp Germanos błogosławi grecką flagę w Aja Lavra, powstańcy składają uroczystą przysięgę.zdjęcie wikipedia

Obecnie dzień ten to ważne święto w całej Grecji, zawsze dzień wolny od pracy i szkoły ( w tym roku Grecy mają pecha, bo przypada w niedziele:) ) Obchody są różne i ich forma zależy od regionu, w którym się odbywają - jedno co jest wspólne w całej Grecji to są parady wojskowe i parady uczniów w dużych miastach (choć parady uczniów odbywają się wszędzie gdzie są szkoły). Grecy są dumni z tych parad jak pawie. Nie są socjalistycznie skażeni (jak np. nasi rodzice) pochodami pierwszomajowymi i sami chętnie biorą udział (i to bardzo czynny) w paradach. W małych miasteczkach czy wioskach nie ma parady wojskowej tylko cywilna. W szkołach od jesieni do marca ćwiczy się krok paradny w ramach naszego odpowiednika wf-u na 25.03 a potem na 28.10 (o święcie 28.10 za kilka miesięcy).
Parada zaczyna się od najmłodszych przedszkolaków, potem podstawówka, gimnazjum, liceum, grupy folklorystyczne. Wszyscy w strojach ludowych podczas gdy w październiku na biało-granatowo. Jednak najważniejszy w tym przemarszu jest ten kto niesie flagę (naczelny uczeń szkoły!). Mnie nierozerwalnie grecka parada kojarzy się z dumą narodową, a nie jak nam z przymusowymi pochodami. No i te ich telefony do rodziny i znajomych zaczynające od ΧΡΟΝΙΑ ΠΟΛΛΑ (czyli najlepsze życzenia).
Odrobinę inne są wiejskie parady. Tam występują głównie dzieci. Obchody zaczynają się (jak wszystkie greckie święta) nabożeństwem w cerkwi, potem jest składanie wieńców laurowych pod okolicznościowym pomnikiem a o 11:00 wraz z wybiciem dzwonów kościelnych, zaczyna się parada.
To mi się właśnie w Grekach podoba. Potrafią się cieszyć, bawić i są dumni nie tylko z tego co się dzieje (np. wygrana meczu), ale także z historii kraju, a przede wszystkim ze swoich świąt, tradycji i historii i czynią to w normalny sposób, bez nacjonalistycznego zadęcia.

Greckie dzieci na paradzie 25.03.
Odbudowany monastyr Agia Lavra, gdzie 25.03.1821r. wybuchło greckie powstanie.
Do klasztoru wjeżdża się taką kolejką zębatą. 
Wnętrze katholikonu - głównej części cerkwi w klasztorze Agia Lavra.

piątek, 24 marca 2017

Świat w płomieniach - Siri Hustvedt

Wydawnictwo WAB, Moja ocena 6/6
Siri Hustvedt nie znałam wcześniej. Za to znałam twórczość jej męża, Paula Austera. Byłam ciekawa, jaka będzie książka żony takiego świetnego pisarza. Wiele sobie po niej obiecywałam i nie zawiodłam się.
Świat w płomieniach opowiada o..kobietach, sztuce, Nowym Jorku, kobietach w sztuce, sztuce w Nowym Jorku i kobietach w Nowym Jorku, o nierównych szansach kobiet :)
Główną bohaterką jest kobieta dojrzała, bardzo skomplikowana, niedoceniana, wyśmiewana, lekceważona artystka Harriet Burden. Ponieważ sama Harriet uważa, iż jej prace są doskonałe, postanawia pokusić się o eksperyment, postawić wszystko na jedną kartę. Swoje prace podpisuje imieniem i nazwiskiem trzech młodych, nieznanych wcześniej artystów mężczyzn. I odnosi gigantyczny sukces. Ten sukces, kwestia szowinizmu, mizoginizmu w świecie sztuki to nie opowieść sama w sobie, a sposób, żeby pokazać coś więcej.
Cóż mogę dodać o treści? Może tylko to, iż ów sukces jest dopiero początkiem,a sama książka jest na równi powieścią obyczajową, psychologiczną, przewodnikiem po sztuce i Nowym Jorku, ale także opowieścią z wielkimi tajemnicami i lekkim wątkiem kryminalnym w tle. Niezwykle złożona lektura, co nie znaczy, że trudna. Broń Boże. Owszem, trzeba sobie zadać trochę trudu, ale czyta się szybko, wyśmienicie.
Cała opowieść ukazana jest z różnych punktów widzenia, a dodatkowo zbudowana jest z fragmentów zapisków głównej bohaterki, fragmentów rozmów, wywiadów, notatek.Ot całość jest poskładana niczym patchwork.
Aż wynotowałam sobie kilka zdań, aforyzmów, fragmentów..takich perełek. Oto jeden z tych klejnotów:

Bycie sympatycznym jest mniej atrakcyjne niż się uważa. Ludzie uwielbiają, wielkie, krwiste JA. Twierdzą, że jest inaczej, ale w świecie sztuki strachliwa, nieśmiała osobowość jest odpychająca..magnesem zaś jest narcyzm.
Fabuła jest ciekawa, rzadko poruszana. Bardzo ciekawy jest sposób narracji. Jednak to co najbardziej mnie zachwyciło to konstrukcja głównej bohaterki, Harriet. Po prostu majstersztyk.
Książka jest doskonała, mistrzowska. Śmiało mogę napisać, iż Siri Hustvedt pisze o wiele lepiej od swojego męża Paula Austera.
Treść, fabuła, wydźwięk, różne wątki wszystko dopracowane w każdym, najmniejszym nawet calu, po mistrzowsku połączone. Dodatkowo pisarka tak skonstruowała całość, iż fabułę można różnie odbierać, ujrzeć w niej różne aspekty, w zależności od tego kto będzie patrzył, czytał, analizował.
Polecam. Książką jestem po prostu oczarowana. Bestseller w każdym calu.
Miałam intuicję interesując się ta pozycją od momentu, gdy tylko znalazła się na liście z napisem nowość.

Margarett Atwood x 2

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena obu tomów 4,5/6
Margaret Atwood to pisarka ze sporym dorobkiem. Na swoim koncie ma ponad 20 powieści. Pochodzi z Kanady.
Książki Atwood są specyficzne, ale czyta się je ze sporą przyjemnością, ale niektóre także z lekkim niesmakiem..
Treścią Oryksa i Derkacza są losy ostatniego człowieka na ziemi o wdzięcznym imieniu (ksywce) Yeti. Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Yeti zostaje sam na ziemi co jest efektem zatrważającej epidemii. Yeti poza przetrwaniem, opieką nad dziećmi Derkacza i walką..ze wszystkim snuje sporo rozważań o charakterze ogólnoegzystencjalnym i ponadczasowym.
W książce, jak to u Atwood dominuje kwestia post apokaliptyczna i z lekka filozoficzna. ot taki, charakterystyczny dla autorki miks. Oprócz tego mamy także mocny i ciekawy wątek..romantyczny. Może to dziwić w kontekście wizji zagłady świata. Przyznam, iż sama byłam zaskoczona. Jednak Atwood udało się ten wątek doskonale wpleść w główną fabułę.
W fabule na równi panuje nowy postapokaliptyczny porządek, jak i chaos.
Na początku napisałam, iż niektóre książki Atwood czyta się z lekkim niesmakiem. Oryks i Derkacz do takiej grupy należą. Nie chcę pisać dokładnie o co mi chodzi. Chcę żebyście na treść książki spojrzeli świeżym okiem niczym się nie sugerując. Warto.
Atwood nie tylko przedstawia nam kontrowersyjną, momentami przerażającą wizję świata po.., ale także zestawia ze sobą bardzo kontrowersyjne, chwilami szokujące, zniesmaczające elementy. Wszystko do siebie pasuje, niby jest ok, ale...
Niewątpliwie książka nie pozostawi nikogo obojętnym. Jednych oczaruje, zachwyci, innych zmusi do głębszej refleksji na temat tego co robimy ze światem bliskim, tym, który nas otacza i z całą planetą tak w ogóle. Innych z kolei ta pozycja zniesmaczy albo odrzuci z powodu swojego swoistego wydumania.
Mnie zdecydowanie przypadła do gustu. Dlatego sięgnęłam po tom drugi serii... po Rok potopu.

Akcja ponownie rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Świat jest jeszcze dziwniejszy niż w Oryksie i Derkaczu. To co pozostało na planecie podzielone jest na dwa całkowicie od siebie odmienne obozy. Nadchodzi kolejna katastrofa.Bohaterkami są dwie kobiety, Toby i Ren, którym udało się przetrwać. Obie zastanawiają się czy ktoś poza nimi ocalał z katastrofy. Jedna z bohaterek tkwi w luksusowym ośrodku SPA, druga..w  klubie ze striptizem. 

Dziwna, podobna choć z drugiej strony całkowicie odmienna od Oryksa i Derkacza. Niewątpliwie jednak Rok potopu także nie pozostawi czytelnika obojętnym. Fabuła, jej wymowa, prezentowany obraz ocalałego świata są rozdarte na dwie całkowicie od siebie odmienne części.
Fabuły książki nie da się bardziej opisać. Z pewnością ma ona punkty wspólne z I tomem serii. Rok potopu także traktuje o nas samych w kontekście planety Ziemi, o tym co z nią robimy, co pozostawimy po sobie, o szeroko rozumianej ekologii etc. Warto przeczytać, warto przemyśleć. Wszak już od jakiegoś czasu wiemy, że stoimy na skraju katastrofy ekologicznej, że planeta nam się kończy. Co z tym zrobimy zależy tylko od nas.





czwartek, 23 marca 2017

Kolejny rozdział - Agata Kołakowska

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 4,5/6
Kolejny rozdział, to lekka powieść, niezbyt długa, którą dobrze się czyta, gdy szuka się lektury zapewniającej rozrywkę i wytchnienie. Jednak od razu zaznaczam, nie oczekujcie po tej książce niczego więcej, bo się rozczarujecie. Ot jest to lekka opowieść z odrobiną humoru i dreszczykiem (malutkim, ale zawsze) emocji oraz dodatkowo morałem. Tylko tyle, albo aż tyle. Zależy kto czego oczekuje. 

Książka zdecydowanie lżejsza (choć w swojej końcowej wymowie równie ważna) od poprzedniej, którą miałam okazję przeczytać, czyli We dnie w nocy.
To także niezła lekcja tego, jak powinno się żyć, jak właściwie powinno się z życia korzystać (czerpać z niego pełnymi garściami) i jak ostrożnym należy być w stosunku do ludzi, których uważamy za najbliższych. to także opowieść o tym, jak łatwo (nie istotne - chcący czy niechcący) zniszczyć życie innej osobie.

A o czym jest tak książka? Najkrócej...o książce :)
Bohaterów jest dwoje. Ona, Kalina Milewska autorka bardzo dobrze sprzedających się thrillerów (chociaż niespodziewanie ostatnia książka zaliczyła porządną klapę, a sama "gwiazda" cierpi na posuchę, brak weny) i on, czyli Maciej Tarski redaktor w znanym wydawnictwie. On nie pozwala jej zapomnieć o tym, że nie wywiązuje się z uzgodnionych terminów. Ona próbuje za wszelka cenę sprostać jego oczekiwaniom.
Nagle wydarza się coś, co sprawia, iż muszą połączyć siły i dowiedzieć się kto i dlaczego zabawia się nimi i ich życiem. A początkiem wszystkiego stają się tajemnicze emaile, które otrzymuje Tarski.Oboje rozpoczynają śledztwo. Gdyby wiedzieli dokąd ich ono zaprowadzi...
Lekkie, relaksujące, wciągające, ale także zmuszające do chwili zastanowienia nad tym co robimy. Polecam na poprawę nastroju lub gdy szukacie czegoś co pozwoli się zrelaksować, ale nie dokumentnie odmóżdźyć. Kołakowska ponownie pod płaszczykiem lekkiej opowieści uczy nas czegoś, przemyca pewne wskazówki. Warto przeczytać.

Kamerzysta - Marc Raabe

Wydawnictwo Amber, Moja ocena 4,5/6
W nocy skończyłam czytać.

Marc Raabe to niemiecki realizator, grafik i montażysta, który od ok. dwudziestu lat związany jest z filmem. Nie ukrywam, do Kamerzysty podchodziłam, jak do przysłowiowego jeża. Nie znam twórczości Raabe, nigdy o nim wcześniej nie słyszałam, ale z niemieckimi thrillerami i kryminałami jakoś nam od dawna nie po drodze. Nawet uwielbiany przez wielu Fitzek po prostu zaczął mnie jakiś czas temu najzwyczajniej nudzić.
Nic więc dziwnego, iż Kamerzysta samym swoim pochodzeniem, nie wzbudzał we mnie zachwytu, a nawet wręcz przeciwnie.
Obawy były jednak bezzasadne. Kamerzysta kilkakrotnie porządnie mnie pozytywnie zdziwił, a sama lektura minęła mi błyskawicznie. Książka ma wiele atutów.
Największy moim zdaniem atut to niesamowicie sugestywne, plastyczne (niczym w 3 D) opisy, przedstawienia scen, zdarzeń. Są one przy tym krótki i do złudzenia przypominają klatki filmu, taśmy filmowej, krótkie ujęcia. Idealnie wpisuje się to w zawodową stronę autora oraz w tematykę, klimat książki. Do tego dochodzi ucinanie akcji w najbardziej  newralgicznych momentach, co nie ukrywam, maksymalnie może wkurzać...czytelnik kilkakrotnie przygryza wargi, paznokcie czy co tam chcecie, a tu zonk...Raabe przechodzi dalej.
Całość rozpoczyna krótka, króciutka sekwencja, która jest jakby klamrą spinającą całość, retrospekcją wydarzeń, makabrycznych wydarzeń.
Poza tym wszechobecne zło, zagrożenie, które czyhają na zwyczajnego faceta, Gabriela, takiego z nudną pracą i poukładanym życiem. Ten kontrast - porządny choć nudnawy facet vs zło jest bardzo wyraźny i doskonale się sprawdza. Nagle to wszystko pęka niczym bańka mydlana.
Do tego dochodzi wyparcie wydarzeń z przeszłości, policja, która nie wierzy w opowieść Gabriela oraz niesamowite wprost tempo akcji.
Książka dobra, z pewnymi okruchami czarnego poczucia humoru. Trzeba autorowi przyznać, iż potrafi w najbardziej drastycznych momentach rzucić scenką, która wywołuje nawet jeżeli nie salwy śmiechu, to szerokie uśmiechy.
Mam tylko jedno zastrzeżenie, autor operuje nie tyle słowami, co plastycznymi obrazami. Opisy służą przede wszystkim zobrazowaniu czytelnikowi jakiejś sceny,sytuacji, miejsca. I wszystko ok, tylko ze 2-3 razy Raabe trochę przesadził i przerysował niektóre momenty. Nie będę pisać dokładnie o co mi chodzi, bo być może wam to nie będzie przeszkadzało. W sumie to taki drobiazg bez wpływu na całą fabułę.
Polecam. Dobra książka.


środa, 22 marca 2017

Hotel Angleterre - Marie Benett

Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 4-/6
Trochę rozczarowała mnie ta książka, liczyłam na coś więcej.
Mamy młode małżeństwo, którego szczęście trwa niezwykle krótko. Jest wojna, 5 miesięcy po ślubie młody małżonek Georg zostaje umieszczony w obozie pracy na północy Szwecji. Pobyt tam trwa długo, bardzo długo. Zmienia mężczyznę, jego charakter, postrzeganie wielu spraw.
Ta część opisująca samego bohatera, jego myśli, reakcje na podawanie manipulacjom, pobyt w obozie na dalekiej nieprzyjaznej północy bardzo mi się podobała.
Zupełnie inaczej było z częścią historii opowiadającą o jego żonie.
Młoda kobieta zostaje sama walcząc z wojenną codziennością. Nawet po przeprowadzce do rodziców, Kerstin jest samotna. Nie wiem doprawdy czy z tęsknoty za mężem i samotności, czy dla urozmaicenia wdaje się ona w romans z inną kobietą. Motywacja nie jest znana. Ani źdźbła namiętności, ognia, chemii (jak zwał tak zwał) między obydwoma kobietami. Albo być może ja nie potrafiłam tego wyszukać w tekście. I bynajmniej, nie oczekiwałam żadnych pikantnych scen. Namiętność można pokazać na różne sposoby. Obie bohaterki sprawiały na mnie wrażenie jakby związały się ze sobą z nudy, chęci przeżycia czegoś innego, bycia ze sobą z braku innej alternatywy. 

Gdy porusza się taki temat, jak seks (nie istotne czy homoseksualny czy nie), warto by odrobić lekcję i jakoś sensownie podejść do tematu. Dla mnie opis tego romansu jest suchy jak wióry lecące z drewna. No takie porównanie mi się nasunęło. Zero emocji, napięcia.
No, ale niech będzie, młoda kobieta korzysta z uciech zakazanego związku. W tym czasie mąż o głodzie, na mrozie przechodzi kolejne upokorzenia, cierpi psychicznie i fizycznie. Ciekawe zestawienie. No ale cóż, takie rzeczy serwowała wtedy historia. Każde maksymalnie skoncentrowane na sobie, na swoich potrzebach, nie myślące o tym, co dzieje się z tym drugim. Każde na swój sposób dostosowuje się do rzeczywistości, jaką przygotował mu los.
Hotel Angleterre to książka o pragnieniach ukrytych czasami zbyt głęboko, o pozorach, o tym, jak jeden moment, jedno zdarzenie z pozoru najbłahsze wyzwalają w nas nieznane pokłady wiary, ale i agresji, chęci do walki. To także opowieść o niezrozumieniu, szukaniu tego co istotne i niestety, ale zbyt często nieznalezieniu.
I niby wszystko byłoby ok, nawet ten suchy romans bym przełknęła, gdyby nie fakt, iż po mniej więcej 2/3 książki autorce zaczynają się rozmywać niektóre wątki. Niestety, ale do końca książki części z nich nie udało się Benett złapać i sensownie zakończyć.
Niewątpliwie to książka z bardzo dobrymi, ale i kiepskimi momentami. Mimo to warto ją przeczytać.
Plusem są: kreacja Georga i niezwykle wiarygodne przedstawienie jego przeżyć oraz tego co działo się w obozie, piękny język jakiego używa autorka, bardzo piękny i doskonałe tłumaczenie.

poniedziałek, 20 marca 2017

Epidemia - Alex Kava

Wydawnictwo Harper Collins, Moja ocena 2,5/6
Lubię książki pisane przez Kavę, lubię thrillery choćby w pewnym stopniu powiązane z epidemią, chorobami, zarazkami, zagrożeniem biologicznym etc. W związku z tym ze spora przyjemnością i wysokimi (chyba zbyt wysokimi) oczekiwaniami sięgnęłam po Epidemię. Niestety, ale zawiodłam się.
Autorka chyba się wyeksploatowała. Co prawda książkę czyta się bardzo szybko, lekko, ale brak czegoś co sprawi, iż od lektury trudno będzie się oderwać, a o książce będzie się długo pamiętać. Ot taka lektura na maksymalnie 1-2 wieczory, na zasadzie przeczytał i zapomniał.
Poza tym nie odpowiada mi przekształcenie głównej bohaterki z profilerki w jedną słusznie działającą agentkę FBI, jakby w firmie nie było innych agentów.
Zdecydowanie fabule brakuje ikry, energii, wartkiej akcji. Tematyka epidemii, zagrożenia biologicznego siłą rzeczy powinna wymusić jakąś akcję, tempo, intrygę, zatrwożenie, panikę etc. Tu tego nie ma w najmniejszym stopniu. Są nawet momenty, w których fabuła ciągnie się niczym przysłowiowe flaki z olejem.
Wątki poboczne, które mimo, iż istnieją nagle jakby zaginęły, urwały się. Żaden z nich nie zostaje doprowadzony do końca.
Poza tym brak w książce świeżości. Całość wydaje się być wtórnikiem, kopią bazującą na kilku innych książkach, zlepkiem już wykorzystanych pomysłów doprawionych niewielką porcją nowinek.
Pierwszy tom serii bardzo przypadł mi do gustu, drugi trochę mniej, ale też się podobał, kolejny jest bardzo słaby.
Zdecydowanie odradzam lekturę Epidemii, chyba, że nie macie innych książek pod ręką, w co szczerze..nie wierzę.

niedziela, 19 marca 2017

Nasi. Podróżując z wrogiem – R. Vanagaitė, E. Zuroff

Wydawnictwo Czarna Owca, 5,5/6
Recenzja mojego męża.

Dwoje autorów, dwie tak diametralnie różniące się od siebie osoby.
On, Efraim Zuroff, to znany historyk, przez wielu (ale przede wszystkim przez siebie)uważany za ostatniego - łowca nazistów, a także dyrektor jerozolimskiego biura Centrum im. Szymona Wiesenthala. Jest także koordynatorem akcji poszukiwania zbrodniarzy hitlerowskich na całym świecie prowadzonym przez biuro.Od 35 lat ściga nazistowskich zbrodniarzy wojennych. Najbardziej wbijają się w pamięć jego konferencje prasowe, można je bez problemu znaleźć w sieci. Jest na nich maksymalnie agresywny, przerywa oponentom, czy osobom zadającym pytanie, a dodatkowo wszystkich obarcza odpowiedzialnością za Holokaust.
Ona, Rūta Vanagaitė, litewska teatrolog, działaczka kulturalna, społeczna i samorządowa, pisarka, radna Wilna w latach 2011–2015.
Połączył ich Holokaust. Swoją książką przerwali milczenie o skali Holokaustu na Litwie.
Jak mówi i pisze Vanagaitė : To książka dla tych, którzy nie zamykają oczu na prawdę.
Książka Nasi bez wątpienia zmieniła diametralnie obraz Holokaustu na Litwie, jaki był prezentowany dotychczas, ale także na świecie ten dot. Litwy.
Zbieranie materiałów trwało kilka miesięcy. Jak oboje wspominają w wywiadach, był to trudny, wyczerpujący psychicznie i fizycznie czas. Przewertowali tysiące dokumentów
przechowywanych w Litewskim Archiwum Specjalnym i Centralnym Archiwum Państwowym, rozmawiali z setkami ludzi (biernymi obserwatorami, ale także sprawcami zabójstw oraz sąsiadami pomordowanych Żydów), przemierzyli niewiarygodną ilość kilometrów, odwiedzili ponad 40 miejscowości. Owocem tej pracy jest książka Nasi.
Co wynika z treści? Holokaust był bez wątpienia planem nazistowskim, ale realizowała go litewska władza, wierny i niezwykle aktywny sojusznik Hitlera. Podczas okupacji w litewskiej administracji cywilnej było około 20 tys. osób i tylko 660 Niemców. To litewskie samorządy wspólnie z litewską policją sporządzały listy Żydów, organizowały doprowadzenie Żydów przed doły, miejscowa ludność musiała kopać te doły, a następnie je zakopywać. Władze lokalne organizowały podział majątku Żydów. Nazistom oddawano tylko kosztowności, cała reszta: domy, ziemia, ubrania, meble, naczynia było sprzedawane na aukcji. W 1941 roku Litwa bardzo się wzbogaciła. Jak piszą autorzy: gdyby Kościół zajął inne stanowisko, nie byłoby mordu na taką skalę. Ale Kościół nie sprzeciwił się temu. W litewskich batalionach służyli kapelani, którzy w niedzielę zbiorowo odpuszczali grzechy sprawcom. Coś niewyobrażalnego, prawda?!

Na Litwie zrodziło się też słowo, którego nie ma w języku polskim, rosyjskim, angielskim: żydszaudis (žydšaudis) – osoba mordująca Żydów.
Oprócz niewyobrażalnej tragedii litewskich Żydów, niezrozumiałej postawy biernej i czynnej Litwinów, z książki wyziera także spora porcja wyjątkowo trudnej litewskiej historii,w tym także tej powojennej. Dodatkiem są opisy pokłosia wojennej zbrodni oraz przesądy, które nadal pokutują w sporej części litewskiego społeczeństwo. Przeraził mnie ciągle istniejąca wśród Litwinów nienawiść wobec Żydów, przerażający antysemityzm i wszystko co z tym związane, co w książce przytaczają autorzy. Zaskoczyła bardzo negatywnie postawa litewskiego rządu i jej reakcja na tę książkę.
Nasi to nie tylko relacja czy zestawienie okrutnych zbrodni. To także swoisty dwugłos, jedno z autorów uważa- nie ma żadnego wytłumaczenia, to zbrodnia, wszyscy powinni ponieść karę; drugie - zgadza się z większością argumentów pierwszego autora, ale próbuje znaleźć choćby niewielkie wytłumaczenie takich, a nie innych zachowań Litwinów. Wiadomo, Litwinka nie dopuszcza do siebie świadomości, że jej rodacy mogli zrobić coś takiego. Dzięki skrajnej postawie Zuroffa i próbie znalezienia choć drobnego usprawiedliwienia przez Vanagaite, książka jest jeszcze ciekawsza, choć absolutnie nie jest mniej bolesna czy trudna. 
Nic dziwnego, że książka ta ukazująca tragiczną i trudną do zaakceptowania prawdę odbiła się na Litwie takim echem, jak u nas w Polsce opublikowanie prawdy o Jedwabnem. 
Jak twierdzi Vanagaite: Ta książka jest jak uderzenie pięścią w brzuch.
Litwini przez lata uważali siebie za ofiary systemu sowieckiego. Przed 25 laty stali się bohaterami, którzy zapoczątkowali rozpad Związku Radzieckiego, a teraz przychodzi ktoś i mówi, że mordowali Żydów. 

Pierwszy nakład książki - 4 tys. egzemplarzy, który się ukazał na Litwie w przededniu Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu, sprzedano w ciągu dwóch dni. Wydawnictwo Alma Littera wznowiła nakład.
Książkę warto, ba trzeba przeczytać. Unikalna pozycja, która przystępnie (choć nie beletrystycznie) prezentuje tak mało znany fragment Holokaustu. Przed rozpoczęciem lektury byłem pewien, że w kwestii zbrodni na Żydach nic już mnie nie zaskoczy. Myliłem się. Niestety.

sobota, 18 marca 2017

Jedenaście dni w Berlinie - Hakan Nesser

Wydawnictwo Czarna Owca, Moja ocena 5,5/6
Zgadzam się w 100% z tym, co wydawca napisał na okładce. To
świetnie napisana powieść, pełna charakterystycznego dla Nessera inteligentnego humoru.
Jest to także kolejny nie kryminał w twórczości tego autora.
Arne Murberg, główny bohater, każdy zapała do niego sympatią już od 1. strony. Upośledzony umysłowo i ruchowo, ale przy tym ot taki poczciwy wzbudzający sympatię i litość człowiek. W celu odnalezienia matki musi on odbyć (jak na jego możliwości) niesamowicie trudną podróż, ze Szwecji do Berlina. Dla nas, zdrowych ludzi niby nic niezwykłego. Dla Arne wręcz przeciwnie.
W Berlinie następuje zderzenie bohatera zarówno z wielkim miastem, innym krajem, językiem, inną kulturą, ale także (a może przede wszystkim) zderzenie z własnymi możliwościami. Arne pokonuje bowiem bariery, które jak wielu uważało będą dla niego przeszkodą nie do pokonania.Tytułowe jedenaście dni, które Arne spędza w Berlinie, są dla niego czymś zupełnie nowym, a jednocześnie przełomowym. Tę wyprawę można by porównać do wyprawy zdrowej osoby na Mon Everest.
Mimo wielu przeszkód Arne nie załamuje się.
Książka wzrusza, porusza, bawi i zmusza do zastanowienia, jak wielkie mają szczęście, ci którzy są zdrowi, jak wiele w życiu dostaliśmy od losu i jak często tego nie doceniamy skupiając się na bzdurach.
Nesser jak zwykle stanął na wysokości zadania. Kreacja głównego bohatera, jego zderzenie z życiem dla nas normalnym, walka z własnymi ograniczeniami, reakcja na zwyczajne z pozoru rzeczy, czynności, wspaniała, mistrzowska i na długo pozostanie w moich myślach.
Autorowi udało się genialnie pokazać świat widziany oczyma osoby z tak wieloma ograniczeniami, jakie ma Arne.
Wyjątkowa książka, w pewien sposób podobna do Forresta Gumpa z ...żółtymi butami.
Zachęcam do lektury.
 

piątek, 17 marca 2017

Nie strzelać do organisty - Maria Nurowska

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 5,5/6
Nie strzelać do organisty to zbiór kilkunastu opowiadań, które można uznać za początek twórczości Marii Nurowskiej.
Wiem, opowiadania oraz inne krótkie formy cieszą się umiarkowaną popularnością, ale tym stworzonym przez Nurowską warto dać szansę.
17 opowiadań różni się od siebie zarówno pod względem bohaterów, treści jak i tempa akcji. Jednak motyw przewodni pozostaje ten sam. jest nim polska wieś blisko pół wieku temu, człowiek z nią związany oraz jego problemy. 

Brawa dla pisarki za spostrzegawczość i umiejętność celnego zobrazowania ludzkich zachowań, przywar, ale i zalet. Do tego spora porcja czasami kuriozalnego poczucia humoru. Całość to mieszanka, która uczy, bawi, porusza.
Nurowska prezentuje obraz wsi, której często już nie ma. I choćby dlatego warto po tę książkę sięgnąć.
Kolejnym powodem skłaniającym do lektury jest fakt, iż każde z opowiadań to wspaniała uczta literacka, prawdziwa perełka, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, iż powstały one na początku kariery Nurowskiej, gdy jej warsztat pisarski dopiero się kształtował.
Mimo, iż od powstania zbioru minęło ponad 40 lat, to treść i poruszane problemy pozostają nadal aktualne. Pisarka w treść wplata tak ponadczasowe kwestie, jak dobro, miłość, poczucie krzywdy, sprawiedliwość i wiele innych.
Gorąco zachęcam do lektury. 



czwartek, 16 marca 2017

Czwarta ręka - John Irving

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 5,5/6
Recenzja mojego męża.

Czwarta ręka to kolejna książka Irvinga, którą miałem okazję przeczytać i kolejny raz jestem zachwycony. Jednak nie ukrywam, nie jest to lektura dla każdego. Irving w tej książce sięgnął szczytów absurdu, losy bohaterów są zupełnie nieprzewidywalne, w wielu momentach autor otarł się o granicę absurdu. W tej książce absurd goni absurd, a wszystko dodatkowo maksymalnie wyśmiane i przejaskrawione. Jeżeli do tego dodamy ogromna rzeszę kuriozalnych, maksymalnie przerysowanych postaci, z cechami i zachowaniami, o jakich nawet nam się nie śniło, to mamy Johna Irvinga w najwyższej formie :) Uwielbiam to, ale wiem, że nie każdemu taki rodzaj pisarstwa, humoru przypadnie do gustu.
Mamy więc takie smaczki, jak: odgryzanie dłoni ambitnemu, acz zawodowo niespełnionemu dziennikarzowi telewizyjnemu na oczach milionów widzów, a czyni to lew z indyjskiego cyrku; wybitnego chirurga, który czeka na sposobność przeprowadzenia pierwszej w Stanach Zjednoczonych transplantacji dłoni; jednorękiego reportera, który z pozoru jest idealnym pacjentem, trzeba tylko znaleźć dla niego odpowiedniego dawcę...no właśnie...dawca :) I się zaczyna. Na scenę wkracza doktor Nicholas M. Zajac, bez wątpienia arcyciekawa postać.
Do tego wszystkiego należy dodać wiele aspektów powiązanych z dziwnym seksem oraz wszystkimi czynnościami okołoseksualnymi (wiem, dziwnie brzmi) , którym autor wielokrotnie wręcz epatuje oraz z..czytanymi w dzieciństwie książkami.
Owszem, bohaterowie i ich zachowania są przejaskrawione, autor jak zwykle prosto z mostu mówi co ma do powiedzenia, nie owija w przysłowiową bawełnę, szokuje, często wali na oślep, ale może faktycznie jest to najlepszy sposób do pokazania kilku spraw, do zwrócenia uwagi na pewne aspekty. Irving pod postacią z pozoru zabawnych, dziwnych zdarzeń, zachowań ukazuje ponadczasowe sprawy, zmusza czytelnika do zatrzymania się, do przemyślenia. Bowiem Czwarta ręka to nie tylko doskonałą powieść, satyra, groteska, ale także lustro w którym odbija się gorzka prawda o nas samych.
Gorąco polecam.Mistrzowska lektura, ogromna porcja śmiechu, powodów do przemyślenia kilku spraw, a na koniec sporo wzruszeń.

W pisarskim czyśćcu - Krzysztof Masłoń

Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 5/6
Krzysztof Masłoń autor niniejszej książki, to absolwent polonistyki, publicysta, dziennikarz i krytyk literacki, który przez wiele lat pisał m.in. dla Rzeczpospolitej. Jego specjalnością są wywiady z pisarzami i pisanie o nich.
Ta książka opowiada o wielu dwudziestowiecznych pisarzach polskich. Są wśród nich m.in. Tadeusz Konwicki, Zbigniew Herbert, Wisława Szymborska, Stanisław Barańczak, Agnieszka Osiecka, Tadeusz Gajcy, Leon Kruczkowski i wielu, wielu innych.
Bohaterów książki łączyło to, iż tworzyli oni po polsku, w Polsce w XX wieku, ale także to, iż droga ich życia, ich twórczości była częstokroć bardzo trudna, wyboista. Nierozerwalnie byli oni związani z polską historią. Wiadomo jaka ona była w XX wieku. Często zamiast pozwolić w spokoju tworzyć, czy żyć w glorii sławy (na co wielu bohaterów książki zasługiwało), prowadziła wręcz do tytułowego czyśćca ...poprzez piekło. Dodatkowo na losy wielu z pisarzy miał wpływ także (i to często bardzo duży) ich własny charakter. Z reguły był on trudny, żeby nie rzec bardzo trudny. Wielu było nonkonformistami, ludźmi gwałtownymi. Byli jednak wśród nich tacy, którzy dobrze żyli z władzą w PRL-u, wręcz byli z nią zaprzyjaźnieni. Przykładem może być choćby Roman Bratny, pisarz niezwykle popularny w okresie powojennym.
Jak wyglądało ich życie, jak przebiegała ich twórczość? Tego dowiecie się z niniejszej książki. Zachęcam do lektury. Jednak od razu zaznaczam, nie jest to książka do czytania beletrystyka, nie usiądziemy na kilka godzin i nie poznamy połowy książki za jednym razem. Nie da się. Jest to pozycja, którą należy poznawać, czytać fragmentami. 

Nie jest to jednak kalendarium, nie znajdziemy w książce kolejno opisanych lat życia i twórczości pisarzy. Ot jest to bardzo ciekawa gawęda o pisarzach, poparta faktami, anegdotami, źródłami.
Cennym uzupełnieniem są liczne opinie krytyków dot. pisarzy, całości ich twórczości, ale także konkretnych dzieł.
Napisana prostym jeżykiem, będąca kompedium wiedzy o bohaterach, o tym jak i dlaczego tak żyli, co tworzyli.
Bez wątpienia warto poznać i mieć W pisarskim czyśćcu. Z pewnością będzie to ciekawa lektura dla każdego miłośnika polskiej literatury.



 

środa, 15 marca 2017

Listy do pałacu - Jorge Diaz

Wydawnictwo Rebis, Moja ocena 5,5/6
Listy do pałacu, to książka, w którą trudno było mi się wczytać. Czytałam i czytałam i miałam wrażenie, że lektura przecieka mi przez palce. Nagle jakby coś zaskoczyło. Nie wiadomo kiedy treść pochłonęła mnie całkowicie. Takim punktem przełomowym był moment gdy do pałacu królewskiego w Madrycie dotarł tytułowy list.
Głównych bohaterów poznajemy tuż przed wybuchem I wojny światowej. Większość z nich to beztroscy, szczęśliwi młodzi ludzie. Oprócz nich jest także spora garstka ludzi mniej szczęśliwych, obdarzonych troskami dnia codziennego, często sporym bagażem życiowych trosk, niekiedy ledwo utrzymujących się na powierzchni. Nie wiedzą, że za moment ich życie zmieni się o 180 stopni.
Niektórzy stracą bliskich, niektórzy majątki, a jeszcze inni tylko (albo aż) złudzenia.
Trudno jednoznacznie określić o czym są Listy do pałacu. Z pewnością jest to dopracowana w każdym calu, wielopłaszczyznowa, zmuszająca do przemyślenia wielu rzeczy powieść.
Oparta na faktach historia działań hiszpańskiego władcy Alfonsa XIII oraz całej rzeszy anonimowych osób, porywa i wręcz hipnotyzuje. To w Madrycie aż do 1921 roku działał Urząd do spraw Ochrony Jeńców, zatrudniający pięćdziesięcioro czworo stałych pracowników, których wspierało pięćdziesięciu ośmiu wojskowych i trzystu dyplomatów. Zdołali oni pomóc dwustu tysiącom jeńców wojennych. Przeprowadzili repatriację siedemdziesięciu tysięcy cywili oraz dwudziestu jeden tysięcy rannych żołnierzy. Ocalili wielką liczbę istnień ludzkich, sprawili, iż wiele tysięcy rodzin dostało wiadomość o swoich bliskich.  Koszty funkcjonowania Urzędu pokrywał król Alfons XIII. Niezwykłe, prawda?!
Na kolejnych stronach śledzimy perypetie wielu osób. Niektóre pojawiają się w książce na chwilę, inne goszczą tam przez cały czas toczącej się fabuły. Śledzimy perypetie wielu osób wplecione w wielkie historyczne wydarzenia. Wraz z nimi poznajemy najbardziej tajemnicze zakamarki Madrytu i okolic, a także sekrety wielkiego serca hiszpańskiego władcy.
Losy bohaterów toczą się obok siebie, ale w wielu momentach łączą, przeplatają się ze sobą.
Ta książka to nie tylko opowieść o niewiarygodnych wręcz dokonaniach grupy ludzi. To także historia wielkiej miłości, afirmacja życia, nadziei, opowieść o pasji, namiętności, zdradzie. Zachęcam do lektury.Brawa dla autora za poruszenie tego w sumie mało znanego tematu i opisanie go w tak wspaniały, chwytający za serce sposób.

Bursztynowy anioł

Wydawnictwo Zysk i S-ka, Moja ocena 2,5/6
Najprawdopodobniej będę jedyną osobą, której ta lektura zupełnie nie przypadła do gustu. Tak wynika z opinii w sieci, które przeczytałam przed chwilą z (nie ukrywam) wielkim zdziwieniem.
Sięgając po tę książkę wiedziałam, iż będzie to lekka opowieść, coś w rodzaju zabijającego czas czytadła. Nie oczekiwałam dzieła filozoficznego, czy jakiejś wzniosłej literatury.
Zdawałam sobie sprawę, iż historia 22-letniej studentki, która goni za szczęściem i marzy o wielkiej miłości będzie lekka.Nie liczyłam na wielkie doznania literackie. Ot chodziło mi o pozytywną, miłą lekturę, która sprawi, iż czas szybko minie, a na ustach osoby czytającej zagości uśmiech.
Jednak nie oczekiwałam, iż autorka opowie historię w tak infantylny sposób.
W stosunku do głównej bohaterki byłam bardzo pozytywnie nastawiona, dałam jej spory kredyt zaufania. Nie zraziły mnie jej zachowania w początkowej części książki. Jednak moja cierpliwość też ma swoje granice. Nierozgarnięcie Aśki, jej infantylny, trzpiotowaty styl bycia i fakt, że całą bez mała książkę zajęło jej dojście do pewnych oczywistych wniosków, to dla mnie zdecydowanie za dużo.
Jej zachowanie przypominało kogoś bardzo, bardzo młodego, powiedzmy w wieku gimnazjalisty, kto nagle wyszedł z ukrycia i został osadzony w roli dorosłego człowieka, studenta.
Całość mocno przerysowana, od pewnego momentu mało śmieszna, mdła i nudnawa. Autorka w swojej debiutanckiej książce stworzyła ciekawy zarys historii, ciekawy szkielet. Niestety, ale wypełnienie owego szkieletu już jej nie wyszło. A szkoda. Mogła to być ciepła, fajna opowieść, taka ku pokrzepieniu serca.
Najprawdopodobniej z książki miało powiać optymizmem, ciepłem, nadzieją...ale niestety powiało tylko i wyłącznie nudą. Bursztynowy anioł to pozycja, po którą warto sięgnąć, gdy już naprawdę nie macie nic innego do czytania.

poniedziałek, 13 marca 2017

Monsieur Jean szuka szczęścia - Thomas Montasser

Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 5,5/6
Książka ta to lektura na raz, krótka (liczy zaledwie 200 stron) i napisana w taki sposób, iż czyta się błyskawicznie.
Głównym bohaterem jest uprzejmy, zadbany, kulturalny mieszkający w Zurychu emeryt. Męźczyzna cierpi na nadmiar wolnego czasu. Postanawia coś z tym czasem zrobić, żeby nie tracić go na bzdury, żeby nie przeciekał przez palce. Zaczyna w tak charakterystyczny dla siebie sposób, uprzyjemniać ludziom dzień, godzinę, chwilę, moment. Czyni to tak, iż wielu z nas nie wpadłoby na większość rzeczy, gestów. Nasz bohater udowadnia, iż to nie pieniądze są najważniejsze, że czasami wystarczy uśmiech, drobiazg, spojrzenie, żeby stało się coś dobrego, żeby komuś umilić dzień. Co prawda niektóre czyny bohatera sprowadzają się do niewielkiego, takiego maciupeńkiego oszustwa. No, ale cóż..liczy się cel.
Co z tego wszystkiego wyniknie? Co stanie się, gdy Monsieur Jean zbyt mocno zacznie ingerować w życie innych?
Podobnie, jak wcześniej czytana książka austriackiego autora, Wyjątkowy rok,
Monsieur Jean...także bardzo przypadł mi do gustu. Ta z pozoru błaha opowieść porwała mnie i zabrała do tajemniczego świata. Ogromnym atutem jest sposób w jaki pisze Montasser, ale także niezwykle uważne, dopracowane w każdym calu kreacje bohaterów. Każda z pojawiających się w tej historii postaci jest zbudowana z wielu elementów, ma swoją na ogół arcyciekawą historię. Jej poznanie wiele wniesie do spojrzenia jakim czytelnik będzie traktował to na co dotychczas nie zwracał uwagi.
Książka choć z pozoru banalna, jest pełna specyficznego, cudownego klimatu. Niczym opowieść szkatułkowa, albo skomplikowane puzzle składa się z wielu, bardzo wielu elementów, drobiazgów, które dopiero gdy je wszystkie poznamy, ukazują nam całe piękno i wartość historii. Gorąco polecam.

Pokolenie zimy - Wasilij Aksionow

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 5,5/6
Pokolenie zimy, to 1. tom Sagi moskiewskiej.
Jestem na siebie strasznie zła, że przeczytałam część 1. sagi nie czekając na ukazanie się 2. i 3.. Książka jest świetnie napisana, niesamowicie mnie wciągnęła i nie mogę się doczekać kolejnych części.
Bohaterami jest inteligencka, kulturalna, doskonale wykształcona rodzina Gradowów, która ma pecha żyć w latach 20. XX wieku w ZSRR. W Rosji panuje terror policyjny i kult Stalina, szerzą się represje. Wszechobecna jest bieda, szarość, dławiący strach przed represjami NKWD. A to dopiero początek tego co los szykuje dla Gradowów i ich bliskich.
Dzieje rodziny poznajemy od 1925 roku, od momentu kiedy ZSRR choć kraj dławiący każdą samodzielność, przerażający okrucieństwem, machina terroru i tak jest dopiero przedsmakiem tego co będzie się działo za kilka i kilkanaście lat.
Nie wiem, na ile autor wiernie oddał życie przeciętnego Rosjanina z tego okresu, czy ukazał całą prawdę czy tylko jej część. Niezależnie od tego to o czym czytamy na kartach książki przeraża. W pasjonującą, pochłaniającą czytelnika opowieść, pomiędzy postaci fikcyjne, niezwykle umiejętnie wpleceni są bohaterowie autentyczni,
Frunze, Blücher, Beria, Stalin i wielu innych.
Pokolenie zimy zapada w pamięć na długo. W trakcie lektury losy Gradowów i innych Rosjan przykuwają uwagę czytelnika, który spiesznie niecierpliwie odwraca kolejne karty książki. Czyta się doskonale choć w początkową część książki trzeba się "wgryźć" przyzwyczaić do stylu pisania Aksionowa, długich opisów historyczno-społecznych. Jednak warto. Świetna, doskonale napisana książka. Polecam.


Księżna Casamassima - Henry James

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Ocena 5/6
Recenzja mojego męża.

Księżna Casamassima to kolejna świetna powieść autora i kolejny dowód na to jak doskonałym obserwatorem i pisarzem był Henry James. W każdej powieści genialnie domalowuje zarówno swoich bohaterów, którzy są przekrojem XIX-wiecznego społeczeństwa, jak i ukazuje świat, który ich otacza. Portrety, które nam kreśli na kartach swoich książek nie maja nic wspólnego z przesłodzonymi opowiastkami. Wręcz przeciwnie. Są one gorzkie, niezbyt pochlebne, czasami zabawne, ale z pewnością szczere do bólu.
Księżna Cassamassima to historia londyńskiego biedaka, przeciwnika arystokracji, bękarta ubogiej Francuzki i średniozamożnego angielskiego arystokraty. Jest on idealnym przykładem na prawdziwość powiedzenia - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nie chcę przedstawiać losów głównego bohatera. Są one na równi skomplikowane, tak jak skomplikowana jest dwoistość jego natury ze względu na pochodzenie, co jest niezwykle ciekawe, ba wręcz fascynujące.
Poza tym cała przyjemność lektury polega na stopniowym poznawaniu postaci, charakteru, złożoności Hiacynta Robinsona.
Z pewnością warto poznać głównego bohatera, ale nie tylko jego. James, jak i w przypadku innych książek, tak i tutaj rozbudował sylwetkę czy to głównych, pierwszoplanowych postaci, czy osób, które przez treść przewijają się dosłownie przez chwilę.
Książka ma same zalety i jedną wadę. Jest nią pewne niedopracowanie kwestii spisku. Nie chcę dokładnie pisać o co chodzi. Jeżeli sięgniecie po tę powieść z pewnością to zauważycie, tym bardziej, iż autor wręcz zmusza nas do niespiesznej lektury.
Z pewnością nie jest to powieść łatwa, taka którą szybko się czyta. James zadał sobie wiele trudu, żeby nie tylko ciekawie i niejednoznacznie nakreślić postaci bohaterów, ale także żeby dokładnie, ze wszystkimi szczegółami oddać atmosferę końca XIX wieku, klimat Londynu, nastroje panujące w różnych warstwach społecznych (z postępującym kryzysem społeczno-politycznym włącznie), czyli wszystko to co składało się na życie w stolicy Anglii ponad 100 lat temu. Autor nie szczędzi nam opisu wszelkich sfer ludzkiego życia oraz złożoności ludzkiej natury włącznie z rozkładaniem na czynniki pierwsze postępowań i konsekwencji oraz rozterek większości bohaterów. To właśnie najbardziej lubię w utworach Jamesa, to ich największa wartość.
Zachęcam do lektury.

niedziela, 12 marca 2017

Granice zła - Rebecca Griffiths

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Moja ocena 4,5/6 
Dobra, wciągająca powieść, taka odrobinę z pogranicza thrillera psychologicznego wymieszanego z powieścią obyczajową.
Główną bohaterką jest Sarah D’Villez, która jako nastolatka została uprowadzona, lecz udało się jej uciec od porywacza, który więził ją przez jedenaście dni. Niestety, fizyczna ucieczka z tej niewoli to nie wszystko. Bohaterka nadal tkwi w jakby klatce, okowach wspomnień, które nie dają zapomnieć o przeżytym koszmarze. Przeszłość nadal w niej jest mimo, iż Sarah zmieniła wygląd, toźsamość, miejsce zamieszkania. Jak się okazuje, to wszystko nie wystarczy, żeby uciec.
Opowieść jest w miarę spokojna, co nie znaczy, że nudna. Niewątpliwym plusem są doskonale zarysowane wątki psychologiczne. I to na nich głównie opiera się opowieść. Brak natomiast jakiś spektakularnych, podkręcających tempo, zwrotów akcji. Na szczęście doskonale pokierowane wątki psychologiczne pochłaniają całą uwagę w trakcie lektury. Dodatkowego dreszczyku dodaje niezwykle zręcznie budowane napięcie, które autorka cały czas podkręca.
Atutem są także postaci bohaterów. Najciekawiej nakreślona jest sylwetka głównej bohaterki. Jednak pozostałym postaciom także niczego nie można zarzucić. Wielu z nich początkowo odgrywa drugoplanowe role. Jednak z czasem autorka wysuwa ich na plan pierwszy, a ich rola w całej sprawie zdecydowanie rośnie. Pisarka bardzo zręcznie komponuje fabułę przeplatając rozdziały, w których poznajemy rolę i myśli różnych osób. Ciekawy zabieg.
Granice zła, to doskonała powieść z mocnym wątkiem psychologicznym i oscylującym w granicach thrillera oraz zakończeniem, które zaskakuje.
Polecam. Bardzo dobra lektura, która na kilka godzin pozwoli wam zapomnieć o wszystkim.
 

piątek, 10 marca 2017

Hrabal. Słodka apokalipsa - Aleksander Kaczorowski

Wydawnictwo Czarne, Ocena 5,5/6 
Bohumil Hrabal, zmarły w 1997 roku znany czeski pisarz, jeden z największych autorów XX wieku. To bez wątpienia jedna z największych, najwybitniejszych postaci czeskiej literatury XX wieku. Jego książki zostały przetłumaczone na ponad 25 języków. Według jego opowiadań powstało kilka filmów, z których najbardziej znane są Pociągi pod specjalnym nadzorem.3 lutego 2017 r.oku minęło 20 lat od śmierci pisarza.Okoliczności śmierci nadal są niejasne. Wiele osób ciągle zadaje pytanie- czy jego upadek z okna jednego z praskich szpitali był wypadkiem czy samobójstwem. Takie samo zapytanie stawia Aleksander Kaczorowski, autor niniejszej książki przytaczając wiele faktów na poparcie tezy samobójstwa. 
Kaczorowski był tłumaczem i biografem Bohumila Hrabala. Trudno o osobę bardziej zaznajomioną zarówno z dziełami, jak i życiem bohatera.
Razem z autorem poznajemy kolejne etapy życia Hrabala, śledzimy je krok po kroku począwszy od jego narodzin. Jednak bardzo szybko orientujemy się, iż o Hrabalu wiemy tyle, ile sam zechciał nam wyjawić. Taki już po prostu był, skryty, momentami tajemniczy, nie lubiący rozgłosu, a przy tym niezwykle skomplikowany, wielowymiarowy. Z jednej strony był wręcz smakoszem, wielbicielem życia, admiratorem jego uciech, a z drugiej strony - melancholikiem często popadającym wręcz w depresję.

Jak pisze Kaczorowski: (...) Motywy samobójcze w jego utworach to przecież kontrapunkt dla pochwały życia – jak długo pisał, tak długo tylko bawił się myślą o samobójstwie, najpierw swoich bohaterów, potem własnym. (...) 
Książka skrzy się od anegdot, listów od przychylnych, ale i nieprzychylnych pisarzowi osób. , Pełno w niej także udokumentowanych faktów, które pełniej prezentują sylwetkę pisarza, choć moim zdaniem i tak nie wyczerpują w pełni tematu i dla kolejnych badaczy Hrabal, jego życie nadal są skrzynią pełną tajemnic czekających na odkrycie.
Całość fascynującej opowieści o tym niezwykłym człowieku ubarwiają liczne zdjęcia. Dzięki nim możemy poznać Hrabala w wielu prywatnych, rzadko wcześniej (lub wcale) prezentowanych okolicznościach. Przykładem może być zdjęcie bohatera z ..kotami. Mało kto wie, iż pisarz wraz z małżonką był wielkim przyjacielem tych zwierząt. Regularnie je przygarniali, dbali o nie, leczyli, karmili. Ich dom wręcz pękał w szwach od ilości kotów.

Hrabal. Słodka apokalipsa przybliża sylwetkę Czecha, ale także sprawia, iż nawet nie znając jego twórczości lub nie będąc jej wielbicielem, do samego pisarza czuje się wielką sympatię zabarwioną nutką szacunku i podziwu.
Zachęcam do lektury.
Ta książka to bestseller w każdym calu.

Za książkę dziękuję Księgarnia Internetowej Platon24 (klik) 

https://platon24.pl/ksiazki/hrabal-slodka-apokalipsa-97073/
 



czwartek, 9 marca 2017

Kobieta znikąd - Mary Kubica

Wydawnictwo Harper Collins, Moja ocena 3,5/6
Bez euforii, ale też i bez znudzenia i pewnego zniesmaczenia, co miało miejsce, gdy czytałam ostatnią książkę Findera (wczoraj).
Na plus Kobiecie znikąd bez wątpienia trzeba poczytać konstrukcję, pomysł na fabułę.
Historia tytułowej kobiety opowiedziana jest z punktu widzenia dwóch osób, Quinn i Alexa. Żadna z tych osób nie wie o istnieniu drugiej. Obie historie całkowicie różnią się od siebie i zdawać by się mogło, iż dotyczą zupełnie innej osoby. A jednak dot. to tej samej kobiety o imieniu Esther, którą poznajemy nie tylko z opowieści, ale także z licznych, fragmentarycznych retrospekcji.

W pewnym momencie Kubica obie historie, które rozgrywają się w dwóch różnych miejscach, sprytnie łączy.
Na plus poczytuję także samo tempo akcji, które jest spokojne, momentami wręcz stagnacyjne. Brak amerykańskiego pędu, brak typowego dla wielu książek zabiligoiuciekł. W przypadku Kobiety znikąd treść i następujące po sobie wypadki są spokojne, przemyślane, umiejętnie dozowane.
Największy zryw fabuły następuje pod koniec, mniej więcej 100 stron przed końcem książki. Wtedy akcja zdecydowanie przyspiesza. Samo zakończenie zaskoczyło mnie i to bardzo. Warto tę książkę przeczytać choćby dla samego zakończenia.
Tyle plusów. Teraz minusy.
Przede wszystkim język, jakim książka została napisana. Jest on prosty, jak..no nie wiem co. Ja rozumiem, iż nie jest to dzieło noblisty, ale wszystko ma swoje granice. nawet prostota języka. Zdania krótkie, sporo kalek językowych.
Także konstrukcje bohaterów- Quinn i Alexa są odrobinę zbyt  płaskie.Tego typu postaci można by przedstawić dużo ciekawiej.
Na poprawkę, a w zasadzie wycięcie, zasługuje zbyt duża ilość opisów. Powiedzmy 1/5 bym usunęła.
Jak widać książka ma plusy, ale i minusy. Kobieta znikąd to niezła lektura, ale trzeba o jednym pamiętać, wbrew opisowi na okładce nie jest to thriller. Jeżeli książkę potraktujecie, jako thriller będzie wam brakować zagadek, nagłych zwrotów akcji, czyli tego czym taki rodzaj literatury powinien się charakteryzować.

 

środa, 8 marca 2017

Fachowiec - Joseph Finder

Wydawnictwo Sonia Draga, Moja ocena 3/6
Bohaterem jest 35-letni dziennikarz śledczy Rick Hoffman, który gdy go poznajemy jest bezrobotnym, bez grosza przy duszy, nocującym w dawnym rodzinnym domu , a obecnie ruderze, człowiekiem.
Narzeczona go zostawiła, pracy nie ma, ojciec po wylewie przebywa w domu opieki i od 18 lat nie powiedział ani słowa, a dodatkowo dom w którym nocuje jest ruderą, której nikt nie chce kupić, nawet po znacznym obniżeniu ceny.
Pewnego dnia jedno uderzenie w ścianę działową domu odmienia los Ricka, w pozytywnym, ale przede wszystkim w negatywnym tego słowa znaczeniu. W ściance Rick znajduje kilkaset paczek banknotów, których wartość szacuje na kilka milionów dolarów.
Wydaje mu się, że wygrał los na loterii. Nic bardziej mylnego. Jakimś cudem o znalezisku dowiadują się bardzo niebezpieczni ludzie. Od tego momentu życie Ricka zamienia się grę o życie. W końcu musi uciekać przed śmiertelnie groźnymi wrogami, którzy desperacko pragną, by przeszłość pozostała pogrzebana.
Streszczenie przyznacie sami, obiecujące. Rozpoczynając lekturę nastawiłam się na emocjonujący thriller z pościgami i zmieniającą się błyskawicznie akcją, coś ala Simeon Kernick. I faktycznie tak było, ale tylko przez początkowe około 50-60 stron. Póżniej z każdym kolejnym rozdziałem fabuła wydawała się powieleniem znanych już wątków z topowych thrillerów, a samo tempo akcji jakby coraz bardziej spadało. Wszystko co czytałam znałam już z innych książek. I niby nie byłoby w tym nic aż tak bardzo złego, gdyby Finder choć odrobinę podkręcił tempo akcji, a same kolejne perypetie Ricka i zakończenie całej opowieści, uczynił mniej przewidywalnym.
Niestety, ale tak się nie stało. Gwarantuję, iż po przeczytaniu 1/2 książki będziecie znać dalszy ciąg perypetii bohatera oraz rozwiązanie zagadki.
Poza tym ten podział niczym w bajkach - na dobrych i złych. Jak myślicie, kto wygrywa?
Dobry pomysł, zmarnowany potencjał. Szkoda i dziwne ponieważ Finder nigdy tak nie pisał, przynajmniej w tych książkach, które wcześniej czytałam.

poniedziałek, 6 marca 2017

Błękitna godzina - Douglas Kennedy

Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 5,5/6
Świetna książka, której akcja rozgrywa się w egzotycznym Maroku. Trochę inaczej zakończyłabym całą historię, no ale cóż, prawo autora do takiego zakończenia, jakie jemu odpowiada.
Błękitna godzina to na równi dobry kryminał z odrobiną thrillera, jak i bardzo dobra powieść obyczajowo-społeczno-psychologiczna.
Kennedy snuje bardzo ciekawą choć z pozoru banalną opowieść o porwanym męźczyźnie i jego żonie, której życie wydaje się być idyllą. Zgodnie ze znanym powiedzeniem...nie wszystko złoto..nie wszystko jest taką idyllą, jaką zdaje się być. Urlop, który z początku jest sielanką, spełnieniem marzeń, szybko zamienia się w koszmar i to z wielu powodów. Wspomniane uprowadzenie bohatera to tylko pretekst do ukazania czegoś więcej, czego podsumowaniem jest moim zdaniem pytanie - czy lepszy zdrowy egoizm, czy trwanie pomimo wszystko.. 

Czym jest to mimo wszystko? Tego nie zdradzę. Gwarantuję jednak, iż to coś zupełnie różnego od tego, o czym myślicie. Inna jest także zdrada, która przewija nam się przez większość opowieści.
Ta historia to także szeroko rozumiana opowieść o ludziach, o ich namiętnościach, o tym do czego są zdolni w obliczu zmieniających się w momencie sytuacji, zagrożeń, o tym co drzemie na dnie ich duszy, o wyborach, zdradzie, prawdzie (czy zawsze warto ja poznać), o miłości w najróżniejszych formach, o życiu i o tym na ile tak naprawdę znamy najbliższą nam osobę.
Błękitna godzina nie wciąga od razu, choć nie ukrywam, już pierwsze strony czyta się z zainteresowaniem. Powieść powoli, strona po stronie otula swoją magią i w pewnym momencie zauważa się, iż od lektury nie sposób się oderwać.
Douglas Kennedy po raz kolejny udowodnił, że jest mistrzem pióra, genialnie operuje słowem i drobiazgowo oddaje szczegóły chwili, ludzi, otoczenia. Gorąco zachęcam do sięgnięcia po Błękitną godzinę oraz inne powieści tego autora. Nie będziecie żałować.