czwartek, 31 października 2013

Igły. Polskie agentki, które zmienily historię - Marek Łuszczyna

Wydawnictwo Naukowe PWN, Okładka twarda, 288 s., Moja ocena 5,5/6
Pierwsze, co przykuwa uwagę, to niezwykła tematyka. Tzn. sama szpiegowska tematyka jest banalna. Jednak autor pokusił się o przedstawienie sylwetek kobiet-szpiegów, kobiet, których wkład w taki, a nie inny przebieg II wojny światowej jest ogromny, a z reguły o nich się nie wspomina, nawet zapomina. Wojna to domena męźczyzn. I to oni na ogół są przedstawieni, jako ci waleczni, przebiegli. O kobietach rzadko się wspomina.
Łuszczyna przedstawia sylwetki 10 kobiet, których losy zarówno przed wojną, jak i w jej trakcie były bardzo różnorodne. Podobnie, jak wiek, wykształcenie, pochodzenie.
Halina Szymańska wojnie, źródło polityka.pl
Najbardziej polubiłam Halinę Szymańską. Była ona wspaniałą, piękną, wykształconą kobietą,  żoną atache wojskowego w polskiej ambasadzie w Berlinie. Bywała na premierach w operze, na rautach, polowaniach etc. Co sprawiło, że tak światowa, wspaniała kobieta stała się szpiegiem? Jakim sposobem udawało jej się wykradać informacje z samego sztabu głównego Wehrmachtu? Co miała w sobie takiego, że wielki szef Abwehry adm. Wilhelm Canaris był w stanie zrobić dla niej wszystko? Tego nie zdradzę. Zachęcam do sięgnięcia po książkę.
Pozostałe dziewięć bohaterek książki, to także wspaniałe, niebanalne kobiety.
Maria Sapieżyna wybrała się np. do papieża Piusa XII. Nie wahała się powiedzieć mu prawie wprost, że jego zachowawcza postawa, nie zabieranie głosu w sprawie zbrodni niemieckich, unikanie w Kościele decyzji wydania stanowiska w sprawie Holokaustu to zbrodnia sama w sobie. 
Krystyna Skarbek, była ulubioną agentką Winstona Churchilla. Ta niesamowita kobieta weszła do siedziby Gestapo i uwolniła jednego z najpilniej strzeżonych brytyjskich szpiegów. Jak tego dokonała? Nie zdradzę tego. Zdobyte przez nią materiały pozwoliły Brytyjczykom uściślić datę i konkrety niemieckiego ataku na ZSRR.
Elżbieta Zawacka była jedną z cichociemnych. Jej przygody były o wiele bardziej dramatyczne niż te ukazane w Czasie honoru. 
Anna Louise Mogensen urodzona w Polsce, ale wychowana w Danii, zdobyła informacje na temat niemieckich linii obronnych na północy Europy. W tym celu m.in. przez kilka dni prawie bez ruchu leżała w trawie fotografując ukryte obiekty. Pokusiła się także o lądowanie z wojskami brytyjskimi w Normandii. Jej całkowicie bezsensowna śmierć i do tego w takim momencie, wycisnęła mi z oczu całkiem sporo łez.
Władysława Macieszyna
Władysława Macieszyna udaremniła niemieckie próby zniszczenia Londynu za pomocą pocisków V2. Pod koniec wojny została aresztowana przez Gestapo. Próbowała popełnić samobójstwo. Na szczęście nie udało jej się to. Skazana na ścięcie głowy na gilotynie, ocalała tylko dlatego, że w Wiedniu, gdzie była więziona...nie było gilotyny.
Wśród agentek były nie tylko Polki. Jedną z najlepszych, najskuteczniejszych Igieł, była Niemka szwajcarskiego pochodzenia. Dlaczego została polskim szpiegiem. A z miłości, tylko i wyłącznie z miłości. Do kogo i co z tego wynikło, tego nie zdradzę. 
W trakcie lektury poznamy także losy innych agentek. Każda z nich działała inaczej, każda była inna. Jednak wszystkie dokonały rzeczy niezwykłych. Wszystkie marzyły o wolnej Polsce, o tym, żeby w ojczyżnie czuć się dobrze. Część z nich zginęła jeszcze przed 1945 rokiem. Jednak nawet tym, które przeżyły, ta wytęskniona Polska nie podziękowała tak, jak na to zasługiwały. Miały dwa wyjścia, albo przesłuchiwania i więzienia UB, ew. rozstrzeliwanie, albo emigracja. A i to w najlepszym wypadku. Bo np. Krystyna Skarbek została podstępnie zamordowana. Sprawy jej zabójstwa do dziś dnia nie wyjaśniono.
Należy im się hołd chociażby w postaci tej książki i naszej pamięci, chwili uwagi w trakcie lektury.
Gorąco namawiam do sięgnięcia po tę arcyciekawą, w niezwykły sposób napisaną książkę. Wierzę, że losy tych 10 wspaniałych, odważnych kobiet zainteresują nawet największych przeciwników historii. 

środa, 30 października 2013

Dziki kontynent - Keith Lowe

Wydawnictwo Rebis, Okładka twarda z obwolutą, 544 s., Ocena 6/6
Recenzja mojego męża, który książkę podczytywał fragmentami przez ostatnie 2 miesiące. Mąż jest miłośnikiem wszystkiego, co z XX-wieczną historią związane.

Książka opowiada o Europie  tuż po zakończeniu II wojny światowej. Skąd tytuł Dziki kontynent? A stąd, że prawie w całej Europie nie istniała większość instytucji, rządy dopiero się tworzyły, podobnie było z mniejszymi jednostkami samorządowymi. Nie istniały szkoły, kina, teatry, biblioteki, archiwa, muzea, brak było także książek, radia prasy. Było tak, jakby ludzie znależli się na pustyni, jakby nie było prawa, nie było historii, nie było terażniejszości.

Najgorsze jednak było to, iż nie istniało żądne prawo, żaden wymiar sprawiedliwości. Oczywiście, lokalne jednostki próbowały jakoś się zorganizować, zaprowadzić względny ład, ale to kropla w oceanie wręcz potrzeb.
Powojenna Europa tak właśnie wyglądała. Była ona dzikim miejscem na światowej mapie. 
Nam trudno sobie to wyobrazić. Brakowało nie tylko mieszkań, ubrań czy jedzenia. Brakowało także wszystkiego, co decydowało o bycie i świadomości człowieka. Brakowało swoistego kodeksu moralnego, pojęcia i zrozumienia tego co jest dobre, co złe, a co wręcz naganne, niedopuszczalne w normalnym świecie.
Brzmi to jak film sf, ale tak właśnie było. II wojna światowa, najokrutniejsza i najbardziej bezsensowna wojna w dziejach ludzkości, pochłonęła nie tylko niewyobrażalną ilość ofiar ludzkich, ale także zniszczyła całe państwa, wszystko co stanowiło o ich tożsamości.
O tym okresie, momencie w dziejach całego naszego kontynentu opowiada w swojej książce znany historyk i publicysta, Keith Lowe. Autor nie tylko obala narosłe w naszej świadomości mity, ale zasiewa ziarno zaintrygowania i niedowierzania. Przyznajcie sami, szczerze, skąd czerpiecie wiedzę o tym, jak wyglądał europejski porządek, jak wyglądał cały kontynent w 1945, czy 1946 roku? Na ogół z filmów ala Czterej pancerni i pies lub podobnych książek. Jednak obraz Europy, wizerunek ludzi jakie tego typu produkcje przedstawiają jest delikatnie ujmując widziany przez bardzo optymistyczne różowe okulary. Alianci, wojska wyzwalające są dobrzy, Niemcy żli. Brak szarości, brak normalnego człowieka, brak autentycznego wizerunku świata. 
Taki wizerunek prezentuje nam Lowe. Opisuje on nie tylko kontynent prawie nie istniejący, braki o których wyżej wspomniałem. Opowiada także o czymś, o czym rzadko się wspomina, bo w ogólnym pojęciu jest bee, jest to nie na miejscu, a po cichu sądzi się nawet, że było to słuszne. A mianowicie Lowe ze wszystkimi szczegółami opowiada o odwetach ofiar, które dokonywane były na ich prześladowcach, na ich katach. Samosądy, morderstwa w majestacie ówczesnego, nieistniejącego wszak prawa, dokonywane były nie tylko przez więżniów obozów koncentracyjnych, ale także zwyczajnych ludzi. Można to oczywiście tłumaczyć, a nawet usprawiedliwiać latami horroru, jaki ludzie przeżyli w trakcie wojny, szokiem jakim było zetkniecie się holocaustem. Ok, ale jak należy, jak w ogóle można tłumaczyć mordowanie bezbronnych dzieci urodzonych ze związków Niemca (często zagorzałego faszysty) i "normalnej" kobiety? Co te dzieci były winne? Dlaczego je zabijano? Dopuszczając się takich zbrodni, "normalni" z pozoru ludzie (nie faszyści) stawali w jednym szeregu ze znienawidzonymi hitlerowcami. Takie morderstwa (bo tak to trzeba nazwać) najczęściej miały miejsce na północy Europy. Szok? Takich szokujących informacji, wiernie udokumentowanych materiałem źródłowym, znajdziecie w niniejszej pozycji o wiele więcej. Niestety. 
Lowe porusza także kwestie: powojennych wysiedleń, czystek etnicznych m.in. na Ukrainie i w Polsce, morderstw, które na powracających z obozów koncentracyjnych Żydach popełniali "normalni" ludzie. Ostatnie rozdziały książki poświęcone są lokalnym wojnom domowym, o których mówi się bardzo mało i rozpowszechnianiu się komunizmu we wschodniej Europie.
Książka oparta jest na bardzo bogatym i dokładnie sprawdzonym materiale źródłowym. Historyk korzysta i powołuje się na notatki, zdjęcia, listy, kroniki, ale przede wszystkim na wspomnienia zarówno ofiar, jak i katów. Tylko zastanówmy się, kto w tej dzikiej, powojennej Europie był katem, a kto ofiarą?!
Lowe nie ocenia ludzi, nie ocenia ani ofiar, ani katów, prześladowców. W niektórych momentach próbuje ich nawet zrozumieć. Ale czy wszystkie zachowania da się zrozumieć, wytłumaczyć? Czy zbrodnia będąca efektem innej zbrodni jest dobra, czy zła?

Książka przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy książki historyczne 




Lepszy dzień nie przyszedł już...

Wydawnictwo Iskry, Okładka twarda z obwolutą, 342 s., Moja ocena 6/6
Absolutnie wciągająca i przerażająca, a jednocześnie magiczna książka. Czasami mam tak, że książka mnie przeraża swoja treścią, a jednak nie mogę się od niej oderwać. Tak było w tym przypadku.
Autorka zebrała losy kilku polskich rodzin, które przed wojną zamieszkiwały Kresy Wschodnie. Poznajemy historie zarówno osób dorosłych, jak i dzieci urodzonych tuż przed wybuchem wojny, lub chwilę wcześniej. Jesteśmy świadkami ich niedowierzania, gdy 17 września 1939 roku Rosja zaatakowała Polskę. Poznajemy także ich póżniejsze losy, które są treścią, sercem książki. To co tak mną wstrząsnęło, co sprawiło, iż od lektury nie mogłam się oderwać, że kilka razy łza mi się w oku zakręciła, to opowieści dorosłych już osób, osób często w podeszłym wieku, które na początku wojny zostają wysiedlone do obozów, na mróz, głód, poniewierkę. Powiecie, takich osób było wiele, zbyt wiele. Owszem, ale gdy czyta się relację przeżyć dziecka, któremu umierają rodzice, które zostaje zostawione na pastwę losu, na taką opowieść nie można pozostać obojętnym. 
Nieistotne, który z kolei raz czyta się o losach polskich zesłańców, to zawsze porusza. 
W trakcie lektury poznajemy m.in. dzieje osieroconych dzieci wywiezionych na Bliski Wschód, znanego rodu Jaxa Bąkowskich  i sławnego hubalczyka Romualda Romana Rodziewicza. Każdy z rozdziałów to opowieść o ludziach zwyczajnych, a jednocześnie niezwykłych. 
O osieroconych dzieciach nie będę pisać, sami najlepiej zrobicie poznając ich historię w trakcie lektury książki.
Kolejni bohaterowie, to Jaxa Bąkowscy. Jerzy Bąkowski (pochodzący z możnego, słynnego na Kresach rodu) brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej 1939 roku Wzięty do niewoli sowieckiej podczas obrony Lwowa i osadzony w obozie w Starobielsku, został zamordowany wiosną 1940 roku w Charkowie. O dziejach rodu, o wspaniałej przeszłości i o tym co stało się z żoną Jerzego oraz ich dziećmi, wspaniałym majątkiem, przeczytacie w jednym z  rozdziałów książki.
Z kolei Romuald Roman Rodziewicz po upadku Warszawy, wraz ze swoim oddziałem wstąpił do Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego pod dowództwem mjr. Henryka Dobrzańskiego "Hubala". Brał udział we wszystkich bitwach stoczonych przez oddział na Mazowszu i Kielecczyźnie. Nasz bohater żyje, 18 stycznia 2013 roku skończył 100 lat. Autorka niniejszej książki wspaniale opisuje losy Hubalczyka w rozdziale Z miejsca na miejsce w cieniu legendy Hubala
Gdyby to była książka stricte naukowa, albo chociaż do miana takowej pretendująca, być może nie wywarłaby na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Ziółkowska-Boehm zastosowała jednak moim zdaniem manewr nie fair, oddała głos bezpośrednio osobom opowiadającym o swoich losach. Brak korekty, brak naprowadzających pytań, brak literackiego szlifu, to wszystko sprawia, że opowieści są surowe w swojej prostocie, ale przez to jeszcze bardziej przejmujące. Realizmu opowieści dodają także liczne zdjęcia, kopie listów, dokumentów.
Ale nie bójcie się, ta książka to nie tylko cierpienie, ból i tragedia. To także wspaniały wizerunek polskich Kresów tuż przed wojną, odrębnej kultury, jaką mieszkańcy tych ziem  stworzyli, życia codziennego, uprawy winnej latorośli (a tak), powiększania wspaniałych majątków, pól uprawnych, stadnin z rodowodowymi końmi arabskimi i wielu, wielu innych magicznych elementów, które niestety odeszły wraz z ludźmi tam żyjącymi. Stanisławów, Lwów, Zaleszczyki ożywają w ich opowieściach. To także historie wielkiej miłości, ludzkiej pomocy, wsparcia. Podam tylko jeden przykład, kilkoro osieroconych dzieci, które los zesłał z Kresów na Bliski Wschód, od śmierci głodowej uratowała niewiele od nich starsza Polka, która sama prawie nic nie miała. Tym niczym podzieliła się z dziećmi.
Mimo ogromu tragedii, o której się czyta, momentami robi się ciepło na sercu. Niestety, ale zbyt rzadko.Mimo tak wielu cierpień, jakich doznali bohaterowie książki i ich bliscy, próżno szukać happy endu. Dla tych ludzi z różnych przyczyn lepszy dzień nie nadszedł...Stąd tytuł książki, tak niewiele, a jednocześnie wszystko mówiący. 
Wiem, II wojna światowa wyrządziła niewyobrażalną ilość zła, zginęły miliony wspaniałych osób. Tylko, że dodatkowo zginęły zwyczaje, historie, kultury, które były wspaniałe, a których z reguły nie da się odtworzyć. Obok milionów istnień ludzkich, to największa ofiara Hitlera - dziedzictwo kulturowe.
Lepszy dzień nie przyszedł już, to jedna z tych książek, którą powinien przeczytać każdy. To wspaniała, niedająca się z niczym porównać lekcja historii. Po lekturze doceniamy, to co mamy. Jesteśmy winni sięgnięcie po książkę oraz pamięć zarówno narratorom, jak i ich bliskim oraz tysiącom bezimiennych ofiar. 

Książką przeczytana w ramach wyzwania - Czytamy książki historyczne 
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi 

Kilka zapowiedzi+ info...

Nowa powieść autora Atlasu Chmur

Już 6 listopada w Polsce


Książka Roku wg New York Times
Nagroda 2011 Commonwealth Writers' Prize; 
Nominacja Man Booker Prize for Fiction 2010;
Best Books of the Year wg Magazynu Time.



Wyobraź sobie imperium, które na półtora wieku odcięło się od świata. Nikt nie może go opuścić, obcokrajowcy nie są wpuszczani, ich religii zakazano, a ich poglądy są traktowane głęboko nieufnie. Mimo to nadal istnieje wąskie okno do wnętrza tego kraju-twierdzy: sztuczna, ogrodzona murem wyspa, połączona z portem na stałym lądzie i obsadzona jedynie garstką kupców z Europy. Jednak zamknięta Brama Lądowa nie może zapobiec spotkaniom umysłów – ani serc.

Tym narodem była Japonia, portem - Nagasaki, a wyspą - Dejima, dokąd zabiera nas panoramiczna powieść Davida Mitchella. Dla holenderskiego urzędnika Jacoba de Zoeta rok 1799 to początek mrocznej opowieści o obłudzie, miłości, winie, wierze i morderstwie – podczas gdy ani on, ani jego poróżnieni krajanie nie wiedzą nawet, że na świecie zmienia się układ sił…

Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta to imponujące dzieło, mistrzowski popis wirtuozerii i efekt gruntownych badań i nieposkromionej wyobraźni tego wybitnego pisarza.



Powieść historyczna osadzona w XVIII wiecznej Japonii.

Data Wydania: 6 LISTOPADA 2013

Autor: David Mitchell

Tytuł: Tysiąc Jesieni Jacoba de Zoeta  Tłumaczenie: Justyna Gardzińska

ISBN: 978-83-7480-399-1 l. stron:768  format:135x202  Oprawa: miękka







Dorota Sumińska opowiada. Historie, które napisało życie. Z łezką w oku, ale i z uśmiechem oraz wielką życzliwością do ludzi   i zwierząt.
Książka z tych, o których mówi się: „balsam dla duszy”.

Wydawnictwo Literackie serdecznie poleca Historie, które napisało życie Doroty Sumińskiej.
Premiera książki 7 listopada.

Zapraszamy na spotkanie z czytelnikami 15 listopada
do empiku Junior

Każda z historii zawartych w tej książce ma swoje źródło w prawdziwym wydarzeniu. Życie pisze nam takie scenariusze, że nawet najbardziej wybujała wyobraźnia mu nie dorówna.  Już od ponad pół wieku zbieram w głowie sceny     z przeszłości, które jak ziarenka fasoli kiełkują i wyrastają poplątanym pnączem. Przelewam to na papier i od nowa poznaję na pół zapomniane postaci i miejsca.  We wszystkich tlą się prawdziwe emocje. Janka, Sara, Piotr , Krystyna żyli naprawdę. Mieli inne imiona, inne nazwiska, ale czuli tak jak na kartkach tej książki. Skąd wiem? Bo część z opisanych bohaterów znałam osobiście, a o innych słyszałam od tych, którzy ich kochali. A miłość nigdy nie kłamie. Wiem coś o tym. Teraz, gdy przewracam kartki, na niektóre spada łza. Przypomina mi się niejeden dom i niejedna twarz. Są wśród nich te, które i ja darzyłam uczuciem. (Dorota Sumińska)
Dorota Sumińska  przez lata gromadziła różne historie, wspomnienia, anegdoty, które stały się kanwą wielowątkowej, uniwersalnej opowieści o przewrotności losu i zwierzętach.
Spełnione marzenia, niespodziewana  miłość, przypadki, które stają się przeznaczeniem. Gesty, słowa, przedmioty, które na zawsze odmieniły czyjeś życie. Sekrety, które łączą i dzielą. Ludzie zapadający w pamięć na zawsze. Oraz zwierzęta, którzy pomagają uświadomić ludziom inny wymiar codziennych spraw.
Nieoczywiste, zaskakujące, poruszające… historie z życia i o życiu.



Nie żałujcie sobie jadła, przyjaciele. Nadchodzi zima.
                                               George R.R. Martin

Chelsea Monroe-Cassel, Sariann Lehrer
Uczta lodu i ognia
przeł. Łukasz Małecki
premiera: 7 listopada

Namaszczona przez autora cyklu bestsellerowych powieści i scenarzystę serialu
Gra o tron George’a R.R. Martina oficjalna książka kucharska serii, to zbiór
inspirowanych nią przepisów kulinarnych na napitki, mięsiwa i desery. Zebrały
je zakochane w twórczości Martina i serialu HBO Chelsea Monroe-Cassel
i Sariann Lehrer, które swoje doświadczenia z kuchnią Westeros opisały
na blogu „Karczma na Rozdrożu” (http://www.innatthecrossroads.com).
Ciekawi jesteście co jadają serialowi Lannisterowie, Starkowie czy ród Tyrellów?
Teraz będziecie mogli sami przyrządzić dania serwowane podczas uroczystych
uczt na królewskim dworze Baratheonów, wykwintnych przyjęć w Lannisporcie,
obiadów w Riverrun, codziennych posiłków Czarnych Braci na Murze, wieczerzy
w zasypanym śniegiem Winterfell czy lekkich śniadań za Wąskim Morzem.
Uczta lodu i ognia doskonale wypełni wam czas w oczekiwaniu na czwarty sezon
serialu HBO i kolejną, dziewiątą już powieść George’a R.R. Martina. Jak pisze
autor Gry o tron:
                    Nie żałujcie sobie jadła, przyjaciele. Nadchodzi zima.
 fot. Kristin Teig


Po tak długim czasie nie potrafię sobie już przypomnieć, kto pierwszy zaproponował, żebyśmy wydali książkę kucharską z przepisami
z moich powieści (…). Sariann i Chelsea podeszły do tematu zgoła odmiennie (…). Te dwie dziewczyny zaczęły przyrządzać
potrawy opisane w Grze o tron (…).  Na cześć pewnego przybytku, w którym dzieją się rzeczy straszne, dziewczyny nazwały swój
blog Karczmą na Rozdrożu. W książce to właśnie przed jej drzwiami kołysało się na wietrze truchło powieszonej oberżystki.
Mam szczerą nadzieję, że Sariann i Chelsea nie podzielą jej losu; ich jedzenie jest znacznie, znacznie lepsze od podawanego
w tamtej karczmie.
George R.R. Martin, Santa Fe, 21 stycznia 2012

Witajcie w naszej karczmie!
Chelsea i Sariann

Kurczak w miodzie

— Znowu głodny? — spytał. Na środku stołu leżała jeszcze połowa kurczaka w miodzie. Jon wyciągnął rękę, żeby oderwać nogę,
ale w ostatniej chwili nadział na nóż całą połowę i opuścił ją na podłogę. Duch rzucił się na mięso łapczywie, nie wydając
najmniejszego odgłosu.
GRA O TRON

Przepis na 3–4 porcje
Czas przygotowania: 15 minut
Sos: 30 minut * Pieczenie: 1–1½ godziny
Można podawać z chrupiącym białym chlebem (s. 35),
współczesną rzepą w maśle (s. 80)
i miodem pitnym

Danie o zdecydowanie północnym charakterze. Jabłka, ocet, miód i suszone owoce przywołują wspomnienia mroźnych wieczorów spędzonych w cieple wielkich sal
Winterfell. Gęsty sos rozpływa się kusząco na gorącym kurczaku. Nasiąkają nim też suszone owoce, które tryskają smakiem, gdy już zaszczycą talerz swoją obecnością.

1 cały kurczak (2½–3 kg), 2 łyżki roztopionego masła, 1 szklanka octu jabłkowego, ⅔ szklanki miodu, 1–2 łyżeczki mięty suszonej lub świeżej, drobno posiekanej, sól, ½ szklanki ciemnych lub jasnych rodzynków, suszonych wiśni, suszonej, żurawiny itp.1 łyżka masła
Rozgrzej piekarnik do temperatury 230°C. Osusz kurczaka ręcznikami papierowymi, a następnie natrzyj go roztopionym masłem i posyp solą. Dzięki temu skórka stanie się chrupiąca i pyszna. Piecz przez godzinę albo do chwili, kiedy z nakłutego ostrym nożem udka wypłynie przezroczysty sok. Pierś powinna zmienić kolor z różowego na biały. Podczas gdy kurczak się piecze, wymieszaj w rondlu wszystkie pozostałe składniki i gotuj na małym ogniu ok. 30 minut, aż suszone owoce napęcznieją, a sos zmniejszy objętość mniej więcej o połowę. Gdy tylko kurczak będzie gotowy, polej go od razu połową sosu, a resztę podaj osobno.
  • I informacja o spotkaniu...bardzo, bardzo żałuję, że nie będę mogla na nim być.
 


wtorek, 29 października 2013

3. stosik wiedeński

Za sprawĄ przyjaciółki przybyły do mnie takie o to książki:)
Pozycja typowo dla mojego męża.
Niezapomniana epopeja o kampanii wrześniowej, kreśląca panoramę nadziei i trwogi, triumfu i tragedii...
Akcja tej niezwykłej powieści rozgrywa się w trakcie pierwszego tysiąca godzin II wojny światowej. Dzięki trafnemu doborowi wiarygodnie nakreślonych psychologicznie postaci pochodzących z różnych sfer społecznych i kulturowych udało się autorowi nakreślić przekonującą fabularnie kronikę wrześniowych zmagań. Poznajemy zatem bohaterskich, choć niepozbawionych zwątpienia obrońców Westerplatte, walczącego w oblężonej Warszawie generała Janusza Prusa, który niegdyś podczas przewrotu majowego, broniąc niepopularnego rządu, stracił rękę i szansę na karierę, ale także zwykłego wiejskiego chłopaka Antosia, który razem z wieloma niedoświadczonymi, ledwo co zmobilizowanymi żołnierzami na Kresach Wschodnich bierze udział w starciach z sowieckimi agresorami. Wśród wielu bohaterów tej monumentalnej powieści są też postaci niezaangażowane bezpośrednio w walkę (amerykański dziennikarz Loomis czy żydowski uciekinier z Warszawy, Berg), a nawet walczące w szeregach wroga, jak Erich, młody hitlerowski oficer, który przed wojną wspinał się w górach z polskimi przyjaciółmi.
Dokumentarne niemal w swej wierności oddanie historycznych realiów w połączeniu z wielością pokazanych postaw i moralnych wyborów, przed którymi stanęli w tamtych trudnych czasach mieszkańcy Polski sprawia, że dzieło W.S. Kuniczaka należy do najznamienitszych obrazów września w historii polskiej literatury.

Arystokracja, niegdyś szczególnie uprzywilejowana warstwa polskiego społeczeństwa, zawsze budziła powszechne zainteresowanie. Szczyciła się kultywowaniem dobrych obyczajów i wielowiekowych rodowych tradycji. Arystokratyczne pochodzenie dla jednych było zaszczytne i nobilitujące - bajeczne fortuny, międzynarodowe koligacje, wystawne życie, przynależność do elity; dla drugich stanowiło brzemię - obowiązki wobec własnego rodu i kraju, konwenanse, ograniczenia...
Autorzy książki "Życie codzienne arystokracji" zapraszają do najwspanialszych magnackich siedzib - Łańcuta, Rogalina, Nieborowa czy Nieświeża. Opowiadają o prywatnym życiu, upodobaniach i zajęciach ich mieszkańców. Zabierają czytelnika w nostalgiczną podróż, dzięki której może towarzyszyć przy narodzinach potomków znamienitych rodów, zajrzeć do pałacowych jadalni, gościć na ślubach i hucznych weselach. Szczególnie ciekawe były rozrywki arystokracji: wystawne bale, polowania i jeździeckie eskapady... To w arystokratycznych siedzibach powstawały pierwsze w Polsce korty tenisowe, a w garażach - jak w rezydencji w Jabłonnie - można było zobaczyć wyścigowe automobile. 


Książka, na którą bardzo, ale to bardzo czekałam.
Nazywano go księciem poetów, debiut porównywano do debiutu Adama Mickiewicza, a dzieło jego życia Kwiaty polskie zestawiano z Panem Tadeuszem. Napisał wiele wierszy i piosenek, które przeszły do legendy: Miłość ci wszystko wybaczy śpiewaną przez Hankę Ordonównę, Grande Valse Brillante w wykonaniu Ewy Demarczyk, Wspomnienie z muzyką Czesława Niemena. Jego Ptasie radio i Lokomotywa do dziś nie mają sobie równych w polskiej literaturze dziecięcej, Bal w Operze wciąż na nowo i z tą samą precyzją opisuje rzeczywistość Polski. A muzycy punkowi odkryli Tuwima anarchistę i alterglobalistę. Książka Mariusza Urbanka opisuje meandry losu i kulisy twórczości Juliana Tuwima - poety, tekściarza kabaretowego, tłumacza, bibliofila, kolekcjonera, badacza i popularyzatora dziejów kultury.

Kolejna, po Fridzie Kahlo, zbeletryzowana biografia, niezwykła historia Velasqueza i jego modelki, opowieść o powstawaniu skandalizującego, jak na czasy inkwizycji, obrazu Wenus. Fascynująca lekcja historii sztuki ale także obyczaju, religii, polityki i mentalności siedemnastowiecznej Hiszpanii
Barbara Mujica, znawczyni kultury hiszpańskojęzycznej, z wielką śmiałością postanawia ujawnić tajemnice towarzyszące powstawaniu obrazu Wenus pędzla Velasqueza. Narrację powierza tajemniczej modelce malarza, która jeśli była Hiszpanką, ryzykowała spalenie na stosie za pozowanie nago.  Wenus pod koniec życia spisuje wspomnienia, głównie po to, by wyjaśnić tajemnicę obrazu a także dać świadectwo swemu niezwykłemu życiu. Ponieważ opowiada w trzeciej osobie, mija dużo czasu zanim czytelnik upewni się, kto kryje się pod postacią skandalizującej modelki.

Dyskretne, sprytne, bezwzględne i precyzyjne - niczym szpieg ze słynnej powieści Kena Folletta. Agentki, które pracowały dla polskiego - ale też brytyjskiego lub hitlerowskiego - wywiadu; rodowite Polki i kobiety, dla których Polska stała się nową ojczyzną. Arystokratki, żony dyplomatów, córki przedsiębiorców, troskliwe panie domu i przedwojenne feministki, dojrzałe opiekuńcze matki i nastolatki, którym ledwo starczało siły, by przeładować pistolet. W czasie drugiej wojny światowej miały zdobywać i dostarczać w odpowiednie ręce informacje, od których zależał los setek tysięcy ludzi. Zostały szpiegami z pobudek patriotycznych i wewnętrznej potrzeby, a czasem przez przypadek, wrodzoną naiwność lub ślepą miłość. Nie oczekiwały za swoje dokonania nagród, i wyróżnienia rzeczywiście je omijały. 

 Mężczyzna, który wykonywał niebezpieczny i wzbudzający emocje zawód, opowiada o uwielbianej przez tłumy kobiecie i o tragedii, która wstrząsnęła światem 50 lat temu... Clint Hill, agent Secret Service, ochraniał słynną Jacqueline Bouvier Kennedy od 1960 do 1964 roku. To nie była zwykła służba. Clint towarzyszył pani Kennedy podczas pierwszych dni prezydentury jej męża, przy narodzinach synów - Johna i Patricka, a później przy nagłej śmierci jednego z nich. Asystował jej podczas rodzinnych wakacji w Hyannis Port i Palm Beach, oficjalnych podróży do Europy, Azji i Ameryki Południowej oraz w trakcie intrygujących spotkań z mężczyznami pokroju Arystotelesa Onassisa, Gianniego Agnelliego i André Malraux. Był przy niej także w czasie zamachu na jej męża oraz w mrocznym okresie, który nastąpił po tych wydarzeniach. Aż do przyjęcia, które wydała na cześć swego ochroniarza, gdy po czterech latach odchodził ze służby u jej boku. Dziś, po upływie 50 lat, Hill po raz pierwszy opisuje tamte czasy. "Pani Kennedy i ja" to ciepła, pasjonująca, czasem tragiczna opowieść o tym, jak agent Secret Service - wychowanek sierocińca w Dakocie Północnej - stał się najbardziej zaufanym człowiekiem w życiu podziwianej przez cały świat pierwszej damy. 

Jest rok 1880, do redakcji wydawnictwa zgłasza się mężczyzna z propozycją wydania kryminału. Redaktor jest początkowo niechętny, ale zasiada do lektury i odkrywa intrygę, której nie spodziewałby się po niepozornym gościu.
Śledczy Siergiej Kamyszew poznaje młodą dziewczynę, córkę leśniczego, w której natychmiast się zakochuje i stara się zdobyć jej wdzięki. Nie zdaje sobie jednak sprawy z faktu, że dziewczyna prowadzi własną grę z innymi mężczyznami z okolicy. Niespodziewanie dla wszystkich, Oleńka wybiera podstarzałego rządcę Urbienina, pozbawiając Kamyszewa i pozostałych zalotników wszelkich złudzeń. Dziewczyna jednakże wydaje się niepewna swoich uczuć. Niestety, pewnego dnia w lesie dochodzi do tragedii...



Książkowa wersja kultowego, pierwszego w historii telewizji, kulinarnego reality show! Pilotażowy odcinek "Francuskiego Szefa Kuchni" wyemitowano "w Bostonie 11 lutego 1963 roku, jeszcze w czarno-białej telewizji" - jak wspomina we wstępie sama Julia Child. Przez kolejne lata podbił on serca telewidzów tak dalece, że doczekał się wznowień i kontynuacji, a jego nieokrzesana, prostolinijna, wielka wzrostem oraz kulinarnym kunsztem pomysłodawczyni i prowadząca - Julia Child - do dziś pozostaje ikoną sztuki kucharskiej, nie tylko dla Amerykanów.




 W zapadłej wiosce w brazylijskim interiorze ginie para obrońców Amazonii. W dalekim miasteczku w Andach "nieznani sprawcy" polują na księdza, który broni praw górali do ziemi i wody. Ktoś zabija towarzysza wspólnej sprawy. Pewien robotnik rolny zostaje prawnikiem. Domaga się odszkodowań dla mieszkańców miasteczek i wsi, którzy zaczęli zapadać na nieznane wcześniej choroby. Dostaje telefon z wiadomością, że znaleziono zwłoki jego młodszego brata. Artur Domosławski podąża śladami tajemniczych zbrodni, w których giną ludzie zaangażowani w obronę niszczonego środowiska naturalnego i praw lokalnej ludności w Ameryce Południowej. Kto stoi za serią morderstw? Czy zwyczajni ludzie, którzy bronią swojej ziemi, mają szanse w zderzeniu z międzynarodowymi korporacjami i przekupionymi władzami? Polski reporter ukazuje współczesne oblicza wielkiego biznesu, skorumpowanej polityki i ciemnych stron globalizacji. Domosławski pisze o Ameryce Łacińskiej, przedstawiając losy konkretnych osób. Nie ma tu prostych haseł o obronie puszczy amazońskiej. Nie ma lukrowanego obrazka celebryty wspierającego indiańskie plemiona. Jest kipiący energią, rozpaczą, ale i nadzieją świat ludzi, którzy dzięki Domosławskiemu, staja się nam po prostu bliscy. "Śmierć w Amazonii" otwiera czytelnikom oczy, pokazując reguły rządzące również naszą rzeczywistością.

poniedziałek, 28 października 2013

Nigdy nie wiadomo - Chevy Stevens

Wydawnictwo Świat Książki, Okładka miękka, Moja ocena 5-/6
Główną bohaterką książki jest trzydziestokilkuletnia kobieta, Sarah Gallagher, matka kilkuletnie Ally, właścicielka psa o wdzięcznym imieniu Łoś i firmy zajmującej się renowacją mebli.
Wiele, wiele lat temu Sarah została adoptowana. Nikt w rodzinie tego przed nią nie ukrywał. Chociaż adopcyjna matka kochała ją, ojciec wyraźnie dawał jej odczuć, że jest adoptowana, że zawiodła jego zaufanie, nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Jeżeli dołożymy do tego dwie młodsze siostry, za których przewinienia kary dostawała Sarah oraz śmierć ojca Ally, który tuż przed jej narodzinami zginął w wypadku, to mamy niezłe bagienko, wyjątkowo toksyczne relacje rodzinne. Nic dziwnego, że Sarah miewa ataki paniki, depresji i chodzi do psychoterapeuty. Swoją historię Sarah opowiada w trakcie kolejnych sesji psychoterapeutycznych.
Pewnego dnia wiedziona impulsem, Sarah postanawia odnależć swoja biologiczną matkę. Przy pomocy prywatnego detektywa odnajduje Julię. Kobieta nie zaprzecza, ze jest jej matką, ale na widok Sarah reaguje niewyobrażalnym wprost przerażeniem. Dlaczego?
Szybko okazuje się, że Julia została w przeszłości brutalnie zgwałcona i jest jedyną ocalałą ofiarą tzw. Kempingowego Zabójcy, człowieka, który od kilkudziesięciu lat gwałci i morduje młode kobiety. Owocem tamtych wydarzeń jest Sarah. Młoda kobieta przeżywa wielki szok. Nic dziwnego, dowiedzieć się, że jest się dzieckiem psychopatycznego, seryjnego mordercy. Wiadomość o tym jakimś cudem znajduje się w internecie, dociera oczywiście do biologicznego ojca Sarah, czyli od lat mordującego świra, który nagle zaczyna pożądać kontaktu z córką i wnuczką. Następuje iście po mistrzowsku opisana gra nerwów, gra, kto kogo przetrzyma-tatuś córkę, czy córka tatusia, kto prędzej ulegnie, kto się bardziej boi. Dodatkowo Sarah zaczyna stosować swoiste samobiczowanie - godzinami wpatruje się w lustro szukając cech fizycznych jakie mogla odziedziczyć po ojcu, analizuje każdy swój napad agresji czy depresji, uważając, że to także scheda po ojcu-psychopacie. A "tatuś" zaczyna dzwonić coraz częściej. Stawia kolejne, coraz bardziej absurdalne żądania.
Do akcji wkracza stanowa policja i wszystko toczy się szybko, sprawnie i trzyma w napięciu. Ale nie podoba mi się zbytnio samo zakończenie, takie jakieś...jak napisane przez zupełnie kogoś innego. Czegoś brakuje, ikry, powera, tempa, tego czegoś nieuchwytnego. Chociaż muszę przyznać, że pewien element zaskoczenia jest. Acz seryjny zabójca, jako rodzinny facet z napadami migreny, to jednak odrobinę naciągane. 
Mimo tej niewielkiej łyżki dziegciu w beczce miodu, książkę polecam. Całość doskonale się czyta, szybko, z przyjemnością i cały czas trzyma się kciuki za Sarah i wymiar sprawiedliwości. Ponieważ ok. 90% książki jest więcej niż dobre (ba, napisane jest wręcz po mistrzowsku), a tylko samo zakończenie nie takie jakiego bym oczekiwała, zdecydowałam się przyznać książce aż 5-/6. 
Książkę polecam. Każdy sam powinien sprawdzić, jak odbierze Nigdy nie wiadomo. Bo może tylko ja wybrzydzam w kwestii zakończenia..

Cienioryt - Krzysztof Piskorski

Wydawnictwo Literackie, Okładka miękka, 500 s., Ocena 5-/6
Recenzja mojego męża.

W swojej najnowszej książce Krzysztof Piskorski (autor, którego literacki talent miałem okazję już poznać) zabiera nas do świata, gdzie cień, który towarzyszy człowiekowi staje się równie realny, jak on sam, staje się wręcz realnym zagrożeniem.
Akcja książki rozgrywa się w Królestwie Vastylii położonym nad Morzem Sargassowym. Krajem kieruje młody, mało doświadczony władca, który ma jednak wokół siebie mnóstwo (mniej lub bardziej życzliwych) doradców. Ponieważ królewski tron jest kąskiem niezwykle łakomym, nie brak tych, którzy maja na niego chrapkę. W całym królestwie roi się od szpiegów, spisków, zdrad etc. Dobrze, że nad wszystkim czuwa czujne oko vastylijskiej Inkwizycji.
W królestwie nie brak ludzi do specjalnych zadań. Jednym z nich jest Arahon Caranza Martenez Y'Grenata Y'Barratora, kiedyś genialny, waleczny żołnierz, obecnie...już niewaleczny, lecz znajdujący się na samym dnie, zszargany przez okrutne życie, odrobinę zapijaczony (na dzień dobry wypijający dzban wina) człowiek. Pewnego dnia, mimo swojej nieciekawej sytuacji życiowej (a może właśnie za jej sprawą) otrzymuje on do wykonania specjalne zadanie. Z początku wydaje się ono banalnie proste, lecz z każdym kolejnym krokiem (w myśl zasady - im dalej w las..) wszystko się komplikuje. Zupełnie niespodziewanie następuje po sobie seria przedziwnych wydarzeń, które są dopiero początkiem tego, co czeka na Aarahona i jego ziomków. A wszystko przez tytułowy cienioryt...czyli rysunek na szkle.
Co z tego wyniknie? Co ma wspólnego cienioryt z cieniami? Kim (czym..) jest widniejąca na szkle tajemnicza postać? Czemu zagrażają one królestwu? Tego dowiecie się z lektury książki, do której gorąco zachęcam.
Piskorskiemu udało się doskonale połączyć elementy fantastyki z klasyczną powieścią spod znaku szpady, płaszcza, muszkieterów etc. Dało to bardzo ciekawą mieszankę. Jeżeli do tego dodamy sprawnie prowadzoną akcję, niebanalne pomysły, ogromną wyobraźnię i zręczne pióro autora, mamy przepis na świetną książkę. 
Piskorski niezwykle dużo pracy włożył w wierne oddanie realiów życia w epoce, gdy królowały płaszcz i szpada. Oczywiście niektóre elementy uległy lekkiej modyfikacji, ale i tak ogrom pracy rzuca się w oczy. Pojedynki naszego bohatera są wiernie odmalowane ze wszystkimi szczegółami i aż kipią od akcji i niespodziewanych jej zwrotów.
Podobnie ma się sprawa ze stworzonym na potrzeby książki królestwem Vastylii. Czytając o tej krainie, poznając wszystkie jej szczegóły, zakamarki, mamy nieodparte wrażenie, iż znajdujemy się w pewnej znanej krainie, wystarczy tylko zmienić pierwsza literę w nazwie.
Jednak tym, co decyduje o tym, iż jest to doskonała pozycja, jest cieńprzestrzeń nazywana też cieńbokością, czyli coś co Piskorski stworzył na potrzeby książki, a co przewija się przez jej całość i decyduje o wszystkim, coś co stwarza świat rzeczywisty i równoległy.
Generalnie jest to doskonała książka, którą ze wszech miar polecam. Chociaż w niektórych momentach wyraźnie widać, iż autorowi nie udało się uniknąć pewnych zapożyczeń, wtórników jakbym to nazwał. Nie będę was naprowadzać o co dokładnie chodzi. osoby czytające pozycje z kręgu fantastyki zauważą to w trakcie lektury. Osobom, które jak moja żona (hehe, to ja:)) fantastykę omijają z daleka, w niczym to nie przeszkodzi. Jeżeli nawet te zapożyczenia-wtórniki wyłapiecie, zaznaczam, iż są to jednak drobiazgi, które nie rzutują w najmniejszym nawet stopniu na przyjemność, jaka wynika z lektury. Jeżeli na ten mały drobiazg przymkniecie oko, a przy tym lubicie książki fantastyczne, tę pozycję będzie wam się doskonale czytać. 

Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi 


niedziela, 27 października 2013

KONKURS!!! książka na Halloween do wygrania...


Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Vesper, mam dla Was na Halloween taką o to książkę....o zombie..
Epidemia zombie obraca cywilizację w gruzy. W Teksasie grupa rozbitków znajduje niepewne schronienie w małym miasteczku. Broniąc swojego fortu, muszą stawiać czoło nie tylko hordom umarłych, ale też atakom uzbrojonych bandytów.
Katie godzi się w końcu ze śmiercią swojej żony. Poślubia Travisa, którego tymczasem mieszkańcy fortu obwołują burmistrzem, i zachodzi z nim w ciążę. Jenni, jej pasierb Jason i Juan – prawa ręka Travisa – tworzą szczęśliwą rodzinę, mimo że Jenni cierpi na zespół stresu pourazowego. Obie kobiety są nieustraszonymi pogromczyniami żywych trupów.
W „Oblężeniu” mieszkańcy Ashley Oaks ze zdumieniem dowiadują się, że wiceprezydent kraju ocalał i dowodzi resztkami armii Stanów Zjednoczonych. Niedobitki rządu USA mają specjalne plany wobec grupy zdeterminowanych rozbitków…


Jeżeli ktoś ma ochotę przygarnąć książkę, obserwujecie blog, proszę o wpisywanie się w komentarzach pod tym postem.Można się zgłaszać do 30.10.2013r. do godz. 23.59.
Zwycięskie zgłoszenie, czyli osobę, do której powędruje książka, wylosuje ręka mojego tym razem średniego syna:) Książka zostanie wysłana w ciągu 7 dni od dnia otrzymania przeze mnie (na email anetapzn@gazeta.pl) adresu do wysyłki. Wysyłam listem poleconym tylko na adres w Polsce.

Reklamacji związanych z losowaniem nie przyjmuję:)

sobota, 26 października 2013

Cud - Ignacy Karpowicz

Wydawnictwo Literackie, Okładka miękka, 256 s., Moja ocena 5,5/6
To moje pierwsze zetkniecie z prozą Ignacego Karpowicza, ale wierzcie mi nie ostatnie. Dawno tak dobrze, a przy tym inteligentnie się nie bawiłam.
Gdyby główny bohater, 26-letni student orientalistyki UW Mikołaj w ten piątkowy dzień nie kupił Gazety Wyborczej, wszystko dla niego (i nie tylko dla niego) potoczyłoby się inaczej. Uprzejmy pan z kiosku ruchu zabiera mikołajową gazetę, lekarz stwierdza zgon (Mikołaja zgon), a policja rozpoczyna śledztwo. Na miejscu w/w wydarzeń pojawia się ona,  Anna, lekarka, która oświadcza, że czekanie (długie czekanie) na karawan (który znajduje się gdzieś tam, w bliżej nieokreślonym miejscu) jest bezsensowne. A ponieważ ona, Anna, ma samochód, jedzie do prosektorium Akademii Medycznej, trupów z racji wykonywanego zawodu nie brzydzi się, zabierze denata swoim autem.  Nadzwyczaj uprzejma kobieta, sami przyznacie. I strzeż nas Boże od uprzejmych ludzi:) Szybko okazuje się, że zwłoki...nie stygną i cały czas mają wzorcową temperaturę 36,7 °C. No ok, ale to temperatura wzorcowa dla człowieka całkiem żywego, a nie całkiem martwego. Cuda, po prostu cuda:). Pojawiają się inne cuda - prorocze sny, wielka miłość do trupa, śnieg nie o tej porze roku co trzeba etc. A to dopiero początek. Z każdą kolejną stroną autor ewoluuje w jednym słusznym kierunku, jeszcze większej porcji absurdu. Ale to nie taki głupawy absurd, o co to to nie. To absurd ze wszech miar inteligentny i jakże realny. Gwarantuję, że znajdziecie w nim coś dla siebie, coś z własnego podwórka, coś z własnych lęków. 
To, co jeszcze mnie uwiodło w tej lekturze, to podwójna narracja. Chociaż może niezbyt ściśle się wyrażam. Książka jest podzielona jakby na dwie części, z których każda ma innego narratora. 
W pierwszej części narratorem jest standard, czyli ktoś kto komentuje, opowiada, ale przy tym (co bardzo istotne dla całej akcji) zna najbardziej skryte myśli bohaterów.
Za to w drugiej części dzieje się, oj dzieje. Otóż narratorem staje się ojciec Mikołaja. Tatuś niestygnącego nieboszczyka to zapijaczony gość, który wierzy w swoją moc, wręcz uważa się za Boga i posługuje się...biblijnym językiem. Mocne to jest, uwierzcie mi.
Cud czyta się błyskawicznie, z uśmiechem na ustach i częstokroć z oczyma szeroko otwartymi z niedowierzania, co autor jeszcze wymyśli. Powieść Karpowicza to nie tylko niebanalny pomysł, ciekawie prowadzona narracja, ale także inne użycie polskiego języka. Jakie? O tym przekonajcie się sami w trakcie lektury.Zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję, nawet jeżeli w tej chwili uważacie, iż nie jest to lektura dla was. Cud ciężko się recenzuje. Obojętnie co by nie napisać o książce, nie odda to tego, czym ona urzeka (lub zniechęca, bo tak też może być). Dlatego warto sięgnąć po tę pozycję nawet z ciekawości, jak wy ją odbierzecie. 

Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi 
Książka przeczytana w ramach wyzwania - Miejskie czytanie

Nasze makaronowe danie na wczorajszy Międzynarodowy Dzień Makaronu..

Tak jak wczoraj wspominałam (post niżej) był Światowy Dzień Makaronu. Uczczony został daniem takim o to jak na zdjęciu powyżej. Sos wegetariański na zasadzie na winie, czyli co się pod rękę nawinie to do garnka. Główną bazą są pomidory+ bakłażan+ papryka.

Przypominam o ankiecie w Wyzwaniu - Czytamy Kryminały. Na razie, jak widać poniżej wygrywają kryminały szwedzkie. Dlaczego w ogóle nie jestem zdziwiona?:)
Głosujcie w komentarzach wpisując tylko numer wybranego kryminału. 
Spośród osób, które zagłosują (zagłosowały) zostanie wylosowana książka (kryminał oczywiście) upominek. Głosują te osoby, które biorą udział w wyzwaniu. Przyłączyć można się w każdej chwili.Im nas więcej w wyzwaniu, tym..weselej:)
Mamy takie możliwości:

  1. kryminały niemieckie,
  2. kryminały francuskie1
  3. kryminały szwedzkie 5
  4. kryminały polskie3
 Przypominam o dodawaniu linków do recenzji w bieżącym etapie wyzwania. Te które dodaliście ostatnio uzupełnię jutro, słowo:)

W listopadzie i grudniu będzie też możliwość dodawania zaległych linków, będziecie mogli przeczytać kryminały tematycznie odpowiadające poprzednim etapom. Ot taka świąteczna abolicja kryminalna. 

UWAGA w grudniu będzie podsumowanie. Dla osoby, która najaktywniej brała udział w wyzwaniu, dodała najwięcej linków z recenzjami będzie kryminalna nagroda, oczywiście pakiet kryminalnych książek:)


piątek, 25 października 2013

Międzynarodowy Dzień Makaronu...to dzisiaj:):)

Szukając czegoś zupełnie innego, znalazłam taką informację w sieci. Uwielbiam makaron, uwielbiam kuchnię włoską, wiec niech będzie i Dzień Makaronu.
Święto makaronu zostało ustanowione w 1995 roku na World Pasta Congress w Rzymie. Od tego momentu data 25 października jest obchodzona jako Światowy Dzień Makaronu.
Makaron jest jedną z najstarszych potraw świata. Jak do tej pory najstarszy makaron odnaleziono w Chinach. Liczył on aż cztery tysiące lat. Odnaleźli go badacze w wiosce z neolitu nad brzegiem Żółtej Rzeki. Odnaleziony makaron jest jak do tej pory najstarszym odkrytym przez archeologów jedzeniem. Spór o to kto makaron jadł wcześniej, Włosi czy Chińczycy jest chyba niemożliwy do rozstrzygnięcia. 
Najwcześniejsze zapiski o makaronie z terenu Europy pochodzą z II wieku. Wtedy rzymski badacz Galen wspominał o tej potrawie.
W spożyciu makaronu przodują na świecie Włosi. Jak ostatnio podano do wiadomości, przeciętny mieszkaniec Italii zjada miesięcznie 28 kilo makaronu!!! Trudno wyobrazić sobie jakikolwiek włoski posiłek bez makaronu. Włosi wyprodukowali w zeszłym roku 3,5 miliarda ton makaronu. Podobno we Włoszech jest 1600 typów i kształtów makaronu.

Urodziny dzisiaj obchodzi...

źródło wikipedia
...jeden z najbardziej przeze mnie lubianych kompozytorów, Johann Strauß syn, który urodził się w 1825r. Jest on twórcą m.in. kultowego wręcz walca Nad pięknym modrym Dunajem (An der schönen blauen Donau)....
Dzisiaj znają ten utwór praktycznie wszyscy (nawet jeżeli nie umieją tańczyć). Jednak droga walca do sławy jaka obecnie się cieszy, nie była taka prosta. Ba, ona była wręcz wyboista.
Ale po kolei. 
Walc nazywany jest wiedeńskim ponieważ jego istnienie jako tańca salonowego rozpoczyna się w roku 1815, w czasie kongresu wiedeńskiego.

Poza stolicą C.K. monarchii (czyli Wiedniem), walc spotkał się ze sprzeciwem ówczesnych strażników moralności i dam. Co było tego powodem? Przede wszystkim to, iż był to taniec ze wszech miar nieprzyzwoity. Zapytacie - a co w nim takiego nieprzyzwoitego? Pamiętajmy, była to I połowa XIX wieku, a walc naruszał liczne ówczesne protokoły, konwenanse etc. 
Przede wszystkim był to pierwszy taniec, który tańczono nie jak dotychczas w grupie (przypomnijcie sobie choćby menuety czy inne dworskie tańce z różnych filmów kostiumowych), a o zgrozo!!! w parach. Poza tym co było chyba w tym wszystkim najgorsze, najbardziej bezwstydne - partner obejmował partnerkę w talii. Szok, przerażenie, niesmak. A na dodatek, bezwstydne kobiety, partnerki owych tancerzy, obejmowały  ich także w pasie.
Wilhelm Gause, Bal w Hofburgu źródło wikipedia
Kiedy w Wiedniu po raz pierwszy zatańczono walca w obecności dworu, reakcje były różne – damy ostentacyjnie opuściły salę balową, uważając publiczne obejmowanie się w tańcu za niemoralne. Inni sugerowali, iż ciągłe wirowanie w walcu może wywoływać różnego rodzaju choroby, a nawet prowadzić do śmierci.
Wątpliwa moralność tego tańca pociągnęła za sobą liczne zakazy: nie chciano walca w Szwajcarii ani w Anglii, wyklęty był na berlińskim dworze Hohenzollernów, gdzie zakaz ten utrzymywał się jeszcze pod koniec XIX wieku.

Początki kariery Johanna Strauss syna też nie były łatwe.
Wymagający ojciec zaplanował dla niego karierę urzędniczą. Jednak marzący o karierze muzyka Johann ale potajemnie pobierał lekcje muzyki u Hofmanna. Jego debiut miał miejsce w istniejącej do dziś kawiarni  Dommayer na Hietzingu w październiku 1844 roku. Muzyk odniósł wielki, wręcz spektakularny sukces. Wkrótce rozpoczął prawdziwe tournee po Europie i Stanach Zjednoczonych. Jego efektem była tzw. histeria straussowska. Ocalałe do dziś w archiwach wycinki prasowe dokumentują to wydarzenie. W dorobku Johanna znajduje się: 20 operetek, 1 balet, 1 opera i ok. 500 walców, kadryli i polek. Najsłynniejszy utwór to  (jak mówią sami Austriacy) nieoficjalny hymn Austrii walc Nad pięknym, modrym Dunajem.

Dziś najsłynniejszy walc świata rozbrzmiewa w stolicy Austrii na każdym niemal kroku.
Wiedeń wabi turystów wspaniałymi zabytkami, dźwiękami walca, pachnącą kawą i najsłodszym na świecie tortem Sachera (tak na marginesie przypominającym murzynek przełożony marmoladą, ale cicho sza:)).


Pani na Hruszowej - Jadwiga Skirmunttówna

Wydawnictwo MG, Okładka twarda, 240 s., Moja ocena 5,5/6
Od momentu, gdy zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach, wiedziałam, że muszę ją mieć.  Raz, że jestem wielką fanką twórczości Marii Rodziewiczówny, czemu wielokrotnie dawałam wyraz tutaj na blogu; a dwa - czułam, że szykuje się prawdziwa uczta literacko-historyczno-poznawcza. I nie zawiodłam się. Chociaż przyznaję, trochę trwało zanim książkę skończyłam czytać, a w zasadzie podczytywać ją po kilka, kilkanaście stron co jakiś czas. 
Nie jest to bowiem lektura, którą czyta się ot tak po przysiądnięciu w fotelu lub w trakcie jazdy pociągiem czy tramwajem. Tymi wspomnieniami trzeba, ba należy się delektować. Cała opowieść zarówno o naszej pisarce, jak i jej otoczeniu, jej bliskich jest bowiem opowieścią piękną, ale wymagającą, żądającą wręcz od czytelnika uwagi.
W początkowej fazie lektury nurtowało mnie jedno zasadnicze pytanie - gdzie znajduje się Hruszowa? Oto co udało mi się wyszperać w sieci na temat tej miejscowości (z radzima.org)...
W XV wieku Hruszowa wchodziła w skład dóbr kniaziów kobryńskich. W roku 1528 została włączona do dóbr królewskich. W 1677 r. majątek wraz z miejskim kluczem ekonomii kobryńskiej kupił Samuel Łukowski. Po rozbiorach Rzeczypospolitej caryca Katarzyna II podarowała Hruszową A. W. Suworowowi. W 1812 roku majętność nabył chorąży kobryński Antoni Rodziewicz.
Dwór w Hruszowej wybudował w 1825 roku Antoni Rodziewicz. Posadowiony na płaskim, lekko opadającym terenie o powierzchni (według inwentaryzacji z 1845 roku) 25 dziesięcin (~27,3 ha). Dwór klasycystyczny, dwukondygnacyjny, z masywnym czterokolumnowym portykiem i trójkątnym frontonem. Napis na frontonie głosił: „Boże, błogosław mieszkańcom. Dom ten zbudowany w jubileuszowym roku 1825 przez Antoniego i Eleonorę z Giełgudów Rodziewiczów”. Ślad po rodzinie Rodziewiczów i ich związkach ze znanymi i sławnymi zachował się na fotografii z autografem słynnego pisarza, Józefa Ignacego Kraszewskiego. Przechowywana była w dworze w Hruszowej. 
 Nieistniejący już dwór w Hruszowej/zdjęcie radzima.org

Z miejscem tym nierozerwalnie wiąże się historia i życie jednej z najbardziej płodnych literacko polskich pisarek, Marii Rodziewiczówny, która była postacią na prawdę niebanalną, tak samo, jak niebanalni są bohaterowie jej twórczości. Urodziła się w majątku Pieniuha koło Grodna 3 lutego 1864 r. To najbardziej prawdopodobna data, choć rozpowszechniona jest też inna - 2 lutego 1863r. Jej dzieciństwo zostało silnie związane z powstaniem styczniowym. W wyniku represji rodziców zesłano na Syberię, dziewczynką i jej rodzeństwem zajęli się dziadkowie, potem krewna - Karolina Skirmuntowa. Powrót rodziców wiązał się z przeprowadzką do Warszawy, a potem odziedziczonego majątku Hruszowa na Polesiu. Z tym miejscem Maria związana była niemal do śmierci. Po śmierci ojca 17-letnia zaledwie Maria postanawia spłacić siostrę, brata i samodzielnie zacząć prowadzić rodzinne gospodarstwo. I o tym czasie oraz latach póżniejszych opowiada w swoich wspomnieniach Skirmunttówna.
Niestety dwór w Hruszowej został zburzony w trakcie II wojny światowej, lub zaraz po niej. 
Jadwiga Skirmunttówna niezwykle dokładnie opisuje Hruszową, dwór, jak i swoja ukochaną przyjaciółkę Marię oraz jej przodków. Sporo uwagi Jadwiga poświęca ciekawym i zabawnym detalom z życia Marii, zwracając uwagę na sposób, w jaki zostały one zaadaptowane do jej  książek lub nawet wiernie w nich ukazane. 
Jednak nie samą Rodziewiczówną Jadwiga i omawiana książka żyją. Sporo uwagi autorka poświęca także własnej rodzinie i to nie tylko w kontekście powiązań z Rodziewiczówną. 
Jadwidze Skirmunttównie na niewielu ponad dwustu stronach udało się odmalować zarówni wizerunek mądrej, silnej, niebanalnej kobiety, jaką bez wątpienia była Maria Rodziewiczówna, jak i świata, w którym żyła, świat, który wspaniale ukazywała na kartach swoich powieści, świata, który bezpowrotnie przeminął.  

Książka przeczytana w ramach wyzwania - Polacy nie gęsi